środa, 5 czerwca 2024



Minister Sikorski pytany w Białymstoku o rządowe plany utworzenia tzw. strefy buforowej przy części granicy z Białorusią w Podlaskiem mówił, że pytanie o to, czy taka strefa jest potrzebna, powinno być skierowane do MSWiA i do Straży Granicznej.

– Niewątpliwie jesteśmy celem operacji hybrydowej, to jest naprawdę coś, co się zmieniło w ostatnich kilku miesiącach – zaznaczył.

– Wiemy, kto za tą operacją stoi i wiemy jaki jest jej cel. Celem jest pokazanie całej Europie, że zewnętrzna granica UE nie jest kontrolowana po to, żeby wywołać efekt polityczny – wzmocnić skrajną prawicę, która obiecuje, że Unię Europejską rozwali od środka. Do tego nie wolno nam dopuścić – powiedział szef MSZ.

Pytany o kryzys humanitarny związany z nielegalną migracją z Białorusi do Polski zastrzegł, że “nie ma prawa ludzkiego do zamieszkania gdzie się chce”.

– Bo gdyby tak było, niepotrzebne byłyby wizy, paszporty, straże graniczne i tak dalej. Państwa, albo grupy państw, tak jak UE, mają prawo do kontrolowania granicy – mówił Sikorski.

belsat/PAP


Odnotowuje się pierwsze przypadki ostrzeliwania z systemów HIMARS stanowisk rosyjskiej obrony przeciwlotniczej w okolicy Biełgorodu. W ostatnich dniach USA i kilka innych państw zachodnich wydało zgodę na ograniczone użycie przekazanej przez nie broni do zwalczania celów wojskowych znajdujących się w obwodach biełgorodzkim i kurskim.

W nocy z 29 na 30 oraz z 30 na 31 maja Ukraińcy przeprowadzili serię kombinowanych ataków na Krym i Kraj Krasnodarski z użyciem pocisków balistycznych ATACMS, pocisków manewrujących Neptun oraz powietrznych i morskich dronów uderzeniowych. Uszkodzona została m.in. infrastruktura portowa w Cieśninie Kerczeńskiej, w tym terminal naftowy w porcie Kawkaz oraz promy „dublujące” most Krymski, a także elementy sieci energetycznych na lądzie. Ataki te są kolejnym elementem ukraińskiej operacji, której celem jest sparaliżowanie Krymu jako zaplecza logistycznego armii rosyjskiej na południu Ukrainy.

Dzięki uruchomieniu pomocy amerykańskiej w ostatnich tygodniach częściowo zażegnano ostry kryzys amunicyjny w ukraińskiej artylerii, przy czym pociski są cały czas racjonowane i nie można mówić o pełnym zaspokojeniu potrzeb frontu. Wydaje się, że lepsza sytuacja panuje w zakresie amunicji kalibru 155 mm, niemniej nadal odczuwalny jest znaczny deficyt pocisków do kalibrów sowieckich (122 i 152 mm). Według czeskiego MSZ w czerwcu na front mają dotrzeć pierwsze transporty amunicji artyleryjskiej zakupionej w ramach koordynowanej przez Pragę międzynarodowej koalicji. Dostawy te mają objąć partie od 50 tys. do 100 tys. pocisków miesięcznie. Jeżeli zapowiedzi te okażą się prawdziwe, to – przy uwzględnieniu pomocy innych państw i produkcji ukraińskiej – artyleria Sił Zbrojnych Ukrainy będzie miała zapewnioną minimalną ilość amunicji pozwalającą na skuteczne prowadzenie obrony w drugiej połowie 2024 r.

30 maja Biuro Prokuratora Generalnego Ukrainy poinformowało, że do wojska wstąpiło 775 skazanych. Do sądów wpłynęło ponad 2,4 tys. wniosków o zwolnienie warunkowe z odbycia kary w zamian za odbycie służby wojskowej, z których ok. 75% rozpatrzono pozytywnie. Wcześniej resort sprawiedliwości potwierdził, że chęć mobilizacji wyraziło przeszło 4 tys. osadzonych.

2 czerwca ukraiński resort obrony podał, że ok. 1,5 mln Ukraińców podlegających służbie wojskowej zaktualizowało swoje dane osobowe w komisjach wojskowych. Ponad 400 tys. zarejestrowanych uzyskało odroczenie, zostało zarezerwowanych przez zakłady pracy lub uznanych za niezdolnych do służby wojskowej.

(...)

28 maja ukraiński wywiad wojskowy (HUR) poinformował, że Rosjanie intensyfikują rekrutację najemników mających walczyć na Ukrainie. Obejmuje ona państwa Afryki Środkowej, w szczególności Rwandę, Burundi, Kongo i Ugandę. Najemnikom oferuje się 2 tys. dolarów za podpisanie kontraktu, 2,2 tys. dolarów miesięcznego wynagrodzenia, ubezpieczenie medyczne oraz rosyjski paszport dla żołnierza i członków jego rodziny.

(...)

28 maja w Lizbonie prezydent Wołodymyr Zełenski i premier Portugalii Luís Montenegro podpisali porozumienie o współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa. Wsparcie wojskowe Lizbony wyniesie w br. co najmniej 126 mln euro. Portugalia potwierdziła też udział w koalicji państw szkolących ukraińskich pilotów na myśliwcach F-16, w koalicji na rzecz bezpieczeństwa morskiego, a także w programie pozyskiwania amunicji dużego kalibru.

31 maja podczas szczytu ukraińsko-nordyckiego w Sztokholmie prezydent Ukrainy i premier Szwecji Ulf Kristersson podpisali porozumienie o współpracy w sferze bezpieczeństwa. Szwedzka pomoc finansowa wojskowa i cywilna na lata 2022–2026 sięgnie co najmniej 9,2 mld euro. Szwecja będzie w dalszym ciągu przyczyniać się do odbudowy Ukrainy oraz wspierać jej reformy i przygotowania do przyszłego członkostwa w UE i NATO.

Tego samego dnia podobny dokument został podpisany z Norwegią. Do końca br. Oslo przekaże co najmniej 1,2 mld euro pomocy wojskowej. Łączne wsparcie finansowe w latach 2023–2027 wyniesie 6,4 mld euro. Zgodnie z umową Norwegia wraz ze swoimi sojusznikami wspomoże Ukrainę w rozwijaniu jej potencjału w zakresie nowoczesnych samolotów bojowych i zwiększaniu zdolności morskich na Morzu Czarnym i Morzu Azowskim.

Jeszcze jedną umowę o współpracy w sferze bezpieczeństwa Kijów zawarł z Islandią. Kraj ten zobowiązał się do zapewnienia Ukrainie wszechstronnego i długoterminowego wsparcia gospodarczego, humanitarnego i obronnego, a także do promowania jej przyszłego członkostwa w UE i NATO. W latach 2024–2028 Islandia będzie corocznie przekazywać Kijowowi co najmniej 26 mln euro. Reykjavík zobowiązał się do dalszego dostarczania zaopatrzenia i sprzętu wojskowego z państw NATO na Ukrainę czarterowanymi samolotami transportowymi.

Ukraina zawarła już 15 umów o współpracy w sferze bezpieczeństwa – z Wielką Brytanią, Niemcami, Francją, Danią, Kanadą, Włochami, Holandią, Finlandią, Łotwą, Hiszpanią, Belgią, Portugalią, Szwecją, Norwegią i Islandią.

osw.waw.pl

wtorek, 4 czerwca 2024



Jakub Bodziony: Władimir Putin udał się z wizytą do Chin. Skąd taka celebra? 

Michał Lubina: Wizyty Władimira Putina w Chinach i Xi Jinpinga w Rosji to nowa świecka tradycja. W normalnych okolicznościach odbywają się one przynajmniej raz do roku. Rzeczywiście jest przy tym charakterystyczna celebra, ogromna podniosłość, która miesza wpływy bizantyjskie, cesarskie, komunistyczne. Przy dużych różnicach między Rosją a Chinami są też punkty zbieżne i akurat ten element ceremonialny jest takim punktem. 

Spełnia to określone funkcje. Po pierwsze, legitymizuje. Po chińsku jest takie wyrażenie „dawać twarz” – jest to idiom chiński, który się trudno tłumaczy na polski, ale generalnie chodzi o to, że przesadnie komplementuje się rozmówcę, że się go chwali, podkreśla się, jaki jest wspaniały. A jak tego elementu zabraknie, to może to być uznane za brak szacunku. Często tak się dzieje, gdy do Chin czy Rosji przyjeżdżają ludzie z Zachodu, którzy na przykład za szybko skracają dystans, co jest traktowane jako brak wychowania. Takie „dawanie twarzy” niewiele kosztuje, bo jak się komplementuje rozmówcę i znaczna część z tego to nieprawda, no to co z tego? Jest miło wszystkim, lepiej się rozmawia i w ten sposób wygrywa się serca i umysły. 

Drugi element to przewidywalność kadr. Urzędnicy najwyższego szczebla przyjeżdżają jako świta przywódców i omawiają najważniejsze kwestie. To daje regularność biurokracji i daje szansę na włączenie nowych kadr w ten mechanizm. A tym razem było trochę nowych twarzy, przede wszystkim Andriej Biełousow, nowy minister obrony Rosji. Trzeci element to prosty przekaz do własnego społeczeństwa – macie lubić Rosjan albo Chińczyków, w zależności od tego, w którym kierunku patrzymy. Czyli po stronie rosyjskiej przestańcie mówić, że Chiny nas gospodarczo wyzyskują. A po stronie chińskiej przestańcie krzyczeć, że w połowie XIX wieku Rosjanie zabrali nam milion kilometrów kwadratowych. A jakby ktoś nie zrozumiał, to wtedy wkracza cenzura.

- Co wiemy o efektach wizyty?

Poza funkcjami widocznymi w sferze publicznej skrywa się sfera konkretów, w którą wgląd jest bardzo utrudniony. Nawet po szczytach państw zachodnich nie do końca wiemy, co tam ustalono, aczkolwiek przynajmniej istnieje jakieś zobowiązanie do transparencji. A co dopiero w przypadku mocarstw autorytarnych, zmierzających w stronę totalitarną. Do obu tych państw pasuje uniwersalne powiedzenie o krajach dyktatorskich, że ci, co wiedzą, nie mówią, a ci, co mówią, nie wiedzą. To trzeba mieć zawsze w pamięci.

(...)

- Jest jasne, czego Rosja chce obecnie od Chin. W naszych poprzednich rozmowach mówiliśmy też o tym, czego Chiny oczekują od Rosji – przede wszystkim to jest zaplecze surowcowe i wsparcie technologiczne. Ale teraz w delegacji rosyjskiej był również szef rosyjskiej agencji kosmicznej. Mówi się o tym, że to właśnie technologia kosmiczna, co do której Chiny mają ogromne ambicje, będzie kolejnym kawałkiem tortu, który Xi Jinping chciałby skonsumować, chociażby w zamian za wsparcie w wojnie w Ukrainie.

Tak, chińskie poparcie nie jest za darmo, natomiast asymetria w relacjach rosyjsko-chińskich będzie prowadzić do określonych konsekwencji. I teraz pytanie podstawowe: jak Chińczycy wykorzystają to, że Rosja ich potrzebuje, a oni są od Rosji mocniejsi. Polska ludowa mądrość mówi, że zajmą Syberię, ale to jest absolutna bzdura, element humorystyczny. Do czego więc Rosja jest im potrzebna? 

Politycznie i strategicznie na ten moment Chiny mają maksimum, ponieważ Rosja jest antyzachodnia, do tego izolowana na Zachodzie, a zatem Putin nie ma manewru i w kwestiach najważniejszych dla Chin musi się przyłączać do stanowiska chińskiego. I to robi, co widać chociażby w porównaniu stanowiska Rosji wobec kwestii Morza Południowochińskiego dziesięć lat temu i dzisiaj, obecnie jest to kopiuj-wklej stanowiska chińskiego. Tak samo w sprawie Półwyspu Koreańskiego. Dodatkowo Putin musi czasami wykazywać czołobitność – zacytować Xi Jinpinga w wywiadzie albo powiedzieć coś o wielkim rozwoju Chin. Chociaż wciąż nie musi zachowywać się tak jak Serbia. 

- W Serbii były w czasie pandemii sceny całowania chińskiej flagi, gdy w kraju kołował samolot z chińskimi maseczkami.

Rosja oczywiście nie jest aż tak słaba. Dalej jest mocarstwem, może drugoligowym, ale wciąż ma największą liczbę głowic nuklearnych na świecie. Politycznie Chiny wiedzą, że lepszej Rosji mieć nie będą. Mogą mieć tylko gorszą – co było widać w czasie buntu Prigożyna. To Putin ogarnął, aczkolwiek tę słabość też mu zapamiętano. 

Ciekawsze jest więc pytanie, czego Chiny mogą chcieć gospodarczo. Oczywiście mogą chcieć więcej taniej ropy i gazu. Ale w tej chwili mają dużo i tanio. A gdyby chcieli więcej, to by się zgodzili na Siłę Syberii 2, czyli gazociąg z Syberii przez Mongolię do Chin. Ale się nie zgodzili. Na każdym szczycie rosyjsko-chińskim równie ważne jest to, czego nie powiedziano – no więc teraz nie porozumiano się w sprawie gazociągu. W 2022 roku, na niecały miesiąc przed inwazją rosyjską na Ukrainę, Rosja i Chiny podpisały porozumienie, w którym stwierdziły, że są partnerstwem bez ograniczeń. Do dzisiaj ta fraza o braku ograniczeń krąży po internecie. Ale już od połowy 2022 roku Chiny przestały używać tej frazy. I ten brak też jest znamienny.

- Czy wynika z tego, że Chiny oczekiwały, że sytuacja na froncie będzie wyglądać zupełnie inaczej, a Kijów może być zajęty w trzy dni, jak mógł zapewniać Putin? 

Wynika to pewnie z chęci zrobienia uniku przez Chiny. Bo na Zachodzie zaczęto wskazywać, jak bardzo Chiny wspierają Rosję. No to Chiny postanowiły jednak lekko się zdystansować – tak żeby Zachód się odczepił, ale nie tak, żeby obrazić Rosję. Co w takim razie Chiny mogą gospodarczo uzyskać od Rosji? 

Moim zdaniem są trzy takie obszary. Zaczynając od punktu historycznie najważniejszego, to jest sprzedaż broni. Większość broni, którą Chińczycy chcieli od Rosji kupić, już dawno kupili, ale są pewne nisze, w których mogliby uzyskać trochę najnowocześniejszego know-how, jak łodzie podwodne. Jednak dwie najważniejsze rzeczy to Arktyka i kosmos. W obu przypadkach mamy strukturalnie taką samą sytuację. Chiny chcą pełnego otwarcia Arktyki dla swojego transportu. Rosja się zgadza, ale wcale nie do końca Arktykę otwiera. Z kolei w kwestii kosmosu Rosjanie mają bezcenną wiedzę. A Chińczycy ogromne ambicje, chcą przegonić NASA. 

Rosjanie wiedzą, że w Arktyce Chiny ich zdominują, a oni skończą jak Egipt przed nacjonalizacją Kanału Sueskiego. Natomiast w sprawie kosmosu, jeśli podzielą się know-how, to towarzysze chińscy zapłacą, ale potem prześcigną Rosję i nie będą jej już potrzebować. I wypadnie ona z wyścigu kosmicznego. Pytanie jest więc takie: czy Rosja już pękła w Arktyce i kosmosie? Dowiemy się tego po czasie, ale sygnały wskazują, że pękają. 

- Rosjanie po prostu nie mają alternatywy wobec Chin. I Chiny to wiedzą.

Tak, natomiast Rosjanie wciąż mają przekonanie, że dominacja chińska w relacjach wzajemnych to jest stan tymczasowy. Wiedzą, że muszą się oprzeć o Chiny i wygrać na Ukrainie. Ale zakładają, że jeśli narzucą swoje porządki Europie – gdzie zażądali przed inwazją z 2022 roku nowej architektury bezpieczeństwa, czyli de facto cofnięcia NATO do 1997 roku – to Rosja wraca jako mocarstwo w Europie i będzie mogła rozmawiać z Chinami z mocniejszej pozycji. 

Do tego dochodzi jeszcze jeden element, który jest bardzo ciekawy. Z jednej strony, Rosja mówi, że zwraca się do Azji. Chiny są najważniejszym partnerem handlowym, a politycznie czytam opracowania, że elity rosyjskie nigdy nie były tak blisko chińskich. Ale jednocześnie gdzie Rosja prowadzi wojnę? W Europie. Czyli widać, że to jest główny punkt zainteresowania. Przecież nie próbuje zdobywać północnego Kazachstanu, tylko Ukrainę. Zatem opierają się o Chiny, żeby walczyć o to, co jest najważniejsze, czyli o część europejską. 

kulturaliberalna.pl


Prawosławna telewizja Sojuz zaprezentowała materiał poświęcony… przypadkowi zmartwychwstania żołnierza walczącego w „specjalnej operacji wojskowej”. Protojerej Artiemij Władimirow w jednym z programów oznajmił, że może dać przykład, iż polegli na froncie zmartwychwstają. Zapewnił, że często rozmawia z żołnierzami i przekonuje ich, iż śmierci nie ma. „Przed Wielkim Postem obejrzałem nagranie o pewnym Chińczyku, który brał udział w specjalnej operacji wojskowej. Dostał postrzał w brzuch, pocisk pokiereszował jego wnętrzności. Żołnierz od tego zmarł. A potem zmartwychwstał. Zjawił mu się w widzeniu święty biskup Łukasz Krymski (Walenty Wojno-Jasieniecki, święty czczony w Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej) i go uzdrowił” (...). I nie był to odosobniony przypadek – uwiarygodnił swą opowieść protojerej.

(...) 

Od telewizji Sojuz pałeczkę przejęła telewizja Spas, obsługująca interesy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Pokazano tam owego „Chińczyka”, który okazał się Jakutem. Nazywa się Dołustaan Iwanow. Ciężko ranny trafił do szpitala, lekarz, który go operował, stwierdził śmierć kliniczną – serce zatrzymało się na 40 sekund – i kazał go zawieźć do kostnicy. W rozmowie z mediami Iwanow powiedział, że wtedy zobaczył postać w białej szacie i niepospolitym nakryciu głowy, na którym widać było złoty krzyż. Postać zbliżyła się i powiedziała: „Jeszcze nie czas”. Iwanow posłuchał i powrócił z tamtego świata. Co więcej, nawrócił się na prawosławie, na chrzcie przyjął imię Siergiej.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl

poniedziałek, 3 czerwca 2024



Gazeta napisała, że dowiedziała się, że krajowe firmy otrzymują podejrzane oferty na przeprowadzenie badań opinii Polaków o Rosjanach i Ukraińcach, które zawierają bardzo tendencyjne pytania. Oferują za to o 200–300 proc. wyższą zapłatę, niż wynoszą stawki rynkowe. Nie tylko to zaskoczyło firmy badawcze.

"Jak ktoś przygotowuje zapytanie, to łatwo go zidentyfikować, np. po nazwie firmy, adresie mailowym itd. A tu maile przychodziły wyłącznie z adresów Gmail" – przyznaje gazecie anonimowo przedstawiciel jednej z firm.

"Rzeczpospolita" zwraca uwagę, że polskie firmy zauważają, że w stopkach maili były podawane adresy, które po sprawdzeniu albo w ogóle nie istniały, albo kierowały do firm czy instytucji, które nic o takich ofertach nie wiedziały. Z reguły były podawane dwa kraje zleceniodawców – Holandia i Francja. Ponadto numery telefonów, które były podawane w stopkach, były fałszywe.

"Niestety, nie mam wątpliwości, że znajdzie się chętny do przeprowadzenia takich badań. Zadawanie nawet wątpliwych metodologicznie pytań nie jest przestępstwem, a wysokie stawki działają na wyobraźnię" – mówi, cytowany przez gazetę, Marcin Duma, prezes fundacji Instytut Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS.

"Rzeczpospolita" informuje też, że przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w ofertach doszły nowe pytania, np. czy UE nie powinna zaprzestać wprowadzania nowych sankcji na Rosję, czy nie powinna ograniczyć dostaw broni do Ukrainy, bo „to jest ze szkodą dla obywali UE”. Albo czy Rosja nie powinna podjąć bardziej radykalnych kroków, by wojna w końcu się skończyła?

bankier.pl

sobota, 1 czerwca 2024



Carpenter w wywiadzie dla ukraińskiej telewizji TSN zaznaczył, że ze względu na bezpieczeństwo operacyjne nie może ujawnić szczegółowych warunków, na jakich Ukraina może uderzyć na terytorium Rosji. Potwierdził jednak, że chodzi nie tylko o terytoria w pobliżu obwodu charkowskiego, ale także obwodu sumskiego.

– Dotyczy to całego regionu na północy, skąd siły rosyjskie ostrzeliwują Ukrainę. Wcześniej Rosjanie mogli stamtąd stosunkowo bezpiecznie prowadzić ogień, ale teraz siły ukraińskie mogą skorzystać z naszej amunicji i broni, aby im to udaremnić – powiedział przedstawiciel Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA.

Carpenter nie chciał powiedzieć, czy decyzja Waszyngtonu może rozszerzyć się na inne terytoria rosyjskie.

belsat.eu/PAP


Rosja oskarżana jest o drukowanie fałszywych pieniędzy na farmie na obrzeżach Bengaazi. Tam swoją bazę ma opozycyjny wobec Trypolisu generał Chalifa Haftar, dowodzący Libijską Armią Narodową, co najmniej od 2018 r. wspierany przez najemników rosyjskich.

Pod koniec kwietnia centralny bank Libii potwierdził i zaprezentował fałszywe banknoty o nominale 50 dinarów (około 10 dol.). Szacuje się, że na rynku libijskim pojawiło się ich kilka miliardów, odpowiadających wartości co najmniej 10 mld dol. Bank w tej sytuacji zdecydował o wycofaniu tego nominału do końca sierpnia.

Kreml nie pierwszy raz zalewa Libię fałszywą walutą. W latach 2016–2020 oddział centralnego banku Libii, działający we wschodniej części kraju, która jest pod kontrolą Haftara, zlecił rosyjskiej państwowej spółce Goznak wydrukowanie jego wersji dinara libijskiego, mimo że administracja Haftara nie miała dostępu do zabezpieczeń waluty, jak na przykład złota.

W 2019 r. z Rosji do wschodniego miasta portowego Tobruk wysłano prawie 4,5 mld fałszywych dinarów.

Rosja stara się zdobyć dominującą pozycję w Libii, aby kontrolować jak największe terytorium kraju, by stamtąd móc wpływać na sąsiednie kraje Afryki Północnej i zbudować pomost z południem, gdzie już ma swoje przyczółki w Mali, Burkina Faso i Nigrze. Kontrolując Libię, Rosja może też kontrolować przebiegające przez nią szlaki migracyjne z Afryki do Europy.

PAP


Na Tajwanie trwa kryzys polityczny wywołany przez partie opozycyjne: Kuomintang (KMT) i mniejsza Tajwańska Partia Ludowa (TPP). Mają one większość w Yuanie Ustawodawczym, ale nie tworzą rządu, ponieważ system konstytucyjny na Tajwanie jest oparty na modelu amerykańskim i przewiduje ścisły podział władzy. W efekcie premier i rząd są powoływani przez prezydenta wybieranego w powszechnych wyborach, a tym został zaprzysiężony w niedzielę Lai Ching-te z Demokratycznej Partii Postępu (DPP).

Jeszcze w piątek podczas maratońskiej sesji opozycja uchwaliła w pierwszym czytaniu (dzisiaj przegłosowano ją ostatecznie) ustawę rozszerzającą uprawnienia parlamentu. Proponowane zmiany wprowadzają m.in. karę do jednego roku więzienia dla urzędników państwowych za kłamstwa podczas przesłuchań parlamentarnych i wprowadzają wysokie grzywny dla tych, którzy nie współpracują w pełni z ustawodawcami. Problem w tym, że grzywny można nakładać wielokrotnie, wystarczy do tego pięciu posłów i nie ma żadnego nadzoru niezawisłego sądu nad całym prcesem. Wątpliwości budzi nie tylko szalony proces legislacyjny, czy fakt, że ustawę trzymano w tajemnicy do piątku, ale przede wszystkim jej zgodność z konstytucją i ścisłym trójpodziałem władzy – parlament nie tylko paraliżuje egzekutywę, ale też uzurpuje sobie funkcje sądownicze. W piątek doszło do przepychanek w izbie plenarnej, a przed parlamentem trwają też od piątku kilkudziesięciotysięczne protesty przeciwników ustawy, które rozszerzyły się między czasie na cały kraj.

Wygląda, że Tajwan kroczy prosto w poważny kryzys polityczny i konstytucyjny. Spodziewano się, że KMT będzie utrudniać rządy DPP, ale to co się dzieje, sięga dalej niż większość obserwatorów oczekiwała i wychodzi poza ramy demokracji konstytucyjnej.

Moim zdaniem KMT ma kilka celów:

1. Sparaliżować rząd DPP i stworzyć instytucjonalny impas, za który obwinią DPP. To typowe leninowskie „im gorzej, tym lepiej”. Uważają, że wypłyną na chaosie.

2. Szukają sposobu na wyeliminowanie lub wchłonięcie TPP. Duopol KMT-DPP jest wygodny dla KMT i partia postrzega TPP jako element, który odebrał im prezydenturę. TTP została założona przez byłego burmistrza Nowego Tajpej Ko Wen-je, ale większość jej parlamentarzystów to byli politycy KMT z tylnych szeregów. Co więcej, jak głosi plotka, ich kampania wyborcza była finansowana przez Terry’ego Gou – miliardera i założyciela głównego dostawcy Apple firmy Foxconn. Gou starał się o nominację KMT na kandydata na prezydenturę, ale został wymanewrowany przez stare rekiny z KMT. Trudno powiedzieć w co gra teraz Gou. Jeżeli faktycznie ma w kieszeni posłów TPP, to może ich wykorzystać do zdobycia większych wpływów w KMT, lub chce doprowadzić do kryzysu w TPP, aby odebrać partię Ko – tego ewidentnie sytuacja już dawno przerosła. Jest jeszcze jedna opcja: patrz punkt trzeci. Jedno jest pewne, polaryzacja, którą nakręca teraz KMT, zaszkodzi właśnie TPP, która próbowała się pokazać, jako alternatywa dla DPP i KMT.

3. Są elementy w KMT, które w rzeczywistości realizują interes Pekinu. Celem tej „piątej kolumny” jest paraliż rządów na Tajwanie oraz powstrzymania zbrojeń i reform wojskowych. Długofalowo, ośmieszanie demokracji tajwańskiej w kraju i zagranicą oraz zdestabilizowanie państwa do tego stopnia, aby wyspa nie mogła się bronić.

zawielkimmurem.net

piątek, 31 maja 2024



— Ta operacja według naszej informacji ma kryptonim "Przypływ". To rozwinięcie operacji, która na pierwszym etapie wojny hybrydowej z 2021 r. nosiła kryptonim "Śluza" — powiedział.

Zdaniem białoruskiego opozycjonisty destabilizacja sytuacji na granicy, ucieczka na Białoruś "szpiega Szmydta" oraz "werbowanie przez Białorusinów w Warszawie polskich obywateli w celu likwidacji jednego z liderów rosyjskiej opozycji to skoordynowane działania prowadzone przez służby specjalne Białorusi i Rosji".

— To jest część obowiązków Łukaszenki związanych z wojną, którą Rosja prowadzi z Ukrainą. Łukaszenka ma za zadanie destabilizować granicę i upokorzyć Polskę — powiedział Łatuszka.

Były ambasador Białorusi w Polsce powiedział też, że ze swoich źródeł miał informację o potencjalnych prowokacjach polegających na tym, że kilku oficerów białoruskiego GRU miałoby przedostać się na terytoria Polski i Litwy, by stamtąd zaatakować, nawet strzelając, białoruskich żołnierzy lub pograniczników. — Odpowiada za to szef grodzieńskiego oddziału KGB na Białorusi, który składa sprawozdania osobiście Łukaszence lub swojemu szefowi, generałowi Iwanowi Tertelowi, szefowi KGB Białorusi — powiedział.

Łatuszka podkreślił, że jako działacz białoruskiej opozycji odczuwa brak strategii Zachodu i konkretnych działań wobec Łukaszenki, przez co ten, w jego ocenie, czuje się bezkarny. — Dlatego ważne jest, by postawić zarzuty wszystkim osobom, które odpowiadają za kryzys migracyjny — powiedział i dodał, że należy także wydać nakaz aresztowania Łukaszenki za popełnione dotychczas zbrodnie wojenne.

PAP

czwartek, 30 maja 2024



Onkolog zajmujący się radioterapią David Gius nie szukał szkodliwych skutków diety ketogennej. Zamiast tego on i jego współpracownicy z Centrum Nauki o Zdrowiu Uniwersytetu Teksasu w San Antonio badali wpływ diety na p53, białko o silnym działaniu przeciwnowotworowym.

Układ odpornościowy zwykle zabija starzejące się komórki. Ale kiedy się utrzymują, powodują spustoszenie - Jesús Gil, ekspert ds. starzenia się komórek w Imperial College w Londynie.

Jedną z ról p53 jest organizowanie starzenia się komórek, informowanie zestresowanych, niesfornych komórek, aby przestały się dzielić, zanim spowodują problemy. Układ odpornościowy zwykle zabija starzejące się komórki. Ale kiedy się utrzymują, powodują spustoszenie – mówi Jesús Gil, ekspert ds. starzenia się komórek w Imperial College w Londynie. – Jeśli na przykład komórki macierzyste ulegają starzeniu, mogą osłabić zdolność tkanek do naprawy. Starzejące się komórki wydzielają również cząsteczki, które mogą wywołać stan zapalny i inne szkodliwe skutki.

Gius i jego zespół natknęli się na związek starzenia się, gdy poddali myszy wzbogaconej diecie ketogenicznej, w której około 90% kalorii pochodziło z tłuszczu. Grupa kontrolna gryzoni jadła żywność, w której tłuszcz dostarczał jedynie 17% kalorii. Po tym, jak myszy pozostawały na tej diecie przez 7 lub 21 dni, naukowcy przeanalizowali próbki tkanek z ich serc, nerek, wątroby i mózgu.

Zespół odkrył, że u zwierząt na diecie ketogennej wzrósł poziom białka p53. Naukowcy wykryli także wzrost innych cząsteczek wskazujących na obecność starzejących się komórek.

Naukowcy sprawdzili, czy komórki zniknęły po przejściu myszy na normalną dietę. Odkryli, że po 3-tygodniowej przerwie poziom starzejących się komórek prawie wrócił do normy. 

(...)

– Starzejące się komórki nie zawsze oznaczają, że tkanka jest niezdrowa, zauważa biolog komórkowy Yi Zhu z kliniki Majao. – Pomagają na przykład w gojeniu się ran. Zanim ktokolwiek będzie mógł stwierdzić, że diety ketogeniczne są niebezpieczne, badacze musieliby wykazać, że komórki faktycznie szkodzą myszom – mówi. – Samo wykazanie wzrostu starzenia się nie wystarczy, aby wykazać, że dieta jest szkodliwa – dodaje.

rp.pl

środa, 29 maja 2024



Ostatecznie najdłuższa bitwa I wojny światowej przyniosła nie więcej niż cztery kilometry zdobytego terenu. Jednak w 300-dniowej bitwie o fortyfikacje Verdun poległo około 300 tys. Niemców i Francuzów, a ponad 700 tys. z nich zostało rannych lub zaginęło, przy prawie równych stratach obu armii.

To, dlaczego Verdun, jedna z najsilniejszych francuskich fortec, stała się celem głównej niemieckiej ofensywy ("Unternehmen Gericht"), jest nadal kontrowersyjne. W swoich wspomnieniach niemiecki szef sztabu generalnego Erich von Falkenhayn mówił o "krwawiącej" bitwie, w której chciał zniszczyć francuskie rezerwy poprzez "białe wykrwawienie" i odniósł się do memorandum, w którym twierdzi, że przedstawił swoją strategię cesarzowi Wilhelmowi na Boże Narodzenie 1915 r.

(...)

Sporo historyków interpretuje to obecnie jako kamuflaż mający na celu przypisanie wyższego celu "Operacji Court" z perspektywy czasu, po tym, jak po kilku dniach stało się jasne, że pierwotny cel nie mógł zostać osiągnięty. Była to najwyraźniej próba ponownego poruszenia frontu zachodniego, który tkwił w martwym punkcie od jesieni 1914 r., poprzez ukierunkowane uderzenie w newralgiczny punkt, aby osiągnąć przełom operacyjny i zmusić Francję do negocjacji.

Kiedy ofensywa zatrzymała się po zaledwie kilku dniach, niemieckie dowództwo nie znalazło siły, by odwołać operację, ale zamiast tego rzuciło do walki coraz więcej żołnierzy. Po tym, jak Falkenhayn został zastąpiony pod koniec sierpnia, jego następcy Paul von Hindenburg i Erich Ludendorff przeszli na czysto defensywne podejście, ponieważ główna ofensywa angielsko-francuska nad Sommą i rosyjska ofensywa Brusiłowa w Galicji wyczerpały wszystkie rezerwy. Od tego momentu francuskie dowództwo robiło wszystko, co w jego mocy, aby odzyskać utracony teren. Do połowy grudnia udało się to w dużej mierze osiągnąć, przynajmniej na wschodnim brzegu Mozy.

(...)

Procedura logistyczna tłumaczy odmienne spojrzenie na bitwę pod Verdun we Francji i w Niemczech. Francuskie dowództwo wysyłało na front rotacyjnie części niemal wszystkich francuskich dywizji, by po kilku dniach je zwolnić. Po udanej obronie pod koniec bitwy większość żołnierzy mogła więc poczuć się bohaterami narodu, a przede wszystkim głównodowodzący Philippe Pétain, który urósł do miana "zbawcy Verdun" (co dało mu "prestiż" przewodzenia kolaboracyjnemu rządowi Vichy z III Rzeszą w 1940 r.).

Niemcy natomiast pozostawili na froncie swoją piątą armię i tylko sporadycznie zastępowali poległych świeżymi rekrutami. Doprowadziło to do "wykrwawienia" i "szkieletyzacji" całych jednostek, których ocaleni postrzegali siebie jako "ofiary" pozostawione same sobie przez "ojczyznę". — Ten negatywny mit był już prefiguracją późniejszej legendy dźgnięcia w plecy — mówi historyk i specjalista od II wojny światowej Gerd Krumeich.

onet.pl/Die Welt