czwartek, 29 sierpnia 2024



Odcinając gaz Europie, moskiewscy politycy mogli się spodziewać, że skutki będą porównywalne z kryzysami naftowymi lat 70. Przemawiając w 2022 r. na Forum Ekonomicznym w Petersburgu, Putin powiedział, że podstawowe problemy zachodnich społeczeństw pogłębiają się, a utrata przez nie rosyjskiego rynku i inflacja, doprowadzą do "zmian społecznych i ekonomicznych, degradacji, a w przyszłości do zmiany elit". Putin chciał wpływać na zmiany polityczne w Europie, dlatego eskalował wojnę energetyczną z Zachodem.

Lata 70. i początek lat 80. były niezwykle dla całego świata zachodniego. USA, Wielka Brytania i inne kraje zachodnie doświadczyły recesji, wysokiej inflacji i kryzysów politycznych. Z kolei dla krajów produkujących ropę naftową czasy były łaskawsze. ZSRR osiągnął parytet nuklearny z USA, ostatecznie przyjmując rolę światowej potęgi ówczesnych czasów.

Zawarto kilka traktatów o ograniczeniu zbrojeń, zintensyfikowano współpracę gospodarczą, otwarto regularne loty między Moskwą a Nowym Jorkiem, rozpoczęto współdziałanie USA i ZSRR w sferze kosmicznej (program Sojuz-Apollo). I, wreszcie rozpoczęła się wówczas budowa "mostu naftowo-gazowego" między ZSRR a Europą Zachodnią. Rosja pozostawała kluczowym dostawcą surowców energetycznych.

Krótko mówiąc, to właśnie wtedy, jakieś 50 lat temu, położono fundamenty pod wszystko, co Moskwa zniszczyła własnymi rękami w pierwszym wojennym roku.

Rosja zbliżyła się do Chin i próbuje wpłynąć na USA i Europę za pomocą gróźb i nacisków — w podobny sposób, jak Arabia Saudyjska i Kuwejt próbowały wpłynąć na Zachód w latach 70. Tym razem jednak presja okazała się znacznie mniej opłacalna.

Dyskutując o tym, do czego doprowadzi wyłączenie rosyjskiego gazu, ekonomiści przewidywali, że Niemcy, a być może i cała strefa euro, wejdą w recesję, a PKB spadnie nawet o 3 proc. w 2022 r. Spodziewano się częściowych lub całkowitych wyłączeń całych branż, protestów obywatelskich i kryzysów politycznych. Zachód jednak szybko i skutecznie zrezygnował z dostaw rosyjskich surowców, a gospodarka całej strefy euro nawet się umocniła.

"Kryzys Zachodu", na który liczyła Moskwa, nie nastąpi. Wycofanie ogromnych ilości gazu z unijnego rynku nie spowodowało burz przypominających lata 70.

Zastąpienie wycofanego gazu, szybkiej budowy terminali skroplonego gazu ziemnego i oszczędzanie okazały się większe, niż przewidywali analitycy. Wysyłka skroplonego gazu ziemnego z USA do Europy wzrosła w 2022 r. 2,5-krotnie w porównaniu z 2021 r. i przewyższyła wysyłki rosyjskie.

Dzięki temu — i ciepłej zimie — ceny gazu wróciły do poziomu sprzed wojny. Inflacja pozostaje niepokojącym czynnikiem (...)

 (...)

— Myślę, że lato 2022 r. było szczytem rosyjskich wpływów w sektorze energetycznym. W ciągu najbliższych kilku lat Rosja straci status supermocarstwa w sektorze energetycznym — mówi Daniel Yergin. Pozostając największym krajem wydobywczym, Rosja straciła pozycję supermocarstwa energetycznego.

Posiadanie zasobów to przewaga, którą każdy, kto je ma, chętnie wykorzystuje. Robią to USA, Arabia Saudyjska i Kuwejt. Kraje i kartele prowadzą wojny cenowe, próbują wzajemnie usunąć się z rynków i budować wpływy polityczne poprzez sferę energetyczną. Jednak próby jawnego szantażu długoletnich partnerów prowadzą do jego upadku.

Rosja w szybkim tempie przekształciła się z supermocarstwa energetycznego w podrzędny kraj o ogromnych zasobach. Rosyjskie elity są jak spadkobiercy bogatej rodziny, sprzedający wszystko, co wpadnie im w ręce. Szemrane interesy, których będzie coraz więcej, pozwolą im napełnić kieszenie, ale nie pozwolą cieszyć się przywilejami supermocarstwa.

Ale sami politycy zachodni w swoim sprzeciwie wobec rosyjskiej agresji dzielą się na dwie nierówne grupy. Większość zgadza się, że nie wolno pozwolić Putinowi na wygranie wojny. Tylko mniejszość upiera się, że to nie wystarczy i że Rosja musi zostać całkowicie pokonana. Sądząc po ostrożności w dostarczaniu broni do Ukrainy i opóźnieniach w kluczowych sankcjach, przeważa podejście "nie da się wygrać".

W wojnie energetycznej sytuacja jest podobna. Jednym z dążeń jest uniemożliwienie Putinowi wpływania na światowe rynki i wywoływania kryzysów politycznych. Drugi to pozbawienie go możliwości finansowania wojny.

Stale mówi się o drugim celu, ale w rzeczywistości dąży się do pierwszego.

— Naszą intencją nie jest doprowadzenie do upadku rosyjskiej gospodarki. Naszym zamiarem jest zmuszenie Kremla do wyboru między utrzymaniem gospodarki na powierzchni a finansowaniem wojny — pisał "Financial Times", cytując urzędnika amerykańskiego ministerstwa skarbu.

onet.pl/meduza.io


Według Trumpa Mark Zuckerberg spiskował przeciwko niemu podczas wyborów w 2020 r. i powiedział, że dyrektor generalny Meta "spędzi resztę życia w więzieniu", jeśli zrobi to ponownie.

Jest to najnowszy atak Trumpa na Zuckerberga, którego wielokrotnie oskarżał o ingerencję w ostatnie wybory prezydenckie. Meta podjęła kroki w celu zapewnienia konserwatystów, że nie będzie wpływać na tegoroczną kampanię.

"Save America", książka autorstwa Trumpa, która ukaże się 3 września, zawiera niedatowane zdjęcie Trumpa spotykającego się z Zuckerbergiem w Białym Domu. Pod zdjęciem Trump napisał, że Zuckerberg "przychodził do Gabinetu Owalnego, by się ze mną zobaczyć. Przyprowadzał swoją bardzo miłą żonę na kolacje, był tak miły, jak tylko mógł być, podczas gdy zawsze knuł, jak zainstalować haniebne Lock Boxy w prawdziwym SPISKU PRZECIWKO PREZYDENTOWI" — dodał Trump, odnosząc się do 420 mln dol. wkładu Zuckerberga i jego żony, Priscilli Chan, dokonanych podczas wyborów w 2020 r. w celu sfinansowania infrastruktury wyborczej.

"Powiedział mi, że na Facebooku nie ma nikogo takiego jak Trump. Ale jednocześnie, z jakiegokolwiek powodu, skierował to przeciwko mnie" — kontynuuje Trump. "Obserwujemy go uważnie i jeśli tym razem zrobi coś nielegalnego, spędzi resztę życia w więzieniu — podobnie jak inni, którzy będą oszukiwać w wyborach prezydenckich w 2024 r.".

Trump poczynił już wcześniej podobne uwagi na temat Zuckerberga. Trump napisał w lipcowym poście na Truth Social, że jeśli zostanie wybrany, będzie ścigał "OSZUSTÓW WYBORCZYCH na poziomie, jakiego nigdy wcześniej nie widziano, i zostaną oni wysłani do więzienia na długi czas. Wiemy już, kim jesteś. NIE RÓB TEGO! ZUCKERBUCKS, bądź ostrożny!".

(...)

Republikanie skrytykowali Metę za tłumienie treści, które mogłyby zaszkodzić prezydentowi Joemu Bidenowi w 2020 r., w szczególności doniesienia o synu ówczesnego kandydata, Hunterze Bidenie. W tamtym czasie FBI ostrzegało, że relacje te mogły być częścią zaaranżowanych przez Rosję wysiłków mających na celu wpłynięcie na wybory.

Zuckerberg wysłał w poniedziałek list do kontrolowanej przez Republikanów Komisji Sądownictwa Izby Reprezentantów, przyznając, że stłumienie tej historii było błędem, mówiąc, że "od tego czasu stało się jasne, że raportowanie nie było rosyjską dezinformacją, a z perspektywy czasu nie powinniśmy byli degradować tej historii".

W tym samym liście Zuckerberg napisał, że administracja Bidena próbowała "naciskać" na Metę, aby bagatelizowała pewne treści dotyczące Covid-19, co według niego było "błędem" ze strony Białego Domu. Zuckerberg powiedział również, że nie dokona podobnych wpłat na finansowanie infrastruktury wyborczej przed tegorocznymi wyborami, choć podkreślił również, że finansowanie nie miało mieć charakteru partyzanckiego.

onet.pl/Politico


Putin koncentruje się na doprowadzeniu do upadku państwa ukraińskiego, wierzy zatem, że kwestie terytoriów kontrolowanych przez Kijów automatycznie staną się nieistotne po załamaniu się ukraińskiej państwowości — powiedziała Tatiana Stanowaja z think tanku Carnegie Russia Eurasia Center.

— Chociaż jest to (ukraińska ofensywa w obwodzie kurskim — red.) niewątpliwie cios dla reputacji Kremla, jest mało prawdopodobne, aby spowodowała znaczący wzrost niezadowolenia społecznego lub politycznego wśród rosyjskiej ludności — uzasadniła Stanowaja.

— Ukraiński atak może w rzeczywistości doprowadzić do wzrostu nastrojów antyukraińskich i antyzachodnich — podsumowała analityczka, oceniając potencjalne skutki ostatniej ofensywy Kijowa.

onet.pl

środa, 28 sierpnia 2024



Podobnie jak w przypadku wszystkich nieudanych małżeństw, pierwszy znak, że branża technologiczna zawiodła, pojawił się na wiele lat przed ostatecznym rozstaniem.

Po dwóch dekadach konsekwentnych wewnętrznych innowacji, Big Tech uzależnił się od przejęć. 

W 2010 r. Apple kupił Siri, Meta kupiła WhatsApp, Instagram i Oculus, Amazon kupił Twitcha, Google kupił Nest i cały dział mobilności Motoroli.

Początkowo społeczeństwo, które jeszcze nie nabrało podejrzeń wobec technologii, kibicowało tym szaleństwom, oklaskując Amazona i Metę (wówczas jeszcze Facebooka) za znalezienie nowych sposobów na rozszerzenie działalności i zdobycie większej liczby użytkowników. Z czasem jednak przejęcia uniemożliwiły tym firmom skupienie się na dostarczaniu funkcji, których potrzebowaliśmy. (I ostatecznie wpędziły je w kłopoty prawne, jak ujawniło poniedziałkowe orzeczenie antymonopolowe przeciwko praktykom Google w zakresie wyszukiwania). Duże firmy technologiczne stały się mniej znane z jednego konkretnego produktu. Zamiast tego oferowały rozległy pakiet różnych połączonych ze sobą funkcji, które w pewnym sensie działały i skutecznie drukowały pieniądze.

Firmy technologiczne i przeciętni użytkownicy wiedzieli, że samo przejmowanie mniejszych startupów nie wystarczy. W końcu ludzie potrzebowali czegoś prawdziwego, na skalę wyszukiwarki Google, Facebooka lub oryginalnego iPhone'a, czegoś, co zmieniło sposób, w jaki wchodziliśmy w interakcje z innymi, co uczyniło nasze życie lepszym, fajniejszym i bardziej żywym, a przynajmniej trochę łatwiejszym. Po kilku latach bezczynności Dolina Krzemowa nie była jednak w stanie tego zapewnić. Zamiast tego, Big Tech popadł w obsesję na punkcie niedopracowanych projektów, które wydawały się rewolucyjne, ale w praktyce albo nie były wystarczająco niezawodne, aby można było im zaufać, albo po prostu nie były szczególnie przydatne.

Lśniące rozpraszacze były powszechne: wirtualna rzeczywistość na krótko zawojowała rynek, a Oculus Rift spopularyzował tę koncepcję, dopóki nie stało się oczywiste, że technologia ta jest jedynie niszowym gadżetem o niezwykle zmiennych rezultatach w zależności od tego, kto z niej korzysta. Na krótko zachwyciła nas rzeczywistość rozszerzona, z niesamowicie wyglądającym demo firmy Magic Leap, które zainspirowało krótki szał finansowania wraz z jeszcze krótszym cyklem zainteresowania wokół Google Glass. Autonomiczne samochody stały się modne po tym, jak Tesla uruchomiła oprogramowanie "autopilota" pod koniec 2015 r., a Elon Musk obiecał, że do 2017 r. "każda nowa Tesla będzie jeździć sama". Po latach Musk nie wywiązał się z obietnicy, a pojazdy autonomiczne wciąż mają trudności z dotarciem na rynek poza bardzo wąskim kręgiem zastosowań. Potem nastąpił bolesny flirt z kryptowalutami i zupełnie niepotrzebne mrzonki o metaverse.

Za wszystkimi tymi ruchami kryje się jeden spójny czynnik: obietnice technologiczne znacznie przewyższyły zdolność oprogramowania i sprzętu do faktycznego generowania wartości. Autonomiczne samochody są możliwe, ale wymagają niewiarygodnie dużej ilości danych szkoleniowych, a nawet wtedy podejmują rażące, a czasem śmiertelne decyzje, przez co trudno im zaufać. Chociaż możemy uwielbiać ideę przebywania w wirtualnym świecie, nasze oczekiwania są takie, że chcielibyśmy w pełni zmysłowego doświadczenia, a nie nieporęcznego zestawu gogli, a bez całkowitego wczucia się, wszystko wydaje się odległe. Rzeczywistość rozszerzona ma fajne pomysły, ale konsumenci chcą czegoś, co magicznie wyświetla się przed nimi. Wszelkie fizyczne przeszkody lub niezgrabny system menu niszczą iluzję. We wszystkich tych przypadkach firmy technologiczne próbowały wbić się na nowy, wielomiliardowy rynek, pozwalając jednocześnie, by podstawowe produkty, czyli to, co sprawiło, że zakochaliśmy się w nich w pierwszej kolejności, odeszły w zapomnienie. To wszystko jest tak strasznie rozczarowujące: ignorowanie długoterminowych problemów na rzecz błyszczących świecidełek, które sprawiają, że niedoinformowani inwestorzy zakochują się w nich, nie akceptując faktu, że powodem, dla którego ludzie są tak negatywnie nastawieni do branży technologicznej, jest to, że jej podstawowe produkty stają się coraz gorsze, aby inwestorzy mogli zarobić więcej pieniędzy.

Big Tech stał się ponury, roszczeniowy i leniwy, ponieważ wierzy, że nikt inny nie będzie w stanie odebrać mu cennych klientów. 

(...)

Coraz częściej pogrążona w rozwodowej mentalności kadra kierownicza boi się wykonywać ciężką, twórczą pracę, ponieważ wymaga to inwestowania ogromnych ilości czasu i energii w opracowywanie nowych wynalazków z wyraźnymi przypadkami użycia w życiu codziennym lub naprawianie podstawowych produktów, które pozostawili na pastwę losu. Pichai nie powinien być podekscytowany sztuczną inteligencją w wyszukiwarce. Powinien wykonać ciężką pracę, aby naprawić kwestie kulturowe i motywacyjne, które zrujnowały istniejącą wyszukiwarkę Google. Satya Nadella nie powinien przeznaczać miliardów na sztuczną inteligencję, ale starać się stworzyć znaczące ulepszenie systemu Microsoft Windows lub inwestować w wewnętrzne usługi bezpieczeństwa, zamiast zlecać je partnerom nastawionym na wzrost za wszelką cenę, takim jak CrowdStrike. Amazon jest w tym momencie firmą logistyczną o wartości 50 mld dol. z ogromnym biznesem przetwarzania w chmurze. Zamiast inwestować w uszczęśliwianie swoich pracowników i klientów, pozwolił na obniżenie jakości produktów oferowanych na platformie i traktował swoich pracowników i klientów jak śmieci. Ale wszystko to jest o wiele trudniejsze niż kupienie jakiegoś na wpół gotowego chatbota i niechlujne podłączenie go, więc tutaj dostajemy AI w desperackiej próbie odzyskania klientów.

Podobnie jak w przypadku rozpadu każdego małżeństwa, wielki rozwód technologii z użytkownikami jest wynikiem oderwania się od powodu, dla którego zbudowali swoje firmy w pierwszej kolejności, kiedy rzeczy miały większe znaczenie, kiedy czuli, że muszą zasłużyć na miłość i szacunek ludzi. Obecnie firmy Big Tech to zlepki ludzi z różnych przedsiębiorstw nabytych w różnym czasie, bez jasnej wizji i niewielkiej jedności kulturowej. Podobnie jak w przypadku ludzi, którzy biorą ślub, starzeją się, przestają chodzić na randki, przestają zwracać uwagę na siebie nawzajem i na małe rzeczy, Big Tech po prostu zapomniał, co się liczy: klient. Zamiast tego popadł w pasożytniczą relację, w której klienci są zmuszeni pozostać, ponieważ odejście byłoby bolesne, frustrujące i wymagałoby dużo pracy.

businessinsider.com.pl

wtorek, 27 sierpnia 2024



Karol Byzdra, Energetyka24.com: o jakiej skali dzisiejszego ataku możemy mówić?

Maciej Zaniewicz, Forum Energii: Z całą pewnością mówimy o jednym z największych ataków. Po raz kolejny był on w dużej mierze wymierzony w system elektroenergetyczny. Przez dłuższy czas obserwowaliśmy względny spokój, co pozwoliło Ukraińcom w znacznym stopniu zniwelować problemy spowodowane wcześniejszymi atakami i ograniczyć czas planowanych wyłączeń energii elektrycznej. Dotychczas panowały stosunkowo optymistyczne nastroje, z nadzieją, że uda się przejść przez wrzesień bez wyłączeń, jednak dzisiejszy atak brutalnie zweryfikował tę rzeczywistość, i teraz jesteśmy pewni, że nie uda się tego osiągnąć.

Czy wiadomo już, jakie obiekty i elementy infrastruktury energetycznej zostały zniszczone?

Jest jeszcze za wcześnie, aby mówić o szczegółach ataku. Nawet sam operator nie jest chętny do dzielenia się informacjami i wciąż liczy straty. Na ten moment można jednak stwierdzić, że oprócz elektrowni, które wcześniej były głównymi celami, tym razem zaatakowane zostały także stacje elektroenergetyczne.

Dlaczego akurat stacje elektroenergetyczne?

Nie da się ich w pełni zabezpieczyć. W Ukrainie wdrażany jest program ochrony tych stacji, mający na celu m.in. uchronienie ich przed odłamkami, co w pewnym stopniu zwiększa ich bezpieczeństwo. Głównym problemem jest jednak fakt, że centralnym elementem każdej stacji jest transformator z łatwopalnym olejem. Pożary takich transformatorów są szczególnie groźne, ponieważ płonący olej szybko się rozprzestrzenia i jest trudny do ugaszenia. W związku z tym ochrona pasywna tych obiektów jest niemal niemożliwa.

(...)

Rozumiem, wrócimy w takim razie do tematu. Zbliżamy się do końca lata, a wkrótce wiele państw rozpocznie przygotowania do sezonu grzewczego. Co takie ataki oznaczają w kontekście nadchodzącej zimy?

Ataki przed zimą, zwłaszcza te skoordynowane, skierowane zarówno na źródła wytwarzania energii, jak i na stacje elektroenergetyczne, mogą oznaczać, że Ukraina nie tylko będzie musiała zmagać się z niedoborem energii elektrycznej, ale również nie będzie mogła w pełni zaspokoić tego deficytu przez import.

Do tej pory import energii stanowił istotne uzupełnienie, zajmując drugie miejsce w miksie energetycznym po energetyce jądrowej. Jeśli tego typu ataki będą się ponawiać, import i przesył energii elektrycznej z zachodu Ukrainy na wschód może być znacząco utrudniony. (...)

Co mogą teraz zrobić państwa wspierające Ukrainę?

Przede wszystkim Ukraina pilnie potrzebuje wzmocnienia obrony powietrznej, aby zredukować skutki obecnych ataków i zwiększyć odporność na przyszłe zagrożenia, które z dużym prawdopodobieństwem będą miały miejsce. Drugim kluczowym obszarem wsparcia jest finansowanie oraz dostarczanie technologii na rzecz odbudowy i modernizacji systemu elektroenergetycznego, co stanowi ogromne wyzwanie. Choć podejmowane są koordynowane działania w tym zakresie, celem Rosjan jest spowodowanie jak największych zniszczeń, niezależnie od skali wsparcia, jaką Ukraina otrzymuje. Można to postrzegać jako wyścig między siłami destrukcyjnymi a wysiłkami odbudowującymi. Wynik tego wyścigu zdecyduje, czy Ukraińcy będą mieli dostęp do energii elektrycznej i ogrzewania, czy też będą musieli zmierzyć się z ich brakiem.

energetyka24.com


Zatrzymanie Pawła Durowa we Francji skupiło na sobie uwagę mediów. Jednak wielu komentatorów zdaje się nie dostrzegać roli, jaką Durow i prowadzone przez niego media pełnią w rosyjskim przemyśle kłamstwa. Co więcej, reakcje niektórych ludzi Zachodu na zatrzymanie Rosjanina przepełnione są opiniami o „wolności słowa” i „standardach”, jakie ponoć rosyjski Telegram spełnia.

Przypomina to typową próbę uwiarygodnienia platformy, która wykorzystywana jest przez Kreml do działań wymierzonych w Zachód. Działalność spółek Durowa jest dla Moskwy bardzo ważna, a prezentowanie go jako szefa medium społecznościowego wynika z braku świadomości czym de facto jest Telegram.

Rosyjski Telegram nie jest w żadnej mierze odpowiednikiem zachodnich mediów społecznościowych. To wprzęgnięta w system rosyjskich służb specjalnych platforma do prowadzenia operacji wywiadowczych, operacji wpływu oraz wojny w cyberprzestrzeni. Spółka prowadząca telegram jest używana jako narzędzie działań ofensywnych przeciwko krajom NATO.

Z jednej strony Telegram służy do infekowania odbiorców treściami produkowanymi przez rosyjski przemysł propagandy. Najważniejsi propagandyści rosyjscy są tam obecni i prowadzą popularne kanały komunikacji, często przenikające również do zachodniej infosfery. Jednak wiele kanałów, grup na TE jest wprost prowadzonych przez rosyjskie służby wywiadowcze, które prowadzą za ich pomocą operacje dezinformacyjne czy operacje wpływu. Te działania są elementem realizacji strategicznych celów Kremla i realizują założenia rosyjskiego imperializmu. W oparciu o struktury informacyjne TE prowadzone są więc operacje wywiadowcze Rosji przeciwko Zachodowi.

Zasoby Telegrama są również wykorzystywane do działań z zakresu wojny cybernetycznej. Rosyjskie służby specjalne chętnie wykorzystują „cywilne” grupy hakerskie do działań w cyberprzestrzeni. One zaś korzystają również z zasobów rosyjskich spółek technologicznych. Do takich należy telegram. Zresztą sama aplikacja TE, oferowana przez rosyjskiego producenta, uchodzi za ofensywną i niebezpieczną dla użytkowników, co związane jest m. in. z możliwością prowadzenia za jej pośrednictwem operacji wywiadowczych i zbierania danych o użytkowniku.

(...)

x.com/StZaryn


Francuskie władze zatrzymały Pawła Durowa w związku z podejrzeniami o to, że jego platforma społecznościowa Telegram była wykorzystywana do rozpowszechniania pornografii dziecięcej, handlu narkotykami i przestępczości zorganizowanej.

Wynika to z faktu, że Telegram jest szeroko wykorzystywany przez rosyjskie wojsko do komunikacji na polu bitwy, ponieważ ma ono problemy z wdrożeniem własnego bezpiecznego systemu komunikacji. Jest to również główne narzędzie prowojennych blogerów wojskowych i mediów — a także milionów zwykłych Rosjan.

"Praktycznie zatrzymali szefa komunikacji rosyjskiej armii" — napisał na Telegramie rosyjski bloger wojskowy o nazwie Włączony Z War.

Autor kanału o nazwie Dwa Kierunki stwierdził, że rosyjscy specjaliści pracują nad alternatywą dla Telegrama, ale Główny Zarząd Łączności Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej "nie wykazał rzeczywistego zainteresowania" udostępnieniem takiego systemu rosyjskim żołnierzom. Autor twierdzi, że aresztowanie Durowa może w rzeczywistości przyspieszyć rozwój niezależnego systemu komunikacji.

Rosyjscy decydenci są jednak zaniepokojeni.

(...)

Władze rosyjskie obawiają się, że Durow może przekazać władzom francuskim klucze szyfrujące i w ten sposób zapewnić im dostęp do zaszyfrowanej komunikacji na platformie.

(...)

"Każdy, kto jest przyzwyczajony do korzystania z platformy do prowadzenia poufnych rozmów, powinien natychmiast je stamtąd usunąć i już ich tam nie prowadzić. Durow został zamknięty, bo władze francuskie chcą zdobyć klucze (do zaszyfrowanej komunikacji — red.). I zamierza im je dać" — napisała na Telegramie kremlowska propagandystka Margarita Simonjan.

Brak moderacji treści na Telegramie sprawił, że stał się on rajem dla osób zajmujących się nielegalnym handlem bronią i narkotykami na Zachodzie, a na Wschodzie narzędziem komunikacji, werbowania sabotażystów i siania propagandy — powiedział POLITICO Nazar Tokar, szef Kremlingrama — grupy śledczej aktywistów badających bezpieczeństwo na Telegramie i jego potencjalne powiązania z Kremlem.

— Rosjanie robią wszystko przez Telegrama. Rekrutują agentów i ludzi do kontruderzeń. Dziś popularną kampanią jest rekrutacja ludzi, którzy będą niszczyć ukraińskie samochody wojskowe. I jest to całkiem skuteczne. Za jego pomocą koordynują swoje działania wojskowe — powiedział Tokar.

(...)

Tokar twierdzi, że Telegram stał się tak popularny nie tylko dlatego, że jest wygodny i szybki, ma własną kryptowalutę i wiele bezpłatnych funkcji, ale także dlatego, że zapewnia dostęp do podziemia nielegalnych usług.

— Wystarczy zainstalować bezpłatną aplikację, aby uzyskać łatwy dostęp do podmiotów oferujących sprzedaż broni, narkotyków, treści zawierających przemoc... czegokolwiek. Wszystko to jest tam dostępne, wystarczy wyszukać. Na innych komunikatorach nie jest to tak łatwe — powiedział Tokar.

onet.pl/BILD


Beata Baszkirowa, urodzona w Jakucji w 1987 r., jest pierwszą dokumentalistką, która zajmuje się Putinem i konsekwencjami jego polityki. Towarzyszyła samozwańczemu szamanowi Gabyszewowi i jego grupie przez kilka dni podczas marszu do Moskwy. Szczególnie zainteresowały ją "przepowiednie" egzorcysty.

"Kiedy nadszedł rok 2020, szaman wciąż podkreślał: »Ludzie, nastały nowe czasy, wszystko będzie teraz inne, w tym roku zmieni się światopogląd wszystkich ludzi na planecie«. A w 2020 r. wybuchła pandemia, tak, ludzkość przechodziła do innej rzeczywistości. Jego słowa okazały się prorocze" — powiedziała.

Aleksiej Prianisznikow, prawnik Gabyszewa, podejrzewa w filmie, że Putin boi się mistycznej mocy swojego klienta. "Moi znajomi Jakuci często mówili: »znajomy mojego znajomego wykonał pewne rytuały dla samego Putina«. Ale oczywiście to wszystko jest bardzo tajne, niemożliwe do udowodnienia. Nie twierdzę, że Putin odprawia szamańskie rytuały" — wyjaśnił autor.

(...)

"Bóg powiedział mi, że Putin jest demonem" — powiedział szaman w kręgu swoich zwolenników. "Natura go nie lubi. Tam, gdzie jest Putin, zawsze są katastrofy, ataki terrorystyczne i wojny. Kiedy Putin przechodzi, zawsze zostawia za sobą brudny ślad. On nie jest ziemianinem, a jego zwolennicy to wprowadzeni w błąd ludzie, którzy sprowadzili na manowce połowę jego narodu".

Lato 2019. Chociaż ukraińskie miasta nie były jeszcze codziennie bombardowane przez rosyjską armię, Nawalny wciąż żył, a Prigożyn nie dzierżył jeszcze młota kowalskiego jako emblematu Grupy Wagnera, rosyjskie społeczeństwo obywatelskie już wtedy było w bardzo trudnej sytuacji.

"Wielokrotnie wspominałem o szamanie Gabyszewie w moim programie, za pierwszym razem żartowałem, za drugim się śmiałem, ale teraz wcale mnie to nie śmieszy. Putin jest zafiksowany na punkcie astrologii i ezoteryki, a ten szaman wywołuje u niego panikę. Upewniają się, że szaman nie uderzy w swój tamburyn" — skomentował marsz szamana na Moskwę Aleksiej Nawalny.

W miarę jak szaman maszerował, dołączało do niego coraz więcej podobnie myślących ludzi. Jednym z nich był Jewgienij, znany jako "Kruk", który odpowiadał za bezpieczeństwo w grupie i sprawdzał wiarygodność nowych zwolenników. Kruk kontrolował między innymi pieniądze przesyłane przez sympatyków z całej Rosji.

Tylko kilkadziesiąt osób towarzyszyło Gabyszewowi, ale szaman liczył, że im bliżej Moskwy, tym zjawi się więcej podobnie myślących ludzi. Grupa dotarła więc do miasta Czyta, gdzie szaman Gabyszew wziął udział w wiecu "Rosja bez Putina".

"Demokracja powinna być bez strachu. Teraz ludzie boją się wypowiadać, boją się zwolnienia. Po prostu nasza władza państwowa jest bezgranicznie demoniczna. Ludzie są wpędzani w sztuczną depresję. Szaman może wyleczyć naturalną depresję w mgnieniu oka, ale tylko czary mogą wyleczyć tę sztuczną depresję. Czarownik wpędził cały kraj w iluzję strachu i depresji, ale biały czarownik, taki jak ja, może zniszczyć tę obsesję" — powiedział Gabyszew.

Pod koniec sierpnia 2019 r. szaman udał się do miasta Ułan Ude, gdzie został przyjęty nie tylko przez licznych zwolenników, ale także przez tak zwanych "szamanów przyjaznych Putinowi". Wezwali oni Gabyszewa do porzucenia planów obalenia Putina. Podczas wiecu przeciwko wynikom wyborów na burmistrza w Ułan Ude doszło do starć z policją.

Stało się jasne, że szaman Gabyszew nie był tylko dziwnym podróżnikiem, ale działaczem społecznym, który zgromadził setki podobnie myślących antyputinowskich aktywistów z Dalekiego Wschodu i Transbaikalii.

W połowie września tego samego roku rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) umieściła szamana na swojej liście poszukiwanych. Kilka dni później dwa autobusy uzbrojonej policji zaatakowały prowizoryczny obóz Gabyszewa na granicy z obwodem irkuckim.

W tym momencie szaman przeszedł ok. 3000 km. Później został przywieziony z powrotem do Jakucka i przyjęty do kliniki psychiatrycznej w celu postawienia diagnozy. Ale to nie powstrzymało szamana. Wiosną 2020 r. ogłosił nowy marsz na Moskwę.

Reakcja policji była przewidywalna. Specjalne siły policyjne i załoga karetki pogotowia wtargnęły do domu Gabyszewa i ponownie zabrały go do kliniki psychiatrycznej.

(...)

W połowie stycznia 2021 r. Gabyszew ogłosił plany nowej operacji. W marcu chciał wjechać do Moskwy na białym koniu, a jego zwolennicy mieli mu towarzyszyć w samochodach. W rezultacie 50 funkcjonariuszy policji włamało się do jego domu, aby ponownie zabrać go do szpitala psychiatrycznego.

Rzekomo walczył z nimi pogrzebaczem i jakucką włócznią, raniąc policjanta w nogę. Prawnik Gabyszewa uważa ten epizod za nieudowodniony. Jednak umożliwiło to śledczym wszczęcie postępowania karnego przeciwko szamanowi za atak na policjanta i umieszczenie go w szpitalu psychiatrycznym z intensywnym monitorowaniem w celu przymusowego leczenia. Kanibale i seryjni mordercy są często umieszczani w takich placówkach. Od tego czasu Gabyszew nie został zwolniony, a jego prawnik bezskutecznie starał się o przeniesienie szamana do innego szpitala o łagodniejszych warunkach.

(...)

Jednak Aleksiej Nawalny całkiem słusznie zwrócił uwagę na to, że Władimir Putin najwyraźniej wierzy w egzorcyzmy i obawia się wpływu sił nieziemskich. Putin ani razu nie wymienił Aleksieja Nawalnego z nazwiska — dopóki nie kazał go zabić. 17 marca 2024 r. prezydent Rosji po raz pierwszy publicznie wymienił nazwisko Nawalnego. Według jednej z wersji Putin nie wymienił nazwiska Nawalnego za jego życia, aby nie dodawać mu energii i władzy.

(...)

Arcykapłan Andriej Kordoczkin napisał w "Nowej Gaziecie", że światopogląd Putina był dziwaczną mieszanką prawosławia, komunizmu, magii, astrologii, numerologii, szamanizmu i kabalizmu. Zbudował swój system wierzeń w taki sposób, że kult Putina musi obejmować żywych i umarłych w postaci zdjęć weteranów II wojny światowej w procesji "Nieśmiertelnego Pułku", Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej i wreszcie samego Boga w nowo wybudowanej świątyni rosyjskich sił zbrojnych.

onet.pl/Die Welt


Czy na tym tle rodzą się społeczne niepokoje, które mogą się przełożyć na sytuację polityczną? W Ukrainie trwa stan wojenny, który nie pozwala organizować wyborów, mimo że kadencje prezydenta i Rady Najwyższej dobiegły już końca. Polityczne napięcia nie znajdują więc ujścia. Dyskusja o przeprowadzeniu wyborów wraca jednak od czasu do czasu.

— Mam wrażenie, że w Ukrainie jest konsensus ws. wyborów — żeby ich nie robić. Społeczeństwo, mimo że ma swoje pretensje do Zełenskiego, nie popiera organizacji wyborów w sytuacji wojny. Jakiś czas temu ukraińskie partie polityczne podpisały swego rodzaju porozumienie, że również są przeciwko robieniu wyborów. Prezydent i Rada Najwyższa w dalszym ciągu mają mandat do sprawowania władzy na podstawie konstytucji i ustawy o stanie wojennym. Sam prezydent Zełenski też się do wyborów nie pali. Ale rzeczywiście taka dyskusja się od czasu do czasu toczy i są dwa obozy. Jeden uważa, że trzeba przeprowadzić wybory mimo wszystko, zwłaszcza że nie wiadomo, ile stan wojenny potrwa. Ja się skłaniam do argumentów tego obozu, który twierdzi, że to bardzo zły pomysł, bo z przyczyn czysto technicznych tego się po prostu nie da zrobić zgodnie ze standardami OBWE. Nie da się przeprowadzić kampanii wyborczej, umożliwić zgromadzeń i swobody agitacji, nie da się przeprowadzić głosowania na terenach okupowanych. A gdyby się to nawet udało w warunkach wojny, to znajdzie się tysiąc powodów, by podważyć wiarygodność takich wyborów. Jak już mówiłem, panuje generalny konsensus co do tego, że wybory powinny się odbyć po zakończeniu stanu wojennego. Ale to, że jest konsensus co do nieprzeprowadzania wyborów w czasie wojny, to nie znaczy, że jest konsensus co do wszystkich innych spraw.

Minął okres jednoczenia się wokół flagi?

— Tak, ten okres konsolidacji minął. Rodzi się coraz więcej wewnętrznych napięć. Wynika to ze zmęczenia ukraińskiego społeczeństwa wojną, ale i po części z tego, że Zełenski, który słabnie, jeśli nie ma sukcesów na froncie, zmuszony jest wprowadzać niepopularne decyzje, jak np. nowe zasady mobilizacji do wojska. Obciążają go także skandale korupcyjne. Wykorzystują to politycy opozycji, którzy walczą o polityczne przetrwanie, bo ograniczająca debatę publiczną sytuacją stanu wojennego i model władzy, który wytworzyła, sprawia, że opozycja jest mocno zmarginalizowana. Dlatego politycy muszą walczyć o uwagę, by mieć w ogóle szanse na udział we władzy w powojennej Ukrainie.

Gdy rozmawiałam z ukraińskim publicystą Witalijem Portnikowem, mówił, że obawia się, że trwająca bez perspektywy zakończenia wojna będzie systematyczne niszczyć wszystkie sfery życia i doprowadzi Ukrainę do takiego stanu, w jakim jest np. dzisiejszy Liban. Czyli państwa upadłego, gdzie nastąpił pełny rozkład instytucjonalny i społeczny. Ukraińcy są zmęczeni wojną, ale dyskusja o jakichś koncesjach terytorialnych na rzecz Rosji, oczywiście tylko wtedy, gdy Ukraina otrzymałaby gwarancje bezpieczeństwa, np. w postaci wejścia do NATO, to chyba wciąż jest temat tabu. Jak pan widzi perspektywę zakończenia wojny?

— Moim zdaniem ta wojna będzie się decydować na froncie. Jej zakończenie będzie możliwe w sytuacji, gdy Ukraina będzie albo dramatycznie przegrywać, albo będzie odwrotnie i Ukraińcy będą odnosić sukcesy na froncie, zmuszając Putina do zaprzestania wojny. Żeby to się wydarzyło, Ukraina musiałaby dostać znacznie większą pomoc militarną od Zachodu i poprawić swój system szkolenia i mobilizacji żołnierzy. To sytuacja militarna będzie decydować o tym, która ze stron będzie gotowa na jakie ustępstwa.

Gdyby Ukraina musiała wybierać, czy suwerenność, czy terytorium, to moja intuicja mówi, że wybrałaby suwerenność. Rosjanie zajęli kilkanaście procent terytorium Ukrainy, a przez ostatnie miesiące – do operacji kurskiej – społeczeństwo ukraińskie obserwowało kolejne straty. Tymczasem komunikacja strategiczna cały czas prowadzona jest tak, jakby była jesień 2022 r., kiedy armia ukraińska odbiła Charkowszczyznę i Chersoń, odnosiła sukcesy. Te rzeczywistości się rozmijają i Ukraińcy zaczęli to dostrzegać. Badania opinii publicznej pokazują, że rośnie powoli odsetek osób, które byłyby w stanie zaakceptować negocjacje z Rosją i nawet jakieś ustępstwa. Część Ukraińców zaczyna się też zastanawiać, po co Ukrainie kompletnie zrujnowany, prorosyjski Donbas. Trzeba jednak pamięć, że kwestia negocjacji pokojowych rozbija się również o sytuację poza Ukrainą, przede wszystkim o wybory w Stanach Zjednoczonych i o to, jaki będzie pomysł nowej administracji, czy Trumpa, czy Harris, na rozwiązanie tego konfliktu. Kijów nie wejdzie do realnych negocjacji, jeśli Zachód nie zapewni mu gwarancji bezpieczeństwa – optymalnie członkostwa w NATO i środków na odbudowę kraju ze zniszczeń, a Rosja nie będzie na tyle przyciśnięta do muru, by zgodzić się na ustępstwa, a nie – jak obecnie – obstawać de facto przy żądaniu kapitulacji i politycznego podporządkowania Ukrainy. 

newsweek.pl

poniedziałek, 26 sierpnia 2024



Hawrylyuk stwierdził, że siły rosyjskie wystrzeliwały średnio co miesiąc około 300.000 pocisków artyleryjskich na całym teatrze działań, a ich celem było pokonanie sił ukraińskich dużą przewagą artyleryjską Rosji. Havrylyuk stwierdził, że bardziej precyzyjne (i skuteczne) zachodnie systemy artyleryjskie mogą zrównoważyć te zalety, o ile siły rosyjskie nie będą miały przewagi artyleryjskiej większej niż trzy do jednego. Siły ukraińskie wykorzystały artylerię rakietową GMLRS i systemy artylerii NATO 155 mm oraz amunicję zdolną do rażenia celów na większe odległości niż rosyjska/sowiecka artyleria polowa, aby prowadzić doskonały ogień przeciwbaterii przez całą wojnę na Ukrainie. Hawrylyuk dodał, że ukraińskie jednostki artylerii stosują także taktykę zapewniającą większą mobilność niż rosyjskie jednostki artylerii, przez co prowadzą skuteczniejszy ogień przeciwbaterii. Havrylyuk zauważył, że szybko rosnące wykorzystanie systemów bezzałogowych na Ukrainie to kolejny przykład tego, jak siły ukraińskie mogą obniżyć koszty, zadając jednocześnie duże straty siłom rosyjskim, oraz że zwiększone wykorzystanie ukraińskich dronów w 2024 r. doprowadziło do większych strat rosyjskiej artylerii i pojazdów opancerzonych. Hawrylyuk stwierdził, że precyzyjne uderzenia dalekiego zasięgu w Rosję pozwolą Ukrainie uniemożliwić Rosji przerzut większych ilości amunicji i sprzętu na linię frontu, a ataki na bazy wojskowe, arsenały i szlaki logistyczne w Rosji poważnie zmniejszą przewagę rosyjskiej artylerii. Narzucone przez Zachód ograniczenia w zakresie pomocy wojskowej dla Ukrainy oraz polityka ograniczająca ukraińskie ataki dalekiego zasięgu przeciwko celom wojskowym w Rosji ograniczają ukraińskie zdolności, co pogarsza rosyjskie przewagi materiałowe.

understandingwar.org

niedziela, 25 sierpnia 2024



Grupa zaniepokojonych obywateli Nigerii zwróciła się do rządu USA z prośbą o nałożenie sankcji na państwową spółkę Nigerian National Petroleum Company Limited (NNPCL) i jej dyrektora generalnego, Mele Kyariego, za naruszenie międzynarodowych restrykcji nałożonych na rosyjską ropę naftową.

W liście przesłanym w czwartek do Biura Kontroli Aktywów Zagranicznych (OFAC) ministerstwa skarbu USA grupa Nigeryjczyków poinformowała, że NNPCL importuje rosyjską ropę naftową i produkty naftowe powyżej pułapu cenowego ustalonego m.in. przez USA, UE i Australię, który wynosi 60 dolarów za baryłkę.

Zaniepokojeni Obywatele na rzecz Reformy Gospodarczej Nigerii (CCERN) - bo tak podpisali się pod petycją - donieśli USA, że państwowa spółka miesza na Malcie produkty naftowe pochodzące z różnych źródeł z rosyjską ropą kupowaną powyżej limitu 60 dolarów za baryłkę, a to oznacza naruszenie obowiązujących sankcji. Wyliczyli, że na tych transakcjach Rosja zarobiła w ciągu roku ponad 2 mld dolarów, „co pozwala jej na uzyskanie znacznych dochodów na finansowanie machiny wojennej wykorzystywanej przeciwko Ukrainie”.

Zainteresowanie Nigeryjczyków transakcjami naftowymi wzięło się z chęci uzyskania odpowiedzi na pytanie, dlaczego ceny benzyny na nigeryjskich stacjach są tak wysokie i czy Nigeryjczycy płacą za benzynę więcej, niż wynoszą międzynarodowe ceny referencyjne, ponieważ kraj jest obecnie uzależniony od importu tego produktu.

List kończy się wyrażeniem obawy, że dochody z tych nielegalnych działań są wykorzystywane również do promowania rosyjskich wpływów w Afryce Zachodniej i finansowania tam antyzachodnich protestów, co „grozi wciągnięciem regionu w konflikty, które podważyłyby interesy Nigeryjczyków i Stanów Zjednoczonych”.

PAP