wtorek, 2 kwietnia 2024


"O co więc tak naprawdę martwi się Waszyngton? Otóż, ostatnie ataki pokazały, że Ukraina ma zdolności, by uderzyć również w porty, przez które idzie eksport rosyjskiej ropy i zakłócić być może połowę całego rosyjskiego eksportu tego surowca. To byłby zwrot, który naprawdę niepokoi Waszyngton" - zauważył.

"Mówiąc konkretnie, istnieją dwa kluczowe porty eksportu ropy naftowej z zachodniej Rosji: Primorsk, na północ od Petersburga, na końcu rurociągu bałtyckiego, oraz Noworosyjsk, na brzegu Morza Czarnego. Ukraina udowodniła, że oba te porty znajdują się w zasięgu jej dronów powietrznych. Należy również zauważyć, że ukraińskie drony morskie niedawno zatopiły rosyjski okręt desantowy po wschodniej stronie Półwyspu Krymskiego, co oznacza, że mogą również być w stanie uderzyć w Noworosyjsk z morza. Gdyby np. jutro Kijów zdecydował się uderzyć w te porty naftowe, spowodowałoby to zarówno zmniejszenie rosyjskich dochodów z ropy naftowej w celu finansowania wojny, jak również wzrost światowych cen na dłuższy okres, być może tak jak w latach 2003-2008. A to miałoby już poważne konsekwencje" - tłumaczył analityk.

bankier.pl

Około 15 proc. światowego handlu przepływa przez trasę, która prowadzi z Zatoki Adeńskiej przez Morze Czerwone i Kanał Sueski, łącząc Azję i Europę.

Chiny kupują aż ok. 90 proc. irańskiej ropy naftowej, w tym ropę sprzedawaną przez brygady al-Kuds — paramilitarne ramię Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), które jest odpowiedzialne za zagraniczne operacje wojskowe Teheranu.

Brygady al-Kuds szkolą i finansują "irańskich pełnomocników do spraw terroru" na Bliskim Wschodzie — w tym Hezbollah w Libanie oraz jemeńskich Huti.

(...)

Chociaż Huti podobno przysięgli nie atakować chińskich statków, to na początku tego tygodnia wystrzelili kilka pocisków w kierunku należącego do Chin statku Huang Pu. Zarejestrowana w Panamie jednostka doznała jedynie niewielkich uszkodzeń. Nie jest jasne, czy Huti byli świadomi, który kraj jest właścicielem statku.

Międzynarodowe sankcje pozbawiły irański reżim gotówki. Aby sfinansować swoich pełnomocników do spraw terroru, Iran przyznaje brygadom Al-Kuds roczny przydział ropy naftowej, którą następnie sprzedaje za granicą za pośrednictwem skomplikowanej sieci firm-przykrywek. Zostało to szczegółowo udokumentowane przez POLITICO i inne redakcje.

Większość krajów nie chce kupować irańskiej ropy z obawy przed naruszeniem sankcji, zwłaszcza tych nałożonych przez Waszyngton w związku z programem zbrojeń nuklearnych Iranu. Chiny, które pokrywają ok. 10 proc. swojego zapotrzebowania na ropę naftową z Iranu i sprzeciwiają się sankcjom, od lat czerpią korzyści z izolacji Teheranu. Umożliwia ona chińskim firmom kupowanie ropy naftowej z dużym rabatem.

(...)

Huti od października zaatakowali dziesiątki statków w Zatoce Adeńskiej i na Morzu Czerwonym. Według Kilońskiego Instytutu Gospodarki Światowej, niemieckiego think tanku, spowodowało to spadek liczby transportów na tym obszarze aż o ponad 60 proc. Stany Zjednoczone i niektóre kraje europejskie zwiększyły swoją obecność morską na Morzu Czerwonym, lecz nie wystarczyło to, aby powstrzymać ataki.

Urzędnicy wywiadu stwierdzili w rozmowie z POLITICO, że Huti przeprowadzają ataki przy użyciu dronów i pocisków dostarczonych im przez Iran.

(...)

Duże zachodnie firmy żeglugowe, takie jak duński Maersk, twierdzą, że transport przez Morze Czerwone jest obecnie zbyt ryzykowny i przekierowują swoje statki wokół afrykańskiego Przylądka Dobrej Nadziei, co wydłuża podróż nawet o 14 dni. Chociaż dłuższa trasa nie ma większego wpływu na cenę, ze względu na wysokie koszty żeglugi przez Kanał Sueski, dodatkowy czas może skomplikować łańcuchy dostaw, od których zależy chiński sektor eksportowy.

"Główną konsekwencją jest wydłużenie transportu morskiego. Dla Chin bardzo ważne jest tymczasem, aby globalne szlaki handlowe funkcjonowały bez zakłóceń" — powiedział Julian Hinz, analityk polityki handlowej w Kilońskim Instytucie Gospodarki Światowej.

Huti twierdzą, że podjęli ataki w ramach solidarności z Palestyńczykami w Strefie Gazy, których Izrael zaatakował w odpowiedzi na masakrę 1,2 tys. osób 7 października oraz porwanie kolejnych 250 przez terrorystów Hamasu. Jednak zdecydowana większość zaatakowanych statków nie jest ani izraelska, ani nie zmierza do tego kraju.

Ataki Huti wywołały gniew krajów położonych w basenie Oceanu Indyjskiego, w tym Indii i Sri Lanki, które poniosły ciężar zakłóceń na Morzu Czerwonym. Podczas konferencji na temat handlu w tym regionie, która odbyła się w zeszłym miesiącu na Sri Lance, Iran spotkał się z ostrą krytyką. Niektórzy przedstawiciele wezwali Międzynarodową Organizację Morską ONZ, która również wysłała wysokiego rangą urzędnika na spotkanie, do podjęcia kroków prawnych przeciwko Teheranowi.

"Z azjatyckiego punktu widzenia nikogo nie obchodzi wojna w Izraelu. To nie jest pretekst do niszczenia światowej gospodarki" — powiedziała jedna z osób zaznajomionych z kulisami spotkania na Sri Lance.

onet.pl/Politico

poniedziałek, 1 kwietnia 2024


Polski rząd nie ustępuje w sprawie rolnictwa i jest atakowany przez sojuszników ukraińskich na różne sposoby. Tym razem wizerunkowo uderzono w wiceministra rolnictwa sugerując, że w trakcie negocjacji był pod wpływem środków odurzających. Ukraińska Izba Zbożowa zamieściła zdjęcie, na którym biorący udział w rozmowach siedzą, a Kołodziejczak prawie leży, z odchyloną głową do tyłu. Fotografia zamieszczona w mediach społecznościowych z komentarzem o dziwnym zachowaniu Kołodziejczaka wzbudziła zdziwienie. Członek polskiego rządu musiał się tłumaczyć publicznie.

- Rozmawialiśmy ponad cztery godziny, a oni zrobili mi zdjęcie jak się przeciągam przez trzy sekundy, gdy rozprostowywałem plecy i dorobili do tego historię - tłumaczy wiceminister Kołodziejczak w rozmowie z „Rzeczpospolitą” genezę zdjęcia. Strona ukraińska liczyła na ustępstwa strony polskiej w negocjacjach. Do tego nie doszło. Ukraiński wiceminister rolnictwa Taras Kaczka miał usłyszeć od Kołodziejczaka, że jeśli nie podobają mu się ustalenia ze stroną polską, to niech rozmawia z Komisją Europejską, która nie jest skora do ustępstw. Kaczka miał się mocno zirytować.

(...)

W rozmowie z „Rzeczpospolitą” Kołodziejczak odsłania kulisy sporu. Według wiceministra rolnictwa strona ukraińska zaczęła atakować Kołodziejczaka w mediach, a ten musiał się tłumaczyć, dlaczego nagle wybiegł z rozmów. Kołodziejczak mówi, że musiał na chwilę opuścić spotkanie, gdyż otrzymał nowe informacje. Na portalu Ukrainska Prawda możemy przeczytać o Kołodziejczaku: „polski urzędnik zrujnował kompromis z Ukrainą”. Aleks Lissica, szef Ukraińskiego Klubu Agrobiznesu mówi w artykule o Kołodziejczaku: „Wydawało się, jakby był pod wpływem substancji”. Oskarżenia są poważne i kompromitujące. Pytanie, kogo?

 To żałosne, że muszę odpowiadać na takie pytania. Oczywiście, że nie!- odpowiedział „Rzeczpospolitej” Michał Kołodziejczak na pytanie, czy brał coś przed spotkaniem lub był pod wpływem jakiś substancji podczas rozmów z Ukraińcami. - Wytknąłem im kłamstwo, przypominając słowa ministra Tarasa Kaczki, że jeżeli Polska przyczyni się do ograniczenia zbóż z Rosji do Unii Europejskiej to oni będą w stanie ograniczyć eksport towarów do Unii – nakreśla nam zarzewie sporu Kołodziejczak. Minister miał wytknąć też rozmówcom, że nie mają rolnictwa na podobnym poziomie, co Polska i Unia, a standardy mocno się różnią. – Nie mieszajmy rolnictwa z wojną. Będziemy Ukrainie pomagać, ale jeśli negocjacje nie wyszły, niech nie zrzucają winy na nas. Jeśli ktoś na kogoś pokrzykiwał, to minister Mykoła Solski na stronę polską. Ale oni mają taką kulturę i ja też to rozumiem — mówi nam Kołodziejczak.

rp.pl

Ustanie tranzytu rosyjskiego gazu przez terytorium Ukrainy od 2025 r. miałoby szczególne znaczenie dla Mołdawii oraz leżącego na jej terytorium wspieranego przez Rosję separatystycznego Naddniestrza. Funkcjonowanie gospodarki tego parapaństwa od dekad uzależnione jest bowiem od rosyjskiego gazu, który Gazprom dostarcza tam bezpłatnie (co stanowi rodzaj politycznie motywowanego subsydium) na mocy umowy mołdawsko-rosyjskiej. Obecnie każdego roku do Naddniestrza trafia z Rosji ok. 2 mld m3 błękitnego paliwa. Pozyskany w ten sposób surowiec sprzedawany jest następnie odbiorcom indywidualnym i firmom z regionu po bardzo niskich cenach, zaś uzyskane w ten sposób środki zasilają budżet regionu i pozwalają na finansowanie wydatków publicznych parapaństwa, m.in. systemu emerytalnego. Darmowy gaz umożliwia też utrzymanie bardzo niskich cen np. ogrzewania, co ma szczególne znaczenie dla ludności (taryfy na gaz w Naddniestrzu są nawet siedmiokrotnie niższe niż dla mieszkańców Mołdawii właściwej). Co ważniejsze, tani rosyjski surowiec w połączeniu z relatywnie niedrogą siłą roboczą, którą dysponują lokalne przedsiębiorstwa, a także fakt, że „republikę” obejmuje zawarta w 2014 r. przez UE i Mołdawię umowa o pogłębionej i rozszerzonej strefie wolnego handlu (DCFTA), umożliwiają tamtejszym podmiotom (szczególnie z sektorów metalurgicznego, odzieżowego czy napojów alkoholowych) utrzymanie wysokiej konkurencyjności na rynkach europejskich i zyskowny eksport.

(...)

W razie ustania tranzytu przez Ukrainę Naddniestrze zmuszone będzie do znalezienia innych źródeł dostaw surowca. Choć taka opcja byłaby znacznie droższa, to jest formalnie możliwa. Władze mołdawskie, które od końca 2022 r. zaopatrują terytorium Mołdawii właściwej surowcem nierosyjskim (kupowanym m.in. na giełdzie TTF), deklarują, że mogłyby (odpłatnie) przesyłać do tego regionu zakupione od europejskich dostawców błękitne paliwo za pomocą rewersu na gazociągu transbałkańskim lub korzystać z dotychczasowego szlaku i sprzedawać regionowi swój surowiec zgromadzony w podziemnych zbiornikach na Ukrainie. W związku z przystąpieniem Kijowa i Kiszyniowa do korytarza wertykalnego Naddniestrze mogłoby także importować gaz (przez terytorium/infrastrukturę Ukrainy) bezpośrednio z kierunku węgierskiego. Teoretycznie istnieje też możliwość przesyłu do Naddniestrza surowca rosyjskiego, transportowanego TurkStreamem, choć w tej sytuacji nie jest jasne, czy Moskwa byłaby nadal zainteresowana darmowymi dostawami.

Władze w Kiszyniowie wydają się jednak zainteresowane utrzymaniem transportu bezpłatnego rosyjskiego gazu do Naddniestrza. Obawiają się, że destabilizacja gospodarki naddniestrzańskiej może doprowadzić m.in. do fali migracji ekonomicznej z regionu do Mołdawii właściwej, na co kraj ten nie jest obecnie gotowy. Co więcej, obecny model daje Mołdawii dostęp do taniej energii elektrycznej wytwarzanej przez MGRES. W razie wstrzymania pracy tej siłowni lub opalania jej gazem nabywanym po cenach rynkowych Kiszyniów zmuszony byłby do radykalnego zwiększenia taryf dla odbiorców końcowych, co w kontekście narastającego niezadowolenia elektoratu z prozachodniego mołdawskiego rządu i planowanych na połowę 2025 r. wyborów parlamentarnych ma znaczenie szczególne. Jednocześnie także Rosja wydaje się zainteresowana utrzymaniem darmowych dostaw gazu do Naddniestrza za pomocą obecnie istniejącego połączenia. Choć wstrzymanie transportu błękitnego paliwa w krótkoterminowej perspektywie destabilizowałoby sytuację w Mołdawii (co leży w interesie Moskwy) i stanowiło poważne obciążenie dla jej administracji oraz budżetu (z którego częściowo – przynajmniej na początku – musiałyby być pokrywane niektóre koszty utrzymania regionu), to na dłuższą metę oznaczałoby to ograniczenie rosyjskich wpływów w Naddniestrzu i zwiększało jego uzależnienie od władz w Kiszyniowie.

osw.waw.pl

piątek, 29 marca 2024



Choć Chiny to druga największa gospodarka na świecie, zasady jej działania, podobnie jak jej prawdziwa kondycja, skrywają wiele sekretów. Podawane przez Pekin oficjalne dane to jedynie połowa obrazu - zdecydowanie ta lepsza. Drugą stanowi pozostająca w cieniu "chińska specyfika", taka jak fałszowanie danych na każdym poziomie administracji, potężne ukryte zadłużenie, monstrualna niegospodarność, czy krwiożerczy kapitalizm, który nielicznym przynosi majątek, a milionom rozczarowanie i wyzysk.

Obraz tej ciemnej strony chińskiej gospodarki dobrze widać na przykładzie jej sektora bankowego. Słynne chińskie banki, takie jak działające również w Polsce Bank of China czy ICBC, w Chinach działają głównie na rzecz wskazywanych przez partię komunistyczną sektorów i ogromnych projektów realizowanych przez państwowe przedsiębiorstwa. Sektor prywatny, zwłaszcza od kryzysu finansowego z 2008 roku, przeważnie nie może liczyć na wsparcie chińskich banków.

Bez dostępu do finansowania prywatne firmy nie miałyby jednak szans na rozwój, w Chinach wyrósł więc równoległy, nieoficjalny system bankowy - szara strefa (shadow banking sector) instytucji finansowych, które poza kontrolą państwa i bardziej ryzykownie obsługują prywatnych przedsiębiorców. Coś jak polskie parabanki, tylko na niewyobrażalną skalę - wartość szarej strefy bankowej w Chinach szacowana jest na 3 biliony dolarów. To tyle, ile PKB Francji.

Bez tej szarej strefy bankowej nie mogłyby istnieć całe sektory chińskiej gospodarki, na czele z budowlanym. Tymczasem właśnie zdaje się ona chwiać w posadach. Pekińska policja w ostatnią sobotę poinformowała o rozpoczęciu "odzyskiwania skradzionego mienia" od szefów Zhongzhi Enterprise Group - największej z firm, tworzących tę szarą strefę. Choć mało znana na świecie, była olbrzymem nawet na skalę Chin - jeszcze niedawno zarządzała majątkiem wartym ok. 140 mld dolarów, czyli niemal tyle, co PKB Węgier.

W styczniu Zhongzhi nieoczekiwanie ogłosiła jednak niewypłacalność i długi na 64 mld dolarów. Wzbudziło to obawy, że kryzys zadłużeniowy, który topi właśnie chińską budowlankę, zacznie rozlewać się na inne sektory gospodarki. Problem jednak jest jeszcze poważniejszy, ponieważ długi parabanku - tak samo jak prawdziwego banku - to w rzeczywistości długi jego klientów. Bankructwo oznacza więc poważny problem z wypłacalnością chińskich prywatnych przedsiębiorstw. Czyli tych, które są najbardziej dochodowe i innowacyjne.

- Prywatne firmy odpowiadają za największą część wzrostu gospodarczego Chin - wyjaśnia dla tvn24.pl dr Michał Bogusz, ekspert ds. Chin i analityk Ośrodka Studiów Wschodnich. - Tę zdrową część ich wzrostu, nie tę sztucznie pompowaną przez lanie betonu i budowę nikomu niepotrzebnej infrastruktury - dodaje. Bogusz podkreśla, że wszystkie prywatne chińskie firmy muszą pozyskiwać pieniądze z szarej strefy, czyniąc ją "żywotnym elementem" całej gospodarki Chin.

(...)

- Trudno tak naprawdę znaleźć odpowiednik firm szarego sektora bankowego w naszym systemie. Nie mamy czegoś takiego w Polsce - zauważa dr Bogusz. - Firmy takie jak Zhongzhi zbierają pieniądze od prywatnych inwestorów, bo ci nie mają co robić ze swoimi pieniędzmi. Na chińskich giełdach boją się inwestować, wywieźć pieniędzy za granicę nie mogą (zabrania tego władza - red.), a oprocentowanie w bankach jest niskie - tłumaczy.

Inwestorzy oddają więc swoje pieniądze instytucjom z szarej strefy, które z kolei wykupują za nie obligacje emitowane przez inne prywatne przedsiębiorstwa. - W ten sposób prywatny sektor zyskuje finansowanie, na które nie może liczyć w państwowych bankach. A wszystkie banki w Chinach są państwowe - mówi ekspert.

Bankructwo Zhongzhi oznacza jednak, że trup wypada właśnie z szafy chińskiej gospodarki. To jasny sygnał, że problemy finansowe prywatnych przedsiębiorstw są naprawdę poważne, a wiele z nich przestaje mieć pieniądze na wykup obligacji skupowanych wcześniej przez parabanki. - W chińskiej gospodarce mamy teraz czarną dziurę wielkość Francji. Tylko nie wiemy, co w tej czarnej dziurze jest, ile z tych długów jest złych, a ile z nich może zostać jeszcze spłaconych - ocenia analityk OSW.

Sytuacja ta może przypominać rok 2008 w Stanach Zjednoczonych, gdy upadek banku inwestycyjnego Lehmann Brothers ujawnił ukryte problemy i wywołał globalny kryzys finansowy. Jednak zdaniem eksperta, niezależnie od skali dzisiejszych problemów w Chinach, nie dojdzie teraz do powtórki tamtych wydarzeń i serii bankructw.

- Chiński domek z kart się nie rozleci, bo jest od początku klejony taśmą klejącą, którą jest partia komunistyczna. I ta partia wciąż ma narzędzia, wolę i środki, by zapobiec gwałtownej katastrofie gospodarczej - ocenia dr Bogusz. - Ale nie ma ona jednocześnie pomysłu jak zastąpić dotychczasowy model gospodarczy, który się już wyczerpał. Nie może choćby zlikwidować tej szarej strefy bankowej, bo odcięłaby dopływ kapitału do kluczowej gałęzi swojej gospodarki - zauważa. 

Co wobec tego oznaczają problemy gospodarcze Chin i rosnący kryzys niewypłacalności jej przedsiębiorstw? Zdaniem Michała Bogusza, Chiny co prawda unikną na razie katastrofy gospodarczej, jednak czeka je powolne wchodzenie w stagnację.

- Chiny mogą ciągle ratować ruch w biznesie, dbać o dobre statystyki makroekonomiczne, ale realna gospodarka przestanie rosnąć. Z gospodarki pozostanie szkielet pusty w środku - mówi. W praktyce może działać to tak, że bez względu na popyt zwiększana będzie produkcja, a towar po prostu będzie trafiał do magazynów. W Chinach, które błędnie wielu wciąż uznaje za gospodarkę rynkową, ten model ma długie tradycje.

- Stagnację ukrywa się dodatnim wzrostem gospodarczym, kreowanym przez ogromne marnotrawstwo. Mówi się, że w Chinach zejście poniżej 5 procent wzrostu PKB to już poważne problemy, ponieważ 4 procent wzrostu PKB jest tam przetracane, rozkradane przez struktury partyjne, ukradkiem wywożone z Chin - wyjaśnia dr Bogusz.

(...)

- Wobec problemów gospodarczych i rosnącego nacisku na zwiększanie produkcji będzie rosła podaż chińskich produktów i presja na ich eksportowanie - mówi ekspert. - Chińskie firmy będą więc teraz chciały przesuwać się coraz wyżej w globalnych łańcuchach dostaw, wypychać z nich zagranicznych konkurentów, i zaostrzy się międzynarodowa rywalizacja gospodarcza. To z kolei będzie prowadzić do dalszej destabilizacji światowego handlu - analizuje. Destabilizacja ta oznaczać może nie tylko spadek popytu na eksport m.in. z Polski, ale także coraz więcej ceł i innych barier handlowych na całym świecie.

tvn24.pl

czwartek, 28 marca 2024



Analiza rosyjskiej infosfery nie wykazała przed, w trakcie ani po zamachu z 22 marca 2024 r. cech typowych dla zaangażowania aparatu propagandy, w tym służb specjalnych FR, w działania informacyjno-psychologiczne, będące elementem zamachu. Rosyjski aparat propagandy nie był przygotowany na “obsługę” zamachu terrorystycznego w sali koncertowej Crocus City Hall pod Moskwą.
  • Analizy wsteczne środowiska informacyjnego, godzin poprzedzających pierwsze wzmianki o przeprowadzonym zamachu terrorystycznym, nie wykazały cech szczególnych dla podgrywki informacyjnej. Nie zaobserwowano działań skoordynowanych w rozumieniu przygotowania psychologicznego Rosjan pod mający nastąpić incydent/zamach.
  • W trakcie zamachu nie nastąpiła faza eksploatacji. Nie ujawniono w rosyjskojęzycznej infosferze skoordynowanych działań psychologicznych, związanych z trwającym zamachem. W monitorowanym okresie w sieciach społecznościowych nie zidentyfikowano działań wpisujących się w pełno zakresową/szeroko zakrojoną operację informacyjną.
  • Jawny aparat propagandy (rozumiany jako całość aparatu mediów TV / Radio kontrolowanych przez Kreml) nie przerwał nadawania programów na użytek relacjonowania zamachu w początkowej fazie. W Mediach nie zidentyfikowano cech typowych dla zaplanowanego przygotowania i adaptacji przekazu propagandowego do wsparcia efektów psychologicznych wywołanych zamachem.
  • Rosyjski aparat wpływu (najprawdopodobniej oparty w omawianym przypadku na potencjalne działania FSB) przeprowadził nieudaną i niestarannie przygotowaną operację zdezorientowania odbiorców w aplikacji Telegram, w godzinach następujących po ataku. Próby dezorientacji zawierały cechę wspólną – sugestię udziału Ukrainy. Działania dezorientujące były nieefektywne i zostały wstrzymane. Potwierdzają tezę o braku zaplanowanych (w relacji do zamachu) działań informacyjno-psychologicznych. Faza dezorientacji nie została zastąpiona żadną operacją docelową w monitorowanym okresie.
infoops.pl


Być może będąc pod wrażeniem ostatniego filmu „Napoleon”, podobnie jak Napoleon nosi więc polowy mundur wojskowy jedynie ze stopniem podpułkownika wojsk lądowych (Napoleon zakładał mundur pułkownika grenadierów cesarskich), podobnie jak Napoleon podróżuje na poligon z psem (rasy szpic), którego głaszcze w czasie odprawy (szpice to również ulubiona rasa królowej Wiktorii oraz króla Jerzego IV Hanowerskiego) i podobnie jak Napoleon, tonem znawcy wykłada swoje teorie (chociaż w jego przypadku nie poparte żadną wiedzą wojskową).

Do gróźb Łukaszenki wszyscy zaczęli się już w jakiś sposób przyzwyczajać. Białoruski uzurpator straszył już bowiem bronią atomową, III wojną światową, Wagerowcami, uchodźcami, blokadą ekonomiczną, stanem wojennym a nawet prowokacjami amerykańskich i polskich służb specjalnych przeciwko ludności Polski. Jednak teraz te groźby zostały oprawione dodatkowymi elementami, świadczącymi o rzucającej się coraz bardziej w oczy u Łukaszenki manii wielkości.

Kiedy więc zadaje pytanie swoim oficerom, jaka odległość dzieli Białoruś od Obwodu Królewieckiego, a ci mu odpowiadają, że 42 km w linii prostej i około 90 km wzdłuż granicy, to dla niego jest to już żadnym problemem. Tymczasem te 42 km, to nie sieć autostrad, ale stosunkowo mało zaludniony region Polski poprzecinany przeszkodami wodnymi, gęstymi lasami i bardzo rzadką siecią wąskich dróg, po których nie da się bezkarnie przerzucić kolumn wojsk, o czym przekonali się Rosjanie na wschodniej Ukrainie.

defence24.pl

środa, 27 marca 2024



Skąd wiemy, że pojawienie się smartfonów spowodowało zły stan zdrowia psychicznego wśród młodych ludzi, a nie tylko jest z nim skorelowane?

Ponieważ oprócz dowodów korelacyjnych, które są bardzo spójne, istnieją również badania, które pozwalają nam wnioskować o przyczynowości.

Jean Twenge i ja zebraliśmy wszystkie badania w przeglądzie zatytułowanym "Media społecznościowe i zdrowie psychiczne". Mamy 34 badania podłużne, które sugerują efekt przyczynowy. Jest też 21 badań, które nie wykazują żadnego efektu, ale badania, które nie wykazują żadnego efektu, dokonują pomiarów w odstępie dnia lub tygodnia. Kiedy przyjrzymy się badaniom podłużnym, które trwają miesiąc lub dłużej, zdecydowana większość wykazuje przyczynę i efekt.

A to tylko jedna część badań empirycznych. Ważniejszą grupą badań empirycznych są prawdziwe eksperymenty: randomizowane badania kontrolne. W naszym przeglądzie mamy 16 — choć są też inne nowsze — które wykazały efekt i tylko sześć, które go nie wykazały.

Jest jeszcze sześć badań, które wykorzystały naturalne eksperymenty: Kiedy szybki internet pojawia się w jednym regionie Hiszpanii w porównaniu z innym lub w jednym regionie Kolumbii Brytyjskiej w porównaniu z innym, czy obserwujemy wzrost chorób psychicznych wśród nastolatków? Odpowiedź brzmi: tak, we wszystkich sześciu badaniach, a w większości z nich dotyczy to zwłaszcza dziewcząt.

Jak i dlaczego my, jako społeczeństwo, pozwoliliśmy, by problem ten wymknął się spod kontroli?

Ponieważ w 2012 r. mieliśmy zupełnie inne spojrzenie na te technologie. Mój argument jest taki, że w latach 2010-2015 życie nastolatków uległo zmianie.

W 2010 r. prawie każdy miał telefon z klapką. Nie mieli konta na Instagramie, ponieważ został on dopiero wynaleziony w tym samym roku. Nie mieli szybkiej transmisji danych, szybkiego internetu i musieli płacić za korzystanie z internetu. Musieli płacić za każdy SMS. Tak więc 13- lub 14-letni dzieciak w 2010 r. nie był online przez cały dzień.

Ale w ciągu następnych kilku lat Instagram stał się bardzo popularny. Przedni aparat fotograficzny pojawia się [w iPhone'ach] w 2010 r. Więc teraz zdjęcia są o wiele bardziej powszechne. Większość ludzi ma szybki internet, większość ludzi ma nielimitowany pakiet danych. A gry wideo stają się o wiele bardziej wciągające dzięki wieloosobowym grom online, które rozwijają się dzięki szybkiemu internetowi.

Z tych wszystkich powodów, dla nastolatków w 2010 r., [technologia] nie była strasznie szkodliwa. Ale w 2015 r. — już tak. Przynajmniej do takiego wniosku doszedłem, patrząc na czas wzrostu zachorowań na choroby psychiczne w Ameryce i na świecie oraz czas zmian technologicznych.

Dorastając jako członek pokolenia Z często grałem w gry wideo z przyjaciółmi i korzystałem z mediów społecznościowych, by się z nimi komunikować. W jaki sposób możemy upewnić się, że nie poświęcimy bardziej pozytywnych zastosowań ekranów i smartfonów dla dzieci, gdy będziemy się ograniczać?

Cóż, rozróżnijmy między internetem, który jest wspaniały — i nikt nie mówi o trzymaniu dzieci z dala od internetu — a mediami społecznościowymi na smartfonie. Najnowsze dane ośrodka badania opinii publicznej Gallupa pokazują, że amerykańskie nastolatki spędzają pięć godzin dziennie tylko w mediach społecznościowych. Myślę, że bardzo trudno jest znaleźć dowody na korzyści płynące z tak intensywnego korzystania z nich.

Weźmy gry wideo. Chłopcy uwielbiają gry wideo. Prawie wszyscy chłopcy grają w gry wideo. Czy uważasz, że chłopcy ucierpieliby, gdyby ograniczyli się do grania godzinę dziennie w dni powszednie i dwie godziny dziennie w weekendy? Czy byłoby to szkodliwe w porównaniu z powiedzmy trzema lub czterema godzinami dziennie?

Prawdopodobnie zależy to od tego, czy grają z przyjaciółmi, czy nie.

Na początku lat 2010., kiedy dzieci przenosiły swoje życie towarzyskie do sieci, myśleliśmy" "Cóż, OK, nie spędzają ze sobą czasu osobiście, ale czy to nie jest równie dobre? Publikują posty, lajkują swoje posty, komentują je, grają razem w gry. Czy to nie jest równie dobre?". W tamtym czasie nie mieliśmy powodu, by myśleć, że tak nie jest.

Ale teraz wiemy, że odpowiedź brzmi: nie, to nie jest tak samo dobre. Wiemy to, ponieważ kiedy przenoszą swoje życie towarzyskie, tak jak dziewczęta przeniosły je do mediów społecznościowych, a chłopcy przenieśli je do gier wideo, to właśnie wtedy przyspieszyła epidemia samotności. Dziewczęta cierpią na większą depresję i niepokój; chłopcy cierpią na większą samotność i brak przyjaciół.

Na początku 2010 r., który był mniej więcej szczytowym okresem przechodzenia na gry wideo dla wielu graczy, można by się spodziewać fali szczęścia i poczucia, że ma się przyjaciół — teraz masz przecież tych wszystkich przyjaciół na całym świecie — ale okazuje się, że to jak puste kalorie. Gry wideo dały chłopcom ogromne ilości płytkich więzi społecznych i sprawiły, że poczuli się bardziej samotni.

Media społecznościowe dały dziewczętom ogromne ilości płytkich i konkurencyjnych więzi społecznych i sprawiły, że też poczuły się bardziej samotne. Nie sądzę więc, by przejście z życia realnego do wirtualnego przyniosło wiele korzyści. Myślę też, że ograniczenie korzystania z ekranów w gimnazjum o 90 proc. byłoby minimalnym kosztem.

W jaki sposób zwiększona depresja i niepokój wśród młodych ludzi wpływają na ich politykę w kraju?

Zdrowe demokratyczne społeczeństwo wymaga pewnego stopnia wspólnych faktów, pewnego stopnia zaufania do instytucji i pewnego stopnia zaufania do siebie nawzajem. Wszystko to spada z wielu powodów, ale jednym z nich jest rozwój mediów społecznościowych. Społeczna konstrukcja rzeczywistości zamienia się w milion małych fragmentów w mediach społecznościowych.

Kiedy doszło do 11 września, Amerykanie bardzo szybko doszli do wniosku, że zaatakowała nas Al-Kaida. Ale gdyby to wydarzyło się jutro, nie doszlibyśmy do takiego wniosku. Nie jesteśmy już w stanie zgodzić się co do podstawowych faktów na temat tego, co się dzieje lub co się wydarzyło.

Nic z tego nie jest winą pokolenia Z. Dzieje się tak z ludźmi w każdym wieku. Ale jeśli wychowujesz się do świadomości politycznej w podzielonym świecie, w którym nie możesz w nic uwierzyć, gdzie Rosjanie bawią się z nami i próbują sprawić, byśmy uwierzyli, że nie możemy w nic uwierzyć, trudniej będzie stać się żywymi, zaangażowanymi demokratycznymi obywatelami.

Rosną depresja i stany lękowe. Główną cechą pokolenia Z jest nie tyle depresja, ile przede wszystkim niepokój. Jeśli niepokój jest normalnym stanem rzeczy dla pokolenia, będą oni o wiele bardziej wrażliwi i będą uważać, że o wiele więcej wydarzeń jest dla nich groźnych. A jak wiemy z pracy Karen Stenner, kiedy ludzie czują się zagrożeni i kiedy czują, że społeczeństwo się rozpada, wyzwala to "autorytarną dynamikę" — aktywuje autorytaryzm. Populacja, która jest niespokojna, przestraszona i zagrożona, będzie bardziej otwarta na siłacza, na autorytarnego przywódcę, na kogoś, kto obiecuje powstrzymać chaos i powstrzymać zagrożenia.

Dlaczego media społecznościowe powodują większe problemy ze zdrowiem psychicznym dziewcząt niż chłopców, nawet jeśli dziewczęta przewyższają chłopców np. w nauce?

To dwie odrębne kwestie. Uważam, że media społecznościowe szkodzą dziewczętom bardziej, ponieważ oferują przynętę kontaktów społecznych w sposób, który przemawia do dziewcząt, ale następnie dosłownie blokują wysokiej jakości kontakty społeczne. Szkodzą więc dziewczętom bardziej niż chłopcom.

Jeśli chodzi o wyniki w szkole, nie chodzi o to, że dziewczęta radzą sobie tak dobrze, ale o to, że chłopcy wycofują się z prawdziwego świata. Po prostu inwestują mniej czasu i wysiłku we wszystko, co ma znaczenie dla sukcesu w życiu, jak zauważył Richard Reeves w swojej wspaniałej książce "Of Boys and Men". Zamiast tego spędzają coraz więcej czasu na grach wideo i innych cyfrowych rozrywkach.

Cyfrowe życie nie powoduje depresji i niepokoju u chłopców w takim stopniu, jak u dziewcząt, ale powoduje, że porzucają życie, a nie kultywują umiejętności, takich jak flirtowanie, zaloty czy praca. Powoduje to, że porzucają życie w sposób, który zablokuje ich dalszy rozwój.

W książce wzywasz do działania rodziców, nauczycieli, polityków i Dolinę Krzemową. Kto ponosi największą odpowiedzialność za doprowadzenie do ograniczenia dostępu dzieci do smartfonów i mediów społecznościowych?

Rodzice mają tu główny obowiązek i nadzór; problem polega na tym, że rodzice walczą o to i nie są w stanie tego zrobić. Sytuacja wygląda tak, jakbyśmy powiedzieli, że wiek spożywania alkoholu to 21 lat, a obowiązkiem rodziców jest egzekwowanie tego, ponieważ nie można oczekiwać, że bary, kasyna i kluby ze striptizem będą sprawdzać dowody tożsamości. To oczywisty absurd. Rodzice nie mogą tego zrobić, chyba że dosłownie zamkną swoje dzieci i nie wypuszczą ich z domu.

Jeśli dziecko może dostać się do komputera podłączonego do internetu, może otworzyć dowolną liczbę kont Instagram i TikTok i nigdy się o tym nie dowiesz. Rodzice są w niemożliwej sytuacji.

Mamy tę dziwaczną sytuację prawną, w której nie ma żadnych barier wiekowych w internecie, gdzie firmy mogą zasadniczo robić z dziećmi, co chcą — mogą traktować je jak dorosłych — a Kongres USA przyznał im immunitet przed procesami sądowymi. Nasze dzieci jadą na przenośniku taśmowym, a wiele z nich jest niszczonych. Wiele z nich jest krzywdzonych. Wiele z nich odkrywa, że ich dzieciństwo jest teraz zasysane przez kilka platform, głównie TikTok, Instagram i YouTube. I wielu z nich jest wykorzystywanych. Wiele z nich jest narażonych na pornografię. Do wielu z nich docierają starsi mężczyźni, a Kongres powiedział, że nie możemy nic z tym zrobić. To sytuacja nie do utrzymania. Uważam, że to skandal.

Kongres popełnił wielki błąd w 1998 r. z COPPA [czyli ustawą o ochronie prywatności dzieci w internecie], kiedy ustalił minimalny wiek na zbyt niskim poziomie 13 lat [dla stron internetowych zezwalających na gromadzenie danych]. Kongres popełnił ogromny błąd, ustalając go na zbyt niskim poziomie i nie nakazując jego egzekwowania. Kongres napisał prawo w taki sposób, że dopóki Facebook nie wie, że masz mniej niż 13 lat, to wszystko jest w porządku. Tak więc każdy 10-latek może otworzyć konto w dowolnym miejscu, a firma nie ma obowiązku sprawdzania tożsamości ani wyrzucania go, gdy się o tym dowie.

Kongres pomógł rozkręcić internet, przyznając branży ochronę przed pozwami sądowymi opartymi na treści postów innych osób. Ale w jakiś sposób przekształciło się to w stwierdzenie, że platformy mogą robić z dziećmi, co tylko chcą. Mogą dodawać tyle uzależniających funkcji, ile chcą, mogą robić rzeczy, o których wiedzą, że szkodzą zdrowiu psychicznemu, i to jest OK. Nikt nie może ich dotknąć. Taka jest sytuacja i to musi się zmienić.

Dlaczego popierasz ustawę przechodzącą przez Kongres, która wymusza sprzedaż TikTok lub zakazuje tej aplikacji, jeśli sprzedaż nie nastąpi? Czy jesteś zaskoczony, że Kongres posunął się tak daleko, biorąc pod uwagę niezdolność polityków do regulowania mediów społecznościowych?

Tak, jestem podekscytowany. W dużej mierze straciłem nadzieję na Kongres USA. Spowodował on problem, a następnie się z niego wycofał. Jestem więc podekscytowany, bo ta ustawa ma sens. Nie jestem zwolennikiem delegalizacji firm. Ale jestem przerażony, że najbardziej wpływową platformą dla amerykańskich dzieci jest firma, która jest prawnie zobowiązana do robienia tego, czego chce Komunistyczna Partia Chin. Tak dosłownie mówi chińskie prawo. Ani przez chwilę nie wierzę w żadną obietnicę, że firma jest niezależna.

Sytuacja, w której nasz największy geopolityczny rywal ma nie tylko dostęp, ale także możliwość kierowania działaniami platformy mającej największy wpływ na nasze dzieci, jest całkowicie nie do utrzymania.

Co ograniczasz, a na co pozwalasz swoim dzieciom?

W gimnazjum miałem twardą zasadę przeciwko mediom społecznościowym. W liceum są to ciągłe negocjacje.

Która z aplikacji społecznościowych jest najbardziej niebezpieczna dla młodych ludzi? Czy jest to Instagram, TikTok, coś innego?

Myślę, że Instagram wyrządził najwięcej szkód przez pierwsze osiem lat tej nowej ery. Od 2012 do 2020 r., kiedy obserwujemy ogromny wzrost [chorób psychicznych] u dziewcząt, to Instagram jest tą platformą, która najbardziej przyczyniła się do tej sytuacji.

Jednak teraz widzę, że TikTok jest znacznie potężniejszy niż cokolwiek innego. TikTok jest w stanie trenować zachowanie użytkownika w sposób, w jaki treser psów trenuje psa za pomocą drobnych nagród za drobne działania. W rozmowach z moimi studentami odkrywam, że krótkie filmy wideo, takie jak TikTok, są najbardziej uzależniające, najbardziej narkotyczne. Wprowadzają w stan zahipnotyzowania, podobnie jak uzależnienie od automatów do gier. TikTok to platforma, o której sami młodzi ludzie mówią, że chcieliby, by nie istniała.

Biorąc pod uwagę, ile czasu pochłania, biorąc pod uwagę, że nie daje żadnych korzyści ludziom, którzy go używają, którzy postrzegają go jako negatywny czynnik netto w ich życiu, myślę, że TikTok jest prawdopodobnie najgorszym produktem konsumenckim, jaki kiedykolwiek wynaleziono.

Ile godzin dziennie spędzasz korzystając z telefonu czy komputera? A ile z nich spędzasz w mediach społecznościowych? Czy próbowałeś się ograniczyć?

Ponieważ jestem profesorem i naukowcem, prawie zawsze korzystam z jednego z moich trzech komputerów. Tak naprawdę nie używam aplikacji na telefonie, używam go do wykonywania połączeń telefonicznych i jako latarki. Używam go też do oglądania map, i czasem do Ubera, ale nigdy, przenigdy nie sprawdzam mediów społecznościowych na moim telefonie. Nie lubię na nim pisać. Nie lubię go używać.

Prawdopodobnie spędzam około godziny tygodniowo na Twitterze i to wszystko. Bywało, że poświęcałem na to godzinę dziennie, ale w końcu zdałem sobie sprawę, że nie mam tyle czasu. Potrzebuję tego czasu na badania i pisanie. Ograniczyłem się więc, ale zdarzało się, że poświęcałem na to godzinę dziennie i widziałem, że źle wpływało to na moje zdrowie psychiczne. Zauważyłem, że stałem się przez to bardziej niespokojny, bardziej skupiony na tym, co ludzie o mnie mówią. Przez kilka lat byłem średnio zaawansowanym użytkownikiem Twittera. Wyciągnąłem z tego wnioski. To jest dla mnie naprawdę złe.

Inną rzeczą, którą chciałbym powiedzieć, jest to, że jako psycholog społeczny obserwowałem, jak nasze społeczeństwo oszalało od początku 2010 r., a zaczęło się to, zanim Donald Trump został prezydentem. Wierzę, że to pozwoliło Donaldowi Trumpowi zostać prezydentem. Badałem, w jaki sposób transformacja naszych sieci komunikacyjnych i informacyjnych oraz sieci osobistych i społecznościowych utrudniła dobre funkcjonowanie demokracjom i ułatwiła dobre funkcjonowanie krajom autorytarnym.

Jestem więc bardzo zaniepokojony przeniesieniem tak dużej części życia na platformy mediów społecznościowych — bardzo zaniepokojony tym, co zrobiło to w szczególności z amerykańską demokracją i młodymi ludźmi na całym Zachodzie.

onet.pl

wtorek, 26 marca 2024


Sekretarz rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew powiedział, że Ukraina stoi za atakiem terrorystycznym na Crocus City Hall. Z kolei szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) Aleksander Bortnikow stwierdził, że atak terrorystyczny „był potrzebny zachodnim służbom specjalnym i Ukrainie, aby wstrząsnąć sytuacją” w Rosji.

– Oczywiście, że Ukraina – powiedział Nikołaj Patruszew, zapytany przez dziennikarza, kto ponosi winę za atak – ISIS czy Ukraina.

Zapytany przez kremlowskiego korespondenta Pawła Zarubina, co wskazuje na udział Ukrainy w ataku, Patruszew odparł „wiele”.

– Wiele na to wskazuje. To… Teraz Komitet Śledczy przeanalizuje wszystko i pojawi się informacja. Służby specjalne, organy ścigania mają to wszystko. Oni nam o tym powiedzą – stwierdził.

Dyrektor FSB Aleksander Bortnikow stwierdził z kolei, że atak terrorystyczny na Crocus City Hall został przygotowany przez „islamistów”, którym „pomagały ukraińskie służby specjalne”. Jednocześnie, według niego, zleceniodawca „nie został jeszcze zidentyfikowany”.

– Bandyci zamierzali wyjechać za granicę, konkretnie na terytorium Ukrainy. Według naszych wstępnych informacji operacyjnych czekali tam na nich. Przygotowywali (dla nich) okienko. Teraz te informacje są w dalszym ciągu wyjaśniane. (…) Chcieli być witani jako bohaterowie po drugiej stronie – powiedział.

Bortnikow powiedział również, że Ukraina „szkoliła bojowników na Bliskim Wschodzie”, a Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy „należy uznać za organizację terrorystyczną”. Nazwał również USA i Wielką Brytanię „odpowiedzialnymi za atak terrorystyczny”. Jak później dodał, kraje te powinny zostać uznane za „organizacje terrorystyczne”.

– Atak terrorystyczny był potrzebny zachodnim służbom specjalnym i Ukrainie, aby wstrząsnąć sytuacją i wywołać panikę w Rosji – powiedział, dodając, że szef ukraińskiego wywiadu wojskowego generał Kyryło Budanow stanowi „uzasadniony cel dla rosyjskiej armii”.

belsat.eu


W dniach 19–26 marca nie doszło do znaczących zmian w położeniu obu armii. Główna arena walk to obszar położony na zachód od Awdijiwki wzdłuż linii Berdyczi–Orliwka–Toneńke–Perwomajśke, a także okolice Marjinki. Rosjanie koncentrują tam swoje wysiłki na froncie o długości ok. 50 km, intensywnie wykorzystując przy tym lotnictwo bombardujące. Bomby kierowane (przeważnie 250 i 500 kg) są największym atutem agresora i przyczyniają się do powolnego wypierania Ukraińców z zajmowanych przez nich pozycji. Rosjanie atakują też pod Czasiw Jarem oraz na wschód od linii wsi Terny–Jampoliwka–Torśke, lecz bez większych rezultatów. Zelżał natomiast ich nacisk w pobliżu Kupiańska, gdzie trwające od lata ubiegłego roku próby podejścia do tego miasta nie przyniosły żadnych istotnych efektów.

W skali całego frontu liczącego ok. 800 km długości (bez granicy państwowej) Rosjanie aktualnie są w stanie prowadzić działania zaczepne ze zmienną intensywnością na kilku odcinkach, łącznie nieprzekraczających 100 km. Przeprowadzenie operacji ofensywnej na szerszą skalę wymagałoby od nich koncentracji znacznie większej ilości sił i środków, w tym zaangażowania odwodów strategicznych, które na razie nie są gotowe do walki.

W ciągu ostatniego tygodnia Rosjanie przeprowadzili serię zmasowanych ataków powietrznych na Ukrainę. Pod względem liczby użytych rakiet i dronów były to najsilniejsze uderzenia od prawie trzech miesięcy. Największe z nich odbyło się w nocy z 21 na 22 marca, kiedy agresor użył 63 dronów Shahed 136/131 oraz 88 pocisków manewrujących i balistycznych różnych typów (w tym 12 Iskander-M, siedem kindżałów oraz pięć Ch-22). Obrońcom udało się zestrzelić 55 dronów i zaledwie 37 rakiet. Atak był dobrze zaplanowany, a dzięki swojej masowości i zastosowaniu zróżnicowanych środków uderzeniowych przyczynił się do znacznego przełamania systemu obrony powietrznej oraz zadania dużych strat ukraińskiej infrastrukturze energetycznej. Trafione zostały obiekty położone m.in. w Charkowie, Zaporożu i Dnieprze oraz w obwodach sumskim, połtawskim, dniepropetrowskim, chmielnickim, winnickim, iwanofrankiwskim i lwowskim.

Osiem rakiet zniszczyło urządzenia Dnieprzańskiej Elektrowni Wodnej w Zaporożu, co doprowadziło do trwałego wstrzymania produkcji energii elektrycznej. Według prezesa spółki Ukrhidroenerho Ihora Syroty zaporze wodnej nie grozi zniszczenie, jednak odbudowa elektrowni wymaga paru lat pracy ze względu na konieczność wyprodukowania na zamówienie specjalistycznej instalacji. W wielu rejonach Ukrainy doszło do przerw w dostawach prądu, trwających przeważnie od kilku do kilkunastu godzin.

Najgorsza sytuacja ma miejsce w Charkowie, gdzie od kilku miesięcy infrastruktura energetyczna poddawana jest regularnym atakom rakietowym. Wskutek zniszczenia elektrociepłowni miasto zostało odcięte od głównego źródła energii elektrycznej i ogrzewania. Ucierpiały również przemysł i górnictwo w obwodach zaporoskim, dniepropetrowskim i donieckim. Dla ustabilizowania systemu energetycznego Ukraina zmuszona została do importu prądu z sieci Polski, Słowacji i Rumunii w trybie awaryjnym. Według szefa Państwowej Agencji Odbudowy Ukrainy Mustafy Najema część obiektów infrastruktury energetycznej udało się uchronić przed zniszczeniem dzięki systemowi zabezpieczeń, wybudowanemu z uwzględnieniem doświadczeń ataków powietrznych z zimy 2022/2023 r.

Rosyjskie uderzenia powietrzne miały miejsce także 21, 23, 24 i 25 marca, przy czym w tych dniach ukraińska obrona powietrzna wykazała się dość dużą skutecznością – zestrzeliła większość dronów i rakiet. Część z nich osiągnęła jednak cele, wśród których były obiekty infrastruktury energetycznej m.in. w Odessie. 24 marca – prawdopodobnie z wykorzystaniem rakiet Kindżał – trafione zostały urządzenia obsługujące podziemne magazyny gazu (najprawdopodobniej największy tego typu zbiornik na Ukrainie i w Europie, położony w pobliżu Stryja w obwodzie lwowskim). Według prezesa Naftohazu Ołeksija Czernyszowa w wyniku ataku uszkodzona została jedynie część infrastruktury naziemnej, co nie wpłynie w znaczący sposób na funkcjonowanie rynku gazu na Ukrainie. Zbiornik znajduje się głęboko pod ziemią i w związku z tym jest stosunkowo odporny na uderzenia rakietowe. To pierwszy tego typu atak w czasie wojny – dotychczas Rosjanie oszczędzali infrastrukturę transportu i przechowywania gazu.

W nocy z 23 na 24 marca Ukraińcy przeprowadzili uderzenie powietrzne na Sewastopol z użyciem pocisków manewrujących Storm Shadow/SCALP i Neptun oraz dronów. Trafione miały zostać punkt dowodzenia Floty Czarnomorskiej oraz znajdujące się w stoczni remontowej okręty desantowe „Jamał”, „Azow” i „Kostiantyn Olszanśkyj” (ten ostatni to były okręt ukraińskiej Marynarki Wojennej, przejęty przez Rosjan na Krymie w 2014 r.). Jak dotąd nie ma wiarygodnych informacji o skali rosyjskich strat i stopniu uszkodzenia okrętów. W nocy z 24 na 25 marca ukraińskie drony zaatakowały elektrownię w Nowoczerkasku (obwód rostowski FR), co doprowadziło do pożaru i wstrzymania pracy części bloków.

osw.waw.pl


— Atak w Moskwie to pośredni dowód na to, że ludzie na Kremlu zdają sobie sprawę, że wojna idzie słabo i powoli. I co więcej, zdają sobie sprawę, że ta prawda zaczyna dochodzić do większości rosyjskiego społeczeństwa — uważa.

Eggert jest zdania, że jeszcze do niedawna "większość rosyjskiego społeczeństwa próbowała izolować się od tego, co dzieje się Ukrainie". — Patrząc na raporty niezależnych, prawdziwych mediów w Rosji widać, że w ostatnim roku do tej części społeczeństwa rosyjskiego, które popierało Putina, zaczęła przebijać się prawda, że ta wojna jest krwawa, nie ma końca i nie wynika z niej nic dobrego — mówi.

— Raporty rosyjskich mediów pokazują też, że Putinowi zaczyna brakować więźniów, których może zwerbować na front. Praktycznie wszyscy, którzy chcieli być ochotnikami w tej wojnie i walczyć w Ukrainie dla pieniędzy, albo są już na froncie, albo są ranni, albo martwi. W Rosji zostali więc ci ludzie, których Putin wcześniej nie zdołał skusić pieniędzmi za udział w wojnie — dopowiada.

Zdaniem rosyjskiego dziennikarza Putin albo musi cały czas mocno podnosić pensje żołnierzy, albo musi liczyć się z wizją, że zabraknie mu wolontariuszy — uważa.

Eggert wskazuje też na ostatnie, jak mówi, "tak zwane wybory prezydenckie w Rosji". — Nie jestem optymistą, co do możliwości rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego, albo tych resztek, które z niego zostały. Ci ludzie nie mogą zrobić niczego poważnego Putinowi. Ale "wybory prezydenckie" pokazały Kremlowi, że w dużych miastach jest dużo nastawionych antyreżimowo ludzi i władza zaczęła się tym martwić.

Eggert nie ma wątpliwości, że atak w Moskwie jest dowodem na to, że sprawy dla rosyjskiego reżimu nie idą dobrze. — Sytuacja na froncie nie jest dobra dla Ukrainy, ale również nie jest dobra dla Rosji. Dowódcy Putina nie są w stanie zaprezentować wielkiego przełomu, wzięcie Awdijiwki to był mały sukces.

Mojego rosyjskiego kolegę proszę o komentarz do jeszcze jednej kwestii. Obrazki z rosyjskiego sądu, gdzie doprowadzono pobitych i zmaltretowanych podejrzanych o atak w Moskwie, zszokowały wielu. Wiele osób nie jest zaskoczonych samą brutalnością rosyjskich służb, ale tym, że putinowski reżim już się całkowicie z tym nie kryje.

Eggert uważa, że rosyjska władza miała tutaj konkretny cel. Chciała dotrzeć do dwóch grup w Rosji. — Pierwsza to taka, co mówią, świetnie, ci islamiści powinni zostać zabici, żadnych procesów dla wrogów Rosji, dla wszystkich egzekucja na Placu Czerwonym przed telewizyjnymi kamerami. Druga — to ludzie, którzy patrzą na skalę brutalności służb i myślą, jeśli oni są w stanie zrobić to innym, to są w stanie zrobić to także nam. Będziemy więc trzymać głowy nisko.

Dla rosyjskiego dziennikarza taki pokaz brutalności rosyjskich służb to dowód na to, że "system Putina mocno się degraduje". — Po ataku w Moskwie każdy, kto nosi epolety, FSB, policja, oni wiedzą, że mogą robić, co chcą. To pokazuje fasadowość rosyjskiego systemu. Sądy są fasadą. Policja nie ochrania obywateli. Prezydent nie jest prezydentem, tylko capo mafijnej grupy, która posiada nuklearną broń — mówi.

— Słuchaj, nie można już dłużej porównywać reżimu Putina do reżimu Franco czy Salazara. Mamy teraz do czynienia z dyktaturą w stylu krajów z Trzeciego Świata z XX w. — przekonuje.

onet.pl