środa, 4 grudnia 2024



Jednym z niezwykle ważnych mechanizmów, do których odwołuje się ludzkie ciało, jest opisana już przeze mnie zdolność do przekształcania tłuszczu w paliwo w tych okresach, kiedy głód zagląda nam w oczy. W pewnych warunkach w organizmie uruchamia się szlak metaboliczny, który pozwala na syntezę tzw. ciał ketonowych z kwasów tłuszczowych. Jedna z tych substancji, przywoływany przeze mnie wcześniej kwas betahydroksymasłowy, jest optymalnym paliwem dla mózgu. Ten fakt nie tylko dostarcza nam istotnych argumentów przemawiających za tym, że post przerywany zapewnia nam korzyści związane ze skutecznym odżywianiem mózgu (co może się wydawać sprzeczne z intuicją), ale pozwala też wyjaśnić jedną z najważniejszych zagadek antropologii: dlaczego spokrewnieni z nami neandertalczycy zniknęli z naszej planety jakieś 30-40 tysięcy lat temu. Chociaż wygodnym i powszechnie akceptowanym wyjaśnieniem jest to, że zostali oni "wyeliminowani" przez sprytnych przedstawicieli gatunku Homo sapiens, wielu naukowców zakłada teraz, iż ważnym czynnikiem, który przyczynił się do ich zniknięcia, był niedostatek pożywienia. Niewykluczone, że neandertalczycy nie mogli się wykazać "wytrzymałością mentalną" umożliwiającą im przetrwanie, gdyż nie dysponowali ścieżką biochemiczną pozwalającą wykorzystać tłuszcze jako paliwo dla mózgu.

Inaczej niż ma to miejsce w przypadku mózgów innych ssaków, ludzki mózg może wykorzystywać w okresie głodu zastępcze źródła energii. Pokarmy, które spożywamy, z reguły dostarczają naszemu mózgowi paliwa w postaci glukozy. W przerwach między posiłkami nasze mózgi mogą zazwyczaj liczyć na stały dopływ glukozy wytwarzanej w procesie rozkładu glikogenu, który pochodzi głównie z wątroby i mięśni. Rezerwy glikogenu mogą jednak zapewnić dosyć ograniczoną ilość glukozy. Gdy te zasoby zostaną wyczerpane, nasz metabolizm się zmienia i jesteśmy w stanie tworzyć nowe cząsteczki glukozy z aminokwasów pochodzących z białka występującego głównie w mięśniach. Ten proces jest (całkiem trafnie) określany mianem glukoneogenezy. Jego zaletą jest zapewnienie organizmowi potrzebnej glukozy, aczkolwiek ten mechanizm ma również istotną wadę: przy okazji poświęcane są mięśnie. Rozpad mięśni nie jest wymarzonym scenariuszem z perspektywy głodującego łowcy-zbieracza.

Na całe szczęście ludzka fizjologia zapewnia jeszcze jedną metodę, dzięki której możemy zapewnić mózgowi energię. Gdy nie mamy już dostępu do pożywienia, mniej więcej po trzech dniach wątroba zaczyna wykorzystywać zgromadzony w organizmie tłuszcz do wytwarzania ketonów. To właśnie wtedy kwas betahydroksymasłowy służy jako niezwykle efektywne źródło paliwa dla mózgu, dzięki czemu niezależnie od niedoborów pożywienia możemy przez długi czas utrzymać funkcje poznawcze. Takie zastępcze źródło paliwa pomaga ograniczyć naszą zależność od glukoneogenezy, pozwalając nam tym samym utrzymać masę mięśniową.

onet.pl

wtorek, 3 grudnia 2024



Kommiersant zauważył również, że Administracja Prezydenta próbuje ująć „przyszłe wyniki” wojny jako „zwycięstwo” w sposób, który jest strawny zarówno dla prowojennych ultranacjonalistów, jak i mniej ideologicznie zaniepokojonych rosyjskich „liberałów”, koncentrując się na ujęciu wyniku wojny w sposób akceptowalny dla „cichej większości” Rosji. Kreml stara się przedstawić każdy wynik wojny jako zwycięstwo całej rosyjskiej populacji. Kreml prawdopodobnie skupi się na kręceniu retorycznych i abstrakcyjnych osiągnięć, które trudno skonkretyzować, takich jak „denazyfikacja” i „demilitaryzacja” Ukrainy, obok utrzymania anektowanych terytoriów ukraińskich, jednocześnie umniejszając negatywne nastroje dotyczące powrotu traumatyzowanych i rannych weteranów wojennych, niezależnie od tego, jak wojna potoczy się dla rosyjskich sił na polu bitwy.

Kommiersant zauważył również, że rosyjska Administracja Prezydenta jest zaniepokojona rehabilitacją i reintegracją traumatyzowanych rosyjskich weteranów ze społeczeństwem rosyjskim, co wskazuje, że władze rosyjskie są świadome potencjalnych wewnętrznych konsekwencji, jakie powrót dużej liczby niezadowolonych weteranów może mieć na społeczeństwo rosyjskie. Obecnie stopa bezrobocia w Rosji jest bardzo niska, a wielu rosyjskich weteranów wojennych może znaleźć się w sytuacji niedostatecznego zatrudnienia, jeśli wrócą do życia cywilnego. Stosunkowo szerokie i słabo zdefiniowane krajowe wysiłki informacyjne Kremla sugerują, że Kreml nadal nie jest pewien, jak zakończy się wojna, i dlatego próbuje ustalić wyprzedzające warunki społeczne, aby poradzić sobie z długoterminowymi skutkami wojny, w tym znaleźć sposób na sprzedanie strategicznych i operacyjnych porażek Rosji na polu bitwy jako zwycięstw. Rosja nie osiągnęła swoich samookreślonych celów „denazyfikacji” lub „demilitaryzacji” Ukrainy ani zajęcia wszystkich obwodów donieckiego, ługańskiego, zaporoskiego i chersońskiego.

understandingwar.org


Komentator dziennika "Süddeutsche Zeitung" zauważa, że "poniedziałek był dobrym dniem dla kanclerza: pojechał do Kijowa po dwóch i pół roku - i zdążył zwłaszcza przed Friedrichem Merzem (szefem i kandydatem CDU na kanclerza - przyp. red.). Jedną z wielu dyscyplin rywalizacji Scholz-Merz jest podróżowanie do Ukrainy. Po rozpoczęciu wojny w 2022 roku pierwszy był Merz. Teraz, po rozpoczęciu kampanii wyborczej, Scholzowi udało się uniknąć nowego upokorzenia: Szybko wsiadł w niedzielę do nocnego pociągu do Kijowa i uprzedził Merza". 

(...)

Komentator dziennika "Die Welt" ocenia, że w Kijowie "kanclerz udaje obrońcę Europy. Na niemieckich wiecach odgrywa kanclerza pokoju, który ratuje Niemcy przed wojną nuklearną. Ostatecznie odbywa się to kosztem Ukrainy. I kosztem europejskiego bezpieczeństwa".

gazeta.pl


Trudno w to uwierzyć, ale wygląda na to, że „zniknięto” trzeciego z rzędu ministra obrony ChRL. Według „Finacial Times”minister obrony Dong Jun został objęty dochodzeniem w ramach szeroko zakrojonego śledztwa antykorupcyjnego. Gazeta powołuje się „na obecnych i byłych amerykańskich urzędników.” Podczas regularnego briefingu dla dziennikarzy rzeczniczka chińskiego ministerstwa spraw zagranicznych Mao Ning stwierdziła odpowiadając na pytanie dotyczace Dong Jun, że to „tylko pogoń za cieniem.” No cóż, zobaczymy, jeżeli Dong Jun się nie pojawi wkrótce gdzieś publicznie, to faktycznie pozostanie po nim tylko cień.

Dong Jun został mianowany ministrem ledwo rok temu, po tym jak jego poprzednik, Li Shangfu, został usunięty tylko po siedmiu miesiącach pracy.

Armia Ludowo-Wyzwoleńcza przeszła szeroko w zeszłym roku drugą szeroko zakrojoną czystkę od dojścia do władzy Xi jinping. Dziewięciu generałów i co najmniej czterech dyrektorów przemysłu lotniczego i obronnego usunięto do tej pory z prominentnych stanowisk w organach reprezentacyjnych. Nie wiadomo, czy upadek Dong Jun to pokłosie tamtej kampanii, czy nowa.

Minister obrony Chin był zazwyczaj członkiem Centralnej Komisji Wojskowej (CKW) KC KPCh, na czele której stoi obecnie sekretarz generalny Xi Jinping. Dong Jun nie został jednak do niej awansowany podczas ostatniego Plenum KC na początku roku, kiedy zwykle są podejmowane decyzje kadrowe w KC. Co ciekawe, w marcu w czasie OZPL nie został również powołany do Rady Państwowej. To dowodziło, że nie zajmował poważniejszej roli w systemie. Lecz wciąż, jego upadek – jeżeli się potwierdzi – będzie oznaczać większy kryzys w korpusie oficerskim ALW. Jednego można być pewnym, jakikolwiek jest rzeczywisty powód jego utrącenia, to nie jest nim korupcja.

Coś się dzieje w armii, ale nie wiemy naprawdę co.

zawielkimmurem.net


Na konferencji naukowej "Sposoby wykorzystania potencjału naftowo-gazowego Syberii Zachodniej" omówiono sytuację w Chanty-Mansyjskim Okręgu Autonomicznym. Region ten odpowiada za ok. połowę produkcji rosyjskiej ropy naftowej.

Aleksiej Zabozlajew, zastępca gubernatora okręgu, zademonstrował wykres trzech scenariuszy wydobycia ropy naftowej.

Według niego celem naftowców pozostaje utrzymanie rocznego wydobycia na poziomie 216 mln ton, czyli tyle, ile okręg produkował w 2023 r. Jednak już w tym roku produkcja szacowana jest na zaledwie 205 mln ton. Jest to gwałtowny spadek z 280 mln ton w latach 2007-2008, a ruch w dół, jak pokazują dane z ostatnich dwóch lat, trwa nadal.

Obecny trend sugeruje gwałtowny spadek. Prawdopodobieństwo tego scenariusza według ekspertów branżowych jest najwyższe.

Można oczekiwać, że Chanty-Mansyjski Okręg Autonomiczny będzie w stanie wyprodukować tylko 160 mln ton ropy w 2030 r. i zaledwie 79 mln ton w 2050 r. A jest to przecież główny region wydobycia ropy naftowej w Rosji, który, jeśli wierzyć wicegubernatorowi, będzie odpowiedzialny za 40-45 proc. całej produkcji ropy naftowej w Rosji przez kolejne sto lat.

Istnieje powód ponurych perspektyw dla Rosji. Jest to wyczerpywanie się opłacalnych rezerw na eksploatowanych polach i brak nowych dużych odkryć. Zasoby resztkowe to w ponad połowie ropa trudna do wydobycia (ze względów geologicznych) oraz złoża silnie uwodnione, czyli formacje, które były produktywne w przeszłości, a do których zatłaczano kolosalne ilości wody wraz z wyczerpywaniem się zasobów. Najczęstszy udział ropy naftowej w "płynie studziennym" pochodzącym spod ziemi w Okręgu Chanty-Mansyjskim wynosi od 2 do 5 proc.

Jak przyznał Zabozlajew w swoim przemówieniu, nafciarze nie są w stanie zwiększyć współczynnika odzysku ropy powyżej 0,222, co oznacza, że przy dostępnych środkach technicznych mogą wydobyć na powierzchnię nieco ponad 22 proc. potwierdzonych rezerw.

Jeśli chodzi o dostęp do nowych złóż, sytuacja jest również rozczarowująca. Na potrzeby produkcji, której poziom wyznaczono na rok 2025 r., przeznaczono w tym momencie jedynie 25 proc. potrzebnych złóż. Nowych znaczących projektów nie ma i nie należy się ich spodziewać. Jedyną nadzieją dla Rosji jest praca ze starymi złożami.

(...)

Rząd obiecał rozszerzyć dofinansowania na wiele projektów już w 2027 r., ale firmy naftowe mają na to niewielką nadzieję. Anton Rubcow, dyrektor departamentu ropy i gazu ministerstwa energetyki, był dość szczery w swoim wystąpieniu na konferencji: "Kraj nie jest gotowy ryzykować znacznej części swoich dochodów na rzecz nowych projektów! Pracujcie nad tworzeniem nowych technologii, aby poprawić sytuację".

Wypowiedzi przedstawicieli firm naftowych były jeszcze bardziej kategoryczne — nie mają oni złudzeń, że dojdzie do skutecznych prób wydobycia na nowych złożach. Wiaczesław Czirkow, główny geolog Surgutnieftiegazu [rosyjskie przedsiębiorstwo działające w przemyśle gazowym i petrochemicznym], powiedział: "Przyszłość okręgu i Rosji jest związana z trudnymi do wydobycia złożami, które są nieopłacalne".

onet.pl/The Moscow Times

poniedziałek, 2 grudnia 2024



Analityk wojskowy Nico Lange, badacz uczestniczący m.in. w Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, mówi: "Po raz pierwszy od zamachu stanu Prigożyna Putin wydaje się wściekły i wykonuje przesadnie groźne gesty. Jeśli ludzie nie pozwolą się dłużej zastraszać, straci władzę".

Jak poważnie powinniśmy traktować nową groźbę wojny ze strony Putina? Lange nie dostrzega obecnie bezpośredniego zagrożenia wojną między Rosją a Zachodem.

Mattia Nelles, dyrektor zarządzający agencji konsultingowej Biuro Niemiecko-Ukraińskie (Deutsch-Ukrainisches Buero, DUB), uważa, że "coraz bardziej teatralne groźby Putina mają na celu zastraszenie Zachodu i podważenie poparcia dla Ukrainy w zachodnich demokracjach".

Groźby przywódcy Kremla, według eksperta, są "w rzeczywistości oznaką rosyjskiej słabości i pokazują, że Putin nie ma prawie żadnych innych środków wywierania wpływu".

Benjamin Tallis, dyrektor berlińskiego think tanku "Democratic Strategy Initiative" (DSI), jest podobnego zdania. W wywiadzie dla "Bilda" powiedział, że groźby Putina są "elementem wojny psychologicznej, mającej na celu wykorzystanie europejskiej — a zwłaszcza niemieckiej — słabości".

Ekspertowi, jak wyjaśnił, chodzi o "nasz brak zdecydowania i determinacji, by stanąć w obronie siebie, gdy jesteśmy zagrożeni".

W rzeczywistości, zdaniem Tallisa, sytuacja wygląda zupełnie inaczej: "Możemy zniszczyć Rosję i Putin o tym wie. Ale odstraszanie wymaga również woli — a on jej w nas nie widzi i próbuje ją jeszcze bardziej osłabić".

Rada eksperta dla zjednoczonego Zachodu jest następująca: "Najlepszą drogą jest uzbrojenie Ukrainy, aby zwyciężyła, wykorzystanie zamrożonych rosyjskich funduszy, aby za to zapłacić i włączenie Ukrainy [do NATO], gdy obecne walki ustaną".

Jak piszą z kolei Klemens Wergin i Paweł Łoszkin z "Die Welt", to sam Putin umiędzynarodowił wojnę, prosząc o żołnierzy z Korei Północnej do walki przeciwko Ukrainie.

Wcześniej USA pilnie ostrzegały Putina przed konsekwencjami takiej eskalacji. Moskwa najwyraźniej nie potraktowała tych ostrzeżeń poważnie.

onet.pl/Bild


"Dopilnujemy, aby ogarnął ich niepokój i konsternacja. Trzeba ich przywołać do porządku, a to, co jest teraz robione z naszej strony, ma właśnie to na celu" — mówi wprost wiceminister spraw zagranicznych Rosji, cytowany przez RIA Novosti.

"Wcześniej Amerykanie mieli wątpliwości, czy eskalować, czy nie. Teraz tak nie jest" — ocenia Riabkow. "Zadrżą i wpadną w osłupienie" — dodaje.

Amerykańska społeczność wywiadowcza jest przekonana, że użycie broni jądrowej przez Moskwę jest mało prawdopodobne, ponieważ "nie zapewnia wyraźnej przewagi militarnej". Do takiego wniosku doszedł wywiad USA, mówi Agencji Reutera pięć dobrze poinformowanych źródeł.

Ich zdaniem środowisko wywiadowcze analizowało sytuację przez ostatnie siedem miesięcy i w kilku raportach przed decyzją prezydenta Joego Bidena o zezwoleniu Kijowowi na uderzenie na terytorium Rosji argumentowało, że nie zwiększy to ryzyka konfliktu nuklearnego. "Oceny były spójne. ATACMS nie zmieni kalkulacji nuklearnych Rosji" – ocenia jeden z rozmówców.

Stany Zjednoczone obawiają się jednak innych możliwych reakcji na rosyjskie ataki w głąb ich terytorium. W szczególności chodzi o potencjalny sabotaż obiektów wojskowych i innych obiektów w Europie. Moskwa zaprzeczyła oskarżeniom o przygotowywanie takich działań.

Jednak z informacji "The Economist" wynika, że Putin już dał zielone światło, by wprowadzić w życie rewolucyjny plan sabotażu, podpaleń i zabójstw. — Niebezpieczne działania prowadzone są z coraz większą lekkomyślnością — ostrzega Ken McCallum, szef MI5, brytyjskiej agencji bezpieczeństwa wewnętrznego i kontrwywiadu.

onet.pl


W połowie listopada administracja Joego Bidena ostatecznie zatwierdziła użycie przez Ukrainę ATACMS przeciwko celom wewnątrz Rosji. Wkrótce potem Wielka Brytania wyraziła zgodę na podobne użycie pocisków Storm Shadow. Prezydent Władimir Putin zareagował szybko i dramatycznie.

Najpierw ogłosił zrewidowaną doktrynę nuklearną Rosji. Następnie Moskwa użyła zdolnego do ataku jądrowego hipersonicznego pocisku Oresznik przeciwko Ukrainie, a następnie wydała oświadczenie, w którym zapewniła o swoim prawie do uderzenia w instalacje wojskowe tych państw, które pozwoliły Ukrainie na użycie broni do ataku na Rosję.

Świat zareagował alarmem. W wiadomościach dominowały nagłówki o atakach nuklearnych i zdjęcia rakiet ICBM. Wielu ludzi na Zachodzie było, co zrozumiałe, przerażonych. Rosyjska telewizja relacjonowała to wszystko z rozkoszą.

Ale groźby Putina i użycie najwyraźniej nowego pocisku nie sugerują, że eskalacja do użycia broni jądrowej jest prawdopodobna. Wręcz przeciwnie, wyraźnie wskazują, że jest to mało prawdopodobne. Rosyjska reakcja wydaje się pokazywać, że Biden w końcu powiedział "sprawdzam" nuklearny blef Putina w związku z kolejną tak zwaną czerwoną linią.

(...)

Odpowiedzią Putina w tym tygodniu na większą determinację USA było wykorzystanie doktryn, pocisków i mediów, aby zasygnalizować swój gniew, że jego blef został sprawdzony. Ten gniew jest sam w sobie niebezpieczny i powinien być traktowany poważnie, ale nie wskazuje na to, że ryzyko nuklearne wzrosło.

Wygląda nato, że właśnie dlatego rosyjskie media są tak zainteresowane zachodnimi doniesieniami o ostatnich działaniach Putina. Ponieważ groźby nuklearne okazują się obecnie mniej skuteczne w odstraszaniu Białego Domu, Rosja próbuje odzyskać władzę umożliwiającą wpływanie na USA, Wielką Brytanię i inne państwa zachodnie poprzez wywołanie w nich publicznej paniki, która wywrze presję na rządy.

Wreszcie, część niepokoju z ostatnich dwóch tygodni wydaje się związana z ideą widoczną w niektórych kręgach, że zagrożenie ze strony Rosji jest związane wyłącznie z pomocą Zachodu dla Ukrainy. Błędem Zachodu byłoby przekonanie, że wrogość Rosji zmniejszy się lub zniknie, jeśli Zachód ograniczy albo wycofa swoje wsparcie dla Ukrainy.

onet.pl

niedziela, 1 grudnia 2024



Innym ilustrującym przykładem jest los YouTube’a w Rosji. Działa tu kilka sprzecznych logik różnych graczy. „Jastrzębie”, jak Kadyrow czy część deputowanych Dumy Państwowej, kierują się logiką „izolacjonizmu”: należy zakazać wszelkich wpływów Zachodu i rozwijać własne, alternatywne projekty. Logika korporacyjna opiera się na ambicjach tych, którzy bezpośrednio rozwijają rosyjskie usługi wideo (najważniejsze tutaj są pieniądze i wpływy). Wszystko to stoi w sprzeczności z logiką polityczną: osoby odpowiedzialne za politykę wewnętrzną w administracji prezydenckiej postrzegają zakaz YouTube jako potencjalną przyczynę wzrostu niepokoju społecznego i niezadowolenia. Wreszcie istnieje logika geopolityczna: YouTube nadal może być wykorzystywany do celów rosyjskiej propagandy.

Przez prawie dwa i pół roku te logiki ze sobą konkurowały, co uchroniło YouTube przed blokadą. Do niedawna stanowisko Putina było bliskie „politycznemu”: nie ma blokowania, dopóki nie ma rosyjskiego odpowiednika porównywalnego pod względem skuteczności. Zwolennicy zakazu znaleźli jednak rozwiązanie salomońskie, które pod względem skuteczności jest porównywalne z blokowaniem i nie wymaga zgody Putina. Nie blokując oficjalnie YouTube'a, zaczęli go spowalniać. Stopniowo ta usługa wideo będzie wypierana z Rosji - nawet jeśli czasami powoduje to niezadowolenie wśród dostawców i użytkowników. Przypadek YouTube’a jest niezwykle pouczający. Pokazuje, jak elity i władze uczą się osiągać swoje cele z pominięciem Putina.

storage.googleapis.com/crng/russia-wild-putinism-politics.html

czwartek, 28 listopada 2024



"Sukcesowi po 1989 r. pomógł niski poziom startu. Po gospodarczej stagnacji w latach 80. i de facto bankructwie gospodarki w przededniu upadku PRL-u w 1989 r., było nam łatwiej rosnąć niż bogatszym Czechom, których dochód w 1990 r. był ponad dwa razy wyższy, czy Węgrom, którzy byli od nas prawie o połowę bogatsi" - wylicza ekonomista.

Dodaje, że wówczas Polacy byli biedniejsi nie tylko od wszystkich innych "demoludów", w tym Rumunii i Bułgarii, ale w 1990 r. mieliśmy niższy poziom dochodu od Surinamu, Argentyny i St. Lucii.

Prof. Piątkowski zaznacza jednak, że tak znaczące różnice w poziomie dochodu wyjaśniają polski sukces tylko w małej części. "Po 1989 r. Polska rozwinęła się o wiele szybciej, niż wskazywałaby na to teoria warunkowej konwergencji, która postuluje, że m.in. dzięki wyższym zwrotom z kapitału, możliwości absorpcji technologii z zagranicy, czy większej liczby "łatwych" do przeprowadzenia reform, biedne kraje powinny rozwijać się szybciej" - pisze.

Zwraca uwagę, że od 1995 r. Polska rozwijała się szybciej, niż wskazywałaby na to powyższa teoria. Co więcej, teoria ta nie gwarantuje automatycznego wzrostu gospodarczego i doganiania najbogatszych. "Mimo bowiem niskiego poziomu startu, większość biednych krajów na świecie niestety nie rośnie, bo brakuje im kluczowych czynników wspierających wzrost. Polsce ich nie zabrakło" - stwierdza Marcin Piątkowski.

W raporcie pisze, że polski sukces wspierały reformy, które przeprowadzono jeszcze za czasów PRL. Przypomina, że już w 1986 r. byliśmy trzecim krajem komunistycznym na świecie, który został członkiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) i Banku Światowego. Cały czas obowiązywało też przyjęte już w 1934 r. prawo handlowe i upadłościowe. W tym samym roku uchwalono przepisy antymonopolowe. Na liście reform u schyłku Polski Ludowej prof. Piątkowski wylicza też reformę sektora bankowego i wyodrębnienie z Narodowego Banku Polskiego banków komercyjnych i wzmocnienie niezależności banku centralnego.

U schyłku PRL zreformowano też politykę monetarną i kursową oraz uwolniono ponad połowę cen. Słynna Ustawa Wilczka z 1988 r., która wprowadziła rewolucyjną jak na te czasy zasadę, że 'co nie jest zabronione, jest dozwolone', dała pierwszy impuls rozwoju prywatnej, legalnej przedsiębiorczości. W wyniku tych reform PRL, kończąc swój żywot w 1989 r., miał obok Węgier najbardziej zliberalizowany rynek w regionie - podkreśla ekonomista.

Na dowód przypomina, że w 1992 r. OECD podsumowała te reformy, pisząc, że w przededniu upadku PRL był "bardzo daleko od typowego wyobrażenia gospodarki centralnie planowanej". Jednak prawdziwym przełomem były reformy lat 1989-90, bo to one dały impuls do rozwoju prywatnej przedsiębiorczości. "Wprowadzenie planu Balcerowicza doprowadziło do prawie pełnego otwarcia rynków, liberalizacji cen, wprowadzenia wymienialności złotego i likwidacji państwowych monopoli w handlu i za granicą. Przedsiębiorstwa państwowe musiały zacząć się restrukturyzować" - czytamy dalej.

W 1991 r. założono Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie, a jej symboliczną pierwszą siedzibą był dawny gmach Komitetu Centralnego PZPR. W prywatne ręce oddano drobny handel, rzemiosło i małe zakłady usługowe. Polska otworzyła drzwi dla napływu technologii i pieniędzy z Zachodu. "W konsekwencji tych fundamentalnych reform, udział sektora prywatnego wzrósł z 28 proc. PKB w 1989 r. do 60 proc. w 1995 r." - pisze prof. Piątkowski.

Po 1992 r. wsparciem dla ożywienia gospodarczego w Polsce była też redukcja długu zagranicznego o połowę, dzięki czemu jego wielkość spadła z 89 proc. PKB w 1989 r. do 33 proc. w 1996 r. Ekonomista podkreśla, że ważny był też "napływ kapitału zagranicznego czy opóźniona masowa prywatyzacja, która sprawiła, że w Polsce nie ma oligarchów".

Wzmocnienie sektora bankowego i jego nadzoru, a także ustawa z 1993 r. o restrukturyzacji finansowej przedsiębiorstw i banków, sprawiły, że Polsce jako "jednemu z trzech krajów postkomunistycznych, obok Estonii i Rumunii, udało się uniknąć kryzysu bankowego". Kolejnym filarem sukcesu gospodarczego Polski był boom edukacyjny i w jego następstwie skokowy wzrost liczby pracowników legitymujących się wyższym wykształceniem.

money.pl


Środowa sesja na moskiewskiej giełdzie przyniosła dramatyczne załamanie kursu rubla. Chińska waluta umocniła się o 0,4961 punktu do poziomu 14,9572 rubla, co oznacza wzrost aż o 3,43 proc. w stosunku do wtorkowego zamknięcia. To najsilniejsze jednodniowe osłabienie rosyjskiej waluty względem juana od wielu miesięcy.

(...)

Obecna sytuacja jest bezpośrednią konsekwencją fundamentalnej zmiany w rosyjskiej polityce walutowej. Bank Rosji w czerwcu 2024 roku ogłosił, że kurs juana do rubla będzie odtąd wyznaczał trend dla pozostałych par walutowych. Jak informował wtedy bank centralny "rola dolara amerykańskiego i euro na rosyjskim rynku konsekwentnie malała w ciągu ostatnich dwóch lat, co jest rezultatem przekierowania przepływów handlowych na Wschód".

Decyzja zapadła w reakcji na nowe sankcje wprowadzone przez Zachód. Bank centralny potwierdził wtedy, że oficjalny kurs rubla pozostanie jednolity i rynkowy, zmieni się jedynie sposób jego kalkulacji. Według danych przedstawionych przez rosyjskiego regulatora, już w maju udział juana w obrotach na moskiewskiej giełdzie przekroczył 54 proc., co uczyniło chińską walutę dominującą w handlu giełdowym.

Rosyjski regulator w czerwcowym komunikacie przedstawił szczegółową analizę wpływu sankcji na rynek walutowy. Bank centralny podkreślił, że nowe ograniczenia zmieniają strukturę handlu, nie wpływając jednak na wielkość przepływów walutowych z eksportu ani na popyt na waluty potrzebne do finansowania importu.

Bank Rosji zwrócił szczególną uwagę na rosnącą rolę rynku pozagiełdowego w handlu walutami zachodnimi. "transakcje są zawierane bezpośrednio między bankami, również z udziałem banków nierezydentów z przyjaznych krajów, a także z klientami, głównie rosyjskimi eksporterami. Ponadto na rynku pozagiełdowym działają elektroniczne platformy handlowe, na których banki mogą zawierać transakcje w dolarach i euro" - wyjaśniał wtedy regulator.

Analitycy banku centralnego wskazywali na korzystną koniunkturę na rynku surowców energetycznych. W maju sprzedaż walut przez 29 największych eksporterów wzrosła o 13 proc., osiągając poziom 15 mld dolarów. Dane te pokazywały, że mimo sankcji rosyjska gospodarka nadal generuje znaczące przychody walutowe.

Regulator podkreślał, że kurs rubla względem kluczowych walut zależy przede wszystkim od równowagi popytu i podaży wynikającej z handlu zagranicznego, a nie od miejsca zawierania transakcji. Sankcje zostały wprowadzone tylko przez Stany Zjednoczone, ale są przestrzegane również przez kraje Unii Europejskiej, dlatego handel giełdowy w euro również został wstrzymany.

Według Banku Rosji, wprowadzone w czerwcu zmiany stanowią zasadniczą różnicę w porównaniu z latami 2022-2023, kiedy zarówno eksport, jak i import uległy znaczącym wahaniom. Obecna sytuacja na rynku walutowym pokazuje jednak, że mimo optymistycznych założeń regulatora, rubel pozostaje pod silną presją sprzedających, a jego kurs wobec juana systematycznie spada.

money.pl