sobota, 6 stycznia 2024


Przykładem modelowej transformacji energetycznej jest Chile. W 2012 r. ze słońca i wiatru pochodziło zaledwie 0,6 proc. podaży energii. Dziesięć lat później te dwa źródła generowały już 28 proc. energii w kraju i wyprzedziły węgiel. Spowodowało to spadek emisji dwutlenku węgla w sektorze elektroenergetycznym o 15 proc. mimo całkowitego wzrostu popytu na energię o ponad jedną czwartą – wynika z analizy Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE). Rok 2022 był wyjątkowy dla chilijskiej energetyki. Produkcja energii ze słońca wzrosła o jedną trzecią, a z wiatru i wody – o ponad 22 proc. Udział energii słonecznej w produkcji energii w kraju w 2022 r. przekraczał 17 proc. Chile zastosowało szczególne rozwiązanie. Na pustyni Atakama, w miejscu o największym nasłonecznieniu na świecie, wykorzystuje wieże ze skoncentrowanym roztworem soli, które w ciągu dnia gromadzą energię cieplną pochodzącą z paneli PV i oddają ją w nocy w postaci pary wodnej do turbin. Pozwala to nieprzerwanie produkować prąd ze słońca. Kraj zadeklarował całkowitą dekarbonizację energetyki do 2030 r.

Ciekawym przypadkiem realizacji słonecznej strategii jest Holandia. W 2015 r. słońce generowało tam zaledwie 1 proc. energii, a obecnie to unijny rekord – 15 proc. i ponad 2 mln domów z panelami na dachach. Tym samym słońce dostarcza więcej energii niż elektrownie węglowe. W kraju jest mało ziemi i należy ona do najdroższych w Europie, dlatego fotowoltaikę instaluje się niemal wszędzie: na garażach, lotniskach, stacjach kolejowych, opuszczonych kościołach, sztucznych jeziorach i łąkach. Przy czym standardem są uzgodnienia z lokalnymi społecznościami, a niepisaną zasadą – oddawanie im nawet 50 proc. wytwarzanej energii. To sprawia, że w kraju jest zainstalowanych obecnie ponad 48 mln paneli PV. Według SolarPower Europe, stowarzyszenia zrzeszającego sektor fotowoltaiczny, Holandia ma obecnie średnio dwa panele fotowoltaiczne na mieszkańca, a moc zainstalowana przekracza 1 kilowat (KW) na osobę, co jest nie tylko europejskim rekordem. W tych warunkach narodowy cel – 70 proc. energii ze źródeł odnawialnych do 2030 r. –można uznać za realny.

Do krajów europejskich, w których najdynamiczniej przybywa instalacji solarnych, trzeba zaliczyć też Polskę. Rok 2021 był pod tym względem rekordowy, ponieważ przybyło wówczas aż 3,3 GW mocy. Obecnie prosumenci dysponują mniej więcej 70 proc. instalacji, pozostała część ma charakter komercyjny. Taka struktura jest wynikiem działania rządowego programu wsparcia prosumentów „Mój Prąd”, ale także ograniczeń w przyłączeniach do sieci większych instalacji komercyjnych. W marcu 2023 r. ponad 1,24 mln instalacji PV o zainstalowanej łącznej mocy 9,35 GW było przeznaczonych dla polskich gospodarstw domowych. Łącznie z instalacjami komercyjnymi stanowiło to 12,2 GW przy mocy całkowitej wszystkich źródeł energii w Polsce w wysokości 61,5 GW. Udział fotowoltaiki w całkowitej mocy generowanej w Polsce nie przekraczał jednak w 2022 r. 5 proc., przede wszystkim ze względu na warunki atmosferyczne. Turbiny wiatrowe, mimo że ich moc zainstalowana była wyraźnie mniejsza, w rzeczywistości wyprodukowały więcej energii. Największą – zarówno w Polsce, jak i Europie Środkowo-Wschodniej – instalacją PV jest farma fotowoltaiczna Zwartowo (204 MW) w województwie zachodniopomorskim uruchomiona w 2022 r. przez firmę Respect Energy.

obserwatorfinansowy.pl


Czy moździerze kal. 120 mm mogą być jakimś substytutem artylerii kal. 105 mm?

Wręcz przeciwnie! To stare haubice 105 mm L118/M119 i Mod. 56 stały się substytutem stale brakujących Ukraińcom ciężkich moździerzy. Wojna na Ukrainie pokazuje ogromną rolę moździerzy podczas walk o miasta i w terenach leśnych. Ponadto mają one ogromne znaczenie dla jednostek lekkich, takich jak brygady desantowo-szturmowe, piechoty morskiej czy obrony terytorialnej, przy czym te ostatnie w ogóle nie posiadają ciężkiej artylerii (samobieżnej i rakietowej)…

Bez klasycznych 120 i 81 mm moździerzy pododdziały piechoty w obronie, zarówno w terenie zurbanizowanym jak i fortyfikacjach polowych – pozostają bez wsparcia. Natomiast moździerze samobieżne nie spełniają swej roli w tych warunkach.

(...)

Na koniec chciałbym Cię zapytać jak wojna na Ukrainie wpłynęła na postrzeganie artylerii ciągnionej wśród wojskowych? Czy widać jakąś zmianę w rozumieniu jej roli na współczesnym polu walki, czy raczej udowodnienie dawno postawionych tez?

Wojna na Ukrainie ukazuje nam ciekawy precedens: artyleria ciągniona, która przed rokiem 2014 wydawała się być w stanie schyłkowym, odgrywa dziś w walce ogromną rolę i to po obu stronach konfliktu. Cóż z tego, że jest mniej mobilna od artylerii samobieżnej, a przez to (teoretycznie) bardziej podatna na zniszczenie, skoro jest jej dużo, jest tańsza, a więc bardziej i szybciej dostępna. Mówiąc „szybciej” mam na myśli nie tylko ekspresowe dostawy na duże odległości (działa ciągnione z Zachodu), ale i szybsze przywracanie do służby niż w wypadku dział samobieżnych (Rosja).

Co jednak najważniejsze: przy długotrwałej wojnie i przy powołaniu ogromnych rzesz rezerwistów – artyleria ciągniona jest prostsza w obsłudze. Dlatego haubica M777, choć okazała się niewygodna w manewrowaniu i (teoretycznie) bardziej wrażliwa na ogień przeciwnika, jest jednak łatwa w obsłudze i bardzo celna, a z nową NATO-wską amunicją ma taki sam zasięg, jak jej samobieżne koleżanki. Jeśli więc mamy tworzyć jakieś zapasy sprzętowe w zakresie artylerii, to nowoczesne działa ciągnione nadają się do tego najlepiej.

Poza tym musimy myśleć o artylerii zdolnej do przerzutu. Skoro zrezygnowaliśmy z koncepcji Kryla, to coś go musi zastąpić, abyśmy mogli realizować zadania wsparcia sił Sojuszu na flankach, lub w przyszłości – kto wie – w kolejnych misjach zagranicznych…

Myślę, że niewielu ludzi te cechy artylerii ciągnionej dziś dostrzega i docenia. Wielu z nas, także artylerzystów, uległo (podobnie jak w latach 60. ubiegłego wieku) fascynacji możliwościami artylerii rakietowej lub nie dostrzega problemów artylerii samobieżnej…

Przede wszystkich chciałbym jednak zaprzeczyć powszechnie panującemu poglądowi, że działa ciągnione są bardziej narażone na duże straty z powodu swej niskiej manewrowości i braku osłony obsług. W toku wojny Ukraina otrzymała z Zachodu ponad 400 dział ciągnionych, z czego straciła około 10%. Czy to dużo? Porównajmy to ze stratami systemów samobieżnych: otrzymano ich ponad 450, a utracono około 13%. Najbardziej miarodajne będzie moim zdaniem porównanie dwóch najliczniej występujących tam dział w obu kategoriach: straty ciągnionych M777 i samobieżnych Krabów kształtują się na tym samym poziomie – około 20%…

defence24.pl

piątek, 5 stycznia 2024



W poniedziałek, 30 października, znany dagestański dziennikarz i aktywista Idris Jusupow obudził się o siódmej rano: funkcjonariusze rosyjskiego Komitetu Śledczego przyszli do niego, by przeszukać mieszkanie i skonfiskować sprzęt elektroniczny i biurowy.

Przed tym, w sobotę i niedzielę, w kilku rosyjskich miastach na Kaukazie miały miejsce antyizraelskie i antyżydowskie protesty: w Karaczajo-Czerkiesji odbył się propalestyński wiec, w Nalczyku nieznani sprawcy podpalili żydowskie centrum kultury, w Dagestanie tłum ludzi zaatakował samolot przewożący pasażerów z Izraela.

Jusupow mówi, że jako dziennikarz wiedział o tym, że jest planowany protest na lotnisku –niemniej jednak był przerażony jego skalą i tym, jak szybko przerodził się w zamieszki. Już wcześniej, 12 października, w odpowiedzi na wezwanie kanału „Poranek Dagestanu” na Telegramie (jedno z najbardziej popularnych źródeł informacji w republice) na lotnisku w Machaczkale grupa młodych mężczyzn „przywitała” samolot z Tel Awiwu z palestyńskimi flagami. Na kolejne wezwanie „Poranku” Jusupow nie zareagował – nie miał zamiaru w niedzielę wieczorem jechać na lotnisko położone 20 km od miasta. – Myślałem, że przyjdą z flagami, plakatami i tyle – mówi. – Zdałem sobie sprawę ze skali, kiedy moi koledzy dziennikarze zaczęli do mnie dzwonić. Wtedy usiadłem przy komputerze i zacząłem oglądać filmy, było mnóstwo materiału.

Tłum ludzi wdarł się na terminal i płytę lotniska, zachęcony napływającymi wiadomościami o uchodźcach z Izraela. Kamienie poleciały w policję, protestujący zatrzymywali samochody, szukając w nich Żydów. Na jednym z filmów słychać głos uczestnika zamieszek: „Sprawdzamy nawet policyjne radiowozy. inszallah [jeśli Bóg pozwoli], znajdziemy ich”.

– Na Telegramie od kilku tygodni pojawiało się sporo fałszywych informacji o tym, że do Republiki Dagestanu ma przybyć 300 tys. Żydów, bo chcą się tu osiedlić. Ludzie nawet nie zastanawiali się, jak miałoby to wyglądać, ile samolotów potrzeba itd., ale zaczęli ostro reagować. Po ataku na Gazę w Dagestańczykach było wiele emocji, ludzie byli zszokowani, oglądali filmy, na których zabijane były kobiety i dzieci – mówi Jusupow. – Było wyraźnie widać, że ktoś podkręca nastroje.

– W poniedziałek po przeszukaniu zostałem doprowadzony jako świadek w sprawie karnej. Zabrali mnie do Komitetu Śledczego i zaczęli zadawać pytania na temat zamieszek na lotnisku. Pytali: czy mam coś wspólnego z organizacją protestu? Powiedziałem: nie mam. Potem zapytali, czy jestem administratorem kanału „Poranek Dagestanu” – nie jestem. Potem zapytali, czy znam człowieka, którego – jak zrozumiałem – podejrzewają o prowadzenie tego kanału. Znałem go, poznaliśmy się wiele lat temu, kiedy studiowałem na uniwersytecie. Wyjechał z Rosji, prawie się nie widzieliśmy. Zabrali cały mój sprzęt elektroniczny, nawet stare dyski z archiwami. Jeszcze ich nie zwrócili, mogą je przetrzymać w Komitecie Śledczym nawet przez rok.

Sprawa odbiła się szerokim echem we wszystkich mediach na świecie – Kreml najprawdopodobniej wymusił działania na miejscowych władzach. Poza Jusupowem policja zatrzymała ok. 300 rzekomych uczestników zamieszek. – Rozpoczęła się ostra reakcja na szczeblu władz republiki, protest potępiono, przywódca Dagestanu wystąpił w telewizji, spotkał się z dziennikarzami i osobami publicznymi. Są sprawy karne i administracyjne. Miejscowa ludność jednak apeluje, aby nie osądzać każdego uczestnika protestu, a jedynie tych, którzy odpowiadają za konkretny rozbój czy przestępstwo – mówi Jusupow.

Władze rosyjskie tradycyjnie obarczyły winą za zamieszki na dagestańskim lotnisku kraje zachodnie i Ukrainę, które miały rzekomo „zorganizować prowokację”. Przywódca Dagestanu Siergiej Mielikow oskarżał „banderowców”, a rzecznik rosyjskiego prezydenta Dmitrij Pieskow mówił o „wpływach zewnętrznych”, w tym informacyjnych.

W związku z tym rodzi się pytanie – czy to nie sam Kreml rękami służb doprowadził do rozruchów?

– Dagestan nie jest regionem, w którym może wydarzyć się coś, na co nie mają wpływu lokalne władze czy bezpieka – uważa Wiaczesław Lichaczow, ekspert kijowskiego Centrum Wolności Obywatelskich (laureat pokojowego Nobla w 2022 roku). – Zwłaszcza jeśli chodzi o setki ludzi, którzy godzinami błąkają się po mieście i nikt nawet nie próbuje ich zatrzymać. To jest bardzo dziwne. Moim zdaniem to pokazuje, że im na to pozwolono. Funkcjonariusze interweniowali dopiero w pewnym momencie, kiedy sytuacja rzeczywiście wymknęła się spod kontroli.

Lichaczow przypomina, że w przeciwieństwie do autorytarnej i całkowicie kontrolowanej Czeczenii Dagestan to republika z bardzo trudnym układem sił, zamieszkana przez kilkadziesiąt narodowości (w tym mieszkających tu od czasów średniowiecza Żydów górskich – ostatnią grupę diaspory żydowskiej). Ale poza tym Dagestan to jedna z biedniejszych i bardziej sfrustrowanych republik.

– W Rosji wydarzenia na taką skalę nie dzieją się oddolnie, nie ma poziomej mobilizacji społeczeństwa. Mamy technologię, która pozwala kanalizować frustrację i niezadowolenie w formie nienawiści do Żydów, do Izraela. Jest to legitymizowane odgórnie i nastąpiło po tym, jak prezydent i inni wysocy urzędnicy pozwolili sobie na antysemickie żarty i poparli Hamas. Rząd tworzył przestrzeń dla „dozwolonego antysemityzmu” – podkreśla Lichaczow.

W jakim więc celu to zrobiono? Po co Kremlowi potrzebny był aż tak wyraźny przejaw antysemityzmu?

– Putinowski reżim kreuje wizerunek obrońcy islamu i buduje przyjaźń z towarzyszami z Hamasu, Iranu i Korei Północnej, toteż obecnie okazuje antysemityzm – kontynuuje Lichaczow. – Mogą to być narzędzia umożliwiające zdobycie popularności w globalnej społeczności niezadowolonych reżimów i grup. Antysemityzm to tanie narzędzie, które można wykorzystać w regionach niedarzących sympatią Zachodu. To może zadziałać.

Denis Sokołow, antropolog i badacz Kaukazu, nie zgadza się z takim traktowaniem: jego zdaniem rękę organizacji protestów przez lokalne władze było widać we wcześniejszych antyizraelskich protestach w Chasawjurcie czy w Nalczyku.

– Były też wypowiedzi przywódcy Czeczenii Ramzana Kadyrowa o zakazie wjazdu Izraelczykom i grożenie tym, którzy ich przyjmą. W tym wszystkim widać miękką siłę rosyjskiego urzędnika. Tępą i nieskuteczną rękę kaukaskiej biurokracji. Ale jeśli chodzi o lotnisko [w Machaczkale], tam zapaliła się iskra, było to dzieło utalentowanego organizatora. Kiedy się zaczęło, urzędnicy po prostu obserwowali te nawoływania w sieci: „No bo co? Jeśli ktoś chce w ten sposób wywrzeć presję na Izraelczyków, to spróbujmy”, myśleli. Biurokracja nie była gotowa na taką siłę organizacyjną i efektywność.

Kanał „Poranek Dagestanu” już wcześniej organizował protesty – przeciwko mobilizacji do wojny w Ukrainie i w innych lokalnych sprawach. Dość aktywnie angażuje się w działalność opozycyjną w Dagestanie, wykorzystując nastroje protestacyjne. „Poranek Dagestanu” śledził na radarze lot, a nawet opracował własny system metafor: na przykład tych „dobrych” Żydów nazywał „Żydami”, a tych „złych” – „jachudami” (w języku arabskim, w mowie potocznej, to wyzwisko). Zdaniem Sokołowa kreatywność, elastyczność i wyczucie nastrojów w republice wskazuje na to, że nie mogły tego zrobić służby czy rosyjscy biurokraci: – Kanał ten w pełni odzwierciedla opinię przeciętnego rosyjskojęzycznego muzułmanina – podkreśla Sokołow.

new.org.pl


Outsourcingowe operacje prowadzone przez Rosjan nie stanowią żadnego novum. Przykładem tego mogą być ustalenia rosyjskojęzycznego portalu śledczego Dossier Center (wraz z DR, Expressen, Le Monde, NRK, Süddeutsche Zeitung, SVT i Westdeutscher Rundfunk) po uzyskaniu dostępu do rosyjskich dokumentów. Wynika z nich, że na początku 2023 roku prowadzono operację mającą na celu spowodowanie sprzeciwu Turcji wobec przyjęcia Szwecji do NATO oraz dyskredytację Ukrainy. Bezpośrednimi wykonawcami było pięciu emigrantów z krajów islamskich, z których dwóch - jak ustalono - studiowało w Petersburgu. Ich działalność polegała m.in. na wykonywaniu szeregu napisów antyislamskich w kilku europejskich stolicach, paleniu tureckich flag w czasie różnego rodzaju protestów społecznych np. przeciwko zmianie ustawy emerytalnej we Francji.

Rosyjski outsourcing obejmuje też bardziej złożone działania. Ujawnione przez The Spectator w lutym 2023 roku informacje dotyczące zatrzymania w Wielkiej Brytanii trójki obywateli Bułgarii pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji i posiadania fałszywych dokumentów tożsamości to kolejny dowód na to, że rosyjski wywiad próbuje dostosować się do zwiększonego ryzyka, stosując nowe metody działania w Europie. Jak podaje The Times, oskarżono ich o udawanie dziennikarzy amerykańskich stacji telewizyjnych po tym, jak Scotland Yard znalazł fałszywe karty prasowe kanałów Discovery i National Geographic, służące jako przykrycie do rozpoznawania celów w Londynie, Niemczech i Czarnogórze. Bułgarzy - według The Telegraph - mieli również dysponować mieszkaniem w północno-zachodnim Londynie, w pobliżu bazy wojskowej RAF w Northolt, z której często korzystają członkowie rządu, zagraniczne głowy państw i rodzina królewska.

W ramach, tzw. wojny hybrydowej (Rosjanie używają pojęcia wojna nowej generacji – przyp. red.) zatarły się granice między podmiotami państwowymi i niepaństwowymi. Analitycy wywiadu zwrócili uwagę na nowe zjawisko występujące w działaniu rosyjskich służb specjalnych, jakim stawało się odchodzenie od rezydentur placówkowych, uplasowanych w ambasadach i „nielegałów” skupionych w głównej mierze na wywiadzie sygnałowym. Wektor ciężkości został przesunięty na rzecz dezinformacji, kreowania postaw i prowokowania konfliktów społecznych, celem destabilizacji i polaryzacji. Prof. David Gioe z Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point oraz Jeff Giesea (założyciel The Boyd Institute) określili to mianem „wywiadu hybrydowego” jako zbioru obejmującego, zarówno klasyczny rosyjski wywiad osobowy (HUMINT) wraz z operacjami cybernetycznymi i wojną informacyjną. W praktyce oznacza to wykorzystywanie różnego rodzaju niepaństwowych aktorów do prowadzenia działalności wywiadowczej, uzyskiwania danych osobowych poprzez firmy teleinformatyczne, informatyczne platformy medyczne, parabankowe, instytucje finansowe. Posiadają one niezwykle istotne informacje dla każdego wywiadu dotyczące numerów rachunków bankowych i finansowych i wykonywanych poprzez nie operacji, numerów telefonów, adresów e-mail, posiadanych nieruchomości, zakupów, aktywności na portalach społecznościowych czy stanu zdrowia.

Sam fakt objęcia rosyjskiego biznesu sankcjami nie oznacza, że zbiory tych danych nie znalazły się w posiadaniu rosyjskich służb. W ramach „wywiadu hybrydowego” mieści się również korzystanie z usług przestępczości zorganizowanej do zbierania informacji, kanałów przemytniczych, transferów finansowych, zabójstw na zlecenie i tworzenia firm fasadowych. Natomiast operacje dezinformacyjne i wywiadowcze, prowadzone przez czasami wynajętych a-hoc wykonawców, przy bardzo niskich nakładach mogą przynosić duże efekty.

Pomimo wydalenia wielu rosyjskich dyplomatów, część z nich w dalszym ciągu przebywa w Europie prowadząc działalność wywiadowczą. Rosyjskojęzyczny portal śledczy Dossier Center ustalił, że w rosyjskiej misji przy UE nadal pracują osoby związane z rosyjskim wywiadem. Kieruje nią od ponad roku Kirył Logwinow, który według belgijskiej Państwowej Służby Bezpieczeństwa (VSSE) oraz Służby Wywiadu Ogólnego i Bezpieczeństwa (ADIV) jest oficerem SWR. Europejska Służba Działań Zewnętrznych (unijna służba dyplomatyczna, która prowadzi politykę zagraniczną i bezpieczeństwa UE – przyp. red.), pomimo że jest świadoma zagrożenia, to jednak ze względów dyplomatycznych nie zamierza podejmować zdecydowanych działań w tej sprawie. Według belgijskich źródeł posiadających wiedzę z zakresu bezpieczeństwa narodowego, w ambasadzie Białorusi w Brukseli nadal przebywa kilku funkcjonariuszy wywiadu, zarówno ze służby bezpieczeństwa państwa, jak i wywiadu wojskowego Białorusi.

Także - według ustaleń Radia Swoboda - wielu dyplomatów akredytowanych w Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), zajmuje się gromadzeniem informacji wywiadowczych i wpływaniem na decyzje tej organizacji na korzyść Rosji.

Europejskim krajem, w którym rosyjscy dyplomaci prowadzący działalność wywiadowczą czują się szczególnie komfortowo, jest Austria. Po rozpoczęciu rosyjskiej wojny na Ukrainie - w porównaniu ze swoimi sąsiadami - wydaliła ona wyjątkowo niewielu rosyjskich szpiegów. Prawodawstwo austriackie nie przewiduje ścigania działalności wywiadowczej, jeżeli nie jest wymierzona przeciwko interesom narodowym. Wynika to z tego, że w Austrii szpiegostwo przeciwko państwu austriackiemu i jego instytucjom uznawane jest za przestępstwo, natomiast szpiegostwo przeciwko innym krajom nie jest jasno zdefiniowane ani karane.

Financial Times zwraca uwagę, że dwukrotnie wstrzymano głosowanie w austriackim parlamencie nad zamianami zakazującymi szpiegostwa „wobec obcego państwa lub organizacji międzynarodowej”. W Wiedniu akredytowanych jest 180 rosyjskich dyplomatów, z czego jedna trzecia ma być na usługach wywiadu. Los Angeles Times cytuje Gustava Gressela, starszego specjalistę ds. polityki w Europejskiej Radzie Stosunków Zagranicznych i byłego oficera armii austriackiej, który twierdzi, że ”Wiedeń jest i zawsze był idealnym centrum szpiegowskim”. Jak dodaje, „jeśli jesteś oficerem rosyjskiego wywiadu i chcesz mieć źródło w Niemczech, po co miałbyś ryzykować, że się z nim tam spotkasz? Zapraszasz tego faceta na wakacje na nartach w Austrii”.

Ciekawym przykładem jest też Szwajcaria, gdzie obecnie przebywa 221 osób oficjalnie akredytowanych jako dyplomaci Federacji Rosyjskiej. Genewa jest siedzibą europejskiej siedziby Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz licznych agencji międzynarodowych. Szwajcaria jest jedynym krajem zachodnim, powołując się na neutralność, który nie usunął żadnych rosyjskich agentów. Zwrócił na to uwagę rosyjski pisarz Michaił Szyszkin (zaciekły krytyk Władimira Putina), przebywający od 1995 roku właśnie w Szwajcarii, który stwierdził, że „Moskwa przenosi do Szwajcarii szpiegów, których wypędziły inne kraje europejskie”. Z kolei Christian Dussey, szef Federalnej Służby Wywiadowczej (FIS) przyznał, że Szwajcaria jest obecnie jednym z krajów będącym „szczególnym celem rosyjskiego wywiadu (…). Spośród 221 osób stacjonujących w Szwajcarii, co najmniej jedna trzecia pracuje dla różnych rosyjskich służb wywiadowczych (…) Zagrożenie dla Szwajcarii ze strony szpiegostwa zagranicznego (głównie rosyjskiego i chińskiego) pozostaje wysokie. W Europie, Szwajcaria jest jednym z państw o największej liczbie oficerów rosyjskiego wywiadu działających pod przykrywką dyplomatyczną, częściowo ze względu na jej rolę gospodarza organizacji międzynarodowych”.

Również Niemcy mają coraz większe problemy z działalnością rosyjskiego wywiadu. FSB już po wybuchu wojny na Ukrainie zwerbowało płk Karstena Linke pełniącego służbę w BND (Federalnej Służby Wywiadu Niemiec – przyp. red.). Z ustaleń Der Spiegel wynika, że szkody wyrządzone BND i jej partnerom przez działalność Linke były prawdopodobnie znacznie poważniejsze, niż przedstawiał to szef służby Bruno Kahl. Rosjanie uzyskali m.in. informację, że BND kontrolowało korespondencje Grupy Wagnera, poprzez dostęp do wewnętrznej aplikacji dla „wagnerowców”. Dowódcy jednostek PMC Wagner podczas walk z armią ukraińską często komunikowali się za pośrednictwem tej aplikacji. „Der Spiegel” pisze, że specjalistom ze służb partnerskich najwyraźniej udało się ją zhakować. Dzięki temu służby zachodnie prawdopodobnie miały szczegółowy obraz strat, taktyki i celów „wagnerowców” na ukraińskim froncie. W efekcie informacji przekazanych przez Linke, Rosjanie zmienili kanał łączności, a niemiecki wywiad stracił dostęp do informacji.

(...)

Nie oznacza jednak, że Rosjanie nie korzystają ze starych metod. Business Insider w swoim tekście na temat rosyjskiego wywiadu cytuje Kevina Riehle, profesora z Uniwersytetu Missisipi w Centrum Studiów nad Wywiadem i Bezpieczeństwem, a zarazem byłego agenta FBI (z 30-letnim stażem) zajmującego się kontrwywiadem, który uważa, że Rosja powraca do starych metod i rozmieszcza agentów „pod fałszywymi tożsamościami” w celu infiltracji Zachodu. Jak twierdzi Riehle „ponieważ nie wyglądają na Rosjan, mogą się przemieszczać bez kontroli, jakiej podlega rosyjski personel dyplomatyczny (…) i od czasu masowego wydalenia rosyjskich dyplomatów w zasadzie pozostali nielegalni, dlatego stali się bardzo istotni”.

Od rozpoczęcia inwazji Rosji na Ukrainę - jaki pisał The Economist - w Europie, od Holandii po Norwegię i od Szwecji po Słowenię, odkryto sieć rosyjskich szpiegów. Wiele z nich miało związek z Ameryk Łacińską, która jak podczas zimnej wojny, pozostaje „odskocznią” dla rosyjskiego wywiadu, prowadzącego stamtąd operacje w USA i Europie. Przykładem jest sprawa Victora Mullera Ferreiry, podającego się za obywatela Brazylii, który przybył do Hagi w kwietniu 2022 r., aby odbyć staż w Międzynarodowym Trybunale Karnym. W rzeczywistości okazało się, że faktycznie nazywa się Siergiej Władimirowicz Czerkasow i jest oficerem GRU pracującym pod fałszywą tożsamością. Został on deportowany do Brazylii, która nie zgodziła się na jego ekstradycje do USA. Także w Norwegii aresztowano José Assisa Giammarię, oficjalnie brazylijskiego naukowca, który w rzeczywistości okazał się również oficerem GRU (Michaił Mikuszyn ). W Słowenii zatrzymano też Marię Mayer i Ludwiga Gischów, argentyńskie małżeństwo, które związane było z SWR.

Portal SpyTalk pisał, że w ostatnich czasie meksykański rząd akredytował 37 nowych dyplomatów do pracy w rosyjskiej ambasadzie, oprócz 49 już tam przebywających. Obecnie, jak wynika z Wykazu Misji Zagranicznych Ministerstwa Spraw Zagranicznych (który nie jest już publicznie dostępny) Rosja ma zdecydowanie największy kontyngent dyplomatyczny - liczący 86 osób - właśnie Meksyku. „Szpiedzy prawie zawsze działają pod przykrywką dyplomatyczną, a Meksyk zawsze był celem numer jeden dla Rosji ze względu na bliskość Stanów Zjednoczonych” – mówi John Feeley, emerytowany ambasador USA specjalizujący się w kwestiach bezpieczeństwa Ameryki Łacińskiej. Jak dodał, „to bardzo dogodne miejsce do szpiegowania Stanów Zjednoczonych. Ich amerykańskie tajne aktywa mogą podróżować jako turyści do Cancun i być przesłuchiwane przez swoich opiekunów, bez nadzoru”.

John Feeley, który w latach 2009–2012 był zastępcą szefa misji i chargé d’affaires w Meksyku stwierdził, że duża liczba rosyjskich dyplomatów w Meksyku „nie ma sensu, jeśli mieliby oni wykonywać tradycyjną pracę dyplomatyczną”. „Po co tylu dyplomatów, po co tak duża ambasada, a tak mało powiązań gospodarczych i turystycznych? Ambasada Rosji od dawna jest ośrodkiem szpiegostwa” - ocenił. Według rządu Meksyku odnotowano też 20-procentowy wzrost liczby obywateli Rosji przybywających w 2022 roku do Cancun. Oficjalnie są to Rosjanie uciekający przed wojną. Są wśród nich samotne kobiety i pary planujące urodzić dzieci, aby mogły ubiegać się o łatwo dostępne meksykańskie dokumenty imigracyjne i paszporty, które pozwolą im podróżować do USA. Uważa się, że nagłe pojawienie się obywateli Rosji w Cancun, to inicjatywa rosyjskich służb wywiadowczych.

(...)

W połowie stycznia 2023 roku - jak podał Associated Press, powołując się na wyciek raportów amerykańskiego wywiadu – zawarta została umowa o współpracy funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Rosji. Jej celem jest przeciwdziałanie działalności wywiadu USA i Wielkiej Brytanii. Według wiedzy uzyskanej na podstawie dokumentu, na który powołuje się agencja AP, „ZEA prawdopodobnie postrzegają współpracę z rosyjskim wywiadem jako szansę na wzmocnienie rosnących więzi między Abu Zabi a Moskwą oraz dywersyfikację partnerstw wywiadowczych w obliczu obaw związanych z wycofaniem się USA z regionu”. Władze Emiratów zaprzeczyły twierdząc, że taki dokument nie istnieje.

Rosja od czasu rozwiązania Grupy Wagnera zrestrukturyzowała też swoje struktury paramilitarne w Afryce, szczególnie w Republice Środkowoafrykańskiej, która w ostatnich latach stała się platformą dla rosyjskich służb wywiadowczych na kontynencie. Obecnie kieruje nimi Denis Władimirowicz Pawłow, kadrowy oficer SWR, który pojawił się tam wrześniu 2023 roku. O jego przybyciu, specjalnym pismem, poinformował władze republiki Siergiej Naryszkin, dyrektor SWR. Informacje takie wynikają ze wspólnego śledztwa opublikowanego w grudniu 2023 roku przez niezależną witrynę śledczą All Eyes on Wagner (AEOW) powiązaną z Radio Swoboda, która ujawniła też nazwiska i zdjęcia niektórych kluczowych rosyjskich osobistości odpowiedzialnych za koordynację działań Rosji w Mali, Burkina Faso i Republice Środkowoafrykańskiej.

Nie bez znaczenia jest fakt, że znaczna cześć oficerów armii państw afrykańskich w dalszym ciągu jest szkolona w Rosji. W Moskiewskiej Akademii Wojskowej Ministerstwa Obrony (szkoły GRU) funkcjonuje wydział przeznaczony dla personelu wojskowego armii zaprzyjaźnionych krajów w tym Kuby, Syrii, Wenezueli, Angoli i Algierii. Putin w 2019 roku przed szczytem Rosja-Afryka, w wywiadzie udzielonym agencji TASS stwierdził, że „tylko w ciągu ostatnich pięciu lat ponad 2500 żołnierzy z krajów afrykańskich ukończyło studia w wojskowych instytucjach edukacyjnych Ministerstwa Obrony Rosji”. Dodał, że praktyka szkolenia personelu wojskowego z krajów afrykańskich, w tym po obniżonych kosztach, lub nawet bezpłatne, cieszyła się dużym zainteresowaniem.

infosecurity24.pl

czwartek, 4 stycznia 2024




Aleksander Kochetkow, były inżynier w biurze projektowym Jużnoje, specjalista ds. komunikacji

Spełnia się moja przednoworoczna prognoza — że ​​Ukrainę czeka kilka fal masowych połączonych ataków rakietowych i z użyciem dronów.

Jesienią wróg zgromadził rakiety, których — według różnych szacunków — produkuje od 200 do 300 miesięcznie (tak, pomimo sankcji). Do tego dochodzi około 500 dronów miesięcznie.

Podobna ukraińska broń, która — jak informują ukraińscy urzędnicy — została "wprowadzona do produkcji", jest nieporównywalna do rosyjskiej — tak pod względem ilości, jak i siły bojowej. Miejmy nadzieję, że na razie.

Wróg czekał na zimę, by wyrządzić nam jak największe szkody. Ale nie wytrzymał — chęć zemsty wzięła górę i uderzył przed czasem.

Nawet nad Kijowem nie wszystkie rakiety udało się zestrzelić — w stolicy dopiero skończono zbierać gruzy powstałe po atakach, odnotowano też dużą liczbę ofiar.

Rosjanie nie trafili jednak w żaden strategicznie ważny obiekt — ani w kraju, ani w stolicy.

W ciągu najbliższych kilku tygodni powinniśmy spodziewać się maksymalnie trzech takich połączonych ataków. Po nich wróg będzie musiał wrócić do czasu gromadzenia rakiet i dronów i w efekcie ataki nieco ustaną. Kolejny szczyt rosyjskiej aktywności terrorystycznej może nastąpić w lutym, który jest zwykle mroźnym miesiącem.

Najważniejsze pytanie brzmi — czy Ukraina ma wystarczającą liczbę rakiet przeciwlotniczych, potrzebnych do tego, by zestrzelić pociski wroga? Możemy się o tym przekonać tylko na polu bitwy.

Dostarczenie Ukrainie myśliwców NATO wzmocni jej systemy obrony powietrznej — przede wszystkim w tych regionach, w których naziemne systemy przeciwlotnicze są nadal niewystarczające. Ale dwie lub nawet trzy eskadry F-16 nie pozwolą nam powstrzymać wrogich samolotów przed wystrzeleniem pocisków. Do tego potrzeba ich znacznie więcej. Potrzeba też, by miały możliwość operowania nad terytorium Federacji Rosyjskiej.

Nie mogę więc powiedzieć nic szczególnie optymistycznego. Ale wiem, że Ukraina przetrwa i zwycięży.

Aleksiej Kopytko, doradca ministra obrony Ukrainy

Dwieście rakiet i mniej więcej tyle samo dronów Szahid wystrzelonych w ciągu kilku dni to ogromne zasoby. Rosja gromadziła rakiety przez prawie całą jesień.

Bez względu na okoliczności nie można jednak nazwać tego inaczej jak porażką Kremla.

Po pierwsze, świat zaczął już zapominać, do jakiego barbarzyństwa zdolni są Rosjanie. Teraz jednak widać wyraźny kontrast: Ukraina zniszczyła rosyjski statek precyzyjnym pociskiem, a Rosja zaatakowała szpital położniczy, bloki mieszkalne, sklepy i zabiła dziesiątki cywilów.

Nie sposób nazwać Rosji inaczej jak państwem terrorystycznym. Prowadzi wojnę z dziećmi, osobami starszymi, atakuje infrastrukturę cywilną — publicznie się do tego przyznaje i jest dumna ze swoich okrucieństw.

Po drugie, Moskwa wyraźnie chciała sparaliżować ukraiński przemysł energetyczny przed nadejściem mrozów. W ubiegłym roku takie ataki doprowadziły do przerw w dostawach prądu.

Rosjanie zgromadzili kilkaset rakiet do zmasowanych ataków, są w stanie zorganizować kilka kolejnych fal w krótkim czasie i powinniśmy być na nie moralnie przygotowani. Ale jak dotąd nie ma nawet śladu, by udało im się przeciążyć ukraińską obronę powietrzną.

Owszem, nadal istnieją wrażliwe terytoria — ale Kreml nie jest w stanie sobie z nimi poradzić. I w tym tempie wkrótce rosyjscy żołnierze będą zmuszeni do ponownego gromadzenia zapasów rakiet na wiele miesięcy.

Po trzecie, popełniając jawne zbrodnie wojenne i atakując cywilów, Rosjanie próbują zmusić ukraińskie dowództwo do przeniesienia wojsk w inne regiony i do porzucenia tych operacji, z powodu których Federacja Rosyjska straciła kilka samolotów i statek w ciągu kilku dni.

Wielkie podziękowania dla Zachodu za dostarczone systemy obrony powietrznej. Strategia zwiększania możliwości ukraińskich systemów obrony powietrznej działa, uratowała już wiele istnień ludzkich. To wspaniale, że Japonia wkroczyła do akcji. Wielka Brytania zareagowała bardzo dobrze. Musimy kontynuować walki, a do tego potrzebujemy więcej środków obrony.

To jednak nigdy nie wystarczy, chyba że Zachód zniesie ograniczenia w używaniu zachodniej broni na terytorium Rosji, zapewnieni ukraińskiemu lotnictwu niezbędne środki wykrywania i niszczenia oraz dostarczy Taurusy i podobne systemy — w odpowiednich ilościach.

Te decyzje już dojrzały, trzeba je teraz wdrożyć.

Rosyjskie lotnictwo zniszczyło pół wioski w regionie Woroneża. To nie jest przypadek. Wyrządzili tyle zła, że czara się przelewa. To nie ci, którzy czynią zło, będą cierpieć, ale ci, którzy są wokół nich.

Każdego dnia rosyjska armia będzie wyrządzać coraz więcej szkód samej Rosji. Każdy atak na Ukrainę przyniesie Rosjanom coraz więcej ofiar. Sprzedali swoich krewnych do wojska, a okazuje się, że kupili sobie wojnę na kredyt. I będą musieli za to zapłacić.

onet.pl/The Moscow Times


Oglądalność programu Władimira Sołowjowa spadła o połowę. Pod koniec 2022 r. “Wieczór z Sołowjowem” był najpopularniejszym programem propagandowym i zajmował 14. miejsce na ogólnej liście programów z udziałem 3,6 procent widzów. Rok później Sołowjow nadal jest bardziej popularny niż inni propagandziści, ale spadł na 35. miejsce w ogólnym rankingu z wynikiem 2,1 procent.

Według LiveInternet, spadły też wyświetlenia stron propagandowych, takich jak agencji RIA Nowosti (z 75 mln do 60 mln w ciągu roku), ulubionej gazety Putina Komsomolskaja Prawda (ze 107 mln do 87 mln) i serwisu Lenta.ru (z 63 mln do 54 mln).

Użytkownicy rezygnują również z subskrypcji kanałów w komunikatorze Telegram segmentu Z. Straty zaczęły się po nieudanym buncie Jewgienija Prigożyna w czerwcu. Jednocześnie najczęściej rezygnują z subskrypcji czytelnicy korespondentów wojennych. Tracą prawie tysiąc osób dziennie.

Kanał WarGonzo (Siemion Piegow) stracił od czerwca ponad 200 tysięcy subskrybentów, Jewgienij Poddubny – 170 tysięcy, Jurij Kotionok – ponad 50 tysięcy, a “korespondent wojenny” telewizji Rossija Aleksander Sładkow – 54 tysiące.

W grudniu socjologowie z firmy Russian Field odnotowali zmęczenie Rosjan wojną na Ukrainie. Na pytanie o życzenia Rosjan na nowy rok, najpopularniejszą odpowiedzią było: “spokojne niebo, koniec specjalnej operacji wojskowej” (50 procent).

belsat.eu


W dniach 29 grudnia – 2 stycznia Rosja dokonała licznych uderzeń rakietowych na cele na całym terytorium Ukrainy. 29 grudnia miał miejsce największy od lutego 2022 r. atak z wykorzystaniem rakiet i dronów kamikadze (zob. Aneks). Według głównodowodzącego armii ukraińskiej generała Wałerija Załużnego agresor wykorzystał tego dnia co najmniej 158 środków napadu powietrznego – 122 rakiety balistyczne i manewrujące (30 grudnia ukraiński Sztab Generalny zwiększył tę liczbę do 150) oraz 36 „szahedów”. Obrońcy deklarowali zestrzelenie 87 pocisków manewrujących Ch-101/Ch-555/Ch-55, których Rosjanie mieli wystrzelić co najmniej 90, oraz 27 dronów Shahed 131/136. Agresor miał także użyć ośmiu pocisków manewrujących Ch-22/Ch-32, co najmniej 14 balistycznych Iskander-M i 9M82/9M83 odpalanych z systemów S-300, pięciu hipersonicznych Ch-47M2 Kindżał, czterech przeciwradiolokacyjnych Ch-31P oraz jednej rakiety powietrze–ziemia Ch-59. Załużny stwierdził, że celem ataku były obiekty infrastruktury krytycznej, przemysłowe i wojskowe. Odnotowano również ofiary cywilne (śmierć poniosły 53 osoby, a 170 zostało rannych) oraz uszkodzenia obiektów mieszkalnych, służby zdrowia i oświaty.

Szczególnie ucierpiał Kijów, gdzie jednym z celów były najprawdopodobniej zakłady „Artem” nieopodal stacji metra Łukjaniwska, której uszkodzenie nagłośniły ukraińskie media. Zniszczenia odnotowano także w czterech innych dzielnicach miasta. Do 3 stycznia liczba ofiar śmiertelnych ataku w Kijowie wzrosła do 30, co czyni go najkrwawszym z dotychczasowych rosyjskich uderzeń na ukraińską stolicę. Ponadto zaatakowane zostały – w kolejności zgłaszania informacji o uderzeniu – Odessa (pięć ofiar śmiertelnych), gdzie głównym celem była infrastruktura portowa, Lwów (jeden zabity cywil), w którym uderzono w zakłady remontujące broń pancerną, Charków (trzy ofiary śmiertelne), gdzie rosyjskie rakiety trafiły m.in. w zajmujące się naprawą uzbrojenia zakłady im. Małyszewa, Konotop w obwodzie sumskim, miasto Dniepr (siedmiu zabitych cywilów) i sąsiedni Nowomoskowsk oraz Zaporoże (dziewięć ofiar śmiertelnych), w którym celem były m.in. zakłady „Iskra”. O trafieniu obiektów infrastruktury donoszono również z Sełydowego w obwodzie donieckim i Drohobycza. Rosjanie zaatakowali ponownie po południu 29 grudnia, trafiając rakietami w cele w Sumach i obwodzie czerkaskim (zginęła tam jedna osoba).

30 grudnia nocą rosyjskie drony kamikadze uderzyły w obwodach chersońskim i chmielnickim (ukraiński Sztab Generalny informował o zestrzeleniu pięciu z 10 użytych przez agresora „szahedów”), a w ciągu dnia rakiety Iskander-M i Ch-59 – w Zaporoże i Odessę. Strona ukraińska deklarowała także strącenie jednej rakiety Ch-59 wystrzelonej na Dniepr. Wieczorem co najmniej sześć rakiet (zależnie od źródeł – Iskander lub z systemów S-300) uderzyło w Charków, m.in. w zajmowany przez obcokrajowców hotel Kharkiv Palace. Ranne zostały 22 osoby. Ponownie celem było też Sełydowe w obwodzie donieckim. Według Sztabu Generalnego agresor wykorzystał łącznie dziewięć rakiet.

31 grudnia Rosjanie użyli największej jak dotąd liczby dronów kamikadze – zgodnie z komunikatem ukraińskiego Sztabu Generalnego w ciągu doby 96, a tylko w jednym ataku nocnym – o czym powiadamiało Dowództwo Sił Powietrznych – 49. Obrońcy deklarowali zestrzelenie łącznie 66 „szahedów” (w ataku nocnym – 21). Rosyjskie drony uderzyły kolejno w Zaporoże, Charków, obwody mikołajowski, odeski, kijowski i chmielnicki. Z kolei celami 13 rakiet były Kropywnycki (najprawdopodobniej pocisków hipersonicznych Kindżał) oraz Czuhujew w obwodzie charkowskim.

Do kolejnego dużego ataku z wykorzystaniem dronów kamikadze doszło nocą 1 stycznia, przy czym istnieje duża rozbieżność co do liczby użytych bezzałogowców. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego Rosjanie wykorzystali ich 26, a zestrzelonych zostało 21, zaś w ocenie Dowództwa Sił Powietrznych użyli ich aż 90, z których obrońcy mieli zniszczyć 87. Nie można wykluczyć, że drugie ze źródeł scaliło informacje o atakach z wieczora 31 grudnia i nocy 1 stycznia, niemniej nawet wówczas należałoby odnotować rozbieżność, jako że rezultatem zsumowania danych z komunikatów Sztabu Generalnego byłyby 73 drony (66 zestrzelonych). Z kolei według kierującej centrum prasowym tzw. Sił Obrony Południa Natalii Humeniuk w ataku z 31 grudnia na 1 stycznia na południu Ukrainy obrońcy zniszczyli 50 z 60 użytych przez agresora „szahedów” (w tym 30 w rejonie Odessy). O zniszczeniach w wyniku uderzeń dronów donoszono z Odessy (trafiona została infrastruktura przyportowa, jedna osoba zginęła), ze Lwowa (fala uderzeniowa doprowadziła do uszkodzenia budynków w Dublanach, lokalne władze nagłośniły zniszczenie budynku muzeum dowódcy UPA Romana Szuchewycza w Biłohorszczu) i z Dniepru (trafiony został obiekt przemysłowy). Z kolei odparcie ataków zgłoszono w obwodach chmielnickim i kijowskim. W godzinach popołudniowych Dowództwo Sił Powietrznych informowało o kolejnym uderzeniu z wykorzystaniem 10 dronów Shahed 131/136, z których obrońcy mieli zestrzelić dziewięć.

2 stycznia Rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak, w którym według generała Załużnego wykorzystali 99 rakiet balistycznych i manewrujących oraz 35 dronów kamikadze. Zgodnie z komunikatem Dowództwa Sił Powietrznych zestrzelone zostały 72 rakiety – 59 z 70 użytych przez agresora pocisków manewrujących Ch-101/Ch-555/Ch-55 i wszystkie trzy kalibry, wszystkie 10 pocisków hipersonicznych Kindżał oraz wszystkie 35 dronów Shahed 131/136. Rosjanie mieli ponadto wykorzystać 12 pocisków balistycznych Iskander-M i z systemów S-300 oraz cztery rakiety przeciwradiolokacyjne Ch-31P. W porównaniu z 29 grudnia Załużny zmienił przekaz – tym razem informował bowiem, że atakowane były obiekty infrastruktury cywilnej i krytycznej oraz przemysłowe i wojskowe. W wyniku ataku zginęło pięciu cywilów, a rannych zostało 127 osób.

Głównym celem ponownie był Kijów, w którym doszło do znaczących zniszczeń na terenie zakładów „Majak”, „Radiowyzmiruwacz” i „Kwazar”. Różnej skali zniszczenia odnotowano w dziewięciu rejonach miasta, zginęło dwóch cywilów, a 50 osób zostało rannych. W odróżnieniu od poprzednich ataków nastąpiło rozległe uszkodzenie sieci energetycznej w Kijowie i obwodzie kijowskim, w wyniku czego w mieście od prądu odcięto 259 tys. użytkowników, a w całym obwodzie – dalsze 184 tys. Nie były jednak atakowane główne obiekty infrastruktury energetycznej (większość uszkodzeń wywołały spadające odłamki), co pozwoliło na przywrócenie dostaw energii w ciągu niespełna doby. Poza Kijowem rosyjskie rakiety uderzyły w Kropywnycki i Charków. W drugim z wymienionych zginęła jedna osoba, a 50 zostało rannych. Pociski z systemów S-300 ponownie uderzyły w Charków późnym wieczorem 2 stycznia.

30 grudnia siły ukraińskie przeprowadziły zmasowany atak na terytorium FR i obiekty rosyjskie w okupowanej części Ukrainy, określany jako odwet za mające miejsce dobę wcześniej uderzenie agresora. Strona rosyjska informowała o zestrzeleniu 32 dronów kamikadze nad obwodami briańskim, kurskim, moskiewskim i orłowskim, a także o zniszczeniu drona nawodnego na redzie Sewastopola. Według części mediów ukraińskich obrońcy mieli użyć w ataku łącznie 70 dronów, nie ma jednak przekazów na temat jego rezultatów. Wczesnym popołudniem z wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych (wedle źródeł rosyjskich ukraińskie Wilchy na bazie sowieckiego BM-30 Smiercz i otrzymane od Czech RM-70 Vampire) zaatakowany został leżący 30–40 km od granicy (zależnie od punktu pomiaru) Biełgorod. Najprawdopodobniej celem były obiekty wojskowe, niemniej ukraińskie rakiety uderzyły w cywilne centrum miasta. Zgodnie z rosyjskimi danymi z 1 stycznia 25 osób poniosło śmierć, a 131 zostało rannych. Ofiary cywilne (4 zabitych i 13 rannych) odnotowano również w wyniku ukraińskiego ostrzału okupowanego przez Rosjan Doniecka. Uderzenia na Biełgorod miały być ponawiane 2 i 3 stycznia. 3 stycznia celami ataków miały być też Sewastopol i obwód kurski, w którym doszło do uszkodzenia podstacji energetycznej.

(...)

Komentarz

Wbrew przewidywaniom władz ukraińskich i wspierających Kijów państw zachodnich głównym celem wznowionych przez Rosjan ataków rakietowych nie jest – przynajmniej jak dotąd – infrastruktura energetyczna. Kwestią otwartą pozostaje, czy Moskwa uznała prowadzoną w 2022 r. kampanię niszczenia ukraińskiej energetyki za nieefektywną i zrezygnowała z jej kontynuowania, czy też powróci do niej w przyszłości. Kluczowym celem ostatnich uderzeń – największych od początku wojny pod względem liczby wykorzystanych równocześnie rakiet i dronów – stało się zaplecze armii ukraińskiej. Nie można jednak obecnie ocenić skutków ataków, a tym bardziej ich wpływu na ukraiński potencjał obronny. Podstawowe ograniczenie stanowi prowadzona przez Kijów polityka informacyjna, zgodnie z którą prezentowanie skutków wrogich ataków jest niezgodne z prawem i penalizowane (mimo to blokada informacyjna nie jest do końca szczelna, o czym świadczą dostępne w Internecie materiały potwierdzające uderzenia w kijowskie zakłady przemysłu zbrojeniowego). Wątpliwą alternatywą są doniesienia strony rosyjskiej, które – nawet jeśli są prawdziwe – stanowią element prowadzonej przez Moskwę wojny informacyjnej.

Mimo wielkiej skali rosyjskich ataków z ostatnich dni wątpliwości budzą ukraińskie doniesienia na temat liczby użytych przez wroga rakiet i dronów oraz deklarowanych zestrzeleń. Nigdy dotąd nie doszło w przekazie Kijowa do tak dużych rozbieżności jak przy okazji przedstawiania skutków ataków w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia. Należy przyjąć, że każdorazowo liczba podawanych przez Dowództwo Sił Powietrznych zestrzeleń jest zawyżona, co stanowi przejaw polityki informacyjnej państwa w warunkach wojny, zwłaszcza broniącego się. Problemem jest jednak deklarowanie neutralizacji pocisków, których zniszczenie – także stosunkowo nowoczesnymi systemami Patriot – budzi wątpliwości natury stricte technicznej. Nie można wykluczyć, że – podobnie jak miało to miejsce w przypadku pocisków balistycznych Iskander-M, rakiet z systemów S-300 i pocisków manewrujących Ch-22/Ch-32 – ukraińskie dowództwo w przyszłości zweryfikuje doniesienia o zestrzeleniu hipersonicznych kindżałów (informacji nie komentuje amerykański producent patriotów). Należy podkreślić, że przekaz o nadzwyczajnej skuteczności systemów Patriot odgrywa znaczącą rolę we wspieraniu morale społeczeństwa ukraińskiego. Stanowi też element presji Kijowa na partnerów, aby ci dostarczyli więcej niezbędnych do obrony nowoczesnych systemów obrony powietrznej.

osw.waw.pl

środa, 3 stycznia 2024



Jednym z popularnych telewizyjnych programów komediowych w Związku Radzieckim był Klub wesołych i zaradnych, znany powszechnie pod akronimem KVK. Nawet po rozpadzie ZSRR przez długi czas cieszył się ogromną popularnością. W każdym odcinku dwie bądź więcej drużyn rywalizowało we wcześniej przygotowanych, a czasem improwizowanych, humorystycznych konkursach. W 1996 roku wraz z drużyną ze swojego rodzinnego Krzywego Rogu w KVK zaczął występować 18-letni Wołodymyr Zełenski. Szybko zdobył popularność nie tylko w Ukrainie, ale także w Rosji. W 2003 roku Zełenski zadomowił się w rosyjskim kinie, co pozwoliło mu wejść na bardzo konkurencyjny i cechujący się wysokimi honorariami rosyjski rynek show-biznesu. Oprócz talentu aktorskiego Zełenski wykazał się silnymi cechami przywódczymi, które pomogły mu zbudować odnoszące sukcesy imperium rozrywkowe o nazwie 95 Kwartał, które produkowało i sprzedawało ciekawe treści na całą przestrzeń poradziecką. Przede wszystkim były to programy humorystyczne, czasem z udziałem rosyjskich gwiazd (Factor A z piosenkarzem Filippem Kirkorowem, Fala z prezenterem telewizyjnym Maximem Gałkinem, Magia z utytułowaną zapaśniczką Tetianą Łazarewą czy Rozśmiesz komika z show manem Mychajłem Galustyanem etc.).

Jako reżyser Zełenski realizował komedie romantyczne, jak 8 nowych randek czy Miłość w wielkim mieście (w której sam zagrał), a także święcący rekordy popularności na rynku rosyjskim i ukraińskim serial telewizyjny Teściowie. Według danych rosyjskiej firmy badawczej Mediascope jeszcze w 2021 roku Teściowie byli jednym z najchętniej oglądanych seriali rosyjskojęzycznych; w latach 2010–2021 regularnie otrzymywali prestiżowe rosyjskie nagrody Teletriumf i Telezvezda.

Sukces Zełenskiego był możliwy dzięki jego ciężkiej pracy i wytrwałości, umiejętności pracy w zespole i wykazywaniu się zdolnościami przywódczymi. Jednak popularność Zełenskiego była możliwa również dzięki temu, że rozumiał, jaki humor jest potrzebny postsowieckiemu człowiekowi, który przeszedł przez traumę i biedę ZSRR, który widział biedę, nie sprawiedliwość, upadek regionów przemysłowych, korupcję elit, alkoholizm i narkomanię. Zełenski umiał o tym wszystkim opowiedzieć.

Z tego powodu humor Zełenskiego i jego programy były niepopularne na Zachodniej Ukrainie, a czasami wręcz uznawane za obraźliwe i oburzające. Zełenski i jego 95 Kwartał żartował na całkowicie niedopuszczalne tematy, na przykład o staraniach prezydenta Wiktora Juszczenki o upamiętnienie Hołodomoru z lat 1932–1933 albo o chciwych Ukraińcach z zachodniej części kraju, którzy jechali do Turcji na wakacje all inclusive. Albo nazywał Ukrainę prostytutką Unii Europejskiej. Zachodnia Ukraina w większości nie rozumiała tego humoru, w przeciwieństwie do powiedzmy, showmana Serhija Prytuły, który był odnoszącym sukcesy komikiem dla ukraińskojęzycznej publiczności kanałów telewizyjnych oligarchy Wiktora Pinczuka.

Niechęć Zachodniej Ukrainy wobec Zełenskiego wynikała również z faktu, że był rosyjskojęzycznym aktorem o określonym światopoglądzie, który odniósł sukces na rosyjskim rynku show-biznesu. Specyfika poglądów Zełenskiego polegała na tym, że uważał Ukrainę i Rosję za bardzo bliskie sobie kraje, które podzielają wspólne wartości, mają wspólną historię i powinny się nadal uzupełniać.

Jednocześnie osobowość Zełenskiego ukształtowała się w trudnym okresie ekonomicznej i politycznej zapaści ZSRR, kiedy ujawniły się wcześniej skrzętnie skrywane nierówności społeczne, narastało rozwarstwienie społeczeństwa, rozpadał się dotychczasowy styl życia. Sam Zełenski wielokrotnie powtarzał w wywiadach, że jego ojciec, profesor z wyższym wykształceniem, nie mógł zarobić wystarczająco dużo pieniędzy i żył w biedzie. Zełenski otrzymał jednak dobre wychowanie w rodzinie inteligenckiej, oparte na szacunku dla wartości ludzkich. Z drugiej strony przygnębiający, przemysłowy Krzywy Róg i chuligańskie ulice miasta uczyniły z Zełenskiego realistę i silnego przywódcę, który nie boi się wyzwań i dąży do osiągnięcia zamierzonych celów. Ta cecha okazała się jedną z kluczowych, których Putin nie docenił podczas inwazji wojskowej na Ukrainę, ponieważ rosyjski wywiad nie do końca zrozumiał psychologiczny i polityczny portret prezydenta.

Wołodymyr Zełenski był w stanie zbudować dochodowy biznes medialny, który nie był zależny od rządowych subwencji, łapówek i korupcyjnych dywidend. Pod tym względem 95 Kwartał różnił się od swoich rosyjskich odpowiedników, którzy produkowali ideologiczną propagandę i materiały potrzebne władzom Kremla. Zełenskiego stać było na luksus nieulegania politycznym wpływom oficjalnych władz na Ukrainie, czy to Leonida Kuczmy, czy Wiktora Juszczenki.

Utrapieniem 95 Kwartału było silne uzależnienie od serwisów medialnych. Zełenski nieustannie balansował między kanałami oligarchów, którzy narzucali wymogi cenzury na treść emitowanych materiałów. Wielokrotnie mówił o tym, że próbowali wywierać presję na jego zespół i domagać się, by jednych polityków przedstawiać jako zdolnych i rozsądnych, a innych – głupich i kłamliwych.

Od 2005 do 2010 roku 95 Kwartał współpracował z kanałem telewizyjnym 1+1 oligarchy Ihora Kołomojskiego, kanałem Inter Dmytra Firtasza (Zełenskiemu nawet pracował jako generalny producent kanału w 2010 roku), czy kanałem Ukraina Rinata Achmetowa. Studio starało się jak najbardziej zdywersyfikować swoje źródła przychodów i uniezależnić je od telewizyjnego guzika w rękach oligarchy. Dlatego Zełenski i jego zespół zaczęli organizować płatne koncerty, imprezy firmowe oraz trasy koncertowe po Ukrainie i Turcji, które cieszyły się szczególnym powodzeniem w okresach wakacyjnych.

Wraz z dojściem do władzy w 2010 roku prorosyjskiego reżimu Wiktora Janukowycza, któremu nie podobała się satyra polityczna 95 Kwartału, biznes medialny znalazł się pod silną presją polityczną i istniało ryzyko całkowitej utraty firmy w latach 2012–2013. Zełenski był wówczas związany zobowiązaniami z kanałem 1+1. To właśnie ten kanał zaczął nadawać pierwszy satyryczny projekt polityczny Zełenskiego, serial animowany dla dorosłych Bajkowa Ruś, który wyśmiewał nie tylko prezydenta Janukowycza, ale także sprzeciwiającą się mu opozycję polityczną. Odniósł ogromny sukces nie tylko na Ukrainie, ale także w Rosji i na Białorusi, dotykając aktualnych problemów w stosunkach trójstronnych między Kijowem, Moskwą i Mińskiem, które w tym czasie negocjowały utworzenie Unii Celnej.

Wielu ekspertów uważa, że Bajkowa Ruś po wstała w wyniku tajnych porozumień między Kołomojskim a rządem Janukowycza, które zakończyły się polityczną neutralnością.

W 2014 roku Zełenski poparł Rewolucję Godności i wezwał Janukowycza, by nie wracał na Ukrainę. Było to pierwsze przesłanie po lityczne komika Zełenskiego, który już wtedy najwyraźniej postanowił przygotować się do ingerencji w ukraińską politykę.

W jednym z wywiadów Kołomojski stwierdził, że Zełenski chciał wejść do polityki właśnie po 2014 roku, kiedy zobaczył, że Rewolucja Godności nie przyniosła nowej jakości. Sam Zełenski podczas kampanii wyborczej w 2019 roku powiedział, że zdecydował się wejść do polityki po rozpoczęciu pracy nad serialem Sługa narodu.

W 2014 roku Zełenski odrzucił propozycję Petra Poroszenki dołączenia do jego drużyny w wyborach parlamentarnych. Od tego czasu intensywnie zaangażował się w satyrę polityczną, która stała się jego głównym profilem w działalności 95 Kwartału. Po tym, jak Petro Poroszenko rozpoczął konflikt z oligarchą Ihorem Kołomojskim, Zełenski i jego studio stali się informacyjnym taranem przeciwko prezydentowi, zachwiali jego notowaniami i skupili uwagę na wszystkich porażkach Poroszenki.

Od 2015 roku Zełenski zaczął ostro krytykować władze za brak pokoju w Donbasie, a także oskarżać Poroszenkę o korupcję i przedkładanie interesów nad sprawy państwowe.

W 2015 roku na kanale 1+1 pojawił się polityczny serial komediowy Sługa narodu, w którym Zełenski wcielił się w rolę prostego nauczyciela, Wasyla Hołoborodka, który został prezydentem. Od 2015 do 2019 roku wyemitowano trzy sezony serialu, który w zasadzie stał się manifestem programowym Zełenskiego. (W końcu nazwał tak nawet swoją partię polityczną, z którą wygrał przedterminowe wybory parlamentarne w 2019 roku i zanotował dobre wyniki w wyborach samorządowych w 2020 roku).

W 2018 roku Wołodymyr Zełenski zaczął formować swój zespół, z którym planował wziąć udział w kampanii prezydenckiej. Kreował się na kandydata pozasystemowego, rzucającego wyzwanie starym elitom politycznym, do których zaufanie społeczne zostało nadszarpnięte. Przede wszystkim dystansował się wobec dwójki swoich głównych konkurentów – Petra Poroszenki i Julii Tymoszenko.

Wołodymyr Zełenski nie miał własnej partii, politycznego zaplecza czy zespołu biurokratów, nigdy nie sprawował władzy ani nie pracował na stanowiskach publicznych. Był komikiem i showmanem, agresywnie krytykującym wszystkich polityków, którzy w jego mniemaniu przez 30 lat zajmowali się głów nie korupcją i stracili wszelką wiarygodność. Zełenski od razu zaczął wykazywać się przywództwem w kampanii wyborczej i narzucać przeciwnikom swój know-how.

Po pierwsze, Zełenski nie udzielał komentarzy mediom, uważając je za niepotrzebne. Dlatego komunikował się bezpośrednio z wyborcami za pośrednictwem swoich filmów na Facebooku. Była to pierwsza kampania wyborcza na Ukrainie, która została przeprowadzona za pośrednictwem sieci społecznościowych, a nie kanałów telewizyjnych, zasobów administracyjnych i sieci partyjnych.

Po drugie, Zełenski w minimalnym stopniu korzystał z reklamy zewnętrznej, a jego centrala wyborcza nie prowadziła kampanii w regionach za pomocą punktów informacyjnych, agitatorów, imprez towarzyskich etc.

Po trzecie, Zełenski samodzielnie kształtował agendę medialną podczas wyborów, na co odpowiadali jego przeciwnicy.

Ukraińcy en masse nie wierzyli w czarny PR przeciwko Zełenskiemu i jego ekipie, rozpowszechniany przez jego przeciwników. Był to jeden z głównych wskaźników świadczących o tym, że całkowicie stracili zaufanie do starych elit i chcieli całkowitej wymiany kadr. Zwycięstwo Zełenskiego w wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2019 roku było kontynuacją rewolucji z 2014 roku, kiedy to wyborcom nie udało się oczyścić elit politycznych z elementów prorosyjskich i skorumpowanych urzędników, którzy podszywali się pod narodowych patriotów i reformatorów. Dlatego można śmiało stwierdzić, że w 2019 roku w Ukrainie miała miejsce rewolucja wyborcza, a jej przywódcą był Wołodymyr Zełenski.

Siłą Zełenskiego i jego ekipy był komponent medialny, z którym nie mógł konkurować żaden z jego politycznych konkurentów. To byli ludzie, którzy wiedzieli, jak robić filmy, i potrafili bardzo subtelnie wyczuć na stroje społeczne, psychikę mas i indywidualne doświadczenia każdego Ukraińca. Dla tego jednym z wątków kampanii wyborczej Zełenskiego był temat zjednoczenia Ukrainy, osiągnięcia pokoju w Donbasie i walki ze starymi skorumpowanymi elitami. Treści programowe były proste i zrozumiałe dla szerokich mas, dla których głównym problemem Ukrainy były stare postkomunistyczne elity, które przez ostatnie 30 lat rabowały kraj.

Kandydat Zełenski zasypywał swoich przeciwników wysokiej jakości filmami, klipami, transmisjami na żywo, kreatywnymi apelami z elementami parodii politycznej. Nieustannie trollował Poroszenkę, mówiąc, że podczas swojej kadencji otworzył więcej cukierni niż nowych szpitali czy szkół. Albo, że Poroszenko rozpoczął kampanie na morzu, kiedy siły zbrojne były okrążone w pobliżu Iłowajska. Albo, że odpoczywał na Malediwach. Albo sprzedawał węgiel prorosyjskim separatystom.

Zespół Zełenskiego jako pierwszy w Ukrainie profesjonalnie wykorzystał elementy reklamy politycznej i targetowania w mediach społecznościowych, ze szczególnym uwzględnieniem młodzieży. Po raz pierwszy masowo do lokali wyborczych przybyli mieszkańcy dużych miast przed 35. rokiem życia.

Zełenski podjął dialog z wyborcami bez pośredników, czyli środków masowego przekazu. Nie udzielał wywiadów, nie komunikował się z dziennikarzami, ale przez Facebook, YouTube i Telegram komunikował się z wyborcami i zachodnią opinią publiczną, która z wielkim zainteresowaniem obserwowała ten polityczny eksperyment na Ukrainie. Pod tym względem Zełenski również wykazał się umiejętnościami przywódczymi, nie bał się rzucić wyzwania wszystkim tradycyjnym mediom, dziennikarzom, blogerom i ekspertom, którzy po raz pierwszy od 30 lat znaleźli się poza politycznym mainstreamem i zostali wykluczeni z kształtowania opinii publicznej w swoim kraju.

Zełenski poszedł na wybory jako kandydat pokoju, który obiecał Ukraińcom szybkie za kończenie konfliktu na Donbasie i normalizację stosunków z Rosją. Ostatecznie okazało się to pułapką, jaką zastawił sam na siebie i swój brak wiedzy eksperckiej i historycznej. Uważał, że za brak pokoju na Donbasie bezpośrednio odpowiada Petro Poroszenko, bo Władimir Putin nie chce konkretnie rozmawiać z nim, dlatego nie ma dialogu i obie strony nie mają zamiaru "dojść do porozumienia gdzieś pośrodku" czy "po prostu przestać strzelać". Zełenski zrozumiał, że problemem nie jest Poroszenko, ale że Rosja po prostu nie chce niepodległości Ukrainy, dopiero po paryskim szczycie w sprawie realizacji porozumień mińskich w 2019 roku.

Tuż przed dniem głosowania Zełenski podłożył swój głos w filmie Reagan, nakręconym przez BBC w 2011 r., wysyłając ukraińskim wyborcom wiadomość, że aktor może być silnym i odnoszącym sukcesy prezydentem.

Emocjonalną kulminacją kampanii prezydenckiej w 2019 roku stało się zwycięstwo Zełenskiego w debacie z Poroszenką. Zełenski zadawał Poroszence retoryczne pytania dotyczące spraw, które w ciągu ostatnich pięciu lat zniszczyły jego notowania. Były to na przykład obietnice zakończenia wojny w Donbasie "w ciągu dwóch dni", po których doszło do ciężkich klęsk Sił Zbrojnych Ukrainy pod Debalcewem i Iłowajskiem, za które nikt nie został ukarany, a także brak śledztw w sprawach zabójstwa dziennikarza Pawła Szaramieta (w wyniku eksplozji podłożonej w samochodzie bomby) i wybuchu w magazynach wojskowych (Zełenski ironizował, że podpalacza cukierni udało się ustalić w ciągu kilku godzin).

Zełenski podkreślał, że mordercy protestujących na Majdanie w 2014 r. nie zostali zidentyfikowani ani ukarani przez pięć lat, żaden z polityków Jakunowicza nie został ukarany, a większość znalazła się wręcz w ekipie Poroszenki. Ten nie był też w stanie odeprzeć zarzutów o skandaliczną sprawę zakupu węgla po zawyżonej cenie ani o biznesowe związki z oligarchą Rinatem Achmetowem. Zełenski trafnie rozpoznał nastroje społeczeństwa, rozgoryczonego z powodu braku poczucia sprawiedliwości.

Podczas tych debat Wołodymyr Zełenski wypowiedział słynne zdanie skierowane do Petra Poroszenki i starych elit: "Jestem waszym wyrokiem". Ostatecznie zdanie to zmaterializowało się podczas II tury wyborów prezydenckich, w której Zełenski zdobył rekordowe 73,2 proc. głosów, wobec 24,5 proc. oddanych na Petra Poroszenkę.

Następnie w przedterminowych wyborach parlamentarnych w 2019 r. partia Zełenskiego o nieprzypadkowej nazwie Sługa Narodu zdobyła 254 mandaty na 450 możliwych, zapewniając sobie komfort samodzielnego rządzenia. W 2020 r. odniosła dobre wyniki w wyborach samorządowych, przejmując wraz z regionalnymi sojusznikami większość rad lokalnych. Prezydent Zełenski skupił tym samym w swoich rękach niemal całą władzę wykonawczą i ustawodawczą, administrację centralną i regionalną (z wyjątkiem Kijowa, z opozycyjnym burmistrzem Witalijem Kliczką). Autonomię zachowały jedynie nowe organy antykorupcyjne wspierane przez zachodnich partnerów, częściowo sądownictwo i Trybunał Konstytucyjny, w którym silne wpływy zachowali kluczowi ukraińscy oligarchowie i stare elity. Koncentracja władzy otworzyła szansę na kontynuację reform niezbędnych do modernizacji kraju i jego dalszej integracji z UE i NATO.

onet.pl/new.org.pl


Ukraińskie kozactwo jest fenomenem ściśle zakorzenionym w historii Ukrainy, którą od starożytności definiuje fakt, że przez jej terytorium przebiega granica z Wielkim Stepem. Słowo "step", które zadomowiło się w wielu językach, pochodzi z ukraińskiego. Sama nazwa "Ukraina" prawdopodobnie oznacza "pogranicze" i po raz pierwszy użyto jej pod koniec XII wieku na kresach Rusi Kijowskiej graniczących ze stepem. Kolory flagi ukraińskiej – niebieski i żółty – są typowe dla ludów koczowniczych Eurazji. Nawiązują do nieba i słońca. W końcu tryzub w ukraińskim herbie pochodzi od tamg, znaków rodowych nomadów Wielkiego Stepu. Słowo "kozak" wywodzi się z języków tureckich i stało się określeniem buntownika albo człowieka wolnego. (Taka sama jest etymologia Kazachów). Kozacy w Ukrainie pojawiają się pod koniec XV wieku wraz z rozpadem Złotej Ordy.

Nierzadko Kozaków przedstawia się w opozycji do Wielkiego Stepu jako rycerzy przedmurza walczących z koczownikami. Jednak, jak słusznie zauważa w Historii Ukrainy do 1795 r. Natalia Jakowenko, nestorka ukraińskiej historiografii: "Trudno uznać za prawdziwe przyjęte twierdzenie o tym, że ukraińska kozaczyzna powstała w wyniku odwiecznej walki osiadłego życia rolniczego z cywilizacją koczowniczą. Przeciwnie, pojawienie się Kozaczyzny jest swego rodzaju kompromisem ze stepem (»polem«), na którym samo życie wytworzyło pasmo buforowe. Na nim połączyły się nawyki życia w stepie z przywiązaniem do wartości życia osiadłego. […] Ludność tego pasa nie przejmowała się uprzedzeniami etnicznymi i religijnymi, mieszając strój i rodzaj pożywienia, języki i obyczaje, nawyki zbrojne i sposób myślenia. […] Ruski miecz został zamieniony na krzywą tatarską szablę, ruskie gęśle – na kobzę, spodnie na szarawary, słowiańskie długie włosy na osełedec. Młodych sług zaczęto nazywać nie »otrokami« (chłopcami), ale ciurami, własne gromady nie drużynami, a watahami; do terminologii wojskowej weszły tureckie pojęcia esałuł, buława, buńczuk, baraban, surma, tabor, majdan itd. Dlatego nie dziwi fakt, że Turcy nazywali Zaporożców »butkałami«, czyli mieszanym narodem".

Ta mieszanka dotyczyła także systemu politycznego. Kozacy, budując swoje instytucje, odwołali się do tradycji Rusi Kijowskiej, unii polsko-litewskiej, ale także państw koczowniczych Wielkiego Stepu. Te ostatnie były bezpośrednimi demokracjami wojskowymi (ze zgromadzeniem wojowników bądź szlachty, z radą arystokratów albo wodzów rodów, z elekcją władców). Jak twierdzi Dariusz Kołodziejczyk, wybitny polski osmanista, pomiędzy unią Litwy i Polski, Kozakami zaporoskimi oraz chanatem krymskim na przestrzeni wieków wykształciła się osmoza polityczna oparta na wzajemnych inspiracjach. Kołodziejczyk przychyla się do tezy Williama Edwarda Davida Allena, brytyjskiego historyka, który już kilkadziesiąt lat temu pisał o politycznej "kulturze czarnomorskiej" występującej w okresie wczesnonowożytnym na północnych brzegach Morza Czarnego od Kaukazu po Karpaty, włącznie z Rumunią. Jak stwierdził, "zdecentralizowana struktura społeczeństwa krymskiego na czele ze słabym «elekcyjnym» chanem ograniczonym przez kurułtaj [zgromadzenie szlachty – przyp. A.B.], w którym rej wodziły potężne tatarskie rody feudalne, napotkała u północnego sąsiada zadziwiająco zbieżne struktury polityczno-społeczne". Te zbieżności występowały także w systemie politycznym Kozaczyzny, co można było zaobserwować w Siczy Zaporskiej, jej stolicy.

Centralnym miejscem Siczy był majdan, czyli plac. Słowo "majdan" przeszło do języka ukraińskiego z tureckiego. Na majdanie odbywały się zgromadzenia rady, na której Kozacy, na zasadzie demokracji wojskowej, podejmowali kluczowe decyzje dotyczące wspólnoty. Majdan przypominał kurułtaj, zgromadzenie wolnych wojowników. Do majdanu Ukraińcy będą się odwoływali w kolejnych stuleciach, w tym ostatnio podczas rewolucji godności (Euromajdan). Także nie przypadkiem parlament niepodległej Ukrainy przyjął nazwę "Rada Najwyższa", nawiązując do rad kozackich, które wybierały wszystkich urzędników, którzy łączyli funkcje wojskowe z cywilnymi, a czasami sądowymi. Na samej górze piramidy stał ataman (tur. ata – praojciec, przodek), niżej hetman (niem. haupt – główny). Pierwszego hetmana w 1576 r. wyznaczył Stefan Batory, król Polski i książę Siedmiogrodu (lennik osmański).

Funkcjonowanie przez kolejne wieki tych urzędów obok siebie pokazuje synkretyzm tradycji państwowych Kozaczyzny. W korespondencji i manifestach politycznych Kozacy podkreślali własną egalitarność w odróżnieniu od arystokratyzmu Polaków i autorytaryzmu Moskali. Tę wyidealizowaną narrację będą kontynuowali Ukraińcy, budując nowoczesną tożsamość narodową. W rzeczywistości w ramach rady istniał wyraźny podział między starszyzną, składającą się z urzędników często pochodzenia szlacheckiego, oraz plebsem nazywanym jak u koczowników "czernią". Z biegiem czasu decydujący głos przy wyborze urzędników (w tym hetmana) zyskała starszyzna. Dzisiaj Ukraińcy postrzegają Kozaków jako per se demokratów. Jednak niektórzy hetmani przejawiali – szczególnie podczas wojny – jako głównodowodzący dyktatorskie zapędy. Co więcej, majdan kojarzył się nierzadko z anarchią, rządami tłumu. Ta anarchia przyczyniała się do problemów z budową silnych i hierarchicznych struktur państwowych. Rzeczywiście druga połowa XVII wieku na Kozaczyźnie to historia wojen domowych między frakcjami wspieranymi przez sąsiadów, co ostatecznie uniemożliwiło budowę zjednoczonego i niezależnego państwa kozackiego.

W szczytowym momencie Ruiny, okresie wojen (1657–1687), urzędowało czterech hetmanów, lojalnych wobec Rosji, Polski, Osmanów i Krymu. Ostatecznie najwięcej Kozaków znalazło się pod protekcją Moskwy. Zachowali w jej ramach autonomię do końca XVIII wieku, jednak zostali podzieleni na Sicz Zaporoską, Ukrainę słobodzką i hetmanat. Ten ostatni miał największą autonomię (hetman, rada, rozbudowana administracja, najliczniejsze siły zbrojne), przez długi czas miał status państwa-wasala Rosji.

(...)

Chmielnicki, nazywany przez współczesnych "Chmielem", jest zdecydowanie najbardziej pozytywnie ocenianym historycznym przywódcą Ukrainy. W maju 2022 r. w badaniu agencji Rating ponad 90 proc. Ukraińców zadeklarowało do niego pozytywny stosunek. Wojna w Ukrainie sprawiła, że pozytywna ocena hetmana wzrosła o blisko 20 proc. w porównaniu z 2018 r. Ulice nazwane jego nazwiskiem znajdują się niemal w każdym ukraińskim mieście. Jego nazwiskiem zostało nazwane ukraińskie trzystutysięczne miasto w środkowej Ukrainie.

Wizerunek Chmielnickiego znajduje się na banknocie o nominale pięciu hrywien. Jego imieniem zostały nazwane jeden z najwyższych ukraińskich orderów państwowych oraz Oddzielna Brygada Prezydencka im. hetmana Bohdana Chmielnickiego. Z drugiej strony Chmielnicki jest szwarccharakterem w pamięci historycznej Żydów jako przywódca powstania, którego uczestnicy dokonali masowych zbrodni na żydowskiej ludności Ukrainy. Na pewno hetman nie należy też do ulubieńców Polaków, jako pogromca Rzeczypospolitej, który zachwiał jej potęgą. To kluczowe znaczenie Chmielnickiego w ukraińskiej pamięci historycznej wynika z faktu, że wielkie powstanie pod jego dowództwem, które wybuchło w 1648 r. i przeszło do historii pod nazwą chmielnicczyzny, doprowadziło do utworzenia hetmanatu państwa kozackiego. Hetmanat stanowił zmianę jakościową: organizacja zbrojna przekształciła się w państwo z prawdziwego zdarzenia. Pierwszym hetmanem został Chmielnicki, który ustanowił generalną starszyznę – rodzaj rządu. Tworzyły ją rada wojskowa, sąd wojskowy, kancelaria wojskowa i kancelaria skarbowa. Chmielnicki zdobył uznanie w społeczeństwie dzięki największym zwycięstwom w dziejach Kozaczyzny odniesionym w 1648 r. przeciwko Rzeczypospolitej, których był architektem.

Chmielnicki urodził się w 1595 r. w prawosławnej rodzinie drobnej szlachty, która prawdopodobnie wywodziła się z Chmielnika (dzisiejsze województwo podkarpackie). Inna wersja zakłada, że Chmielniccy pochodzili z Białorusi. Michał, ojciec Bohdana, służył u hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego, a następnie u wojewody Jana Daniłowicza. Obie rodziny magnackie były spolonizowanymi rodami ruskimi, które choć katolickie, zasymilowały się z kulturą ukraińską (w przypadku Żółkiewskich można mówić o repolonizacji, gdyż ich praszczur przybył na Ruś z Polski). Bohdan prawdopodobnie urodził się w Żółkwi, gnieździe rodowym Żółkiewskich. Ojciec wysłał go na naukę do kolegium jezuickiego, najpewniej w Jarosławiu nad Sanem. Kolegium "Chmiel" ukończył z dobrą znajomością łaciny. W tym czasie mieszkał już z ojcem w Subotowie w naddnieprzańskiej Ukrainie. W 1620 r. Chmielniccy z Żółkiewskim wyruszyli na wyprawę do Mołdawii, lenna osmańskiego. Bitwa z armią tatarsko-wołosko-turecką pod Cecorą zakończyła się klęską Żółkiewskiego.

Hetman i ojciec Chmielnickiego zginęli, Bohdan dostał się do niewoli tureckiej. W Stambule spędził dwa lata – nauczył się wówczas języków tureckiego i tatarskiego. W połowie XVII wieku w kronikach tureckich i tatarskich pojawiła się informacja, że Chmielnicki przeszedł na islam, a nawet, że pozostał do końca życia muzułmaninem. Niektórzy historycy ukraińscy, na przykład Petro Kraluk, nie wykluczają, że Chmielnicki dokonał konwersji na islam, a po powrocie z niewoli ponownie przyjął prawosławie. Znajomość kultury tatarskiej i tureckiej oraz islamu z pewnością bardzo pomogła hetmanowi w budowie sojuszu z chanatem krymskim i zyskaniu protekcji tureckiej. Według relacji tatarskich "Chmiel" zdobył zaufanie chana Islama Gireja, recytując z pamięci fragmenty Koranu i odprawiając z nim modlitwę. Kilka dekad później w Europie Zachodniej powstała nawet słynna grawera, przedstawiająca wspólnie modlących się Chmielnickiego i Islama Gireja. Po powrocie z niewoli Bohdan osiadł w Subotowie i związał swoje losy z Kozaczyzną, zostając pisarzem wojska zaporoskiego. Matka Bohdana wyszła ponownie za mąż. Jego ojczymem został Wasyl Stawecki, ruski szlachcic z Białorusi. Chmiel awansował do średniej szlachty.

Jak wielu przedstawicieli ruskiej szlachty zderzył się wówczas z rosnącą w siłę polską arystokracją i jej klientami, którzy zaczęli po 1569 r. osiedlać się w środkowej i wschodniej Ukrainie. Coraz więcej ruskiej szlachty, czasem dobrowolnie, ale nierzadko pod presją państwową i społeczną, przechodziła na katolicyzm i polonizowała się. Chmielnicki odczuł boleśnie na własnej skórze słabość państwa polskiego, które nie potrafiło przeciwdziałać dominacji magnaterii. Głównym wrogiem hetmana stał się starosta Daniel Czapliński, którego protektorem był książę Aleksander Koniecpolski. Konflikt między Czaplińskim i Chmielnickim dotyczył ziemi oraz pięknej Heleny Komorowskiej, szlachcianki ze spolonizowanej kilka pokoleń wcześniej rodziny pochodzącej z Rusi Czerwonej. Przeszła ona do historii jako Helena z Dzikich Pól. Była wówczas kochanką "Chmiela". Czapliński najechał na Subotów, spalił folwark i dwór. Wygnał Chmielnickiego, który prawdopodobnie nie posiadał formalnego aktu własności, i przejął jego ziemię.

Co więcej, słudzy Czaplińskiego pobili jego syna Tymofieja, natomiast Helena porzuciła go i wyszła za Czaplińskiego. Chmielnicki próbował bezskutecznie dochodzić swoich praw przed sądem. Dotarł aż do Warszawy, na dwór królewski. Władysław IV Waza przychylnie rozpatrzył protest Chmielnickiego i potwierdził jego prawa do Subotowa. Niestety nawet królewski dokument nie pomógł "Chmielowi" – Czapliński go zignorował. Wyruszył zatem do Kozaków zaporoskich, aby wszcząć bunt przeciw Rzeczpospolitej. Zwycięstwa Chmielnickiego zachęciły chłopów do wywołania wielkiego powstania, do którego dołączyła kozacka czerń. Wielu chłopów zrzuciło poddaństwo i pańszczyznę. Zabili albo wypędzili arystokratów, większość szlachciców i Żydów oraz kler rzymsko- i greckokatolicki. Oczywiście zdarzały się wyjątki: katolicy walczący po stronie "Chmiela" i prawosławni lojalni wobec króla.

Ta rewolucja społeczna będzie dla Chmielnickiego wielką szansą na wzmocnienie swoich sił w walce przeciw Polsce (partyzantka i rekruci), ale także wyzwaniem, gdyż na sztandarach chłopstwa pojawiały się radykalne hasła odrzucenia przywództwa kozackiej starszyzny i jej hetmana.

Sukces powstania Chmielnickiego był możliwy dzięki sojuszowi Kozaków z Tatarami krymskimi. W ten sposób powstała niezwykle skuteczna maszyna do zabijania: armia kozacko-tatarska. Połączyła zaporoską piechotę z taborem i krymską kawalerią. Dowodzili nią Bohdan Chmielnicki i Tuhaj-bej – dzięki "Ogniem i mieczem" najbardziej znany Tatar krymski w Polsce. Dowódcy byli przyjaciółmi związanymi popularnym na stepie pobratymstwem, polegającym na formalnym skoligaceniu się osób niepowiązanych więziami krwi. Chmiel mówił o Tuhaj-beju: "mój brat, moja dusza, jedyny sokół na świecie! [...] Teraz mogę robić, co zechcę. Nasza kozacka przyjaźń jest wieczna i nic jej nie rozerwie".

W 1648 r. w ciągu kilku miesięcy armia kozacko-tatarska odniosła największe sukcesy militarne w dziejach Ukrainy. Ta data przeszła do historii jako symbol największych klęsk Rzeczypospolitej i została uznana za początek jej schyłku. W ciągu kilku miesięcy Chmielnicki i Tuhaj-bej pokonali siły Rzeczypospolitej pod Żółtymi Wodami, Korsuniem i Piławicami. Ówczesne źródła pokazują, że klęski wywarły olbrzymie wrażenie na elitach rządzących w Rzeczypospolitej. Nazwano je Polonorum Cannae (polskimi Kannami). Obnażyły rażącą niekompetencję polskiego dowództwa, które było przekonane o potędze własnej armii, i zlekceważyło przeciwnika. Pod Korsuniem do niewoli krymsko-kozackiej – wydarzenie bez precedensu w historii Polski – dostali się obaj hetmanowie: wielki koronny Mikołaj Potocki, który nie słuchał rozkazów króla i często dowodził nietrzeźwy, oraz hetman polny Marcin Kalinowski, nielubiany przez podwładnych i będący w nieustannym konflikcie ze swoim przełożonym.

Pod Piławicami hetmanów zastąpili niedoświadczeni regimentarze: Władysław Zasławski, Mikołaj Ostroróg i Aleksander Koniecpolski, prześladowca "Chmiela". Bohdan Chmielnicki nazwał ich: "Pierzyną" (Zasławskiego), "Łaciną" (Ostroroga) i "Dzieciną" (Koniecpolskiego). "Pierzyna" odnosiła się do zamiłowania Zasławskiego do pławienia się w luksusach. Słynął on także z wydawania wystawnych uczt, po których spał do późnych godzin popołudniowych. "Łacina" dotyczyła znakomitego wykształcenia Ostroroga, który ukończył Uniwersytet Padewski i był znany z talentu pisarskiego i oratorskiego. "Dziecina" odzwierciedla zaś młody (28 lat) jak na dowódcę wiek Koniecpolskiego, co przekładało się na brak autorytetu wśród oficerów i żołnierzy.

Piławice stanowią symbol wielkiej hańby polskiego oręża. Chmielnicki, oczekując tam na główne siły tatarskie, zdecydował się na uderzenie hybrydowe. Jak napisał kronikarz ruski, w nocy "dla postraszenia Polaków, przebrał wielu Kozaków w tatarskie stroje: w burnusy i wywinięte podszyciem na wierzch kożuchy. Tym samym oszukał Polaków i napełniając ich strachem serca, zmusił do ucieczki tych bohaterów nad bakłanami tokajskiego wina". Regimentarze, widząc wszędzie "Tatarów", rzucili się do ucieczki, a wraz z nimi polscy żołnierze, którzy porzucili obóz, tabory i armaty. "Chmiel" ogłosił się ruskim Tamerlanem, jednym z najwybitniejszych wodzów z Wielkiego Stepu. Spod Piławiec Chmielnicki i Tuhaj-bej pomaszerowali na Lwów, następnie pod Zamość. Oblegli oba miasta, które musiały zapłacić wielkie okupy. Pod koniec 1648 r. Chmielnicki z Kozakami i Tatarami tryumfalnie wkroczył do Kijowa. Stolica Rusi witała go dzwonami bijącymi we wszystkich cerkwiach i salwami armat.

Na ulice wyległ wielotysięczny, rozentuzjazmowany tłum. Podczas ceremonii hetman wjechał przez Złote Wrota, a studenci przywitali go deklamacjami jako "Mojżesza, zbawiciela, oswobodziciela i wyzwoliciela narodu spod lackiej niewoli, na dobry znak nazwanego Bohdanem – od Boga danym". Oficjalnie powitali go patriarcha jerozolimski Pajisjusz i metropolita kijowski Sylwester Kossow. Duchowni posadzili go obok siebie na saniach i jeździli po mieście. Kilka dni później patriarcha w soborze św. Sofii odpuścił hetmanowi wszystkie grzechy i udzielił mu ślubu z Heleną z Dzikich Pól, która przeszła dla niego na prawosławie.

Kariera Chmielnickiego sięgnęła zenitu. Nie planował wówczas niepodległości hetmanatu czy oderwania się od Polski i przejścia pod inną protekcję. Chciał przede wszystkim szerokiej autonomii w ramach Rzeczypospolitej, gwarantowanej przez chanat krymski i imperium osmańskie (rodzaj kondominium protektorów ze wskazaniem na Warszawę). Jednak znalezienie kompromisu okazało się niezwykle trudne. Ugody między Kozakami a Warszawą pozostawały tylko na papierze, zaś wojna stawała się coraz bardziej krwawa i okrutna. Zniszczenia materialne i straty ludzkie były olbrzymie. Chmielnicki poniósł klęskę pod Beresteczkiem w 1651 r. zakończoną rzezią Kozaków dokonaną przez armię polską. Natomiast odniósł zwycięstwo pod Batohem w 1652 r., gdzie dokonał masakry polskich jeńców. W 1654 r. Chmielnicki, szukając silnego sojusznika w walce przeciw Polsce, zdecydował się na zaakceptowanie protekcji Rosji. Hetmanat stał się lennem Moskwy.

Negocjacje Chmielnickiego z Rosjanami na temat protekcji prowadzone w Perejasławiu pokazały zasadnicze różnice kultur politycznych. Jak zauważa szwajcarski historyk Andreas Kappeler w swojej pracy "Russland als Vielvölkerreich": "Kozacy ukształtowani przez tradycję polsko-litewską i politykę stepową postrzegali układ w Perejasławiu jako rodzaj konwencji wojskowej, która, choć zakładała podporządkowanie, zachowywała niezależność hetmanatu i mogła zostać w każdej chwili rozwiązana. Z kolei dla Moskwy ugody w Perejesławiu był pierwszym krokiem w kierunku inkorporacji Ukrainy". W rezultacie do dzisiaj ugoda w Perejasławiu pozostaje jednym z najbardziej kontrowersyjnych wydarzeń w historii Ukrainy. Carska, bolszewicka i putinowska Rosja przedstawia i przedstawiała ją jako dowód na rzekome istnienie wspólnego ruskiego narodu Rosjan, Ukraińców (Małorosjan) i Białorusinów. Uznanie protekcji Rosji spowodowało, że Chmielnicki był potem ostro krytykowany przez wielu wybitnych Ukraińców, w tym Tarasa Szewczenkę.

(...)

Na obronę Chmiela można powiedzieć, że po Perejasławiu nie podporządkował się całkowicie Rosji. W 1656 r. Moskwa zakończyła wojnę z Polską i we współpracy z nią zaczęła walczyć ze Szwecją. Natomiast hetmanat stworzył sojusz ze Szwecją i kontynuował wojnę przeciw Polsce. W 1657 r. Chmielnicki na kilka miesięcy przed śmiercią powrócił do tajnych rozmów z Polską na temat powrotu Kozaków pod władzę Warszawy pod warunkiem przekształcenia Rzeczypospolitej w unię Polski, Litwy i Rusi. Do porozumienia doszło już po jego śmierci w Hadziaczu w 1658 r. Jednak umowa znowu pozostała tylko na papierze ze względu na niechęć polskiej szlachty do akceptacji jej warunków.

W polityce wewnętrznej Chmielnicki przejawiał tendencje autorytarne. Ograniczył zdecydowanie znaczenie rady, choć nigdy nie wprowadził w pełni absolutnych rządów. Spektakularne sukcesy na polu walki spowodowały, że zadeklarował podczas rozmów pokojowych z polskim poselstwem: "jestem lichym i małym człowiekiem, ale to mnie Bóg powierzył bycie jedynowładcą i samodzierżcą ruskim". Duchowni prawosławni nazywali go księciem Rusi. Pragnieniem Chmielnickiego było ustanowienie monarchii dziedzicznej. Dlatego Chmielnicki najechał w 1652 r. na Mołdawię i wymusił małżeństwo syna Tymofieja z Rozandą, córką hospodara Wasyla Lupu, Albańczyka z pochodzenia. Przeciwko Chmielnickim wystąpiła część Mołdawian wsparta przez Polskę, Siedmiogród i Wołoszczyznę. Tymofiej poległ, a Bohdan musiał pogodzić się z końcem marzeń o dynastii i zaakceptować rosyjską protekcję.

onet.pl/new.org.pl

wtorek, 2 stycznia 2024



Jacques Schuster: Czy podziela Pan pogląd, że Berlin nie ma planu B w razie zwycięstwa Donalda Trumpa?

Prof. Herfried Muenkler: Wierzę, że przynajmniej niemiecki minister obrony Boris Pistorius rozważa różne opcje. Po jego ostatnich wystąpieniach można dojść do takich wniosków. To dlatego znalazł się pod ostrzałem na niedawnej konferencji partii SPD. Dla innych polityków planem B jest modlenie się o zwycięstwo Bidena. Ale są rzeczy, które przemawiają na korzyść Niemców.

Jakie na przykład?

Chociaż Europejczycy nie będą w stanie w pełni zrekompensować amerykańskiej pomocy dla Ukrainy, to musimy docenić niemieckie zaangażowanie. Zarówno pod względem dostaw broni, jak i wsparcia ukraińskiego budżetu. Ta pomoc jest większe niż pomoc reszty Unii Europejskiej. To zwłaszcza Wielka Brytania ma obowiązek wspierać Ukrainę w znacznie większym stopniu. W końcu jest jednym z sygnatariuszy memorandum budapesztańskiego z 1994 r., w którym Brytyjczycy zagwarantowali Ukraińcom nienaruszalność ich granic. Można krytykować Niemców, ale z drugiej strony wiele się nauczyli. W pewnym momencie Europejczycy mogą się na nich obrazić.

Co to znaczy?

W pewnym momencie europejscy przyjaciele mogą zdać sobie sprawę, że Niemcy po raz kolejny mają niezwykle wydajny przemysł zbrojeniowy i jedną z najsilniejszych armii w Europie. Do tej pory konsensus w bloku polegał na tym, że Niemcy mogą być potęgą gospodarczą, ale nie militarną.

Prędzej czy później obawy mogą wziąć górę nad radością. Już teraz widzimy, że Francuzi bacznie obserwują rozwój sytuacji w Niemczech. Do napięć między Paryżem a Berlinem dochodzi regularnie.

Kto będzie miał wpływy w Europie, jeśli Waszyngton się od nas odwróci?

Większość Niemców uważa się za wzorowych Europejczyków. Ale już obywatele innych europejskich państw bacznie przypatrują się roli Niemiec i reagują, gdy Berlin ją wykorzystuje. Obecnie czytam esej historyków Brendana Simmsa i Benjamina Zeeba. Proponują oni utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy, aby wykorzystać potęgę Niemiec. Teoretycznie pomysł ten jest słuszny, ale obecnie politycznie niewykonalny. Niemcy, jako ważny gracz gospodarczy i polityczny, z pewnością mają do odegrania ważną rolę. Wkrótce ich armia pojawi się w Litwie. Niemieckie myśliwce Eurofighter stacjonują już w Rumunii, a rakiety Patriot — w południowej Polsce. W nadchodzących latach znaczenie militarne będzie nadal rosło.

Jeśli Amerykanie odwrócą się od Europy, kontynent straci element odstraszania nuklearnego. Jak to wpłynie na sytuację europejskich krajów?

Wielka Brytania i Francja również posiadają broń jądrową. Ale Polska i kraje bałtyckie, ze swoim historycznym doświadczeniem, prawdopodobnie będą wątpić, że w przypadku szantażu nuklearnego ze strony Rosji będą mogły polegać na brytyjskich i francuskich obietnicach. Dlatego zawsze polegały na USA. Pod tym względem wiele przemawia za podjęciem decydującego kroku i zbudowaniem europejskich zasobów do odstraszania nuklearnego.

Co by to oznaczało?

To, że państwa Trójkąta Weimarskiego — Francja, Niemcy, Polska — oraz Hiszpania i Włochy mają wspólną broń jądrową. Europejska bomba atomowa byłaby decydującym krokiem w kierunku strategicznej autonomii i własnej siły odstraszania. Blok powinien zdecydować się na to tak szybko, jak to możliwe. Niestety, Europejczycy specjalizują się w tym, że przegapiają dobre okazje.

Wielu obywateli krajów Europy wciąż marzy o świecie wolnym od broni jądrowej.

Ale dojdzie do czegoś zupełnie odwrotnego.

Co Pan przez to rozumie?

Ktoś powiedział kiedyś, że Rosja jest stacją benzynową z bronią jądrową. I dokładnie tak to wygląda. Rosja ma tylko broń jądrową i surowce. Jedynie te dwie kwestie odpowiadają za jej globalną polityczną wagę. Tylko z tego powodu Kreml nigdy nie zrezygnuje z broni jądrowej. Denuklearyzacja świata nie będzie na razie możliwa. Wręcz przeciwnie — broń jądrowa będzie się mnożyć. Być może Iran zostanie nową nuklearną potęgą. Arabia Saudyjska również będzie dążyć do uzyskania własnej bomby atomowej. Podobnie jak Turcja. Wiele wskazuje więc na to, że Europejczycy szybko uzyskają własną zdolność odstraszania nuklearnego.

onet.pl/Die Welt


Jesteśmy przebodźcowani?

– Nasz układ nerwowy jest skrojony na ograniczoną liczbę bodźców i obciążeń. Neurobiologicznie jesteśmy potomkami ludzi z sawanny, którzy dużo chodzili, wcale nie tak dużo pracowali, mieli silne więzi społeczne w grupach do 150 osób. Ostre światło, hałas, zanieczyszczenie powietrza, deadline’y, od których za każdym razem zależy nasze życie, stanie w korkach, złe jedzenie to tylko fragment tego, czemu codziennie podlegamy. Do tego każdy dokłada swoje indywidualne problemy. Efekt jest taki, że widzę masę ludzi niesłychanie przeciążonych fizycznie i psychicznie. Słabo się regenerują, bo często sięgają po nie najlepsze strategie radzenia sobie. A jak się nie dba o psychikę, to ona się zużywa tak samo jak ciało. I w pewnym momencie budzimy się w depresji, wypaleni, nic nas nie cieszy. Mam wrażenie, że spora część klasy średniej żyje na takim autopilocie. Zakładam, że osobom mniej uprzywilejowanym niż klasa średnia jest jeszcze ciężej.

Potrafimy sobie pomóc?

– Często o to pytam pacjentów i słyszę: "Jem, piję, śpię, chodzę na sport, do lekarza, biorę suplementy. Co mam jeszcze robić?". To pokazuje, jak jesteśmy bezradni, kiedy mamy o siebie się zatroszczyć. Wiemy, co prawda, jak osiągać sukces i zarabiać (jednym to wychodzi, drugim nie), ale mamy blade pojęcie, co to znaczy opieka emocjonalna albo rozwój psychiczny. Zadbanie o siebie kojarzy się z chodzeniem na siłownię, do lekarza i z suplementami.

A kiedy to nie pomaga?

– Takie osoby trafiają do gabinetów terapeutycznych, ale już najczęściej są w kryzysie: rozpadają im się związki, tracą pracę, zdrowie, dzieci z nimi nie rozmawiają albo czują, że już po prostu nie mogą tak dłużej ciągnąć.

Czego oczekują?

– Wizyta w gabinecie ma przypominać tę w warsztacie samochodowym: wyobrażają sobie, że podepnę pacjenta do komputera, który powie nam, gdzie jest usterka, zalecę podkręcić śrubkę i można jechać dalej. Na pełnych obrotach i średniej jakości paliwie.

A pani co im mówi?

– Że nie można wyjść z kryzysu związanego z wypaleniem zawodowym, depresją, zaburzeniami lękowymi, chodząc tylko na jogę. Trzeba zmienić życie i wartości, na których było oparte.

To są opowieści ludzi około pięćdziesiątki?

– Nie trzeba mieć 50 lat, żeby przechodzić przez wypalenie zawodowe. Owszem, dzisiejsi 50-latkowie wchodzili w lata 90. w określonym kontekście kulturowym, z oczekiwaniami sukcesu i nadziejami, że podbiją świat. Wielu uwierzyło, że sensem ich życia jest praca, ale bardzo niewielu zastanawiało się nad jej kosztami. Są tacy, którzy nadal się tego trzymają, ale równie wielu już zdążyło rozbić się na rafach snu o sukcesie – stracić zdrowie, związki, czasem majątki. Ale to nie znaczy, że 20-30-latkowie nie mają wyzwań, one są po prostu inne. Dla młodych dorosłych brak perspektyw i strach przed porażką są dojmującym doświadczeniem wchodzenia w dorosłość, milenialsi stracili wiele ideałów i często nadziei na przyzwoite życie i pracę. Generalnie są bardziej podatni na zaburzenia lękowe i depresyjne, naprawdę przeżywają katastrofę klimatyczną, którą starsze pokolenie wciąż wypiera...

... my już nie takie rzeczy przeżyliśmy.

– Robiłam maturę w 1994 r. i to nie był czas pozbawiony trosk (po upadku komuny zaczynał się kapitalizm), ale zachowanie dobrostanu nie było specjalnie złożone. Nikt po prostu nie znał tego słowa.

Na przełomie wieków jeszcze istniały resztki oparcia we wzorach, choć i one się dezaktualizowały na naszych oczach. Ale zasadniczo świat wydawał się relatywnie przewidywalny. Na dodatek brakowało młodych kadr, mieliśmy dużo większe możliwości awansu. Kiedy wchodziliśmy w dorosłość, nikt też nie pokazywał nam, co to znaczy zajmować się własnym życiem, dbać o równowagę, jak podejmować ważne decyzje, dogadywać się z innymi ludźmi czy to w firmowych zespołach, czy z partnerami. Uczono nas za to, jak robić biznesy, że w życiu liczy się spryt i umiejętność "załatwiania". Dopiero ostatnie 10-15 lat to rozwój kultury terapeutycznej w Polsce, ze wszystkimi jej plusami i minusami. Ludzie chłoną dużo wiedzy w wielkim pomieszaniu, bo mamy poczucie, że strasznie nam brakuje narzędzi, żeby mądrze pokierować własnym życiem.

Wspólnym doświadczeniem jest konfrontacja z coraz mniej przewidywalnym światem, w którym, żeby żyć bezpiecznie i szczęśliwie, trzeba być nieustannie w ruchu, ciągle siebie wymyślać, reagować na zmieniające się okoliczności. W którym coraz mniej sytuacji w związku czy życiu zawodowym dzieje się tak, jak to kiedyś bywało. Warto sobie uświadomić, że musimy toczyć nieustanne zmaganie ze światem zewnętrznym, żeby pozostać choćby w umiarkowanym zdrowiu psychicznym i fizycznym.

Dopadają nas kryzysy?

– Przez wieki podstawowym sposobem na kryzys w każdej formie było w Polsce picie. Od kilkunastu lat robi się kompulsywne zakupy albo uprawia sport. Nie bez powodu mamy tak rozbudowaną kulturę maratonów, triatlonów, siłowni. Z jednej strony to bardzo dobrze, że ludzie się ruszają, ale nie możemy zapominać, że to może być regulator napięć, sposób na zmniejszenie emocjonalnego ciśnienia. Sport jest świetnym narzędziem, kiedy nie dajemy sobie rady z problemami, poczuciem zagubienia, uczuciami, które nas szarpią.

Jakie są jeszcze strategie ucieczkowe?

– Przede wszystkim są takie, które działają, i takie, które nie działają. Praca, z której się nie wychodzi, substancje psychoaktywne, kompulsywne uprawianie seksu, terapeutyzowanie się latami, ciągłe doskonalenie też może być ucieczką od trudów życia. Człowiek jest w stanie wykorzystać absolutnie każdą znaną aktywność, by odpiąć się od siebie i nie mierzyć się z własnymi problemami.

Terapia jako ucieczka?

– Kiedyś mi się wydawało, że psychoterapia spina ludzi z życiem i ich wnętrzem. Teraz już wiem, że nie zawsze. W gabinecie można po prostu usiąść jak w azylu i nie podejmować wyzwań codziennego życia, bo ciągle się jest w terapii i procesie.

Jak to się stało, że coraz trudniej w dzisiejszym świecie czerpać z niego przyjemność?

– Do przyjemności się trzeba dostroić, mieć czujące ciało, wyciszoną głowę. Spięte ciało i zestresowana psychika nie mają dostępu do przeżywania jakichkolwiek zmysłowych pobudzeń i przyjemności związanej z jedzeniem, seksem, tańcem... W takim stanie można co najwyżej wprowadzić silny bodziec znieczulający, np. alkohol, albo silny bodziec pobudzający, choćby sport lub orgazm.

Albo sprawić sobie przyjemność zakupami.

– Kapitalizm utożsamił konsumpcję z przyjemnością, ale to oszustwo. Próbuje się nam wmówić, że jest ona dostępna tylko dzięki pieniądzom. Powstał cały przemysł spędzania wolnego czasu, planowania odpoczynku. Zakupy powodują wytwarzanie dopaminy, przez chwilę jesteśmy podekscytowani, jednak to szybko mija i na koniec miesiąca może się okazać, że nawet jest dosyć problematyczne dla budżetu. Przyjemność to kompetencja, której trzeba się uczyć. Jeśli rzucimy się w biegu nawet na najlepsze danie, złowimy uchem wspaniałą muzykę – i tak tego nie docenimy.

onet.pl