środa, 20 marca 2024



14 marca Bundestag po raz kolejny odrzucił wniosek frakcji CDU/CSU o wyrażenie zgody na dostawy pocisków manewrujących dalekiego zasięgu Taurus dla Kijowa. W trakcie dyskusji na ten temat przewodniczący klubu parlamentarnego SPD Rolf Mützenich skrytykował inicjatywę opozycji i wysunął propozycję debaty o „zamrożeniu i zakończeniu” wojny na Ukrainie. Wypowiedź została negatywnie oceniona zarówno przez chadeków, jak i partie koalicji, których przedstawiciele zarzucili SPD podważanie wiarygodności RFN jako kluczowego sojusznika Kijowa oraz zachęcanie Rosji do kontynuowania inwazji.

W odpowiedzi Mützenich oskarżył oponentów o wyrwanie zdań z kontekstu oraz zadeklarował jednoznaczne poparcie dla suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy w jej granicach sprzed 2014 r. Dodał przy tym, że jedynie Kijów może podjąć decyzję o zawieszeniu broni i zamrożeniu konfliktu. Taką linię interpretacji jego słów przyjmują obecnie pozostali politycy SPD, w tym współprzewodniczący Lars Klingbeil, który jednocześnie podkreślił zasadność rozmów o sposobach zakończenia wojny.

Komentarz

Wystąpienie Mützenicha jest precedensem w dyskusji o wojnie na Ukrainie – po raz pierwszy polityk wysokiego szczebla partii rządzącej wskazał zamrożenie konfliktu jako etap jego zakończenia. Przekaz ten zaczyna stopniowo dominować w narracji SPD – podkreśla się status RFN jako głównego europejskiego donatora pomocy wojskowej i otwarcie wyraża rozczarowanie skalą wsparcia udzielanego przez inne państwa. Jednocześnie stronnicy Mützenicha z lewicowego skrzydła SPD (a we frakcji stanowią oni większość), odwołując się do tradycji Ostpolitik, krytykują koncentrację na pomocy militarnej jako narzędziu zakończenia wojny. W tym przekazie wybrzmiewa wezwanie do podjęcia działań dyplomatycznych, gdyż dalsze zwiększanie wsparcia wojskowego jednoznacznie wiąże się z jej przedłużaniem i ryzykiem eskalacji, a także – niechęcią do jej zakończenia. Prominentnym oponentem takiego stanowiska jest socjaldemokratyczny minister obrony Boris Pistorius – najpopularniejszy aktualnie polityk w kraju, wprost mówiący o potrzebie zwycięstwa Ukrainy. W obliczu zbliżających się wyborów – wiosennych do Parlamentu Europejskiego i jesiennych w trzech wschodnich krajach związkowych – niechętne pseudopacyfistycznemu kursowi ugrupowania głosy innych deputowanych SPD, takich jak Michael Roth czy Nils Schmid, będą jednak jeszcze bardziej marginalizowane. W grudniu ubiegłego roku Rotha nie wybrano ponownie do zarządu partii, w którym zasiadał nieprzerwanie od 2017 r.

Stałe uwypuklanie takiej narracji wynika z wewnątrzpolitycznych kalkulacji i służy przede wszystkim poprawie niskich (15%) notowań przed wyborami. SPD kreuje się na odpowiedzialną partię pokoju, dbającą o bezpieczeństwo Niemiec w przeciwieństwie do pozostałych sił, a zwłaszcza CDU/CSU, prezentowanych niemal jako podżegacze wojenni. Celem jest zarówno przedstawienie w dobrym świetle sprzeciwu kanclerza Olafa Scholza wobec wysyłania taurusów na Ukrainę oraz zniwelowanie wrażenia jego politycznej izolacji, jak i zmobilizowanie własnych wyborców oraz pozyskanie elektoratu niechętnego militarnemu wspieraniu Kijowa. Prorosyjska i budująca kampanię na antyukraińskich hasłach AfD przoduje we wszystkich landach wschodnich, uzyskując powyżej 30% poparcia. Socjaldemokraci mogą liczyć na 6–7% głosów w Saksonii i Turyngii oraz 17% w Brandenburgii. Przekazaniu taurusów sprzeciwia się 61% badanych Niemców, w tym 58% sympatyków SPD oraz 84% zwolenników AfD i 85% popierających BSW Sahry Wagenknecht.

Pomoc dla Ukrainy, m.in. dla uchodźców z tego kraju, wywołuje coraz więcej sporów w koalicji rządzącej. Zieloni i FDP popierają zwiększenie dostaw broni dla Kijowa, oskarżając kanclerza o odejście od założeń Zeitenwende. Wprawdzie oba ugrupowania zachowują dyscyplinę koalicyjną w trakcie głosowań w Bundestagu i odrzucają kolejne wnioski chadeków o przekazanie Ukrainie taurusów, lecz ich przedstawiciele otwarcie opowiadają się za wysłaniem pocisków. Wraz z intensyfikacją kampanii przed wyborami do PE i w landach wschodnich napięcia wewnątrz koalicji będą rosły, usztywniając stanowisko Scholza w sprawie pomocy. Zarazem mało prawdopodobne wydaje się, aby na tym tle doszło do rozpadu koalicji – nie opłaca się to bowiem żadnej z partii ją tworzących.

osw.waw.pl


Na jednym z moskiewskich mostów z okazji Dnia Rosji w 2023 roku pojawiła się praca streetartowca Filipa Kozłowa, znanego jako Philippezno. Przedstawia rosyjski herb, czyli dwugłowego orła, pod którym artysta umieścił czarny napis: IZROSSILOVANIE. Ten neologizm gra na skojarzeniu słowa „Rosja” ze słowem oznaczającym gwałt (po rosyjsku Россия i изнасилование), co po polsku mogłoby brzmieć jako „zrosjenie”. I właśnie to odbyło się w Rosji w ostatni weekend zamiast wyborów.

Zrosjenie procesu wyborczego trwa od lat i wypracowało przez ten czas pewien schemat. Pierwszym elementem jest czas – gwałt musi trwać długo. Centralna Komisja Wyborcza Federacji Rosyjskiej pod koniec ubiegłego roku ogłosiła, że wybory prezydenckie zostaną przeprowadzone w ciągu trzech dni – od 15 do 17 marca 2024 roku. Nazywane jest to wielodniowym głosowaniem, stosuje się je w Rosji od 2020 roku. Rozciągnięte w czasie głosowanie to tryb wyborczy służący konsolidacji autorytarnego reżimu Putina, który wykorzystał pandemię do dopracowania maszyny fałszerstw. Według rosyjskiej CKW w kraju wciąż panuje pandemia COVID-19 i stąd zastosowanie tego trybu. Dzięki wydłużeniu czasu mało zwrotny system administracji reżimu nie musi fałszować wyborów na łapu-capu. Jest to szczególnie ważne w regionach, gdzie kontrola aparatu państwa jest utrudniona, na przykład w okupowanych częściach obwodów donieckiego, ługańskiego, zaporoskiego i chersońskiego Ukrainy albo na terenach przyfrontowych Federacji. Dlatego tam zastosowano jeszcze bardziej wydłużony tryb głosowania przedterminowego, który zaczął się aż tydzień wcześniej. Faktycznie sprowadza się on do kolędowania członków komisji wyborczych z urną wraz z obstawą wojskową po domach i mieszkaniach opustoszałych miast i wsi. W ten sposób sytem uzasadnia absurdalne wyniki, które wbrew logice dowodzą, że im teren jest bardziej narażony na działania wojenne, tym naród chętniej głosuje na Putina. Tak na przykład w stale ostrzeliwanym rejonie szebiekińskim obwodu biełgorodzkiego już w sobotę frekwencja wynosiła ponad 80 proc. Im dłuższy czas, tym większa samokontrola gwałcącego systemu.

Drugim elementem schematu zrosjenia jest dewiacyjna procedura. Najlepszym przykładem jest upowszechnianie się praktyki ZGE (ros. ДЭГ), czyli zdalnego głosowania elektronicznego. System putinowski lokuje w nim ogromne nadzieje na przyszłość, stąd duże inwestycje w jego promocję. Zaraz po starcie wyborów Kreml opublikował krótki filmik z samym Putinem głosującym zdalnie. Widzimy, jak Putin wchodzi do pokoju, siada za biurkiem, na którym stoi ekran komputera, sięga po myszkę, klika raz, zwraca się do kamery i mechanicznie macha do widza łapką. Głos oddany! Rosyjski internet natychmiast zalały prześmiewcze memy i komentarze, że przecież procedura zdalnego głosowania zakłada kilkustopniową weryfikację danych i nie da się zagłosować jednym kliknięciem. Komentatorzy najwyraźniej zapomnieli, że w ZGE nie chodzi o oddanie głosu czy jego nieoddanie. Ta procedura służy za libretto w konstrukcji całych wyborów. Innymi słowy, publikując wyniki zdalnego głosowania, które dzięki mechanizacji liczenia mają jakoby spływać jako pierwsze, można streścić obywatelom przyszły wynik końcowy, niejako przygotować mentalnie do skali triumfu Putina. W tym roku system poszedł na całość. Czarna skrzynka moskiewskiego zdalnego głosowania zaraz po jego zakończeniu wypluła następujący wynik: w elektronicznych wyborach wzięło udział rekordowe 94 proc. zarejestrowanych wyborców, z których 89 proc. oddało swój głos na Putina. Czytając te statystyki, uzyskujemy natychmiastowy wgląd w skalę zrosjenia tegorocznych wyborów.

W sytuacji totalnej kontroli wyborów opozycja polityczna miała szczególnie trudne zdanie. Podzielone środowiska wypchniętych na emigrację polityków długo prowadziły dyskusje o najlepszej strategii. Z pomocą opozycji przyszedł Kreml, wystawiając Borysa Nadieżdina w roli opozycyjnego kandydata, który krytykuje wojnę i w ogóle kurs obecnego prezydenta. O dziwo, kontrolowany przez Kreml Nadieżdin skupił na sobie uwagę przeciwników Putina, którzy w pewnym momencie zaczęli masowo oddawać swój głos na jego kandydaturę. Wyniknęła absurdalna sytuacja, w której politycy emigracyjni na wyścigi zachęcali do głosowania na kontrolowanego przez Kreml kandydata, bo inaczej sami pozostaliby na marginesie polityki w Rosji. Ale nie zauważyli w czas, że w ten sposób Kreml nie tylko przejął kontrolę nad przestrzenią polityczną wewnątrz kraju, lecz także zdefiniował pole na emigracji, jednocześnie je wykoślawiając. W tych wypaczonych realiach poszukiwany przez prokuraturę opozycyjny polityk Maksim Kac zachęcał gorąco do głosowania na Nadieżdina, wiedząc przy tym, że jest to marionetka wystawiona przez Kreml, który chce go, Kaca, widzieć za kratami. Mimo że Nadieżdin jako jedyny kandydat był w stanie pokazać kadry wielogodzinnych kolejek ludzi zdeterminowanych, by oddać swój głos na niego, CKW nie zarejestrowała jego kandydatury. Opozycja mogła jeszcze desperacko twierdzić, że przynajmniej wyborcy się zobaczyli i że nie są sami w swoim sprzeciwie wobec Putina, ale faktycznie cała para poszła w gwizdek, opozycji nie przybyło poparcia, a aparat represji dostał od sztabu Nadieżdina listy z imionami, nazwiskami i adresami przeciwników Putina. A potem reżim zabił Aleksieja Nawalnego i sytuacja opozycji stała się beznadziejna.

Po pogrzebie Aleksieja Nawalnego, który stał się okazją do demonstracji, opozycja postanowiła kontynuować tę strategię w formie protestu „W południe przeciwko Putinowi”. Chodziło o to, by wyborcy stawili się masowo w samo południe w komisjach wyborczych, manifestując swój sprzeciw sobie nawzajem, ale też – za pośrednictwem mediów – światu. Znowu chodziło więc o widoczność, zajęcie miejsca w przestrzeni fizycznej miast i wsi. Można powiedzieć, że się udało, bo w niedzielę wyborczą po godzinie 12 świat obiegły obrazy długich protestacyjnych kolejek przed lokalami wyborczymi w Moskwie, Petersburgu i w wielu stolicach Europy i Azji. W Berlinie na przykład przed ambasadą Federacji Rosyjskiej w kolejce stała Julia Nawalna, wdowa po Aleksieju. Wraz z nią stał Michaił Chodorkowski, a ludzie chętnie się z nimi fotografowali.

Obrazek w opozycyjnych kanałach mediów społecznościowych jest optymistyczny. Ludzie stoją gęsiego kwartał za kwartałem, manifestując swój sprzeciw wobec Putina. Ale pamiętamy, że pole polityczne w Rosji definiuje Kreml, a Kreml od tygodni grał na zwiększenie frekwencji w tych wyborach. Reklamy w telewizji i internecie, sławni ludzie zachęcający do głosowania, groźby przełożonych w stosunku do ludzi pracujących w budżetówce, loterie fantowe, koncerty i nagrody w komisach wyborczych w dni głosowania – to wszystko miało napędzić wyborców przed kamery telewizji. Okazuje się więc, że Kreml i opozycja grała o te same kadry, ale opozycja nie zdała sobie sprawy z ważnej rzeczy. Od dawna wiemy, że nieważne jest, na kogo się głosuje, ważne jest to, kto liczy głosy. Tak samo nieważne jest to, kto i dlaczego stoi w kadrze, ale to, kto ten kadr podpisuje, kto jest paskowym. Po akcji „W południe przeciwko Putinowi” w propagandowych serwisach pojawiły się te same kadry, co w opozycyjnych kanałach, lecz okraszone suchą informacją, że np. w Berlinie przed konsulatem stoi bardzo długa kolejka obywateli chcących oddać głos w rosyjskich wyborach. Ełła Panfiłowa, przewodnicząca CKW: „chcę podziękować Zachodowi, że nas zjednoczył. W większym stopniu zrozumieliśmy, jak ważne jest, aby teraz być razem, wiadomo, im większa jest na nas presja, tym bardziej się bronimy”. W okienku telewizora lub smartfona prostego Rosjanina południe przeciwko Putinowi zmieniło się w trzydniówkę za Putinem w Berlinie, Rzymie i Wilnie, w towarzystwie stojących w wielogodzinnych kolejkach Rosjan, żeby zagrać na nosie Ameryce i Unii Europejskiej.

Rozpatrując to, komu udaje się lepiej kontrolować przekaz tegorocznych wyborów, opozycji czy Kremlowi, dyskusja o nich w kontekście efektywności politycznej może wydawać się przedmiotowa. Ale to tylko złudzenie. W miniony weekend nie odbyły się bowiem żadne wybory. I nie chodzi mi tylko o ich zrosjenie, o to, że nie było w nich realnej konkurencji, główny kontrkandydat został zamordowany w więzieniu, a wyniki są oszukane. Tak więc w weekend nie odbyła się żadna procedura wyborcza, nawet w formie parodii czy zwyrodnienia, bo nie chodziło w niej o żadną wyborczą legitymizację. Za to zostały przeprowadzone jak najbardziej poważne, wysoce zorganizowane, skrupulatne i dyscyplinujące działania systemu totalizującej się władzy. Trzydniowa procedura to stress test piramidy zarządzania totalitarnym systemem, który ujawnia słabe ogniwa, wskazuje na niedostatki procedury, pozwala ocenić efektywność reakcji w sytuacjach kryzysowych poszczególnych jego składowych. Ważne, że jest to procedura całościowa i jednocześnie samodiagnoza, aż po najmniejsze kapilary władzy na poziomie objazdowej komisji wyborczej w Baszkirii, pędzącej przez zaspy z urną do pustelnika, który żyje w samotni od 50 lat, ale w tych wyborach oddał głos na Putina.

Chwilę po północy polskiego czasu agencje informacyjne zacytowały słowa Putina, podsumowującego w swoim sztabie trzydniówkę: „myślę, że w naszym zwykłym, wewnętrznym życiu politycznym wszystko pozostanie mniej więcej takie samo, jak było”. (...)

new.org.pl

wtorek, 19 marca 2024



Jarosław Kociszewski: Czy waszym zdaniem społeczeństwo niemieckie przyjmuje do wiadomości, rozumie, jak skorumpowane zostało to środowisko?

Markus Wehner: W 2016 roku opublikowałem książkę „Nowa zimna wojna Putina”. Nie odniosła ona dużego sukcesu, ponieważ niemiecka opinia publiczna nie oczekiwała takiej książki, chociaż było już po aneksji Krymu i ofensywie rosyjskiej w Donbasie. Jednak teraz, po inwazji na pełną skalę, pojawiło się takie zapotrzebowanie w społeczeństwie niemieckim. Padają pytania, jak mogliśmy do tego dopuścić. Jak mogliśmy być tak ślepi? Jak mogliśmy sobie pozwolić na tak ogromne uzależnienie od państwa, które jest dyktaturą? Tak więc wszystkie te pytania pojawiły się dopiero po rozpoczęciu wielkiej wojny przeciwko Ukrainie.

RB: Ciekawe, że gdy rozmawiamy z dziennikarzami z zagranicy, używają, tak jak ty, słowa „korupcja”. Do dziś nie pada ono w Niemczech i myślę, że wielu socjaldemokratów, nawet dzisiaj, powiedziałoby: o jakiej korupcji mówisz?

JK: Z jednej strony, możemy mówić o korupcji jako o pewnym rozkładzie, lecz równocześnie w demokratycznym państwie prawa natychmiast należy zadać pytanie o odpowiedzialność prawną czy chociażby społeczno-polityczną.

MW: Jeszcze tego nie widzimy. Żaden polityk w Niemczech nie ustąpił z powodu prowadzonej przez siebie polityki wobec Rosji. Jednak nasi czytelnicy bardzo często mówią, że nie spodziewali się, że coś takiego może się wydarzyć w Niemczech. Przyznają się do utraty wiary w nasz system. Myślę więc, że wielu czytelników zmieniło spojrzenie na niemiecką politykę, a wynika to z dostrzeżenia korupcji w szerszym znaczeniu tego słowa.

JK: Skoro następuje zmiana perspektywy w społeczeństwie, to trzeba też zapytać o zmianę podejścia klasy politycznej. Czy ta deklarowana zmiana obejmująca odcięcie się od Rosji i wsparcie dla Ukrainy jest autentyczna?

RB: Oczywiście, że jest zmiana, ale problemem jest znaczenie słowa „autentyczna”. Mamy do czynienia z poważną zmianą polityki bezpieczeństwa, a także podejścia do dostarczania broni Ukrainie. Mamy też zmianę w polityce energetycznej. To wszystko jest niezaprzeczalne. Pytanie jednak brzmi, czy nadal istnieje dwuznaczność wobec Rosji, a ja powiedziałbym, że tak.

(...)

MW: Oczywiście, że widzimy prawdziwą zmianę. W tym roku wydaliśmy 2 proc. naszego PKB na obronność. Stało się tak pierwszy raz od 10 lat, czyli od szczytu NATO w Walii, gdzie niemiecki rząd zobowiązał się do osiągnięcia tego celu. Dostarczamy też więcej broni do Ukrainy niż Wielka Brytania, Włochy czy Hiszpania.

Dostrzegam, że niektórzy politycy lewicy, zwłaszcza socjaldemokraci, dokonują tej zmiany, ponieważ zostali do tego zmuszeni. Warto pamiętać, że nie tylko mamy długą tradycję dobrych stosunków z Rosją, lecz także jesteśmy krajem pacyfistycznym. W ciekawym położeniu znaleźli się Zieloni, którzy od dawna mieli jasne [negatywne] podejście do reżimu rosyjskiego i wspierali Ukrainę. Jednak równocześnie, od zarania, są częścią ruchu pokojowego. Są pacyfistami. Muszą więc również tutaj zmienić swoje nastawienie. To są długie i bolesne procesy dla niemieckiego społeczeństwa. Widzimy też, że na obrzeżach naszej sceny politycznej, na skrajnej lewicy i prawicy, działają partie prorosyjskie, Die Linke i AfD, które są bardzo silne, zwłaszcza we wschodnich Niemczech.

RB: Mówi się, że szklanka może być do połowy pełna albo do połowy pusta. Moim zdaniem w tym przypadku jest do połowy pełna. Porównajmy Niemcy z Austrią, gdzie politycy są jeszcze głębiej uwikłani w te wszystkie rosyjskie sprawy niż politycy niemieccy. Tam nie widać prawdziwej zmiany politycznej od czasu rozpoczęcia wojny pełnoskalowej. W porównaniu z tym powiedziałbym, że w Niemczech widać zmianę prawdziwą, nie wiemy tylko, na ile jest ona głęboka.

JK: Od lat Polska czy państwa bałtyckie mówiły o zagrożeniu. W książce jasno opisujecie sposób, a jaki socjaldemokraci niemieccy ignorowali głos tych państw.

RB: Kraje, nad którymi się przelatuje z Niemiec do Rosji…

JK: Czy w następstwie inwazji rosyjskiej na Ukrainę to podejście się zmieniło? Politycy niemieccy zaczęli zawracać uwagę na głos z tych krajów?

RB: Powiedziałbym, że tak. Myślę, że nawet w percepcji publicznej, ale także w percepcji politycznej, ta zmiana nastąpiła. Lecz można także przypomnieć historyczne korzenie tej dawnej perspektywy Niemiec, którą opisał historyk Martin Schulze, jeden z wiodących ekspertów od Europy Wschodniej w Niemczech, wskazując, iż sięga ona sojuszu między Prusami a Rosją w XVII, XVIII i XIX wieku. To dokładnie to samo podejście, dzięki któremu dwie potęgi imperialne, Niemcy i Rosja, uzgodniły warunki podziału i eksploatacji Polski oraz innych państw. Uważam, że nadal należy zwracać uwagę na te zaszłości, aby zrozumieć niemiecką politykę w ostatnich dziesięcioleciach.

MW: Lars Klingbeil, który jest obecnie współprzewodniczącym SPD, a był bardzo blisko Gerharda Schrödera i częścią jego powiązań moskiewskich, kilka razy w ciągu ostatnich dwóch lat powiedział, że powinniśmy byli słuchać Polski, krajów bałtyckich i powinniśmy to robić w przyszłości, i błędem było, że ich nie słuchaliśmy.

Od czasu do czasu takie słowa padają, jednak zawsze mam wrażenie, że bardzo się to nie podoba, zwłaszcza starszym członkom partii. Oni wyrośli, zostali wychowani w SPD z Willym Brandtem i Egonem Bahrem i tą starą Ostpolitik. Opisaliśmy to w książce, że oni nie rozróżniają pierwszej fazy [budowania relacji z ZSRR po wojnie – przyp. red.], która była oczywiście słuszna i ważna, od drugiej, kiedy socjaldemokraci wspierali reżimy komunistyczne, byli przeciwko Solidarności w Polsce i wszystkim tym ruchom wolności społecznej, takim jak Karta 77 i tak dalej. Zbudowali partnerskie relacje z reżimami komunistycznymi, nawet ze wschodnioniemieckim reżimem komunistycznym, i nie w smak była im opozycja, nawet ta niewielka w NRD. Oni przede wszystkim chcieli zachować status quo, a ruch wolnościowy był dla nich zagrożeniem. To nadal pokutuje i nawet dzisiaj socjaldemokraci nie chcą zniszczyć mitu Ostpolitik jako absolutnie wspaniałej polityki.

RB: Sądzę, że ma to również związek z głębokim poczuciem winy społeczeństwa niemieckiego zmonopolizowanym przez Rosję. Mamy więc wszystkie te kampanie na wschodzie, ale to Rosja była wrogiem najtrudniejszym, zaangażowanym w największą część drugiej wojny światowej. Dla pokolenia, które przeżyło wojnę, pojęcie „Wschód” oznacza wyłącznie Rosję z pominięciem perspektywy innych grup etnicznych i krajów bałtyckich. Perspektywa Polaków, Ukraińców, Białorusinów była niejako zapomniana przez cały ten czas. Myślę, że po wybuchu wojny w 2022 roku nastąpiła poważna zmiana w postrzeganiu tej części Europy. Dopiero teraz niemiecka opinia publiczna zaczyna uznawać perspektywę Ukraińców, Białorusinów czy Bałtów. Opinia Polaków była już obecna, jednak dopiero teraz jest dostrzegana z większą świadomością niż wcześniej.

(...)

JK: Oczywiście opisujecie strumień pieniędzy, własny interes i ego Schrödera i ludzi z jego otoczenia. To jasne, ale wspominacie też część ideologiczną i przekonanie, przynajmniej części zaangażowanych, że budując więzi między Niemcami a Rosją, pracują na rzecz lepszego świata. Na ile ważne było to przeświadczenie, że warto budować mosty, a fakt, że przy okazji można się wzbogacić, czynił to jedynie bardziej atrakcyjnym?

RB: Trudno jest zajrzeć do czyjegoś umysłu, ale sądzę, że cała tradycja Entspannungspolitik, odwilży i budowania relacji jest opowieścią moralną. Myślę, że ci ludzie naprawdę wierzyli, że politycznie robią rzeczy dobre.

Tymczasem sfera finansowa również nie została jeszcze wyjaśniona do końca. W Niemczech właśnie ujawniono, że dziennikarz, który pracował dla telewizji publicznej, zawarł też umowę z wydawcą na wydanie książki. To było proputinowskie, ale zgodne z prawem. Tymczasem teraz okazało się, że była także druga umowa. Nie wiem, w którym raju podatkowym, ale otrzymał również 100 tysięcy euro od oligarchy. Istnieje podejrzenie, że układ ten był zorganizowany przez Heino Wiesela z sieci Schrödera. Pokazuje to, że także w obszarze finansowym może istnieć jakieś drugie dno. Może to jednostkowy przypadek, lecz może być również jakiś schemat, którego istnienie podejrzewaliśmy. Zobaczymy.

MW: Niestety nie dostaliśmy żadnych dokumentów z Kajmanów, które by tego dowodziły, ale odpowiadając na twoje pytanie, myślę, że część ideologiczna jest dość ważna. Gdy mówimy o Ostpolitik, to myślimy o micie, czyli o czymś, w co się wierzy, a zatem nie ma miejsca na wątpliwości. Tak więc dla niemieckich socjaldemokratów Ostpolitik była właśnie takim fundamentem. Bez niej nie byłoby zjednoczenia Niemiec. To było coś, co musiało być całkowicie dobre, i dlatego nie uznawali roli prezydenta Reagana, premier Thatcher w Wielkiej Brytanii czy papieża Jana Pawła II w działaniach, które doprowadziły do rozpadu Związku Radzieckiego. Wierzyli, że fakt, iż ludzie Zachodu mogli rozmawiać z Gorbaczowem i Jelcynem, musiał być skutkiem Ostpolitik. Pewnie jest w tym ziarno prawdy, jednak głównym powodem zakończenia zimnej wojny nie była Ostpolitik. Związek Radziecki upadł, bo nie mógł już konkurować z Zachodem, ale trudno jest przyjąć to do wiadomości komuś, kto po prostu wierzy w słuszność polityki Willy’ego Brandta.

JK: Trudno nie odnieść wrażenia, że niemiecka elita była całkowicie bezbronna wobec rozgrywających agentów rosyjskich. Czy Niemcy stają się teraz bardziej odporne? A może istnieje ryzyko popełnienia tych samych błędów, ponieważ w pewnym momencie biznes powie, że trzeba dogadać się z Rosjanami, żeby uzyskać tańszą ropę czy jakąś rudę, i historia zatoczy krąg?

MW: Myślę, że nie tylko Niemcy byli celem tej szpiegowskiej rozgrywki, bo spójrzmy na Berlusconiego we Włoszech, Sarkozy’ego we Francji i przyjrzyjmy się Austrii. Dlatego musimy spojrzeć na to z szerszej perspektywy koncepcji wojny hybrydowej. Pojawia się tu zasada, że wojnę trzeba wygrać, zanim się ją rozpocznie. Trzeba najpierw wpłynąć na wroga, aby w chwili rozpoczęcia wojny był już na pozycji przegranej. Stąd dopiero teraz dostrzegana propaganda rosyjska, dezinformacja, ale też brutalna wojna. Dowody mieliśmy przed oczami cały czas, jednak nie chcieliśmy ich widzieć, a teraz jesteśmy bardzo spóźnieni.

Moim zdaniem obserwujemy podwójną strategię wpływania na ludzi, którzy rządzą, przy jednoczesnym wspieraniu ekstremistów z prawej i lewej strony sceny politycznej. Celem jest destabilizacja demokracji liberalnych, tak jak działo się to w USA, Niemczech i innych krajach. Musimy też jasno powiedzieć, że Putin odniósł w tym spory sukces.

RB: Ale uważam, że ostatecznie się przeliczył. Sądzę, że kalkulował, iż Zachód w momencie rozpoczęcia ofensywy w 2022 roku był słabszy, niż był w rzeczywistości, a Niemcy wycofają się z powodu problemów energetycznych. W rezultacie tak się nie stało i stąd moje przekonanie, że obie strony się przeliczyły. Co do samej wojny myślę, że przesadą byłoby stwierdzenie, że Schröder jest winny wojny. On nie jest winny, choć polityka niemiecka zachęciła Putina do uwierzenia, że Zachód się wycofa. Stąd mogła być motywacją do rozpoczęcia inwazji na Ukrainę i dla nas jest to kwestią moralną.

JK: Czy Niemcy lub szerzej Zachód w pewnym sensie odkrywa teraz swoją siłę? Rozumie, że nie jest tak bezbronny i słaby, jak mogliby sądzić Rosjanie?

RB: Myślę, że Niemcy są w trudnej sytuacji, ponieważ jesteśmy krajem eksportującym, a co za tym idzie zależymy od rynków zewnętrznych bardziej niż inne kraje. W związku z tym mamy problem z Rosją, ale mamy też problem z Chinami i możemy stanąć w obliczu problemów z Ameryką, a te trzy rynki łącznie stanowią kręgosłup niemieckiej gospodarki, i dlatego jest to bardzo poważne pytanie.

Co robimy jesienią tego roku? Skoro pytanie jest tak trudne dla Niemiec, to będzie równie trudne dla sąsiadów, na których decyzje niemieckie będą miały wpływ. Testem naszej siły będzie sytuacja, w której firmy eksportowe nie będą mogły się rozwijać, i to będzie stanowić ogromy problem dla całej europejskiej gospodarki, a tym samym dla całej europejskiej polityki.

JK: Skoro mówisz o wyzwaniach zewnętrznych, bo Rosja, Chiny i niepewny los relacji z USA, to gdzie Niemcy szukają rozwiązania? Odpowiedzią jest wspólnota europejska czy postawienie na potęgę Niemiec konkurujących z sąsiadami?

MW: Sądzę, że jednym z czynników był bardzo niski poziom myślenia strategicznego w Niemczech na przestrzeni wielu lat. Mam nadzieję, że to się zmienia i opracowujemy lepszą strategię postępowania wobec reżimów, które chcą zmienić status quo i nasz system polityczny. W latach Merkel nasz sukces opierał się na trzech ważnych kłamstwach. Po pierwsze, na twierdzeniu, że bezpieczeństwo jest domeną Stanów Zjednoczonych, którym to zlecamy i przestajemy się tym zajmować. Po drugie, na ogromnej wadze prowadzenia interesów z Chinami, a po trzecie, na dostępie do taniej energii z Rosji. Teraz widzimy, że wszystkie te filary się załamują i musimy zacząć myśleć o przyszłości. Jestem przekonany, że partie, które są w centrum niemieckiej polityki, są świadome, iż sukces możemy odnieść tylko w zjednoczonej Europie.

RB: Uważam, że mamy cztery możliwości. Pierwsza opcja jest taka, że Niemcy powinny same sobie zapewnić bezpieczeństwo, lecz nie sądzę, aby którakolwiek partia traktowała to jako realne rozwiązanie. Drugą jest ustąpienie wobec nacisków Rosji, czego nawet prawicowi i lewicowi ekstremiści nie rozważają. Mamy też dwie odpowiedzi europejskie, z którymi także Polska musi się zmierzyć. Pierwszą odpowiedzią jest zorganizowanie dla nas alternatywnego parasola nuklearnego, być może we współpracy z Francją, a drugą jest trzymanie się opcji transatlantyckiej. Zarówno wśród chadeków, jak i socjaldemokratów dostrzegam rozważanie tych dwóch ostatnich opcji. Publicznie się o tym nie mówi, lecz każda z nich ma wady i zalety, a przyszłość pokaże, która zostanie wybrana.

JK: Czyli mówimy o wyborze między kontynuacją współpracy w ramach NATO z USA w jego centrum lub wzmacnianiu struktur europejskich?

RB: Struktury europejskie rozwijane równolegle do struktur euroatlantyckich.

MW: Obie te struktury mogą funkcjonować równocześnie i myślę, że taka będzie ostateczna odpowiedź.

JK: Wspomnieliście o Chinach jako o problematycznym partnerze gospodarczym. Zastanawiam się, czy Chiny są w stanie stworzyć taką samą sieć korumpującą i wpływającą na Niemcy, jak opisana przez was siatka rosyjska.

RB: Rosja koncentrowała się na polityce i energetyce, a Chiny na technologii, dlatego stosują różne metody i działania szpiegowskie przeciwko firmom. Dla Chin jest to znacznie trudniejsze, bo nie mają tak głębokich relacji kulturowych z Niemcami, jakie mają Rosjanie. Nie ma też poczucia winy do rozegrania, nie ma też mitu głębi duszy Rosjan, miłości do starych kompozytorów i tak dalej.

MW: Zgodzę się, że Chiny mają takie same cele jak Rosja, choć jest im znacznie trudniej. Z jednej strony, nie są traktowane w Niemczech tak romantycznie jak Rosja, z drugiej, istnieje mit chińskiej szybkości w działaniu i skuteczności. Przekonanie, że mogą osiągać swoje cele, bo nie są ograniczane przez dyskusje i debaty, które my musimy prowadzić. Merkel zawsze powtarzała, ze Chiny są partnerem pewnym.

JK: Skoro wspomniałeś już o Merkel, to jak ona się odnajduje w tej nowej rzeczywistości?

RB: Zniknęła z życia publicznego. Pisze wspomnienia, które powinny zostać opublikowane jesienią, i wszyscy na nie niecierpliwie czekamy. My skupiliśmy się na socjaldemokratach, ale równocześnie toczyła się inna historia, historia Merkel, która była kanclerzem przez 16 lat. Myślę, że Angela Merkel była w pełni świadoma natury Putina i widać było, jak jej podejście różniło się od tego obserwowanego wśród socjaldemokratów. Ona zawsze wspominała o prawach człowieka, a po aneksji Krymu zorganizowała sankcje w Niemczech i przekonywała do tego samego inne kraje Unii Europejskiej, w tym Włochy czy Austrię. Nie dostrzegamy też żadnych oznak osobistej korupcji ani u Merkel, ani wśród ludzi w jej wewnętrznym kręgu.

Dlatego uważam, że to jest inna historia, choć patrząc wstecz na czas jej urzędowania na stanowisku kanclerza, to można zidentyfikować pewien schemat pokazujący brak działania pomimo dostrzegania problemów. Spójrzmy na jakość kolei w Niemczech, brak cyfryzacji, problemy z edukacją, energetyką i bezpieczeństwem. To tak, jakby 16 lat gdzieś przepadło. To były lata dobre, lecz niestety stracone.

MW: Merkel jest inna. Po otruciu Aleksieja Nawalnego odwiedziła go w szpitalu w Berlinie, co uraziło Putina. Sądzę, że ponosi wielką odpowiedzialność, ponieważ rozumiała, jak działa system Putina i jak on myśli, a mimo to uważała, że dając mu rolę do odegrania, uda jej się uniknąć konfrontacji, tak jak uniknęła konfrontacji, gdy Putin przyprowadził na spotkanie psa. Merkel przyznała, wracając do Niemiec po tym spotkaniu, że przyprowadzając psa, którego się boi, nie zdała testu, któremu poddało ją KGB. Nie okazała strachu, ale nie nalegała, żeby psa wyprowadzono, a powinna była być stanowcza i to zrobić. Podobnie było z Nord Stream 2. Mogła projekt zatrzymać, lecz wymagałoby to konfliktu z socjaldemokratami, z przemysłowcami niemieckimi, z obywatelami Meklemburgii-Pomorza Zachodniego, którzy chcieli tego rurociągu. Ona starała się konfliktów unikać.

RB: Merkel nie mogła powstrzymać działań Schrödera jako osoby, mogła zatrzymać Nord Stream, ale tego nie zrobiła. To charakterystyczne dla jej polityki. Lubiła tworzyć koalicje z socjaldemokratami i oddawała im kwestie społeczne, pozwalała im rozwijać współpracę z Rosją. Uważała, że robiąc tak, pozbawia SPD zagadnień, którymi mogliby zmobilizować elektorat przeciw CDU.

new.org.pl


Z daleka może być trudno to dostrzec. Wszystko wskazuje na to, że wojna na Ukrainie utknęła w impasie, a obie strony walczą przy użyciu XX-wiecznej broni, takiej jak artyleria i czołgi. Niektórzy patrzą na twierdzenia o przełomach w zaawansowanych technologiach ze sceptycyzmem, argumentując, że wdrożenie narzędzi sztucznej inteligencji w niewielkim stopniu wpływa na miażdżącą wojnę na wyniszczenie. Jednak Ukraina i jej sojusznicy z sektora prywatnego twierdzą, że grają w dłuższą grę: tworzą laboratorium wojenne przyszłości. Ukraina „jest najlepszym poligonem doświadczalnym dla wszystkich najnowszych technologii” – mówi Fiodorow, „ponieważ tutaj można je przetestować w rzeczywistych warunkach”. Jak mówi Karp /Alex Karp, CEO Palantir Technologies - red./: „Są rzeczy, które możemy zrobić na polu bitwy, a których nie moglibyśmy zrobić w warunkach domowych”.

Jeśli przyszłość działań wojennych zostanie poddana beta testom na Ukrainie, wyniki będą miały globalne konsekwencje. W konfliktach toczonych z oprogramowaniem i sztuczną inteligencją, w których prawdopodobnie więcej decyzji wojskowych będzie przekazywanych algorytmom, firmy technologiczne jako niezależne podmioty mogą dysponować ogromną władzą. Największych przełomów mogą dokonać ci, którzy chcą działać szybko i lekceważyć normy prawne, etyczne lub regulacyjne. Urzędnicy i eksperci ds. bezpieczeństwa narodowego ostrzegają, że te nowe narzędzia mogą wpaść w ręce przeciwników. „Perspektywy proliferacji są szalone” – mówi Rita Konaev z Centrum Bezpieczeństwa i Wschodzących Technologii w Georgetown. „Większość firm działających obecnie na Ukrainie twierdzi, że działa zgodnie z celami USA w zakresie bezpieczeństwa narodowego – ale co się stanie, jeśli tak nie będzie? Co stanie się następnego dnia?”

(...)

Za pomocą kilku kliknięć ukraiński inżynier Palantir pokazał mi, w jaki sposób można wydobywać oszałamiający zestaw danych z pola bitwy, których analiza do niedawna wymagałaby setek ludzi. Oprogramowanie Palantir przetwarza surowe dane wywiadowcze ze źródeł, w tym dronów, satelitów i Ukraińców naziemnych, a także radary potrafiące widzieć przez chmury i obrazy termowizyjne, które mogą wykryć ruchy wojsk i ostrzał artyleryjski. Modele obsługujące sztuczną inteligencję mogą następnie przedstawiać urzędnikom wojskowym najskuteczniejsze opcje namierzania celów i pozycji wroga. Według Palantira modele uczą się i doskonalą z każdym uderzeniem.

Kiedy firma nawiązała współpracę z ukraińskim rządem latem 2022 r., „była to tylko kwestia czystego przetrwania” – mówi Louis Mosley, wiceprezes wykonawczy Palantir na Wielką Brytanię i Europę. Palantir zatrudnił ukraińskich inżynierów, którzy mogliby dostosować jego oprogramowanie do celów wojennych, jednocześnie służąc jako rozmówcy między firmą technologiczną a sklerotyczną biurokracją Ukrainy. Urzędnicy rządowi zostali przeszkoleni w zakresie korzystania z narzędzia Palantir o nazwie MetaConstellation, które wykorzystuje dane komercyjne, w tym zdjęcia satelitarne, w celu uzyskania przybliżonego obrazu danej przestrzeni bojowej, w czasie rzeczywistym. Oprogramowanie Palantir integruje te informacje z komercyjnymi i tajnymi danymi rządowymi, w tym pochodzącymi od sojuszników, co pozwala urzędnikom wojskowym przekazywać dowódcom naziemnym pozycje wroga lub decydować o uderzeniu w cel. Jest to część tego, co Karp nazywa cyfrowym „łańcuchem zabijania”.

time.com


A wiedział, że jest Mieszkiem?

– Tego także nie wiemy. Jego imię to późna konstrukcja. Pamiętajmy, że wówczas nie wytworzono źródeł, które mogły wiernie oddać to, co mówiono w jego państwie. Ibrahim ibn Jakub, który wspomina o Mieszku, był Żydem z Półwyspu Iberyjskiego. Nie zawitał na tereny dzisiejszej Polski, ale do czeskiej Pragi. Musiał po arabsku zapisać słowiańskie imię, a w zapisie arabskim brak samogłosek, stąd jego Mškh można odczytać na różne sposoby.

Natomiast Widukind był Sasem i pisał po łacinie, w której też trudno oddać szeleszczące słowiańskie słowa. W różnych wersjach jego kroniki imię "króla Licikawików" zapisane jest jako Misica, Misaca lub Misaco. Inny niemiecki kronikarz także pisał Misico.

Czy postać Mieszka II, o którym jest więcej świadectw, nie pomaga? Skoro dano mu imię po dziadku, to pewnie tak się on właśnie nazywał.

– Bolesław Chrobry kazał wybić monetę dla swojego syna z napisem Misico, a więc tak, jak pisali Niemcy. Dopiero w połowie XI w. spotykamy w rocznikach polskich zapis Mesco lub Mesko. Nie wiemy więc, jak nazywał się pierwszy historyczny książę z rodu Piastów, ale dla nas oczywiście pozostanie już Mieszkiem.

Data 14 kwietnia 966 r. też się nie zgadza?

– Można ją włożyć między bajki. Zapisana przez Sejm data nie ma żadnego oparcia w wiedzy naukowej. Warto dodać, że żaden ze współczesnych Mieszkowi kronikarzy nie odnotował chrztu, tak jakby nie było to wydarzenie godne uwagi. Późniejsze o kilkadziesiąt lat źródła niemieckie i polskie nie są pewne nawet daty rocznej i podają lata 966, 967 oraz 968. Co więcej, z okresu panowania Mieszka nie mamy żadnego archeologicznego dowodu, że chrystianizowano jego państwo. Nie znaleźliśmy do dziś ani jednego grobu chrześcijanina z czasów Mieszka I, a kopiemy już ponad sto lat.

Przynajmniej wiemy, że początek naszemu państwu dało plemię Polan, prawda?

– Wedle utrwalonej w Polsce tradycji Polanie mieliby być plemieniem prapolskim, rządzonym przez Piastów. Tyle że cała ta konstrukcja nie ma umocowania w źródłach, bo Polan nie wspomina żadne źródło z czasów Mieszka. Nazwa Polonia pojawiła się dopiero na samym początku XI w. Późniejsi kronikarze, chcąc ją objaśnić, posługiwali się analogią: skoro jest Ruś i Rusini, to na pewno była Polonia i Polanie.

Mieszko więc też nie wiedział, że jest księciem Polan, ale nawet gdyby wiedział, iż należał do takiego plemienia, to mało by go to obchodziło. Budował władzę swoją i swojego rodu, ale nie na podstawie jakiegoś plemienia Polan.

Ale budował państwo.

– Tak, jednak nie takie, o jakim dziś myślimy. Mamy tendencję, aby przykładać dzisiejsze wyobrażenie o państwie do ówczesnych realiów. Chcemy, by władztwo Mieszka miało wyraźnie wyznaczone granice terytorialne, centrum administracyjne, system prawny itd. We wczesnym średniowieczu było inaczej. Granice były płynne, stolice nieustalone, krajem rządzono po trosze na zasadzie ugody, po trosze w oparciu o siłę. Mieszko miał poważny argument polityczny w postaci przybocznej drużyny. Rozszerzał swoje panowanie, lecz wcale nie był twórcą państwa, bo przejął schedę po poprzednikach. Dodam od razu, że nie ma archeologicznego dowodu, by kolebką Polski było Gniezno. Ten gród zbudowano później niż Poznań, Giecz czy Ostrów Lednicki.

(...)

Wracając do pochodzenia Piastów – pan ich wywodzi z Moraw. Dlaczego stamtąd?

– Gdy nie mamy bezpośrednich źródeł, musimy opierać się na logice historycznej. Opowiastka Galla o czterech przodkach Mieszka brzmi ładnie, ale przecież wszystkie dynastie średniowieczne tworzyły sobie takie genealogie. Jeśli więc nie wiemy, skąd pochodził Mieszko, musimy kierować się prawdopodobieństwem. Weźmy teraz dwa znamienne i interesujące nas fakty: najpierw upadek Wielkiej Morawy w 906 r., a potem początek państewka w Wielkopolsce. Ślady grodów w Poznaniu, Ostrowie Lednickim pochodzą z lat 20 X w. Później doszło Gniezno i Giecz. Ktoś musiał je zbudować i jakoś nie wierzę, że to Piast Kołodziej siadł sobie na przyzbie pod Gnieznem i stwierdził: a teraz zbudujemy państwo. Wymagało to dużej wiedzy, doświadczenia, determinacji i charyzmy. Te cechy mieli uciekinierzy z Moraw. Ponadto nazwy takie jak Poznań czy Sandomierz pochodzą od imion znanych na Morawach. Moim zdaniem ta teoria się broni, choć dla wielu jest wstydliwa.

Dlaczego?

– Bo Polakom trudno się pogodzić, że mieliby pochodzić od Pepików. Tymczasem choć państwo wielkomorawskie nie było wcale takie wielkie, jak sugeruje jego nazwa, to było pierwszym państwem słowiańskim, a jego władca Świętopełk I był nazywany królem. Powinniśmy być dumni, że pochodzimy od morawskiej dynastii Mojmirowiców. Oni byli chrześcijanami i Mieszko najpewniej wcale się nie ochrzcił dopiero w 966 r., bo jego ród był chrześcijański już wcześniej. W samym sercu Poznania są ślady wydatowanej dendrochronologicznie [na podstawie analizy przyrostów rocznych drzew – red.] na po 941 r. kamiennej budowli, która miała kaplicę. Zatem już na początku panowania Mieszka na Ostrowie Lednickim istniał kompleks pałacowo-kościelny. Kto go tam zbudował w kraju pogańskim?

Jeśli Mieszko mógł być już wcześniej chrześcijaninem, a z okresu jego panowania nie mamy wielu śladów chrześcijan, to kto ochrzcił się w domniemanym 966 r.?

– Może nikt, a może jego najbliższe otoczenie. Data 966 r. wydaje się dość późnym domysłem kronikarzy, którzy koniecznie potrzebowali jakiegoś "początku", od którego można by liczyć genezę Polski jako państwa chrześcijańskiego.

onet.pl/Newsweek

poniedziałek, 18 marca 2024



– Jak Armenia przyjęła głośny wywiad Nikola Paszyniana?

– Generalnie ten wywiad obiektywnie odzwierciedla stan spraw między Armenią a Rosją, a także wyciąga wnioski z tej sytuacji, także praktyczne. I te praktyczne wnioski widzimy w postaci wzmocnienia wojskowo-technicznych relacji. Na przykład: będziemy rozwijać współpracę z Republiką Francuską.

Po liście podpisanych porozumień widać, że współpraca będzie nosić charakter kompleksowy. To znaczy – jest tam nie tylko kupno broni, ale także szkolenie wojskowych, reformy w sferze obronnej. Będziemy to kontynuować, bo Armenia w XXI wieku powinna zabezpieczyć swoje istnienie adekwatnie do aktualnej sytuacji międzynarodowej i regionalnej.

– ODKB oficjalnie nie otrzymała żadnych pism o wstrzymaniu uczestnictwa Armenii, jednak Paszynian powiedział, że Armenia „zamroziła członkostwo” w organizacji. Czy to jakiś demonstracyjny krok?

– To nie tylko demonstracja, to faktycznie się dzieje, powiedział o tym też Paszynian. Zamroziliśmy swoje uczestnictwo w ODKB i w pełni zbliżyliśmy się do takiego etapu, by de iure sformalizować to, co już się stało de facto. Kiedy do tego dojdzie – zależy od momentu politycznego.

– Paszynian powiedział, że kwestii zachowania rosyjskiej bazy wojskowej w Giumri nie ma w planach. Co to oznacza?

– Szczerze mówiąc, z tej bazy niewiele zostało, bo według znanych informacji to, co tam było bardziej czy mniej przydatnego, zostało wysłane na wojnę na Ukrainę. Dlatego ta baza ma tylko symboliczny charakter. Ta kwestia także zostanie rozwiązana w odpowiednim momencie politycznym. Kiedy to się stanie, na razie trudno określić, bo teraz są ważniejsze sprawy.

Jest absolutnie jasne, że baza jest niepotrzebna. Rosyjscy wojskowi podobno powinni mieli bronić nas przed Turcją. Teraz prowadzimy sprawy z Turcją po oddzielnej ścieżce, w kierunku normalizacji sytuacji, co sprawia, że istnienie tej bazy na terytorium Armenii jest po prostu niepotrzebne.

– Francja obiecała Armenii dostawy rakiet do systemów obrony przeciwlotniczej jeśli Erywań będzie nimi zainteresowany. Jednocześnie lider Azerbejdżanu Ilham Alijew oskarżył Francję o zbrojenie Armenii. Czy nie doprowadzi to do kolejnej eskalacji konfliktu?

– Przede wszystkim Armenia niejednokrotnie oświadczała, że nie ma żadnych agresywnych dążeń wobec jakiegokolwiek kraju, w tym Azerbejdżanu. Armenia uznaje legalne granice, które są takimi w wyniku międzynarodowego konsensusu.

Armenia uznaje międzynarodową granicę, jaka była wytyczona podczas wojny w 1991 roku. I jednocześnie Armenia realizuje suwerenne prawo do obrony, wzmacniania zdolności obronnych, żeby bronić się w swojej międzynarodowo uznanej integralności terytorialnej przed jakimikolwiek agresywnymi działaniami sąsiadów, a także bronić niepodległości i suwerenności.

Po drugie: pan Alijew nie ma i nie może mieć prawa weta co do zagranicznej i obronnej polityki Armenii, w jakiejkolwiek formie. A Armenia również niejednokrotnie oświadczała, że dąży do zbudowania jak najszybciej długotrwałego pokoju z sąsiadami. Współpraca Armenii z Francją sprzyja właśnie temu kursowi politycznemu, dlatego że w ten sposób nie pozostawia pokusy dla tych agresywnych sąsiadów, do których należy przede wszystkim reżim Alijewa, żeby rozwiązywać problemy metodą zbrojną albo szantażu wojskowo-politycznego, tym bardziej we współpracy z faszystowskim reżimem Rosji.

(...)

– Dlaczego retoryka Paszyniana w ostatnim czasie się zmieniła?

– Ta zmiana retoryki spowodowana jest zmianą okoliczności. Armenia zauważyła konieczność zmiany swojego fundamentalnego podejścia do polityki bezpieczeństwa, polityki obronnej i zagranicznej. Ale Armenia nie była przekonana co do tego, na ile przyjaciele na Zachodzie są gotowi zrezygnować z „zaniepokojenia”, „głębokiego zaniepokojenia”, albo nawet „jeszcze głębszego zaniepokojenia”. Ten kurs wymaga określonego zabezpieczenia albo poduszek bezpieczeństwa na wypadek crash testu. Armenia zaczęła używać tej możliwości i będzie ją instytucjonalizować i formalizować pod postacią obowiązujących dokumentów prawnych. I to się dzieje – byliśmy świadkami tego podczas wizyty ministra obrony Francji w Erywaniu.

(...)

– Rosja nie dostarczyła Armenii żadnej pomocy po rozpoczęciu operacji wojskowej w Karabachu, chociaż i UE, i USA przekazały taką pomoc. Jak to jest odbierane w Armenii?

– To po prostu jest następstwo polityki Rosji. Rosja była współuczestnikiem brutalnej deportacji Ormian z Arcachu (ormiańska nazwa Górskiego Karabchu – red.). Dla nas, na przykład, nie jest zaskakujące, że Azerbejdżan też nie udzielił im żadnej pomocy. To kwestia jednej płaszczyzny.

W Armenii jest bardzo negatywne podejście do tej czarnosecinnej publiki, która jest bazą współczesnej Rosji. W Armenii jest normalne ludzkie podejście do tej części rosyjskiego społeczeństwa, która jest ofiarą tego wszystkiego. Całkiem imponująca liczba Rosjan, biorąc pod uwagę ludność Armenii, obecnie żyje i pracuje w Armenii. To praworządni, normalni ludzie. Od początku wojny minęły dwa lata. Jeśli by mieli jakiś dyskomfort, Rosjanie sami by o tym mówili.

belsat.eu


Ołeksandr Kamyszyn, minister do spraw strategicznych gałęzi przemysłu Ukrainy, siedzi w lobby luksusowego hotelu w stolicy. Ma na sobie mundur. 39-latek jest uważany za mistrza improwizacji. Na początku wojny, gdy odpowiadał za ukraińską sieć kolejową, stanął przed gigantycznym wyzwaniem. Pociągami chciały uciec miliony ludzi, w tym samym czasie musiały odbyć się dostawy dla wojska, a zagraniczni przedstawiciele mieli bezpiecznie dotrzeć do Kijowa.

Kamyszyn uczynił kolej kołem zamachowym logistyki wojennej Ukrainy. Pomimo ostrzału rakietowego ukraińskie pociągi pasażerskie osiągnęły wyższy wskaźnik punktualności niż Deutsche Bahn. W zeszłym roku Wołodymyr Zełenski mianował Ołeksandra Kamyszyna ministrem. Kiedy obejmował to stanowisko, ukraińska produkcja w sektorze obronnym była na minimalnym poziomie.

Dziś w Ukrainie istnieje ponad 300 prywatnych firm zbrojeniowych, a ok. 100 państwowych i półpaństwowych przedsiębiorstw produkuje sprzęt na pełnych obrotach — wyjaśnia z dumą Kamyszyn. — Ta wojna zmienia się tak szybko, że musimy dostosować się do zmian jeszcze szybciej — mówi minister. — Wszystkie firmy dążą do tego samego celu, a konkurencja między nimi gwarantuje wydajność i kreatywność — dodaje.

W samą produkcję dronów zaangażowanych jest 200 firm, z czego połowa produkuje samoloty, a reszta drony lądowe i morskie. Każdego roku linię produkcyjną opuszcza ponad 1 mln dronów.

Kamyszyn wyjaśnia, dlaczego zbrojąca się Ukraina koncentruje się na dronach, używając sformułowania "koszt zabicia". — Wojna to matematyczna kalkulacja — mówi. Przeciętna ukraińska broń przeciwpancerna Stugna-P kosztuje 4 tys. 613 dol. (18 tys. zł). Może ona zlikwidować od dwóch do trzech Rosjan. Ten sam cel można osiągnąć za pomocą drona, którego koszt wynosi jedyne 1 tys.650 dol. (6,5 tys. zł). Znacznie ważniejszą zaletą jest jednak to, że zastosowanie bezzałogowych statków powietrznych chroni ponadto życie ukraińskich żołnierzy.

Kijów nadal potrzebuje jednak broni konwencjonalnej i ciężkiego sprzętu. W teorii możliwe jest wykorzystanie starych fabryk z czasów sowieckich do samodzielnej produkcji uzbrojenia. Często mówi się, że Ukraina może teraz produkować własne pojazdy opancerzone. Kamyszyn, zapytany o szczegóły i liczby, tylko się uśmiecha.

— Bez komentarza — mówi.

— Budujemy własny przemysł obronny, aby mieć niezawodne dostawy w czasach politycznej niepewności — podsumowuje. Odnosi się do trwającego od miesięcy sporu w Kongresie USA o przyszłość pilnie potrzebnego pakietu zbrojeniowego o wartości 60 mld dol. (ok. 237 mld zł).

Kijów pracuje jednak nie tylko nad wznowieniem pracy starych radzieckich fabryk. W umowach o bezpieczeństwie, które zostały zawarte z siedmioma zachodnimi krajami, Ukraina ma zapewnione wsparcie w sektorze obronnym.

"Niemcy będą zachęcać swój przemysł obronny do współpracy z Ukrainą i pomogą zidentyfikować potencjalne obszary współpracy" — czytamy w umowie, którą Berlin zawarł z Kijowem w połowie lutego.

Dwa dni później niemiecki koncern zbrojeniowy Rheinmetall ogłosił budowę zakładu produkcji amunicji artyleryjskiej w Ukrainie. Plan zakłada produkcję 200 tys. sztuk rocznie. Nie jest jeszcze jasne, kiedy powstaną pierwsze pociski.

To już drugie wspólne przedsięwzięcie w Ukrainie, w które zaangażowała się niemiecka firma. W ubiegłym roku strony uzgodniły budowę zakładu konserwacji i naprawy pojazdów wojskowych. Brytyjska firma BAE Systems i turecki producent dronów Baykar również chcą otworzyć fabryki w Ukrainie.

Kamyszyn wie, że to wszystko może trochę potrwać. — Każdy wzrost zdolności produkcyjnych wymaga czasu. Obecna dynamika pokazuje jednak, że Ukraina jest atrakcyjnym rynkiem dla produkcji zachodniej broni — mówi minister. — Każdy produkt można od razu przetestować pod kątem przydatności — dodaje.

onet.pl/Die Welt


Pseudowybory prezydenckie 15–17 marca zostały zaplanowane jako jednoznaczny triumf Władimira Putina i dowód na rzekome miażdżące poparcie społeczne dla jego polityki, w tym trwającej inwazji na Ukrainę. Władze na nienotowaną wcześniej skalę stosowały metody manipulacji i fałszowania wyników, w tym przymuszały do udziału w całkowicie nieprzejrzystym głosowaniu internetowym. Rekordowy oficjalny wynik Putina (87,3%) i najwyższa w historii Federacji Rosyjskiej (FR) frekwencja (77,4%) są całkowicie niewiarygodne. Mają jednak dawać prezydentowi carte blanche do sprawowania dalszych – najpewniej dożywotnich – dyktatorskich rządów.

Rezultat „wyborów” ma również wzmacniać presję na Zachód, aby ten uległ rosyjskiemu rewanżyzmowi w sferze bezpieczeństwa europejskiego i globalnego. Mandat Putina jest wysoce wątpliwy zarówno na gruncie prawa krajowego (z uwagi na skalę łamania praw konstytucyjnych obywateli), jak i międzynarodowego (organizacja głosowania na okupowanych terytoriach Ukrainy).

Wyborczą „operację specjalną” należy uznać za doraźny sukces Kremla. Władzom udało się zmobilizować aparat administracyjny i zmarginalizować akcje protestu. Pewność siebie rządzących wzrośnie, co przełoży się na determinację w kontynuowaniu inwazji, dalsze przestawianie kraju na tory wojenne i wzrost represji.

„Konkurentami” Putina byli słabo rozpoznawalni w społeczeństwie przedstawiciele w pełni lojalnych wobec Kremla i popierających napaść na Ukrainę partii parlamentarnych: Nikołaj Charitonow (Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej), wiceprzewodniczący Dumy Państwowej Władisław Dawankow (partia Nowi Ludzie) i Leonid Słucki (Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji). Według Centralnej Komisji Wyborczej otrzymali oni odpowiednio 4,3%, 3,8% i 3,2% głosów.

Tegoroczne „wybory” należy uznać za najbardziej sfałszowane w całej historii FR. Putin startował w nich nielegalnie, gdyż reformę konstytucyjną z 2020 r., która dała mu prawo ubiegania się o dwie kolejne sześcioletnie kadencje, przeprowadzono z pogwałceniem obowiązującej wówczas konstytucji z 1993 r. Do udziału nie dopuszczono dwojga kandydatów antywojennych – Jekateriny Duncowej i Borysa Nadieżdina. Głosowanie z pogwałceniem norm prawa międzynarodowego odbyło się też na okupowanych terytoriach Ukrainy (zob. niżej).

Celami tegorocznych „wyborów” były zademonstrowanie Rosjanom i Zachodowi druzgocącego poparcia społecznego dla Putina – które miało legitymizować jego coraz bardziej neototalitarne rządy i toczącą się wojnę – a także przeprowadzenie swoistego testu sprawności aparatu administracyjnego. Miał on zapewnić pożądane przez Kreml rezultaty w warunkach dezorientacji obywateli co do celów agresji, rosnącej aprobaty dla rozmów pokojowych (lecz na rosyjskich warunkach) oraz problemów ekonomicznych.

Na użytek wewnętrzny chciano udowodnić, że oponenci reżimu stanowią margines społeczeństwa i jako „zdrajcy” lub „obcy agenci” znajdują się poza nawiasem wspólnoty. Ma to paraliżować wolę oporu i odbierać wiarę w możliwość zmian. Zdolność do mobilizacji całej machiny państwowej w imię rekordowego wyniku Putina ugruntowuje też jego dyktatorską pozycję w kręgach rządzących. Wynik „wyborów”, świadczący o monopolu Kremla na wyznaczanie kursu państwa, ma też wzmacniać jego wizerunek w krajach tzw. Globalnego Południa oraz nasilić presję na Zachód, aby ten zaakceptował rewanżystowskie żądania przywódcy Rosji odnośnie do europejskiej i globalnej architektury bezpieczeństwa.

Pełnoskalowa agresja przeciwko Ukrainie oraz „egzystencjalna” wojna z Zachodem stały się pretekstem do otwarcie totalitarnego kursu w polityce wewnętrznej. W warunkach masowej cenzury, inwigilacji, indoktrynacji i represji de facto zdelegalizowano wszelkie formy protestu przeciwko wojnie i reżimowi. Najważniejsi przeciwnicy Kremla znaleźli się w więzieniu lub na wymuszonej emigracji albo zostali zlikwidowani. Przekaz władz, że Putin pozostanie bezalternatywnym liderem, uwiarygodniła w oczach Rosjan zwłaszcza śmierć w połowie lutego więzionego Aleksieja Nawalnego – najsilniejszej figury opozycji demokratycznej.

Od społeczeństwa coraz częściej wymaga się aktywnego zaangażowania w „patriotyczne” rytuały gloryfikujące agresywny imperializm. Jednocześnie główne czynniki decydujące o wysokim deklarowanym poparciu obywateli dla Putina to poczucie braku alternatywy, świadomość zagrożenia w związku z wojną, przedstawianą jako wojna obronna o przetrwanie państwa i narodu rosyjskiego, fatalizm oraz brak innej tożsamości zbiorowej niż dyktowana przez państwo tożsamość imperialna. W przedwyborczych sondażach niezależnego Russian Field 85% respondentów zdecydowanych głosować na konkretnego kandydata wskazało urzędującego prezydenta (zarazem 41% opowiedziałoby się za „alternatywnym” pretendentem, gdyby taki się pojawił). W warunkach rosyjskich deklaracje takie w żaden sposób nie odzwierciedlają jednak realnych postaw wyborczych obywateli. Skala, na jaką zastosowano nielegalne mechanizmy mające zapewnić pożądane oficjalne wyniki plebiscytu, świadczyła raczej o niepewności władz co do jego rezultatów.

Cechą charakterystyczną tegorocznych „wyborów” był masowy, systemowy przymus uczestnictwa, stosowany zwłaszcza wobec grup uzależnionych od państwa. Należą do nich pracownicy administracji publicznej różnych szczebli, sfery budżetowej i przedsiębiorstw państwowych (ale też licznych firm prywatnych), studenci czy rodzice uczniów. W szczególności zmuszano wyborców do głosowania przez Internet, które zastosowano w wyborach prezydenckich po raz pierwszy. Objęło ono 27 z 83 regionów FR oraz okupowane terytoria Ukrainy – Krym i Sewastopol. W większości wdrożono je tam, gdzie wcześniej opozycja osiągała stosunkowo dobre wyniki, w tym w Moskwie. Ten rodzaj głosowania jest w warunkach rosyjskich całkowicie nieprzejrzysty i pozwala na dowolną „korektę” rezultatów.

Ogólną liczbę głosujących przez Internet władze oceniają na co najmniej 7,5 mln (w tym minimum 3,4 mln w stolicy). Dane te są jednak niemożliwe do weryfikacji. Wyborców na wszelkie sposoby zmuszano do głosowania online 15 marca – to dzień roboczy, co umożliwiało pracodawcom czy uczelniom kontrolowanie tego procesu. Niepewność co do tajności głosowania w Internecie mogła też skłaniać do oddania głosu na urzędującego prezydenta. Już po pierwszym dniu „wyborów” oficjalna frekwencja w głosowaniu online przekraczała w części regionów 70%, a w tradycyjnym – 60%. Stało się tak, mimo że zgodnie z sondażem państwowego WCIOM z 15 marca głosowanie w dzień roboczy uznało za wygodne jedynie 14% ankietowanych.

Szczególnie rażące są znaczne wzrosty „poparcia” dla Putina względem wyborów z 2018 r. w podmiotach federalnych uchodzących za problematyczne dla Kremla (np. w Jakucji, Kraju Nadmorskim czy Żydowskim Obwodzie Autonomicznym). Kuriozalny oficjalny wynik (98,99%) prezydent uzyskał w Czeczenii. Wysokie odnotował także w obwodach graniczących z Ukrainą, które doświadczają działań zbrojnych: biełgorodzkim, briańskim i kurskim (mimo kilkukrotnych alarmów rakietowych w pierwszym z nich ogłoszono również rekordową frekwencję – 66% po pierwszym dniu „wyborów”). Jednocześnie władze dążyły do obniżenia frekwencji wśród elektoratu opozycyjnego czy antywojennego. Zakazywano też udziału w niesankcjonowanych akcjach (zob. niżej).

Do najczęstszych nieprawidłowości zarejestrowanych przez niezależną organizację Gołos należały ponadto: anomalie dotyczące oficjalnej frekwencji (np. identyczne dane raportowane przez kilkadziesiąt komisji wyborczych w danym regionie, nagły wzrost frekwencji skorelowany z głosowaniem na jednego kandydata), brak dostępu do transmisji wideo z lokali, dorzucanie kart do urn czy łamanie zasad związanych z przechowywaniem oddanych głosów. Zgłoszono przypadki naruszania tajności głosowania przez policję. Niezależna obserwacja była praktycznie niemożliwa, komisje zostały zdominowane przez osoby w pełni lojalne wobec Kremla.

Podczas trzech dni głosowania doszło do licznych incydentów w komisjach wyborczych. Niezależne media odnotowały blisko 40 sytuacji, w których wyborcy usiłowali zniszczyć urny i arkusze do głosowania lub podpalić lokale wyborcze, a także ogłosić fałszywe alarmy bombowe. Według MSW do wieczora 17 marca wszczęto 61 spraw karnych dotyczących zakłócania przebiegu głosowania. Ogółem zatrzymano co najmniej 89 osób w 22 miastach (dane OVD-Info), część w związku z umieszczaniem antyputinowskich haseł na kartach wyborczych.

osw.waw.pl


5 marca Komisja Europejska (KE) oraz Wysoki Przedstawiciel ds. Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa UE przedstawili Europejską strategię przemysłową w zakresie obronności (EDIS) oraz projekt rozporządzenia pod nazwą „Europejski program inwestycji w dziedzinie obronności” (EDIP). Ich cel to wzmocnienie europejskiej bazy przemysłowo-technologicznej sektora obronnego (EDTIB) poprzez zwiększenie tempa produkcji zbrojeniowej w krajach Unii, usunięcie przeszkód w dostępie do surowców, usprawnienie łańcuchów wytwórczych, a zwłaszcza skłonienie państw członkowskich do rozwijania wspólnych projektów zbrojeniowych i do wspólnych zakupów. Istotnym elementem tych zamierzeń jest też próba włączenia ukraińskiego sektora obronnego do kooperacji z firmami z UE. Z punktu widzenia instytucji unijnych dokumenty te mają charakter przełomowy – wieńczą podejmowane w obecnej kadencji KE wysiłki na rzecz kompleksowego wsparcia przez Unię produkcji zbrojeniowej od fazy badań rozwojowych aż po wspólną eksploatację sprzętu. Skuteczność EDIS i EDIP będzie jednak zależała od woli państw członkowskich do posługiwania się nowo tworzonymi instrumentami.

Polityka bezpieczeństwa i obrony pozostaje obszarem wyłącznych kompetencji krajów członkowskich, ale Komisja coraz silniej stara się na nią wpływać – zwłaszcza w obrębie przemysłu zbrojeniowego, gdzie posiada kompetencje z zakresu polityki przemysłowej. Wysiłki te wyraźnie przyspieszyły po rozpoczęciu przez Rosję pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, czego dowodem są przyjęte w 2023 r. Akt o wspieraniu produkcji amunicji (ASAP, zob. ASAP: UE wspiera produkcję amunicji w państwach członkowskich) oraz Akt na rzecz wzmocnienia europejskiego przemysłu obronnego przez wspólne zamówienia (EDIRPA). Według KE europejski przemysł zbrojeniowy dysponuje potencjałem i know-how, aby konkurować z przodującymi na świecie Amerykanami, lecz pozostaje za nimi zdecydowanie w tyle ze względu na swoje rozdrobnienie, brak koordynacji produkcji i zamówień (tylko 18% wspólnych zakupów w 2021 r.), zbyt częste sięganie przez państwa członkowskie po sprzęt wyprodukowany poza UE (78% zakupów w latach 2022–2023) oraz wciąż znacznie niższe w Unii niż w USA wydatki na cele wojskowe (w 2023 r. wszystkie państwa członkowskie przeznaczyły na obronę 270 mld euro, podczas gdy Stany Zjednoczone – 816,7 mld dolarów).

(...)

Komisja, zachęcając kraje członkowskie do zwiększenia nakładów na zbrojenia, jednocześnie tworzy instrumenty pozwalające na koordynowanie i uzgadnianie priorytetowych zakupów, zachęty finansowe dla wspólnych przedsięwzięć, a nawet źródło wiedzy o wytwarzanym w ramach UE uzbrojeniu i sprzęcie wojskowym (brak świadomości ich istnienia miał wpływać na decyzje o zakupach za granicą). Zgodnie z tą wizją europejski przemysł powinien sprawniej odpowiadać na wzrost popytu spowodowany rosyjską inwazją na Ukrainę i koncentrować się na kluczowych zdolnościach (np. drony). Strategia głosi także, że UE będzie się starała zachęcać rynek finansowy do odważniejszego wspomagania przemysłu zbrojeniowego. Działania w tym kierunku może też podjąć Europejski Bank Inwestycyjny. Strategia zakłada ponadto budowanie partnerstw, a szczególną wagę przywiązuje do stopniowego włączania Ukrainy we współpracę zbrojeniową, również za pomocą programów przewidzianych przez EDIP. Kwestia istotna, choć mogąca budzić kontrowersje z punktu widzenia komplementarności z NATO to wzmocnienie interoperacyjności i wymienialności zdolności obronnych. Dokument wskazuje na nadmierną tendencję państw członkowskich do uszczegóławiania wymagań w procesie pozyskiwania i certyfikacji sprzętu pod kątem konkretnych oferentów. Ustanowione w ramach Sojuszu porozumienia ramowe dotyczące standaryzacji (STANAG) są zdaniem autorów EDIS niewystarczające, aby temu przeciwdziałać – mają zostać uzupełnione systemem Europejskiej Agencji Obronnej (EDSTAR).

(...)

EDIS i EDIP stanowią przede wszystkim silny sygnał polityczny w kierunku państw członkowskich, firm zbrojeniowych i sektora bankowego. Wskazują na priorytet produkcji zbrojeniowej w związku z coraz trudniejszą i nieprzewidywalną sytuacją międzynarodową. Skuteczność nowych instrumentów zależeć jednak będzie w ogromnym stopniu od woli politycznej państw członkowskich i ich umiejętności współpracy między sobą. Objęcie Ukrainy większością mechanizmów EDIP ma potwierdzać determinację KE w stopniowej integracji sektorowej tego państwa z UE, a także chęć skorzystania z jego doświadczeń w niektórych dziedzinach (np. produkcji dronów). Powodzenie programu może mieć wpływ na finansowanie podobnych mechanizmów w ramach przyszłej perspektywy budżetowej. Szczególnie zainteresowane korzystaniem z EDIP mogą być małe i średnie przedsiębiorstwa, dla których tworzy to szansę nawiązania współpracy międzynarodowej.

Przewidziana projektem rozporządzenia kwota 1,5 mld euro może budzić rozczarowanie. Jest ona jednak zaplanowana na dwa lata i świadczy o pilotażowym charakterze programu. Cały akt legislacyjny będzie przedmiotem długotrwałych negocjacji w Parlamencie (kolejnej już kadencji) i Radzie UE. Należy raczej spodziewać się, że państwa członkowskie będą dążyły do ograniczenia jego budżetu i części kompetencji koordynacyjnych, jakie przyznaje sobie w nim KE.

Podstawowym ryzykiem może być wytworzenie przez instytucje unijne nadmiernych oczekiwań względem proponowanych rozwiązań. Sprzyja temu wyznaczenie w EDIS nierealistycznych celów dotyczących współpracy państw członkowskich i nabywania przez nie europejskich produktów zbrojeniowych. Choć z punktu widzenia interesów europejskich firm sektora obronnego jest to pożądane, to państwa będą kierowały się również imperatywami natury politycznej i wojskowej, takimi jak chociażby czas dostaw, interoperacyjność czy wzmocnienie sojuszu z USA czy Wielką Brytanią. W obecnej sytuacji KE powinna przede wszystkim działać na rzecz zwiększenia produkcji i ułatwienia dostępu do produktów zbrojeniowych, zaś dopiero w dalszej kolejności promować współpracę i hasło „Buy European”. Straconą szansą jest też nieuwzględnienie w EDIS kwestii podwyższania wydatków zbrojeniowych do przynajmniej 2% PKB i wprowadzenia w ramach EDIP odpowiednich bonusów dla państw, które to uczyniły.

osw.waw.pl


To raczej sam Franciszek sądzi, że się zna na wszystkim, skoro tak lekko mówi, że Ukraina ponosi klęskę w wojnie i powinna wywiesić białą flagę. I na wojnie się zna, i na zaprowadzaniu pokoju.   

Niestety, pontyfikat Franciszka z całą mocą pokazał, że ten papież nie wie, o czym mówi, gdy mówi o wojnie w Ukrainie. Jego wypowiedzi są dramatyczne.  

To naprawdę nie jest zbyt duże oczekiwanie, by papież nie wzywał ofiar do uległości, ale wzywał agresora do rezygnacji z agresji. A tak czyni Franciszek, gdy znowu mówi o tej wojnie.  

Franciszek już doskonale udowodnił, że nic nie rozumie z tej wojny. Możemy się zastanawiać, dlaczego tak jest. Dlaczego papież nie uczy się na własnych błędach i błędach własnej administracji?  

No dlaczego?  

Papież zdecydowanie nie rozumie, czym jest Rosja i kim jest Putin. Franciszek głęboko się myli i błądzi, przez co naraża na szwank autorytet Kościoła. Wcale nie mówię tu tylko o Polsce. Warto zwrócić uwagę na wypowiedź stałego synodu biskupów Ukraińskiej Cerkwi Greckokatolickiej. Ta wspólnota złożyła gigantyczną ofiarę krwi za bycie wierną papieżowi, a w tej chwili mówi: papież się myli, papież błądzi, my będziemy walczyć do końca, bo nie mamy innego wyjścia. Jej zwierzchnik abp Światosław mówi wprost, że kto nie wierzy w zwycięstwo Ukrainy, niech idzie do spowiedzi.  

Przetłumaczę z języka kościelnego na bardziej zrozumiały: papieżu, zdradziłeś. Tak?  
W języku kościelnej dyplomacji biskupi grekokatoliccy chcą powiedzieć: Ojciec Święty nie rozumie, o czym mówi. I mają rację, bo Franciszek nie rozumie Ukrainy i Rosji, kompletnie nie rozumie tej wojny. Już dość dawno odrzucił znaną w chrześcijaństwie ideę wojny sprawiedliwej, którą w Ukrainie doskonale widzimy.   

Papież chce pokoju - może należałoby się z tej prostolinijności cieszyć?  

Sam zastanawiam się, czy to jest naiwny pacyfizm, czy...  

...bycie pożytecznym idiotą Rosji? Brzmi brutalnie, ale to określenie wobec papieża już publicznie jest używane.  

Ja nie użyję tego sformułowania, natomiast niewątpliwie nie bez przyczyny Franciszek jest już tak określany. Słowa papieża, nawet jeśli wynikają ze szlachetnego i naiwnego pacyfizmu, są teraz agresywnie i brutalnie wykorzystywane przez Kreml. Rosyjska propaganda, w tym sam rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, przyjęła wypowiedzi papieża z gigantycznym entuzjazmem. Papież może i chce pokoju, ale mówienie, że Ukraina upada i musi negocjować - a to Franciszek przecież powiedział - to dokładnie tezy rosyjskich propagandystów.  

Dlaczego papież trwa w błędzie? Człowiek przecież może się zdobyć na jakąś choć minimalną refleksję. Papież tego nie potrafi?  

Nie chciałbym wyjść na rzecznika prasowego papieża ani go bronić, ale Franciszek nie jest tu żadnym wyjątkiem. Noam Chomsky, jeden z najwybitniejszych autorytetów w językoznawstwie, był przez dekady uznawany za amerykańskie sumienie, zwłaszcza lewicy.  

Dziś ma prawie 100 lat i de facto wspiera Putina.  

Właśnie. Podobnie jak Franciszek. Ale taka postawa nie wynika z samego wieku, choć oczywiście im jesteśmy starsi, tym trudniej nam zmienić poglądy. Wynika także z tego, że obaj panowie widzą w Stanach Zjednoczonych największe zagrożenie i są tak zaślepieni niechęcią do USA, a jednocześnie przywiązani do własnych ideologicznych konstrukcji, że nie są w stanie wyjść z błędu. Nie są zdolni zobaczyć prawdziwej natury Rosji i wojny w Ukrainie.  

Jürgen Habermas, słynny niemiecki filozof, podobnie. To jest tak, że wielkie umysły mylą się podobnie?  

To prawda, że Franciszek, Chomsky, Habermas podobnie się mylą. Oślepili się na geopolityczną, polityczną i społeczną rzeczywistość. Są niewolnikami własnych głęboko ideologicznych przekonań. Intelektualnie ulegli Rosji, która przez dziesięciolecia dbała o swój PR - z jednej strony Kreml cały czas mówił o świecie wielobiegunowym i o walce z kolonializmem, a z drugiej przesłaniał tym własny kolonializm. 

gazeta.pl

niedziela, 17 marca 2024



W lutym i marcu ukraińskie instytucje państwowe zaczęły zawiadamiać o trwających pracach przy budowie umocnień. Przygotowywane są rowy i przeszkody przeciwczołgowe oraz plutonowe punkty oporu, które docelowo mają zostać połączone w zintegrowany system obrony. Fakt ten potwierdzili też Rosjanie, publikując w mediach społecznościowych zrobione z dronów zdjęcia ukraińskich fortyfikacji polowych. Informacje na temat lokalizacji rejonów umocnionych oraz przetargów na budowę fortyfikacji utajniono. Z dostępnych danych wynika, że główny wysiłek skoncentrowano wzdłuż linii frontu w obwodach zaporoskim, donieckim i charkowskim, a także na newralgicznym odcinku granicy z Rosją rozciągającym się od okolic Charkowa do rzeki Sejm.

Realizacja tych prac to efekt zarządzeń ogłoszonych przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego 30 listopada 2023 r. Utworzono również specjalny sztab, który odpowiada za planowanie robót oraz przygotowanie niezbędnych materiałów budowlanych i ciężkiego sprzętu. Na jego czele stanęli wicepremier Mychajło Fedorow i minister obrony Rustem Umierow. Stawianie fortyfikacji ma przebiegać dwutorowo. Bezpośrednio w pasie obrony poszczególnych grup operacyjnych zajmą się nim pododdziały saperów. W odległości do parudziesięciu kilometrów od linii bojowej umocnienia będą wznoszone połączonym wysiłkiem wojska, administracji obwodowych i przedsiębiorstw budowlanych.

Komentarz

Dotychczasowy przebieg wojny ukraińsko-rosyjskiej pokazał doniosłe znaczenie fortyfikacji polowych, zwłaszcza dla strony prowadzącej obronę poza terenem zurbanizowanym. Najjaskrawszym tego przykładem jest doświadczenie ukraińskiej ofensywy z lata 2023 r. w obwodzie zaporoskim. Do najważniejszych czynników, które zdecydowały o jej niepowodzeniu, należał umiejętnie wybudowany i głęboko urzutowany rosyjski system obrony oparty na rozległych polach minowych, przeszkodach przeciwczołgowych i umocnieniach ziemnych dla piechoty. Ze względu na duże nasycenie pola walki artylerią i dronami uderzeniowymi prowadzenie obrony w otwartym terenie bez choćby podstawowych fortyfikacji polowych osłoniętych przed obserwacją z powietrza przekłada się na znaczne straty w piechocie i jej demoralizację.

Zaniedbanie budowy umocnień polowych krytykowano na Ukrainie co najmniej od końca 2022 r., kiedy to okazało się, że – pomimo kilkumiesięcznych walk na przedpolach Bachmutu i Sołedaru – pozycje na skrzydłach obu tych miast nie zostały zawczasu przygotowane do obrony, co skutkowało nieuzasadnionymi stratami. Dużo silniejsza fala niezadowolenia przeszła przez media w drugiej połowie lutego br., kiedy to po odwrocie z Awdijiwki ukraińska piechota musiała okopywać się na zaimprowizowanej linii oporu pod ogniem artylerii i dronów wroga. Pokazało to, że decyzja Zełenskiego o rozbudowie fortyfikacji z listopada 2023 r. była spóźniona co najmniej o kilka miesięcy.

Wśród głównych problemów związanych obecnie ze wznoszeniem umocnień wymienić można ograniczone możliwości prowadzenia prac w pasie położonym do 15–20 km od linii frontu, znajdującym się w zasięgu artylerii polowej oraz dronów rozpoznawczych i uderzeniowych przeciwnika. Z tego względu Rosjanie bardzo szybko namierzają drogi sprzęt ciężki i powstaje duże ryzyko jego zniszczenia. W związku z tym roboty na bezpośrednim zapleczu frontu prowadzone są głównie ręcznie przez małe, rozproszone grupy robocze, co przekłada się na tempo budowy. Najważniejszy wykonawca prac to Państwowa Specjalna Służba Transportu – formacja wojsk inżynieryjnych odpowiadająca dotąd głównie za zabezpieczenie funkcjonowania szlaków komunikacyjnych i rozminowanie. Wydaje się, że – pomimo rozwinięcia tej struktury w czasie wojny – pozostaje ona niezdolna do samodzielnego stawiania umocnień na dużą skalę i w proces ten muszą też zostać zaangażowane firmy cywilne. Analogiczne rozwiązanie organizacyjne stosowali Rosjanie przy wznoszeniu swoich linii obronnych od końca 2022 r.

Skuteczna budowa zintegrowanego systemu fortyfikacji, wzmocnionego o pola minowe i osłaniającego kluczowe węzły komunikacyjne, powinna poprawić potencjał obronny Ukrainy i znacznie zredukować zagrożenie głębokiego przełamania frontu przez wroga. Pierwszoplanowe znaczenie ma przygotowanie pozycji na kierunku jego aktualnie głównego uderzenia w Donbasie, tj. na linii Wuhłedar–Kurachowe–Pokrowsk–Konstantynówka–Kramatorsk–Słowiańsk. Należy przy tym zaznaczyć, że umocnienia same w sobie nie bronią się – wymagają odpowiedniej obsady oraz nasycenia środkami ogniowymi. Ich budowa nie likwiduje więc konieczności przeprowadzenia pełnowartościowej mobilizacji i zasilenia armii nowymi ludźmi.

osw.waw.pl