sobota, 5 października 2024



Po dziesięcioleciach globalizacji świat dzieli się na dwie części, a Europa znajduje się pośrodku. Niemiecki przemysł motoryzacyjny jest szczególnie mocno dotknięty tą geopolityczną zmianą. Żadna inna branża nie skorzystała tak bardzo na otwarciu światowych rynków. Dla wielu ludzi w krajach rozwijających się gospodarczo VW, BMW czy Mercedes-Benz były wyrazem ich własnego awansu społecznego. Teraz coraz trudniej jest im je sprzedać.

O tym, jak napięta jest sytuacja, po raz kolejny przekonaliśmy się w piątek wieczorem. VW po raz drugi w ciągu zaledwie kilku miesięcy obniżył swoje cele na bieżący rok. Oczekuje się, że zamiast wzrostu o pięć proc., sprzedaż nieznacznie spadnie w porównaniu do 2023 r., a liczba sprzedanych samochodów również prawdopodobnie spadnie. W oświadczeniu jako przyczynę problemów podano "wymagające otoczenie rynkowe".

Kiedy konsultant Jochen Siebert myśli o sytuacji Volkswagena, przychodzi mu na myśl tytuł filmu "Wszystko wszędzie naraz". Siebert podróżuje po Chinach od 15 lat, a obecnie doradza swoim klientom przemysłowym z Singapuru. Jak mówi, sytuacja zachodnich producentów samochodów jest szczególnie dramatyczna w Chińskiej Republice Ludowej.

W ciągu pięciu lat chińskie marki zwiększyły swój udział w rynku z 30 do 66 proc. "Międzynarodowe marki tracą jeden punkt procentowy udziału w rynku każdego miesiąca. To naprawdę boli".

Powodem tego nie jest polityka, ale rynek. Producenci samochodów w Chinach są zaangażowani w rujnującą wojnę cenową. Jak donosi Siebert, w ciągu dwóch lat średnie ceny nowych samochodów spadły o 30 proc., podczas gdy wyniki sprzedaży pozostały na tym samym poziomie. Fabryki pracują obecnie tylko na połowie swoich możliwości, a wielu nowych producentów samochodów elektrycznych odnotowuje straty. Niemieckie firmy spodziewają się zatem drastycznego spadku zysków.

To, co rynek robi w kraju komunistycznym, państwo robi w USA, Kanadzie i UE. Ameryka Północna praktycznie całkowicie zakazuje importu chińskich samochodów, podczas gdy Europa planuje cła karne na import. Oba będą miały wpływ na niemieckich producentów. Na przykład BMW produkuje również e-samochody w Chinach dla Europy. VW wykorzystuje części od chińskich dostawców, których import do USA jest już zakazany.

Oczywiście konkurencja w Chinach ma również podłoże polityczne. Od 2015 r. Partia Komunistyczna pod rządami Xi Jinpinga realizuje strategię uniezależnienia się od zachodnich technologii. Dzięki ukierunkowanym pożyczkom, dotacjom i bezpośrednim interwencjom, państwowym planistom udało się zbudować własny przemysł samochodowy, w tym dostawców. Chociaż zasadniczo składa się on z prywatnych firm, jest wynikiem rządowego planu.

— W negatywnym sensie istnieje ryzyko, że rynki staną się coraz bardziej podzielone — mówi Stefan Bratzel, szef Centrum Zarządzania Motoryzacją w Bergisch Gladbach. — Po wielu latach wzrostu dzięki otwartym rynkom i niskim kosztom, obecnie doświadczamy odwrotnego trendu — mówi. Bratzel jest również zwolennikiem regulacji, które zapewnią, że chińscy producenci samochodów osiedlą się w Europie i stworzą tu miejsca pracy.

Tak dzieje się w Chinach od dziesięcioleci. W ubiegłym roku niemieckie marki samochodowe sprzedały tam 4,6 mln nowych samochodów, z czego tylko pięć proc. zostało wyeksportowanych z Niemiec.

— Sprzedaż niemieckich producentów samochodów w Chinach pochodzi prawie w całości z chińskiej produkcji — mówi Manuel Kallweit, główny ekonomista Niemieckiego Stowarzyszenia Przemysłu Motoryzacyjnego (VDA). Słabsza sprzedaż ma szczególny wpływ na tamtejsze zakłady produkcyjne. — Tak więc w Chinach istnieje również zainteresowanie wykorzystaniem mocy produkcyjnych tamtejszych fabryk — wyjaśnia.

Podobna sytuacja ma miejsce w USA. BMW, Mercedes i VW produkują tam we własnych fabrykach na rynek lokalny. Niemieccy dostawcy założyli fabryki w sąsiedztwie. Lokalizacje te nie są jednak oddzielone od rynku krajowego i globalnego. Wręcz przeciwnie: — Pomysł, że produkcja samochodów mogłaby być niezależna od innych regionów, jest absurdalny. Łańcuchy wartości w branży są szeroko rozgałęzione na całym świecie — mówi Kallweit.

onet.pl

czwartek, 3 października 2024



Spośród około 600 statków transportujących rosyjską ropę, prawie połowa to tzw. flota cieni. Kreml eksportuje surowiec głównie przez Bałtyk, a kilkanaście jednostek przepływających przez Zatokę Fińską znajduje się na międzynarodowej "czarnej liście" i zostało sklasyfikowanych jako "do naprawy" lub "na złom" – wynika z raportu Yle.

Fiński nadawca monitorował ruch statków na wodach Bałtyku w pierwszej połowie 2024 r. Zidentyfikowano ponad 280 jednostek zaliczanych do tzw. floty cieni. Są to statki, które przewożą rosyjską ropę objętą zachodnimi sankcjami i mogą mieć jedynie ubezpieczenie wydane w Rosji lub nie mieć żadnego. W większości są to 15-letnie lub starsze tankowce.

15 lat eksploatacji statku to granica, po której przekroczeniu wzrasta prawdopodobieństwo wystąpienia problemów technicznych, usterek, awarii czy wypadków. W przypadku tankowców zależy to od jakości wykonanych okresowych przeglądów – zaznaczono w raporcie, podkreślając, że w razie wypadku, zważywszy na niejasny zakres ubezpieczenia, uzyskanie odszkodowania jest "wątpliwe".

Dodatkowo 11 tankowców zidentyfikowanych w Zatoce Fińskiej Komitet Paryskiego Memorandum wpisał na "czarną listę", uznając je za jednostki w praktyce niezdolne do żeglugi. Paris MoU jest międzynarodowym porozumieniem administracji morskich państw Europy, Kanady i Rosji w sprawie regionalnego systemu kontroli statków obcych bander, zawijających do ich portów.

Jeszcze w 2022 r. do "floty cieni" zaliczany był co piąty tankowiec przewożący ropę przez Morze Bałtyckie. W 2024 r. jest to już co drugi statek – odnotowano.

Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (CREA) w Helsinkach oszacowało, że w okresie od początku 2022 r. do połowy 2024 r., tj. od rozpoczęcia rosyjskiej agresji na Ukrainę, Rosja szlakami przez Bałtyk przewiozła blisko 340 mln ton ropy lub produktów ropopochodnych o wartości ponad 220 mld euro.

PAP


Aleksandra Prokopenko, ekonomistka i stypendystka Carnegie Endowment for International Peace, zgodziła się, że stawka dla Kremla jest wysoka.

— Przy obecnym kursie wymiany spadek cen ropy o 20 dol. doprowadziłby do spadku przychodów o 1,8 bln rubli (20 mld dol. lub ok. 80 mld zł). To równowartość ok. 1 proc. rosyjskiego PKB — powiedziała.

— Rząd stanąłby przed wyborem ograniczenia wydatków — co jest mało prawdopodobne podczas wojny — dodała Prokopenko — lub zaakceptowania presji inflacyjnej i dławiąco wysokich stóp procentowych.

"The Financial Times" poinformował niedawno, że Arabia Saudyjska może porzucić swoje długo utrzymywane ambicje ograniczenia podaży ropy naftowej, aby podnieść ceny do ok. 100 dol. za baryłkę.

Eksperci rynku ropy naftowej nie mają wątpliwości, że Arabia Saudyjska ma ogromne możliwości produkcyjne i eksportowe, aby zmienić taktykę i walczyć o dominację na rynku poprzez manipulowanie wolumenami produkcji.

— Globalna gospodarka ma problemy, a popyt na ropę nie jest tak wysoki, jak chcieliby tego Saudyjczycy — powiedział Ajay Parmar, dyrektor do spraw analiz rynków ropy naftowej w firmie ICIS, która zajmuje się analizą towarów.

— Niektórzy producenci, w tym Rosja, konsekwentnie przekraczają swoje limity produkcji, co oznacza, że ceny nie zbliżają się do 100 dol. za baryłkę, a Saudyjczycy tracą cierpliwość. Byłby to jeden ze sposobów, w jaki Saudyjczycy mogliby ostrzec rynek, że będą działać — stwierdził ekspert.

— Przesłanie brzmi: "Musicie się sprężyć, bo inaczej wszyscy będziecie zarabiać mniej, ponieważ będziemy dążyć do zwiększenia udziału w rynku, a nie do podniesienia cen", a jeśli jest jeden kraj na świecie, który jest w stanie to zrobić, to jest to Arabia Saudyjska — dodał Parmar.

Rosja, wraz z krajami takimi jak Kazachstan i Irak, została oskarżona o sprzedaż większej ilości ropy niż uzgodniono z grupą OPEC+, zbiorem państw produkujących ropę naftową, które kontrolują globalną podaż i ceny.

Moskwa konsekwentnie przekracza swój dobrowolny kontyngent, który obecnie wynosi 8,98 mln baryłek dziennie, pomimo wielokrotnych obietnic dostosowania produkcji do celu.

Według rosyjskiego ministerstwa finansów zyski Rosji ze sprzedaży paliw kopalnych wzrosły o 41 proc. tylko w pierwszej połowie tego roku — pomimo zachodnich sankcji nałożonych w związku z inwazją na Ukrainę.

Prezydent Władimir Putin zobowiązał się do dalszego zwiększania produkcji i sprzedaży paliw kopalnych, aby wesprzeć przeciążoną gospodarkę swojego kraju.

"Każdy ma trudności, a my mamy własne" — przyznał w zeszłym tygodniu podczas przemówienia na forum energetycznym — "ale Rosja nadal jest jednym z głównych uczestników globalnego rynku energii".

Co więcej, rosyjska państwowa agencja prasowa TASS poinformowała w czwartek, 3 października, że kraj rozważa nową strategię utrzymania produkcji ropy na poziomie 540 mln ton rocznie do 2050 r. — w jawnym sprzeciwie wobec wysiłków na rzecz ograniczenia wydobycia, aby pomóc w walce ze zmianami klimatycznymi.

Rosja stworzyła "flotę cieni" złożoną ze starzejących się statków. Służy ona do transportu ropy naftowej z naruszeniem limitu cenowego 60 dol. za baryłkę nałożonego przez kraje G7. Obejście ograniczeń przyniosło Kremlowi prawie 25 mld dol. (ok. 97,4 mld zł) od początku inwazji na pełną skalę.

onet.pl/Politico


Kilkunastu ukraińskich żołnierzy stoi wokół starej radzieckiej armaty zajętej podczas kontrofensywy w Charkowie w 2022 r.

— Prowadzimy głównie ogień kontrbateryjny. W zależności od dnia wystrzeliwujemy od 20 do 30 pocisków — mówi ich dowódca, 31-letni Taras.

Według niego trudno jest przewidzieć, jak długo ukraińska armia będzie w stanie powstrzymać rosyjskie natarcie.

To byłby przełom. Rosja zrzuciła na Wołczańsk "ojca wszystkich bomb"? Eksperci wskazują na ukryty cel Kremla
— W ciągu ostatnich kilku tygodni sytuacja ustabilizowała się i nadal mamy szansę uratować Pokrowsk — mówi Taras.

Nagle dowódca odbiera telefon, po których krzyczy: "Pozycje!". W ciągu kilku sekund żołnierze 68. brygady przygotowują artylerię.

— Armata uzbrojona! — krzyczy jeden z żołnierzy.

— Ogień — odpowiada Taras.

Po wystrzale wszyscy zbierają się w okopie.

— Chowamy się przed rosyjskim ogniem kontrbateryjnym. Musimy poczekać pięć minut. Jeśli Rosjanie nie odpowiedzą w tym czasie, oznacza to, że nas nie zlokalizowali — wyjaśnia Ołeksandr.

Przez pierwszą minutę wszyscy milczą.

— Pocisk wystrzelony z rosyjskiej strony potrzebuje 50 sekund, by dotrzeć do celu — tłumaczy żołnierz.

W drugiej minucie Filip zapala papierosa. Chwilę później jeden z żołnierzy rzuca żart, po którym wszyscy wybuchają śmiechem, otrzepując się z kurzu. Wychodzą z powrotem na powierzchnię.

— Tym razem Rosjanie nie zareagują — mówi Ołeksandr.

Podobnie jak 68. brygada, wojskowi z 15. brygady również zostali przeniesieni w kierunku Pokrowska w celu zablokowania rosyjskiego natarcia.

47-letni Michał, który jest dowódcą jednostki czołgów, wierzy, że Ukraina będzie w stanie utrzymać front jeszcze przez kilka miesięcy.

— Myślę, że mamy szansę utrzymać się przez jakiś czas. Wszystko zależy od postępów Rosjan i naszej zdolności do ich powstrzymania. Jeśli utrzymamy Sełydowe do pory deszczowej, możemy utrzymać Pokrowsk przez zimę — mówi Michał.

Znana jako rasputitca, pora deszczowa między połową października a początkiem listopada, dyktuje tempo wojny w Ukrainie. W ciągu kilku dni linia frontu może zamienić się w bagno, przez co ruch niezbędnych pojazdów jest niemal niemożliwy dla trwających operacji. Później trzeba będzie czekać, aż popękane błoto zamarznie, aby rozpocząć nowe ofensywy.

Michał jest jednak pewny, że ich jednostki są w tym roku lepiej przygotowane do zimy i mają znacznie więcej amunicji niż kilka miesięcy temu.

(...)

— Biorąc pod uwagę poziom intensywności walk, z jakim mamy do czynienia, nadal potrzebujemy więcej pocisków, ale to nic w porównaniu z zeszłym rokiem, kiedy byliśmy w ogromnej potrzebie — mówi Michał.

Jednak poprawa ta może być tylko powierzchowna. Jeśli siły rosyjskie spowolniły swoje natarcie na Pokrowsk, prawdopodobnie chodzi głównie o rozszerzenie ich salientu wokół miasta.

— Każda wioska oznacza walki uliczne i znaczne straty dla Rosjan, dlatego starają się je ominąć. Tak jest dla nich skuteczniej — mówi Ołeksandr z 68. brygady.

Pomimo trudności, z jakimi boryka się ukraińska armia, Ołeksandr ma nadzieje, że będzie ona w stanie utrzymać Pokrowsk. Jednak pomimo optymistycznego nastawienia, co pięć do dziesięciu kilometrów wzdłuż drogi z Pokrowska do Kramatorska, potężne koparki kopią nowe okopy, a smocze zęby, ułożone na dużych wywrotkach, czekają na rozmieszczenie. 

onet.pl


Prezydent Rosji Władimir Putin przestał rozważać możliwość rozmów pokojowych z Kijowem po inwazji ukraińskich sił zbrojnych na obwód kurski i jest gotowy walczyć, dopóki państwo ukraińskie "nie rozpadnie się", poinformowały źródła bliskie Kremlowi.

Według nich jeszcze późnym latem wydawało się, że koniec wojny jest możliwy w ciągu sześciu miesięcy do roku. Przyczyniło się do tego kilka czynników. Przede wszystkim złagodzenie retoryki prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który zezwolił na referendum w sprawie warunków zakończenia konfliktu zbrojnego, a także zakrojona na szeroką skalę wymiana więźniów między Rosją a Zachodem, która pozwoliła Putinowi odzyskać oficera sił specjalnych FSB Wadima Krasikowa.

Odbyły się również rozmowy deeskalacyjne między rosyjską i ukraińską armią. W szczególności omówiono wzajemne ograniczenie ataków na obiekty energetyczne. Planowano zawrzeć porozumienia w dniach 22-23 sierpnia w Katarze, co byłoby pierwszym porozumieniem między Moskwą a Kijowem od początku wojny.

— Byłaby to sytuacja korzystna dla obu stron. W Rosji około 15-20 proc. rafinacji ropy naftowej nie działa, a oba kraje mają przed sobą zimę — powiedziało źródło zaznajomione z negocjatorami. Według niego zaproponowano również szerszą deeskalację, w tym zakaz używania niektórych rodzajów broni i uderzeń dalej niż w pewnej odległości od linii frontu.

Jednak wszystkie te rozmowy zostały zniweczone przez inwazję Sił Zbrojnych Ukrainy na obwód kurski na początku sierpnia. Putin, według rozmówcy noty wyjaśniającej, był rozgoryczony sytuacją — uznał, że Kijów wykorzystał przygotowania do spotkania w Katarze jako zasłonę dla operacji na terytorium Rosji.

— Kreml doszedł do wniosku: zniszczymy państwo ukraińskie. Teraz pachnie to walką bez zasad, obie strony zastanawiają się, jak sobie nawzajem zaszkodzić — powiedziało źródło. Dodał, że Putin nie wymieni obwodu kurskiego w zamian za Donieck lub Ługańsk.

Jednocześnie zwolennicy rozmów pokojowych w rządzie po operacji kurskiej są w mniejszości. — Jeśli przed inwazją istniało duże zapotrzebowanie na rozpoczęcie procesu pokojowego ze strony elity, teraz nie ma żadnego — mówi wysoki rangą urzędnik objęty sankcjami. — Trudno jest nawet zająknąć się o pokoju, te głosy zostaną stłumione — podkreślił.

— Jeśli Ukraina uzyska pozwolenie na zachodnie ataki rakietowe w głąb Rosji, to tylko zaostrzy sytuację — powiedział urzędnik, który regularnie komunikuje się z Putinem. — Sprawy zaszły za daleko. Nie wierzę w żaden proces pokojowy. Dopóki Ukraina się nie rozpadnie, nic się nie skończy — mówi szef dużego przedsiębiorstwa państwowego, który regularnie spotyka się z Putinem.

Jednak jeden z rozmówców serwisu Explanatory Note, który często widuje się z rosyjskim prezydentem, powiedział, że prezydent Rosji zaryzykowałby użycie broni nuklearnej tylko w przypadku otwartej dużej wojny z Zachodem, ale na razie ograniczają go stosunki z sojusznikami z BRICS. Niemniej jednak, według znajomego Putina, "będzie on coraz uważniej przyglądał się przyciskowi nuklearnemu", jeśli Zachód przestanie poważnie traktować jego groźby.

Tymczasem, według rozmówców Explanatory Note, Kreml jest przygotowany na długą wojnę. Według jednego z nich operacja kurska może okazać się taktycznym sukcesem Kijowa, ale trudno będzie go rozwinąć. — Siły Ukrainy są wyczerpywane. Kreml może prowadzić taką wojnę przez dziesięciolecia, a Ukraina będzie się szybciej degenerować — podsumował.

onet.pl/The Moscow Times


Zgodnie z dostępnymi obecnie informacjami atak Iranu rozpoczął się 1 października po godzinie 19.00 czasu polskiego. O ile w czasie wiosennego ataku w kierunku Izraela wystrzelono zarówno pociski balistyczne, jak i drony oraz pociski manewrujące, o tyle tym razem do uderzenia wykorzystano wyłącznie pociski balistyczne. Odpaleń dokonał irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, który jest dysponentem tej klasy systemów uzbrojenia w Iranie. Odpalenia zostały przeprowadzone z okolic większych miast, w tym Teheranu, Isfahanu, Tabrizu, Shirazu, Chorramabadu i Araku.

Pierwsze doniesienia izraelskie mówiły o około 100 pociskach. Potem okazało się, że było ich dwukrotnie więcej. Ostatecznie strona izraelska zweryfikowała dane mówiąc o „ponad 180” pociskach.

O godzinie 19.45 czasu polskiego ludność Izraela otrzymała informacje na telefony komórkowe na temat tego, gdzie znajdują się najbliższe schrony i gdzie należy się udać. Alarm i uderzenia trwały przez około godzinę, a przed godziną 21.00 czasu polskiego pozwolono ludziom opuścić schrony i ponownie otwarto izraelską przestrzeń powietrzną.

Wbrew pojawiającym się w Internecie informacjom nie jest prawdą, że do obrony przed zagrożeniem wykorzystywano system defensywny Iron Dome (pl. Żelazna Kopuła). System ten stanowi bowiem najniższe piętro izraelskiej obrony przeciwrakietowej i służy do niszczenia masowych uderzeń tanimi pociskami krótkiego zasięgu.

Tymczasem Iran wykorzystał kosztowne i trudne do przechwycenia ciężkie pociski balistyczne. Tego rodzaju środek napadu powietrznego może być przechwytywany jedynie przez ciężkie izraelskie systemy przeciwrakietowe dalekiego zasięgu typu Arrow-2 i Arrow-3 plus, ewentualnie systemy średniego zasięgu Patriot PAC-2 i David’s Sling, które mają funkcję przeciwrakietową.

(...)

Amerykanie z kolei poinformowali, że dwa ich niszczyciele typu Arleigh Burke (USS „Bulkeley” i USS „Cole”) stojące na wodach wschodniego Morza Śródziemnego odpaliły w kierunku pocisków irańskich około 12 pocisków przechwytujących nieujawnionego typu (przy ostatnim ataku użyto SM-3). To niewiele, biorąc pod uwagę ponad 180 pocisków irańskich, ale Amerykanie twierdzą, że z większością zagrożeń poradziła sobie samodzielnie izraelska obrona.

Wydaje się, że mimo wszystko relatywnie duża część irańskiej salwy dotarła do celu, a przynajmniej do terytorium izraelskiego. Strona izraelska twierdzi, że „niewielka liczba” pocisków uderzyła w centralnym Izraelu, a większa w południowym. W tym ostatnim znajduje się pustynia Negew, a na niej wielka baza lotnicza Newatim. Z filmów jakie pokazały się w sieci widać, że na terenie bazy uderzyło wiele (kilka lub kilkanaście) pocisków i na jej terenie pojawiły się pożary, chociaż nie było widać eksplozji wtórnych.

Cele ataku były zdaniem Iranu czysto militarne. Wiadomo, że usiłowano trafić w budynek agencji wywiadowczej Mossad (baza Glilot pod Tel Awiwem), a także bazy lotnicze. Pojawiają się jednak świadectwa o trafianiu także bezpośrednio w miasta.

Izrael twierdzi, że poza jednym Palestyńczykiem zabitym przez spadający zużyty stopień rakiety, dwiema osobami rannymi w wyniku wybuchu i pewną liczbą osób poturbowanych w trakcie ucieczki do schronów, nie było ofiar. Jeśli to prawda to oznaczałoby to kolejną kosztowną kompromitację Iranu.

Trzeba jednak podkreślić, że w przeciwieństwie do wiosennego ataku, teraz uderzenia na wybrane cele potrafiły przełamywać izraelską obronę dzięki dużej saturacji, czyli liczby wystrzelonych środków, a także tego, że odpalono najlepszą broń, czyli pociski balistyczne, do których niszczenia Izrael mógł także zaangażować tylko swoje najbardziej elitarne środki obrony.

defence24.pl

środa, 2 października 2024



Gdy byłem na studiach, na zajęciach z architektury mieszkaniowej uczyłem się, jakie powinny być orientacyjne wymiary bloków różnych typów. Najpopularniejsze klatkowce zwykle miały mieć około 12-13 metrów szerokości. Dzięki temu można było łatwo zaprojektować dobrze doświetlone światłem dziennym mieszkanie trzypokojowe, wychodzące na dwie przeciwległe strony świata (a więc także w naturalny sposób przewietrzane). Dzisiaj tak mała szerokość jest już rzadko spotykana. Bloki stały się dużo grubsze. 

Gdy większość mieszkań to małe lokale inwestycyjne na wynajem, budynek można rozwiązać jako tzw. korytarzowiec. Długi korytarz biegnący środkiem prowadzi do identycznych mieszkań po dwóch stronach. W rzucie wygląda to bardziej jak hotel niż modernistyczny blok. 

W korytarzowcach niekiedy powstają też większe mieszkania – trzy-, a nawet czteropokojowe, których wszystkie okna wychodzą na jedną stronę. A nawet zdarzają się przypadki ekstremalne, że wszystkie okna wychodzą na jedną wnękę loggii. Taki układ uniemożliwia efektywne wietrzenie mieszkania poprzez stworzenie przeciągu. Oczywiście, żeby zapewnić dostęp świeżego powietrza, takie mieszkania muszą być wyposażone w wentylację mechaniczną, jednak szkoda, że nie da się ich przewietrzyć po prostu otwierając okna. 

(...)

Pogrubienie bloku o metr czy dwa, nawet w tradycyjnym układzie klatkowym, znacząco zwiększa liczbę metrów kwadratowych dostępnych do zagospodarowania w jego wnętrzu. Oprócz przewietrzania, cierpi na tym też doświetlenie wnętrz. W zbyt pogrubionym bloku, nawet jeśli będziemy mieli mieszkanie przewietrzane na przestrzał, z oknami po obu jego stronach, jego środek będzie ciemny, bo będzie znajdował się zbyt daleko od okien. Modernistyczne mieszkania w ciągu dnia mogły korzystać z naturalnego światła, bo ich grubość była dostosowana do tego, jak daleko naturalne światło może dotrzeć w głąb wnętrza. Współczesne mieszkania polegają na sztucznym oświetleniu przez cały dzień.

Coraz grubsze bloki i jednocześnie pozostawienie metraży na tym samym poziomie skutkuje jeszcze jedną charakterystyczną cechą współczesnych mieszkań – wydłużonymi proporcjami pomieszczeń. 

I tu dochodzimy do mieszkań zwanych „tramwajami”. Wyobraźmy sobie, że mamy dość gruby blok, w którym chcemy zaaranżować sporo małych mieszkań. Wszystkie muszą przylegać do zewnętrznej ściany, by mogły mieć okna. Aby zmieścić jak najwięcej mieszkań trzeba zaprojektować je dość wąskie – na tyle, aby miały wymagane prawem okno oraz żeby zmieściły rozkładaną sofę i stolik telewizyjny. 

Konieczny też będzie aneks kuchenny, który może być w głębi oraz łazienka, która może być jeszcze głębiej, bo nie potrzebuje okna. W ten sposób tworzy się mieszkanie o proporcjach wagonu. Mocno wydłużone, wąskie, podobne do pokoju hotelowego, mające tylko jedno okno. Blok korytarzowy składający się z samych takich mieszkań może mieć nawet i dwadzieścia metrów grubości.

raportwarszawski.pl

wtorek, 1 października 2024



1 października rosyjska piechota zajęła większą część Wuhłedaru, w tym siedzibę lokalnych władz. W ostatnich dniach września najeźdźcy systematycznie wypierali Ukraińców z pozycji położonych na wschód i zachód od miasta, co pozwoliło na wzięcie pod kontrolę ogniową dróg wyjazdowych i ułatwiło szturm na obszary zabudowane. Nie wiadomo, jak wysokie są straty obu stron i czy agresorowi udało się odciąć część zgrupowania przeciwnika. Walki o Wuhłedar trwają ze zmiennym natężeniem od marca 2022 r., tj. od momentu zatrzymania rosyjskiej ofensywy na linii pobliskiej rzeki Kaszłahacz. Najeźdźcy dwukrotnie podejmowali zmasowane próby zdobycia miejscowości (w listopadzie 2022 r. i w styczniu–lutym 2023 r.). Zakończyły się one bardzo dużymi stratami w ludziach i sprzęcie pancernym. Sytuację udało im się zmienić dopiero w 2024 r., kiedy w ciągu kilku miesięcy wyparli Ukraińców z pozycji zajmowanych na wschód od miasta.

Wuhłedar, położony na dominującym nad bezleśną okolicą wzniesieniu, stanowił bardzo dogodny punkt oporu. Bloki mieszkalne dawały przy tym dobre schronienie przed rosyjskimi pociskami artyleryjskimi i bombami lotniczymi. Dalsza spoistość obrony ukraińskiej w tej części Donbasu zależy w dużym stopniu od stanu fortyfikacji. Kolejny cel agresora w rejonie to Kurachowe (ok. 20 km na północ od Wuhłedaru). Zapewne najeźdźcy będą je chcieli oskrzydlić od północy i południowego zachodu.

Na pozostałych odcinkach frontu nie doszło do istotnych zmian w położeniu stron. Ciężkie walki trwają głównie w Donbasie, a także – punktowo – na pograniczu obwodów ługańskiego i charkowskiego oraz w obwodzie kurskim. Postępy Rosjan na głównym kierunku uderzenia w obwodzie donieckim, tj. w rejonie Pokrowska, Myrnohradu i Sełydowego, zostały zredukowane do minimum. 26 września najeźdźcy podjęli próbę przełamania obrony przeciwnika w okolicach wsi Kruhlakiwka i Kolisnykiwka (ok. 20 km na południe od Kupiańska w obwodzie charkowskim) w celu rozbicia jego ugrupowania na dwie części i osiągnięcia rzeki Oskoł. Atak grup zmechanizowanych liczących w sumie ok. 50 czołgów, bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych odparto głównie za pomocą dronów uderzeniowych.

W ciągu ubiegłego tygodnia agresor codziennie atakował Ukrainę z użyciem dronów Shahed 131/136. Od nocy z 24 na 25 września do 1 października rano w jej przestrzeń powietrzną wleciało co najmniej 345 bezzałogowców tego typu, z których 298 miało zostać zestrzelonych przez obronę powietrzną. Część pozostałych została zagłuszona środkami walki radioelektronicznej i zeszła z kursu, rozbijając się w niewiadomych miejscach lub wlatując w przestrzeń powietrzną Rosji i Rumunii. W świetle danych ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych skuteczność uderzeń z użyciem dronów Shahed 131/136 w ubiegłym tygodniu wyniosła poniżej 10%. 28 września Rosjanie zaatakowali nimi szpital w Sumach, uszkadzając część budynków i zabijając co najmniej dziesięć osób. To kolejne uderzenie na cywilny obiekt ochrony zdrowia spełniające kryteria zbrodni wojennej. Dzień wcześniej w wyniku ataku bezzałogowców na port Izmaił nad Dunajem zginęło troje cywilów. Poza tym rosyjskim dronom udało się zniszczyć lub poważnie uszkodzić obiekty infrastruktury energetycznej m.in. w obwodach iwanofrankiwskim i mikołajowskim.

Wrzesień 2024 r. stał się pierwszym miesiącem, w trakcie którego najeźdźcy codziennie stosowali „szahedy”. Według oficjalnych komunikatów w ukraińską przestrzeń powietrzną wleciało ich 1339, z czego 1107 (83%) zestrzelono, a niektóre z pozostałych zagłuszono środkami walki radioelektronicznej.

(...)

26 września członek Komisji Bezpieczeństwa Narodowego, Obrony i Wywiadu Rady Najwyższej Ukrainy Fedir Wenisławski potwierdził, że spośród mężczyzn, którzy przekroczyli 50. rok życia, mobilizacji będą podlegać jedynie ci, którzy posiadają deficytowe specjalizacje wojskowe. Oświadczył, że jednostki wojskowe odmawiają przyjmowania starszych wiekiem poborowych niemogących podołać służbie na froncie.

1 października minister obrony Ukrainy Rustem Umierow zapowiedział dymisję czterech ze swoich ośmiu zastępców, odpowiedzialnych m.in. za logistykę i kwestie finansowe. Powodem roszad ma być konieczność „dokończenia procesu oczyszczenia systemu zakupów dla armii w ścisłej współpracy z organami ścigania i organami antykorupcyjnymi”.

Najważniejsza zmiana organizacyjna polega na przejęciu przez resort obrony kontroli nad przedsiębiorstwem Spectecheksport, zajmującym się eksportem i importem uzbrojenia. Dotychczas znajdowało się ono pod nadzorem wywiadu wojskowego. Zmiana wskazuje na słabnącą pozycję szefa tego ostatniego – Kyryła Budanowa. Nasilają się spekulacje medialne o możliwości jego dymisji, zwłaszcza po tym, jak pod koniec września minister obrony odwołał bez podania przyczyny jego dwóch zastępców. Decyzje Umierowa były najprawdopodobniej zainicjowane przez Biuro Prezydenta i stanowią reakcję na spory w kierownictwie resortu o zarządzanie kwestiami finansowymi, w tym zakupami uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Dzień wcześniej Zełenski „omówił” z Umierowem plany wdrożenia zmian w sposobie działania instytucji związanych z systemem obronnym państwa.

osw.waw.pl


Po co inwestować w rynek, który cię wyklucza? Bez obietnicy zysków amerykańskie firmy stają się również mniej chętne do walki o Chiny i ideę, że chiński rynek ma kluczowe znaczenie dla sukcesu ich przyszłości. Pekin ma coraz mniej przyjaciół w Waszyngtonie, a ciężar relacji USA-Chiny przenosi się z budowania wzajemnie korzystnych więzi gospodarczych na równoważenie antagonistycznych interesów bezpieczeństwa narodowego.

Zamiast jednak próbować ożywić chińskiego konsumenta, a tym samym przywrócić kluczowe więzi gospodarcze z Ameryką, jego przywódca, Xi Jinping, najwyraźniej się tym nie przejmuje.

— Xi wcale nie budzi się każdego dnia, nie analizuje gospodarki i nie wpada w panikę — powiedział mi Lee Miller, założyciel firmy sondażowej China Beige Book. —Uważa, że robi to, co powinien i że jest to nieprzyjemne lekarstwo — dodał.

Według Xi Chiny muszą stać się niezniszczalne i niezastąpione. Oznacza to wspieranie przedsiębiorstw państwowych i innych firm krajowych, dając im przewagę na rynku, gdy konkurują z firmami zagranicznymi o kawałek kurczącego się chińskiego tortu gospodarczego. Oznacza to uzależnienie reszty świata od chińskich produktów. Nie tylko tanich towarów, ale także zaawansowanych technologii, takich jak półprzewodniki, baterie i sztuczna inteligencja, a także towarów, które składają się na dalszy łańcuch dostaw, takich jak gal i german.

Samowystarczalność dla nas, ale nie dla was. Jest to strategia tak niezrównoważona, że ośmiela resztę świata, by wreszcie coś z tym zrobiła. I nie dotyczy to Chińczyków uzależnionych od frappuccino produkowanego przez amerykańską firmę. Pokojowe stosunki między Chinami a Stanami Zjednoczonymi opierają się na przekonaniu, że możemy robić ze sobą interesy, nawet jeśli nie podzielamy tych samych wartości. Stany Zjednoczone starają się być społeczeństwem otwartym; Chiny są coraz bardziej zamknięte. Możemy spierać się na Morzu Południowochińskim, o Tajwan, o zasoby na całym świecie, ale to pieniądze trzymały nas razem.

Bez dostępu do chińskiego konsumenta, amerykańscy interesariusze mają mniej powodów, by postrzegać Chiny jako rynek, a więcej powodów, by postrzegać je jako zagrożenie.

Po zakończeniu pandemii w 2023 r. chińska gospodarka doświadczyła tego, co na Wall Street znane jest jako "odbicie martwego kota". Wyobraź sobie zdechłego kota na jezdni — może nieco odbijać się od ziemi, ale nigdzie się stamtąd nie ruszy. Podobnie zdziesiątkowana gospodarka Chin nieco się ożywiła po zakończeniu ograniczeń związanych z COVID w 2023 r., ale rok później sytuacja wygląda ponuro.

Cel Pekinu dotyczący wzrostu PKB o 5 proc., niegdyś uchodzący za pewnik, teraz stoi pod znakiem zapytania. Zadłużenie na rynku nieruchomości wciąż ciągnie gospodarkę w dół, a rządowe plany dotyczące boomu eksportowego nie wydają się opłacać. Przedłużająca się deflacja obniża wartość chińskiej waluty i ostatecznie oznacza, że Chiny muszą sprzedawać więcej towarów eksportowych, aby zarobić tyle samo pieniędzy. Bezrobocie wśród chińskich młodych ludzi w wieku od 16 do 24 lat wzrosło w lipcu do 17,1 proc., zmuszając nową klasę (często) nadmiernie wykształconych absolwentów do konkurowania o nisko płatne miejsca pracy. Nazywa się ich "dzieciakami ze zgniłym ogonem". Brutalne.

W poprzednich okresach spowolnienia gospodarczego Komunistyczna Partia Chin reagowała na nie poprzez zwiększanie wydatków na infrastrukturę, budownictwo mieszkaniowe i utrzymanie zatrudnienia. To sprawiało, że koła się obracały, ale za każdym razem kraj był coraz bardziej zadłużony. Jest tylko jeden sposób, aby zejść z takiej ścieżki, a jest nim bolesny okres spłaty zadłużenia, który może osłabić popyt w gospodarce. Xi zdecydował się odłożyć pistolet na pieniądze, nie robiąc nic, aby pomóc przeciętnym chińskim gospodarstwom domowym w czasie, gdy gospodarka się kurczy. Powiedział członkom partii w lipcu, aby okazali "niezachwianą wiarę" w jego wielką strategię gospodarczą, ale na razie nie widać tego efektów. Na początku tego miesiąca, wykazując niezwykłą rozbieżność z polityką Xi, były szef Ludowego Banku Chin, Yi Gang, powiedział, że rząd powinien zaangażować się w pewnego rodzaju bodźce, aby osiągnąć już złagodzone cele wzrostu. (...)

Amerykańskie firmy odczuły to na własnej skórze. Na początku tego roku sprzedaż iPhone'ów Apple w Chinach spadła o 24 proc. i od tego czasu wykazuje tendencję spadkową. Starbucks, który ma ponad 7300 lokali w Chinach, odnotował w drugim kwartale spadek sprzedaży o 14 proc. w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Problemy Nike w Chinach przyczyniły się do prawie 30-proc. spadku akcji spółki w ujęciu rok do roku. Zagraniczne firmy samochodowe również są miażdżone. Tesla odnotowała spadek udziału w chińskim rynku pojazdów elektrycznych z 9 proc. do 6,5 proc. w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy roku. W odpowiedzi na te doniesienia Elon Musk powiedział: "Wiara w te doniesienia świadczy o głupocie. Nasza fabryka w Szanghaju pracuje na maksymalnych obrotach".

(...)

Rada stwierdziła, że jedna czwarta jej członków wymieniła "niewystarczający popyt lub nadwyżkę mocy produkcyjnych jako ograniczenie nr 1 dla rentowności w tym roku". Pieniądze, które chińscy konsumenci wciąż są w stanie wydać, coraz częściej trafiają do firm, które powstały w ich ojczyźnie. Krajowi producenci telefonów pożerają Apple, a sprzedaż smartfonów Huawei wzrosła w pierwszych trzech miesiącach roku o 70 proc. W 1999 r. Starbucks otworzył swój pierwszy lokal w Chinach i był postrzegany jako symbol statusu, ale obecnie ma silniejszą konkurencję ze strony chińskich marek, takich jak Luckin i Cotti Coffee. Nie jest to przypadek. To część planu Xi, którego celem jest uwolnienie Chin od zagranicznych zależności i wpływów.

W ankiecie przeprowadzonej przez radę 80 proc. respondentów stwierdziło, że "chińska polityka przemysłowa wzmacnia firmy, które wcześniej były niekonkurencyjne", a konkurencja ze strony chińskich rywali znalazła się na trzecim miejscu pod względem obaw związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej w Chinach. Tak, amerykańskie firmy nadal zarabiają pieniądze w Chinach. Jest to jednak coraz bardziej niekomfortowe, a perspektywy są kiepskie.

(...)

Na szczególną uwagę zasługują coraz słabsze powiązania między Chinami a Wall Street, i to nie dlatego, że mieszkańcy Szanghaju i Pekinu będą tęsknić za piciem Moutai z bankierami Goldman Sachs, ale dlatego, że Wall Street jest potężnym sojusznikiem Waszyngtonu. Organizują spotkania między zainteresowanymi stronami i mówią o korzyściach płynących z relacji między krajami Pacyfiku. Dawno, dawno temu Ray Dalio, założyciel Bridgewater Associates, największego funduszu hedgingowego na świecie, mówił każdemu, globalnym politykom, inwestorom, każdemu, kto przeczytał jedną z jego wielu książek lub wpisów na blogu, o świetlanej przyszłości Chin. Teraz mówi wszystkim, że minimalizuje swoją aktywność w tym kraju i że nie będzie "pięknego zmniejszania dźwigni finansowej" dla Chin. Jest to ostatnia rzecz, której Pekin potrzebuje, aby przeniknąć do umysłów amerykańskich decydentów.

Jeden z byłych urzędników Departamentu Stanu ds. Azji Wschodniej powiedział mi, że Chiny masowo wysyłają delegacje partyjne do Waszyngtonu, ale nikt nie chce się z nimi spotkać. Bez sojuszników Waszyngton jest samotnym (lub wrogim) miejscem dla zagranicznych rządów, zwłaszcza gdy te zagraniczne rządy opracowały strategię gospodarczą, która może potencjalnie zaszkodzić naszej gospodarce.

— Zmierzamy do kolejnej wojny handlowej bez względu na to, kto będzie prezydentem — powiedział mi Miller. — Model gospodarczy, którego chce Xi, nie jest kompatybilny z resztą świata. Sposób myślenia polega na spojrzeniu na to z perspektywy bezpieczeństwa narodowego, a nie z perspektywy ekonomicznej — dodał.

(...)

Pomijając Biały Dom, Pekin znajduje się w martwym punkcie. Były urzędnik Departamentu Stanu powiedział mi, że urzędnicy KPCh nie rozumieją w pełni siły, jaką dysponuje Kongres. A Kongres stał się zdecydowanie antychiński. Nawet Republikanie z Komisji Usług Finansowych Izby Reprezentantów, którzy niegdyś byli skłonni pozwolić Wall Street na swobodne inwestowanie w chińską gospodarkę, nie mogą dojść do porozumienia co do tego, jak rygorystyczne powinny być ograniczenia dotyczące inwestowania w tym kraju. Niektórzy chcą iść twardo; inni chcą iść jeszcze ostrzej. Dwupartyjna komisja House Select Committee on China nie ma problemu z oddawaniem strzałów ostrzegawczych w kierunku niektórych z ostatnich korporacyjnych sojuszników Chin, czyli firm produkujących półprzewodniki.

Chińskie próby rozwinięcia krajowego łańcucha dostaw chipów wciąż pozostają w tyle, więc potrzebują amerykańskich firm, takich jak Broadcom i Nvidia. Firmy te z kolei uwielbiają miliardy, które zarabiają w Chinach. W serii tweetów komisja specjalna wezwała jednak administrację Bidena do zignorowania lobbystów półprzewodników pracujących w Waszyngtonie. "Wzywamy administrację Bidena do utrzymania rygorystycznych kontroli eksportu wprowadzonych w październiku 2022 r." — napisano. "Osłabienie tych środków wzbudziłoby poważne obawy co do ochrony przywództwa technologicznego USA i naszego bezpieczeństwa narodowego" — dodano. "Jeśli ci [półprzewodnikowi] prezesi uważają, że obecna amerykańska polityka kontroli eksportu jest szkodliwa dla amerykańskiej gospodarki i naszego bezpieczeństwa narodowego, to muszą przedstawić tę sprawę publicznie, być może przed komisją kongresową" — czytamy.

Miller powiedział mi, że uniezależnienie technologiczne między USA i Chinami nie jest już problemem dla Kongresu. To cel. — Amerykańskie firmy, które mają duże udziały w Chinach, mówią: "Nie możecie nam tego zrobić" — powiedział. — Cóż, zgadnijcie co? Istnieją kompromisy. W tej chwili nie płacimy wystarczająco wysokiej ceny za właściwą politykę — dodał. Ceny tej zmiany nie można wyrazić w zyskach przedsiębiorstw. Nie można jej w ogóle wyrazić w dolarach.

onet.pl


Sky News już kilka miesięcy temu na podstawie przeanalizowanych danych zwróciła uwagę, że od czasu nałożenia sankcji eksport brytyjskich samochodów faktycznie spadł do zera, ale w tym samym czasie ich eksport do Azerbejdżanu wzrósł o 1860 proc. Teraz jej dziennikarz miał okazję zaobserwować na własne oczy, w jaki sposób luksusowe samochody, nie tylko brytyjskiej produkcji, trafiają przez Kaukaz do Rosji.

Opisuje, że podczas pobytu w Gruzji jego uwagę zwróciły ogromne konwoje ciężarówek, przewożące wszelkiego rodzaju towary w kierunku jej północnego sąsiada, Rosji, a koło jedynego punktu kontrolnego na granicy między obydwoma państwami, w Lars, widział ogromne nieformalne parkingi, na których stały samochody luksusowych marek: Mercedes, BMW, Lexus czy Range Rover.

Jak relacjonuje, spędził dwa dni blisko granicy, obserwując proces, w którym samochody i inne ciężarówki były tam przywożone, a następnie wysyłane do Rosji. Rozmawiał z wieloma osobami zaangażowanymi w handel, odkrywając złożony, ale dopracowany system stworzony w celu transportu europejskich samochodów do Rosji.

"Jedna grupa mężczyzn ma za zadanie przywieźć samochody na granicę - czasami z salonów w stolicy, Tbilisi, czasami z portów Morza Czarnego w Poti lub Batumi. Zazwyczaj nie wiedzą, skąd pochodzą samochody - czy bezpośrednio z krajów takich jak Wielka Brytania, czy przez inne państwa Kaukazu, jak Azerbejdżan. Po przywiezieniu samochodów na granicę zostawiają je na parkingach, gdzie stoją przez kilka dni, aż do wypełnienia niezbędnych dokumentów. Dokumenty te nie są wypełniane bez komplikacji: gdy państwa europejskie nałożyły sankcje, Gruzja wprowadziła własne zakazy wysyłania samochodów do Rosji. Istnieje jednak wiele luk, które umożliwiają mimo wszystko przewóz samochodów" - opisuje.

Wyjaśnia, że jednym ze sposobów jest zarejestrowanie samochodów i odprawa celna w Armenii, zanim dotrą na północ do punktu kontrolnego w Lars. Czasami tym, którzy wwożą samochody do Rosji, doradza się, aby mówili, że jadą tylko przez Rosję do Kirgistanu, choć wszyscy, włącznie z policją i gruzińskimi pogranicznikami, wiedzą, że pozostaną w Rosji. "Tak czy inaczej, ostatecznie tym samochodom wydawane są tablice rejestracyjne tranzytowe, po czym można nimi przejechać przez granicę. A ponieważ Gruzini mogą podróżować do Rosji bez wizy i odwrotnie, przewiezienie samochodów przez granicę to po prostu kwestia ich przewiezienia, pozostawienia samochodu po drugiej stronie, gdzie zostanie odebrany przez inną grupę mężczyzn, a następnie powrotu do Gruzji" - opisuje.

Zwraca uwagę na dwie kluczowe sprawy w tym systemie: po pierwsze, choć wszystko razem jest naruszeniem sankcji, żadnej pojedynczej osoby w łańcuchu nie można łatwo oskarżyć o ich naruszenie, a po drugie, samochody nie pojawiają się w danych celnych - z formalnego punktu widzenia po prostu przybywają do Azerbejdżanu lub Gruzji, a następnie znikają. Jak zauważa dziennikarz Sky News, skoro do Rosji przemycane są towary tak trudne do ukrycia jak samochody, to z pewnością można założyć, że tak samo dzieje się z innymi towarami potrzebnymi rosyjskiemu reżimowi do prowadzenia wojny. "Gospodarka Rosji pozostaje silna, w Moskwie nie brakuje towarów podstawowych i niepodstawowych, a po drodze państwa kaukaskie, takie jak Gruzja i Azerbejdżan, odnotowały ogromny wzrost gospodarczy, pełniąc rolę nieformalnego kanału handlowego. Wszyscy wygrywają – poza Ukraińcami" - zauważa. 

PAP


Głównymi bohaterami po stronie Izraelczyków są do tej pory użyte jedynie incydentalnie systemy obrony przeciwrakietowej Arrow 2 i 3 (Strzała). Nieczęsto wspominany w mediach i powszechnie znany od lat system Iron Dome (Żelazna Kopuła). Ten służy do obrony przed prostymi pociskami krótkiego zasięgu wystrzeliwanymi przez palestyńskie bojówki i libański Hezbollah. Mowa o zagrożeniach zdolnych przelecieć do około 70 kilometrów i poruszających się powoli jak na rakiety. Irańczycy atakowali bronią zupełnie innej kategorii wagowej - profesjonalnymi rakietami balistycznymi średniego zasięgu zdolnymi pokonać ponad tysiąc kilometrów. Co za tym idzie - rozwijającymi znacznie większe prędkości i lecącymi znacznie wyżej, czyli znacznie trudniejszymi do przechwycenia.

Systemy Arrow były szykowane na takie wydarzenie od końca lat 80., kiedy rozpoczęto ich rozwój. Bardzo aktywnie wspomagali Izraelczyków w tym przedsięwzięciu Amerykanie. Zarówno pieniędzmi, jak i prawdopodobnie wiedzą uzyskaną podczas własnych zimnowojennych programów systemów antybalistycznych (rakiety Spartan i Sprint). Już wówczas w rakietach balistycznych państw arabskich i Iranu upatrywano jednego z najpoważniejszych zagrożeń dla Izraela. Ataki Irakijczyków pociskami SCUD w 1991 roku podczas wojny o Kuwejt i kiepskie wyniki próbujących je przechwytywać amerykańskich systemów Patriot (co było impulsem do ich poważnej modernizacji) dały dodatkowego znaczenia programowi Arrow. W 1994 roku przeprowadzono pierwszy udany test rakiety pierwszej generacji Arrow-1. Oceniono ją jednak jako nie dość dobrą i kontynuowano prace nad poważnie zmodyfikowaną Arrow-2. Po serii testów uznano ją za wystarczającą i pierwszą baterię oficjalnie przyjęto do służby w 2000 roku. Na bazie tych prac w 2008 roku zainicjowano kolejne nad systemem nazwanym Arrow-3, mającym służyć do przechwytywania jeszcze trudniejszych celów. Oficjalnie przyjęto go do służby w 2017 roku.

(...)

Irański atak z użyciem około 120 rakiet balistycznych musiał być więc bardzo poważnym wyzwaniem dla izraelskiej obrony. Żadna tarcza antyrakietowa nie będzie miała stuprocentowej skuteczności, więc przedarcie się kilku irańskich rakiet nie jest zaskoczeniem, ale to i tak bardzo dobry wynik jak na skalę ataku. Izraelczykom pomogli w jego osiągnięciu prawdopodobnie Amerykanie. Według nieoficjalnych informacji telewizji Fox News w operacji wzięły udział dwa niszczyciele US Navy operujące w pobliżu wybrzeży Izraela. Przy użyciu rakiet SM-3 i systemu AEIGS BMD miały strącić łącznie cztery irańskie rakiety balistyczne.

Jest też możliwe, że Izraelczykom pomogła zawodność irańskich pocisków. W poniedziałek rano amerykański dziennik "Wall Street Journal" napisał, powołując się na anonimowych informatorów w Pentagonie, że mniej więcej połowa irańskich rakiet balistycznych przeznaczonych do ataku doznało usterek i albo w ogóle nie wystartowało, albo nie doleciało do celu. Byłby to bardzo kiepski wynik, choć nie niemożliwy. Zawodność na poziomie kilkunastu procent nie jest niczym niezwykłym w rakietach balistycznych czy manewrujących, zwłaszcza takich, które nie były używane na dużą skalę i nie było okazji wychwycić niedoróbek. Tego rodzaju wynik osiągnęły choćby amerykańskie pociski manewrujące Tomahawk w operacji Pustynna Burza.

Irańczycy swoich rakiet średniego zasięgu nigdy jeszcze nie używali na taką skalę, są więc relatywnie słabo przetestowane. Mogli też użyć najstarszych posiadanych. Kilkadziesiąt procent zawodności nie jest nie do pomyślenia. Choć nie ma wątpliwości, że irańskie rakiety krótszego zasięgu działają. Irańczycy pokazali to choćby atakując bazę wojska USA w Iraku w 2020 roku. To były jednak rakiety o zasięgu kilkuset kilometrów. Do Izraela z Iranu jest ponad tysiąc. Po szczątkach i na nagraniu odpaleń opublikowanym przez Irańczyków zidentyfikowano pociski Emad, Ghadr i Kheybar-Shekan. Do tego prawdopodobnie Dezful. Wszystko broń zaprezentowana publicznie na przestrzeni ostatniej dekady. Wszystko sprzęt bazujący na pozyskanej z Korei Północnej technologii pocisku Nodong, czyli z kolei ewolucji radzieckich rakiet Elbrus (szerzej znanych jako SCUD).

Jeśli więc rzeczywiście poprawnie zadziałało około 60 irańskich pocisków, z czego cztery strącili Amerykanie, a kilka trafiło w bazy lotnicze Nevatim i Ramon (nieoficjalnie łącznie 9), to pozostałe około 45-50 musiało zostać strącone przez systemy Arrow-2 i -3. Jeśli twierdzenia "WSJ" o awaryjności są przesadzone, to skala przechwyceń musiała być większa, ponieważ pomimo upłynięcia dobrze ponad doby nie ma żadnych dowodów na więcej trafień niż te kilka w bazach lotniczych, z których cześć została nagrana przez okolicznych mieszkańców i do kilku przyznali się sami Izraelczycy. Na zdjęciach satelitarnych nie dostrzeżono na razie istotnych zniszczeń.

Niezależnie od tego ciągle mowa o najpoważniejszym starciu rakiet i systemów antyrakietowych w historii. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że chodzi o pełnoprawne systemy uzbrojenia, a nie proste pociski wystrzeliwane przez Palestyńczyków. Wcześniej systemy Arrow strąciły tylko w dwóch odrębnych incydentach po jednym pocisku balistycznym wystrzelonym przez Hutich z Jemenu. Ukraińcy strącili prawdopodobnie po maksymalnie kilka rakiet balistycznych krótkiego zasięgu w jednym starciu.

Uzupełnieniem irańskiego ataku pociskami balistycznymi średniego zasięgu było 170 dronów i 30 rakiet manewrujących. Część miała zostać wystrzelona przez proirańskie bojówki w Iraku i Hutich z Jemenu. Te pierwsze jako najwolniejsze i najtańsze najpewniej miały po prostu rozproszyć uwagę Izraelczyków, ewentualnie przy dużej dozie szczęścia w coś trafić. Te drugie, które lecą szybciej i są trudniejsze do przechwycenia, mogły mieć większą szansę dotrzeć do celu w ogólnym zamieszaniu. Nic z tego nie wyszło, ponieważ bardzo sprawnie zadziałało izraelskie, amerykańskie i brytyjskie lotnictwo.

Izraelczycy chwalą się, że żaden z atakujących obiektów nie przekroczył nawet granicy, co musi oznaczać strącenia nad morzem albo Arabią Saudyjską, Egiptem, Jordanią, Libanem lub Syrią. Nie ma konkretnych informacji na ten temat poza krótkim oświadczeniem Jordanii o tym, że wojsko królestwa zestrzeliło kilka obiektów latających, które naruszyły przestrzeń powietrzną kraju. Nieoficjalnie mowa też o tym, że Jordańczycy otworzyli ją dla izraelskich myśliwców, które w ten sposób mogły wcześniej zapolować na irańskie drony oraz rakiety. Syryjczyków o zgodę na coś takiego Izraelczycy na pewno nie pytali. Saudowie mogliby być przychylni z wrogości wobec Iranu.

Wobec skuteczności lotnictwa nie ma informacji o użyciu do odpierania ataku niższych szczebli izraelskiego systemu obrony powietrznej, czyli David's Sling (Proca Dawida) i Iron Dome (Żelazna Kopuła). Ten pierwszy ma móc przechwytywać rakiety balistyczne krótkiego zasięgu oraz samoloty, rakiety manewrujące i drony na dystansach do około stu kilometrów. Ten drugi to obrona na dystansach najkrótszych, rzędu kilku-kilkudziesięciu kilometrów przed rakietami najkrótszego zasięgu, oraz dronami i rakietami manewrującymi.

gazeta.pl