poniedziałek, 24 lutego 2025



Rzecz jasna — pustki w kasie to jest duży problem w kampanii. Ale same pieniądze to nie wszystko. Widać wyraźnie, że Karol Nawrocki nie jest zwierzęciem politycznym i nie wywołuje dużych emocji wyborców. Czy to zaskoczenie? Nie. Po prostu to kolejny dowód na to, że Kaczyński postawił na prezesa IPN w ciemno, bez sprawdzenia, czy to odpowiedni kandydat. Całe doświadczenie polityczne Nawrockiego to kandydowanie do rady gdańskiej dzielnicy Siedlce. W tym sensie kampania prezydencka to naprawdę niespotykanie wysokie progi. Wśród głównych kandydatów nie ma nikogo, kto byłby aż tak niedoświadczony politycznie.

Oczywiście, Nawrocki funkcjonował w obozie PiS — wszystkie jego kolejne awanse w Muzeum II Wojny Światowej i IPN to efekt związków z Nowogrodzką.

No, ale jeśli przyjąć takie kryteria, to na prezydenta bardziej nadawała się Julia Przyłębska. Ona też zrobiła karierę tylko dzięki PiS, ale przynajmniej była politycznie skuteczna — potrafiła omotać prezesa i rozgrywać samodzielne gierki wewnątrz partii. A Nawrocki latami był po prostu politycznym lokajem PiS, bez wpływu na politykę partii. Czy Kaczyński mógł wierzyć, że zrobi z lokaja kampanijną bestię? Nie mógł.

Więc dlaczego Nawrocki? Bo Kaczyński wciąż liczy na to, że będzie mieć w Pałacu Prezydenckim marionetkę. Gdyby Nawrocki wygrał, PiS zyskałby lojalnego prezydenta, który nie będzie stwarzać żadnych problemów w realizacji planów prezesa. Jednak jeśli Nawrocki przegra, Kaczyński nie musi się martwić, że zacznie domagać się podziału wpływów w partii, jak to mogłoby się zdarzyć, gdyby wystawił jakiegokolwiek znanego polityka z wewnątrz PiS.

Kaczyński doskonale rozumie, że kandydat prezydencki PiS mimo porażki może stać się jednym z najpopularniejszych polityków w kraju — ma szanse zdobyć 7-8 milionów głosów, a może nawet więcej. Taki wynik sprawiłby, że ów przegrany kandydat mógłby się stać kluczową postacią, której nie można zignorować w partyjnej hierarchii. A Kaczyński miejscem na szczycie hierarchii PiS dzielić się nie zamierza. Dlatego stawia na Nawrockiego.

Mówiąc wprost — Nawrocki, w przeciwieństwie do innych potencjalnych kandydatów PiS, nigdy nie stanie się zagrożeniem dla pozycji Kaczyńskiego, bo jest w partii po prostu nikim i nikt za nim nie stanie, nawet jeśli zdobędzie miliony głosów. W tym sensie Kaczyński postawił na Nawrockiego nie dlatego, że widzi w nim idealnego kandydata na prezydenta, lecz z obawy o własną pozycję w partii.

Kampania brutalnie weryfikuje tak wąsko zarysowane cele prezesa. Okazuje się, że Nawrocki to postać jednowymiarowa – jego jedyną pasją są bicepsy. W sytuacjach wymagających doświadczenia politycznego czy dyplomatycznego wypada blado, a gdy sztab przygotuje mu wypowiedzi, to często kończy się problemami, bo nie potrafi ich precyzyjnie przytoczyć.

Najgłośniejszy przykład z ostatnich dni — miał mówić o tym, jak Unia Europejska przez lata, paktując z Putinem i kupując od niego gaz, mimowolnie finansowała rosyjskie zbrojenia. Zamiast tego palnął o "decyzjach elit europejskich", które "przyniosły nam wojnę i atak Federacji Rosyjskiej na Ukrainę".

onet.pl

niedziela, 23 lutego 2025



Służba prasowa Alaksandra Łukaszenki opublikowała na Telegramie nagranie, na którym skomentował on rosyjsko-amerykańskie rozmowy w sprawie zakończenia wojny na Ukrainie. Miało to miejsce podczas wizytacji kołchozu we wsi Szypiany w obwodzie mińskim. Państwowa agencja informacyjna BiełTA zilustrowała jego wypowiedź zdjęciami w stodole.

- Widzicie, jak zmienia się sytuacja polityczna, która zdominowała gospodarkę w związku z polityką USA i tak dalej. Ale nie należy się cieszyć. Nie wiemy, czego chcą USA. Mówię to dlatego, że jestem całkowicie zanurzony w tej kwestii. Nie wiemy, czego zażądają od Rosjan za zatrzymanie wojny. Wydaje mi się, że spróbują konfrontować Rosjan z Chińczykami. A Rosjanie nie mogą do tego dopuścić - powiedział urzędnikom obwodu mińskiego.

belsat.eu


Pierwsze posunięcia Trumpa w polityce zagranicznej — zwłaszcza w odniesieniu do wojny w Ukrainie i stosunków z Moskwą — wywołały wstrząs w całej Europie. Jednak sprawiły one również, że rosyjscy urzędnicy, dyplomaci, powiązani z państwem biznesmeni i propagandziści starają się nadać sens zmieniającej się rzeczywistości, jak zdradziło kilka źródeł przyznało portalowi The Moscow Times.

Nigdzie ten wstrząs nie jest bardziej widoczny niż w szeregach kontrolowanych przez Kreml mediów, które przez lata przedstawiały USA jako głównego przeciwnika Rosji. W miarę jak Trump szuka dialogu z Moskwą i otwarcie krytykuje prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, rosyjscy urzędnicy spieszą się z dostosowaniem przekazu mediów państwowych, powiedzieli dwaj rządowi insiderzy.

— Światopogląd, który skrupulatnie budowaliśmy przez lata, ogromnym kosztem, jest teraz rozbity — powiedział jeden z kremlowskich insiderów zaangażowanych w planowanie ideologiczne. — To było genialnie proste: Waszyngton był wrogiem. Europa była jego posłusznym satelitą, pozbawionym agencji, działającym wyłącznie na amerykańskie rozkazy — dodał.

Przez prawie dwie dekady prezydent Władimir Putin i jego najbliżsi powiernicy, w tym Nikołaj Patruszew, Siergiej Ławrow i Siergiej Szojgu, argumentowali, że konflikty w Rosji zostały wywołane przez Waszyngton, a europejscy przywódcy zerwali więzi z Moskwą pod amerykańskim przymusem.

Jednak zaloty Trumpa do Moskwy odwróciły sytuację. Podczas gdy jego administracja zainicjowała dialog z Rosją, europejscy przywódcy nadal wspierają Ukrainę, zaprzeczając wieloletniej propagandzie Kremla, która przedstawiała kontynent jako przedłużenie wpływów USA.

Oznaki tej ideologicznej zmiany pojawiają się w rosyjskich mediach. Podczas transmisji w czasie największej oglądalności w państwowej sieci Rossija 1, gdzie gospodarze podkreślali narastającą krytykę Zełenskiego ze strony Waszyngtonu, jeden z ekspertów nieoczekiwanie przyznał:

"Chciałbym powiedzieć w telewizji federalnej, że oczywiście idea jakiegoś monolitycznego anglosaskiego spisku odpowiedzialnego za wszystkie nasze kłopoty okazała się nieprzekonująca i nieproduktywna" — powiedział Jewgienij Minczenko, strateg polityczny związany z Kremlem. "Mówiłem to wiele razy".

Od czasu aneksji Krymu przez Rosję i jej hybrydowej inwazji na wschodnią Ukrainę w 2014 r., antyamerykańskie nastroje stały się podstawą dyskursu publicznego, a samochody z naklejkami na zderzakach z napisem "Obama to swołocz" [ОБАМА — ЧМО]" były częstym widokiem w Moskwie. Później telewizja państwowa otwarcie kpiła z prezydenta Joego Bidena.

Teraz jednak Kreml wydał surowe rozkazy państwowym mediom i urzędnikom, aby unikali jakichkolwiek obraźliwych gestów wobec nowego prezydenta USA.

W tym tygodniu, w południowym mieście Stawropol, ustawodawcy z rządzącej partii Jedna Rosja nakazano usunięcie wycieraczki z twarzą Trumpa sprzed jego biura. Deputowany, weteran rosyjskiej inwazji na Ukrainę, przyznał później, że musiał się podporządkować ze względu na "zmiany w ogólnej pozycji zespołu".

Pozorna deeskalacja napięć z USA wywołała mieszane reakcje wśród rosyjskiej elity politycznej i biznesowej. Niektórzy oczekują, że prezydentura Trumpa przyniesie namacalne zmiany i otworzy możliwości gospodarcze.

W moim kręgu ludzie w większości to kupili [wiarę w prawdziwe pojednanie]. Wszyscy są zmęczeni wojną. Uważają, że Putin wygrał. Trump też na tym korzysta — jest biznesmenem, zawiera umowy. Europa się nie dostosowała — powiedział starszy dyrektor w dużej korporacji powiązanej z państwem.

— Niektórzy z moich znajomych już po cichu odkurzają swoje wizy i karty Mastercard, mając nadzieję, że sankcje zostaną zniesione i pojawią się nowe możliwości — powiedział były wysoki rangą rosyjski urzędnik w sektorze bankowym.

Jednak wiele osób pozostaje sceptycznych co do tego, czy Waszyngton przyjmie postawę współpracy. — Odwilż jest dobra. Napięcia z Europą i Ukrainą są złe. Musimy negocjować ze wszystkimi — powiedział były urzędnik Kremla.

Podobnie podzielone są opinie wśród dyplomatów i decydentów.

— Nasza społeczność jest podzielona. Niektórzy mówią: "Nie wierz w to, nic z tego nie wyjdzie. To wszystko cyrk — Trump nie podejmuje prawdziwych decyzji, robi to państwo w państwie" — powiedział rosyjski dyplomata. — Ale są też entuzjaści, którzy zawsze mieli nadzieję na coś takiego — dodaje.

— Trump jest utalentowanym aktorem i mistrzem strategii. Wciąga nas w długo planowany scenariusz mający na celu oszołomienie, a następnie osłabienie i podporządkowanie sobie Rosji. Intrygi USA, NATO i UE są częścią skoordynowanej polityki. Nie możemy im ufać — musimy nadal realizować własne interesy — ostrzegł inny rosyjski dyplomata.

onet.pl/The Moscow Times


Dobiega końca trzeci rok wojny, na którą nikt nie był gotowy. Nie była na nią gotowa Ukraina, mimo że po 2014 roku liczyła się z rosyjską agresją na znacznie większą skalę. Ukraińcy włożyli wiele wysiłku w przebudowę sił zbrojnych, które w czasie aneksji Krymu i secesji Donbasu nie były zdolne wysłać do walki więcej niż trzy tysiące żołnierzy. W 2022 roku Ukraińcy dysponowali ponad 200-tysięczną (etatowo 250 tysięcy) zawodową armią, złożoną w większości z dobrze wyszkolonych i świetnie dowodzonych weteranów operacji antyterrorystycznej (ATO w Donbasie) oraz około 250 tysiącami wysoce zmotywowanych, posiadających doświadczenie bojowe rezerwistów. Pozwoliło to na szybkie rozbudowanie armii do poziomu pozwalającego nie tylko zatrzymać Rosjan, ale zmusić ich do odwrotu na kierunku kijowskim i charkowskim. Do armii wstąpiło również około 200-300 tysięcy zmotywowanych patriotycznie ukraińskich mężczyzn i kobiet, często nie tylko bez doświadczenia bojowego, ale nawet przeszkolenia wojskowego. Stąd przez pierwsze miesiące wojny ukraińskie siły zbrojne nie odczuwały deficytu żołnierzy, wielu ochotników po ujęciu w ewidencji odsyłano nawet do domów.

Kijów zignorował niewydolność własnego systemu mobilizacyjnego wynikającą zarówno z zaniedbań administracyjnych, jak i korupcji. Paradoksalnie, patriotyczny zryw pośrednio doprowadził do późniejszej zapaści mobilizacyjnej, ponieważ władze w Kijowie założyły, że do uzupełniania ponoszonych strat wystarczy zaciąg ochotniczy. Równocześnie tworząc zupełnie nowe brygady ukraińskie dowództwo nie było w stanie zapewnić im kadry dowódczej na poziomie „starych” jednostek zawodowych, a system szkolenia pomimo wsparcia NATO nie zapewniał właściwego przygotowania bojowego. To właśnie te jednostki ponosiły największe straty, co znajdowało zauważalny odzew w ukraińskiej przestrzeni medialnej, powodując odpływ chętnych do włożenie munduru.  Ukraińskie plany mobilizacyjne nie zakładały budowy milionowej armii, która będzie zmuszona walczyć latami z rosyjską pełnoekranową agresją. Kijów stracił bezpowrotnie czas, jaki dostał dzięki poświeceniu żołnierzy i ochotników gotowych walczyć w obronie kraju.

Paradoksalnie, również Rosjanie nie byli przygotowani do takiej wojny, chociaż ją rozpoczęli.  Przygotowywali się bowiem do wojny błyskawicznej, a nawet nie tyle do wojny, co do „specjalnej operacji wojskowej”, w założeniach podobnej do tych prowadzonych za czasów ZSRR na Węgrzech, w Czechosłowacji czy Afganistanie. Rosjanie „poszli na wojnę” z całkowicie błędnymi założeniami, dotyczącymi zarówno zdolności Ukrainy do obrony, jak i skali reakcji opinii międzynarodowej, a przede wszystkim NATO. Kreml nie tylko nie docenił przeciwnika, ale i przecenił zdolności własnych sił zbrojnych.

W wyniku tego armia rosyjska w pierwszym roku wojny odniosła serię kompromitujących porażek. Ponadto Rosjanie dopuścili się zbrodni wojennych, mordując bezbronnych cywilów i rozstrzeliwując jeńców. Rosyjskie siły zbrojne wciąż odczuwały skutki kryzysu, w jakim znalazły się po upadku Związku Radzieckiego; co więcej, znalazły się w środku pełnoekranowej wojny całkowicie do niej nieprzygotowane. Przede wszystkim nie przeprowadzono rozwinięcia mobilizacyjnego, a podstawą rosyjskiej sztuki operacyjnej i doktryny - pomimo postępującego uzawodowienia - w rzeczywistości nadal była armia masowa oparta na poborze rezerwistów. Okazało się, że żołnierze rosyjscy, poza elitarnymi wojskami specjalnymi i powietrzno-desantowymi, są słabo dowodzeni, wyszkoleni i wyposażeni. Rosyjski sztab generalny nie rozwinął zabezpieczenia bojowego i logistycznego, niezbędnego do prowadzenia długotrwałego konfliktu zbrojnego. Doprowadziło to do strat osobowych liczonych w dziesiątkach tysięcy żołnierzy oraz utraty tysięcy egzemplarzy relatywne nowoczesnego sprzętu bojowego.

Paradoksalnie Rosję uratowało dziedzictwo Związku Radzieckiego. W magazynach głębokiego składowania zmagazynowano olbrzymie ilości pojazdów bojowych, które - choć często przestarzałe i w fatalnym stanie technicznym - pozwoliły nie tylko na uzupełnianie strat, ale i tworzenie nowych jednostek. Rosja odziedziczyła po ZSRR nie tylko magazyny, ale również rozbudowany system mobilizacyjny, tylko częściowo zlikwidowany podczas reform Sierdiukowa. Ogłoszona przez Kreml „częściowa mobilizacja”, choć spóźniona i fatalnie zorganizowana, zapełniła ukraińskie okopy dziesiątkami tysięcy rezerwistów. Z wysłanych wówczas w trybie przyspieszonym, więc nieprzeszkolonych i źle wyposażonych 80 tysięcy Rosjan w ciągu kilku miesięcy poległa co najmniej połowa. Ogółem powołano od 250 do 300 tysięcy mężczyzn.

Masowy napływ żołnierzy oraz szybka rozbudowa prywatnej organizacji wojskowej „Wagner” pozwoliły ustabilizować front, co z kolei dało czas na reorganizację aparatu rekrutacyjnego i przestawienie rosyjskiego przemysłu na produkcję wojenną oraz rozwinięcie systemów zabezpieczenia logistycznego – przede wszystkim materiałowego i technicznego. Rosyjscy rekruterzy skwapliwie wykorzystali kolejne składniki dziedzictwa ZSRR, mianowicie niski standard życia w republikach peryferyjnych oraz mit wielkiej wojny ojczyźnianej. Wysokie gratyfikacje za podpisanie kontraktu z wojskiem poparte narracją o obronie ojczyzny przed „faszystowskim Zachodem” oraz typowymi dla dyktatur administracyjnymi „zachętami” dają armii rosyjskiej tysiące ochotników, co w połączeniu z wielokrotnie wyższą populacją pozwala Rosji na uzupełnianie strat skuteczniej niż Ukrainie.

Skala rosyjskiego ataku oraz długotrwałość konfliktu zaskoczyła również NATO. Zachodnie rządy od trzech dekad ograniczały wydatki na własne siły zbrojne, co przekładało się zarówno na liczebność wojsk, jak i zapasy amunicji i zdolności produkcyjne, tak sprzętu, jak i środków bojowych. Paradoksalnie NATO nadal pomimo cięć budżetowych dysponujące wielokrotnie większymi zasobami finansowymi (w roku poprzedzającym rosyjską inwazję USA wydały na swoje siły zbrojne 828 miliardów dolarów, europejscy członkowie NATO 324 miliardy, natomiast Rosja 65,9 miliarda) produkowało mniej amunicji niż Rosja, a co gorsza, Sojusz nie posiadał dużych jej zapasów. Olbrzymie zapotrzebowanie Ukrainy na amunicję, przede wszystkim artyleryjską, nie zostało zaspokojone przez trzy lata wojny. Znaczący wzrost produkcji będzie odczuwalny dopiero w 2025 i 2026 roku.

Natomiast redukcja liczebności zachodnich armii oraz zakończenie misji stabilizacyjnych najpierw w Iraku, a następnie w Afganistanie sprawiły, że w wojskowych magazynach i parkach technicznych znajdowały się setki nieużywanych już pojazdów bojowych. Ponadto kilka państw przezbrajało się z pojazdów post-radzieckich na znacznie nowocześniejszy sprzęt zachodni. W związku z tym przez dwa pierwsze lata wojny Kijów otrzymał duże liczby pojazdów bojowych, co pozwalało na zaspokojenie potrzeb szybko rozrastających się ukraińskich sił zbrojnych. Jednak w znakomitej większości był to sprzęt pamiętający czasy wojny wietnamskiej lub zaprojektowany do działań przeciwpartyzanckich, a nie walki na symetrycznym polu bitwy. Dostawy pozwoliły Ukraińcom na kontynowanie obrony kraju, ale nie stworzyły przewagi technologicznej nad armią Federacji Rosyjskiej. Co prawda Ukraina otrzymała pewne ilości nowoczesnego uzbrojenia, jednak jego efektywność ograniczył kolejny paradoks, mianowicie tzw. czerwone linie. (...)

defence24.pl


Magazyn wymienia wskaźniki, według których ukraińska gospodarka wygląda lepiej niż rosyjska:
  • prognoza Narodowego Banku Ukrainy na wzrost PKB o 4 proc. w 2024 r. i 4,3 proc. w 2025 r.,
  • stabilna waluta i stopa dyskontowa na prawie 30-miesięcznym niskim poziomie 13,5 proc.
„Porównajcie to z Rosją, gdzie stopa dyskontowa wkrótce musi osiągnąć 23 proc., aby powstrzymać spadek rubla, banki wyglądają na słabe, a PKB ma wzrosnąć o zaledwie 0,5-1,5 proc. w 2025 r.” — czytamy w tekście.

Według "Economista" środki podjęte od 2022 r. pozwoliły Ukrainie zachować zasoby i morale. Gazeta identyfikuje trzy etapy w gospodarce kraju od 2022 r. Na pierwszym etapie, gdy toczyły się ciężkie walki, działania Narodowego Banku były podporządkowane celom wojskowym: sfinansował połowę deficytu budżetowego, wprowadził ścisłą kontrolę kapitału i zadbał o płynność banków. Inflacja w tym czasie wzrosła, a PKB skurczył się o jedną trzecią.

Druga faza zbiegła się z ukraińską kontrofensywą w obwodach chersońskim i mikołajowskim w sierpniu 2022 r. PKB ustabilizował się. Ukraina była w stanie ponownie eksportować zboże. Bank centralny zaczął walczyć z inflacją, przestał finansować deficyty budżetowe, przywrócił rezerwy walutowe i złagodził kontrolę kapitału. Produkcja została przeniesiona do bezpieczniejszej zachodniej części kraju, a zasoby zostały przesunięte, by uwzględnić przedłużający się charakter konfliktu. Latem 2023 r., kiedy Rosja odmówiła przedłużenia umowy zbożowej, Ukraina sama otworzyła korytarz morski, który pozwolił jej utrzymać przepływ waluty i eksportować nie tylko zboże, ale także metale i minerały.

Obecnie rozpoczyna się trzecia faza, w której gospodarka Ukrainy stoi w obliczu największych zagrożeń: poważnych niedoborów energii elektrycznej, ludzi i pieniędzy, kontynuuje "The Economist". Rosja atakuje ukraińską sieć energetyczną, ale Kijów jest teraz lepiej przygotowany, by sobie z tym poradzić. Władze zwiększyły import energii elektrycznej z UE o jedną czwartą, producenci żywności przetwarzają odpady na biogaz, rolnicy używają generatorów diesla, a średnie przedsiębiorstwa korzystają z generatorów gazowych, energii wiatrowej i słonecznej. Niemniej jednak niedobory energii elektrycznej mogą obniżyć wzrost PKB o 1 proc. w 2025 r.

Niedobór ludzi jest najpoważniejszym problemem stojącym przed Kijowem. Mobilizacja, migracja i wojna zmniejszyły liczbę pracowników o jedną piątą. Na jeden wakat przypada średnio tylko 1,3 aplikacji, w porównaniu do 2 aplikacji w 2021 r. Władze cywilne i wojskowe spierają się o skalę mobilizacji. Zatrudnianie większej liczby kobiet jest trudne: liczba kobiet, które wyjechały za granicę, jest prawie taka sama jak liczba mężczyzn, którzy wyjechali na front.

Trzecim problemem jest brak pieniędzy. Małe firmy mają trudności z uzyskaniem kredytów, finansowanie długoterminowych wydatków kapitałowych jest praktycznie niemożliwe, a gwałtowny wzrost kosztów biznesowych uderzył w ich rentowność. Wydatki budżetowe są znacznie większe niż przychody. Prawie cały ukraiński deficyt budżetowy w wysokości ok. 20 proc. PKB w 2025 r. zostanie pokryty ze źródeł zewnętrznych.

Udział USA w tej pomocy nie może być postrzegany jako gwarantowany. Jeśli Waszyngton odmówi pomocy, pomoc od innych członków grupy G7 pokryje niedobór w 2025 r., ale Ukraina może znaleźć się w poważnych tarapatach w 2026 r. Jednocześnie zdolność Kijowa do zwiększania dochodów w kraju jest ograniczona: tego lata władze z powodu ostrej krytyki musiały wycofać propozycję podniesienia podatków.

onet.pl


Dziennikarze zbadali działalność Moskiewskiego Instytutu Inżynierii Termicznej (MIT), producenta międzykontynentalnych pocisków balistycznych oraz koncernu Sozwiezdie. Obie firmy zostały wymienione przez ukraiński wywiad wojskowy jako twórcy nowego pocisku. Obie firmy rekrutowały pracowników wykwalifikowanych w pracy z urządzeniami obróbki metali produkowanymi przez niemieckie i japońskie firmy.

W ogłoszeniach rekrutacyjnych na 2024 r. MIT informowała, że korzysta z systemów japońskiej firmy Fanuc oraz niemieckich firm Siemens i Heidenhain. Wszystkie trzy firmy produkują systemy sterowania dla obrabiarek sterowanych numerycznie. Sprzęt tych samych trzech firm jest również używany przez Sozwiezdie, przedsiębiorstwo obronne z Woroneża. W swoim ogłoszeniu o pracę firma wymagała od potencjalnych pracowników znajomości systemów tych firm.

Inna organizacja wymieniona przez Ukraińców — Titan-Barrikady — opublikowała zdjęcie przedstawiające pracownika stojącego przed urządzeniem firmy Fanuc. Nawet firma Stan, która próbuje rozwinąć rosyjską produkcję obrabiarek sterowanych numerycznie, wskazuje w reklamach, że używa sprzętu Heidenhain.

Zatrzymanie esportu obrabiarek sterowanych numerycznie do Rosji jest jednym z priorytetów sojuszników Ukrainy, jednak od początku 2024 r. do Rosji pojechały maszyny marki Heidenhain o wartości co najmniej 3 mln dol — twierdzi "Financial Times". Jeden system tej firmy o wartości 345 tys. dol. został dostarczony za pośrednictwem Chin do rosyjskiego Bałtyckiego Przedsiębiorstwa Przemysłowego, które dostarcza sprzęt dla rosyjskich producentów broni i które jest objęte sankcjami. W 2021 r. prezeska firmy Diana Kaliedina została nawet aresztowana w Rosji za dostarczanie obrabiarek z chińskimi elementami jako rosyjskich, ale została zwolniona w 2022 r., aby firma mogła terminowo realizować kontrakty państwowe.

onet.pl


Ponad 790 tys. rosyjskich wojskowych zostało zabitych lub rannych od czasu rozpoczęcia inwazji na pełną skalę w 2022 r., podało brytyjskie Ministerstwo Obrony. W ub.r. Rosjanie stracili 429,6 tys. zabitych i rannych. Oznacza to, że 2024 r. stanowił ponad połowę wszystkich rosyjskich strat w wojnie (54 proc.).

Straty rosyjskie w 2024 r. w porównaniu z 2023 r. wzrosły o prawie 70 proc. (429 tys. zabitych i rannych wobec 252). W 2022 r. straty rosyjskie, według brytyjskich ekspertów, wyniosły 107 tys. osób zabitych i rannych.

Grudzień 2024 r. był szóstym miesiącem nieprzerwanego wzrostu miesięcznych strat rosyjskiej armii w Ukrainie. W grudniu Rosja straciła 48 tys. 670 rannych i zabitych, w porównaniu do 45 tys. 680 w listopadzie. Są to rekordowe straty rosyjskiej armii w jednym miesiącu od rozpoczęcia inwazji na pełną skalę.

onet.pl


Hasło na wszechobecnych wyborczych billboardach z wizerunkiem Merza przekonuje, że lider chadecji to "właściwy człowiek we właściwym czasie". Sugeruje, że chadek potrafi znaleźć receptę na problemy kraju: stagnację gospodarczą, drożyznę, biurokrację, ale także coraz większe poczucie braku bezpieczeństwa, ogarniające mieszkańców Niemiec. To ostatnie związane jest z rosyjską wojną w Ukrainie, a także z nieuregulowaną imigracją i mnożącymi się w ostatnim czasie atakami terrorystycznymi, których sprawcami byli imigranci. 13 lutego w Monachium 24-letni Afgańczyk wjechał samochodem w demonstracje związkowców, raniąc około 40 osób. Dwa dni po ataku w szpitalu zmarły w wyniku obrażeń dwie ofiary: dwuletnia dziewczynka i jej 37-letnia matka. Trzy tygodnie wcześniej Niemcami wstrząsnął atak nożownika na grupę przedszkolaków w Aschaffenburgu. Imigrant z Afganistanu zabił dwuletniego chłopca i mężczyznę, który próbował go powstrzymać. Wcześniej były ataki w Magdeburgu, Solingen czy Mannheim. 

Po tych wydarzeniach zaostrzenie polityki migracyjnej stało się głównym tematem kampanii wyborczej. Frustracja i lęk wielu niemieckich wyborców sprawiły, że aż jedna piąta z nich gotowa jest oddać głos na antyimigrancką i antyunijną populistyczno-prawicową Alternatywę dla Niemiec (AfD). Partia ta domaga się reemigracji, czyli masowych deportacji nielegalnych imigrantów, a także zaprzestania wspierania Ukrainy oraz zniesienia sankcji gospodarczych wobec Rosji. Odrzuca UE w obecnej formie.

(...)

Do przyszłego rządu AfD wprawdzie nie wejdzie. Uznawana przez kontrwywiad za ugrupowanie częściowo prawicowo ekstremistyczne, otoczona jest przez pozostałe partie "kordonem sanitarnym" albo, jak określają to Niemcy, "zaporą ogniową". Oznacza to, że wykluczają one współpracę z AfD. Jednak może ona być w stanie blokować i zakłócać prace parlamentu. System przeliczania głosów na mandaty umożliwia partii z 20-procentowym poparciem uzyskanie nawet jednej czwartej miejsc w Bundestagu, jeżeli któreś z mniejszych ugrupowań nie przekroczy 5-procentowego progu wyborczego. – Chcielibyśmy mieć 25 procent miejsc w Bundestagu, ponieważ wówczas moglibyśmy samodzielnie inicjować komisje śledcze – powiedziała w jednym z telewizyjnych wywiadów kandydatka AfD na kanclerza Alice Weidel. Jako przykłady podała komisję śledczą do zbadania polityki w czasie pandemii koronawirusa, wysadzenia gazociągu Nord Stream czy afery cum-ex dotyczącej oszustw podatkowych.

AfD, być może razem z populistycznym Sojuszem Sahry Wagenknecht (BSW), mogłaby też zablokować reformę zapisanej w konstytucji Niemiec kotwicy budżetowej, która ogranicza możliwości zadłużania się państwa. Jej poluzowanie proponuje socjaldemokratyczna SPD, aby sfinansować wyższe wydatki na obronność i inwestycje. Chadecy Merza i Zieloni są otwarci na taką możliwość. Zmiana konstytucji wymagać będzie jednak większości dwóch trzecich głosów w Bundestagu.

Wiatru w żagle AfD dodało potężne wsparcie zza Atlantyku – od szefa Tesli, SpaceX i serwisu X Elona Muska, a także wiceprezydenta USA J.D. Vance’a, który na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium w połowie lutego rozwścieczył niemieckie elity polityczne, wzywając do zburzenia "zapory ogniowej" wokół AfD.  

– Nie będziemy współpracować z tą partią –  odpowiedział na to Merz w trakcie debaty czworga kandydatów na kanclerza w telewizji RTL w minioną niedzielę. – Nie dopuszczam takiej ingerencji w niemieckie wybory federalne, a także w późniejsze formowanie rządu. Nie pozwolę amerykańskiemu wiceprezydentowi mówić mi, z kim mam rozmawiać tutaj, w Niemczech – mówił.

(...)

Sondażowe prognozy podziału mandatów przewidują, że ewentualna "wielka koalicja" może mieć 335 w liczącym 630 posłów Bundestagu, a koalicja CDU/CSU z Zielonymi – 317 miejsc. Jednak blisko jedna trzecia wyborców (28 proc. wg sondażu dla ZDF) nie wie jeszcze, na kogo oddać głos. Nawet ułamki punktów procentowych i wyniki małych partii przesądzić mogą o tym, czy w Niemczech będzie mogła powstać koalicja dwóch partii, czy może jednak Friedrich Merz będzie zmuszony zwerbować do współpracy trzeciego partnera. "Taki scenariusz byłby dla chadeków katastrofą" – ocenił w niedawnym komentarzu dziennik "Sueddeutsche Zeitung". Koalicyjny rząd Olafa Scholza upadł głównie z powodu sporów między trzema obozami politycznymi. "W trójpartyjnym sojuszu Merz będzie w stanie przeforsować jeszcze mniej swoich zapowiedzi niż w sojuszu dwóch partii. Taka koalicja z pewnością nie działałaby sprawnie" – oceniła "Sueddeutsche Zeitung". 

Tymczasem Merz chce działać szybko. – Do Wielkanocy powinien powstać rząd – tłumaczył wpływowy poseł CDU Juergen Hardt na niedawnym spotkaniu z zagranicznymi dziennikarzami w Berlinie. Zaraz po świątecznej przerwie trzeba zacząć prace nad budżetem na obecny rok, którego nie dała rady przyjąć poprzednia koalicja. Na szczycie NATO w Hadze pod koniec czerwca nowy kanclerz chciałby już ogłosić nowe zobowiązania Niemiec co do zwiększenia nakładów na obronność i zaangażowania w zapewnienie bezpieczeństwa w Europie, dodał Hardt. Szybkie działania wymusza też sytuacja międzynarodowa i podjęcie przez administrację nowego prezydenta USA Donalda Trumpa rozmów z Rosją o zakończeniu wojny w Ukrainie, z pominięciem Europy. Trwa już dyskusja o możliwości wysłania na Ukrainę europejskich sił pokojowych. Brak decyzyjnego rządu w największym kraju UE jeszcze bardziej osłabia głos Europejczyków.

Zarówno chadecy, jak i ich potencjalni koalicjanci są zgodni co do konieczności wzmocnienia niemieckiej armii, Bundeswehry, i zwiększenia wydatków na obronność powyżej  2 proc. PKB. Sporne jest to, skąd wziąć pieniądze. SPD i Zieloni chcą poluzowania w tym celu konstytucyjnej kotwicy budżetowej, narzucającej dyscyplinę finansów państw. Zwolennikiem tego rozwiązania jest obecny minister obrony Boris Pistorius z SPD, najpopularniejszy polityk w Niemczech, który może odgrywać ważną rolę w przyszłym niemieckim rządzie.

(...)

– W ciągu nadchodzących dwóch lat musimy zająć się dwoma wielkimi problemami: migracją i gospodarką. Jeśli nam się nie powiedzie, to w 2029 roku kraj stoczy się w stronę prawicowego populizmu – mówił Friedrich Merz podczas ostatniej przedwyborczej debaty z Scholzem w środę, 19 lutego. – Dlatego proszę wyborców o jak najmocniejszy mandat, byśmy faktycznie mogli kierować tym rządem – zaapelował na zakończenie.

gazeta.pl

piątek, 21 lutego 2025



Były polski sędzia Tomasz Szmydt wraz ze zbiegłym na Białoruś przed prawem i pożyczkodawcami spolonizowanym Włochem Davidem Carbonarem (o którym pisaliśmy), przeprowadzili na antenie Międzynarodowego Radia Białoruś wywiad z kontrowersyjnym byłym duchownym Jackiem Międlarem. Autor m.in. książki “Polska w cieniu Żydostwa” stawał wielokrotnie przed sądem za słowne ataki na Żydów i homoseksualistów. 

Od dłuższego czasu - akurat wtedy, gdy Ukraina mierzy się z rosyjską agresją - były ksiądz poświęca swój czas na studiowanie rzezi wołyńskiej i kwestii “banderyzmu” na Ukrainie. 

Nie wchodząc w szczegóły, bo Międlar sypie nimi jak z rękawa, najciekawsza wydaje się tu jego teza, że ukraiński “banderyzm” jest pielęgnowany przez “Anglosasów”, którzy chcą go wykorzystać do zwalczania Rosji. “Anglosasi” to określenie używane na masową skalę przez kremlowską propagandę i wcale nie dziwi, że Szmydt szczegółowo dopytywał o ten wątek.

Ku zadowoleniu prowadzących Międlar sprowadzał całą historię polsko-ukraińskich relacji do zbrodni popełnianych przez Ukraińców na Polakach. I wyrażał przekonanie, że w rzeczywistości ten zbrodniczy charakter i nienawiść do Polaków są wśród nich zakorzenione. Mówił to w kontekście obecności w Polsce milionów Ukraińców, którzy mają sprowadzić nieszczęście na nasz kraj.

Na koniec Międlar został zapytany przez Szmydta o zatrzymanie go ABW w grudniu 2019 roku. Negatywnie wypowiadał się w tym kontekście o ówczesnym szefie MSWiA Mariuszu Kamińskim, a ciepłe słowa znajdował dla ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który, jak twierdził, miał interweniować w jego sprawie, przenosząc w inne miejsce zajmującą się śledztwem prokurator.

Prowadzący audycję wyrazili nadzieję, że rozmowa z Jackiem Międlarem nie będzie ostatnią i pozwolili mu reklamować na antenie swoje produkcje.

pl.belsat.eu


Netanjahu do Białego Domu przyjechał bardziej jako klient niż partner, ale został potraktowany jako klient-VIP i obrzucony upominkami premium. Natomiast zupełnie inaczej sytuacja wyglądała z Abdullahem II i Sisim (który po przeczołganiu Abdullaha II w Gabinecie Owalnym przez Trumpa odwołał swój przyjazd). Tu Trump wyszedł z założenia, że skoro daje im pieniądze (a pomoc do Egiptu wyjątkowo nie została zawieszona) to mają robić co im każe i w ogóle to „ruki po szwam”. Reszta na Bliskim Wschodzie dzieli się na bogatych (więc istotnych), biednych (więc nieważnych) oraz Iran i innych trouble-makerów. W tej pierwszej kategorii jest przede wszystkim Arabia Saudyjska, która nieprzypadkowo została wybrana na miejsce rozmów USA-Rosja. I choć Trump nie spotkał się jeszcze z MBS-em to wiele wskazuje na to, że to właśnie do Arabii Saudyjskiej uda się w swą pierwszą podróż (która zapewne obejmie też Izrael) w celu spotkania z Putinem. Królestwo to zajmuje centralne miejsce w planach Trumpa również ze względów prywatnych, nie jest bowiem tajemnicą, że MBS zainwestował w 2021 r. 2 mld dolarów w firmę Jareda Kushnera robiąca interesy w Izraelu. MBS obiecał też już inwestycje warte 600 mld USD w USA. Tyle, że wszystko potyka się o sprawę palestyńską, a pomysł Trumpa na Gazę jest z perspektywy saudyjskiej nierealistyczny i grozi zbyt poważnymi problemami w regionie by MBS skłonny był go zaakceptować. A Netanjahu wpadł w taki entuzjazm, że ciężko go powstrzymać (Rubio zresztą nie miał takiego zamiaru, natomiast senatorowie już tak).

Współpraca izraelsko-saudyjska jest też Trumpowi potrzebna do kontrowania Iranu, a także ze względu na projekty tranzytowe. Jeśli chodzi o tę drugą kwestię to związane jest to z projektem szlaku tranzytowego łączącego Indie z Morzem Śródziemnym i omijającym zarówno Iran jak i Turcję, który miałby być konkurencją dla chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku, a jednocześnie konsolidować współpracę indyjsko-izraelską i indyjsko-arabską, a przede wszystkim indyjsko-amerykańską. Kluczową rolę w tym projekcie odgrywają Zjednoczone Emiraty Arabskie, które w planach Trumpa zajmują ważne miejsce, choć nie aż tak jak Arabia Saudyjska. Trzecim istotnym partnerem Trumpa na Bliskim Wschodzie jest Katar (tam co prawda Rubio nie pojechał, ale Trump wysłał Witkoffa), który dla Trumpa jest sprawdzonym kanałem negocjacji z „trouble-makerami”. W tej kategorii Trump widzi z grubsza trzy podmioty: dżihadystów, Palestynę i Iran. Z tymi pierwszymi w wizji Trumpa sprawa jest prosta: „go to hell!”. 16 lutego tak właśnie zrobiono z jednym z liderów afiliowanej przy Al Kaidzie syryjskiej organizacji Hurras ad-Din (wyeliminowany poprzez uderzenie precyzyjne w prowincji Idlib). Jeżeli chodzi o Palestynę to w wizji Trumpa jeśli Palestyńczycy dostaną nowe domy na Synaju i w Jordanii (a Sisi z Abdullahem nie mają nic do gadania, bo przecież dostają kasę) to zapomną o Palestynie i wszyscy będą zadowoleni (co jest dość naiwnym i mało realistycznym założeniem). Natomiast Iranowi Trump postanowił pokazać kij (perspektywa nalotów na instalacje atomowe) i marchewkę (kwitnąca gospodarka uszczęśliwiająca i naród i reżim) i był pewien, że logiczny wybór jest tylko jeden: marchewka i bezpośrednie negocjacje Iran – USA. Tyle, że Iran podszedł do tego zupełnie inaczej. Palestyńczycy zresztą też.

Jeśli chodzi o Bliski Wschód to warto też zwrócić uwagę, że od inauguracji nie doszło do żadnej poważnej interakcji między nową administracją USA a Turcją, mimo że po upadku Assada rola Turcji w regionie wzrosła. Choć wcześniej pojawiały się spekulacje, że Trump będzie bardziej przyjazny wobec Erdogana niż Biden, to problem tkwi w tym, że Turcja nie ma zbyt wiele do zaoferowania USA i dlatego została pominięta w rozmowach o Bliskim Wschodzie oraz o Ukrainie. Poza tym napięte relacje między Izraelem a Turcją ewidentnie skłaniają Trumpa i jego ekipę do utrzymania wsparcia dla syryjskich Kurdów (za czym lobbuje Izrael). W dodatku w ekipie Trumpa sporo jest osób, które w przeszłości ostro krytykowały Turcję z pozycji chrześcijańskich i za wspieranie dzihadystów (np. Pete Hegseth czy Tulsi Gabbard). Trudno powiedzieć czy Erdogan zdoła jakoś przekonać do siebie Trumpa, ale póki co znamienne było to, że w chwili gdy w Białym Domu Trump gościł premiera Indii Narendę Modiego to Erdogan udał się do Pakistanu. Trump i jego ekipa, w przeciwieństwie do Europejczyków, nie zamierza się też śpieszyć z podejmowaniem decyzji w sprawie Syrii, a delegacja USA odmówiła podpisania deklaracji w sprawie odbudowy Syrii, przyjętej na konferencji zwołanej przez Macrona do Paryża. Warto jeszcze dodać, że formalnie drugim po Netanjahu gościem w Białym Domu był armeński premier Nikol Paszynian, choć spotkał się z nim tylko Vance, a nie Trump. Spotkanie z Trumpem nie było w ogóle planowane i nie mogłoby się odbyć, gdyż zaburzyłoby logikę hierarchii interesów, ale jednocześnie fakt, że Trump zlecił Vance’owi przyjęcie Paszyniana (co dla armeńskiego lidera było niezwykle ważne) pokazał, że USA nie zamierzają odpuszczać Armenii.

(...)

Jednocześnie, gdy w Monachium Vance oskarżał Europę o odejście od wartości na rzecz ideologii woke Trump zaprosił do Białego Domu premiera Wielkiej Brytanii Keir Starmera. Doszło do tego zresztą w sposób dość osobliwy, gdyż Trump wysłał swojego przedstawiciela Marka Burnetta, a następnie zadzwonił do niego w czasie obiadu z brytyjskim premierem i ten przekazał komórkę Starmerowi. Warto dodać, że wcześniej Elon Musk zorganizował na X całą kampanię bezpardonowych ataków na Starmera, opartych na oskarżeniach o tolerowanie muzułmańskich gangów pedofili i gwałcicieli. Starmer, wcześniej nie ukrywający swej niechęci do Trumpa, znalazł się jednak pod ścianą z sondażami lecącymi mu na łeb na szyję. Gdy Musk solidnie przetrzepał go kijem, Trump znienacka rzucił gałązką oliwną, stwierdzając, że bardzo lubi Starmera i robi on „dobrą robotę”. Wydaje się przy tym, że Trump bardziej chce z nim rozmawiać o Pacyfiku, a nie o Europie, Rosji i Ukrainie.

Sama Europa została celowo zepchnięta na plan dalszy w tym dyplomatycznym schemacie. Trump czuje bowiem jej słabość, więc postanowił solidnie zdzielić ją kijem. I takie właśnie było zadanie Vance’a i Hegsetha. Trump zresztą ma świadomość, że część zbesztanych liderów chwieje się na swych stołkach i dlatego też Vance demonstracyjnie odmówił spotkania z Scholtzem. Z drugiej strony Trump i tak ma z kim rozmawiać w Europie, a nadzwyczajne spotkanie przywódców europejskich w Paryżu zakończyło się niczym. Jednym z kluczowych krajów w trumpowskiej wizji Europy jest przy tym Polska, o czym świadczyło wysłanie Hegsetha do Warszawy. Faktem jest, że ta wizyta nie przyniosła żadnych konkretów, ale chodziło tu o pewną demonstrację i wpisywało się to w schemat spotkań Trumpa i jego przedstawicieli (w którym nie ma nic przypadkowego i chaotycznego). Zresztą zaraz za Hegsethem w Warszawie pojawił się jeszcze Kellogg, który, będąc specjalnym przedstawicielem ds. Rosji i Ukrainy, zamiast na rozmowy z Rosjanami w Rijadzie (powierzone doświadczonemu Rubio) przyjechał do nas. I ani Kellogg ani Hegseth nie uczynili sobie z Polski stop-overa w drodze do Kijowa, jak to było często w zwyczaju za poprzedniej ekipy w Białym Domu. Zadaniem Kellogga było przy tym złagodzenie tego co było wcześniej mówione w Brukseli i Monachium. Trump w ten sposób wskazuje, że Polska odgrywa ogromną rolę w jego planach.

defence24.pl


Na to, co się dziś dzieje między USA a Rosją, nie warto reagować polskim odruchem warunkowym: Hitler-Stalin-Monachium-Jałta-rosyjskie wojska w Warszawie. Historyczne skojarzenia, które ostatnio wyskakują nam z lodówki, nie służą rozumieniu, tylko raczej zaciemniają obraz, a przede wszystkim są wyrazem bezradności. Powinno się napisać: „Nie wiem, co będzie, sytuacja zrobiła się nieprzewidywalna", ale żeby przykryć tę bezradność, to pisze się: „Drugie Monachium i druga Jałta". Odkładaj takie rzeczy na bok, nie czytaj i się nimi nie zajmuj.

Warto sobie zafundować detoks od tzw. mediów tożsamościowych (po obu stronach), czyli tych, gdzie z góry wiadomo, że Trump to Hitler, ewentualnie Trump to mesjasz. Będziecie tam zalewani skrajnymi interpretacjami, mózgi wam się zlasują, w jednym kramiku każda trumpowa brednia będzie rozdmuchiwana do rozmiarów słonia, w drugim ta sama brednia będzie na wszystkie strony usprawiedliwiana. W sytuacji, kiedy niemal każdy „normals" pod naszą szerokością geograficzną zastawia się: „Wejdą, nie wejdą, a jeśli wejdą, to kiedy?", taka dodatkowa dawka skrajnych interpretacji może tylko wpędzić w depresję. Już lepiej, jeśli nic nie będziecie czytać, niż jeśli panicznie będziecie śledzić każdy wykwit naszej publicystyki. Punktowo warto wybrać kilku spokojniejszych autorów, ja oczywiście polecam wszelkiej maści symetrystów, jak Jurasz czy Magierowski, ale nazwisk jest sporo, tylko trzeba poszperać.

Trump jest mistrzem robienia szumu w mediach i zwracania na siebie uwagi. Właśnie o to mu chodzi, żeby elity amerykańskie i europejskie jęczały ze zgrozy, bo to go buduje. Jego słowa należy traktować jak spektakl, cyrk, kuglarskie sztuczki obliczone na wywołanie emocji i wrzasków na widowni (nie tylko oklasków). Chamskie zagrywki wobec Zełenskiego (który zresztą głupio na nie reaguje) mogą rzeczywiście przerażać, ale niespecjalnie warto je z pełnym namaszczeniem analizować. Podobnie rzecz się ma z bredniami Trumpa - „Ukraina sama wywołała wojnę", „Putinowi można wierzyć, że chce pokoju" - jutro powie coś przeciwnego, a pojutrze coś jeszcze innego, nawet nie będzie pamiętał. Liczy się nieustanny szum i ruch w interesie. To nie tylko jego sposób działania, ale po prostu natura mediów społecznościowych i współczesnej komunikacji. Trump ma ją w małym palcu.

Dawniej należałoby dodać: „No ale jednak to, co mówi prezydent USA, ma znaczenie, nawet jeśli wszyscy wiedzą, że bredzi i zmienia zdanie". Owszem, kiedyś miałoby to znaczenie, dziś - umiarkowane. Wszyscy się przyzwyczaili do mediów społecznościowych, shitstormów, które trwają trzy godziny i nic z nich nie zostaje. Waga głupich odzywek Trumpa w przestrzeni międzynarodowej jest inna, niż byłaby dekadę temu, to nie znaczy, że żadna, ale jednak dużo mniejsza. Chlapnięcie bredni, która kiedyś zakończyłaby karierę tego czy innego polityka, dziś wywołuje sztorm może nawet bardziej gwałtowny, ale tylko chwilowy, po czym nikt nic nie pamięta, nikt tak do końca nie traktuje niczego poważnie, może to powiedział, może nie powiedział, a może to były tylko jakieś jaja i deepfejki, zresztą już po godzinie mamy coś nowego. Jak ktoś już totalnie przesadzi, to najwyżej może skasować tłita i sprawa załatwiona - taka mniej więcej jest dziś waga słów w polityce, nawet tych wygłaszanych przez prezydentów i premierów.

(...)

W niemal każdej chamskiej lub fejkowej opinii na temat Ukrainy czy Zełenskiego, Trump wspomina o Bidenie. Widać tu czystą obsesję, wszystko jest winą Bidena, to przez niego wybuchła wojna. Te toksyczne emocje Trumpa - świadczące o jego złym charakterze, ale to przecież nic nowego - są widoczne jak na dłoni (w słowotoku Trumpa da się zwykle znaleźć ziarno prawdy, bo faktycznie Biden nie miał pomysłu na rozstrzygnięcie wojny, poza dawaniem Ukrainie kroplówki). Nienawiść Trumpa do Bidena definiuje obecnie dużą część jego narracji na temat Ukrainy, miejmy nadzieję, że ta emocja w końcu się wypali.

Putin wcale nie wygrał - i taki jest szerszy kontekst, o którym często się zapomina - ponieważ nie chapnął Ukrainy, nie zrealizował swoich głównych założeń z 2022 roku. Ukraina zachowała niepodległość oraz - przy okazji wojny - stała się skrajnie antyrosyjska. Zainstalowanie w Kijowie jakiegoś nowego Janukowycza jest obecnie mało prawdopodobne. Putin ma przy granicy wściekłe, niepodległe i nauczone bitki państwo z potężną armią, najsilniejszą w Europie. Tego nie zmieni nawet niekorzystny dla Ukrainy traktat pokojowy. Jeśli Putin dostanie w ramach „wspaniałego pięknego dealu" jakieś cymesy i przy okazji pięć lat na wzmocnienie sił, tak samo dostanie te lata na wzmocnienie Ukraina. Europa nie zrezygnuje ze wspomagania Ukrainy, pieniądze się znajdą, skoro nawet Niemcy chcą nareszcie wyjąć wydatki wojskowe z procedury nadmiernego deficytu, wojsko ukraińskie się nie zwinie i nadal będzie wiązać główne siły rosyjskie.

Wszystko, co robi obecnie polski rząd na arenie międzynarodowej jest kompletnie nieistotne i nieskuteczne z prostego powodu: nasza polityka zagraniczna w stu procentach podporządkowana została kampanii Trzaskowskiego. Platforma aż do wyborów prezydenckich nie zrobi nic dla polskiej racji stanu, choćby się waliło i paliło, chyba że przypadkowo dobro Trzaskowskiego z polską racją stanu będzie akurat tożsame. Wszelkie decyzje w sprawie Ukrainy są obecnie wykładnią polityki wewnętrznej, chyba żaden inny rząd w Europie nie robi tego tak bezwstydnie, nawet jeśli ma na horyzoncie wybory. Odmowa Tuska jakiejkolwiek rozmowy z Macronem na temat wysłania choćby garstki polskich żołnierzy w ramach europejskiej misji stabilizacyjnej to również wkład w kampanię Trzaskowskiego, podobnie jak ściemnianie, że „nikt nas o to nie prosił", skoro właśnie prosił i to kilkukrotnie (Amerykanie i Macron). Władza nam kłamie w żywe oczy z powodu zbliżających się wyborów, dokładnie tak samo, jak kłamała poprzednia w innych ważnych sprawach, warto to wiedzieć i rozumieć, zamiast się oburzać.

Symetrycznie jest po drugiej stronie: pisowskie donosy na polski rząd do Trumpa (te wszystkie obleśne tłity po angielsku, że oto - uprzejmie donoszę - Sikorski powiedział to czy tamto, obrażajo pana, panie Trump, olaboga!) to z kolei wsad w kampanię Nawrockiego. PiS bardzo liczy, że Trump zrobi coś, co pozwoli wygrać Nawrockiemu wybory, nie wiem, na jakiej podstawie, ale takie są tam marzenia. Słuchanie opozycji też sobie darujcie, oni również myślą jedynie o własnej partii i wyniku Nawrockiego, a „Dobropolski" musi poczekać, aż się to w maju przewali.

Każdy - podkreślam KAŻDY - kto dokłada teraz do pieca, obiektywnie służy Rosji. Nigdy dość przypominania tej prawdy. Rosyjskim planem dla Polski - i wynika to wprost z zadań komórki ds. polskich w FSB - jest podkręcanie polaryzacji politycznej. Rosji wszystko jedno, czy rządzi tu PO czy PiS, ważne, żeby się brali za łby i oskarżali o zdradę stanu oraz prorosyjskość. Rosyjskie trolle rano pracują na rzecz uskrajniania wyborcy PiS-u, po południu na rzecz eskalacji poglądów wyborcy PO, wieczorem z kolei podbechtują wielbicieli Konfy, są wśród "Silnych Razem" i „Klubów Gazety Polskiej", bowiem miłe jest im każde sfanatyzowane środowisko. Za każdym więc razem - szanowny czytelniku - kiedy polscy politycy i publicyści oskarżają drugą stronę o wszystko, co najgorsze, zdradę, onucowatość, agenturalność, Targowicę, wiedz, że ktoś dokłada się do osłabiania twojej ojczyzny. Zapamiętaj tę zasadę: kto najgłośniej wrzeszczy, że ci drudzy to agenci i trzeba ich powsadzać, właśnie ten agent. Omijaj, nie czytaj, bojkotuj. 

gazeta.pl