wtorek, 12 marca 2024



Sam gen. Załużny nie zamierzał milczeć i udzielając głośnych wywiadów w roku 2023 wziął na siebie całą odpowiedzialność za niepowodzenia. Załużny zdradził także, że głównym błędem Kijowa w roku 2023 było wiązanie wysokich rosyjskich strat z szansą na załamanie frontu. Między wierszami skrytykował on więc koncepcję bitwy bachmuckiej (czy teraz awdijiwskiej) bo wiązanie Rosjan w tych miejscach miało wykrwawić siły inwazyjne do tego stopnia, że front naturalnie „pęknie”. Wspomniana teoria, że Załużny ma inną wizję wojny niż kierownictwo polityczne, miała znaleźć potwierdzenie w dymisji wojskowego, która nastąpiła w kulminacyjnym momencie bitwy o Awdijiwkę. Niestety myślenie w kategoriach bitwy totalnej („miasoróbki”) to kalki mentalne żywcem wyjęte z okresu I wojny światowej. Wielkie bitwy były też zmorą żołnierzy w okresie II wojny światowej. Były także przyczyną klęski wojsk rosyjskich w roku 2022, ponieważ wizja zdobycia przez Rosjan Kijowa, na szczęście, przysłoniła rosyjskiemu dowództwo kalkulacje w swoich szeregach. Na Kijów gnali bez uzyskania przewagi, a desanty pod ukraińską stolicą były powtórką z klęski alianckiej operacji „Market Garden”. Władimir Putin prowadzi wojnę w oparciu o stare wojenne zasady.

Z kolejnych miast tworzy pole wielkiej bitwy na punkcie, której ma obsesję. Ukraińcy broniąc Mariupola kupowali czas całemu zgrupowaniu w Donbasie, a fanatyzm Putina by Mariupol ukarać za rok 2014 (gdy miasto opowiedziało się za Ukrainą) skończył się anihilacją tej metropolii. Ukraińcy wówczas obawiali się, że wojska skoncentrowane na niszczeniu Mariupola ruszą na północ, wychodząc na tyły sił zgromadzonych w Donbasie. To obsesja Putina była jedną z przyczyn, że do tego nie doszło.

Piszę o tym, ponieważ zupełną oczywistością jest, że nad Dnieprem zderzyły się dwie koncepcje traktowania armii. Putinowskie siły inwazyjne to wojsko „komandirowane” po sowiecku, gdzie rozkaz idzie od góry na sam dół, nie uwzględniwszy uwarunkowań pola walki. W Siłach Zbrojnych Ukrainy inicjatywę taktyczną zyskali oficerowie niższego i średniego szczebla. Ukraińcy nie wydawali w roku 2022 Rosjanom wielkich bitew kordonowych, tylko opóźniali marsz Rosjan w walkach odwrotowych, szykowali zasadzki, opierali się o korzystne dla siebie boje spotkaniowie. Kwintesencją ukraińskiego wojskowego kunsztu była spektakularna operacja charkowsko-izjumska, która od września do października 2022 roku odepchnęła Rosjan za Kupiańsk i której efekty zaskoczyły nie tylko Rosjan, ale także nacierających Ukraińców. To pogoda zamknęła możliwość kontynuowania uderzenia.

Co spowodowało, że ta operacja okazała się tak błyskotliwa? Ukraińcy skoncentrowali pododdziały najlepszych jednostek w miejscach, gdzie „pęknięcie” frontu było najbardziej prawdopodobne. Rosjanie „wybrzuszyli” front nie posiadając żadnego pomysłu, co dalej. Manewr okazał się tak dynamiczny, że Rosjanie w panice nie utrzymali nawet rezerwowej linii na rzece Oskił. Dlaczego? Uciekli, porzucali czołgi, ponieważ panicznie bali się wpaść w okrążenie. „Kocioł” to słowo, którego boi się każdy rosyjski dowódca, ponieważ od dziecka był uczony, że okrążenie Stalingradu było największym zwrotem w dziejach II wojny światowej.

Co spowodowało, że ta operacja okazała się tak błyskotliwa? Ukraińcy skoncentrowali pododdziały najlepszych jednostek w miejscach, gdzie „pęknięcie” frontu było najbardziej prawdopodobne. Rosjanie „wybrzuszyli” front nie posiadając żadnego pomysłu, co dalej. Manewr okazał się tak dynamiczny, że Rosjanie w panice nie utrzymali nawet rezerwowej linii na rzece Oskił. Dlaczego? Uciekli, porzucali czołgi, ponieważ panicznie bali się wpaść w okrążenie. „Kocioł” to słowo, którego boi się każdy rosyjski dowódca, ponieważ od dziecka był uczony, że okrążenie Stalingradu było największym zwrotem w dziejach II wojny światowej.

defence24.pl


Rosjanom coraz trudniej jest nacierać na zachód od okupowanej Awdijiwki. Dotarli już do pierwszej linii naturalnych przeszkód pięć kilometrów od miasta w pobliżu wsi Berdyczi i Semeniwka. Aby posuwać się dalej, armia rosyjska musi pokonać kaskadę zbiorników wodnych wzdłuż biegu rzeki Durnaja. Sytuację nacierających jednostek armii rosyjskiej komplikuje fakt, że przeciwległy brzeg rzeki Durnaja tworzy dominującą wysokość na całej swojej długości naprzeciw Awdijiwki, co ułatwia Ukraińcom skuteczną obronę.

Główna linia obrony ukraińskich sił zbrojnych na tym kierunku została wzniesiona jeszcze bardziej na zachód. Według Dmytra Lichowyja, rzecznika zgrupowania wojskowego Tauryda, jej budowa rozpoczęła się już w grudniu 2023 roku.

– Ogromna sieć pozycji rezerwowych, bastionów dla plutonów, rozgałęziających się zygzakowatych okopów o długości setek metrów z pozycjami ogniowymi, (…) zapór minowych została już stworzona i jest wzmacniana. Mówimy o tych konstrukcjach, które będą następne w kolejce w przypadku dalszej ofensywy wroga i zapewnią całkowite zatrzymanie ofensywy na kierunku donieckim – powiedział Lichowyj, wymieniając elementy ukraińskiej obrony.

Ukraiński projekt analityczny DeepState również donosi, że budowa fortyfikacji „idzie pełną parą”. Jednocześnie analitycy zastrzegają, że ich budowa powinna była rozpocząć się znacznie wcześniej. Z powodu zwłoki dowództwa ukraińskie siły zbrojne są zmuszone do powstrzymywania rosyjskiej ofensywy dużym kosztem ludzkim, aby zapewnić odpowiedni czas na przygotowanie niezawodnych linii obrony.

Na przeciwległym brzegu rzeki Durnaja trwają walki we wsiach Orliwka i Toneńke. W każdej z nich ukraińscy obrońcy zostali już praktycznie zepchnięci na obrzeża. Ich zadaniem jest maksymalne powstrzymanie rosyjskiej ofensywy, aby ukraińskie siły zbrojne mogły przygotować się do obrony na nowych rubieżach.

Ze swojej strony Rosjanie starają się jak najszybciej dotrzeć do ukraińskiej linii obrony, która wciąż jest w budowie, aby mieć większe szanse na jej pokonanie. W tym celu stale wprowadzają nowe rezerwy do walki w rejonie Awdijiwki i intensyfikują naloty na ukraińskie pozycje przy użyciu kierowanych bomb lotniczych (KAB), którym Ukraińcy nie mają nic do przeciwstawienia.

Zachodnie media również piszą o spowolnieniu tempa rosyjskiej ofensywy. W szczególności, jak zauważył The New York Times, rosyjską ofensywę komplikuje fakt, że na otwartym terenie rosyjskie wojska są zmuszone do posuwania się naprzód pod ciągłym ostrzałem Sił Zbrojnych Ukrainy z dominujących wzgórz. Ponadto zmęczenie jednostek, które szturmowały Awdijiwkę przez sześć miesięcy, zaczyna zbierać swoje żniwo, a Rosjanie nie mają wystarczającej ilości świeżych posiłków, aby utrzymać intensywność szturmów.

Rosyjscy korespondenci wojenni odnotowali uparty opór ukraińskich żołnierzy, którzy według kanału Rybar, bliskiego rosyjskiemu Ministerstwu Obrony, już „otrząsnęli się po utracie Awdijiwki” i aktywnie kontratakują. Z-bloger Siemion Piegow donosi, że ukraińskie siły zbrojne „nieustannie ściągają rezerwy”, co coraz bardziej utrudnia rosyjskiej armii posuwanie się naprzód.

Na południe od okupowanej Marjinki znajduje się wieś Nowomychajliwka, którą Rosjanie szturmują dużymi siłami od kilku miesięcy. Znajduje się tu potężna „twierdza” ukraińskich sił zbrojnych, która osłania drogę do Wuhłedaru, biegnącą przez sąsiednią wieś Kostiantyniwkę. Bez zdobycia Nowomychajliwki Rosjanie nie są w stanie zacząć osłaniać Wuhłedaru od północy.

Ukraińscy dowódcy twierdzą, że Rosjanie rzucają „olbrzymie siły” do zdobycia wioski, a jej zajęcie jest obecnie jednym z głównych priorytetów rosyjskich sił zbrojnych. Ukraińcy kontrolują obecnie zachodnią część wioski, Rosjanie umocnili się we wschodniej części, a walki toczą się w centralnej części.

(...)

Ukraińcy kontynuują systematyczne niszczenie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. W ubiegłym tygodniu na dno poszedł jeden z jej najnowocześniejszych okrętów – zwodowany w 2021 roku patrolowiec „Siergiej Kotow”. W nocy z 4 na 5 marca został on zaatakowany przez rój dronów morskich Magura V5 w pobliżu Mostu Krymskiego. Pomimo ognia dział pokładowych, rosyjski okręt przegrał bitwę i zatonął po kilku trafieniach.

„Siergiej Kotow” stał się trzecim okrętem Floty Czarnomorskiej zniszczonym na pełnym morzu przez ukraińskie drony od początku roku. Powtórzył on los kutra rakietowego „Iwanowiec” i dużego okrętu desantowego „Cezar Kunikow”. W każdym z tych przypadków okoliczności zniszczenia rosyjskich okrętów były niemal identyczne – jednoczesny atak kilkunastu dronów morskich, które najpierw obezwładniły, a następnie zniszczyły okręt.

Drony zostały prawdopodobnie zwodowane około 20 godzin przed atakiem na patrolowiec. Musiały pokonać około 700 kilometrów od Odessy, aby dotrzeć na miejsce ataku niezauważone. Mogły spędzić kilka godzin z dala od wybrzeża okupowanego Krymu, czekając na rozpoczęcie operacji. Wiadomo, że około 10 godzin przed atakiem cztery drony Magura V5 zostały zauważone przez załogę rosyjskiego statku towarowego „ELLA” 136 kilometrów od półwyspu.

(...)

Operacje ukraińskich sił zbrojnych przeciwko rosyjskim obiektom znajdującym się głęboko za linią frontu przybierają coraz większą skalę. Ukraińskie drony codziennie wlatują na terytorium Rosji i regularnie atakują ważne obiekty wojskowe i infrastrukturalne. Zasięg (900 kilometrów do Petersburga), waga głowicy bojowej (do 30 kilogramów) i zdolność do omijania obrony przeciwlotniczej cały czas rosną.

Zmasowany nalot dronów na rosyjskie miasto Taganrog w nocy z 8 na 9 marca jest żywym przykładem rosnącej zdolności ukraińskich sił zbrojnych do prowadzenia wojny przy użyciu środków asymetrycznych. Zdaniem eksperta wojskowego Serhija Auslendera jest to pierwsza tak duża operacja z udziałem ukraińskich dronów na terytorium Rosji.

Taganrog znajduje się w obwodzie rostowskim na wybrzeżu Morza Azowskiego. Miasto znajduje się około 130 kilometrów od linii frontu. Aby pokonać ten dystans, rój dronów, które emitują charakterystyczny hałas podczas lotu, musi przelecieć większość tej odległości nad terytoriami okupowanymi, teoretycznie chronionymi przez systemy obrony powietrznej. Jak się okazało, ukraińskie siły zbrojne są całkiem zdolne do latania dziesiątkami dronów na tej trasie jednocześnie.

Taganrog jest domem dla wielu obiektów rosyjskich sił zbrojnych i przemysłu wojskowego. Tym razem celem ataku były Zakłady Lotnicze w Taganrogu, które w szczególności naprawiają samolot A-50, uszkodzony 26 lutego 2023 roku na lotnisku Maczuliszcze w obwodzie mińskim na Białorusi.

Pod koniec tygodnia w mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia satelitarne fabryki w Taganrogu, która została zaatakowana przez drony. Wyraźnie pokazują one, że co najmniej dwa drony przebiły się przez dach hangaru lotniczego. Przypuszczalnie miał się tam znajdować samolot A-50 (ale nie ma na to wyraźnych dowodów w otwartych źródłach).

(...)

W ubiegłym tygodniu rosyjskie wojsko osiągnęło dwa medialne sukcesy jednocześnie – najpierw po raz pierwszy niszcząc dostarczoną przez USA wieloprowadnicową wyrzutnię rakiet HIMARS, a następnego dnia po raz pierwszy niszcząc dwie wyrzutnie systemu rakiet ziemia-powietrze Patriot.

Rosyjski dron zwiadowczy namierzył HIMARS 40 kilometrów od linii frontu. Pojazd pełnił służbę bojową z pełną amunicją. W wyniku trafienia przez precyzyjnie naprowadzany rosyjski pocisk rakietowy, prawdopodobnie wystrzelony z wyrzutni Tornado-S, amunicja wybuchła, a HIMARS został całkowicie zniszczony.

Jest to pierwsza udokumentowana strata amerykańskiego MLRS, który był prawdziwym przełomem w operacjach bojowych, wchodząc do służby w armii ukraińskiej latem 2022 roku. Kilka innych pojazdów zostało uszkodzonych, a w sumie Amerykanie dostarczyli Ukrainie co najmniej 39 MLRS tego typu (w służbie jest jeszcze 27 gąsienicowych analogów – M270, niemiecki MARS II oraz francuski LRU).

Następnego dnia ukraińskie siły zbrojne poniosły kolejną poważną stratę: w pobliżu wsi Serhijiwka na granicy obwodów donieckiego i dniepropietrowskiego Rosjanie zniszczyli dwie amerykańskie wyrzutnie rakiet Patriot celnym uderzeniem rakietowym. Od tego miejsca do linii frontu jest około 55 kilometrów.

(...)

W sumie Siły Zbrojne Ukrainy mają w służbie co najmniej trzy baterie Patriotów, czyli około 18 wyrzutni. Fakt, że Patriot został zniszczony w pobliżu frontu, potwierdza również hipotezę, że z powodu braku nowoczesnych zachodnich myśliwców F-16 Ukraińcy są zmuszeni do transportu zachodnich systemów obrony powietrznej do Donbasu. Jest to też powód, dla którego rosyjskie myśliwce spadają w Donbasie co kilka dni w ciągu ostatniego miesiąca.

belsat.eu

poniedziałek, 11 marca 2024



Angola to już czwarty kraj, po Ekwadorze, Katarze i Indonezji, który opuścił OPEC w ostatniej dekadzie. Jeszcze w 2010 r. OPEC miała udział w światowym rynku ropy naftowej na poziomie 34 proc. Teraz, po odejściu Angoli, spadł on do poziomu około 27 proc. Do tego spadku w znacznym stopniu przyczyniła się też konkurencja zza granicy – głównie produkcja w Stanach Zjednoczonych, która szybko rośnie od 2010 r. Od 2018 r. USA są największym na świecie producentem ropy. Większość surowca zużywają na własne potrzeby, a najważniejszym eksporterem pozostaje Arabia Saudyjska, czyli drugi producent świata. Saudyjczycy są też najbardziej wpływowym członkiem zarówno OPEC, jak i OPEC+. W styczniu tego roku do OPEC+ dołączyła co prawda Brazylia, co wzmacnia pozycję organizacji na świecie, ale kraj nie przyłączył się do cięć wydobycia ogłoszonych przez organizację.

Według Jorge’go Leóna kraje OPEC+ są silnie zdeterminowane, aby utrzymać dolny próg cenowy powyżej 80 USD za baryłkę w drugim kwartale tego roku. Jednakże mimo cięć oraz napięć politycznych związanych z atakami Hutich na Morzu Czerwonym ceny ropy pozostają stosunkowo niskie – znacznie poniżej poziomu 100 USD za baryłkę z lata 2022 r. 

Rynek w dużej mierze spodziewał się decyzji o przedłużeniu ograniczeń, a ceny surowca wzrosły jeszcze przed ogłoszeniem. Kolejne decyzje powinny zapaść 1 czerwca na spotkaniu ministrów OPEC+. Kraje członkowskie mają nadzieję na „powrót baryłek na rynek”, ale wszystko zależy od warunków rynkowych – z pewnością nie będą chciały tworzyć nadwyżki podaży. Przewidywania dotyczące popytu w drugiej części roku są rozbieżne. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) prognozuje wzrost zapotrzebowania o 1,2 mln bpd, a same kraje OPEC – o 2,2 mln bpd.

Wszystko to odbywa się na tle przemian gospodarczych w Arabii Saudyjskiej. Książę koronny Muhammad ibn Salman realizuje swoją wizję zawartą w Saudi Vision 2030. Zgodnie z nią planuje dywersyfikację gospodarki i zmniejszenie zależności kraju od ropy naftowej. Zwrot w polityce królestwa jest ewidentny. Pod koniec stycznia 2024 r. Rijad nakazał państwowemu koncernowi Saudi Aramco porzucenie projektu zwiększenia mocy produkcyjnych z obecnego poziomu 12 do 13 mln baryłek do 2027 roku. Zaoszczędzone środki posłużą m.in. transformacji energetycznej kraju. W ocenie Financial Times książę potrzebuje ceny ropy na poziomie około 100 USD za baryłkę, aby sfinansować swoje reformy.

energetyka24.com


Sukcesywne zacieśnianie zachodniego reżimu sankcyjnego wobec rosyjskiego sektora LNG nasila problemy branży, która zmaga się z poważnymi trudnościami zagrażającymi jej dalszemu rozwojowi. Embargo technologiczne i inne restrykcje doprowadziły do opóźnień w budowie nowych instalacji skraplających oraz spiętrzenia wyzwań związanych z logistyką i finansowaniem. Sankcje generują również dodatkowe koszty dla państwa oraz obniżają dochody ze sprzedaży gazu.

Rosyjscy decydenci upatrują w rozwoju LNG szansę na uniezależnienie się od ograniczeń infrastrukturalnych i politycznych, które charakteryzują rurociągowy przesył gazu. Wskutek decyzji Kremla Gazprom utracił znaczną część rynku europejskiego, a przekierowanie dostaw na rynki azjatyckie pozostaje niepewne. Stąd konieczność rozbudowy zdolności eksportowych gazu skroplonego jawi się jako jeszcze pilniejsza. Problemy sektora LNG oddziałują zatem negatywnie na perspektywę eksportu rosyjskiego gazu jako takiego.

W związku z trwającą na Zachodzie dyskusją o dalszym zaostrzaniu sankcji wobec Federacji Rosyjskiej (FR) warto rozważyć podjęcie działań w celu spowolnienia wzrostu sprzedaży rosyjskiego LNG. Oprócz dalszego obejmowania sankcjami podmiotów zaangażowanych w tę gałąź eksportu uzasadnione jest wprowadzenie unijnego embarga na rosyjski gaz skroplony. Biorąc pod uwagę prognozowaną zwyżkę podaży LNG na rynku globalnym w perspektywie najbliższych dwóch–trzech lat, odejście od jego importu z FR jest możliwe. W ten sposób zlikwidowano by europejską zależność od Kremla w tym obszarze (rosyjski LNG stanowi blisko 14% całości importu skroplonego surowca do UE), oddalając zagrożenie w postaci jej politycznego wykorzystywania i przybliżając Unię Europejską do zadeklarowanego celu rezygnacji z dostaw z tego kierunku od 2027 r.

Przed 2022 r. znaczenie sektora LNG dla rosyjskiego budżetu było relatywnie nieduże – i to pomimo formułowanych przez Kreml planów skokowego zwiększenia eksportu. Ten stan rzeczy wynikał zarówno z ulgowego traktowania pod względem fiskalnym podmiotów zaangażowanych w rozwój tej branży, jak i relatywnie niewielkiego wolumenu LNG w całości struktury sprzedaży rosyjskiego gazu. W 2021 r. z FR wyeksportowano 40,1 mld m3 tego paliwa przy ponad 200 mld m3 eksportu gazu rurociągowego. LNG odpowiadało zatem za 16% realizowanej przez Moskwę sprzedaży surowca za granicę.

W ciągu ostatnich dwóch lat znaczenie gazu skroplonego dla Rosji istotnie się jednak zwiększyło. W 2023 r. surowiec w tej postaci stanowił jedną trzecią jej eksportu gazu ogółem. Paradoksalnie wzrost roli sektora nastąpił nie dzięki zwiększeniu wolumenu wywożonego LNG, lecz wskutek drastycznego spadku sprzedaży gazu rurociągowego. Od 2021 r. Kreml jednostronnie ograniczył eksport surowca do Europy, aby wywołać kryzys energetyczny w UE. W efekcie w 2023 r. Rosja wyeksportowała o 116 mld m3 gazu mniej niż w 2021 r. Całość tej redukcji przypadła na kierunek zachodni.

Decyzja Moskwy o zmniejszeniu przesyłu gazu na Zachód wraz z sukcesywnym odchodzeniem UE od dostaw z Rosji przyczyniły się do znaczącego spadku realizowanego eksportu gazu rurociągowego. W tej sytuacji, przy niepewnej możliwości przekierowania „utraconych” wolumenów na inne rynki, Kreml stoi przed koniecznością poszukiwania nowych szlaków eksportu surowca.

Skokowe zwiększenie rurociągowego wywozu do Azji jest obecnie wykluczone ze względu na brak połączeń pomiędzy magistralami przesyłającymi surowiec ze złóż zachodnio- i wschodniosyberyjskich, a także niewystarczającą przepustowość gazociągów eksportowych do Chin i Azji Centralnej. W tym kontekście rozwój mocy skraplających oraz idący za tym wzrost sprzedaży LNG miałyby rekompensować spadek eksportu rurociągowego.

Rosyjscy decydenci widzą w eksporcie LNG sposób na włączenie się w globalny rynek bez konieczności oglądania się na przeszkody infrastrukturalne i polityczne. Świadomość potrzeby rozwoju tego sektora sprawia, że Kreml podejmuje bezprecedensowe działania mające stymulować ten proces poprzez m.in. umożliwienie skraplania surowca pochodzącego z systemu przesyłowego na szerszą skalę, co narusza dotychczasową pozycję Gazpromu. Od 2023 r. odnotowuje się również zwiększenie opodatkowania eksporterów LNG, co uwidacznia znaczenie tego sektora dla państwa.

Eksport gazu skroplonego realizowany drogą morską za pomocą metanowców (statków przeznaczonych do transportu LNG) daje większą swobodę wyboru odbiorcy – elastyczność globalnego rynku pozwala na przekierowywanie wolumenów tam, gdzie jest popyt i pochodzenie surowca jest akceptowalne. Aktualne uwarunkowania transportu LNG działają jednak na niekorzyść Rosji. O ile strukturalne właściwości światowego handlu ropą (duża podaż tankowców, obecność traderów funkcjonujących poza zachodnim systemem finansowym, zjawisko „floty cienia” transportującej surowiec z m.in. Iranu i Wenezueli) umożliwiły Rosji zredukowanie wpływu sankcji na poziom eksportu tego surowca, o tyle w przypadku wywozu gazu skroplonego podobne zabiegi – jak chociażby korzystanie z usług transportowych podmiotów gotowych do poniesienia ryzyka sankcyjnego – będą z kilku powodów mało skuteczne.

Po pierwsze liczba metanowców na świecie jest o wiele mniejsza niż tankowców. W 2023 r. aktywnych było 668 jednostek transportujących LNG, podczas gdy ropę i produkty ropopochodne przewozi blisko 9 tys. statków[4]. Relatywnie niewielka flota przystosowana do przewozu gazu skroplonego zawęża perspektywy wypracowania alternatywnych łańcuchów dostaw, angażujących traderów i armatorów gotowych do operowania w „szarej strefie”. Ograniczona liczba metanowców ułatwia także ewentualną identyfikację tych jednostek, które łamałyby potencjalne sankcje.

Po drugie szlaki logistyczne rynku LNG nie są tak elastyczne jak w przypadku ropy – tankowce mogą bowiem zmieniać swój punkt docelowy w trakcie żeglugi bądź cumować na otwartym morzu przez długi czas, podczas gdy jednostki przewożące gaz skroplony takiej swobody nie mają (wydłużenie szlaku transportowego z wykorzystaniem przewożonego ładunku jako paliwa napędzającego silnik statku jest utrudnione ze względu na konieczność eksploatacji odparowującego gazu).

Co więcej, techniczna specyfika rozładunku LNG zawęża możliwość ukrywania pochodzenia ładunku poprzez niejawne działania, jak chociażby przeładunek burta w burtę (przeładowanie paliwa na otwartym morzu z jednego statku na drugi w celu uniknięcia sankcji). W tym kontekście istotne jest położenie geograficzne zakładów skraplających LNG w Rosji, dodatkowo zmniejszające elastyczność dostaw. Do wywozu produkcji z instalacji znajdujących się za kołem podbiegunowym (Jamał LNG, Arktyczny LNG 2) konieczne są statki zdolne do operowania na zamarzających wodach, których liczba jest ograniczona.

Po trzecie globalne dostawy LNG bazują głównie na długoterminowych kontraktach, co dodatkowo redukuje potencjał pojawienia się „szarej strefy”.

Faktyczna rozbudowa rosyjskich mocy skraplających oraz idące za tym zwiększenie eksportu LNG są niełatwe do urzeczywistnienia ze względu na zapóźnienie technologiczne. Słaby punkt stanowi przede wszystkim dotychczasowe uzależnienie od zachodniego know-how, czego przykładem są istniejące w Rosji zakłady skraplające. Wszystkie funkcjonujące linie produkcyjne operują na bazie zachodnich technologii, które obecnie trudno jest zastąpić własnymi bądź wypracowanymi poza krajami G7. Wyjątek stanowi jedna instalacja przy zakładzie Jamał LNG, która pomimo zastosowania rodzimych rozwiązań technologicznych i tak korzysta w znacznej mierze z komponentów sprowadzonych z zagranicy[5].

Wprowadzając sankcje, zachodni decydenci wykorzystują w celu zwiększenia ich efektywności zarówno rosyjskie zapóźnienie technologiczne, jak i specyfikę rynku. Odcięcie FR od zachodnich technologii poskutkowało spowolnieniem tempa prac nad podniesieniem mocy zakładów skraplających dużej skali. Wbrew rządowym deklaracjom z 2021 r. Rosji nie udało się osiągnąć zakładanych celów – do końca 2024 r. zamierzano bowiem uzyskać zdolność produkcyjną na poziomie 46–65 mln ton LNG rocznie, podczas gdy rzeczywista zdolność nominalna wynosi aktualnie ok. 35 mln ton rocznie (przy uwzględnieniu pierwszej linii Arktycznego LNG, operującej od początku br. jedynie z 50-procentową przepustowością).

Embargo technologiczne zmusiło rosyjskich producentów LNG do zmiany terminów oddania do użytku zakładów skraplających na późniejsze. W praktyce może to oznaczać zaniechanie budowy części z nich. Gazprom ponownie poinformował o przesunięciu rozpoczęcia eksploatacji pierwszej linii Bałtyckiego LNG (wspólne przedsięwzięcie z Rusgazdobyczi) z 2023 na 2026 r.[6], co i tak wydaje się założeniem optymistycznym. Przyczyną decyzji było wycofanie się z projektu niemieckiej firmy Linde – generalnego wykonawcy i zarazem dostawcy technologii.

W założeniu władz FR w sferze technologicznej zachodnich kontrahentów mają zastąpić rodzime podmioty. Dotychczas Novatek – największy eksporter LNG z Rosji – opatentował dwie technologie skraplania, z których jedna jest już stosowana (nie wiadomo, w jakim stopniu operuje ona na rosyjskich komponentach). Należy przy tym zaznaczyć, że przepustowość wykorzystującej tę technologię linii wynosi jedynie 0,9 mln ton LNG rocznie, a żadnego z krajowych rozwiązań nie wdrożono w dużej skali. Rodzi to wątpliwości co do ich szerokiej komercjalizacji w krótkim horyzoncie czasowym. Dość powiedzieć, że plany dotyczące zakładów funkcjonujących w całości na bazie rodzimych technologii nie wyszły do tej pory z fazy projektowej.

Ponadto, ze względu na brak możliwości współpracy z zachodnimi podmiotami, przed Rosjanami pojawiły się także przeszkody infrastrukturalne i logistyczne, zmuszające ich do zmian koncepcyjnych w zakresie instalacji. Koronnym przykładem jest tutaj projekt Murmański LNG, który boryka się z konsekwencjami nałożenia na Rosję embarga technologicznego. Z uwagi na niedostępność zachodnich turbin gazowych zakład ma być zasilany energią elektryczną przesyłaną bezpośrednio z elektrowni. Założenia tego projektu przyczyniły się do konfliktu na linii Novatek–Gazprom, m.in. o to, która z firm będzie finansować budowę gazociągu do instalacji[7].

Innym problemem jest obsługa całego sektora przez metanowce – w obliczu sankcji zagraniczne stocznie bądź firmy zaangażowane w dostarczanie konkretnych komponentów dla jednostek wycofały się z kooperacji z Rosjanami bądź zerwały kontrakty[8]. Nawet w wypadku oddania do eksploatacji nowych zakładów LNG może się zatem okazać, że ich produkcja zostanie celowo obniżona przez niemożność wywozu wytworzonego tam skroplonego surowca.

(...)

Biorąc pod uwagę znaczenie sektora LNG dla Kremla, kontynuowanie unijnego importu gazu skroplonego z Rosji stoi w sprzeczności z deklaracjami o zachodnim wsparciu dla Ukrainy. Wielkość wolumenu tej wymiany uległa w ub.r. jedynie niewielkiemu spadkowi względem roku 2022 – o ok. 5%, do poziomu 17,8 mld m3 (obniżenie wartości wymiany wynika z niższych cen gazu w 2023 r.). Stanowi to dowód na to, że do tej pory w UE nie zaistniała wola całkowitego odejścia od rosyjskiego LNG ani nawet znacznej redukcji sprowadzanych wolumenów – stąd brak embarga na to paliwo.

Dla części państw UE (Belgii, Hiszpanii, Francji) gaz skroplony z Rosji stanowi średnio ponad 10% całości importu gazu (częściowo wolumen trafia do odbiorców z innych krajów za pośrednictwem lądowej sieci przesyłowej). Opór wobec implementacji zakazu wykazują przede wszystkim firmy z tych państw unijnych, które podpisały długoterminowe kontrakty na dostawy jeszcze przed 2022 r. (m.in. francuski TotalEnergies i hiszpański Naturgy)[18], obawiające się m.in. reperkusji związanych z zerwaniem umów. Co więcej, znajdujące się w UE terminale służą również jako punkt przeładunkowy[19] – w trzech pierwszych kwartałach 2023 r. ok. 20% całości rosyjskiego importu LNG do UE przyjęto w Belgii i Francji, skąd następnie reeksportowano surowiec na rynki pozaunijne.

Biorąc pod uwagę znaczenie sektora LNG dla Kremla, kontynuowanie unijnego importu gazu skroplonego z Rosji stoi w sprzeczności z deklaracjami o zachodnim wsparciu dla Ukrainy. Wielkość wolumenu tej wymiany uległa w ub.r. jedynie niewielkiemu spadkowi względem roku 2022 – o ok. 5%, do poziomu 17,8 mld m3 (obniżenie wartości wymiany wynika z niższych cen gazu w 2023 r.). Stanowi to dowód na to, że do tej pory w UE nie zaistniała wola całkowitego odejścia od rosyjskiego LNG ani nawet znacznej redukcji sprowadzanych wolumenów – stąd brak embarga na to paliwo.

Dla części państw UE (Belgii, Hiszpanii, Francji) gaz skroplony z Rosji stanowi średnio ponad 10% całości importu gazu (częściowo wolumen trafia do odbiorców z innych krajów za pośrednictwem lądowej sieci przesyłowej). Opór wobec implementacji zakazu wykazują przede wszystkim firmy z tych państw unijnych, które podpisały długoterminowe kontrakty na dostawy jeszcze przed 2022 r. (m.in. francuski TotalEnergies i hiszpański Naturgy)[18], obawiające się m.in. reperkusji związanych z zerwaniem umów. Co więcej, znajdujące się w UE terminale służą również jako punkt przeładunkowy[19] – w trzech pierwszych kwartałach 2023 r. ok. 20% całości rosyjskiego importu LNG do UE przyjęto w Belgii i Francji, skąd następnie reeksportowano surowiec na rynki pozaunijne.

osw.waw.pl

niedziela, 10 marca 2024



Z wyłączeniem okresu pandemii COVID-19 wzrost PKB Chin był w ubiegłym roku najniższy od 1990 r. Wskazuje to na strukturalne spowolnienie gospodarcze pogłębione przez bieżące problemy[1], ale świadczy też o akceptacji Pekinu dla niższego tempa ekspansji. Głównym priorytetem władz ChRL jest bowiem obecnie wzmacnianie bezpieczeństwa ekonomicznego państwa – m.in. poprzez promowanie przemysłu i eksportu.

Ogłoszony przez premiera Li Qianga w Davos wzrost PKB w 2023 r. na poziomie 5,2% podawany jest w wątpliwość, choć dynamika gospodarcza w istocie zwiększyła się po porzuceniu przez władze strategii „zero COVID” pod koniec 2022 r. Według urzędu statystycznego wzrost PKB w 2022 r. osiągnął 3%. Wiarygodność tych wyliczeń jest jednak niska, a faktyczna dynamika – nieznana. Analitycy wyraźnie różnią się w ocenie. Szacunki zebrane przez agencję Bloomberg dotyczące wzrostu PKB w 2023 r. oscylują w przedziale od 1,5% do 7,2%.

Podstawowym problemem w ocenie odczytu wskaźnika za 2023 r. jest podstawa porównań – wyniki z pandemicznego roku 2022. Oficjalne statystyki zapewne wówczas zawyżono w obliczu gwałtownego spowolnienia w drugim i czwartym kwartale z powodu kolejnych fal COVID-19. Jest mało prawdopodobne, aby wzrost PKB wyniósł 3% w 2022 r. i 5,2% rok później. Przynajmniej jedna z tych dwóch liczb musi mijać się z prawdą. Wbrew oficjalnym danym wzrost gospodarczy w 2022 r. najpewniej oscylował w pobliżu 0, a w 2023 r. również był niższy niż przed pandemią, gdy miał regularnie przekraczać 6%.

Wskaźnik PKB od lat pozostaje narzędziem wewnętrznej i zewnętrznej propagandy Pekinu. Jako podstawowy wyznacznik kondycji gospodarczej ma świadczyć o sukcesach Chin pod rządami partii komunistycznej. Badania ekonomiczne dowodzą, że chińscy statystycy manipulują wielkością deflatora PKB (miarą zmiany cen w gospodarce) i dostosowują w ten sposób wartość nominalną do pożądanej wartości realnej, która jest powszechnie porównywana międzynarodowo[2]. W przeszłości wprost wskazywano na fałszowanie wskaźnika[3]. Ponadto raportowany wzrost PKB jest nie tyle skutkiem aktywności gospodarczej, ile jej przyczyną – władze wyznaczają bowiem co roku oczekiwaną dynamikę na kolejny okres. W efekcie część aktywności nie jest motywowana ekonomiczne i nie ma produktywnego charakteru.

(...)

Tymczasem zadłużenie i tak wzrosło najmocniej w historii ChRL. Zobowiązania z tytułu zagregowanego finansowania realnej gospodarki zwiększyły się w ubiegłym roku o rekordowe 33,9 bln juanów, czyli o niemal 27% PKB. Jak wynika z oficjalnych danych, na koniec 2023 r. sięgnęły 299,9% PKB. Aby wygenerować jednego juana wzrostu PKB, potrzebowano 6,7 juana nowego długu. W ostatnich dwóch dekadach tylko w 2020 r. bilans był gorszy. W chińskich realiach, w których władze państwowe mają niebagatelny wpływ na wielkość i kierunek akcji kredytowej, istotny wzrost zadłużenia oznacza stymulację gospodarki przez Pekin.

Szybko rosnące i wysokie zadłużenie stanowi zagrożenie dla stabilności finansowej państwa oraz świadczy o nieefektywnym ekonomicznie wydawaniu pieniędzy. Inne miary zjawiska wskazują, że w ciągu ostatnich 15 lat chińskie zobowiązania w stosunku do PKB podwoiły się: z ok. 140% wzrosły do przeszło 300%. To bardzo wysoki poziom zadłużenia jak na relatywnie niski poziom rozwoju gospodarki (zob. wykres 4). Szeroki strumień pieniądza napędzał inwestycje i pompował PKB. Ten model gospodarczy stawał się jednak coraz mniej skuteczny – potrzeba coraz więcej środków, by osiągnąć podobne efekty. Historia pokazuje, że po okresie gwałtownego wzrostu zadłużenia nadchodzi moment korekty – w formie kryzysu, jak w USA, albo wieloletniej stagnacji, jaką znamy z Japonii. Tymczasem dla Xi Jinpinga fundamentalne znaczenie ma kwestia stabilności, będąca podstawą bezpieczeństwa i uodpornienia na zewnętrzne wpływy.

(...)

Niska konsumpcja od lat jest problemem ChRL, świadczy bowiem o wyjątkowym niezbalansowaniu gospodarki, w której wyjątkowo znaczącą rolę odgrywają inwestycje. W efekcie Chińczycy w ograniczonym zakresie korzystają z owoców wzrostu PKB. Konsumpcja w chińskich gospodarstwach domowych utrzymuje się na poziomie poniżej 40% PKB, podczas gdy w Polsce jest to ok. 60%, a w USA – ponad 70%. Władze ChRL od lat deklarują potrzebę wspierania konsumpcji, ale za słowami nie idą czyny[6]. Obecnie główny priorytet Pekinu to wzmacnianie bezpieczeństwa ekonomicznego. Cel ten zamierza on osiągnąć poprzez inwestycje oraz produkcję przemysłową. De facto władze wracają więc częściowo do starego modelu gospodarczego, tyle że zamiast inwestycji w nieruchomości znacznie zwiększają nakłady w sektorze energetycznym. Eksport jest efektem ubocznym rozbudowy mocy produkcyjnych, umożliwiającym osiągnięcie zysku przez przedsiębiorstwa prywatne.

osw.waw.pl


Kilka tygodni po odbiciu Awdijiwki wiele wskazuje na to, że Rosjanie posuwają się naprzód. Priorytetem ukraińskiej armii jest teraz zapobieganie poważnemu przełomowi. — Pociski artyleryjskie są walutą tej wojny — twierdzi Gustav Gressel, ekspert wojskowy z Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych.

Ogromne braki amunicji w Ukrainie są również porażką europejskiej polityki. UE złamała swoją najważniejszą obietnicę z wiosny 2023 r., kiedy zobowiązała się do dostarczenia do marca 2024 r. 1 mln sztuk pocisków dla sił Kijowa. Do stycznia do kraju dotarła tylko jedna trzecia wsparcia. Według szefa unijnej dyplomacji Josepa Borrella do końca marca liczba może wzrosnąć do pół miliona.

Dochodzenie, które zostało przeprowadzone przez "Welt am Sonntag", ukazuje, dlaczego projekt musiał zakończyć się niepowodzeniem: najpierw sojusz na wiele miesięcy zagubił się w dyskusjach, a następnie państwa ponownie poszły własną drogą. Fakt, że na przestrzeni wielu lat moce produkcyjne Europy zostały zmniejszone, a działania USA są obecnie ograniczone z powodu wewnętrznych politycznych sporów, zbiera swoje żniwo.

W tej sytuacji pomysł prezydenta Czech Petra Pavla może być ratunkiem dla Ukrainy. Jak powiedział czeski przywódca, jego kraj zgromadził środki na zakup poza UE 800 tys. sztuk pocisków artyleryjskich dla Ukrainy (większość to standardowy kaliber NATO 155 mm). Zapasy mają zostać dostarczone w najbliższych miesiącach.

(...)

Jednym z powodów niepowodzenia jest inercja UE. W marcu 2023 r. cel został uzgodniony przez Radę Europejską. W maju Josep Borrell zaprosił do Brukseli przedstawicieli największych europejskich firm zbrojeniowych. Jednak gdy jesienią umowy ramowe zostały ostatecznie uzgodnione, państwa UE nagle się zawahały.

Według informacji "Welt am Sonntag" jeden z głównych europejskich producentów zaoferował Brukseli około 400 tys. sztuk pocisków artyleryjskich. Oferta obowiązywała do końca 2023 r., a EDA miała zająć się transakcją. Jednak tylko siedem krajów było gotowych zamówić łącznie 50 tys. pocisków — a jedno z zamówień obejmowało 80 sztuk. Ostatecznie producent sprzedał amunicję krajom trzecim, które natychmiast skorzystały z oferty.

Za wahaniami stały również osobiste interesy. Zamówienia na amunicję w ramach inicjatywy trafiły w całości do Ukrainy. Jednak niektórzy szefowie rządów chcieli również uzupełnić braki we własnych zapasach.

Viola von Cramon, niemiecka posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia Zielonych, oskarża o to m.in. decydentów w Niemczech. — Z moich informacji od kolegów wynika, że decydujący organ w federalnym ministerstwie obrony przez długi czas nie chciał składać zamówień na niezbędną broń i amunicję, aby nie musiały one być natychmiast przekazywane do Ukrainy zamiast do własnych zapasów — tłumaczy polityczka.

Gustav Gressel zakłada również, że Berlin zahamował zamówienia "ponieważ przez długi czas pojawiały się tylko skargi, że umowy ramowe są zbyt drogie i że wolą oni kupować granaty na własną rękę". Od czasu rozpoczęcia rosyjskiej inwazji ceny ciężkich i szczególnie pożądanych granatów kalibru 155 mln wzrosły wielokrotnie, a jedna sztuka kosztuje od 4 tys. do 8 tys. euro (17 tys. do 34 tys. zł). Przed wojną było to ok. 1 tys. euro (4 tys. zł).

Jednak Francja również odegrała tu niechlubną rolę. Przez długi czas Paryż nalegał, aby amunicja była zamawiana wyłącznie w UE — także, aby wzmocnić własny przemysł obronny. Od tego czasu prezydent Emmanuel Macron porzucił to stanowisko i popiera plan Czech.

Jasne jest jednak to, że o ile obecnie Emmanuel Macron przedstawia się jako bojownik o Ukrainę, działania Francji nie idą w parze ze słowami. Pod względem całkowitej wartości dostaw wojskowych Paryż od 2022 r. jest daleko w tyle za liderami wśród ukraińskich sojuszników: USA i Niemcami.

onet.pl/Die Welt

sobota, 9 marca 2024


Historyk prof. A. Roger Ekirch z Virginia Tech (wcześniej Virginia Polytechnic Institute and State University) – jeden z nielicznych ekspertów od historii nocy i snu – na określenie „pierwszy sen” po raz pierwszy natknął się w zeznaniach sądownych pewnej dziewczynki z XVII w. Nie znał go, tymczasem zostało użyte w taki sposób, jakby była mowa o czymś oczywistym. Potem natrafił na kolejne wzmianki. W pamiętnikach, tekstach medycznych, dziełach literatury i modlitewnikach w wielu językach (np. „first sleep” po angielsku, „premier sommeil” po francusku, „primo sonno” po włosku). Niekiedy zwany był także „pierwszą drzemką” lub „martwym snem”. W tekstach pojawiał się też i „drugi sen”, określany również jako „poranny sen”.

Ekirch do dziś znalazł na ten temat ponad 2 tys. odniesień z różnych epok, poczynając od starożytności. W źródłach zjawisko zaczyna się przerzedzać dopiero w późnym wieku XVII, a znika zupełnie w latach 20. XX w. Zebrany materiał uzmysłowił Ekirchowi, że nasze wyobrażenie o tym, jak sypiali nasi przodkowie, było dotychczas błędne. Otóż przed nadejściem wieku pary i elektryczności normą był sen dwufazowy.

Ludzie chodzili spać niedługo po zmroku, spali kilka godzin, mniej więcej do północy (ale mogła to być też np. godzina pierwsza czy druga), po czym robili przerwę i ponownie udawali się na spoczynek, który kończył się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Taki schemat pojawia się m.in. w „Odysei” Homera, „Eneidzie” Wergiliusza, dziełach pisarzy nowożytnych, w tym np. Charlesa Dickensa, wspomina go John Locke (filozof stwierdza, że fakt, że „wszyscy ludzie śpią z przerwami”, jest normalną cechą życia), a jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych Benjamin Franklin radzi nawet, co warto robić pomiędzy pierwszym a drugim snem (proponuje tzw. kąpiele powietrzne, w czasie których on sam nago czytał lub pisał – następujący po nich drugi sen jest ponoć „najprzyjemniejszy, jaki można sobie wyobrazić”).

Co ciekawe, ten dziwny i – jak za chwilę zobaczymy – nasączony ezoteryką czas pomiędzy pierwszym a drugim snem nie ma swojej nazwy. W języku angielskim był określany po prostu jako „watch” lub „watching” (czyli czuwanie), z kolei Francuzi używali słowa „dorveille”, natomiast określenie to odnosi się do stanu oznaczającego pół jawę, pół sen.

Wzmiankom o pierwszym i drugim śnie nie towarzyszą zwykle żadne wyjaśnienia, co pokazuje, jak powszechne było to zjawisko. Natomiast nie oznacza to, że wszyscy i wszędzie w ten sposób sypiali, co lubią podkreślać badacze, którzy polemizują z Ekirchem. Na przykład wzmianki o śnie dwufazowym są o wiele rzadsze w kontekście klas wyższych, szczególnie od początku XVII w., gdy późne chodzenie spać wśród elit zaczynało stawać się modne.

Od statusu społecznego zależało też to, czym na śródnocnej jawie się zajmowano. Na tych na dole drabiny społecznej czekał znój. Pracującym na roli zdarzało się przeganiać wędrujące bydło, a służące wykonywały obowiązki domowe. Myśliciele i mężowie stanu ślęczeli nad papierami. Złodzieje wychodzili na łowy. „Wiedźmy” po kryjomu praktykowały czary. Uaktywniali się nawet mordercy.

Większość osób się jednak modliła – istniały specjalne modlitwy na tę okazję – i kontemplowała, nie wstając nawet z łóżka, a jeśli już, to na chwilę. Dla tych, którzy mieszkali w przepełnionych izbach, to był jedyny moment w ciągu całej doby, kiedy mieli chwilę spokoju. Rozmyślano o wydarzeniach minionego dnia i o tym, co nastąpi kolejnego. Rozmawiano też ze swoimi nocnymi towarzyszami o doświadczonych właśnie marzeniach sennych.

Niektórzy twierdzili, że podczas „dorveille” doznawali olśnień i wpadali na genialne pomysły, część trzymała nawet przybory do pisania przy łóżku. Nie wszyscy jednak cenili sobie moment pauzy pomiędzy pierwszym i drugim snem – niekiedy jest on opisywany jako pełen dezorientacji i zagubienia.

Seks jest osobnym zagadnieniem – można postawić pozornie tylko śmiałą hipotezę, że zbliżenia w środku nocy skutkowały wyższym wskaźnikiem urodzeń, niż gdyby stosowano sen jednofazowy. W okresie przedindustrialnym chłopi i rzemieślnicy byli po całym dniu tak zmęczeni, że seks wieczorem był dużym wyzwaniem. Stąd np. w XVI-wiecznym francuskim podręczniku medycznym znajdziemy wskazówkę, że do zapłodnienia powinno dochodzić po pierwszym śnie.

onet.pl/Forbes

środa, 6 marca 2024


Zastępca szefa Rady Bezpieczeństwa FR i zarazem przewodniczący partii władzy Jedna Rosja Dmitrij Miedwiediew przedstawił 4 marca na Światowym Festiwalu Młodzieży pod Soczi strategiczne cele Kremla na kontynencie eurazjatyckim w sytuacji wojny Rosji z Ukrainą i konfliktu z Zachodem. Wobec Ukrainy takim celem jest doprowadzenie do kapitulacji „nazistowskiej” władzy w tym państwie. Zakończenie wojny będzie możliwe tylko wtedy, gdy w Kijowie pojawi się tam nowa władza, gotowa uznać rosyjskie aneksje.

Miedwiediew nie określił przy tym w jasny sposób zasięgu pretensji terytorialnych FR wobec Ukrainy. Z jednej strony sugerował, że państwo ukraińskie powinno ulec całkowitej likwidacji, głosząc, że jego istnienie jest „zgubne” dla ludności tego kraju, zaś „Ukraina to [jest] bezwarunkowo Rosja”. Z drugiej strony „ograniczył” rosyjskie roszczenia do jej południowej i wschodniej części. Ilustrowała to demonstrowana podczas wykładu mapa, na której Rosja obejmowała całe wybrzeże czarnomorskie Ukrainy do granicy z Rumunią i Mołdawią („Noworosja”) oraz leżące na wschód od Dniepru obwody czernihowski i charkowski („Małorosja”), a także położony na zachód od Dniepru obwód czerkaski.

Miedwiediew zasugerował również, że rosnące w siłę mocarstwa mają prawo – ze względu na konieczność zapewnienia sobie bezpieczeństwa – do posiadania stref wpływów („granic strategicznych”), które wykraczają poza ich formalne granice państwowe („granice geograficzne”), ale jednocześnie mogą być węższe od „granic cywilizacyjnych”.

W przypadku Rosji jej „granice strategiczne” opierają się o Karpaty, góry Kaukazu, wyżyny Iranu i łańcuch Pamiru oraz obejmują cały szelf kontynentalny pod wodami Arktyki. Państwa leżące wewnątrz tej granicy stanowią dla Rosji „naturalny pas strategicznego bezpieczeństwa” oraz „rdzeń naszej strategicznej przestrzeni” i powinny być rządzone przez reżimy zapewniające wewnętrzną stabilność i politycznie lojalne wobec Moskwy („suwerenne” – tzn. w kremlowskim żargonie nieprowadzące prozachodniej polityki). Jako wzorzec relacji Rosji z sąsiadami Miedwiediew wskazał Państwo Związkowe Białorusi i Rosji.

osw.waw.pl

Zło, które się tu wydarzyło, rozwijało się powoli. 27 lutego do miasta weszły pierwsze oddziały rosyjskie. Chwilę później stały się one symbolem porównywalnym do wysłanego na chuj rosyjskiego okrętu wojennego przy Wyspie Wężowej. A wszystko za sprawą virala, nagranego przez brodatego mężczyznę przypominającego krasnoluda z Władcy Pierścieni. Człowiek, który przedstawia się jako w pięćdziesięciu procentach Ukrainiec, w dwudziestu pięciu procentach Polak i dwudziestu pięciu procentach Żyd, mówi:

„Cześć, Artur, cześć, szanowni polskie państwo. Choczu opowieść, jak my walczym. Państwo widzi, kurwa, szo my tutaj narobili. Rozjebane ruskie gówno. Tam dalej pokażycie blia. Tego gówna bliać cała droga jest. Różnego, kurwa. I to, kurwa, kobieta ukraińska nawodziła artyleriu na to gówno. My ich z początku tam rozjebali z przodu, a oni zaczali odchodzić do tyłu i ich tu wszystkich rozjebali. Smiert ich nastała. […] Tak szo walczym, państwo polskie. […] A w agóle, jak polska pohaworka jest? Pasłowica? Da? Jak, kurwa, po polsku będzie to? No nieważne. Szo bić ruskich to, kurwa, pryjemność, a nie praca. Pa etamu my zanimajemsia pryjemnostiu tutaj. Nam tutaj pryjemno. […] Tak szo walczym. Nie tilki za Ukrajinu. I za Polsku walczym, szoby to hówno rosyjskie więcej dalej nie szło do Ukrajiny i później do Polski”.

W tle widać spalone rosyjskie wozy bojowe i ciężarówki na ulicy Wokzalnej w Buczy, która przebiega z północy na południe, w kierunku Irpienia. 

Rosjanie zostali skompromitowani. Do miasta udało im się wrócić dopiero na początku marca. Swoje pozycje ulokowali na ulicy Jabłunśkiej – prostopadłej do Wokzalnej i równoległej do rzeki Bucza. Gdy wjeżdżali do miasta drugi raz, mieli już listy proskrypcyjne. Było na nich także nazwisko mera Anatolija Fedoruka, najpewniej jednak zostało zapisane z błędem i w rosyjskiej transkrypcji – jako Fedorczuk. Przez niedbalstwo okupantów darowano mu drugie życie.

Podobnie jak w miejscowościach okupowanych na wschodzie Ukrainy, w Buczy wprowadzono od 16 godzinę policyjną i nakazano ludności nosić białe opaski na ramionach. Od 10 do 21 marca pozwalano jeszcze na ewakuowanie cywilów. Sami Rosjanie w Buczy ugrzęźli. Nie mogli z niej wyjść dalej niż na przedmieścia Irpienia, gdzie zadawano im poważne straty. Sfrustrowani, zaczęli mordować. Na oślep. O ile na początku udawali jeszcze, że szukają weteranów z Donbasu – czy szerzej: żołnierzy ukraińskich – o tyle w drugiej połowie marca urządzali już regularne polowania na ludzi.

Na początku kwietnia rozmawiałem z mieszkańcami Buczy o tym, co wydarzyło się przed wyjazdem Rosjan. Wielu nie odpowiadało szczerze. Jakby nie dowierzali, że Ukraina powróciła na stałe. Albo wypierali to, co się tu wydarzyło.

„Pierwsi Rosjanie w mieście nie interesowali się cywilami” – opowiadał pięćdziesięcioletni mężczyzna. Podejrzliwi byli jedynie wobec tych w wieku poborowym, których było niewielu. Strzelali w powietrze, gdy widzieli żuli rabujących sklepy. Nowi mścili się jednak za spaloną na Wokzalnej kolumnę zmechanizowaną. – „Strzelali do wszystkich. Mówili, że takie mają rozkazy. Sami rabowali sklepy, kradli alkohol. Ci pierwsi Rosjanie nie pili”. 

W pierwszym rzucie w Buczy byli wojskowi z jednostek specjalnych i powietrznodesantowych. Część świadków relacjonowała, że przed wycofaniem się i nadejściem tych z Dalekiego Wschodu, z Kraju Chabarowskiego, ostrzegali, że sytuacja znacznie się pogorszy. „O ile na początku sklepy rabowali miejscowi żule, o tyle później alkohol kradli sami Rosjanie. Wojsko było agresywne. Nie było sensu wchodzić z nimi w jakiekolwiek dyskusje. Terroryzowali miasto. Rabowali” – opowiadał inny mieszkaniec Buczy, potwierdzający wcześniejsze doniesienia.

Na początku kwietnia, tuż po wyzwoleniu, na nagraniu wrzuconym do sieci o systemowych rabunkach mówił ten sam brodaty mężczyzna od „rozjebanego ruskiego gówna”.

„Cześć, szanowni polskie państwo. Przedwczoraj wyszli Ruski z miasta Bucza. A u mojego komandira mieszkanie w mnogapiętrowce, dziewięciopiętrowka. Kożne mieszkanie jest otwarte. Złamali drzwi i każde mieszkanie jest obrabowane. U mojego komandira też zabrali wszystkie rzeczy. Drogie i niedrogie. Nawet telewizju nie mogli zabrać, to zepsuli. Karabinem ją pobili. Takije marudjory. […] Oni nic nie robili, tylki grabili mieszkanie. […] Nie wiem, dlaczego ta Rosja w ogóle istnieje? […] Ile ona tych reparacji zapłaci Ukrainie, nawet nie wiem”.

Na początku kwietnia powoli zaczęto w pełni zdawać sobie sprawę ze skali zbrodni. Rabunki okazały się nieważne. Jeden z mieszkańców Buczy mówił mi, że naliczono dwadzieścia sześć punktów, w których albo znajdowano ciała, albo odkrywano masowe groby. To wszystko w mieście, które od początku XX wieku było podkijowskim letniskiem, kojarzonym z zapachem drzew iglastych, daczami, baniami i szaszłykami.

(...)

Rosjanie w Buczy więzili i torturowali. Dokonywali pozorowanych egzekucji i zabijali naprawdę. Wiele ofiar znaleziono na ulicy z reklamówkami w rękach – ci ludzie po prostu wychodzili, żeby zdobyć coś do jedzenia. Część ciał palono, aby zatrzeć ślady. Okazało się, że jednak nieprofesjonalnie. Wszystko udało się ustalić. 

Amatorskie było pozostawienie w kwaterze wojskowej w Buczy sprzętu elektronicznego, a w nim plików komputerowych, które pozwoliły zidentyfikować sprawców. Na podstawie tych danych Dmytro Repliańczuk z redakcji Slidtsvo.info odnalazł w mediach społecznościowych profile żołnierzy, w tym oficerów, którzy działali w mieście.

Według ukraińskiej prokuratury Rosjanie podczas okupacji Buczy zamordowali czterysta sześćdziesiąt osób. W zbiorowych grobach znaleziono dwieście osiemdziesiąt ciał. Część z nich miała ślady tortur, wielu ofiarom związano z tyłu ręce. ONZ podawała odmienne dane. W opublikowanym 22 kwietnia 2022 roku dokumencie czytamy, że Rosjanie dokonali pięćdziesięciu egzekucji. Organizacja zaznaczyła jednak, że sprawa wymaga dalszego badania.

(...)

Analogiem Buczy na wschodzie Ukrainy okazało się Izium, które wyzwolono na początku września. Naprawdę trzeba było mieć wiele złej woli, żeby w tym rosyjskojęzycznym mieście dostrzec banderowców i faszystów. Podczas gdy Bucza jest zamożnym, zadbanym przedmieściem stolicy, Izium to niedofinansowane zadupie. Do wojny miasto słynęło głównie z położonego niedaleko, na wapiennych skałach, monastyru męskiego w Swiatohirśku. Od września 2022 roku jest znane z odkrytych w nim czterystu pięćdziesięciu grobów, w których pochowano ofiary rosyjskiej okupacji, i z co najmniej dziesięciu katowni. A także z tego, że przewodzące w tym czasie Unii Europejskiej Czechy wezwały do powołania międzynarodowego trybunału do zbadania i osądzenia zbrodni takich jak te dokonane w Buczy i Iziumie.

(...)

Podobnie jak w Buczy, wiele ekshumowanych ciał miało zawiązane z tyłu ręce. Na innych odnajdowano ślady tortur. Prokuratura ukraińska i policja informowały, że byli to albo wojskowi, albo ochotnicy broniący miasta, albo też cywile – ofiary ostrzałów artyleryjskich i bombardowań. I również tak jak w przypadku Buczy, Rosjanie oświadczyli, że całe to zamieszanie jest ustawką Ukraińców, a oni nie mają z tym nic wspólnego.

Zbigniew Parafianowicz - Śniadanie pachnie trupem

Przeprowadzona na początku marca seria ukraińskich kontrataków wyhamowała wrogie natarcie od strony Awdijiwki, niemniej Rosjanom udało się częściowo opanować drugą linię miejscowości na zachód od tego miasta. Wprowadzone przez Ukraińców do działań rezerwy pozwoliły na wyparcie agresora z części zajętych w poprzednich dniach miejscowości Berdyczi, Orliwka i Toneńke, a dzięki temu na względne ustabilizowanie frontu. Wciąż toczą się walki o kontrolę nad tymi miejscowościami i tereny leżące pomiędzy nimi. Główny napór Rosjan skierowany jest na leżącą na wzniesieniach po zachodniej stronie linii stawów Semeniwkę, do której próbują się dostać z dwóch kierunków (od północnego wschodu przez Berdyczi i południowego wschodu przez Orliwkę).

Dzięki powstrzymaniu rosyjskiego natarcia i tym samym uniemożliwieniu siłom agresora szybkiego przekroczenia linii stawów na zachód od Awdijiwki Ukraińcy zyskali czas na wzmocnienie drugiej linii obrony, zdecydowanie słabszej i praktycznie nieufortyfikowanej (według części źródeł ukraińskich brak inwestycji w fortyfikacje miał wymusić na byłym dowództwie z generałem Wałerijem Załużnym na czele utrzymanie Awdijiwki). Kwestią otwartą pozostaje, czy Rosjanie zdecydują się na wprowadzenie do walki dodatkowych jednostek w celu szybkiego wznowienia natarcia i – po wkroczeniu w pas wzniesień na zachód od linii stawów – podjęcia próby rozwinięcia powodzenia i wyjścia w przestrzeń operacyjną. Dotychczasowe stosunkowo wysokie tempo działań agresora (w ciągu nieco ponad dwóch tygodni od rozpoczęcia wycofywania obrońców z Awdijiwki Rosjanie zajęli obszar o powierzchni blisko 100 km2) nie było bowiem efektem przejścia jednostek rosyjskich do ofensywy. Wykorzystały one relatywną słabość wojsk ukraińskich i niemożność zorganizowania przez nie skutecznej obrony w niekorzystnych warunkach terenowych (początkowo na linii Stepowe–Łastoczkyne–Siewerne, a następnie Berdyczi–Orliwka–Toneńke).

Siły rosyjskie odnotowały kolejne postępy na zachód od Bachmutu, a także na północ, zachód i południe od Marjinki. W rejonie Bachmutu trwają walki o Iwaniwśke na drodze T0504 do Konstantynówki. W ciągu tygodnia pod kontrolą rosyjską znalazło się ok. 50% powierzchni tej miejscowości, a agresor posunął się również na północ od niej w stronę Czasiw Jaru. W rejonie Marjinki Rosjanie zajęli południowe kwartały w Krasnohoriwce, wkroczyli też do centralnych części Heorhijiwki i Mychajliwki.

osw.waw.pl

wtorek, 5 marca 2024


Angola to już czwarty kraj, po Ekwadorze, Katarze i Indonezji, który opuścił OPEC w ostatniej dekadzie. Jeszcze w 2010 r. OPEC miała udział w światowym rynku ropy naftowej na poziomie 34 proc. Teraz, po odejściu Angoli, spadł on do poziomu około 27 proc. Do tego spadku w znacznym stopniu przyczyniła się też konkurencja zza granicy – głównie produkcja w Stanach Zjednoczonych, która szybko rośnie od 2010 r. Od 2018 r. USA są największym na świecie producentem ropy. Większość surowca zużywają na własne potrzeby, a najważniejszym eksporterem pozostaje Arabia Saudyjska, czyli drugi producent świata. Saudyjczycy są też najbardziej wpływowym członkiem zarówno OPEC, jak i OPEC+. W styczniu tego roku do OPEC+ dołączyła co prawda Brazylia, co wzmacnia pozycję organizacji na świecie, ale kraj nie przyłączył się do cięć wydobycia ogłoszonych przez organizację.

Według Jorge’go Leóna kraje OPEC+ są silnie zdeterminowane, aby utrzymać dolny próg cenowy powyżej 80 USD za baryłkę w drugim kwartale tego roku. Jednakże mimo cięć oraz napięć politycznych związanych z atakami Hutich na Morzu Czerwonym ceny ropy pozostają stosunkowo niskie – znacznie poniżej poziomu 100 USD za baryłkę z lata 2022 r. 

Rynek w dużej mierze spodziewał się decyzji o przedłużeniu ograniczeń, a ceny surowca wzrosły jeszcze przed ogłoszeniem. Kolejne decyzje powinny zapaść 1 czerwca na spotkaniu ministrów OPEC+. Kraje członkowskie mają nadzieję na „powrót baryłek na rynek”, ale wszystko zależy od warunków rynkowych – z pewnością nie będą chciały tworzyć nadwyżki podaży. Przewidywania dotyczące popytu w drugiej części roku są rozbieżne. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) prognozuje wzrost zapotrzebowania o 1,2 mln bpd, a same kraje OPEC – o 2,2 mln bpd.

Wszystko to odbywa się na tle przemian gospodarczych w Arabii Saudyjskiej. Książę koronny Muhammad ibn Salman realizuje swoją wizję zawartą w Saudi Vision 2030. Zgodnie z nią planuje dywersyfikację gospodarki i zmniejszenie zależności kraju od ropy naftowej. Zwrot w polityce królestwa jest ewidentny. Pod koniec stycznia 2024 r. Rijad nakazał państwowemu koncernowi Saudi Aramco porzucenie projektu zwiększenia mocy produkcyjnych z obecnego poziomu 12 do 13 mln baryłek do 2027 roku. Zaoszczędzone środki posłużą m.in. transformacji energetycznej kraju. W ocenie Financial Times książę potrzebuje ceny ropy na poziomie około 100 USD za baryłkę, aby sfinansować swoje reformy.

energetyka24.com