wtorek, 19 listopada 2024



Znany rosyjski szef kuchni i krytyk Kremla Aleksiej Zimin został odnaleziony martwy w mieszkaniu w stolicy Serbii, Belgradzie - poinformowała w środę 13 listopada serbska redakcja BBC, powołując się na oświadczenie serbskiego MSW.

Ciało "mężczyzny urodzonego w 1971 r. znaleziono we wtorek około godz. 22 w mieszkaniu w centrum Belgradu" - poinformowało w rozmowie z BBC ministerstwo spraw wewnętrznych Serbii. Dodano, że zwłoki Zimina przewieziono do Instytutu Medycyny Sądowej w celu zbadania okoliczności jego śmierci.

Właściciel mieszkania, które Zimin wynajmował, dostrzegł go leżącego na podłodze i wezwał policję. Funkcjonariusze weszli do mieszkania i stwierdzili zgon - podała serbska prokuratura, zaznaczając, że mieszkanie było zamknięte od wewnątrz i "nie stwierdzono podejrzanych okoliczności" śmierci mężczyzny.

Jekatierina Tiesnowska, współwłaścicielka belgradzkiego lokalu, w którym Zimin przygotowywał potrawy w ostatni czwartek, przyznała w rozmowie z BBC, że "gdy go (ostatnio) widziała, był wesoły i uśmiechnięty". Kucharz mieszkał i pracował na co dzień w Londynie, a wcześniej prowadził program kulinarny na rosyjskim kanale telewizyjnym NTV. Emisję tej audycji przerwano, gdy szef kuchni opublikował w swoich mediach społecznościowych treści antywojenne po rozpoczęciu przez Rosję inwazji na Ukrainę w lutym 2022 r.

Zimin powiedział w rozmowie z BBC w maju 2022 r., że jego restauracja stała się celem ataków i gróźb ze względu na poglądy szefa kuchni na temat rosyjskiej inwazji. "Moi partnerzy i współpracownicy zastanawiali się nad zmianą nazwy lokalu" - przyznał wówczas Rosjanin.

onet.pl/Die Welt


To, że reżim Putina stał się tym, czym się stał z powodu zysków z ropy naftowej, jest tylko prawdopodobną hipotezą. Nie można tego udowodnić eksperymentalnie. Prawdą jest jednak, że w ostatnim roku przed wojną (2021) wpływy ze sprzedaży tzw. paliw i towarów energetycznych (ropa, gaz, węgiel itp.) wyniosły łącznie 267 mld dol. (ok. 1,1 mld zł), tj. 54 proc. wszystkich rosyjskich przychodów z eksportu (494 mld dol., czyli ok. 2 bln zł). Podsumowując, w ciągu ćwierćwiecza rządów Putina ropa naftowa i powiązane z nią produkty wygenerowały dla Rosji, a raczej jej reżimu, co najmniej 4 bln dol. (ok. 16,4 bln zł).

Przychody te zostały podzielone na trzy części. Dla uproszczenia przyjmijmy, że były one w przybliżeniu równe. Jedna trzecia pozostała za granicą i była następnie zarządzana przez przywódcę i jego bojarów, kolejna jedna trzecia trafiła do rosyjskiej gospodarki, a zwłaszcza jej sektora wojskowego, czyli innych bojarów Putina, a ostatnia jedna trzecia została rozdana zwykłym ludziom. Każdy coś dostał, ale tylko nieliczni cieszyli się luksusem.

Nie można powiedzieć, że Rosja żyje tylko z tych pieniędzy. W minionym 2023 r. dochody całego systemu budżetowego Federacji Rosyjskiej (budżet federalny, budżety lokalne i fundusze, z których wypłacane są emerytury i świadczenia) wyniosły 59,1 bln rubli (ok. 2,43 bln zł). W tym dochody z ropy i gazu — 8,8 bln rubli (ok. 362 mld zł), czyli 15 proc. wszystkich dochodów systemu budżetowego i 30 proc. dochodów budżetu federalnego. A ponieważ saldo systemu budżetowego przy okazji wojny również było deficytowe, tzw. saldo poza ropą i gazem okazało się ujemne i wyniosło -12,7 bln rubli (ok. 0,52 bln zł), czyli 7,4 proc. PKB.

Tegoroczne przychody z ropy i gazu mają być wyższe niż w ubiegłym roku — aż 11,3 bln rubli (ok. 0,46 bln zł), podczas gdy scenariusz bazowy na 2025 r. przewiduje niewielki spadek — 10,9 bln (niecałe 0,45 bln zł). Czy liczby te oznaczają, że reżim prowadzi wojnę na petrodolary (lub "petrojuany") i bez nich złoży broń?

Niekoniecznie. Wydatki na "obronę narodową" w budżecie federalnym na 2025 r. wynoszą 13,5 bln (ok. 0,55 bln zł). Co więcej — po pierwsze, podobnie jak w poprzednich trzech latach, w rzeczywistości będą jeszcze wyższe, a po drugie, dodatkowe kilka bilionów zostanie wydanych na cele wojskowe i pokrewne w ramach pozycji "niewojskowych" oraz z budżetów innych szczebli.

Prowadzenie wojny przeciwko Ukrainie i ogólne utrzymanie rosyjskiej potęgi militarnej z pewnością nie są pokrywane z zysków z ropy i gazu. Ale może spadek tych zysków tak zmniejszy siłę armii Putina, że władca będzie szukał pokojowego wyjścia?

Nie powinniśmy poważnie liczyć na to, że tania ropa wyleczy system Putina z jego złudzeń. Jeden ze scenariuszy gospodarczych opracowanych przez rosyjskie władze na najbliższe trzy lata przewiduje załamanie cen ropy. Można powiedzieć, że lojaliści Putina przygotowują się na to.

Z drugiej strony ten scenariusz nie jest nawet tym głównym — nazywa się go "ryzykownym". Zakłada on, że cena baryłki ropy Brent spadnie z 80 dol. w 2024 r. do 45 dol. w 2026 r. (odpowiednio ok. 328 i 184 zł według obecnego kursu). Rosyjska ropa Urals zawsze była tańsza niż Brent, a sankcje sprawiły, że jej cena jest jeszcze niższa.

Scenariusz ten zakłada, że rosyjskie PKB skurczy się o 6 proc. w ciągu najbliższych dwóch lat, a eksport spadnie z tegorocznych 422 do 240 mld dol. (odpowiednio ok. 1,7 bln i 985 mld zł według obecnego kursu), a import — z 289 mld dol. w br. do 211 mld dol. w 2026 r. (odpowiednio ok. 1,2 bln i 865 mld zł według obecnego kursu). Jednak w "ryzykownym" wariancie nie ma nadzwyczajnej redukcji wydatków wojskowych. Są one takie same jak w korzystnym scenariuszu "bazowym".

Straty z powodu taniejącej ropy, zgodnie z prognozami reżimu, poniesie społeczeństwo. W ciągu dwóch lat czeka je 25-procentowa inflacja i 6-procentowy spadek konsumpcji gospodarstw domowych. To jak w popularnym dowcipie — "nie ja będę mniej pił, ale ty będziesz mniej jadł".

Ale może władze przeceniają swoje możliwości i w rzeczywistości nie wycisną z kraju pieniędzy na wojnę? Niestety, nie przeceniają i wycisną. Bo mają doświadczenie, o którym ludzie zapomnieli. Przecież już raz, w latach 2013-2016, średnia roczna cena baryłki rosyjskiej ropy Ural spadła w najbardziej miażdżący sposób — z 107,9 do 41,9 dol.

PKB w ciągu tych samych trzech lat spadł o ok. 3-5 proc. (Rosstat kilkakrotnie powtarzał swoje obliczenia), eksport spadł z 523 mld dol. w 2013 r. do 285 mld dol. w 2016 r., inflacja w ciągu trzech lat przekroczyła 30 proc., wartość rubla spadła o połowę (z 31,9 do 67,2 za 1 dol.), a realne dochody gospodarstw domowych spadły o 10 proc. (i nie wróciły do poziomu z 2013 r.).

Zwykli ludzie musieli zostać dokładnie oskubani, a gigantyczny program zbrojeniowy, który właśnie przechodził przez szczyt wydatków, wcale nie został ograniczony. Władze uważają, że mogą to zrobić ponownie i mają ku temu powody.

Dziś putinowska gospodarka jest jeszcze lepiej przygotowana na załamanie dochodów z ropy niż dziesięć lat temu. Zadłużenie zagraniczne Rosji w 2013 r. wynosiło ok. 730 mld dol., a obecnie jest niższe niż 320 mld dol. (ok. 1,3 bln dol.). Przed 2014 r. udział pieniędzy z ropy i gazu w dochodach budżetu federalnego oscylował wokół 50 proc., a obecnie jest bliski 30 proc.

onet.pl/The Moscow Times

poniedziałek, 18 listopada 2024




NYT i Washington Post poinformowały 17 listopada, że ​​nieokreśleni urzędnicy amerykańscy spodziewają się, że siły ukraińskie początkowo przeprowadzą ataki na siły rosyjskie i północnokoreańskie w obwodzie kurskim i że administracja Bidena może rozszerzyć to upoważnienie, aby użyć pocisków ATACMS przeciwko celom w innych miejscach w Rosji w przyszłości. Urzędnicy amerykańscy stwierdzili, że USA upoważniły te ograniczone ataki ukraińskie w odpowiedzi na rozmieszczenie sił północnokoreańskich na polu bitwy w obwodzie kurskim, aby odstraszyć Koreę Północną od rozmieszczania większej liczby sił w Rosji. Urzędnicy amerykańscy stwierdzili, że częściowe zniesienie ograniczeń ma na celu wygenerowanie „konkretnego i ograniczonego” efektu pola bitwy i nie zmieni przebiegu wojny. (...) Częściowe zniesienie ograniczeń dotyczących używania przez Ukrainę broni dalekiego zasięgu dostarczonej przez Zachód przeciwko obiektom wojskowym w obwodzie kurskim nie pozbawi całkowicie sił rosyjskich ich schronienia na terytorium Rosji, ponieważ setki obiektów wojskowych pozostają w zasięgu ATACMS w innych rosyjskich regionach przygranicznych. 

(...)

Brytyjskie Ministerstwo Obrony (MoD) wcześniej informowało, że siły rosyjskie poniosły rekordowo wysoki średni dzienny wskaźnik strat wynoszący 1271 żołnierzy dziennie lub łącznie około 38.130 ofiar we wrześniu 2024 r., a Departament Obrony USA (DoD) ocenił, że siły rosyjskie poniosły szacunkowo 80.110 ofiar we wrześniu i październiku 2024 r. Rozmieszczenie około 100.000 północnokoreańskich żołnierzy zastąpiłoby straty rosyjskie tylko przez mniej niż trzy miesiące.

(...)

Siły rosyjskie prawdopodobnie skupią się na przejmowaniu ukraińskich miast i miasteczek na linii frontu w zimie 2024-2025 poprzez walkę miejską pośród wysiłków mających na celu zrównoważenie ukraińskich zalet dronów i możliwych ograniczeń rosyjskich pojazdów opancerzonych. Nagrodzony przez Kreml założyciel i dyrektor znanego kanału Rybar Telegram oraz projektu mediów społecznościowych Michaił Zwinczuk oświadczył podczas wywiadu dla rosyjskojęzycznego kanału RTVI skupionego na diasporze 16 listopada, że ​​siły rosyjskie będą dążyć do skoncentrowania walk na „terenach zaludnionych, a nie na otwartych polach” w zimie 2024-25 i podał Toretsk, Pokrowsk i Kurachowe jako przykłady miast i miasteczek, w których Rosja będzie priorytetowo traktować postępy tej zimy. Zwinczuk twierdził, że siły rosyjskie przygotowują się do rozpoczęcia walki o Pokrowsk i zbliżają się do Pokrowska od południa i południowego wschodu, teraz gdy siły rosyjskie zajęły Selydove (na południowy wschód od Pokrowska). Zvinchuk jest wybitnym głosem w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej, mającym powiązania z Kremlem i może mieć dostęp do poufnych informacji o celach rosyjskiej linii frontu i projekcie kampanii. Rosyjskie siły niedawno poczyniły postępy w kierunku wschodniego Kupjańska i centralnego Chasiw Jar, a takie postępy mogą być częścią skoordynowanego wysiłku na rzecz wkroczenia do miast linii frontu w ramach przygotowań do operacji ofensywnych zimą 2024-2025. ISW wcześniej oceniło, że zajęcie Kupjańska lub Chasiw Jar miałoby operacyjnie znaczący wpływ na geometrię linii frontu i zagroziłoby głównym ukraińskim pozycjom obronnym na ich odpowiednich kierunkach, a niedawne rosyjskie postępy w miastach naraziłyby ukraińską obronę na obu kierunkach na większe, ale nie natychmiastowe ryzyko.

Zvinchuk twierdził, że siły rosyjskie będą również dążyć do zwiększenia swoich możliwości bojowych w okresie zimowym 2024-2025, w szczególności rosyjskich możliwości dronów ze względu na znaczenie „wojny dronów” zimą. Zvinchuk zauważył, że siły rosyjskie mają przewagę artyleryjską nad siłami ukraińskimi, ale że siły rosyjskie obecnie nie mogą posuwać się naprzód z powodu ukraińskich operacji dronów. Zvinchuk zasugerował, że lepiej wyszkolone i wyposażone siły mogą być w stanie skuteczniej posuwać się naprzód przeciwko ukraińskim operatorom dronów. ISW wcześniej zauważył, że rosyjskie Ministerstwo Obrony (MoD) wydaje się próbować scentralizować kontrolę nad nieformalnymi rosyjskimi jednostkami dronów, a komentarze Zvinchuka prawdopodobnie odnoszą się do tych trwających wysiłków i wskazują, że MoD może zamierzać zintensyfikować te wysiłki w okresie zimowym 2024-2025. ISW niedawno ocenił, że ukraińskie operacje dronów nadal odgrywają kluczową rolę w ograniczaniu rosyjskich zmechanizowanych manewrów i uniemożliwianiu siłom rosyjskim pełnego wykorzystania trwających ograniczeń Ukrainy w zakresie siły roboczej i materiałów. Rosyjskie dowództwo wojskowe może oceniać, że walka w mieście jest lepsza dla obecnego rosyjskiego stylu walki prowadzonego przez piechotę, ponieważ budynki wielopiętrowe mogą zapewnić rosyjskiej piechocie lepszą osłonę ze strony ukraińskich operatorów dronów niż drzewa na otwartych przestrzeniach. Rosyjskie dowództwo wojskowe może również preferować walkę w mieście, aby uniknąć przedłużania kosztów, jakie posuwanie się naprzód na polach wiejskich i osiedlach nakłada na rosyjskie pojazdy opancerzone i rezerwy. Rosyjskie dowództwo wojskowe prawdopodobnie oceniło, że zrównoważenie przewagi Ukrainy w zakresie dronów i zmniejszenie strat rosyjskich pojazdów opancerzonych poprzez walkę w mieście jest warte dużej liczby rosyjskich ofiar, które będą wynikiem wyczerpujących, wyniszczających postępów w miastach i miasteczkach na linii frontu.

understandingwar.org


WELT AM SONNTAG: W naszej ostatniej rozmowie ostrzegał pan, że prezydent Putin nie poprzestanie na wojnie przeciwko Ukrainie, tylko pójdzie dalej. Dlatego pilnie nalegał pan, że należy podjąć wszelkie możliwe środki odstraszania. Czy jest pan zadowolony z tego, co zostało osiągnięte?

Schlogel: Nie. Powaga sytuacji została uznana, ale nie konsekwencje bombardowań Ukraińców i cyberwojny przeciwko Zachodowi, sabotażu i instrumentalizacji prądów politycznych.

Wojna w Ukrainie toczy się z przerażającą niszczycielską furią i morderczą zaciekłością po stronie rosyjskiej. Nie rozumiem, dlaczego silny Zachód nie miałby być w stanie chronić ukraińskich miast lub dostarczać broni do niszczenia obiektów wojskowych daleko na rosyjskim zapleczu, z których ukraińskie miasta są atakowane dzień po dniu. Zamiast tego słyszymy tylko wymówki i udawanie, że nie możemy sobie wyobrazić, by Putin posunął się dalej. W tej chwili celem Rosji jest rzucenie Ukrainy na kolana. Powstrzymanie tego jest kwestią obecną i wymagającą natychmiastowej reakcji.

WELT AM SONNTAG: Według zachodnich źródeł Rosja straciła ponad 600 tys. żołnierzy od początku wojny. Dlaczego ta ogromna liczba ofiar nie prowadzi do wewnętrznej rosyjskiej presji na Putina?

Schlogel: Nie możemy zadowolić się stwierdzeniem, że nie ma entuzjastycznego poparcia dla wojny. Nasze koncepcje i kategorie, za pomocą których analizujemy nastroje polityczne w tym ogromnym kraju, również zawodzą.

Kalkulacja Putina się nie sprawdziła. Niemniej jednak wszyscy zbyt szybko przeceniamy jego siłę. Putin nie był w stanie złamać Ukraińców pomimo niszczycielskich ataków i ciężkich strat terytorialnych. Pozostaje pytanie: czy uda mu się złamać Zachód? Putin liczy na zmęczenie Zachodu wojną.

WELT AM SONNTAG: W swojej pierwszej rozmowie telefonicznej z Donaldem Trumpem kanclerz Niemiec Olaf Scholz podkreślił, że chce podjąć większe wysiłki na rzecz osiągnięcia pokoju w Europie. Teraz rozmawiał nawet przez telefon z Putinem. Czy postrzega pan to jako pierwszą oznakę zmiany niemieckiej polityki wobec Ukrainy?

Schlogel: Na to wygląda. Co oznacza "opowiedzenie się za pokojem"? Obawiam się, że część Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD) jest pod wrażeniem sukcesu partii demagogicznych, to jest partii rosyjskich na niemieckiej ziemi, innymi słowy ruchu Sahry Wagenknecht (BSW) i Alternatywy dla Niemiec (AfD). Byłoby katastrofalne, gdyby SPD Scholza uległa tym pseudopacyfistycznym tendencjom w kampanii wyborczej do Bundestagu i zdystansowała się od konsekwentnego i trwałego poparcia dla Ukrainy.

To zasługa Olafa Scholza, że mówił o punkcie zwrotnym. Brakuje jednak świadomości, że ten punkt zwrotny jest długim, wyczerpującym, stresującym i bolesnym procesem. Kluczowe pytanie brzmi: czy przyszły rząd będzie miał odwagę powiedzieć to jasno społeczeństwu?

WELT AM SONNTAG: SPD, dla której idee drugiej fazy polityki odprężenia miały niemal religijne znaczenie aż do wybuchu agresywnej wojny, była skruszona po jej rozpoczęciu. Dziś Rolf Mutzenich [członek niemieckiego rządu z partii SPD] i inni ponownie wygłaszają oświadczenia, które ostatecznie wracają do tego, za czym opowiadał się Egon Bahr [współtwórca polityki porozumienia z ZSRR i Polską w rządzie kanclerza Willy'ego Brandta]. Jak to wyjaśnić?

Schlogel: Wiele czynników odgrywa tutaj rolę. Jest to niemożność pożegnania się z czasem, który skończył się raz na zawsze. Pod względem polityki zagranicznej Związek Radziecki był mniej lub bardziej nasyconą potęgą. Rosja Putina nie jest. Do tego dochodzi odwrót, a nawet brak odwagi, aby uświadomić niemieckiej ludności, co ją czeka i odpowiednio się na to przygotować.

WELT AM SONNTAG: Do czego pan zmierza?

Schlogel: Niemcy wciąż nie są zdolne do obrony. Putin będzie miał z nami łatwą grę, jeśli sprawy przybiorą ekstremalny obrót. Ale zamiast jak najszybciej naprawić tę sytuację, wpływy zyskują partie, które opowiadają się za pokojem za wszelką cenę. Jeśli zostanie to doprowadzone do logicznego końca, prędzej czy później będzie to oznaczać, że Europa podda się dyktaturze.

WELT AM SONNTAG: Jak wytłumaczy pan fakt, że BSW i AfD odnoszą obecnie takie sukcesy?

Schlogel: Łączą się dwie linie. Królowa talk-show Sahra Wagenknecht bardzo dobrze wyczuwa niepokój, strach i niepewność, które zostały wywołane przez wojnę. Wagenknecht jest retoryczną zarządczynią strachu. Co więcej, pacyfizm, który nawiązuje do ruchu z lat 80., znów daje o sobie znać. Jest to jednak pacyfizm, który został skorumpowany. Dzisiejszy pacyfizm oznacza kapitulację przed agresorem, który przywrócił agresywną wojnę w Europie. Dzisiejszy pacyfizm oznacza nic innego jak kapitulację.

Wreszcie, istnieje również głęboko antyzachodni nurt na Wschodzie. Zgodnie z nim Putin jest mścicielem, który zadaje cios aroganckiemu Zachodowi. Na pierwszy plan wysuwa się poczucie zemsty: zemsta za to, że Zachodowi rzekomo nie udało się doprowadzić do uczciwego zjednoczenia na równych prawach, zemsta za upokorzenie wschodniej duszy, podsycana masowym antyamerykanizmem. Wagenknecht udaje się ucieleśnić wszystkie te uczucia w niemal genialny sposób.

WELT AM SONNTAG: A AfD?

Schlogel: Tak, Alice Weidel, która jest w rzeczywistości inteligentną kobietą. [Z jej ust padło] jedno zdanie, którego się nie spodziewałem. Powiedziała, że Ukraina nie jest częścią Europy. Rzadko słyszałem tak głupie i ahistoryczne zdanie. Nawet Sahra Wagenknecht nie odważyłaby się tego powiedzieć. Jestem naprawdę przerażony SPD w Brandenburgii, która w taki sposób podlizuje się BSW — i to tylko dla krótkoterminowego sukcesu.

WELT AM SONNTAG: Czy możliwe jest wygranie wyborów w Niemczech przy takim rygorystycznym kursie neutralności, czy też jest pan sceptyczny?

Schlogel: Niestety, takie niebezpieczeństwo dziś istnieje. Żyjemy w czasach przedwojennych i zbyt mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, co to oznacza. Widzę zbyt małą gotowość do uznania, że stare gwarancje bezpieczeństwa zostały utracone i że musimy zmienić naszą pozycję. Nie widzę szerokiej obrony przed faktem, że Sahrze Wagenknecht nie chodzi tylko o wybory krajowe, ale o fundamentalne odwrócenie dotychczasowej narracji Republiki Federalnej.

Jej i AfD zależy na zmianie pozycji naszego kraju w ramach systemu sojuszy. Uważam, że jest to groźne w czasach, gdy duża część społeczeństwa nie jest gotowa uznać niebezpieczeństwa, w jakim się znajdujemy, jeśli chodzi o politykę zagraniczną i wojskowość.

onet.pl/Die Welt


Ekspert Mychajło Żyrochow w rozmowie z nami powiedział, że Rosja była przygotowana na decyzję USA pozwalającą na wykorzystanie zachodnich rakiet do ataków na Rosję, zwłaszcza w kontekście wykorzystania przez Ukrainę pocisków ATACMS i Storm Shadow.

- Rosja przygotowywała się do takich ataków od dawna. Gdy tylko Ukraina otrzymała pociski ATACMS o zasięgu 300 kilometrów, Rosjanie zaczęli przenosić swoje zasoby. Przede wszystkim dotyczy to lotnictwa, które zostało rozmieszczone w odległości 500 kilometrów od linii frontu - poza zasięgiem ukraińskich systemów rakietowych - mówi ekspert wojskowy.

Mychajło Żyrochow zauważył, że mimo wszystko głównymi celami ukraińskiej armii pozostają obiekty stacjonarne, takie jak magazyny amunicji, punkty dowodzenia czy inne strategiczne lokalizacje.

- Niestety, przy obecnych środkach technicznych nie możemy skutecznie niszczyć lotnisk. Nawet Amerykanie potrzebowali 59 pocisków Tomahawk, by wyłączyć z użytku jedno syryjskie lotnisko. Ani Ukraina, ani Rosja nie dysponują takimi zasobami. Dlatego bardziej realistyczne jest koncentrowanie się na obiektach stacjonarnych, które mają kluczowe znaczenie dla rosyjskiej logistyki - wyjaśnia. 

W rozmowie z nami Mychajło Żyrochow odniósł się również do liczby pocisków dostarczanych przez Zachód. - Zgodnie z oficjalnymi informacjami pocisków ATACMS i Storm Shadow jest niewiele. Widzieliśmy już, że ATACMS były używane do ataków na Krym oraz inne okupowane terytoria, ale liczba tych pocisków pozostaje tajemnicą - powiedział.

Ekspert uważa, że efekty tych ataków będą ograniczone głównie do zniszczenia rosyjskiej infrastruktury wojskowej. - Nie spodziewam się jednak ataków na rosyjską infrastrukturę cywilną, na przykład energetyczną. Zachodni sojusznicy Ukrainy bardzo ostrożnie podchodzą do takich działań, które mogłyby zostać uznane za zbrodnie wojenne - tłumaczy ekspert wojskowy. 

Zdaniem eksperta z Kijowa priorytetem mogą być bazy północnokoreańskich żołnierzy. - Uważam, że jednym z pierwszych celów mogą być miejsca dyslokacji północnokoreańskich żołnierzy, jeśli tylko ukraińskie dowództwo zdobędzie odpowiednie informacje wywiadowcze. Byłoby to pokazowe działanie, które Zachód mógłby interpretować jako odpowiedź na wsparcie wojskowe, jakie Rosja otrzymuje od Korei Północnej - mówi Mychajło Żyrochow. 

gazeta.pl


Z tej historii, która ewoluowała od biznesowej kontrowersji przez rodzinny melodramat do krwawego kryminału, płyną wnioski, które dużo mówią na temat kondycji dzisiejszej Rosji. Strzelaninę w biurze Wildberries w samym centrum Moskwy można zestawić z takimi wydarzeniami jak pucz Prigożyna rok temu, marcowy zamach w podmoskiewskiej sali koncertowej Crocus City Hall, w którym napastnicy zastrzelili 144 osoby i kilkaset kolejnych ranili, czy ofensywa ukraińska w obwodzie kurskim, a konkretnie reakcja rosyjskich władz na tę ofensywę.

Wszystkie te incydenty są oznakami wewnętrznej destabilizacji i pokazują, że mechanizmy wypracowane przez dwie dekady putinizmu przestają działać. Zawodzą zaufani proxy, tacy jak szef wagnerowców, który wypowiedział lojalność Kremlowi, służby specjalne nie wywiązują się ze swoich obowiązków i nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa nawet w stolicy, a armia zaatakowana na własnym terytorium ucieka z pola boju. Do gospodarki zaś wchodzą przemocowe mechanizmy rodem z lat 90., które w Rosji nazywa się często lichymi, czyli bandyckimi. W prywatyzacji majątku państwowego odziedziczonego po rozpadzie ZSRR element siłowy odgrywał kluczową rolę, strzały na ulicach dużych miast i morderstwa jako sposób na biznesowe porachunki były w Rosji codziennością. Rządy putinowskiej twardej ręki miały być odpowiedzą na chaos i przynieść stabilizację. Umowa społeczna, oparta na wymianie wolności obywatelskich na bezpieczeństwo i względny dobrobyt, działała całkiem nieźle mniej więcej do 2014 roku. Kreml przejął kontrolę nad najważniejszymi i największymi aktywami biznesowymi w kraju, a oligarchowie zostali zredukowani do roli zarządców państwowego – putinowskiego – majątku, który mógł zostać im odebrany (i przekazany innym) za brak lojalności.

Po aneksji Krymu reżim zapewniał mniej dobrobytu, ale za to więcej godności i wstawania z kolan, putinowska umowa społeczna zaczęła erodować. Wraz z otwartym atakiem na Ukrainę w 2022 roku ostatecznie upadła. Teraz nie ma ani stabilności, ani bezpieczeństwa, a za dobrobyt trzeba płacić życiem. Transformacji ulega również rosyjska gospodarka, w której coraz większą role odgrywa państwo. Pełnoskalowa wojna uruchomiła w Rosji proces, który nazywa się „przeglądem wyników prywatyzacji”. Kreml za pośrednictwem prokuratury nacjonalizuje coraz więcej firm. O ile początkowo sądzono, że ten proces będzie dotyczyć firm ze strategicznych sektorów, takich jak energetyka czy zbrojeniówka, to wniosek o nacjonalizację największego producenta makaronów Makfa rozwiał te złudzenia. Dzisiaj nie ma w Rosji żadnej dużej firmy, której właściciele mogliby spać spokojnie. Nowy podział majątku obejmuje także aktywa, które pozostawiły po sobie zachodnie firmy wycofujące się z rosyjskiego rynku. Przykładem jest nacjonalizacja producenta nabiału Danone. Na czele spółki stanął siostrzeniec Kadyrowa. Osoby związane z przywódcą Czeczenii przejęły również część aktywów Starbucksa i sieci budowlanej OBI.

Sprawa Wildberries wpisuje się w szerszy kontekst tych procesów, choć jest bardziej zagadkowa i rodzi różne teorie na temat wydarzeń, które miały miejsce za kulisami skandalu wokół rodzinnego biznesu Bakalczuków.

Wśród nich jest interpretacja „prywatna”. Zgodnie z nią rozwód Bakalczuków zwabił graczy powiązanych z władzą, którzy wyczuli okazję do przejęcia części majątku ich firmy. Tatjana Bakalczuk chciała połączyć się z inną firmą, by ograniczyć wpływy męża w spółce. Podpis Putina pod listem intencyjnym miał zagwarantować, że Bakalczuk nie podejmie kroków prawnych w sprawie aktywów Wildberries, bo nikt w Rosji nie jest na tyle szalony, by sprzeciwiać się woli Putina.

Zgodnie z inną teorią rozwód to sprawa drugorzędna, a fuzja z Russ Outdoor jest ruchem wyprzedzającym. Zwolennicy tej teorii przypominają zarówno o styczniowym pożarze magazynu Wildberries, jak i doniesieniach o przeszukaniach w biurach firmy. Oba wydarzenia mogą sugerować, że pojawili się ludzie zainteresowani przejęciem biznesu Bakalczuków i że nie wahają się przed sięgnięciem po nieczyste metody. Zgodnie z tą teorią fuzja z Russ Outdoor stanowi polisę ubezpieczeniową, w której Sulejman Kierimow za pośrednictwem braci Mirzojanów zapewnia kremlowski protektorat.

Czysto gospodarcze wyjaśnienie zaproponował znany rosyjski ekonomista Władisław Inoziemcew, który twierdzi, że szybki wzrost Wildberries stał się problem, a struktura dochodów firmy zapowiada możliwy krach. Sklep opiera się bowiem na transakcjach z Chinami, a chińskie banki w obawie przed zachodnimi sankcjami wtórnymi zaczęły blokować operacje z rosyjskimi podmiotami. Zdaniem Inoziemcewa Tatjana Bakalczuk postanowiła zbyć część aktywów spółki na rzecz oligarchów powiązanych z Kremlem. Ci zapewne przekażą je dalej państwowym bankom, które zachowają elementy struktury Wildberries związane z płatnościami, natomiast pozostałych aktywów będą się pozbywać.

new.org.pl


Każda wojna na wyniszczenie ostatecznie staje się testem wytrzymałości społeczeństwa, ekonomii wojennej, dyplomacji i zdolności do uzupełniania strat. W miarę przedłużania się wojny problemy te nasilają się, popychając jedną ze stron bliżej punktu krytycznego, w którym kontynuowanie wojny pogarsza jej pozycję. Produkcja wojskowa i zdolność do uzupełniania strat należą do namacalnych czynników wojny, które można dobrze obliczyć i przewidzieć.

(...)

Na pierwszy rzut oka, według danych z projektu wywiadowczego Warspotting opartego na otwartym kodzie źródłowym , Rosja straciła w tym roku około 47 czołgów T-90M – liczba ta jest znacznie niższa od prognozowanej produkcji, co skłania do założenia, że ​​produkcja czołgów w Rosji nadąża za stratami na polu bitwy

Jest to jednak tylko powierzchowna ocena; rzeczywistość Rosji jest o wiele bardziej ponura.

Rosja w dużym stopniu polegała na odnawianiu starszych czołgów, takich jak modele T-72, T-62 i T-55/54, ze swoich zapasów z czasów radzieckich. Większość jej obecnej floty czołgów na polu bitwy polega na czołgach, które nie są już produkowane.

Choć dzięki temu Rosja mogła zachować bardziej zaawansowane czołgi, takie jak T-90M, radzieckie rezerwy szybko się kurczą, a flota czołgów drastycznie się kurczy.

Analityk OSINT @Highmarsed, który śledzi magazyny na wolnym powietrzu i dzieli się spostrzeżeniami na X (dawniej Twitter), przedstawia bardziej szczegółową ocenę. Poinformował, że do 6 lipca 2024 r. zapasy czołgów T-55 w Rosji spadły o 31%, T-62 o 37%, a T-80B o 79%, a tylko 9% czołgów T-72 zostało usuniętych z magazynów.

(...)

Ponadto analityk OSINT Naalsio, który śledzi straty na polu bitwy, szacuje , że do 4 października 2024 r. siły rosyjskie straciły łącznie ponad 539 czołgów i 1830 pojazdów (wliczając czołgi) na kierunku pokrowskim (...) od 2023 r. — liczby te znacznie przekraczają obecne możliwości produkcji czołgów w Rosji.

Biorąc pod uwagę, że od początku pełnoskalowej inwazji na Ukrainę Rosja straciła ponad 3000 czołgów (informację tę można niezależnie potwierdzić za pomocą projektów open source, takich jak Oryx czy Warspotting), Rosja straciła więcej czołgów, niż wszystkie swoje czynne siły pancerne przed wojną, a także ponad 30% swoich najnowocześniejszych samobieżnych systemów artyleryjskich i wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych.

Raport starszego analityka Dary Massicota, opublikowany przez Carnegie Endowment for International Peace, zawiera dalsze szczegóły dotyczące przewidywań, że Rosja wyczerpie swoje zapasy sprzętu wojskowego z czasów Związku Radzieckiego do 2026 roku .

Istnieją również wyraźne wyzwania w zastępowaniu strat rosyjskich sił powietrznych. Niektóre starsze modele samolotów odrzutowych nie są już produkowane masowo, a produkcja nowych samolotów odrzutowych jest mniej imponująca. Na przykład Budanov zauważył, że Rosja planuje wyprodukować tylko 14 myśliwców Su-57 w 2024 r.

To powiedziawszy, nie są to same złe wieści dla Rosji: produkcja pocisków Iskander, szczególnie Iskander-M, znacznie wzrosła.

(...)

Według tego samego raportu Carnegie Endowment, produkcja rosyjskiego sprzętu wojskowego, z wyjątkiem dronów, osiągnęła poziom stabilny na początku 2024 r. Dalsza ekspansja jest mało prawdopodobna, chyba że zostaną zbudowane nowe fabryki lub rząd podejmie znaczne ryzyko tymczasowego wstrzymania eksportu lub zamknięcia linii produkcyjnych w celu modernizacji istniejących zakładów.

Ważne jest, aby zauważyć, że jesteśmy teraz na początku października 2024 r. i nawet gdyby Rosja zaczęła budować nowoczesne zakłady z całym niezbędnym sprzętem i personelem, to uruchomienie takiej produkcji zajęłoby ponad rok. Oznacza to, że żadna znacząca ekspansja nie byłaby możliwa przed drugą połową 2025 r.

Obecnie Rosja próbuje z pomocą zagranicznych partnerów i sojuszników zniwelować różnicę między swoimi możliwościami produkcyjnymi a potrzebami pierwszej linii.

Według Kyrylo Budanowa Korea Północna jest największym partnerem wojskowym Rosji w tym względzie, przede wszystkim ze względu na ilość dostaw pocisków artyleryjskich. Zauważył, że po przybyciu północnokoreańskiej dostawy walki nasilają się w ciągu 8-9 dni, a efekt ten utrzymuje się do dwóch tygodni, co pokazuje bezpośrednią korelację między dostawami artylerii a intensywnością walki.

Biorąc pod uwagę, że Korea Północna również zaopatruje Rosję ze swoich własnych zapasów, nie jest pewne, czy Pjongjang może znacząco zwiększyć produkcję, aby sprostać zapotrzebowaniu Rosji. Nie jest również jasne, jak głęboko Korea Północna jest skłonna czerpać z własnych rezerw artyleryjskich, zwłaszcza gdy napięcia na Półwyspie Koreańskim pozostają stałe.

(...)

Powszechne użycie dronów FPV – małych dronów wyścigowych kosztujących poniżej 1000 USD – zmieniło pole bitwy. Drony te są w stanie atakować wszystko, od pojazdów opancerzonych po nacierającą piechotę i drony rozpoznawcze, a nawet śmigłowce.

W obliczu niedoborów artylerii w 2023 r. i na początku 2024 r. drony FPV stały się kluczowym narzędziem w arsenale, często służąc jako podstawowy środek walki z wrogiem na większych odległościach. Niektóre z nich są w stanie pokonać odległość do 20 kilometrów, korzystając z dronów nadawczych.

Dzięki wysiłkom oddolnym, organizacjom wolontariuszy i pewnej pomocy rządowej Ukrainie udało się zwiększyć produkcję dronów i standaryzowanej amunicji do nich. Podczas gdy nadal brakuje dronów i brakuje wystarczającego zaangażowania państwa w ich zaopatrzenie dla jednostek wojskowych, liczba dronów na polu bitwy wzrosła z zaledwie kilkudziesięciu do dziesiątek tysięcy w ciągu roku, co czyni je niezbędnym elementem teatru działań wojennych.

Inwestowanie w krajową produkcję Ukrainy i realizacja wspólnych projektów z krajami zachodnimi może być jedną z najskuteczniejszych dróg naprzód. Takie podejście może pomóc zmniejszyć ryzyko polityczne i skutki uboczne związane z uzyskaniem pozwolenia na uderzenie głęboko w Rosję za pomocą zachodnich rakiet – coś, co Ukrainie udało się już osiągnąć niezależnie, bez wywoływania przesadnych obaw przed wystrzeleniem rakiet nuklearnych.

(...)

Jak zauważa generał Budanov, rosyjskie wewnętrzne kalkulacje sugerują, że jeśli Rosja nie wyjdzie z wojny w przewidywanym czasie, nie będzie mogła ubiegać się o status „supermocarstwa” w przewidywalnej przyszłości — co najmniej 30 lat. Zamiast tego może liczyć na co najwyżej regionalne przywództwo.

Wewnętrzna analiza rosyjska przewiduje, że pozostaną tylko dwa supermocarstwa: USA i Chiny, scenariusz określany jako „Rozwój Chin” i „Dominacja Ameryki”, bez miejsca dla Rosji na arenie międzynarodowej.

euromaidanpress.com


— Jeśli otrzymamy rakiety, może to zmienić sytuację w regionie Kurska. Poniesiemy tam znacznie mniejsze straty i zagwarantujemy sobie utrzymanie tych terytoriów. Myślę, że obecnie toczy się bardzo duża gra polityczna. Była rozmowa Scholza z Putinem, która prawdopodobnie dotyczyła zakończenia wojny. Odpowiedzią było zmasowane uderzenie na Ukrainę tej samej nocy. Natychmiast po tym USA wydały zgodę na użycie zachodniej broni na terytorium Rosji. Ale ograniczyły obszar i cele. Moim zdaniem z Rosją trwają ogromne targi. A utrzymanie regionu Kurska jest dla nas ważne, ponieważ wtedy Putin nie może użyć formuły "pokój w zamian za terytorium". W końcu, zgodnie z tą logiką, ukraińskie siły zbrojne pozostają na terytorium Federacji Rosyjskiej — mówi Żdanow.

onet.pl

niedziela, 17 listopada 2024



Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył podczas wywiadu dla ukraińskich mediów opublikowanego 16 listopada, że ​​rosyjskie siły obecnie posuwają się naprzód wzdłuż linii frontu, częściowo z powodu obniżonego morale Ukrainy, pogłębionego przez opóźnienia w obsadzie i wyposażeniu nowych ukraińskich brygad oraz zapewnieniu ukraińskim obrońcom na linii frontu niezbędnego odpoczynku i rotacji. Zełenski podkreślił znaczenie tworzenia nowych brygad w celu zastąpienia i wzmocnienia ukraińskich sił obecnie służących na linii frontu, ale zauważył, że rosyjskie siły również nadal ponoszą znaczne straty w sile roboczej w zamian za minimalne zyski. Zełenski oszacował, że rosyjskie siły tracą obecnie od 1500 do 2000 żołnierzy dziennie na Ukrainie i ocenił, że rosyjskie siły nie są w stanie utrzymać tempa natarcia, ponosząc straty na taką skalę.

Przyznanie się Zełenskiego do problemów z morale i ograniczeń kadrowych wśród ukraińskiej piechoty na pierwszej linii sugeruje, że ukraińskie operacje dronów prawdopodobnie odgrywają nieproporcjonalnie dużą rolę w obronie i zadawaniu strat nacierającym siłom rosyjskim. Zełenski zauważył podczas wywiadu, że rosyjskie postępy już spowolniły w niektórych kierunkach, a ukraińscy urzędnicy wcześniej zauważyli, że ukraińskie operacje dronowe odegrały rolę w spowolnieniu rosyjskich postępów do minimalnego tempa. Ukraiński operator drona stwierdził w sierpniu 2024 r., że rosyjskie siły były w stanie posuwać się naprzód skuteczniej w kierunku Pokrowska, przeprowadzając ataki naziemne w grupach od dwóch do czterech żołnierzy pod osłoną drzew, co utrudniało ich wykrycie przez ukraińskich operatorów dronów. Późniejsze ukraińskie doniesienia sugerowały, że rosyjskie siły zaczęły szerzej stosować tę taktykę na całym kierunku Pokrowska we wrześniu i październiku 2024 r. Rosyjski milbloger i były instruktor Storm-Z zauważył 16 listopada, że ​​te małe, prowadzone przez piechotę ataki nie są najskuteczniejszą taktyką szybkiego postępu w wiejskich osiedlach i na polach w pobliżu Selydowe, gdzie siły rosyjskie mają bardzo słabe ukrycie przed ukraińskimi dronami. Milbloger zasugerował, że siły rosyjskie mogą obecnie dostarczać posiłki i zaopatrzenie tylko wtedy, gdy ukraińscy operatorzy dronów są zaangażowani w innym obszarze linii frontu. Milbloger zauważył, że nieokreślone „problemy”, prawdopodobnie odnoszące się do ukraińskich operacji dronów lub nalegania rosyjskiego dowództwa wojskowego na przeprowadzanie niepotrzebnie kosztownych ataków piechoty, nadal utrudniają siłom rosyjskim szybsze posuwanie się naprzód wzdłuż linii frontu i pełne wykorzystanie ograniczeń kadrowych Ukrainy.

Ukraińskie operacje dronów odegrały również kluczową rolę w ograniczaniu rosyjskich zmechanizowanych manewrów na całej linii frontu, szczególnie na początku lata 2024 r., kiedy siły ukraińskie zmagały się z poważnymi niedoborami artylerii w wyniku opóźnień w zachodniej pomocy bezpieczeństwa. Udane ukraińskie ataki dronów na rosyjskie pojazdy opancerzone w kierunku Pokrowska w czerwcu 2024 r. mogły odegrać rolę w decyzji rosyjskiego dowództwa wojskowego o ograniczeniu zmechanizowanych ataków na tym kierunku. Ukraińskie operacje dronów odegrały również ważną rolę w odpieraniu rosyjskich zmechanizowanych ataków w obwodach kurskim i donieckim oraz w pobliżu Kupjańska. W ostatnich miesiącach siły rosyjskie próbowały wprowadzić innowacje i wdrożyć skuteczniejsze systemy ochrony antydronowej dla pojazdów opancerzonych i czołgów, ale nawet najbardziej „udane” rosyjskie zmechanizowane ataki, które zaowocowały zyskami na kilku kilometrach, wygenerowały znaczne straty w uzbrojeniu pancernym z powodu ukraińskich ataków dronów. Wykazana przez Ukrainę zdolność do skutecznego atakowania rosyjskich kolumn zmechanizowanych uniemożliwiła siłom rosyjskim przeprowadzenie zmechanizowanych przełomów i eksploatację na dużą skalę. ISW wcześniej oceniło, że rosyjskie dowództwo wojskowe może nie być w stanie zaakceptować obecnej skali i tempa strat rosyjskich pojazdów w nadchodzących miesiącach i latach, biorąc pod uwagę ograniczenia rosyjskiej produkcji przemysłowej w zakresie obronności, zmniejszające się zapasy pojazdów z czasów radzieckich oraz niepowodzenie rosyjskiego wojska w osiągnięciu operacyjnie znaczących postępów terytorialnych poprzez zmechanizowane manewry. Dalsze udoskonalenia ukraińskich możliwości dronów i stale poprawiająca się integracja ukraińskich dronów z operacjami naziemnymi pozostają kluczowe dla zdolności Ukrainy do obrony przed nacierającymi siłami rosyjskimi i wyzwolenia okupowanego terytorium w przyszłych operacjach kontrofensywnych.

Zełenski podkreślił, że Ukraina musi przystąpić do wszelkich przyszłych negocjacji z pozycji siły, ponieważ prezydent Rosji Władimir Putin nie jest zainteresowany negocjowanym porozumieniem — bez względu na platformę negocjacyjną lub mediatora — które skutkuje czymkolwiek innym niż kapitulacją Ukrainy. Zełenski stwierdził, że Ukraina musi zostać „wzmocniona przez pewne ważne elementy”, aby negocjować z Putinem, podkreślając, że Ukraina nie może przystąpić do negocjacji z pozycji słabości. Zełenski stwierdził, że Putin nie chce pokoju, ale nadal byłby skłonny przyjść do stołu negocjacyjnego, aby zmniejszyć izolację dyplomatyczną Rosji i zabezpieczyć ustępstwa oraz kapitulację Ukrainy. Zełenski stwierdził, że ważne jest, aby każda platforma negocjacyjna i potencjalni mediatorzy pamiętali, że Rosja naruszyła integralność terytorialną Ukrainy i prawo międzynarodowe, dokonując inwazji na Ukrainę w 2014 i 2022 roku i zauważył, że jego rozmowy z prezydentem elektem USA Donaldem Trumpem pokazują, że Trump jest „po stronie wspierania Ukrainy” i wysłuchał stanowiska Ukrainy. Zełenski stwierdził, że Ukraina musi zrobić wszystko, aby zakończyć wojnę środkami dyplomatycznymi w 2025 r.

understandingwar.org


Dzisiaj Polacy są obsadzeni przez kremlowską propagandę w roli „zoologicznych rusofobów". Pan również? 

Wacław Radziwinowicz: Ze mną jest kłopot, trudno mnie w to wpisać, bo byłem w Rosji długo, byłem człowiekiem rozpoznawalnym, zapraszanym do mediów: pisałem w ich gazetach, gościłem stale w zamkniętym zaraz po wybuchu wojny przez Kreml radiu Echo Moskwy. Nigdy nie pozwalałem sobie na wypady pod adresem narodów Rosji, choć stale krytykowałem Putina i jego postępowanie. Nie można mnie więc nijak uznać za rusofoba, nie mówiąc już o tym, że sam jestem częściowo Rosjaninem.  

To jak się czuje taki człowiek jak Pan wyrzucony z Rosji? 

To był mój świat i chciałem w nim zostać. Zbliżając się do wieku emerytalnego, miałem pomysł, by pisać o Rosji książki. Chciałem na przykład napisać książkę o Moskwie, jakiej nie znają turystyczne przewodniki. Z nimi Moskwy nie da się tak naprawdę poznać, a warto, bo to jest cudne, wielkie, przebogate miasto, stolica wielkiego imperium pełnego różnorodnych kultur, języków, kuchni. Miałem też pomysł na książki o małych rosyjskich miastach, ale na razie wygląda na to, że żadnego z tych pomysłów nie zrealizuję. Usunięcie mnie z Rosji było dużym ciosem, zabrało mi ważną część życia. 

Ale też zniknęło Pańskie naturalne środowisko. Sam Pan pisze, że większość albo nie żyje, albo siedzi, albo wyjechała. 

I tuła się po świecie, co jest dla Rosjan naprawdę straszne. Proszę mi wierzyć, wiem to po swojej babci, która była rosyjską białą emigrantką. Zmuszenie jej do życia na obczyźnie było jej największym nieszczęściem.  

Tytułową Atlantydą jest ten znikający świat? 

Tak, to ta Rosja, która budowała się przez 30 lat i miała historyczną szansę stać się państwem swoich ludzi, a nie narodem dla państwa, którym dzisiaj znów jest, zupełnie jak za carskich czy bolszewickich czasów. A będzie jeszcze gorzej, będzie się dalej degradowała, bo nawet jeśli Putin wygra wojnę w Ukrainie, będzie chciał więcej, nadal będzie siał zamęt, w który być może wciągnie Polskę.  

Putin, jak Pan pisze, wychowywany był przez ulice Petersburga, gdzie decydowała siła i gdzie dla słabszych jest tylko pogarda. Przeniósł ten sposób działania na poziom państwowy? 

On został wybrany do tej swojej roli właśnie za sprawą takiego, a nie innego charakteru. Pokazał się Borysowi Jelcynowi, wówczas prezydentowi Rosji, jako bezwzględny, niemoralny i – co ważne – absolutnie lojalny sojusznik. Putin wypełniał nawet najbardziej paskudne rozkazy mające niszczyć przeciwników prezydenta, choćby Jurija Skuratowa, prokuratora generalnego, którego wrobiono w seksaferę. Pokazał więc, że będzie chronił Jelcyna i jego najbliższych, gdy przejmie po nim Kreml, i tak został namaszczony na jego następcę, nie zmieniając przy tym metod działania. Wszyscy wiemy, ilu ludzi, czy to opozycjonistów, czy dziennikarzy, zginęło z jego rozkazu. Ostatnią jego ofiarą był Prigożyn, zlikwidowany w sposób dość spektakularny, co miało pokazać wszystkim, jaki los czeka kwestionujących władzę Putina. 

Putin nie ma też żadnych skrupułów w posyłaniu na śmierć swoich żołnierzy. 

Tu już w ogóle nie ma o czym mówić. Życie posyłanych na śmierć tysięcy Rosjan nie ma dla niego kompletnie żadnego znaczenia, znów – jak w czasach carskich. Jednocześnie jest Putin bezwzględnie lojalny wobec swoich kumpli. 

Przypomina to raczej strukturę mafijną niż państwową. 

Żeby to zrozumieć, trzeba trochę pobyć w Rosji, a najlepiej na prowincji. Można wtedy szybko poczuć, jak całe państwo jest przeniknięte kryminalną kulturą. À propos mafii, ludzie władzy zafascynowani są „Ojcem chrzestnym", co widać było również przy okazji Prigożyna. Don Corleone przygarnia do siebie wrogów, tworzy pozory pokoju, a potem wszyscy są wymordowani, kiedy on się modli. Tu było podobnie, Putin tworzy pozory rozejmu i wybaczenia, po czym Prigożyn ginie, kiedy Putin uczestniczy w obchodach rocznicy bitwy na Łuku Kurskim. Druga wojna światowa, zwycięstwo w niej – to państwowa religia w Rosji. 

Pierwsze dwie kadencje Putina były do pewnego momentu czasem prozachodniej polityki Moskwy i nagle nastąpił zwrot o 180 stopni, czemu Putin dał wyraz podczas głośnego przemówienia w Monachium, gdzie Zachód został obsadzony w roli wroga chcącego zniszczyć Rosję.  

Zacznę od tego, że te pierwsze lata otwarcia Putina na Zachód ja również przyjmowałem serio, tym bardziej że on przyszedł do władzy z bardzo liberalną ekipą. Jej plany wydawały się znakomite, Rosja miała świetną koniunkturę dzięki rosnącym cenom ropy naftowej, ogromną życzliwość na Zachodzie odziedziczoną po Jelcynie i żadnych poważnych wrogów przy granicy. Wszystko to wydawało się szansą nie do zmarnowania.  

I co się stało? 

Po pierwsze, rosyjskim chłopakom z putinowskiej ferajny wydawało się, że świetnie się wpisują w świat londyńskich i paryskich klubów, drogich garniturów i jeszcze droższych nieruchomości. Wydawało im się, że będą funkcjonować na równych prawach, a może nawet wszystkim kręcić. Obiecał im to zresztą Putin. Tymczasem rzeczywistość była inna. Okazało się, że oni ze swoim sztafażem nie pasują do tego świata, że w Europie nie prowadzi się interesów, strzelając do konkurentów i wsadzając ich do więzień w sfingowanych procesach, że pogróżki i łapówki to nie główne narzędzia biznesowe. Kiedy z kolei Rosja zaczęła się bratać z NATO, myślała, że będzie tam miała wręcz decydujący głos. Było inaczej, co odczytano jako klęskę Putina. 

To był zapalnik? 

Nie, moim zdaniem była nim sprawa Michaiła Chodorkowskiego, który na Zachodzie uchodzi za walczącego o wolność i demokrację, a tak naprawdę brał udział w największym skoku na kasę, kiedy wąska grupa przejęła bezczelnie ogromne majątki, całe „kuwejty". Chodorkowski był najbardziej chciwy i przezorny jednocześnie. Chciał przejęte biznesy unowocześnić, wystawić na giełdę i dzięki zachodnim akcjonariuszom zabezpieczyć ich ewentualne przejęcie przez państwo, które nie będzie chciało – tak myślał – konfliktować się z globalnymi korporacjami. Putin szybko się zorientował w tym planie, brutalnie go wstrzymał, znacjonalizował Jukos, a Chodorkowskiego aresztował.  

Od tego czasu śruba jest nieustannie dokręcana – wprowadzane jest coraz bardziej represyjne prawo, zamykane są wolne media i organizacje pozarządowe, przeciwnicy lądują w więzieniach lub giną. W końcu nowelizowana jest konstytucja, która daje prezydentowi władzę absolutną. Mimo tego działa parlament, sądy, odbywają się wybory – po co ten cały teatr? 

Najstraszniejsze, co może spotkać w Rosji cara, to usłyszeć od tłumu, że jest nieprawdziwy. Z tego powodu muszą być zachowane wszystkie pozory legitymizujące go, jak parlament czy wybory, choć wszyscy wiedzą, że Duma wykonuje polecenia prezydenta, a wyniki wyborów są znane, zanim głosy zostaną policzone. Niegdyś car sprawował władzę z woli Boga, a dzisiaj z woli ludu, dlatego organizowane są wybory, traktowane wyłącznie jako plebiscyt poparcia dla cara.  

Ważne jest, ile car dostaje głosów? 

Bardzo. Musi być wypełniona formuła 70/70, czyli minimum 70 proc. głosów przy minimum 70-procentowej frekwencji. Bo to dowodzi, że większość narodu jest za carem. I tak się dzieje, a to, że wszystko jest sfałszowane, że przeciwnicy polityczni siedzą w łagrze, nie ma znaczenia.  

A błogosławieństwo Cerkwi ma jakieś znaczenie? 

Czysto symboliczne. Nie udała się bowiem próba zastąpienia ideologii komunistycznej prawosławiem. Cerkiew nie ma większego wpływu na społeczeństwo. Jej zadaniem jest służenie władzy.  

Putin się kogoś boi? 

Myślę, że egzekucja Prigożyna na oczach świata jest na to najlepszym dowodem, choć trudno powiedzieć, na ile Putin realistycznie ocenia rzeczywistość i na ile rozumie, że pogrąża kraj, którym rządzi. 

Czerpie informacje tylko od zaufanego otoczenia? 

Znany jest z tego, że nie posługuje się w ogóle internetem i nie szuka alternatywnych źródeł informacji, tylko opiera się na dostarczanych mu raportach. Widać to było przy okazji ataku na Ukrainę. Putinowi przekazywano informacje, z których wynikało, że wojska rosyjskie pokonają Ukraińców błyskawicznie, a Ukraińcy będą witali Rosjan kwiatami. Rzeczywistość okazała się, jak wiemy, nieco inna. 

Putin uchodzi za polityka niezrównoważonego, a co za tym idzie – nieprzewidywalnego. Angela Merkel, o czym Pan pisze, twierdziła, że to jego gra. Zgadza się Pan? 

To jest sytuacja jak ze sceny na rosyjskiej wsi. Znany we wsi zakapior krzyczy: „Trzymajcie mnie, niech mnie siedmiu trzyma, bo inaczej tu wszystkich rozniosę". To mu wystarcza, żeby być postrachem. Putin znakomicie gra taką rolę w kontaktach z Zachodem. Długo grał ją skutecznie. 

Po co Putinowi gromadzenie na boku ogromnego majątku? Przecież jest carem, więc należy do niego wszystko, a według znowelizowanej konstytucji może rządzić niemal dożywotnio. 

Ja się nie trzymam tezy, że on upycha na swoich prywatnych kontach wielkie pieniądze, bo jako prezydent ma do dyspozycji, co tylko chce: rezydencje, jachty, samoloty. Ale jest coś takiego w Rosji, co się nazywa „basenem". To miejsce, gdzie wszyscy, którzy powinni, a to jest cała wierchuszka państwa, wlewają odpowiednie środki. Są to gigantyczne pieniądze zabezpieczające osoby i interesy składające się do tej kasy oraz, co ważne, pozwalające na finansowanie nielegalnych przedsięwzięć, jak na przykład otrucie wrogów, zagraniczne zamachy stanu czy prywatna armia. Poza tym dłużej klasztora niż przeora, więc warto się zabezpieczyć na wypadek, gdyby z jakiegoś powodu Putin przestał jednak rządzić.  

Napaść na Ukrainę spowodowała, że wydarza się wszystko to, czego Putin nie chciał: bazy NATO w naszym regionie są rozbudowywane, zbroimy się na potęgę, do NATO dołączyła Finlandia, co było przed wojną nie do wyobrażenia, a w kolejce, blokowana przez Turcję, czeka Szwecja, co zamieni Bałtyk w wewnętrzne morze NATO. Tożsamość narodowa Ukraińców została skonsolidowana jak nigdy wcześniej i wiele państw dostarcza im broń oraz inną pomoc. To z punktu widzenia Kremla katastrofa czy tylko my tak na to patrzymy? 

W Rosji to wygląda zasadniczo inaczej. Panuje tam nastrój triumfu, zarówno we władzach, jak i społeczeństwie. Może i są jakieś tymczasowe kłopoty czy zastoje na froncie, może i ginie wielu żołnierzy, ale warto, bo finalnie Rosja wygra. I kto wie, może jak już się upora z Ukrainą, zajmie się kolejnymi terytoriami, które straciła jeszcze w 1918, po podpisaniu przez bolszewików „haniebnego" według Rosji pokoju brzeskiego. Teraz przyszedł czas na odzyskanie tego, co nasze – uważają w Moskwie. Brzmi to, musi pan przyznać, złowrogo. Aż strach pomyśleć, co się stanie, jeśli Ukraina przegra wojnę i Rosjanie staną na Bugu.  

gazeta.pl


Jak to było z twoim wyrokiem?

Dmitry Glukhovsky: Cóż, prawo zakazuje rozpowszechniania i powielania fake newsów. Napisałem w felietonie z 2022 roku, że prowadzimy wojnę, w której mordujemy ukraińskich cywilów. Za to postawiono mnie przed sądem. W procesie trzeba było to ustalić: jest wojna czy nie? Najlepiej o tym może wiedzieć armia rosyjska, prawda? Prokurator zwrócił się z zapytaniem do wojska, czy prowadzi obecnie jakąś wojnę. Wojsko odpowiedziało, że nie. Wniosek: rozpowszechniam jawnie fałszywe informacje motywowane nienawiścią do prezydenta Federacji. Skazano mnie na osiem lat.

(...)

Twoja książka „My. Kronika upadku" to zbiór felietonów, które pisałeś przez ostatnie 13 lat – w większości z Rosji i dla Rosjan, bo na dobre wyjechałeś w 2022 roku. Zaczynasz od 2012 roku i protestów przeciwko sfałszowaniu wyborów prezydenckich. Przedstawiasz ten moment jako ostatni zryw wolnych Rosjan. Miałeś wtedy poczucie, że to historyczny moment – albo my, albo oni?

Nie, takie rzeczy widać dopiero z perspektywy czasu. Nigdy zresztą nie wychodziłem na ulice z myślą "może uda się napisać historię" – sądzę, że podobnie mieli inni ludzie na protestach. Protestowałem, kiedy czułem, że nie mogę już udawać, że jest OK. Jednym z takich momentów była końcówka 2011 roku, kiedy Miedwiediew powiedział, że z Putinem zdecydowali, że ten drugi wróci do władzy. Demokracja? Jaka demokracja? Oni zdecydowali. Ludzie poczuli się oszukani. W samej Moskwie protestowało około 160 tys. osób przy 20-stopniowym mrozie.

Dlaczego coś takiego nie wydarzyło się już potem?

Lepiej zapytać, dlaczego w ogóle się wydarzyło.

Czemu więc?

Putin zawsze był surowy, także podczas swojej pierwszej prezydentury [1999–2008 – przyp.  red.]. Przypominał o roku 1937, stalinowskich represjach. Ludzie się bali mu przeciwstawić. Miedwiediew był bardziej miękki: mówił o demokracji, o otwarciu na Zachód, świetlanej, nowoczesnej przyszłości… I po czterech latach prezydentury ludzie przestali się bać. Zaczęliśmy sądzić, że mamy jakiś wpływ! Czuliśmy coraz więcej wolności. I dlatego wyszliśmy na ulice.

I co?

I nic. Putin dokręcił śrubę, trochę ustąpił, znowu dokręcił śrubę. W końcu protesty zaczęły tracić impet. Stawały się coraz mniej i mniej liczne. Prawo się zmieniło bardzo szybko, ale stopniowo. Władza mówiła: możesz wyjść na ulicę, ale musisz wcześniej zadeklarować marsz. Chwilę później: musisz prosić o pozwolenie ze względu na bezpieczeństwo. I te pozwolenia nie były wydawane. Wychodzicie na ulicę mimo to? Tam czeka na was oddział policji przygotowany do rozpędzania zamieszek, a za nielegalny protest możecie pójść siedzieć. Skończyły się protesty, a represje i morderstwa aktywistów stały się elementem naszego życia politycznego, m.in. Borysa Niemcowa w 2015 roku.

"Władza biła się o przetrwanie i była gotowa bić się na śmierć i życie, a demonstranci tylko bawili się w rewolucję" – napisałeś.

Brakowało pomysłu na to, co dalej. Chodziło o to, żeby zademonstrować sprzeciw. Tylko po co, skoro nikt cię nie słucha? Tylko narobisz sobie kłopotów.

Dla mnie 2012 i kolejne lata to był czas... targowania się. Czy muszę wyjść na ulicę albo jakoś zaprotestować? Może tym razem wolno mi zostać w domu?

Bałeś się?

Bałem się, wszyscy się baliśmy, ale jednocześnie każdy miał swoje codzienne sprawy: dziecko choruje, awans w pracy, otworzyło się nowe muzeum… Wychodziłem na ulicę i zajmowałem publicznie stanowisko tylko wtedy, kiedy czułem palące uczucie, że stracę szacunek do samego siebie, jeśli nic nie zrobię.

Ale represje były coraz większe, protesty malały. W wyniku pełnoskalowej inwazji w 2022 roku na ulice wyszło około 40 tys. osób, z czego 16 tys. zostało aresztowanych.

A ty wciąż pisałeś.

Tak, miałem też duży kanał na YouTube, czasem zbierałem 500 tys. wyświetleń w dwa dni. Myślę, że dla władz to był większy problem niż moje felietony. Cały czas w 2015, 2016, 2017 roku pisałem i mówiłem w podobnym tonie jak w 2012 roku. Ale moja krytyka wydawała się coraz bardziej radykalna. Znajomi radzili, żebym sobie odpuścił, zaczęło ich to szokować. To nieźle pokazuje, jak zmniejszała się wolność słowa i przekonań.

Piszesz w książce, że kolejnym przełomem po protestach 2011–2013 był rok 2014. Po okupacji Krymu i utworzeniu przez Rosję "republik" największe stacje medialne, dziennikarze, osoby publiczne wpadły w amok. W 2014 roku zaczęło się jawne kłamanie w mainstreamowych środkach przekazu.

Tak. Na przykład w telewizji pokazywano kobietę, która rzekomo widziała, jak ukraińscy żołnierze przybili "jak Jezusa" trzyletnie dziecko do tablicy ogłoszeń na oczach matki. W tej historii nie zgadzało się nic: miejsce akcji było wymyślone, kobiety nie było w tym czasie w mieście, w którym miała się dziać ta historia. Dziennikarze ukraińscy, rosyjscy, z Zachodu próbowali potwierdzić tę opowieść. Nadaremno. Ale to nie szkodzi, to "autentyczne słowa samej uchodźczyni", jak powiedziała Irada Zejnałowa, prezenterka Kanału Pierwszego.

Brzmi niedorzecznie.

Historia z przybijaniem dziecka – owszem. To, że dziennikarze przedstawiali zupełnie zmyślone historie – nie. Po prostu zmienił się klimat. Widać było, że niezależne media się zamykają, są kupowane przez państwo, Putina i jego zaprzyjaźnionych oligarchów, którzy zwalniają niepokornych dziennikarzy. Łatwo było zrozumieć, że zaczęła się nowa epoka i że jeśli chce się robić dalej karierę, zachować pracę, należy podążać za linią rządową. Nikt nie musiał tłumaczyć, co konkretnie mówić, to są przecież inteligentni ludzie – ludzie filmu, kultury, dziennikarze…

Ty też czułeś pokusę, żeby zmienić stronę?

Jeszcze przed tymi wszystkimi wydarzeniami, w 2007 roku odebrałem pewien telefon. Miałem 27 lat, byłem aktywny w social mediach i miałem sporą publiczność... Byłem rozpoznawalny ze względu na sukces komercyjny "Metra 2033" [powieści osadzonej w postapokaliptycznej rzeczywistości – przyp. red.], zarówno w Rosji, jak i za granicą.

Ełła Pamfiłowa, polityczka i przewodnicząca Komisji Praw Człowieka przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej, zaproponowała mi miejsce w tej komisji. Dwa lata później dostałem ofertę dołączenia do Rady ds. Kultury i Sztuki przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej. Zasiadali tam bardzo poważni ludzie, jak Nikita Michałkow [słynny rosyjski reżyser – przyp. red.], wielcy pisarze… za tym mogły iść bardzo duże możliwości. Ale już wtedy miałem poczucie, że to byłaby kolaboracja, że jest w tym oczekiwanie dostosowania się do rządowej retoryki. Na mnie nie działała wizja wspaniałej kariery. Mnie przed protestowaniem powstrzymywał raczej strach. To jest w gruncie rzeczy mafijny mechanizm działania.

Co masz na myśli?

Escobarowskie "plata o plomo" [hiszp. "kasa albo ołów" – przyp. red.]. Dostajesz od reżimu wybór: albo dostaniesz pieniądze, albo kulkę. Większość osób postawionych przed takim wyborem wybierze pieniądze i się umoczy. Ja nie skorzystałem, ale bałem się represji.

Dalej krytykowałeś władzę, ale w twoich wcześniejszych felietonach przewijały się motywy, które promowała propaganda.

Tak... Napisałem tekst o wojnie "zielonych ludzików", obarczając winą za część zniszczeń i śmierci wojska ukraińskie. Napisałem o ukraińskiej artylerii ostrzeliwującej "dzielnice mieszkalne własnych miast". Jak gdyby w bestialstwie starć 2014 roku była jakaś symetria. To był jeden z kluczowych argumentów Rosjan: trzeba chronić ludność rosyjskojęzyczną przed faszystami. A ja w jakimś sensie go powtórzyłem.

Zastanawiałem się, czy umieszczać ten felieton w zbiorze, ale czułem, że nie byłoby uczciwie go usunąć. Wszyscy jesteśmy produktem środowiska. Kiedy dorastasz w Rosji, nie wiesz nawet, skąd coś wiesz, ale wiesz. Sądziłem, że Ukraińcy to taki młodszy, słabszy brat, że łączy nas historia, że mamy zobowiązania wobec siebie… Skąd ten pomysł? Nie wiem. Ze szkoły? Z filmu? Usłyszałem od kogoś? To po prostu jest w powietrzu.

I dopiero kiedy spędziłem kilka miesięcy w Kijowie, poczułem, że w tej narracji o młodszym, słabszym bracie, któremu można wyznaczyć kierunek "rozwoju", nic się nie zgadza. W 2014 roku zaczęliśmy wojnę, kolonialną wojnę, tylko po to, żeby zachować ten kraj w orbicie wpływów, a Ukraińcy stworzyli własną historię. Jeśli chcą być częścią europejskiego projektu i żyć na własnych zasadach, po prostu należy im na to pozwolić, bo są, cholera, odrębnym narodem!

Przepraszam, ale to z perspektywy Europy wydaje się całkowicie oczywiste.

To pokazuje, jak my, Rosjanie, jesteśmy pod wpływem propagandy. I jak głęboko jest to w nas zakorzenione. Wydaje ci się, że jesteś rosyjskim patriotą, a jesteś przede wszystkim rosyjskim imperialistą. Sam potrzebowałem zrozumieć, że Ukraina to żaden "młodszy brat", tylko kraj wspaniałych, odważnych, niezależnych ludzi, który zasługuje na niezależność od Rosji. Bo Rosja nie ma im nic do zaoferowania poza dyktaturą, kontrolą i mafijną mentalnością.

To musi być bolesne mówić tak o własnym kraju – nawet jeśli to prawda.

Nie mówię o kraju, ale o ludziach u władzy, o państwie, które tworzą.

Jeśli chodzi o samych Rosjan, o naród, to jedyny problem z nimi jest taki, że są pasywni. I trwa to od dekad, bo są zniechęcani i karani za sprzeciw wobec władzy i wyrażanie swojego zdania. Może być inaczej. W ostatnich latach Związku Radzieckiego ludzie protestowali masowo jak nigdy. I myślałem, że zmierzamy w dobrą stronę. Jeszcze kilkanaście lat temu sądziłem, że Putin i jego ludzie – dawne KGB, twardogłowi – po prostu umrą. Że ich dzieci odziedziczą ten kraj, ale będą nim rządzić w inny sposób. Wydawało się, że nowa władza musi być bardziej progresywna, proeuropejska.

Zamiast tego ostatnie 10–15 lat to historia domknięcia systemu: zmieniania prawa, punktowej przemocy, podporządkowania mafii służbom specjalnym, tworzenia politycznej układanki, z której nie sposób się wyrwać. A jak się w tym czasie w Moskwie żyło?

Normalnie. Dobrze. Ludzie przyzwyczaili się do Putina. Prześladowane były mniejszości: przede wszystkim opozycja, w dalszej kolejności świadkowie Jehowy, ekolodzy... A mainstream miał się nieźle, coraz lepiej. Poprawiała się jakość życia – najpierw w Moskwie, później w Petersburgu i w innych większych miastach. Rosły pensje, klasa średnia mogła sobie pozwolić na wyjazdy do Europy. Moi znajomi, którzy prowadzili małe biznesy, mówili: "Spójrz, warunki są coraz lepsze, nie ma wymuszeń, policja i urzędnicy nie chcą łapówki na każdym kroku… Dlaczego panikujesz? Nasz kraj staje się nie tylko wielki, ale też cool". Sam to czułem.

Co ciekawe, w przedwojennej Moskwie sprzed 2022 roku bardzo popularne, wręcz mainstreamowe stały się orgie. "Co robisz w piątek? Idę na kinkową imprezę". Jak wszyscy. Jakby ludzie podświadomie czuli, że nie ma jutra i można robić cokolwiek. Atmosfera była napięta, a przecież nie było powodu do zmartwień. Miałem wrażenie, jakby nie było czym oddychać. Z jednej strony coraz lepiej się żyło, ale tlenu w powietrzu było coraz mniej.

A później wybuchła wojna.

I jednocześnie nic się nie zmieniło?

Wiele się zmieniło. Na ulicach można było spotkać wielu weteranów, więcej policji i wojska. Część biznesów upadła, ale szybko otworzyły się nowe. Trudniej jest kupić coś w Europie albo tam ulokować pieniądze, więc więcej osób inwestuje w Rosji, pieniądz tu zostaje. Kiedy pytam znajomych, co słychać w Moskwie, zawsze słyszę, że restauracje są pełne. Zawsze to pada, jak gdyby coś z tego wynikało.

Istnieje taka narracja, że Rosjanie mogą przetrzymać wszystko: każde ograniczenie swobód, każde wyrzeczenie w imię wielkiej, potężnej Rosji. Że dopóki Putin roztacza wizję powrotu do dawnej wielkości, Rosjanom to wystarczy.

To nie jest prawda. Istnieje kilka mitów, które pozwalają legitymizować władzę Putina i tę wojnę. "Musimy bronić domu przed NATO. "Operacja specjalna" to było "uderzenie wyprzedzające" przed atakiem NATO na Rosję. Drugi mit: "Ukraińcy, nasi bracia, nas zdradzili. Odbieramy to, co nasze". Trzecia narracja: "Kiedyś byliśmy wielkim, dumnym narodem i musimy to odzyskać". Każdy, kto sprzyja władzy, chce się jakoś usprawiedliwić, więc to powtarza. Ale tak naprawdę mało kto w cokolwiek z tego wierzy.

Jak to?

Sądzę, że prowojennie nastawionych Rosjan jest jakieś 10–15 proc. Byli ludzie, którzy sami zaciągnęli się do armii w 2022 roku, i oni prawdopodobnie już dawno nie żyją.

Poparcie dla wojny się kupuje, kupuje się żołnierzy. Obywateli Moskwy zachęca się, mówiąc o 5 mln rubli żołdu w ciągu roku. To około 50 tys. euro! Ogromne pieniądze. Strategia nie polega na przymusowej mobilizacji, ale na korumpowaniu ludzi. Jak mają się później sprzeciwić wojnie, skoro dobrowolnie się tam wybrali? Im nie chodzi o ideologię, tylko o pieniądze. Choćby o to, że całe życie nie było ich stać na pralkę dla żony, a teraz staną się bogaczami.

Większość jest przyzwyczajona do tego, żeby przytakiwać. Jeśli jutro Putin ogłosi koniec wojny, większość przyjmie to tak samo jak jej wybuch. Pewnie będą się cieszyć.

A ja słyszałem tyle razy, że Putin jest zakładnikiem własnej narracji.

Gdybyśmy jutro oddali Ukrainie wszystkie okupowane tereny, większość ludzi by to zaakceptowała. I na to znalazłoby się jakieś wytłumaczenie. Ale jeśli jutro reżim nie będzie miał pieniędzy dla popleczników i straci siłę, by niszczyć swoich wrogów, pojutrze upadnie.

gazeta.pl