niedziela, 5 maja 2024


– Dziś Putin stanowi egzystencjalne zagrożenie dla nas wszystkich. Jeśli Putin odniesie sukces na Ukrainie, to na tym nie poprzestanie. Perspektywa utworzenia marionetkowego rządu w Kijowie, tak jak to miało miejsce na Białorusi, kiedy wojska rosyjskie znajdą się na granicy Polski, a Rosja zacznie kontrolować 44 procent światowego rynku zbóż to coś, o czym Europejczycy powinni wiedzieć – ostrzegł Borrell.

Według niego Europejczycy planowali stworzyć wokół siebie krąg przyjaciół, ale skończyło się na kręgu ognia, który rozciąga się od krajów Sahelu po Bliski Wschód i od Kaukazu po obecną wojnę na Ukrainie.

Dyplomata zauważył, że system międzynarodowy, który powstał po zimnej wojnie, już nie istnieje. Stany Zjednoczone utraciły status hegemona, a zatem wielostronny porządek, który wyłonił się po 1945 r., traci swoje podwaliny. Borrell dodał, że w takich warunkach istnieje realne zagrożenie, że Europa w jej dzisiejszej postaci może zniknąć, dlatego Europejczycy muszą działać natychmiast.

– Przede wszystkim musimy dokonać jasnej oceny zagrożenia ze strony Rosji, to właśnie Rosja jest uważana za największe egzystencjalne zagrożenie dla Europy. Być może nie wszyscy w Radzie Europejskiej się z tym zgadzają, ale większość popiera ten pomysł. Rosja stanowi dla nas zagrożenie egzystencjalne i my, oceniając to ryzyko, musimy mieć oczy szeroko otwarte – podkreślił polityk.

Według Borrella pod przywództwem rosyjskiego dyktatora Władimira Putina Federacja Rosyjska powróciła do imperialistycznego rozumienia świata. Dyplomata uważa, że to właśnie Putin przywrócił imperialną Rosję z czasów carskich i imperium sowieckiego – i marzy o jej dawnej wielkości i wpływach.

– To była Gruzja w 2008 r. To był Krym w 2014 r. Nie widzieliśmy lub nie chcieliśmy widzieć ewolucji Rosji pod rządami Putina. Mimo że sam Putin ostrzegał nas na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium w 2007 r. Ważne jest, abyśmy ponownie przeczytali to, co Putin powiedział w 2007 roku podczas konferencji bezpieczeństwa w Monachium, i czego – obawiam się – nikt nie chciał usłyszeć ani zrozumieć – przypomniał wysoki przedstawiciel UE.

Borrell podkreślił, że Europa wypracowała model relacji oparty na współpracy i wzajemnej zależności gospodarczej. W samej Unii Europejskiej był to ogromny sukces, który pozwolił na 70 lat pokoju między krajami Europy.

– Europejczycy byli przekonani, że taka wzajemna zależność może doprowadzić także do zmian politycznych w Rosji, a nawet w Chinach. Jednak takie przekonanie było błędne i do takich zmian nie doszło. W zderzeniu z rosyjskim autorytaryzmem wzajemna zależność nie przyniosła pokoju. Wręcz przeciwnie, przerodziło się w uzależnienie w szczególności od paliw kopalnych, a to uzależnienie zamieniło się w broń – cytuje agencja wypowiedź dyplomaty.

belsat.eu/east24.info

Według danych systemu ETS w ubiegłym roku nasza gospodarka ze stacjonarnych instalacji (bez lotnictwa, dla którego jeszcze nie ma danych) wyemitowała zaledwie 114,8 mln ton CO2 (zweryfikowane emisje), czyli o aż 38 proc. mniej rok do roku (-69,3 mln ton). Dla porównania w szczycie w 2007 r. było to 210 mln ton, a jeszcze w 2018 r. — 200 mln.

(...)

Jak sprawdziliśmy w danych ETS, najwięcej ilościowo ograniczyliśmy w "spalaniu paliw" czyli energetyce i motoryzacji, gdzie zmniejszono emisje o 38 proc. czyli o aż 54,5 mln ton. Największe zmiany procentowe dotyczą: polskich hut żelaza (-95 proc. rdr), producentów papieru (-91 proc.), wełny mineralnej (-81 proc.), producentów szkła (-72,5 proc.), przetwórców metali żelaznych (-71 proc.). To nie tylko efekt instalacji środowiskowych u producentów, ale też zwijania produkcji wyżej wymienionych z Polski w wyniku drogiej energii elektrycznej i gazu.

Najwięcej CO2 emituje spalanie paliw w energetyce i motoryzacji (90 mln ton w 2023 r., o -54,5 mln ton rdr) i produkcja cementu (8,5 mln ton, o 2,7 mln ton mniej rdr). Produkcja prądu z najbardziej emisyjnego węgla brunatnego spadła w ub.r. o 26,3 proc. rdr, a z trochę mniej emisyjnego węgla kamiennego — o 13,8 proc. Rosła natomiast produkcja energii elektrycznej z: paneli fotowoltaicznych (+42 proc. rdr), wody (+25 proc.) i wiatru (+18 proc.), a największy procentowo przyrost odnotowały wodne elektrownie szczytowo-pompowe, które służą za magazyny energii (+70 proc.). W ubiegłym roku w polskiej energetyce prąd z elektrowni na węgiel brunatny stanowił 20,5 proc., a z takich na węgiel kamienny — 42,6 proc. Dla porównania rok wcześniej te wskaźniki wynosiły odpowiednio: 26,3 proc. i 46,5 proc.

Sztab i prętów walcowanych na gorąco wyprodukowano w Polsce w 2023 r. o 20,8 proc. mniej rdr, rur stalowych o 10,2 proc. mniej, wyrobów płaskich walcowanych ze stali o 14,3 proc. mniej, papieru i tektury -11,8 proc., worków i torb z papieru -25 proc., pudełek papierowych -11 proc., papieru toaletowego -7,3 proc., wełny mineralnej -29,3 proc., szyb zespolonych -19,1 proc., a butelek ze szkła bezbarwnego o 19,4 proc. mniej rdr.

businessinsider.com.pl

sobota, 4 maja 2024


– OZE produkują z prawie zerowa ceną zmienną i w każdym dobrze zorganizowanym systemie energetycznym korzystna jest jak największa produkcja z tych źródeł – a wówczas efektem jest zmniejszanie cen hurtowych – a więc finalnie naszych rachunków. Ograniczenie produkcji OZE jest oczywistą stratą (dla wszystkich – stwierdza ekspert.

Taryfy dynamiczne mają na celu związanie aktualnych cen hurtowych energii elektrycznej z cenami oferowanymi klientom końcowym. Dzięki temu możliwe jest bezpośrednie odzwierciedlenie zmian na rynku hurtowym w cenach dla ostatecznych odbiorców. Z uwagi na rosnącą ilość energii ze źródeł odnawialnych, w niektórych momentach doby może wystąpić nadmiar produkcji, prowadzący do spadku cen na rynku hurtowym. W rezultacie ceny detaliczne mogą być również niższe, co może zachęcić zarówno przemysł, jak i indywidualnych odbiorców do zwiększenia zużycia energii w okresach, gdy jest ona tańsza.

– Oczywiście wymaga to przestawienia sposobu produkcji (przemysł) – aczkolwiek nadwyżka energii z PV może już dziś dawać interesujące ceny w ciągu słonecznych dni a dla klientów indywidualnych – pojawienia się urządzeń domowych które automatycznie dostosują się  zmiany poboru zgodnie z optymalizacją kosztów. Wcześniej czy później wpływanie to także na atrakcyjność szerokiego stosowania wszelkiego typu magazynów energii – stwierdza Świrski.

W polskim sektorze energetycznym obecnie panują warunki, które stanowią wyzwanie dla wprowadzenia dynamicznych taryf. Zdominowany przez kilku głównych graczy i obciążony nadmierną regulacją rynek nie sprzyja innowacjom w tym zakresie.

– Taryfy dynamiczne maja rację bytu dla bardzo dobrze rozwiniętego rynku energii i dobrej konkurencji. W warunkach polskich rynek energii jest całkowicie zdruzgotany regulacjami ostatnich kilku lat (mrożenie, regulowanie i subsydiowanie cen) i przy organizacji rynku z dominująca rolą zaledwie kilku koncernów – trudno oczekiwać interesujących taryf dynamicznych. Nowa regulacja przedłużająca system „mrożenia cen” na drugą połowę 2024 generalnie jest sprzeczna z reguła wolnego rynku i pisząc ironicznie – Polska będzie chyba pierwszym w świecie połączeniem stosowania zaawansowanych taryf dynamicznych z systemem stałych – „mrożonych” cen. Dlatego tez przynajmniej  tym roku oczekiwania ze taryfy dynamiczne zmienią cokolwiek należy odłożyć na później – stwierdza ekspert.

– Na szybko można oczywiście wprowadzać pewne modyfikacje rynku bilansującego i zmieniać systemy płatności ze OZE (w kierunku ujemnych cen) ale pierwszoplanowe zadanie dla polskiego systemu energetycznego to szybkie inwestycje w magazyny energii i same sieci oraz odbudowa wolnego rynku – a więc zniesienie systemów „mrożenia cen” – dodaje.

Jak to wygląda w kwestii redukcji OZE, czy będą one trwały cały czas w tym roku? Jak powinniśmy na to patrzeć?

– Niestety na realny efekt będziemy czekać i redukcje OZE będą trwały cały czas w 2024 (widać to w pierwszym tygodniu maja). Konieczne jest zrozumienie ze system energetyczny przyszłości będzie jednak inny niż cały czas się zakładało i że będziemy poszukiwać nie energii „w podstawie” (jak mówi się przy promowaniu energetyki jądrowej) ale „energii elastycznej” – ze źródeł które mogą być uruchamiane bardzo szybko i na krótkie okresy czasu w ciągu doby. Warto popatrzeć zwłaszcza na rolę magazynów energii które np. w koncepcjach przyszłego systemu energetycznego Kalifornii maja pełnić pierwszoplanową rolę (we współpracy z OZE) – powiedział Świrski.

biznesalert.pl

Zastępca szefa wywiadu wojskowego Ukrainy Wadym Skibicki we wspomnianym wyżej wywiadzie podkreślił, że zarówno Ukraina, jak i Rosja starają się obecnie wywalczyć "najbardziej korzystną pozycję" przed możliwymi negocjacjami. Odbędą się one według Skibickiego nie wcześniej niż w drugiej połowie 2025 roku. Czyli prawie rok po wyborach prezydenckich w USA, w których ma się rozstrzygnąć również dalsze wsparcie Amerykanów dla Ukrainy.

Do tego czasu według zastępcy Budanowa atakująca Ukrainę Rosja będzie już słabsza i będzie musiała stawić czoła poważnym trudnościom na froncie. Z informacji Skibickiego wynika, że rosyjskie zdolności produkcyjne ostatnio wzrosły i osiągną swoje apogeum na początku 2026 roku. Po czym Kreml będzie miał kłopoty z powodu braku materiałów do produkcji sprzętu wojskowego. Kijów uważa, że Moskwie do tego czasu może zabraknąć też inżynierów i personelu do obsługiwania oraz produkcji tego sprzętu.

Ostatecznie obie strony mogą zostać bez broni. Ale jeśli nic się nie zmieni, Ukraina odczuje to jako pierwsza - powiedział Skibicki.

Według sztabu generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy Rosja osiągnęła ostatnio taktyczny sukces na południowym zachodzie miejscowości Ozheretyne, gdzie tym samym uniemożliwiła rotację ukraińskich wojsk. Wojskom rosyjskim udało się przełamać pierwszą linię obrony na tym odcinku frontu. Według ukraińskiego dowództwa, przewaga Rosjan w tym rejonie sprawiła, że Ukraina jest nieco opóźniona w działaniach obronnych i jest jej trudniej ustabilizować sytuację. "Rosja rzuca tam wszystko, co ma, aby osiągnąć sukces" - piszą żołnierze, którzy walczą na tym kierunku. Według ukraińskich żołnierzy rosyjska armia sporo się nauczyła po 2022 roku. I teraz działa o wiele lepiej, sprawniej i szybciej, a jej działania są związane z lepszym niż wcześniej rozeznaniem rosyjskich dowódców. 

Wadym Skibicki uważa, że rosyjska armia chce za wszelką cenę zająć cokolwiek przed 9 maja. W przeciwnym razie - jak mówi - będą musieli to zrobić przed wizytą Putina w Pekinie, która się zbliża. Twierdzi, że Kreml żąda od żołnierzy pokaźnych sukcesów, którymi Putin będzie mógł się pochwalić w Chinach. 

Nasz problem jest bardzo prosty: nie mamy broni. Rosjanie dobrze  wiedzieli, że kwiecień i maj będą dla nas trudnym okresem - podkreślił oficer ukraińskiego wywiadu wojskowego.

gazeta.pl

piątek, 3 maja 2024


Daleko na północy Rosji w Zatoce Ura, dawnej bazie atomowych okrętów podwodnych, powstać miało rosyjskie eldorado gazowe. To tam największy prywatny koncern gazowy w Rosji i jednocześnie konkurent państwowego Gazpromu, firma Novatek, zlokalizował dwie najważniejsze instalacje do skraplania gazu ziemnego (LNG) i wysyłania go w świat: Yamal LNG i znajdującą się na drugim brzegu zatoki Arctic LNG 2.

To właśnie ta druga miała być największym zakładem upłynniania gazu w Rosji. Miała też wskrzesić topniejące w ogniu wojny marzenie Putina. Według ukutej przed najazdem na Ukrainę strategii (z zatwierdzonej 9 czerwca 2020 roku Strategii Energetycznej Federacji Rosyjskiej do 2035 roku) do 2035 roku Rosja miała produkować od 80 do nawet 140 mln ton LNG rocznie, z czego tylko w Arktyce do 91 mln ton. Inwestycje Novateku miały sprawić, że Rosja stanie się największym producentem gazu skroplonego na świecie.

Po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę Rosja, na przekór coraz bardziej dokuczliwym sankcjom, parła do realizacji projektu Arctic LNG 2 w pierwotnym kształcie, bo w nowych realiach geopolitycznych to transportowany drogą morską gaz stał się kluczowym surowcem. Po pierwsze, miał pokryć straty wynikające ze zmniejszonych dostaw na zachód Europy za pomocą rurociągów (Unia Europejska nałożyła bowiem na transportowany w ten sposób gaz sankcje, a na rosyjski LNG - nie). Po drugie, miał pomóc w ekspansji w kierunku Azji, głównie Chin i Indii.

Pierwotnie Arctic LNG 2 miał być wyposażony w trzy linie produkcyjne, a każda z nich miała upłynniać do 6,6 mln ton gazu rocznie. To dawałoby łączną moc produkowania 19,8 mln ton LNG rocznie z gazu pochodzącego ze złoża Utrienneje, znajdującego się na Półwyspie Gydańskim.

W planach była potężna infrastruktura umożliwiająca transport gazu. Jak podkreśla Grzegorz Kuczyński z Warsaw Institute, terminal miał obsługiwać dwa masowce jednocześnie i gazowce klasy lodołamaczy. Byłby oknem na Azję, ale również pomóc w usprawnieniu i zmniejszeniu kosztów transportu LNG do Europy. 

Problem w tym, że sankcje już doprowadziły do ograniczenia skali tego projektu. Novatek nie jest w stanie ukończyć inwestycji w takim kształcie, jak planował. Według doniesień rosyjskiego dziennika "Wiedomosti" i ustaleń agencji Reutersa ostatecznie konieczne będzie ograniczenie infrastruktury Arctic LNG 2 do dwóch linii produkcyjnych. To zaś wymiernie zmniejszy przepustowość do 13,2 mln ton rocznie. Choć Rosja wciąż utrzymuje retorykę sukcesu, redukcja mocy będzie oznaczać realne straty wpływów.

(...)

Z kolei Filip Rudnik z Ośrodka Studiów Wschodnich podkreśla, że decyzja o ograniczeniu mocy Arctic LNG 2 jest próbą dostosowania się do ograniczeń wynikających z amerykańskich sankcji, które zmusiły spółkę do wyhamowania tempa działalności.

"Produkcja była stopniowo zmniejszana. Ta negatywna tendencja odbija się na całej produkcji Novateku i notuje się spadek jej dynamiki wzrostu. Według oficjalnych danych w I kwartale 2024 roku zakład wyprodukował 21,12 mld m sześc. LNG, co oznacza niewielki wzrost o 1,2 proc. rok do roku" - wylicza Rudnik w analizie opublikowanej na stronie internetowej OSW.

"Amerykańskie sankcje uniemożliwiły transfer sześciu gazowców klasy Arc 7, które zbudowano w stoczni Hanwha w Korei Południowej. Trzy z nich przeznaczone były dla Sovkomflot, trzy pozostałe dla japońskich Mitsui OSK Lines, ale wszystkie miały służyć do transportu LNG produkowanego w zakładach Novateku" - tłumaczy Rudnik. "W obawie przed wtórnymi sankcjami stocznia zawiesiła także prace nad kolejnymi 10 statkami przeznaczonymi dla Arctic LNG 2" - wyjaśnia ekspert. Tymczasem Rosja potrzebuje co najmniej 13 takich jednostek do obsługi terminala arktycznego LNG.

money.pl

Pożar w Domu Związków Zawodowych był kulminacją konfrontacji na ulicach Odessy między zwolennikami zjednoczonej Ukrainy a prorosyjskimi aktywistami. W tym czasie Rosja zaanektowała już Krym. Uzbrojeni separatyści zajęli miasta w obwodach donieckim i ługańskim, zabijając urzędników państwowych i lokalnych aktywistów, którzy stawiali im opór. W kwietniu proklamowano Doniecką, Ługańską i Charkowską Republiki Ludowe, z których władze ukraińskie były w stanie szybko zlikwidować tylko tę ostatnią.

Do niepokojów doszło także w Odessie. Obóz prorosyjskiego ruchu Antymajdan stanął na Kulikowym Polu, placu przed Domem Związków Zawodowych. Na tym tle 2 maja kibice odeskiego klubu sportowego Czernomoriec i charkowskiego klubu Metalista postanowili zorganizować wspólny marsz "Za Zjednoczoną Ukrainę" przed meczem o mistrzostwo kraju w piłce nożnej. Do akcji przyłączyły się inne organizacje i aktywiści lokalnego Euromajdanu.

Według organizatorów demonstracji dzień wcześniej uzgodnili oni trasę z przedstawicielami Antymajdanu, by uniknąć starć. Ci z kolei obiecali nie organizować kontrdemonstracji. Jednak nie wszystkie siły prorosyjskie uznały te ustalenia.

Marsz "Za Zjednoczoną Ukrainę" rozpoczął się ok. godz. 15. Pierwsze starcia miały miejsce na placu Greckim, około 2,5 km od Domu Związków Zawodowych. Aktywiści obu stron rzucali w siebie kamieniami, środkami pirotechnicznymi i koktajlami Mołotowa, rozbijali witryny sklepowe, przystanki i samochody. Użyto również broni palnej. Zginęło sześć osób, w tym aktywista Euromajdanu Andriej Biriukow i członek skrajnie prawicowego ukraińskiego Prawego Sektora Igor Iwanow.

Masowe zamieszki w centrum Odessy trwały około sześciu godzin — i rozprzestrzeniły się na Kulikowe Pole. Kibice szturmowali miasteczko namiotowe aktywistów Antymajdanu. 300-350 aktywistów tego ruchu schroniło się w Domu Związków Zawodowych.

Niektórzy z nich wnieśli z ulicy do budynku resztki drewnianych barykad, a także kanistry i agregaty prądotwórcze z benzyną. Uczestnicy konfrontacji kontynuowali obrzucanie się koktajlami Mołotowa — i wkrótce w Domu Związków Zawodowych wybuchł pożar. Dziesiątki osób zostało uwięzionych w budynku. 32 osoby zmarły w wyniku zatrucia tlenkiem węgla, a 10 kolejnych wyskoczyło przez okna i zginęło. Ratownicy dotarli na miejsce dopiero pół godziny po wybuchu pożaru.

(...)

Przekształcenie bardzo realnego pożaru i śmierci bardzo realnych ludzi w mit rozpoczęło się niemal natychmiast po 2 maja 2014 r. Nieodzownym elementem propagandowego pompowania był kontrast między mieszkańcami Odessy, którzy rzekomo byli prorosyjscy i martwili się o status języka rosyjskiego w Ukrainie, a "faszystowskimi radykałami", którzy przybyli z Kijowa i Lwowa, by ich zabić. Nigdy wcześniej rosyjscy propagandyści nie używali dehumanizującej retoryki wobec Ukrainy tak chętnie i rażąco.

W rosyjskiej telewizji Dom Związków Zawodowych w Odessie został natychmiast porównany do Chatynia. Rosjanom wrzucono tak wiele różnych i często sprzecznych wersji tego, co się wydarzyło w Odessie, że widzowie nie mieli możliwości odróżnienia faktów od fikcji. Opowiadano, że członkowie Prawego Sektora szturmowali budynek, zabijając, gwałcąc, torturując i rozczłonkowując mężczyzn, kobiety i dzieci. Pożar został opisany jako "zaplanowana masakra" poprzedzona "rozkazem zniszczenia", a także jako "mord rytualny" i "specjalna operacja satanistyczna". Pojawiła się również historia o ciężarnej kobiecie rzekomo spalonej żywcem — analogiczna do fałszywki o ukrzyżowanym chłopcu, która pojawiła się kilka miesięcy później.

Badacze dezinformacji uważają, że to właśnie ta i podobne kampanie propagandowe normalizowały radykalne antyzachodnie i antyukraińskie postawy oraz promowały poparcie dla samozwańczych republik ludowych w obwodach donieckim i ługańskim. Wielu rosyjskich ochotników twierdzi, że to właśnie "Odeski Chatyn" przekonał ich do walki w Donbasie.

onet.pl

Ukraińcy otrzymali 31 Abramsów w wersji M1A1SA. Trafiły na stan 47. Samodzielnej Brygady Zmechanizowanej, która od lutego wykorzystywała czołgi na najtrudniejszym odcinku pod Awdijiwką i Berdyczami. Ukraińcy w ciągu dwóch miesięcy stracili prawdopodobnie cztery pojazdy. Dwa zostały poważnie uszkodzone i nie wiadomo, czy nadają się do remontu, a dwa kolejne uszkodzone i porzucone przez załogi. W tym przypadku bardzo trudno będzie odzyskać pojazdy, które utknęły na ziemi niczyjej.

26 lutego rosyjski bezzałogowiec trafił w magazyn amunicji jednego z Abramsów. Znajduje się on w tyle wieży. Uderzenie doprowadziło do zapłonu amunicji, jednak wóz w żaden inny sposób nie został uszkodzony. Spanikowana załoga opuściła pojazd i wycofała się. Wszystko wskazuje, że prócz wypalenia amunicji, wóz nie odniósł żadnych innych uszkodzeń i gdyby załoga nie spanikowała, mogłaby się bezpiecznie wycofać. Dopiero po porzuceniu pojazdu, Rosjanie kilka razy ponownie trafili bezbronny czołg.

Z kolei 3, 5 i 10 marca załogi porzuciły Abramsy, które zostały lekko uszkodzone. Jeden po wjechaniu na minę stracił gąsienicę, pozostałe dwa – trafione przeciwpancernymi pociskami kierowanymi 9M133 Kornet. W obu przypadkach nie doszło do przebicia pancerza burtowego, jednak załogi porzuciły pojazdy.

Być może wynika to z doświadczeń ukraińskich pancerniaków, którzy wcześniej służyli na czołgach radzieckiej konstrukcji. Dla nich takie ciosy byłyby najpewniej śmiertelne. Po penetracji kadłuba następuje reakcja łańcuchowa – eksplozja ładunków w nieosłoniętym pancerzem magazynie karuzelowym wyrywa z pojazdu wieżę, wyrzucając ją w powietrze.

Działa to dokładnie tak samo, jak w dziecięcych zabawkach – im większe ciśnienie, tym korek leci dalej. Skutki eksplozji amunicji widać na wielu nagraniach z frontu – wyrzucone z ogromną siłą wieże biją rekordy w wysokości i odległości lotu. Oczywiście załoga takiej maszyny ginęła natychmiast, chyba że eksplozja następowała już po opuszczeniu przez nią pojazdu.

Wspomniane już zachodnie rozwiązanie – amunicja w pancernym magazynie – zapobiega takim sytuacjom. Znakomitym przykładem działania systemu jest trafienie pojazdu z 26 lutego, który otrzymał bezpośrednie trafienie w magazyn amunicji, a mimo to załoga przeżyła.

Wynika to z zachodniej doktryny wojennej – załoga ma przeżyć, jej wyszkolenie jest kosztowne i czasochłonne. W przypadku ukraińskich Abramsów to się udało. Ba, trafione czołgi mimo zniszczeń wciąż nadawały się do bezpiecznego wycofania z pola walki. To, że do tego nie doszło, wynika z niskiego wyszkolenia ukraińskich pancerniaków i skandalicznych wręcz błędów w taktyce użycia czołgów.

Wielokrotnie na nagraniach można było zauważyć czołgi atakujące bez wsparcia bojowych wozów piechoty, a nawet bez samej piechoty. Umożliwia to podejście przeciwnikowi na niewielką odległość i odpalenie pocisku przeciwpancernego wprost w najsłabiej chronione boki i tył.

Na opublikowanych w sieci filmach wyraźnie widać, że Ukraińcy prowadzą ogień z nieprzygotowanych, odsłoniętych pozycji, nie zmieniają miejsca po oddanym strzale, narażając się na zniszczenie pojazdu.

26 kwietnia agencja prasowa Associated Press poinformowała, że 47. Brygada tymczasowo wycofała z walk pozostałe Abramsy ze względu na zagrożenie ze strony rosyjskich bezzałogowców i amunicji krążącej. Nieoficjalnie mówi się jednak, że głównym celem jest zmiana taktyki działania Abramsów na polu walki.

onet.pl

czwartek, 2 maja 2024


W pierwszym kwartale całkowity wolumen dochodów z ropy i gazu federalnego skarbu państwa osiągnął ponad 3 bln rubli (129 mld zł) i prawie podwoił poziom z ubiegłego roku (1,6 bln rubli, czyli ok. 68 mld zł). Jest to jednak w pełni wyjaśnione przez podatki od wydobycia ropy: przychody z podatku od odpraw naftowych wzrosły o 98 proc.

Tymczasem dochody z eksportu gazu zbliżyły się do poziomu najniższego w ciągu sześciu lat dostępnych statystyk ministerstwa finansów. Rosyjski skarb państwa otrzymał porównywalne kwoty — średnio nieco ponad 100 mld rubli (4 mld zł) na kwartał — tylko podczas pandemii w 2020 r., kiedy ceny gazu w Europie spadły do najniższych poziomów, a magazyny były przepełnione z powodu braku popytu.

Odcinając dostawy do większości krajów europejskich, Gazprom stracił swój największy rynek, z którym budował więzi przez dziesięciolecia. W ubiegłym roku jego eksport wyniósł zaledwie 69 mld m sześc. i był najniższy od 1985 r. W porównaniu z 2022 (100,9 mld m sześc.), który był już najgorszym rokiem w historii firmy, ilość gazu pompowanego za granicę spadła o kolejną jedną trzecią. W porównaniu z wynikami sprzed wojny (185 mld m sześc. w 2021 r.) eksport Gazpromu wzrósł trzykrotnie.

Dostawy do Europy spadły do 28 mld m sześc. — poziomu z drugiej połowy lat 70. ubiegłego wieku. A produkcja Gazpromu, która wyniosła zaledwie 404 mld m sześc., była najniższa w ciągu 34 lat istnienia firmy.

Według raportów Gazpromu w ubiegłym roku przychody koncernu spadły o jedną trzecią, zysk operacyjny o 80 proc., a jego podstawowa działalność — produkcja i sprzedaż gazu — stała się nierentowna. Przyniosło to firmie straty w wysokości 291 mld rubli (12 mld zł).

onet.pl


W Hermannsburgu (Dolna Saksonia) podpalono letni dom Armina Pappergera, szefa największej niemieckiej firmy zbrojeniowej Rheinmetall.

Do podpalenia przyznali się lewicowi ekstremiści. Nazwali firmę  Rheinmetall „jednym z beneficjentów tzw. punktu zwrotnego”. Tym terminem (Zeitenwende) niemiecki kanclerz Olaf Scholz nazywa wojnę na Ukrainie. Swoje działania ekstremiści  tłumaczą faktem, że niemiecka firma wzbogaca się kosztem konfliktu na Ukrainie.

„W nocy z 28 na 29 kwietnia 2024 r. zainstalowaliśmy urządzenie zapalające w letnim domu Armina Pappergera” – Bild cytuje oświadczenie radykałów opublikowane na platformie Indymedia.

Radykałowie uważają, że Rheinmetall celowo i sukcesywnie gromadzi „różne stare typy czołgów” i innego rodzaju uzbrojenia, które „można teraz sprzedać Ukrainie wraz z amunicją” zyskując na tym ogromne korzyści materialne. Zatem, jak piszą w oświadczeniu, „Rheinmetall planuje, produkuje i zabija nie tylko na skalę narodową”.

Radykałowie zażądali także uwolnienia z więzienia byłej członkini grupy terrorystycznej Frakcja Czerwonej Armii (RAF) Daniele Klette. (...)

rp.pl/Bild

Rosyjskie ministerstwo sprawiedliwości domaga się uznania za „organizację ekstremistyczną” Antyrosyjski Ruch Separatystyczny. Nikt o nim nie słyszał ani w Rosji, ani poza nią, nikt też nie widział śladów jego działalności.

Ale resort twierdzi, że to „międzynarodowy (!) ruch społeczny, który zajmuje się niszczeniem wielonarodowościowej jedności i terytorialnej integralności Rosji”.

Podobnie było jesienią ubiegłego roku z nieistniejącym „Międzynarodowym Ruchem Społecznym LGBT”, który nagle wykryły rosyjskie władze czy „Międzynarodowym Młodzieżowym Ruchem Kolumbajn” (od nazwy szkoły Columbine w amerykańskim stanie Kolorado, gdzie w 1999 roku doszło do jednej z największych szkolnych, masowych strzelanin – zginęło w niej 15 osób).

Moskwa uważa, że istnieje międzynarodowa organizacja „Kolumbajn”, która organizuje przemoc z użyciem broni w rosyjskich szkołach. Żaden z rosyjskich urzędników nigdy w życiu nie przyzna, że procesy społeczne – choćby z użyciem przemocy – powstają spontanicznie. Według Kremla, za każdym działaniem społecznym ktoś stoi, „pociąga za sznurki” i „wyjmuje kasztany z ognia cudzymi rękoma”.

Rosfinmonitoring, federalna agencja zajmująca się formalnie wyłącznie zwalczaniem prania brudnych pieniędzy wpisała na listę „organizacji ekstremistycznych i terrorystycznych” ruch „Ja/My Siergiej Furgał”. Takie hasło na plakietkach, nalepkach, transparentach (oraz hashtag w sieciach społecznościowych) umieszczali demonstranci w Chabarowsku nad Amurem, protestujący prawie codziennie przez rok (2019-20) przeciw aresztowaniu gubernatora Siergieja Furgała, który wygrał wybory ale został aresztowany na rozkaz Kremla.

Nikt nie widział jednak takiej organizacji (ani nad Amurem, ani w całej Rosji), protest był spontanicznie organizowany przez mieszkańców Chabarowska za pomocą internetu. Mimo to rosyjska prokuratura twierdzi, że „Ja/My Siergiej Furgał” „dążyła do zmiany władzy przemocą”, a w tym celu „rozpowszechniała wezwania do działalności ekstremistycznej i terrorystycznej, organizowani masowych rozruchów, dokonywania zamachów na przedstawicieli władz”.

- Można uznać za ekstremistyczną organizację całą określoną grupę (lub grupy) różnych aktywistów społecznych, czy ludzi których łączy jakiś wspólny cel. Jeśli nadal będą uczestniczyli w jakichś akcjach, łatwo ogłosić że są ekstremistami czy terrorystami – sądzi jeden rosyjskich prawników Maksim Oleniczew.

- W ten sposób następuję kryminalizacja jakiegokolwiek społecznego protestu – dodaje.

Nikt nie jest w stanie wytłumaczyć dlaczego teraz rosyjskie władze nagle zaczęły się publicznie obnosić ze swoim uwielbieniem dla teorii konspiracyjnych i czemu ma służyć prześladowanie nieistniejących organizacji.

Zwrócono jednak już uwagę, że „taki model działania okazał się bardzo efektywny”. Jesienią 2023 roku ogłoszono, że nieistniejący „Międzynarodowy Ruch Społeczny LGBT” jest „terrorystyczny i ekstremistyczny”. W ciągu pół roku zlikwidowano społeczną aktywność różnorodnych grup nieheteroseksualnych w Rosji: ich grupy samopomocowe, własne kluby i bary czy kancelarie prawne udzielające wsparcia.

(...)

Najnowszy wymysł Kremla („Antyrosyjski Ruch Separatystyczny”) pozostaje jednak zagadką: kogo i za co zamierzają rosyjskie władze sądzić pod zarzutem przynależności do niego.

- Prześladowani mogą być ludzie nie uznający przynależności do Rosji okupowanych terenów Ukrainy: Krymu, obwodów ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego czy chersońskiego – zastanawia się w rozmowie z niezależną „Nową Gazetą – Europa” prawniczka Anastasia Burakowa.

Od razu też dodaje, że ponieważ według tworzących prawo „Rosja nigdzie się nie kończy” dlatego „powodem dla prześladowań mogą być dowolne publikacje czy wypowiedzi, niezależnie od obywatelstwa ich autorów, miejsca ich zamieszkania czy używanego języka”.

Ale obecnie nikomu nie jest do żartów. – Zagrożone są wszelkie ruchy narodowe w republikach narodowościowych (w Rosji jest 27 regionów stworzonych na bazie narodowej: republik czy obwodów-red.), zrzeszenia Nieńców, Baszkirów, Tatarów i innych narodów mieszkających w Rosji. (…) Jakiekolwiek wypowiedzi o żyjących w Rosji narodach i narodowościach i ich historii, jeśli nie spodobają się urzędnikom, mogą zostać uznane za „ekstremistyczne” – mówi Burakowa.

 Ale nie jest wykluczone, że teraz będą w Rosji karać nawet za użycie słów „okupowane” czy „anektowane” terytoria w stosunku do części Ukrainy zajętej przez rosyjską armię.

rp.pl

Siły rosyjskie pogłębiły i poszerzyły wyłom w ugrupowaniu ukraińskim w rejonie Oczeretynego (obrońcy utrzymują się na wschodnich obrzeżach), zajmując leżące na południe od niego Sołowjowe i Nowobachmutiwkę. Opanowały także Nowokałynowe (6 km na wschód od Oczeretynego), tworząc pomiędzy oboma miastami „worek”, w którym znajdują się pozostałe w tym rejonie siły ukraińskie. Najbliższy punkt oparcia obrońców stanowi Archanhelśke, leżące w obniżeniu na północ od wymienionych miejscowości. W rejonie Oczeretynego Rosjanie mają trzykrotną przewagę liczebną – 10 tys. żołnierzy vs. 3 tys. obrońców. Nominalnie Ukraińcy wciąż dysponują zgrupowaniem silniejszym, liczącym siedem brygad (w pełni ukompletowane liczyłyby ok. 30 tys. żołnierzy), wobec jednej dywizji i dwóch brygad rosyjskich (20–25 tys. żołnierzy), niemniej każda z ukraińskich brygad jest zdolna wystawić najwyżej jeden batalion. Oznacza to, że Rosjanie kierują do walki około połowy zgrupowania (uwzględniając jego nominalną liczebność), natomiast Ukraińcy ok. 10% stanu wyjściowego, co wskazuje na skrajne wyczerpanie obrońców.

W Krasnohoriwce Rosjanie opanowali większość rejonu przemysłowego na południu miasta, a walki przeniosły się do jego centrum. Również na północno-wschodnich obrzeżach udało im się przełamać obronę, co grozi Ukraińcom uderzeniem na miasto z nowego kierunku, a na zachód od Awdijiwki wyparły obrońców z wsi Semeniwka i Berdyczi, umacniając się tym samym na zachodnim brzegu rzeki Durna.

Po wielotygodniowej przerwie zaktywizowało się zgrupowanie agresora na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego. Na południowy wschód od Kupiańska siły ukraińskie zostały wyparte z części pozycji, z kolei na południowy zachód od Swatowego Rosjanie mieli osiągnąć obrzeża Makijiwki nad rzeką Żerebeć. Na południe od Orichiwa w obwodzie zaporoskim jednostki rosyjskie miały wyprzeć obrońców z Robotynego, którego zajęcie w sierpniu 2023 r. stanowiło kulminacyjny moment ukraińskiej ofensywy, nadal jednak trwają walki na jego północnych obrzeżach. Nie przyniosły natomiast rezultatu dalsze rosyjskie ataki w rejonie Czasiw Jaru, do którego Ukraińcy skierowali kolejne wzmocnienia.

Mimo widocznych postępów na froncie nie widać oznak, aby Rosjanie budowali zgrupowanie ofensywne mające przekuć sukces taktyczny w operacyjny. W dalszym ciągu ich głównym celem pozostaje maksymalne rozproszenie i wyczerpanie obrońców, a postępy terenowe są tego rezultatem. Doniesienia z rejonu Oczeretynego wskazują, że przynajmniej część jednostek ukraińskich została zdekompletowana w stopniu wykluczającym ich użycie zgodnie z nominalnym stanem osobowym. Kwestią otwartą pozostaje, na ile jest to spowodowane wykruszaniem się personelu i niemożliwością jego uzupełnienia, a na ile niedoborem amunicji i wyposażenia. Dodatkowy problem stanowi niedostatek ufortyfikowanych pozycji obronnych. Przykład Czasiw Jaru potwierdza, że do skutecznego powstrzymywania agresora niezbędne są zarówno rotacja i wzmacnianie walczących wojsk, jak i wcześniej przygotowane linie obrony. W rejonach, w których dowództwo ukraińskie nie wykazało dostatecznej determinacji w kwestii zorganizowania obrony i nie dysponuje odpowiednimi rezerwami, postępy rosyjskie są zdecydowanie szybsze niż w poprzednich miesiącach.

osw.waw.pl