poniedziałek, 20 stycznia 2025



Nie można powiedzieć, żeby Francesco nie czuł się komfortowo w rosyjskim świecie Olgi. Dziś brzmi to niepoprawnie politycznie, ale rosyjskość, jeśli ktoś jej posmakuje, na początku wciąga każdego, ponieważ na poziomie emocjonalnym ma wiele do zaoferowania. Rosyjskość pobudza zmysły, otwiera czakry romantyzmu i duchowości – często pozorne, bałamutne lub krótkotrwałe. Ale ponieważ Rosjanie w sposobie bycia kładą większy nacisk na formę niż treść, właśnie ich forma i emocjonalność początkowo bardzo uwodzą: śpiewny język, szybkie nawiązywanie głębszej rozmowy, czysto ludzka dobroć wykształcona przez dziesiątki lat kolektywnego cierpienia. Że tydzień później najedzie się kraj jakiegoś biedaka w imię wielkiej Rosji, to jak najbardziej, czemu by nie, ale dziś należy go nakarmić i odziać, pięknie przy tym rozmawiając o pokoju i ogólnoludzkim braterstwie.

(...)

Zapytałem Olgę, czemu wyznała Francescowi miłość akurat na Wołodarskiego. Mieszkałem niedaleko i ta brzydka ulica wydawała się kiepską scenerią do romantycznych deklaracji.

– Na Wołodarskiego znajduje się budynek Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Chciałam, żeby mnie zobaczyli, żeby wiedzieli, że nie boję się całować pod ich oknami – odpowiedziała.

Oto bunt pośrodku putinizmu. Odwieczna rosyjska negacja opresji przez ucieczkę w wewnętrzną niezgodę: pocałunek pod oknami FSB. Słowa Puszkina: „Nie daj Boże widzieć bunt rosyjski, bezmyślny i bezlitosny” brzmią, jakby rosyjski wieszcz robił sobie jaja ze swych rodaków.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję

niedziela, 19 stycznia 2025



Toomas Hanso, ekspert Międzynarodowego Centrum Ochrony i Bezpieczeństwa (International Centre for Defence and Security, ICDS), zauważył, że incydenty te nie są wyjątkowe. Jak wyliczył, tylko w ostatnich latach ponad 30 światłowodów łączących Tajwan z pobliskimi wyspami zostały zerwane, potencjalnie celowo, przez chińskie statki; po raz ostatni 3 stycznia 2025.

Według estońskiego eksperta, to co łączy zdarzenia w Cieśninie Tajwańskiej i na Morzu Bałtyckim, to ich częstotliwość, geopolityczne napięcia w obu tych regionach oraz to, że miały one bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo narodowe oraz infrastrukturę komunikacyjną.

belsat.eu/PAP


Zuckerberg uzasadniał zmiany tym, że dotychczasowe, bardziej restrykcyjne ograniczenia dotyczące np. imigracji czy tożsamości płciowej, okazały się oderwane od rzeczywistości. Czyli, mówiąc prościej, wygrana Trumpa w wyborach prezydenckich pokazała, że dla wielu ludzi granice tego, co powinno być dopuszczalne w sferze publicznej, są znacznie szersze niż te, które wyznaczała polityka firmy. A skoro tak, to jak przekonuje większość komentatorów, zapowiedziane zmiany są po prostu oddaniem pola Trumpowi i przyznaniem się do porażki.  

W tej opowieści założyciel Facebooka spędził ostatnie lata na pełnej determinacji walce o bardziej uprzejmą, kulturalną, opartą na szacunku debatę publiczną (albo, dla jego krytyków, na wpychaniu ludziom do gardeł wyznawanej przez niego poprawności politycznej), a teraz, w obliczu wygranej Trumpa, skapitulował, podkulił ogon i w lęku przed szykanami ze strony nowego prezydenta wyrzeka się swoich wartości.  

Jest znacznie gorzej.

Meta nie zatrudniała fact-checkerów i nie wprowadziła restrykcyjnych (i nieraz absurdalnych) reguł przeciwdziałania mowie nienawiści i publikowaniu nielegalnych treści (związanych np. z pornografią dziecięcą czy terroryzmem) z poczucia misji. Robiła to w wyniku ogromnych zewnętrznych nacisków i krytyki, która spadała na firmę w obliczu wszechobecnych dowodów na negatywny wpływ Facebooka na naszą polityczną i społeczną rzeczywistość.  

W 2016 roku Craig Silverman, redaktor i założyciel serwisu BuzzFeed Canada, przeprowadził analizę, jakie treści polityczne publikowane na Facebooku w trakcie kampanii prezydenckiej w USA cieszyły się największą popularnością. W okresie trzech miesięcy poprzedzających dzień wyborów, 20 najpopularniejszych nieprawdziwych artykułów wyborczych wygenerowało więcej zaangażowania internetowego (udostępnień, reakcji i komentarzy) niż 20 najpopularniejszych artykułów pochodzących z czołowych mediów. Największe zaangażowanie czytelników na Facebooku wywołał nieprawdziwy materiał skrajnie prawicowej strony o nazwie "Ending the Fed" zatytułowany "Papież Franciszek szokuje świat, popiera Donalda Trumpa na prezydenta".  

Silverman odkrył dodatkowo, że popularność fałszywych wiadomości nie była stała, lecz zwiększyła się wielokrotnie w okresie wyborczym, spychając rozpoznawalne media na boczny tor. Wiele portali publikujących fake newsy powstało zaledwie na kilka miesięcy przed wyborami, a ich clickbaitowe tytuły i efekt domina wynikający z rozpowszechniania tekstów w mediach społecznościowych doprowadziły do lawinowego wzrostu liczby zaangażowanych odbiorców. 

W tym samym roku dziennikarze Wall Street Journal dotarli do wewnętrznego raportu Facebooka, z którego wynikało, że około dwie trzecie osób dołączających do ekstremistycznych grupek na platformie trafia do nich dzięki rekomendacjom podsyłanym im przez facebookowy algorytm ("spójrz na grupy, do których możesz chcieć dołączyć").  

Inny wewnętrzny eksperyment firmy, przeprowadzony w 2019 roku, polegał na stworzeniu przez badaczy pracujących dla Facebooka fałszywego konta. Chodziło o to, by zobaczyć, jakie treści będą trafiały na jego stronę główną ("feed"). W zaledwie trzy tygodnie została ona zalana pornografią oraz treściami promującymi mowę nienawiści i dezinformację.  

W 2021 roku wewnętrzna analiza treści politycznych publikowanych na platformie w trakcie kampanii prezydenckiej w USA w 2020 roku wykazała, że aż 10 proc. wszystkich wyświetleń zebrały posty przekonujące, że wybory były sfałszowane.  

Każdy kolejny raport wewnętrzny l potwierdzał to samo. Sama podstawowa architektura działania platformy, prowadzi do natężenia mowy nienawiści i obecności dezinformacji na Facebooku. To, jak szerzą się toksyczne treści na Facebooku, to nie anomalia, wynik błędów czy niedopatrzeń. To po prostu sama istota platformy, naturalna konsekwencja tego, jak została zaprojektowana i w oparciu o jakie mechanizmy działa.  

Wszystkie zmiany wprowadzane przez Zuckerberga w celu "wyrugowania mowy nienawiści i fake newsów" z Facebooka były wprowadzane w momencie, w którym politycy  coraz głośniej przekonywali o potrzebie wprowadzenia znacznie bardziej restrykcyjnych regulacji dotyczących działania platformy. Założyciel firmy wychodził wtedy cały na biało, przekonywał, że on sam ma pełną świadomość problemu i nie spocznie, aż go nie rozwiąże, a ustawodawcy niech sobie nie zaprzątają tym głowy, w końcu wszyscy chcemy tego samego, Facebook popełnił błędy, ale nie wynikały one ze złej woli, teraz będzie inaczej.  

Zmiany oczywiście były kosmetyczne i pod publiczkę, bo zasadnicze zmniejszenie toksycznego wpływu Facebooka na społeczeństwo i politykę wymagałoby zmiany algorytmów w sposób, który zmniejszałby zaangażowanie użytkowników, a to osłabiłoby przychody od reklamodawców. Co nie zmienia faktu, że pozostawały kosztowne - a jednocześnie tworzyły grunt pod domaganie się kolejnych.  

Dojście Trumpa do władzy to zatem dla Zuckerberga nie zagrożenie, przed którym musi się bronić padając na kolana i posypując głowę popiołem.  

Jest dokładnie odwrotnie - to dla założyciela Facebooka ogromna szansa, by odwrócić trend rosnącej presji na większe uregulowanie działalności platform społecznościowych i rozliczanie ich z tego, jak zwalczają negatywne konsekwencje swojego modelu biznesowego. Zuckerberg zwalnia fact-checkerów, bo wraz z powrotem Trumpa do władzy zmniejsza się polityczna presja na to, żeby Meta ich zatrudniała. Luzuje reguły dotyczące mowy nienawiści, fake newsów i promowania ekstremizmu, bo dzięki temu zwiększy się zaangażowanie użytkowników, a dzięki Trumpowi nie grożą mu już w Stanach Zjednoczonych z tego tytułu prawne konsekwencje.  

Co jeszcze ważniejsze, Trump to dla Mety potencjalny zbawiciel w walce z ustawodawcami spoza Stanów Zjednoczonych, którzy podejmowali i podejmują znacznie bardziej zdecydowane kroki. Jak powiedział w swoim nagraniu Zuckerberg, ma nadzieje "współpracować z prezydentem Trumpem w celu przeciwstawiania się rządom, które uwzięły się na amerykańskie korporacje i chcą je jeszcze bardziej cenzurować". Nieprzypadkowo na pierwszym miejscu wymienił Unię Europejską, która "tworzy coraz więcej praw sankcjonujących cenzurę i utrudniającą tworzenie nowych innowacji".

gazeta.pl

sobota, 18 stycznia 2025



Przyglądając się danym o dorocznych wydatkach na alkohol poszczególnych generacji, można dostrzec ogromne kwoty i niewielkie różnice między nimi. Boomersi (urodzeni w latach 1946–1964) wydają średniorocznie ponad 25 miliardów dolarów na alkohol, podobnie Generacja X (urodzeni w latach 1965–1980), która wydaje raptem 2 miliardy dolarów mniej. Na trzecim miejscu plasują się Milenialsi (urodzeni w latach 1981–1996) z wynikiem blisko 23,5 miliarda dolarów.

Takie wydatki pozwalały branży alkoholowej generować ogromne zyski i rozwijać się przez dekady, osiągając wycenę rynku alkoholi w USA na poziomie przekraczającym 250 miliardów dolarów. (...)

Według najnowszych danych U.S. Bureau of Labor Statistics, a więc amerykańskiego odpowiednika GUS-u najmłodsza z generacji - generacja Z, średniorocznie wydaje na alkohol jedynie nieco ponad 3 miliardy dolarów, a więc o około 7-8 razy mniej niż ich dziadkowie i rodzice. 

bankier.pl


Joe Biden, odchodzący prezydent USA, powiedział, że chińska gospodarka nigdy nie przeskoczy amerykańskiej. Tak będzie?

We wspomnianym już powyżej przeze mnie raporcie Rhodium Group analitycy dowodzą, że w ostatnich trzech latach wzrost gospodarczy Chin był o około 3 punkty procentowy niższy niż podawany oficjalnie. Czyli zamiast podawanych 5 proc. tak naprawdę było 2 proc. Ja się z tym zgadzam, moim zdaniem dane chińskiego urzędu statystycznego są zawyżane. Chińska gospodarka jest moim zdaniem w innym miejscu w gonieniu Zachodu, niż się wielu wydaje. Ten dystans jest o wiele większy, a przy tym dynamika wzrostu jest niższa niż oficjalnie podawana. Więc tak, w przewidywalnej perspektywie chińska gospodarka nie przegoni amerykańskiej. Unikałbym jednak słowa "nigdy". 

A co się dzieje wewnątrz kraju? Z innych danych, np. o sprzedaży detalicznej, która nie rośnie zbyt dynamicznie, albo z bardzo niskiej inflacji wynika, że konsumenci nie chcą wydawać pieniędzy. Popyt z tej strony w Chinach jest wciąż mały.

Chińczycy nie mają czego wydawać. Tamtejsze gospodarstwa domowe mają do swojej dyspozycji o wiele mniejszą część PKB niż gospodarstwa w zachodnich społeczeństwach. Wydatki konsumpcyjne gospodarstw domowych w Chinach stanowiły 38 proc. PKB w porównaniu do 54 proc. w Japonii - różnica 16 punktów procentowych PKB i 68 proc. w Stanach Zjednoczonych - różnica 30 punktów procentowych PKB. Żeby konsumpcja mogła się w Chinach rozwijać, obywatelom trzeba by zapewnić usługi publiczne. Jeśli oni muszą odkładać jedną trzecią, a nawet połowę pensji na starość albo czas choroby i leczenie, to trudno jest z tego wydawać na więcej niż niezbędną konsumpcję. Poza tym, banki w Chinach nie udzielają tak powszechnie kredytów konsumpcyjnych jak w Europie czy tym bardziej w USA. Chiński konsument wciąż relatywnie mało zarabia. Choć żyje mu się lepiej niż 20 czy 30 lat temu, to dynamika tej poprawy w ostatnich latach spadała i jest to odczuwalne.

A czuć tam rozczarowanie społeczne, widać je?

Jest kilka trendów. To są zmiany kulturowe, pokoleniowe. Młodzi ludzie nie chcą brać udziału w wyścigu szczurów i są przeciążeni. Po dwóch pokoleniach polityki jednego dziecka w rodzinie okazuje się, że ci młodzi dorośli jedynacy mają często na głowie także utrzymanie rodziców i także dziadków. Relacje rodzinne są w Chinach silne, a brak zabezpieczeń społecznych sprawia, że ciężar opieki spada na tę jedną osobę. To tworzy poważne obciążenia psychiczne. Poza tym hamowanie dynamiki rozwoju gospodarczego sprawia, że jest coraz mniej miejsc pracy dla osób wykształconych. Tymczasem wykształcenie miało być przepustką do lepszego życia, było zdobywane często z dużym poświęceniem, inwestowali w nie rodzice i dziadkowie.

Równocześnie presja ideologiczna w ostatnich latach pod rządami Xi Jinpinga zaczyna odbijać się negatywną czkawką. Młodzi ludzie odrzucają obecny model, ale nie są w stanie zaprotestować w inny sposób niż poprzez wycofanie się. Pojawiła się cała subkultura tang ping - dosłownie: leżeć plackiem, której istotą jest nieangażowanie się. Inna subkultura shehuiren - dosłownie: ludzie uspołecznieni - to zazwyczaj ludzie urodzeni po 1995 roku i należący do niższych klas społeczeństwa. Często dzieci migrujących robotników, które nigdy nie miały większych szans na zdobycie wykształcenia i są skazane na nisko płatne, dorywcze prace w dużych ośrodkach miejskich. Krótko mówiąc to młodzi, wykluczeni z wielkich miast. Jej członkowie noszą często koszulki ze świnką Pepą. Obydwie te grupy nie angażują się za bardzo w życie - biorą pierwszą lepszą pracę, byle tylko się utrzymać, odrzucają ambicje, nie chcą zakładać rodzin. Kolejnym trendem, tym razem wśród młodych kobiet, jest niechęć do wychodzenia za mąż. Partia proponuje patriarchalny model rodziny, a młode kobiety, zdobywające wykształcenie już tego nie chcą. Nie bez znaczenia jest, że coraz trudniej w Chinach zdobyć rozwód - jest to mocno utrudnione administracyjnie. Dzieci poza związkiem małżeńskim w Chinach wciąż rzadko się zdarzają, więc to wszystko pogłębia kryzys demograficzny.

Partia jest zatem na tyle silna, że jedyne, na co ludzie mogą sobie pozwolić, to bierny opór. Nie angażowanie się, wyłączenie.

Czyli partia nie odczuwa żadnego oddolnego nacisku na zmianę polityki wewnętrznej, gospodarczej? Władze nie zmieniają kursu, nie przejmują się, że to, co robią, nie działa?

Pytanie, czy partia wie, że to nie działa. Nie wiemy, co ci, którzy podejmują decyzje wiedzą, a czego nie wiedzą. W momencie, gdy działacz partyjny wchodzi do władz prowincjonalnych, wchodzi w bańkę: oddaje prywatny telefon, mieszka na zamkniętym kampusie, sam nie kupuje sobie nawet jedzenia. Wszystkie informacje, które do niego docierają, są filtrowane przez system. Xi Jinping wszedł w tę bańkę pod koniec lat 90. ubiegłego wieku. Sekretarze generalni Komunistycznej Partii Chin radzili sobie z tym w przeszłości w różny sposób. Hu Jintao utrzymywał szeroką sieć znajomych z lat szkolnych i studiów, to byli zwykli ludzie. Jiang Zemin z kolei namiętnie oglądał CNN i śledził inne zachodnie media także po to, aby dowiedzieć się, co się dzieje w Chinach.

gazeta.pl

piątek, 17 stycznia 2025



Sławomir Mentzen ma już pozamiatane?

Nie, ale ciężka orka i trudna kampania przed nim. Na pewno drży o swój wynik, a to tym bardziej, że zagraża mu nie tylko Grzegorz Braun, ale też - a może przede wszystkim - Krzysztof Stanowski. Ten rok temu zapowiedział, że wystartuje w wyborach prezydenckich - dla beki, dla reklamy, dla "pokazania cyrku", cytuję jego słowa. A to oznacza, że Mentzen jest atakowany przez dwóch kandydatów z prawej flanki: absolutnie radykalnej - czyli Brauna i antysystemowej, bardziej umiarkowanej - Stanowskiego. Będzie wzięty w dwa ognie. Dlatego wynik Bosaka sprzed pięciu lat, kiedy ten w wyborach prezydenckich zdobył 7 proc., na pewno wziąłby w ciemno.

(...)

Braun już raz startował w wyborach prezydenckich - w 2015 roku. Uzyskał wówczas 0,83 proc. poparcia.

(...)

Inna rzecz, że na pewno Janusz Korwin-Mikke będzie mocno wspierał Brauna. Z zemsty. Bo Mentzen de facto siłą przymusił Korwin-Mikkego, by ten mu oddał partię. Korwin-Mikke jest teraz rozżalony i wściekły. Chce Metzenowi utrzeć nosa. A jak może mu utrzeć nosa? Popierając Brauna, który zabierze głosy Mentzenowi.

tokfm.pl


To jedna strona medalu, a druga jest taka, że taran Trumpa jest wielką niewiadomą również dla Putina, który nie wie, czego się spodziewać i jak grać. Ciekawe w tym kontekście są zabiegi wokół Grenlandii. Duński wywiad ujawnił, że w 2019 r. rosyjskie służby specjalne za pośrednictwem agentów wpływu przeprowadziły udaną operację podrobienia listu ówczesnej minister spraw zagranicznych Grenlandii Ane Lone Bagger do amerykańskiego senatora Toma Cottona (...). List zawierał sugestię, że Stany wesprą grenlandzkie referendum niepodległościowe, i prośbę o pomoc finansową. Po tym liście Trump miał nabrać pewności, że zakup Grenlandii w zasadzie jest możliwy. A w każdym razie nie jest niemożliwy. O swoich zamiarach poinformował wtedy cały świat. Kopenhaga zaprotestowała. A Trump odwołał planowaną wizytę w Danii.

(...)

Na razie na Grenlandię pojechał syn prezydenta elekta, Donald Trump junior. Jak pisze Igor Ejdman (...), junior kupił kilku bezdomnych, aby zagrali rolę Grenlandczyków wyznających filozofię MAGA (Make America Great Again). 

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

czwartek, 16 stycznia 2025



Obie rakiety są nowe, obie są wielkie. Jedna już wystartowała dzisiaj rano, druga ma wystartować wieczorem. Obie się istotnie różnią. Ta od Bezosa jest budowana według innej filozofii. Znacznie bardziej tradycyjnej, takiej, do której mogła przyzwyczaić przez dekady NASA i tradycyjni potentaci w tym biznesie. Można to streścić do "bez radykalnych pomysłów, przemyślimy i przetestujemy wszystko na Ziemi, żeby tam u góry działało od razu".

W porównaniu z tym Musk to kreatywny chaos, w ramach którego normą jest sprawdzanie rzeczy w praktyce i powodowanie eksplozji. Bazując na takich metodach, firma SpaceX Muska w ciągu ostatniej dekady błyskawicznie urosła i stała się gigantem branży, a przy okazji zbudowała sobie znaczne grono fanów, którzy w takim podejściu widzą przyszłość. Jednocześnie patrzą na Bezosa oraz jego firmę Blue Origin jak na dziadersów, którzy przegapili fakt, że świat się zmienił. Nie jest to jednak takie oczywiste.

Odpaloną dzisiaj rano po raz pierwszy rakietę New Glenn (od nazwiska pierwszego Amerykanina na orbicie - Johna Glenna) trudno nazwać przestarzałą. Ostrożną czy zachowawczą owszem, ale zdecydowanie niezacofaną technologicznie. Należy do kategorii ciężkich rakiet nośnych. Jeden stopień poniżej tych największych, określanych jako "superciężkie". Będzie jednak w górnym zakresie swojej kategorii, bo ma móc dostarczyć na orbitę maksymalnie 45 ton ładunku. Standardem dla większości rakiet tej kategorii jest rejon 20-30 ton. Jedyny porównywalny konkurent to Falcon Heavy firmy SpaceX, który w wariancie zakładającym odzyskanie większości rakiety może to zrobić też z około 40-50 tonami.

New Glenn ma też być w większości wielokrotnego użytku. Pierwszy stopień ma tak samo lądować na pokładzie statku, jak pierwsze stopnie rakiet Falcon 9 i Falcon Heavy firmy Space X. Nie udało się to podczas pierwszego startu. Kontakt z pierwszym stopniem został utracony, kiedy hamował na krawędzi atmosfery i działały na niego ogromne siły. Firma twierdziła od początku, że udane lądowanie w pierwszym locie byłoby wspaniałe, ale kluczem jest samo dotarcie na orbitę. To się udało, za sprawą drugiego stopnia, który jest przeznaczony na straty.

Cały proces startu i lądowania jest bardzo podobny do tego w przypadku aktualnych rakiet Space X, choć New Glenn ma wiele detali rozwiązanych w inny sposób. Najbardziej widoczny to inne stery, dodatkowe płetwy stabilizujące po bokach i schowane w kadłubie rakiety rozkładane nogi. Inna istotna różnica, choć trudna do wychwycenia, to średnica kadłuba i rozmiary ładowni na dziobie rakiety. Ten pierwszy parametr to aż 7 metrów, czyli prawie dwa razy więcej niż porównywalnej rakiety SpaceX, Falcon Heavy. Oznacza to znacznie bardziej obszerną przestrzeń ładunkową na dziobie, pozwalającą zabierać na orbitę może nie najcięższe ładunki w historii, ale bardzo duże rozmiarami. Jest to parametr, który Blue Origin zawsze podkreśla jako główną przewagę konkurencyjną ich nowej rakiety. Te wymiary są większe niż nawet w wahadłowcach NASA.

Mocną stroną nowej rakiety mają być też jej nowe silniki główne BE-4. Opracowano je od podstaw dla New Glenn, ale też nowej rakiety Vulcan firmy United Launch Alliance (połączone kosmiczne działy Boeinga i Lockheed Martina). Mają mieć bardzo dobre parametry, jednocześnie nie będąc skrajnie wysilone. Tak, aby jak najlepiej wielokrotnie znosiły wielokrotne użycie. Są porównywalne parametrami do obecnie najnowszych silników Raptor 3 firmy SpaceX, tylko właśnie mniej wysilone (niższe ciśnienie w dyszy). Oba typy będą najpewniej przez wiele lat światową awangardą w dziedzinie silników rakietowych.

Krytyka New Glenn skupia się na tym, jak bardzo odstaje od najbardziej awangardowego dzieła firmy SpaceX, czyli duetu pojazdu kosmicznego Starship i rakiety nośnej Super Heavy. Tego, który ma wystartować w czwartek wieczorem do swojego siódmego lotu testowego. Oba systemy rozwijano niemal równolegle, zaczynając od wstępnych prac około 2012 roku. Dzieło firmy Muska jest jednak z innej kategorii. Ma móc dostarczyć na orbitę ponad dwa razy więcej ładunku i po rewolucyjnie niskiej cenie, będąc w całości wielokrotnego użytku. Do tego nadawać się do prowadzenia skomplikowanych operacji tankowania na orbicie i latania na Księżyc czy Marsa. Takie są przynajmniej założenia. Na tym tle New Glenn jest rzeczywiście koncepcyjnym starociem, w znacznej mierze powielającym to, co SpaceX osiągnęło z Falcon 9/Falcon Heavy w minionej dekadzie.

Dodatkowo Blue Origin przez lata zbierało krytykę za to jak powoli działa. Zwłaszcza na tle SpaceX, która ochoczo eksperymentowała na widoku publicznym, przez co postępy w pracach nad rakietami Muska były bardzo widoczne. Jest przy tym faktem, że prace nad silnikami BE-4 i rakietą New Glenn zaliczyły wieloletnie opóźnienie. Początkowo debiut zakładano na rok 2020. Pojawiały się przy tym informacje o nadto ostrożnej, zbiurokratyzowanej i pozbawionej ambitnej wizji pracy pod dyktando zasiedziałych inżynierów z branży lotniczo-kosmicznej. Dotyczyło to zwłaszcza Boba Smitha, zarządzającego firmą w latach 2017-2024. Jego następcą jest Dave Limp, który uprzednio był jednym z głównych dyrektorów Amazona, niemający nic wspólnego z branżą kosmiczną. Ma on wnieść nową energię i dynamikę niezbędną, aby Blue Origin stał się firmą bliższą SpaceX, a nie starym gigantom branży.

Nowy dyrektor ma dużo do zrobienia. Bo choć Blue Origin działa już ponad dwie dekady i zatrudnia ponad 11 tysięcy ludzi, pracujących w laboratoriach, fabrykach i stanowiskach testowych w całych USA, to jeszcze nigdy nie przyniosła istotnego dochodu i dopiero co dotarła na orbitę. Cały czas jest utrzymywana głównie z majątku Bezosa, który wydał na nią już miliardy dolarów. Pierwszy lot New Glenn jest więc momentem przełomowym, bo zwiastuje przejście od ery eksperymentów, do faktycznych lotów kosmicznych. Przed firmą jeszcze trudne zadanie dopracowania procedury lądowania, ale i tak ma już kolejkę klientów z ich satelitami. Najważniejszym będzie na początku sam Bezos, a raczej jego firma Amazon. Pracuje ona nad projektem Kuiper, który ma być konkurencją dla Starlinka Muska. Czyli drugą dużą konstelacją satelitów na niskiej orbicie zapewniającej szybki internet. Na razie Amazon zakontraktował 12 startów New Glenn z opcją na 15 kolejnych. W przyszłości nowa rakieta Bezosa ma też wysyłać jego lądownik księżycowy Blue Moon budowany na zlecenie NASA. Również będący projektem konkurencyjnym dla Muska i jego SpaceX, która ma równoległy kontrakt na dostarczenie ludzi na Księżyc przy pomocy pojazdów Starship.

gazeta.pl

środa, 15 stycznia 2025



Rosjanie zajęli obszar zabudowany Torećka. Pod kontrolą obrońców pozostają północno-zachodnie obrzeża miasta i kopalnia w jego północnej części, o którą toczą się walki. Agresor ma nadzór nad 70–95% jego powierzchni. Większość źródeł potwierdza, że całkowicie w ręce najeźdźców przeszło Kurachowe. Tylko odpowiadające za obronę miasta Operacyjno-Strategiczne Zgrupowanie Wojsk „Chortyca” jeszcze 11 stycznia twierdziło, że ośrodek ukraińskiego oporu utrzymuje się na terenie lokalnej elektrowni cieplnej. W operacyjnym okrążeniu znalazła się Wełyka Nowosiłka, a pod kontrolą Ukraińców pozostaje tylko granicząca z nią od południowego zachodu Wremiwka. Zaopatrzenie oraz ewentualna ewakuacja obrońców możliwe są już wyłącznie drogami gruntowymi.

Siły rosyjskie osiągnęły pierwszą z dwóch dróg wiodących z Pokrowska na zachód, wychodząc na obrzeża Udacznego. Według Agencji Reutera położona tam kopalnia węgla koksowego zupełnie wstrzymała pracę (zob. Perspektywa utraty Pokrowska – cios w ukraińską metalurgię). W rękach obrońców pozostaje główna droga zaopatrzenia miasta – autostrada M04 Donieck–Dniepr (wojskom agresora brakuje do niej 6–7 km). Przerwaniu uległo też główne połączenie Pokrowska z północną częścią obwodu donieckiego. Trwają starcia o kluczowy węzeł drogowy na trasie Pokrowsk–Konstantynówka, którego nie kontroluje obecnie żadna ze stron.

Po wielotygodniowych walkach wojska rosyjskie zajęły zakłady materiałów ogniotrwałych – główny ośrodek ukraińskiego oporu w centrum Czasiw Jaru. Wznowiły także działania zaczepne na północny zachód od Bachmutu, wkraczając do Orichowa-Wasyliwki. Kontynuowały również poszerzanie przyczółków na zachodnich brzegach rzek Żerebeć na kierunku Łymanu i Oskoł na północ od Kupiańska.

Wskutek kilkudniowych starć siły ukraińskie zostały odepchnięte od Bierdina w obwodzie kurskim, zaprzestały też działań zaczepnych. Pod kontrolę najeźdźców powróciły kolejne miejscowości, a największe postępy zanotowali oni w północnej części wyłomu przeciwnika. Ukraińcy poczynili natomiast kroki na rzecz wyparcia agresora z Machnowki na południe od Sudży i – tym samym – odsunięcia bezpośredniego zagrożenia od tego miasta.

osw.waw.pl

wtorek, 14 stycznia 2025



Chciałbym zwrócić uwagę na aspekt topograficzny działań ofensywnych sił południowego skrzydła naszej grupy wojskowej, prowadzących natarcie w kierunku Pokrowska, od rubieży Nowotroickie w ogólnym kierunku na Kotlino. Cel przechwycenia ważnej arterii logistycznej jest logiczny, ale ukształtowanie terenu, na którym muszą działać nasze wojska, jest bardzo niekorzystne.

Nasze wojska posuwają się z nizinnej okolicy na teren wyżej położony. Swoboda manewru jest naturalnie ograniczona przez rzeczkę Soloną oraz wąwóz (balkę) Sazonowa, a do samego Nowotroickiego prowadzi tylko jedna droga, która ponownie ciągnie się wzdłuż nizin, brzegiem rzeczki Solonej, i stanowi wygodny obiekt liniowy do ostrzału wzdłużnego z zachodu.

Problem dronów-kamikadze na światłowodzie, tak dotkliwie dający się tu we znaki, nie jest jedyny. Drogę od Nowotroickiego do Żółtego i dalej w głąb terenu każdej nocy minują tak zwane „Baby-Jagi”. Droga jest usiana minami. Znajomy mówi, że to PTM-3 albo podobne do nich improwizowane ładunki. Pojazdy wybuchają na tych minach, a dalsza jazda w stronę Pustynek staje się niezwykle trudna. Ponadto aktywnie działa artyleria przeciwnika, właśnie od zachodu, ogniem wzdłużnym, również za pomocą amunicji kasetowej. Droga, przypomnę, na tym odcinku jest tylko jedna i przeciwnik utrzymuje ją w ogniu wszystkimi dostępnymi tam środkami, regularnie zakłócając nasze szlaki zaopatrzenia.

W rezultacie po raz kolejny zdobywanie terenu kosztuje nasze wojska wyjątkowo dużo.

Oczywiście nie jestem tak naiwny, aby wszędzie i zawsze liczyć na korzystne ukształtowanie terenu (w końcu prowadzenie ofensywy na zachód z założenia nie obfituje w sprzyjające warunki topograficzne). Jednak te wszystkie „topograficzne grabie” sprawiają wrażenie jakiegoś niekończącego się przekleństwa. Mamy już dość wytrwałego, wystarczająco sprawnego i dobrze wyposażonego przeciwnika, a wciąż dodatkowo pogarszamy sprawę, wspinając się na wyżej położone tereny. Kto w końcu zdejmie to cholerne przekleństwo z naszej armii?

P.S. Przynajmniej zabezpieczyliśmy południową flankę, yhym? Czym i przez kogo mieliby w tę flankę uderzyć? Im też brakuje rezerw, które mocno się kurczą.

P.P.S. Przydałoby się jeszcze jakimś cudem zdjąć z naszej armii przekleństwo tych cholernych „mięsnych” natarć. Ale to już inna, równie ponura historia.

/tłumaczenie wpisu Światosława Golikowa, rosyjskiego żołnierza i instruktora wojskowego - red./

x.com/AryoSomeGumul


Państwo rosyjskie realizuje dwutorową strategię pokrycia rosnących kosztów wojny, uzupełniając ściśle kontrolowane wydatki budżetu obronnego finansowaniem z pozabudżetowego programu finansowania o podobnej skali, ale w dużej mierze pomijanego. Ten pozabudżetowy strumień finansowania jest autoryzowany na mocy nowego prawa, po cichu uchwalonego 25 lutego 2022 r., które upoważnia państwo do zmuszania rosyjskich banków do udzielania preferencyjnych pożyczek przedsiębiorstwom związanym z wojną na warunkach ustalonych przez państwo. Od połowy 2022 r. Rosja doświadczyła anomalii 71% wzrostu zadłużenia korporacyjnego, o wartości 415 miliardów dolarów lub 19,4% PKB (...).

Ten przyrostowy wzrost kredytów korporacyjnych jest duży w porównaniu z kluczowymi wskaźnikami budżetowymi (...). Znacznie przewyższa zarówno całkowite przychody z ropy naftowej i gazu, jak i wydatki budżetu obronnego w tym samym okresie i jest 6,5 razy większy niż przyrostowe pożyczki rządowe.

Według analizy danych dotyczących kredytów sektorowych, ponad 70% wzrostu kredytów korporacyjnych przypadło na sektory zaangażowane w działalność związaną z wojną (...).

Nie wszystkie pożyczki dla tych sektorów były koniecznie przeznaczane na finansowanie dóbr i usług na potrzeby wojny. Jednak na podstawie analizy zawartej w tym raporcie szacuje się, że od 50% do 60% wzrostu kredytów korporacyjnych w czasie wojny (od 207 do 249 miliardów dolarów) przeznaczono na finansowanie działalności związanej z wojną w ramach rządowego programu finansowania pozabudżetowego. (...) państwo zmusiło banki do udzielania /pożyczek - red./, w dużej mierze niewiarygodnym kredytowo przedsiębiorstwom związanym z wojną na warunkach ulgowych. W tej skali strumień finansowania pozabudżetowego Rosji jest mniej więcej równy całkowitym wydatkom przepływającym przez federalny budżet obronny.

W latach 2010–2022 Kreml stosował podobny schemat finansowania pozabudżetowego — choć na mniejszą skalę — z wyraźnym celem dyskretnego uzupełnienia finansowania kosztownego programu zbrojeniowego, jednocześnie udając publicznie, że utrzymuje dyscyplinę budżetową. Obecny schemat osiąga podobny cel, jakim jest umożliwienie utrzymania oficjalnych wydatków budżetowych na zrównoważonym poziomie, co stwarza mylne wrażenie co do odporności zdolności Rosji do finansowania wojny.

Krótko mówiąc, całkowite koszty wojny w Rosji znacznie przekraczają to, co sugerowałyby oficjalne wydatki budżetowe. Państwo potajemnie finansuje około połowę tych kosztów poza budżetem za pomocą znacznych kwot długu, zmuszając banki do udzielania kredytów na warunkach „poza rynkowych” (niekomercyjnych) przedsiębiorstwom dostarczającym towary i usługi na potrzeby wojny.

W przeciwieństwie do budżetu obronnego, który utrzymywano na zrównoważonym poziomie, rosyjski pozabudżetowy program finansowania obronności stał się znacznie bardziej problematyczny do utrzymania w drugiej połowie 2024 r.; rozrósł się tak bardzo, że napędza inflację, podnosząc stopy procentowe dla pożyczkobiorców „realnej” gospodarki do poziomu znacznie przekraczającego 21% i tworząc przesłanki do systemowego kryzysu kredytowego. W drugiej połowie 2024 r. Centralny Bank Rosji (CBR) zaczął identyfikować preferencyjny program pożyczek korporacyjnych państwa jako poważne zagrożenie dla stabilności gospodarczej Rosji. Jako główny czynnik ekspansji monetarnej napędzał rosnącą inflację w Rosji. Co gorsza, ponieważ pożyczanie to ma charakter strategiczny, a nie komercyjny, CBR zauważa, że ​​było ono w dużej mierze „niewrażliwe” na podwyżki stóp procentowych, stępiając główne narzędzie CBR do walki z inflacją (...). W związku z tym, aby ostudzić ogólne zadłużenie, CBR twierdzi, że został zmuszony do znacznie bardziej agresywnego zacieśnienia, niż byłoby to konieczne w innych okolicznościach.

Wysokie koszty pożyczek powodują problemy finansowe wśród zdrowych firm w „realnej” gospodarce, co skłoniło CBR do wyrażenia obaw o „ryzyko nadmiernego zadłużenia dużych firm”. Do zagrożonych firm prawdopodobnie należy Gazprom, który zaciąga duże pożyczki na rynkach krajowych na poziomie 22% i więcej, aby pokryć straty z załamania się swojej podstawowej działalności — eksportu europejskiego.

CBR wyraził również zaniepokojenie kondycją dużych banków, które działają w ramach znacznie złagodzonej polityki regulacyjnej od czasu zaostrzenia sankcji na początku 2022 r. Według CBR niektóre banki wykorzystały złagodzoną politykę, aby pożyczać „agresywnie”, nie utrzymując wystarczającej „krótkoterminowej płynności” i odpowiednich „buforów kapitałowych”.

Ponadto ryzyko kredytowe banków prawdopodobnie znacznie wzrosło z powodu dużej ilości pożyczek wymuszonych przez państwo dla przedsiębiorstw o ​​słabej zdolności kredytowej, które mogą mieć trudności z obsługą swoich pożyczek, zwłaszcza po zmniejszeniu wydatków na obronę. Stwarza to perspektywę systemowo destabilizującego puli toksycznego długu rozprzestrzeniającego się na rynkach kredytów korporacyjnych.

Możliwym sygnałem tego, jak problematyczne stały się portfele kredytowe banków, było ogłoszenie przez CBR w listopadzie 2024 r. długo oczekiwanego harmonogramu zaostrzenia polityki regulacyjnej banków — tylko po to, aby w grudniu niespodziewanie odroczyć plany zaostrzenia.

Pozabudżetowe programy finansowania obrony Rosji stały się toksyczne już dwa razy wcześniej — w latach 2016–2017 i ponownie w latach 2019–2020. Za każdym razem państwo musiało przyjąć na siebie duże kwoty złych długów. Biorąc pod uwagę skalę obecnego pozabudżetowego programu kredytowego, potencjalny ratunek mógłby być niezwykle uciążliwy dla państwa — łącznie stanowiąc połowę całego budżetu federalnego Rosji na rok 2024. Mogłoby to ograniczyć finanse państwa na dłuższy okres, w tym jego zdolność do finansowania przyszłego przezbrojenia — pod warunkiem oczywiście, że Rosja nie otrzyma znacznej ulgi w ramach sankcji.

Krótko mówiąc, jest teraz oczywiste, że duże uzależnienie Moskwy od pozabudżetowego finansowania bankowego w celu sfinansowania wojny stwarza warunki wstępne dla systemowego kryzysu kredytowego. Podnosząc stopy procentowe, Moskwa stwarza problemy finansowe wśród firm w „realnej” gospodarce. A narzucając znaczne kwoty długu firmom związanym z wojną, które prawdopodobnie z czasem zbankrutują, ryzykuje przytłoczeniem banków falą toksycznego długu. Nic dziwnego, że od końca października CBR publicznie wzywa rząd do ograniczenia swojego preferencyjnego systemu finansowania. Jednak podważyłoby to zdolność państwa do utrzymania obecnego poziomu finansowania wojny bez znacznego zwiększenia oficjalnych wydatków budżetowych na obronę.

Pod koniec 2024 r. Kreml zdał sobie sprawę z systemowego ryzyka kredytowego uwolnionego przez pozabudżetowy program finansowania obronności. Stworzyło to dylemat, który prawdopodobnie będzie ciążył na kalkulacji wojennej Moskwy: im dłużej będzie polegać na tym programie, tym większe ryzyko wystąpienia zakłócającego zdarzenia kredytowego, które podważy jej wizerunek odporności finansowej i osłabi jej dźwignię negocjacyjną. Rodzący się dylemat finansowy Moskwy oferuje nieoczekiwaną dźwignię negocjacyjną Ukrainie i jej sojusznikom. Istnieją dwa kluczowe środki, które dobrze poinformowani negocjatorzy mogą podjąć, aby wykorzystać rosnącą podatność finansową Moskwy.

28 października Władimir Putin zwołał spotkanie wyższych urzędników, w tym szefa CBR, aby omówić problemy wokół „struktury i dynamiki” „portfela długu korporacyjnego” Rosji. Od tego czasu publicznie wykazał zwiększoną wrażliwość na poziom wydatków na obronę i wykorzystanie przez państwo preferencyjnych pożyczek w celu realizacji „strategicznych zadań”. Ponadto nadal napływają negatywne informacje o rosnącym poziomie trudności finansowych zarówno w sektorze korporacyjnym, jak i konsumenckim.

W przeciwieństwie do ryzyka powolnego spalania inflacji, ryzyko zdarzeń kredytowych — takie jak ratowanie przedsiębiorstw i banków — ma charakter sejsmiczny: ma potencjał, aby zmaterializować się nagle, nieprzewidywalnie i ze znaczną siłą destrukcyjną, zwłaszcza jeśli stanie się zaraźliwe. W tym momencie mało prawdopodobne jest, aby Moskwa martwiła się, że poważne ryzyko zdarzeń kredytowych może zdestabilizować rząd. Lub nawet uniemożliwić mu utrzymanie wysokich wydatków na wojnę. Prawdopodobnie nadal może polegać na dużych podwyżkach podatków i zwiększeniu zadłużenia państwa — chociaż wyraźnie woli tego nie robić.

Moskwę bardziej niepokoi prawdopodobnie pogarszające się środowisko kredytowe Rosji, które może wywołać wydarzenia, które rozwieją powszechne błędne przekonanie — umiejętnie promowane przez Moskwę — że finanse wojenne Rosji są zrównoważone i nie są narażone na żadne znaczące ryzyko. To błędne przekonanie daje Moskwie cenną dźwignię w przyszłych negocjacjach. Praktyka Moskwy polegająca na manipulowaniu postrzeganiem wydatków na obronę w celu uzyskania korzyści politycznych nie jest niczym nowym; była szeroko stosowana w czasach radzieckich jako część szerszej kampanii odruchowej kontroli.

Moskwa stoi teraz przed dylematem: im dłużej będzie odwlekać zawieszenie broni, tym większe ryzyko, że niekontrolowane wydarzenia kredytowe osłabią pozycję negocjacyjną Moskwy.

navigatingrussia.substack.com