sobota, 17 lutego 2024


Jeśli Putin zwracał się do amerykańskich, a konkretniej republikańskich elit, to co miał im ciekawego do powiedzenia? W dużym skrócie Putin stwierdził, że są pewne procesy naturalne jak to, że słońce świeci. I takim procesem jest wybijanie się różnych krajów – na przykład zrzeszonych w BRICS – z ich ludzkim i gospodarczym potencjałem oraz ich aspiracje do odpowiadającego ich ambicjom statusu międzynarodowego. Polityka USA jest głupia, krótkowzroczna, może Stany nie najgorzej sobie radzą gospodarczo w ostatnich latach, ale dolar jako waluta międzynarodowych rozliczeń to porażka, zresztą wystarczy spojrzeć na Rosję, która w minionym roku miała najlepsze w Europie wskaźniki gospodarcze mimo sankcji i restrykcji. Czas amerykańskiej dominacji się kończy, pytanie do tamtejszych elit brzmi zatem, czy chcą twardego, czy miękkiego lądowania? Rosja może pomóc z miękkim, jest gotowa na dialog. Po prostu idźcie po rozum do głowy, zacznijcie szanować nasz kraj i nasze interesy.

(...)

Ale nie, Putin uważa, że Rosja przyszłość już wygrała, a USA ją przegrały, więc nie potrzebuje mizdrzyć się do Trumpa, ograniczając się tylko do stwierdzenia, że owszem, zna go. Dużo wylewniejszy był wobec Georga W. Busha, a kiedy ostatni raz rozmawiał z Bidenem, nawet nie pamięta. Carlsona, Amerykanina z krwi i kości, zaskoczyło, że ktoś może nie pamiętać rozmowy z samym prezydentem USA, ale Putin z uśmiechem odparł, że ma dużo spraw na głowie, nie o wszystkim musi pamiętać.

krytykapolityczna.pl

W Rosji, owszem, giną ludzie, którzy nie wywodzą się z kręgu opozycji, ale są to co najwyżej menadżerowie zarządzający majątkiem elity. Rosyjska elita władzy jest tak silnie powiązana więzami biznesowymi, rodzinnymi, zawodowymi i koleżeńskimi, że mordowanie — tak jak to czynił Stalin w stosunku do swoich współpracowników — ludzi z kręgu jest de facto wykluczone. Putin jest mordercą, ale ani nie morduje na taką skalę jak Stalin, ani nie ma też takiej swobody w mordowaniu jak Stalin. Takich jak Aleksiej Nawalny mordować oczywiście może, bo ich los nikogo w elicie nie obchodzi.

Inaczej niż Stalin Putin musi co jakiś czas przeprowadzać — będące oczywiście całkowitą fikcją — ale jednak pro forma odbywające się — wybory. Śmierć Nawalnego to swego rodzaju baner reklamowy w ramach kampanii wyborczej, w której Putin musiał przypomnieć ludowi i elicie, kto jest carem (Stalin przypominać nie musiał).

onet.pl

Były prezydent USA Donald Trump musi zapłacić 354,9 mln dolarów kary za zawyżenie swojego majątku w celu wprowadzenia w błąd pożyczkodawców - orzekł w piątek nowojorski sąd. Na Trumpa został też nałożony trzyletni zakaz pełnienia funkcji kierowniczych w korporacjach działających w Nowym Jorku.

W akcie oskarżenia przeciwko Donaldowi Trumpowi i jego firmom stwierdzono, że polityk miał zawyżać majątek netto o 3,6 miliarda dolarów rocznie przez dekadę. Miało to na celu oszukanie bankierów, którzy mieli w ten sposób oferować lepsze warunki pożyczki. Oprócz byłego prezydenta USA, na ławie oskarżonych zasiedli jego dwaj synowie: Don Junior i Eric. Na nich sąd nałożył kary w wysokości po 4 mln dolarów.

Jak wskazuje Reuters, sędzia Arthur Engoron stwierdził w orzeczeniu, że Donald Trump i inne osoby oskarżone w tej sprawie "nie potrafią przyznać się do błędu, jaki popełniły". "Ich całkowity brak skruchy i wyrzutów sumienia graniczy z patologią" - dodał. Agencja przypomina też, że podczas składania zeznań w listopadzie Trump przyznał, że wartości niektórych jego nieruchomości były niezgodne z rzeczywistością. Zaznaczał jednak, że to banki powinny być bardziej staranne.

"Ten werdykt jest oczywistą niesprawiedliwością - prostą i oczywistą. Jest to kulminacja wieloletniego, podsycanego politycznie polowania na czarownice, którego celem było 'pokonanie Donalda Trumpa'. (...) Niezliczone godziny zeznań dowiodły, że nie było żadnego wykroczenia, żadnego przestępstwa i żadnej ofiary" - skomentowała na portalu X Alina Habba, prawniczka Donalda Trumpa. Jednocześnie wyraziła nadzieję, że sąd apelacyjny uchyli ten wyrok.

"Pozwólcie, że wyjaśnię jedną rzecz: nie chodzi tylko o Donalda Trumpa - jeśli ta decyzja się utrzyma, będzie to sygnał dla każdego Amerykanina, że Nowy Jork nie jest już otwarty dla biznesu" - podkreślała Habba.

Były prezydent USA Donald Trump musi zapłacić 354,9 mln dolarów kary za zawyżenie swojego majątku w celu wprowadzenia w błąd pożyczkodawców - orzekł w piątek nowojorski sąd. Na Trumpa został też nałożony trzyletni zakaz pełnienia funkcji kierowniczych w korporacjach działających w Nowym Jorku.

gazeta.pl/IAR

czwartek, 15 lutego 2024


Obserwator Finansowy: Jaka jest kondycja niemieckiego rolnictwa? Czy dochody tamtejszych rolników spadają? Według raportu Bundesregierung na temat polityki rolnej z 2023 r., w ciągu ostatniej dekady w Niemczech upadało średnio dziesięć gospodarstw rolnych dziennie…

Stephan von Cramon-Taubadel: Proces zmiany strukturalnej w niemieckim rolnictwie trwa od wielu dekad. To jest potężna, złożona przemiana. Po II wojnie światowej na terenie RFN istniało około 2 mln gospodarstw rolnych, dziś jest ich około 250 tys. Co roku ich liczba spada o około 3 proc. Dzieje się to bez względu na to, co robi rząd. Ten może być zielony, czerwony, jakikolwiek, a zmiana i tak postępuje.

Głównymi siłami napędzającymi to zjawisko są czynniki demograficzne oraz technologiczne. Niemałą rolę ogrywają także ogólna majętność społeczeństwa oraz zarobki w innych branżach. Powiedźmy sobie szczerze, że generalnie w rolnictwie nie zarabia się jakoś świetnie, a przy tym to jest dość skomplikowany biznes wymagający poświęceń.

Prognozy niektórych niemieckich banków rolnych zakładają, że tempo spadku liczby gospodarstw przyspieszy. Do 2040 r. w Niemczech ma ich zostać około 100 tys.

Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że istnieje takie zjawisko? Ale z punktu widzenia gospodarki jako całości, to zjawisko ma głęboki sens, jest w pewnym sensie usprawiedliwione.

obserwatorfinansowy.pl

W okolicy Bachmutu batalion Pereswiet znalazł się we wrześniu 2023 r. (wcześniej jednostka walczyła w okolicach Doniecka).

— Wymyślają zadania na bieżąco — twierdzi Jewgienij Nikołajenko. — Pędziliśmy na Ukraińców, ale tam nie docieraliśmy, bo powstrzymywała nas ich artyleria — i nie było się gdzie schować. Szliśmy na ślepo z karabinami maszynowymi, ale nawet ich nie potrzebowaliśmy: bo po prostu tam nie docieraliśmy.

W ostatnich miesiącach Pereswiet próbował zdobyć fortyfikację wznoszącą się na zachód od Kliszczijiwki, tzw. Łysią Górę. Wioska jest kontrolowana przez Siły Zbrojne Ukrainy, ale wojska rosyjska w grudniu 2023 r. zdobyły wschodnia część wzniesienia. Od tego czasu trwają tam ciężkie walki — ten odcinek frontu jest często nazywany "najgorętszym miejscem" na całym kierunku.

Jewgienij Nikołajenko opisuje to miejsce w następujący sposób: — To pole o szerokości około półtora kilometra, gdzie widać cię ze wszystkich stron — a dookoła kratery po pociskach. Jak na Księżycu. Ukraińcy miażdżą tam [pociskami], atakują pociskami z góry, rozsypują na ziemi mnóstwo "sztuczek" — "płatków" i "żarówek" (petarda ze specjalnym wypełnieniem, jak się na nią nadepnie, urywa nogę). Biegasz między nimi jak wiewiórka.

Po tym dodaje: — Co 10 sekund dochodzi tam do ostrzału z użyciem broni kasetowej, do tego w grę wchodzą moździerze. Przy tym wszystkim musisz siedzieć na otwartym polu — wszystko dlatego, że przełożeni już wcześniej donieśli, że Pereswiet zdobył tam przyczółek. Mówiliśmy: "nigdy wcześniej tam nie byliśmy! A oni na to: "no to teraz tam będziecie". I wysłali nas.

Według Nikołajenki straty w 3 Korpusie Armijnym, w skład którego wchodzi Pereswiet, mogą sięgać 80 proc. stanu osobowego. Oznacza to, że można mówić o tysiącach zabitych (Meduzie nie udało się niezależnie potwierdzić tej informacji).

— 3 Korpus to w ogóle ludobójstwo. Tylko na "Łysej Górze" zginęło ponad tysiąc naszych ludzi. Wszędzie tam leżą kawałki ich szczątków, nikt ich nie zbiera. Niektóre zwłoki są już wysuszone jak mumie. Są też jednak świeższe trupy. Stare leżą na nowych. Nikt ich k**wa nie potrzebuje — mówi Nikołajenko.

— Od września [2023 r.] nie wolno ich zabierać. Gdy ktoś próbuje, krzyczą: "nie zwracaj na nie uwagi, idź dalej!". Nie wstyd wam, k**wa, za siebie? Dlaczego zbieracie tam kupę trupów? Zabierzcie je, k**wa! Do cholery, tam leży człowiek. Jest już wysuszony, pod jego ubraniem znajdują się same kości. Trup z zegarkiem na ręku — dodaje. — Przychodzisz tu po to, by umrzeć. By dołączyć do kolekcji.

onet.pl

wtorek, 13 lutego 2024


Podobne ahistoryczne bzdury Putin przedstawił m.in. w eseju, który opublikował latem 2021 r. Pisał w nim, że "Rosjanie i Ukraińcy" są "jednym narodem", ponieważ "Rosjanie, a także Ukraińcy i Białorusini" są "spadkobiercami starożytnej Rosji, która była największym państwem w Europie". To "państwo" miał założyć książę Ruryk w 862 r.

W IX w. w Europie nie było państwowości w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Istniały feudalne struktury, które opierał się na powiązaniach między jednostkami na różnych szczeblach władzy.

Co więcej, Ruryk prawdopodobnie nie był etnicznym Rosjaninem, ale Waregiem — wodzem wikingów. Tak przynajmniej opisuje go staroruska "Kronika Nestora", główne źródło historyczne mówiące o powstaniu Nowogrodu i Rusi Kijowskiej.

Carlson nie znał tych faktów.

Następnie Putin przeniósł się w swojej opowieści do połowy XVII w. "Teraz opowiem wam, co wydarzyło się później" — powiedział. Stwierdził, że ludzie, którzy w tym okresie "rządzili tą częścią terytorium Rosji" (chodziło mu o dzisiejszą Ukrainę — red.) zwrócili się do Moskwy, która się nimi "zaopiekowała".

W tym momencie Putin kazał podać sobie teczkę.

"Żebyś nie myślał, że zmyślam. Dam ci te dokumenty" — powiedział, wręczając folder najwyraźniej zawierający kopie listów od kozackiego przywódcy Bohdana Chmielnickiego.

Przywódca kozackiego powstania w 1648 r. zaproponował ówczesnemu władcy Moskwy Aleksemu I sojusz. Car zgodził się, a Kozacy dnieprzańscy oraz ludność Kijowa i innych miast przysięgli mu wierność (wydarzenie to przeszło do historii jako ugoda perejasławska — red.). Rezultatem była trwająca kilka lat wojna rosyjsko-polska.

W rzeczywistości było to powstanie kozackie przeciwko zwierzchnictwu Rzeczypospolitej. W słowach Putina brzmiało to jednak zupełnie inaczej. W jego narracji Chmielnicki poprosił o przejście "pod silną rękę moskiewskiego cara". Dla Putina był to decydujący krok na drodze do rzekomego zjednoczenia wszystkich "rosyjskich" narodów.

Ten przykład pokazuje, jak działa polityka historyczna Putina. Wyszukuje on wydarzenia z przeszłości, które rzekomo pasują do jego imperialistycznego nacjonalizmu, zamazuje ich kontekst, a następnie udaje, że istnieją dowody, które potwierdzają tę zniekształconą interpretację.

Jego hasła wygłoszone podczas rozmowy z Tuckerem Carlsonem wpisują się w ten schemat. Putin stwierdził na przykład, że naród ukraiński był tylko wymysłem austriackiego sztabu generalnego pod koniec XIX w., który miał "osłabić potencjalnego wroga", czyli Rosję.

Takie fakty, jak choćby takie jak trzy rozbiory Polski: z 1771, 1793 i 1795 r., które zmusiły Polaków do podporządkowania się moskiewskim carom, a także Prusom i Habsburgom, w narracji Putina kompletnie nie istnieją.

Szczególnie zawiłe były wygłoszone przez Putina tyrady na temat II wojny światowej. Według niego winę za jej wybuch ponosi odrodzone w 1918 r. państwo polskie. Szef Kremla oskarżył Warszawę o to, że najpierw "kolaborowała" z Hitlerem, a następnie odmówiła zgody na przemarsz wojsk radzieckich do zachodniej granicy Polski w 1938 r. Jego zdaniem miały one pomóc Czechosłowacji zaatakowanej przez Trzecią Rzeszę (chodził o układ monachijski zezwalający Hitlerowi na aneksję części tego kraju — red).

O pakcie Hitlera ze Stalinem Putin wspomniał tylko pokrótce. Stwierdził, że oddał on Rosji "część terytorium" Polski — w tym wspomniał o zachodniej Ukrainie. Dzięki temu — zdaniem Putina —"Rosja, która wówczas nazywała się ZSRR, odzyskała swoje historyczne terytoria".

Nie raczył przyznać, że był to czwarty, szczególnie brutalny podział Polski.

onet.pl/Die Welt

poniedziałek, 12 lutego 2024


Na wiecu wyborczym w Karolinie Południowej Donald Trump zrelacjonował jego spotkanie z "prezydentem dużego kraju". Według słów Trumpa ten prezydent miał go zapytać, czy USA obroniłyby kraj przed rosyjską agresją, gdyby ten nie płacił wystarczających pieniędzy na obronność. "Odpowiedziałem: nie, nie broniłbym was. A nawet zachęcałbym, żeby [Rosjanie — red.] robili, co im się podoba. Musicie płacić, musicie płacić rachunki" – powiedział wtedy Trump. Te słowa wywołały oburzenie w Polsce i w całej Europie.

Wypowiedź Trumpa wymaga pewnego objaśnienia. Kiedy republikański kandydat na prezydenta USA mówi o "płaceniu", to nie chodzi mu o jakieś wyimaginowane liczby, ale bardzo konkretne kwoty, które zostały określone na 27. szczycie NATO w Walii w 2014 r. W tzw. Planie gotowości zapisano wtedy, że państwa członkowskie sojuszu Atlantyckiego powinny zwiększyć wydatki na obronę do 2 proc. PKB w ciągu 10 lat.

Nie dość, że właśnie mija 10 lat od szczytu w Walii, to od dwóch lat na naszym kontynencie trwa najkrwawszy konflikt od czasów II wojny światowej. Europejskie gospodarki powinny na pełnych obrotach pompować pieniądze w swoje przemysły obronne, aby te produkowały jak największe ilości broni. Wydatki na obronność od dawna powinny być znacznie wyższe niż owe 2 proc. ustalone w Walii. A jak wygląda sytuacja?

Europejskie państwa graniczące z Rosją, Białorusią i Ukrainą w komplecie wypełniają warunek 2 proc. PKB na obronność. W tym gronie najlepiej stoi Polska z 3,9 proc. PKB na te cele. Jeśli jednak chodzi o resztę krajów, to 2 proc. PKB przekraczają jedynie Wielka Brytania i Grecja. Największa europejska gospodarka, Niemcy, są poziomie 1,6 proc. i oficjalnie przyznają, że Bundeswehra znajduje się w kiepskim stanie i może będzie gotowa do wojny za pięć lat. Inne duże kraje kontynentu oscylują wokół niemieckiej liczby.

onet.pl

niedziela, 11 lutego 2024


Oświadczenie MSZ ws. 10 kłamstw prezydenta Władimira Putina nt. Polski i Ukrainy, których nie prostował Tucker Carlson (wywiad z dnia 8 lutego 2024 r.)

1. Polska współpracowała/kolaborowała z hitlerowskimi Niemcami.

Przed II wojną światową polska dyplomacja starała się utrzymywać dobrosąsiedzkie relacje z Niemcami. Nie było mowy o wejściu Polski w jakikolwiek sojusz militarny z Hitlerem. Polska w okresie międzywojennym znajdowała się między dwoma agresywnymi sąsiadami: Niemcami i Rosją, które nie uznawały w praktyce prawa narodu polskiego do samodzielnego państwa. W Berlinie w 1934 roku została podpisana polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy, która miała gwarantować rozwiązywanie sporów środkami pokojowymi. Ale wcześniej, w 1932 roku, podpisany został analogiczny pakt o nieagresji z ZSRS.

2. Polacy zmusili Hitlera do rozpoczęcia z nimi II wojny światowej. Dlaczego II wojna światowa rozpoczęła się 1 września 1939 roku właśnie od Polski? Była niechętna do współpracy. Hitlerowi nie pozostało nic innego w realizacji swoich planów [jak] zacząć od Polski.

II RP odrzuciła żądania Hitlera, a także propozycję sojuszu polsko – niemieckiego wymierzonego w ZSRS. To hitlerowskie Niemcy i władze sowieckie 23 sierpnia 1939 roku podpisały porozumienie przeciwko Polsce (tzw. pakt Ribbentrop – Mołotow), które umożliwiło Niemcom przeprowadzenie agresji na Polskę 1 września 1939 roku. Rosja sowiecka i hitlerowskie Niemcy zgodnie współpracowali do czerwca 1941 roku.

3. Polska stała się ofiarą polityki prowadzonej wobec Czechosłowacji, ponieważ na mocy słynnych protokołów Ribbentrop-Mołotow część tych terytoriów przypadła Rosji, w tym Zachodnia Ukraina.

Polska nie brała udziału, ani nie była stroną Układu Monachijskiego (30 września 1938 roku), który de facto mocno ograniczał suwerenność Czechosłowacji. Polskie żądania dotyczące Zaolzia zostały wysunięte po podpisaniu Układu Monachijskiego.

4. W ten sposób Rosja, pod nazwą Związku Radzieckiego, powróciła na swoje historyczne terytoria.

ZSRS wcielił tereny wschodnie II RP w wyniku agresji zbrojnej (17 września 1939 roku) w momencie kiedy Polska walczyła z inwazją niemiecką. Był to cios w plecy zadany polskiemu państwu. Przeprowadzone przez Sowietów tzw. referenda ludowe na polskich kresach zostały przeprowadzone w atmosferze terroru i fałszerstw. Lwów oraz tereny ówczesnych województw lwowskiego i stanisławowskiego (dzisiejsza Zachodnia Ukraina) nigdy nie należały do Imperium Rosyjskiego. Wileńszczyzna również nie była historycznie częścią Rosji.

5. Ukraina to de facto sztuczny twór stworzony przez Lenina i Stalina.

Współczesna Ukraina jako państwo powstała dzięki ukraińskiemu ruchowi narodowemu. Bolszewicy jej nie stworzyli a jedynie podbili część jej terytorium czyniąc z niej jedną z radzieckich republik. Ukraina powstała dzięki woli samych Ukraińców.

6. Lewy brzeg Dniepru, łącznie z Kijowem, to historycznie ziemie rosyjskie.

Kijów – był stolicą historyczną Rusi, a Moskwa wówczas nie istniała. W 1991 roku Ukraina stała się niepodległym państwem z międzynarodowo uznanymi granicami.

7. Idea Ukraińców jako odrębnej nacji pojawiła się w Polsce.

Proces samookreślenia się Ukraińców jako odrębnej grupy etnicznej odbywał się równolegle z analogicznymi procesami zachodzącymi w XIX-wiecznej Europie. Nikt sztucznie nie „wymyślił” narodu ukraińskiego.

8. Na terytorium Ukrainy tworzono bazy NATO.

Na terytorium Ukrainy nie ma baz NATO.

9. W Ukrainie dwukrotnie doszło do zamachów stanu, których celem było sztuczne zerwanie więzi z Rosją.

W Pomarańczowej Rewolucji naród ukraiński nie zgodził się na fałszerstwa wyborcze. Organizacja kolejnej tury głosowania pozwoliła wyłonić prezydenta Wiktora Juszczenkę, który faktycznie zdobył większość głosów. Po Rewolucji Godności w wyborach prezydenckich demokratycznie zwyciężył prezydent Petro Poroszenko.

10. W 2014 roku Moskwa zmuszona była wziąć Krym w obronę ponieważ był zagrożony.

W 2014 roku nie było żadnego zagrożenia dla Krymu. Rewolucja Godności doprowadziła do zmiany władzy pokojowo, na drodze demokratycznych wyborów. Rosyjskie „zielone ludziki” pojawiły się na Krymie by zdestabilizować sytuację w Ukrainie. 

gov.pl

sobota, 10 lutego 2024


Wieczorem 8 lutego prezydent Wołodymyr Zełenski wydał dekret zwalniający generała Wałerija Załużnego ze stanowiska naczelnego dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy (SZU). Na jego miejsce mianował generała pułkownika Ołeksandra Syrskiego, dotychczas dowódcę Wojsk Lądowych oraz operacyjno-strategicznego zgrupowania wojsk Chortyca (zob. Aneks).

Zełenski nie podał bezpośredniej przyczyny odwołania generała Załużnego i wprost nie obarczył go odpowiedzialnością za porażki czy błędy w dowodzeniu. W wypowiedziach z ostatnich dni prezydent Ukrainy wspomniał jedynie, że armia potrzebuje nowego podejścia do wojny z Rosją oraz zmian, w tym personalnych, na najwyższych stanowiskach dowódczych. Odwołanie naczelnego dowódcy jest wyłączną prerogatywą prezydenta, sprawującego w świetle konstytucji funkcję zwierzchnika sił zbrojnych w czasie pokoju i wojny.

Komentarz
  • Decyzja Zełenskiego spotkała się z niezrozumieniem czy nawet krytyką ze strony znacznej części żołnierzy, wolontariuszy współpracujących z armią i opinii publicznej. Dominuje zarzut o brak wyczerpującego uzasadnienia tej decyzji, podjętej w celu odsunięcia niezależnego i obdarzonego ogromnym autorytetem społecznym generała, a potencjalnie także groźnego konkurenta politycznego. Załużny, będący dotąd symbolem walki armii i całego narodu z rosyjską agresją, cieszy się bardzo dużym zaufaniem społecznym – większym niż wszyscy politycy, łącznie z Zełenskim. Popularność dotychczasowego naczelnego dowódcy, w odróżnieniu od prezydenta, nie uległa erozji nawet po fiasku ofensywy latem 2023 r. Według sondażu Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii z końca ub.r. Załużnemu ufa 88% społeczeństwa, podczas gdy Zełenskiemu – 62%.
  • Dymisja Załużnego była spodziewana – doniesienia o takiej decyzji w ciągu ostatniego tygodnia zintensyfikowały się, zaś irytacja z powodu działań naczelnego dowódcy narastała w otoczeniu prezydenta od kilku miesięcy. Negatywnie przyjęto wywiad Załużnego dla „The Economist” z 1 listopada ub.r., w którym de facto przyznał fiasko ukraińskiej ofensywy. Niezadowolenie wywoływała także jego krytyka działań władz cywilnych odpowiedzialnych za organizację zaplecza walczącej armii, w tym zdystansowanie się od pierwszego projektu ustawy o mobilizacji z grudnia, a ostatnio również zarzuty przedstawione w artykule dla CNN 1 lutego o częściową monopolizację przemysłu obronnego i niedoskonałe ustawodawstwo, prowadzące do problemów z produkcją broni.
  • Prezydent Zełenski od ponad roku, tj. od udanych operacji zaczepnych w obwodach charkowskim i chersońskim jesienią 2022 r., systematycznie podkopywał pozycję naczelnego dowódcy, naruszając zasadę jedności dowodzenia i hierarchii w SZU. Dokonywał on tego przez kontaktowanie się z podkomendnymi Załużnego – z generałem Syrskim na czele – za jego plecami, wydając im bezpośrednio polecenia czy dokonując zmian personalnych bez uzgodnienia z naczelnym dowódcą (przykładem jest odwołanie dowódcy Sił Operacji Specjalnych generała Wiktora Chorenki w listopadzie). Działania prezydenta doprowadziły do pogorszenia jego relacji z Załużnym, który unikał otwartego konfliktu z ośrodkiem prezydenckim.
  • Efektem polityki Zełenskiego jest podział armii na konkurujące ze sobą frakcje, dysponujące dużym stopniem autonomii i bezpośrednimi związkami z Biurem Prezydenta. Za najważniejsze z nich uznawane były dotąd dwa największe zgrupowania operacyjno-strategiczne: Tauryda (obejmujące front od okolic Zaporoża do Awdijiwki włącznie) oraz Chortyca (od granicy pod Kupiańskiem do okolic Gorłówki). Pierwsze było dotąd podporządkowane bezpośrednio Załużnemu i dowodzone przez lojalnych wobec niego generałów; drugie, dowodzone przez generała Syrskiego, miało opinie bliższego bardziej prezydentowi niż naczelnemu dowódcy. Kwestią otwartą pozostaje, do jakiego stopnia Zełenski da Syrskiemu wolną rękę w kwestiach personalnych i pozwoli mu odbudować hierarchiczną strukturę dowodzenia, ograniczając się do sprawowania ogólnego nadzoru nad SZU i koordynacji całej polityki obronnej państwa (tj. zagadnień mobilizacji, zaopatrzenia armii, przemysłu zbrojeniowego, pozyskiwania pomocy z zagranicy, służb specjalnych itp.).
  • Dymisja Załużnego odbywa się w trudnym dla Ukrainy okresie wojny, gdy armia na całym froncie broni się przed przeważającymi siłami rosyjskimi i grozi jej utrata Awdijiwki, stanowiącej kluczową pozycję na froncie w Donbasie. SZU borykają się przy tym z ostrym kryzysem sprzętowym i amunicyjnym, a także z deficytem ludzi, przybierającym w niektórych oddziałach piechoty katastrofalne rozmiary. Moment na dymisję naczelnego dowódcy jest zły także z powodu napięć, jakie wywołuje nowy projekt ustawy o mobilizacji. Jednocześnie należy uznać za mało prawdopodobne, aby zmiany na najwyższych stanowiskach w armii wprowadziły chaos, który poderwie jej zdolności bojowe i przyczyni się do załamania na froncie.
  • Generał Syrski to jeden z najbardziej doświadczonych dowódców ukraińskich. Nie jest on postacią medialną, brakuje mu też – pomimo dowodzenia w zwycięskich operacjach zaczepnych w obwodzie charkowskim w 2022 r. – autorytetu i popularności w wojsku, jakimi cieszy się generał Załużny. W armii uznawany jest za dowódcę, który nie liczy się z życiem żołnierzy i gotów jest nim szafować dla realizacji postawionego zadania. Szczególnie krytykuje się go za chaotyczne dowodzenie oraz złe przygotowanie do obrony Sołedaru i Bachmutu na przełomie 2022 i 2023 r. Pozycja generała Syrskiego jako naczelnego dowódcy w dużym stopniu będzie zależała od tego, czy zdecyduje się on na pozbawienie funkcji generałów uważanych za ludzi Załużnego i jakimi współpracownikami się otoczy. Kluczowe będą zmiany na stanowiskach dowódców zgrupowań operacyjno-strategicznych i podległych im grup operacyjnych – należy się ich spodziewać w najbliższych dniach.

Aneks. Sylwetka Ołeksandra Syrskiego

Urodzony 26 lipca 1965 r. w Nowinkach w obwodzie włodzimierskim w Rosji. Jego rodzice są Rosjanami, a ojciec jest emerytem wojskowym. Służbę wojskową rozpoczął w 1986 r. Ukończył Moskiewską Wojskową Wyższą Szkołę Dowódczą. Od niepodległości Ukrainy w 1991 r. służy w armii ukraińskiej, a jego kariera objęła wszystkie etapy awansu – od dowódcy plutonu po zastępcę szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy. W 1996 r. ukończył z wyróżnieniem Akademię Sił Zbrojnych Ukrainy (kurs operacyjno-taktyczny), a w 2005 r. – Akademię Obrony Narodowej Ukrainy (kurs operacyjno-strategiczny).

Po wybuchu konfliktu zbrojnego na wschodniej Ukrainie wiosną 2014 r. Syrski pełnił różne funkcje w dowództwie operacji antyterrorystycznej w obwodach donieckim i ługańskim. Brał udział w dowodzeniu operacjami pod Debalcewem i kierował wycofaniem sił ukraińskich spod tego miasta zimą 2015 r. W 2016 r. stanął na czele Połączonego Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych Ukrainy, które koordynowało działania w Donbasie, a w 2017 r. został mianowany dowódcą „operacji antyterrorystycznej na wschodniej Ukrainie”. 5 sierpnia 2019 r. Zełenski mianował go Dowódcą Wojsk Lądowych.

Po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji Syrski dowodził grupą sił obrony Kijowa. 5 kwietnia 2022 r. otrzymał tytuł Bohatera Ukrainy. We wrześniu tego roku skutecznie kierował kontrofensywą w obwodzie charkowskim.

osw.waw.pl


W nocy z 8 na 9 lutego czasu polskiego wyemitowano wywiad Tuckera Carlsona, amerykańskiego ultrakonserwatywnego komentatora politycznego i gorącego zwolennika Donalda Trumpa, z Władimirem Putinem. Rozmowę, podobnie jak samą wizytę Carlsona w Moskwie, szeroko nagłośniła rosyjska propaganda.

Putin tradycyjnie obwinił Stany Zjednoczone i NATO o wywołanie wojny na Ukrainie – stwierdził, że konflikt skończy się, gdy Zachód przestanie dostarczać broń, sankcje są nieskuteczne, a Rosja nigdy nie zostanie pokonana. Powtórzył swoje słowa o historycznej jedności Rosjan i Ukraińców oraz o tym, że idea ukraińskiej odrębności została sztucznie stworzona przez Polaków (zob. Aneks).

Komentarz
  • Wywiad nosi znamiona szeroko zakrojonej operacji propagandowej Rosji, która wiąże z nim cele wewnętrzne i zewnętrzne. W wymiarze wewnętrznym propaganda wykorzystała go do ukazania Putina jako lidera, którego zdanie jest słuchane i szanowane w świecie, i aby podsycić optymizm w społeczeństwie i elicie oraz stworzyć wrażenie, że Carlson to swoisty wysłannik przyszłego prezydenta USA. Wskutek zwycięstwa Trumpa w wyborach prezydenckich miałoby nastąpić nowe otwarcie w relacjach na linii Moskwa–Waszyngton, a dzięki presji nowej administracji na Kijów wojna zakończyłaby się na rosyjskich warunkach. Jednocześnie przekaz ten ma dotrzeć do tych środowisk na Zachodzie, wśród których narasta zmęczenie wojną i sceptycyzm co do sensu dalszego wspierania Ukrainy oraz utrzymuje się fałszywy symetryzm i zrozumienie dla racji Kremla.
  • Choć Putin nie wsparł bezpośrednio Trumpa – usiłował zachować dystans i łączył krytykę poprzednich administracji ze wspominaniem pozytywnych relacji personalnych z prezydentami (z nazwiska wymieniając jego i George’a Busha juniora) – to niektóre wątki wpisują się w jego hasła wyborcze. Putin kilkukrotnie wypowiedział się niechętnie na temat polityki USA w duchu antyelitystycznego populizmu. Według niego w Stanach Zjednoczonych nie rządzi prezydent, lecz jego otoczenie (rzekomo prezydentów dwukrotnie zniechęcano do zawarcia „korzystnych” porozumień z Rosją, w tym w sprawie budowy wspólnej tarczy antyrakietowej i członkostwa FR w NATO). Na pytanie, czy nowa administracja może naprawić relacje z Moskwą, odparł, że problem stanowi nie osoba lidera, lecz mentalność elity rządzącej USA. Ponadto kilkakrotnie powtórzył, że nie widzi sensu rozmów z Joem Bidenem na temat uregulowania konfliktu: to nie Rosja do niego doprowadziła, gdyż zawsze chciała pokoju. Za wybuch wojny i wspieranie ukraińskiej armii odpowiadają Stany Zjednoczone, a zatem to Waszyngton powinien wyjść z ofertą dla Moskwy.
  • W tym kontekście znamienny jest wywód Putina podający w wątpliwość sens wspierania Kijowa przez Waszyngton. Wpisuje się on w wyborczą retorykę Trumpa i postulaty zabarwione izolacjonizmem. Zaangażowanie USA w wojnę na Ukrainie jest im niepotrzebne, gdyż Amerykanie mają własne problemy: sytuację na granicy, migrację czy dług publiczny. Sankcje przeciwko Rosji osłabiają pozycję dolara jako światowej waluty i działanie to stoi w sprzeczności z interesem Stanów Zjednoczonych. Zgodne z nim byłoby raczej negocjowanie z Rosją, respektowanie jej interesów, szukanie rozwiązań.
  • Według Putina idea amerykańskiej hegemonii pogrąża kraj i USA powinny pogodzić się z nieuchronną ewolucją ładu światowego w kierunku niekorzystnym dla Zachodu. Pozycja Stanów Zjednoczonych będzie słabła, a u władzy potrzeba nowego pokolenia – ludzi nieobciążonych zimnowojennym myśleniem konfrontacyjnym, patrzących w przyszłość. To wyraźne nawiązanie do trumpowskiej idei wymiany elit w USA w imię rzekomego pragmatyzmu i skupienia się na problemach wewnętrznych.

Aneks: główne wątki wywiadu

Putin powtórzył swoje znane tezy na temat historycznych praw Rosji do Ukrainy i przyczyn toczącej się wojny (w tym ukraińskiego „nazizmu”), tradycyjnie obciążając winą za jej wybuch NATO i USA. Zachód jakoby złamał daną Moskwie obietnicę nierozszerzania NATO, na Ukrainie zaczęły pojawiać się bazy wojskowe Sojuszu i dwukrotnie – w latach 2004 i 2014 – dokonano tam zamachów stanu, których celem było sztuczne zerwanie więzi z FR z inspiracji CIA. Zachód zawsze chciał osłabić i rozbić Rosję, a Stany Zjednoczone miały plan kontrolowania obszaru poradzieckiego, aby wykorzystać go w przyszłej walce z Chinami. Waszyngton popierał separatystów i terrorystów na Kaukazie Północnym oraz łamał prawo międzynarodowe, aby sztucznie powstrzymać proces słabnięcia swojej potęgi na rzecz nowych graczy.

Putin stwierdził: „przestańcie dostarczać broń, to skończy się wojna” oraz że jeśli pojawi się wola polityczna, to NATO znajdzie sposób, żeby rozpocząć negocjacje z Rosją („Sojusz już ich chce, tylko nie wie, jak do tego doprowadzić”). Ta nigdy nie zostanie pokonana na polu walki i Zachód zaczyna sobie to uświadamiać. Uznał, że Ukraina będzie musiała się z nią w końcu porozumieć, a przyjazne stosunki między społeczeństwami zostaną przywrócone, bo jedność obu narodów wciąż trwa.

Rosja nie zaryzykuje globalnej wojny czy konfliktu nuklearnego („to absolutnie wykluczone”). Narrację mówiącą, że USA muszą wspierać wysiłek wojenny Ukrainy, aby nie być zmuszone do wysyłania tam żołnierzy, nazwał „prowokacją”. Jeśli do tego kraju trafiłyby regularne oddziały, to świat stanąłby na krawędzi bardzo poważnego konfliktu globalnego.

Putin skrytykował zachodnie sankcje, w tym embargo na import gazu (to element tradycyjnej już presji na Rosję, która szkodzi interesom gospodarczym Europy, głównie Niemiec).

Oznajmił też, że Rosja chce porozumienia z Ukrainą opartego na zapisach projektu umowy między nimi ze Stambułu z wiosny 2022 r. Wówczas – według niego – ówczesny premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson powstrzymał prezydenta Wołodymyra Zełenskiego przed podpisaniem dokumentu. Również USA i Polska „chciały walczyć z Rosją do jej końca”.

W bulwersującej Amerykanów kwestii Evana Gershkovicha, amerykańskiego dziennikarza więzionego w Rosji pod zarzutem szpiegostwa, Putin – reagując na apel Carsona o jego uwolnienie – stwierdził, że aby do niego doszło, konieczne jest porozumienie pomiędzy służbami specjalnymi obu państw. Zasugerował wyraźnie, że Moskwa oczekuje wymiany Gershkovicha za Wadima Krasikowa, skazanego przez niemiecki sąd w 2021 r. na dożywotnie pozbawienie wolności za zabójstwo czeczeńskiego aktywisty Zelimchana Changoszwilego.

Pojawiły się też wątki polskie:
  • Putin powtórzył oskarżenia pod adresem Polaków o historyczny ucisk Ukraińców i ich polonizację, a także współpracę Polski z Hitlerem i jej współodpowiedzialność za wybuch II wojny światowej. Zaznaczył, że idea Ukraińców jako odrębnej nacji pojawiła się w Polsce.
  • Zaprzeczył, jakoby Rosja zamierzała napaść na Polskę (tak zostało sformułowane pytanie). Podkreślił przy tym, że nie ma żadnego interesu w napadaniu „na kogokolwiek”, a NATO celowo demonizuje Rosję i straszy zachodnie społeczeństwa „wyimaginowanym” zagrożeniem z jej strony, aby ją osłabić i skłonić podatników do inwestowania w zbrojenia. Jedyny scenariusz, w którym FR może zagrozić Polsce, to „jeśli Polska zaatakuje Rosję”.
  • Polscy najemnicy na Ukrainie to według Putina największa liczebnie siła tego typu. Na kolejnych miejscach plasują się najemnicy amerykańscy i gruzińscy.
  • Polska odcięła przesył rosyjskiego gazu do RFN gazociągiem jamalskim, a przecież Niemcy „karmią” ją, bo są największym płatnikiem do funduszy europejskich.
osw.waw.pl


Obecny kryzys demograficzny ma źródła w czasach Mao Zedonga. Po klęsce głodu z lat 1959–1961 w dekadzie 1962–1971 doszło do eksplozji demograficznej – urodziło się 277,9 mln dzieci (dla porównania w latach 2021–2030 będzie ich co najmniej o dwie trzecie mniej). W odpowiedzi rządzący wprowadzili w 1970 r. pierwsze obostrzenia w zakresie posiadania potomstwa – „politykę dwojga dzieci w rodzinie”. Po ich wdrożeniu władze lokalne wciąż raportowały jednak duży, choć malejący przyrost. Zadecydowało to nie tylko o zaostrzaniu w latach osiemdziesiątych polityki rodzinnej i ograniczeniu możliwości posiadania dzieci do jednego w miastach i dwojga na wsi (i to tylko pod warunkiem że pierwsza urodziła się dziewczynka), lecz także o stosowaniu drakońskich środków implementacji tych regulacji, m.in. przymusowych sterylizacji i aborcji, nawet w zaawansowanej ciąży.

„Polityka jednego dziecka w rodzinie” od samego początku budziła poważne kontrowersje wśród demografów, którzy przestrzegali przed katastrofalnymi konsekwencjami jej wprowadzenia. Przywódcy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) ignorowali ostrzeżenia tego środowiska o długofalowych skutkach nowych regulacji i byli przede wszystkim zainteresowani szybkim ograniczeniem przyrostu naturalnego. Na ich ocenę sytuacji wpływał też fakt, że władze lokalne rożnych szczebli zawyżały liczbę urodzeń. Wynikało to z metody przeliczania dotacji z budżetu centralnego – istotną rolę odgrywała w niej wielkość populacji. Po wprowadzeniu obostrzeń pojawiła się także pokusa, aby w jednym roku zaraportować wyższą liczbę urodzeń, a w następnym podać niższą i wykazać się w ten sposób „sukcesem” w redukowaniu przyrostu.

Prawdopodobnie dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku władze centralne uzyskały realny obraz populacji ChRL. Sytuację na przełomie wieków zmieniła stopniowa digitalizacja baz danych rejestru gospodarstw domowych (Hukou) i związanego z nim systemu meldunkowego. Konieczne zmiany w polityce rodzinnej napotkały jednak opór aparatu partyjno-państwowego. Duża władza, którą uzyskał on nad ludnością w ramach „polityki jednego dziecka”, prowadziła do patologii i nadużyć. Ponadto lokalne struktury powstałej w 1981 r. Narodowej Komisji Planowania Rodziny (od 2003 r. Narodowa Komisja Ludności i Planowania Rodziny) stały się ważnym graczem w polityce wewnętrznej KPCh, wspierającym szereg frakcji w jej strukturach regionalnych i centralnych.

Dopiero po dojściu do władzy Xi Jinpinga opór lokalnego aparatu został złamany, a komisja – rozwiązana w 2013 r. Jej funkcje przejęło nowe ciało – Narodowa Komisja Zdrowia i Planowania Rodziny. W 2015 r. w odpowiedzi na kryzys demograficzny dopuszczono posiadanie dwójki dzieci. Sześć lat później doszło do dalszego złagodzenia restrykcji – małżeństwom pozwolono na trójkę potomstwa. Liberalizacja polityki rodzinnej poskutkowała tylko niewielkim wzrostem urodzeń w latach 2016–2017, a negatywny trend powrócił w następnym okresie (...).

Malejącą dzietność w ChRL wynika z kilku czynników natury zarówno ekonomicznej, jak i kulturowej. Koszt wychowania dziecka wynosi tutaj prawie siedmiokrotność (6,9) PKB per capita i jest znacznie wyższy niż w Stanach Zjednoczonych (4,11) czy Japonii (4,26). Do tego dochodzi niski poziom zabezpieczeń społecznych i opieki zdrowotnej dla ubezpieczonych w powszechnym systemie. Nakłada to na pracujących obowiązek wspierania starzejących się ojca i matki. Przykładowo małżeństwo dwojga jedynaków musi wspierać czwórkę rodziców oraz zaoszczędzić część dochodów na wypadek choroby. W konsekwencji często nie ma środków na wychowanie więcej niż jednego dziecka. Dodatkowo macierzyństwo utrudnia karierę zawodową i na niełatwym chińskim rynku pracy nierzadko powoduje utratę posady. Prawo pracy chroni kobiety w ciąży i matki małych dzieci, ale w realiach ChRL jest to zabezpieczenie niewystarczające. Wysokie bezrobocie wśród młodych i problemy ze znalezieniem zajęcia odpowiadającego aspiracjom czy potrzebom, a także wysokie ceny mieszkań sprawiają, że wielu ludzi rozpoczynających dorosłe życie odkłada decyzję o założeniu rodziny.

W Chinach doszło również do zmian kulturowych, analogicznych do tych w innych państwach Azji Wschodniej, jak Japonia i Korea Południowa, czy na Zachodzie. Rodziny pragną dać swoim dzieciom szanse na lepszy start życiowy. Ponadto motywuje je świadomość, że braki systemu zabezpieczenia społecznego powodują, iż ich własny poziom życia na starość będzie w dużym stopniu zależał od sukcesu zawodowego potomka. Stąd skupienie się na jednym lub – rzadziej – dwójce dzieci, aby zapewnić im najlepsze wykształcenie. Z jednej strony skutkuje to zaspokajaniem wszystkich kaprysów dziecka (zjawisko tzw. małych cesarzy), a z drugiej – wywieraniem presji na młodych ludzi, aby znaleźli dobrze płatną pracę.

Równocześnie tradycyjny patriarchalny model relacji małżeńskich stawia mężczyzn w uprzywilejowanej pozycji. W rezultacie rośnie liczba Chinek niechętnych perspektywie zamążpójścia i posiadania dzieci. Wielu młodych ludzi obojga płci odrzuca też konsumpcyjny styl życia, wybiera gorzej płatne zajęcia dające więcej czasu na samorealizację oraz rezygnuje w ogóle z małżeństwa i potomstwa. Niektórzy obserwatorzy mówią nawet, że przy braku innych możliwości wyrażenia niezadowolenia z sytuacji społeczno-politycznej postępowanie takie staje się formą buntu.

osw.waw.pl