czwartek, 21 grudnia 2023


19 grudnia wicepremier ds. odbudowy Ukrainy i minister infrastruktury Ołeksandr Kubrakow poinformował, że w ciągu czterech miesięcy funkcjonowania ukraińskiego korytarza na Morzu Czarnym udało się nim wyeksportować 10 mln ton towarów, z czego blisko 5 mln ton przypadło na produkty rolne. W tym okresie porty w Odessie, Czarnomorsku i Piwdennem przyjęły 337 statków, a kolejnych 79 ma zostać obsłużonych w najbliższym czasie. 11 stycznia Turcja, Bułgaria i Rumunia planują podpisać porozumienie w sprawie rozminowywania zachodniej części akwenu Morza Czarnego. Kijów ma również otrzymać z Wielkiej Brytanii dwa niszczyciele min.

Komentarz

Po tym jak 17 lipca Rosja wycofała się z Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej (zob. Rosyjska gra z Zachodem: Moskwa wycofuje się z umowy zbożowej), w sierpniu Ukraina zaproponowała wytyczenie nowej trasy biegnącej wzdłuż jej wód terytorialnych w kierunku Rumunii. W pierwszych tygodniach ze szlaku skorzystało pięć statków, które stały zablokowane od początku wojny, a od 16 września do portów zaczęły przypływać nowe jednostki i ich liczba systematycznie rosła: w ciągu pierwszych 30 dni było ich 31, a przez kolejne półtora miesiąca – już 170.

Uruchomienie nowego korytarza wpłynęło pozytywnie na eksport ukraińskiej produkcji rolnej, który w listopadzie osiągnął najwyższy od sześciu miesięcy poziom (zob. wykres). Ponadto, w przeciwieństwie do poprzedniego korytarza zbożowego, wykorzystanie nowej trasy nie jest ograniczone wyłącznie do eksportu żywności, lecz służy ona także do sprzedaży zagranicznej innych towarów, przede wszystkim rudy żelaza i wyrobów hutniczych. Potencjalnie pozwoli to Ukrainie na zwiększenie produkcji przemysłowej w tym sektorze, który przed wojną był zorientowany głównie na eksport i uzależniony od drogi morskiej.

Najpoważniejsze wyzwania związane z nowym szlakiem dotyczą bezpieczeństwa. Rosja nie zaprzestaje ataków na ukraińską infrastrukturę portową, a w listopadzie miał miejsce przypadek trafienia rakietą w statek pod banderą Liberii, do czego doszło w chwili, gdy wpływał on do jednego z portów. Mimo ofiar incydent nie doprowadził do sparaliżowania ruchu na nowej trasie. Poza bezpośrednimi atakami problemem są pływające miny, dlatego trójstronna inicjatywa rozminowywania zachodniej części Morza Czarnego ma istotne znaczenie dla zwiększenia bezpieczeństwa żeglugi.

Rosyjska Flota Czarnomorska (RFCz) ma ograniczone możliwości sparaliżowania ruchu statków na prawie 200-kilometrowym odcinku ukraińskich wód terytorialnych (od okolic Odessy do delty Dunaju). W obliczu ukraińskich uderzeń rakietowych w krymskie porty oraz ataków dronów morskich w ciągu 2023 r. agresor skoncentrował przeważającą część swoich okrętów wojennych w Noworosyjsku, prawie 600 km w linii prostej od Odessy. Dystans ten nie pozwala na użycie podstawowych środków rażenia stosowanych zazwyczaj przeciw statkom handlowym, z wyjątkiem drogich i deficytowych pocisków manewrujących typu Oniks i Kalibr. Z kolei w obawie przed ukraińskimi pociskami przeciwokrętowymi i obroną przeciwlotniczą Rosjanie unikają operowania na morzu i w powietrzu na zachód od Sewastopola. Wszystko to sprawia, że bezpośrednie uderzenia okrętów i samolotów bojowych RFCz na statki pływające nowym korytarzem są obarczone dużym ryzykiem. Zagrażać mogą im jednak drony morskie, których wprowadzenie do służby agresor ostatnio zapowiedział.

osw.waw.pl

W dniach 19–22 grudnia na całym froncie trwały walki pozycyjne, które nie zmieniły w istotny sposób położenia obu armii. Najintensywniejsze starcia miały miejsce w rejonie Bachmutu, Awdijiwki i Marjinki. Na południe od tej ostatniej miejscowości – w Nowomychajliwce i jej okolicy – Rosjanie próbują zająć pozycje ukraińskie, tworzące klin wbijający się w ich ugrupowanie na głębokość ok. 4 km.

W nocy z 19 na 20 grudnia najeźdźcy zaatakowali Ukrainę 19 dronami typu Shahed 131/136. Zgodnie z komunikatem Ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych obrona przeciwlotnicza zestrzeliła 18 z nich. Po raz kolejny agresor użył także rakiet przeciwlotniczych S-300, atakując obiekty cywilne położone w obwodzie charkowskim. Według ukraińskiej administracji dwie rakiety spadły na zajezdnię komunikacji miejskiej w Charkowie, a kolejne dwie na zabudowania wsi Odradne w rejonie kupiańskim, nie powodując jednak strat w ludziach. Następnej nocy Rosjanie znów zaatakowali bezzałogowcami Shahed 131/136 – ukraińska obrona przeciwlotnicza miała wykazać się dużą skutecznością, zestrzeliwując 34 z 35 użytych dronów. Wieczorem 21 grudnia doszło też do skutecznego ataku rakietowego na Zaporoże, przy czym ukraińska administracja nie podała informacji na temat typu zastosowanych rakiet oraz strat. W nocy z 21 na 22 grudnia Rosjanie użyli 28 bezzałogowców Shahed 131/136, z których 24 miała zestrzelić ukraińska obrona przeciwlotnicza. Główny atak został skierowany na obwody chersoński, mikołajowski i odeski, gdzie część dronów trafiła w spichlerze i inne niesprecyzowane obiekty infrastruktury.

W nocy z 19 na 20 grudnia Ukraińcy zaatakowali (prawdopodobnie za pomocą rakiet Storm Shadow/SCALP, ewentualnie w kombinacji z dronami) dwa obiekty położone na Krymie: punkt łączności Federalnej Służby Bezpieczeństwa w Soniacznohirśkem koło Ałuszty oraz centrum łączności kosmicznej w Witynem koło Eupatorii. Brakuje jednak szczegółowych i wiarygodnych doniesień pozwalających ocenić skalę strat.

(...)

Prezydent Wołodymyr Zełenski zapewnił 19 grudnia, że nie podpisze ustawy umożliwiającej obowiązkową mobilizację kobiet. Zastrzegł także, że decyzję o obniżeniu wieku mobilizacyjnego z 27 do 25 lat podejmie po rozważeniu „wszystkich argumentów”. Przyznał, że dowództwo wojskowe złożyło propozycję zmobilizowania nawet pół miliona mężczyzn, jednak oprócz ryzykowania życia żołnierzy taki krok pociągnąłby też za sobą konieczność poniesienia kosztu w wysokości 500 mld hrywien (ponad 13 mld dolarów). W związku z tym zwrócił się do premiera i resortu finansów, aby ocenili czy takie wydatki są możliwe. Według Zełenskiego konieczne jest precyzyjne zaplanowanie mobilizacji i dopilnowanie zasad rotacji żołnierzy na froncie. Odpowiadając na pytanie dziennikarzy, czy zamierza zwolnić głównodowodzącego generała Wałerija Załużnego, odpowiedział, że „utrzymuje z nim kontakty robocze” i planuje z nim nadal współpracować.

21 grudnia w wywiadzie dla niemieckiego dziennika „Bild” minister obrony Ukrainy Rustem Umierow powiedział, że wszyscy ukraińscy mężczyźni w wieku od 25 do 60 lat powinni otrzymać wezwanie do stawienia się w komisjach wojskowych. Będzie to również dotyczyło przebywających poza granicami kraju, a uchylenie się od rejestracji będzie karane. Dzień później resort obrony wydał komunikat, w którym stwierdzono, że Umierow jedynie wezwał wszystkich zdolnych do służby do wstąpienia do armii, a kary za niestawiennictwo nie są obecnie rozważane.

(...)

20 grudnia przedstawiciel Państwowej Służby Granicznej we Lwowie Ihor Matwijczuk stwierdził, że codziennie zachodnią granicę państwa przekracza 6 tys. mężczyzn w wieku poborowym, z których ok. 200 to kierowcy ciężarówek. Jego zdaniem w ostatnim czasie wzrosła liczba mężczyzn poślubiających wielodzietne matki lub sprawujących opiekę nad osobami niepełnosprawnymi, co pozwala im na opuszczenie kraju. Dodał, że duży odsetek wyjeżdżających za granicę posiada orzeczenia o niezdolności do służby wojskowej. We wrześniu br. dziennikarze portalu NGL.media poinformowali o ponad 2 tys. mężczyzn, którzy wyjechali za granicę z zezwoleniami lwowskiej administracji obwodowej przeznaczonymi dla kierowców ciężarówek. Większość z nich nie powróciła do kraju.

osw.waw.pl

środa, 20 grudnia 2023


Marszałek Szymon Hołownia wygasił mandaty obu byłych ministrów, ale ci i tak pojawili się w ławach Prawa i Sprawiedliwości i brali udział w głosowaniach. Mariusz Kamiński wykonał w stronę sejmowej większości gest Kozakiewicza, który oznacza, mówiąc bardzo delikatnie, "nic mi nie zrobicie". Ale to wyłącznie dobra mina do złej gry. Przepisy wprowadzone przez PiS są dość jasne: mandaty wygasić należało i byli ministrowie nie są już posłami. Oliwy do ognia dolały jeszcze krążące gdzieś w kuluarach informacje, że nowa większość "znalazła sposób na Glapę" i że niebawem "wezmą się za niego". Nikt nie wie, ile w tych plotkach jest prawdy, ale wszyscy nagle zaczęli się bać.

Wśród polityków PiS, z którymi rozmawiamy, powszechna jest autentyczna wiara w to, że Telewizji Polskiej trzeba bronić jak niepodległości. Kiedy zagłębić się w powody tej wiary, odcedzić propagandę, w którą politycy PiS najwyraźniej sami uwierzyli, odrzucić zdziwienie tym, że tym razem Tusk nie żartował i że rozliczenia będą, a jak trzeba będzie, to Tusk włączy turbo dopalacz, okazuje się, że u podłoża tej wiary leży zwykły strach przed zniknięciem z politycznej sceny. Nie chodzi tu nawet o polityków przy Wiejskiej, którzy teraz tak tłumnie dyżurują w holu i na korytarzach Woronicza. Chodzi o polityków w regionach, dla których redakcje lokalne TVP3 były narzędziem kampanii, wewnątrzpartyjnych rozgrywek i politycznego lansu.

— W TVP Info wszyscy i tak nigdy by się nie zmieścili. Dlatego wielu kolegów wybierało programy u siebie w regionach — tłumaczą politycy prawicy, a ich polityczni konkurenci opowiadają sobie anegdoty o tym, jak pani poseł z PiS zabraniała lokalnej ekipie TVP obsługiwać wydarzenia z udziałem "spadochroniarza z Warszawy".

Politycy Prawa i Sprawiedliwości nagle zdali sobie sprawę, że bez machiny TVP zostają po prostu na lodzie. Przed nimi dwie kampanie. Ta do samorządu to zawsze największy indywidualny wysiłek dla polityków, bo konkurencja jest tutaj największa i dobrze mieć "swoje", a przynajmniej zaprzyjaźnione media lokalne.

Polska Press pod skrzydłami Orlenu nie zamieniła się w prężne regionalne, opiniotwórcze gazety. Wręcz przeciwnie. Przez całą kampanię wyborczą na okładkach "Gazety Olsztyńskiej", "Krakowskiej" czy "Głosu Wielkopolskiego", można było zobaczyć ustawki z konkretnymi politykami PiS, na których stawiała redakcja. Ale za chwilę te ustawki też odejdą do przeszłości, bo zapewne nie później niż w lutym zmieni się prezes Orlenu, a to oznacza natychmiastową zmianę linii programowej Polska Press. W Polskim Radiu też zmiany i nagle np. w Radio Zachód na antenę nie zostają wpuszczeni prowadzący sprzyjający PiS.

Nagle bez ostrzeżenia politycy PiS tracą wszystkie swoje medialne przyczółki. I o ile jeszcze pierwszy i drugi rząd jakoś sobie poradzą, bo za chwilę zaczną bywać w nowej TVP, przeproszą się z TVN 24 i będą zabiegać o wizyty w Polsacie, to dalsze rzędy są w bardzo kłopotliwej sytuacji. Nagle do wielu dopiero dotarły i bardzo prawdziwe stały się słowa Marcina Wolskiego z wieczoru wyborczego w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, że bez telewizji "nas nie ma".

Nerwy wynikają także z tego, że już przed "bitwą o TVP" było gorąco, a retoryka między największymi partiami się zaostrzała. Teraz porównania do generała Jaruzelskiego, stanu wojennego, a nawet Hitlera padają co kilka minut. W tej atmosferze prowadzenie pozytywnej kampanii wyborczej, która zacznie się już niebawem, może być po prostu niemożliwe. Wielokrotnie w ciągu ostatnich tygodni słyszeliśmy od polityków PiS, że nie wiedzą, jaka właściwie jest strategia partii. Z jednej strony wydawało się, że przed wyborami było za ostro i zbyt monotematycznie, a z drugiej strony kurs wciąż się zaostrza.

— Idziemy dokładnie tym samym torem, co przed wyborami do Sejmu, tylko jeszcze ostrzej. A w mniejszych miasteczkach często współpraca z resztą sceny politycznej układa się znacznie lepiej niż w Warszawie. Tylko jak tu coś układać, skoro wszyscy są zdrajcami, faszystami i siepaczami Łukaszenki... — mówi nasz rozmówca.

onet.pl

wtorek, 19 grudnia 2023


Jeśli chcemy zrozumieć ostatnie niezrównoważone zachowania Muska, powinniśmy zrozumieć powody, którymi kierował się w przeszłości. Przenieśmy się więc z powrotem do jazdy bez trzymanki, która miała miejsce w 2018 r. Musk postawił przyszłość Tesli na Modelu 3. Przy planowanej cenie początkowej wynoszącej 30 tys. dol. samochód miał sprawić, że pojazdy elektryczne będą dostępne dla kierowców, którzy nie mogli sobie pozwolić na wysokie ceny. Inwestorzy Tesli stali się jednak coraz bardziej zaniepokojeni, gdy model utknął w czymś, co Musk określił mianem "piekła produkcyjnego".

Na Musku wyraźnie ciążyła presja, by wypuścić Model 3, a on nie był w tej kwestii subtelny. Podczas rozmowy dotyczącej zysków Tesli za pierwszy kwartał, uciął podstawowe pytanie finansowe jednego z analityków, mówiąc, że "nudne, głupie pytania nie są fajne". Był tak sfrustrowany, że całkowicie porzucił analityków i zaczął odpowiadać na pytania fanów zamieszczane na YouTube. Ostatecznie błagał nawet sceptycznych inwestorów Tesli, aby sprzedali akcje. Kiedy Musk jest najbardziej żądny gotówki, ma skłonność do gryzienia ręki, która go karmi.

W tym czasie Musk stał się również bardziej aktywny na Twitterze, często z różnymi efektami. Kiedy zawodowy nurek skarżył się, że Musk odwraca uwagę od wysiłków na rzecz ratowania dziecięcej drużyny piłkarskiej, która została uwięziona w jaskini w Tajlandii, Musk nazwał nurka "pedofilem" i nękał go na Twitterze. Korzystał z platformy, by narzekać na media, atakować inwestorów obstawiających akcje Tesli, a nawet tweetował, że wykupi akcje Tesli po cenie 420 dol. za akcję, chociaż nie było takiej umowy. Tesla była, jak później przyznał Musk, "bliska śmierci", a letnie "piekło produkcyjne" miało wkrótce zamienić się w jesienne "piekło logistyczne".

Zbawieniem dla Tesli okazała się Komunistyczna Partia Chin. W 2019 r., gdy z Tesli uciekało kierownictwo, a firma nadal traciła gotówkę, Musk zawarł umowę na budowę fabryki w Szanghaju. Gigafabryka w Szanghaju została otwarta po zaledwie 168 dniach roboczych od uzyskania pozwolenia. Sceptyczni obserwatorzy, w tym ja, byli zaskoczeni. To, czego nie doceniliśmy, to oszałamiająca motywacja KPCh, która agresywnie dąży do osiągnięcia wyznaczonego celu. Kiedy partia powiedziała, że Tesla może zbudować fabrykę, oznaczało to, że ma to się stać natychmiast.

Musk przyznał, że bez Chin Tesla nie stałaby się "prawdziwą firmą samochodową". Uniknął zagłady, zaczął się uspokajać i skupiać na innych projektach, takich jak Starlink. Jasne, nadal szalał na Twitterze, ale przynajmniej nie wydzierał się na łamach "Rolling Stone" o tym, jak bardzo potrzebuje dziewczyny, by być szczęśliwym. Wreszcie wydawało się, że wszechświat Muska znalazł jakąś szaloną równowagę.

Zasadniczo, po przetrwaniu sytuacji, w której człowiek jest bliski upadku, można wyciągnąć dwa różne wnioski. Może nauczyć się większej ostrożności lub stwierdzić, że jest niezniszczalny i kusić los. Chyba nie muszę wam mówić, którą ścieżkę wybrał Musk.

Możecie mówić o nim, co chcecie, ale Elon Musk ma ambicje. Na początku 2022 r., znajdując się na szczycie, Musk zdecydował, że jest w stanie samodzielnie "naprawić" całą koncepcję wolności słowa. A biorąc pod uwagę, że jest całkowicie uzależniony od uwielbienia, jakie otrzymuje na Twitterze, pomyślał, że właśnie tam zacznie.

Wszyscy znamy tę historię. Na początku 2022 r. Musk zaczął budować udziały w Twitterze, a następnie zaoferował jego całkowite wykupienie. Zaproponował tak absurdalnie wysoką cenę, że zarząd nie mógł odmówić. Konsorcjum banków, na czele z Morgan Stanley, pożyczyło mu dużą część pieniędzy. I wreszcie, po próbie, a następnie niepowodzeniu w odstąpieniu od umowy, kupił Twittera. Niedługo po sfinalizowaniu transakcji Musk wyczerpał wszystkie pomysły na ożywienie platformy i musiał radzić sobie z wściekłymi byłymi pracownikami, sceptycznymi reklamodawcami, okropną nową nazwą i ogromnym długiem wobec Wall Street.

Obecnie niektórzy analitycy, tacy jak Vicki Bryan, CEO firmy badawczej Bond Angle, podejrzewają, że Twitter wydaje znacznie więcej, niż jest w stanie zarobić lub pożyczyć.

"Biorąc pod uwagę, że firma nadal spala gotówkę i od 1 mld 300 mln do 1 mld 500 mln dol. rocznych odsetek należnych w ciągu ostatniego roku, spodziewam się, że Twitter będzie żył na pożyczonym czasie" — napisała Bryan w nocie do klientów. Powiedziała, że nawet jeśli Twitter skorzystał z pożyczek dostępnych na początku roku, firma może już prawie nie mieć żadnych innych opcji. "Rok się skończył, więc gotówka Twittera może być prawie — jeśli nie już — całkowicie wyczerpana, podobnie jak możliwości, jakie ma Elon Musk" — napisała Bryan.

Ze względu na sposób, w jaki działa Musk, kłopoty firmy stanowią zagrożenie dla całego jego imperium biznesowego. Pomimo bycia drugą najbogatszą osobą na świecie, Musk posiada zaskakująco mało gotówki. Nie pobiera pensji od Tesli i chociaż posiada ok. 20 proc. udziałów, dokumenty publiczne złożone w marcu pokazują, że ok. 63 proc. tych udziałów jest "zastawionych jako zabezpieczenie niektórych osobistych długów". No wiecie, chodzi np. o prywatne odrzutowce.

Z tego powodu ciągłe wykorzystywanie akcji Tesli do pozyskiwania gotówki staje się kłopotliwe. Jeśli akcje Tesli spadną poniżej pewnego poziomu, banki mogą wezwać do spłaty tych osobistych pożyczek, stawiając Muska na celowniku. A najszybszym sposobem, aby akcje Tesli spadły z klifu, jest to, że inwestorzy dowiedzą się o dużej sprzedaży Muska. A najłatwiejszym sposobem na wypełnienie dziury w bilansie Twittera jest niestety sprzedaż akcji Tesli. Rozumiecie, dlaczego może to stanowić problem.

Czasami, gdy jest mu naprawdę ciężko, Musk pożycza pieniądze od SpaceX, prywatnej firmy, która straciła łącznie 1 mld 500 mln dol. w 2021 i 2022 r. Pożyczył od tej firmy 1 mld dol., gdy kupił Twittera. Spłacił pożyczkę w ciągu miesiąca, ale musiał sprzedać akcje Tesli o wartości 4 mld dol. Wykorzystując swoje bogactwo i władzę, Musk ukształtował sobie odrębną rzeczywistość, w której nie ma żadnych realnych konsekwencji podejmowanego przez niego ryzyka, ale utrzymanie Twittera, to znaczy X, z dnia na dzień coraz bardziej przekracza wszelkie granice.

Wszystkie te działania pochłaniające pieniądze, począwszy od umowy z Twitterem aż do chwili obecnej, nie mogły skumulować się w gorszym momencie. Przez dziesięciolecia Musk prowadził działalność w warunkach stabilnej gospodarki, w której stopy procentowe były bliskie zeru. Musk kupił Twittera w momencie, gdy banki centralne na całym świecie zaczęły podnosić stopy procentowe w celu walki z inflacją. Oznacza to, że koszt obsługi jego długu staje się coraz wyższy, a to utrudnia mu uzyskanie nowych pożyczek. Jest to zmiana tak dramatyczna, że może stworzyć dziurę we wszechświecie, przez którą rzeczywistość Muska wpadnie do naszej.

Niewiele pomagają mu też perspektywy biznesowe Tesli. Udział firmy w rynku pojazdów elektrycznych spadł wraz z pojawieniem się konkurentów. Nowi gracze skłonili Muska do obniżenia cen samochodów na początku 2023 r. W rezultacie spadła rentowność Tesli. Firma planuje rozszerzyć swoje możliwości produkcyjne, ale nie planuje odświeżenia swojej starzejącej się floty pojazdów. Chyba że uwierzymy w sukces Cybertucka, choć większość tego nie robi. W zeszłym miesiącu Tesla zorganizowała imprezę z okazji dostawy dziesięciu Cybertrucków. Dziesięciu. Najtańszy model, wyceniony na 60 tys. dol., będzie dostępny dopiero w 2025 r. Bryan powiedziała mi, że spodziewa się, że Musk będzie nadal wyprowadzał pieniądze z Tesli, ale pytanie brzmi: ile dokładnie będzie pieniędzy do wyprowadzenia? I jak długo będzie musiał to robić?

— Czekamy tylko, aż Elon da za wygraną — powiedziała Bryan. Jej zdaniem, bazującym na ponad 30-letnim doświadczeniu w inwestowaniu w zagrożone aktywa, jakikolwiek kapitał własny w firmie został już roztrwoniony przez wybryki Muska. Jeśli chodzi o dług, banki nie były w stanie pozbyć się go za 85 centów za dolara, a ona uważa, że będą miały szczęście, jeśli dostaną 40 centów. Według wszystkich źródeł Twitter ma problem kredytowy, a Bryan twierdzi, że wymaga to standardowego rozwiązania restrukturyzacyjnego: bankructwa. Kiedy Musk zmęczy się pożyczaniem od jednej osoby, aby spłacić pieniądze pożyczone od kogoś innego, nie będzie w stanie spłacić pożyczek zaciągniętych na Twittera. Wówczas konsorcjum banków, które jest właścicielem długu, może przyspieszyć spłatę. Standardowe umowy kredytowe zawierają klauzule, które pozwalają pożyczkodawcom zmusić pożyczkobiorcę do spłaty całej niespłaconej pożyczki, jeśli nie zostaną spełnione określone wymagania (takie jak płatności). Po przekroczeniu tego progu Twitter może ogłosić bankructwo.

— Istnieją pieniądze, które podpalono i które nigdy nie wrócą — powiedziała Bryan. — W przypadku Twittera prowadzimy działania ratunkowe. W przypadku restrukturyzacji, gdyby nie było Elona, ludzie mogliby się tym zająć. Mogliby stwierdzić, że Elon nie zrobił niczego, czego nie dałoby się odwrócić i zaoferować natychmiastową pomoc — dodała.

Czy to wystarczy, aby uratować Twitter/X? Być może nie, ale to jedyna i zarazem największa nadzieja firmy.

Wall Street powinno się wstydzić. Według raportów banki posiadające dług Twittera spodziewają się już 2 mld dol. straty, gdy w końcu uda im się go sprzedać. Nietrudno zrozumieć dlaczego. Od samego początku twierdziłam, że w tym twitterowym interesie nie było ani pieniędzy, ani żadnych reguł. Musk zawsze zamierzał przekształcić Twittera w odbicie swojego wąskiego punktu widzenia, jego "Ziemi", jak to ujął podczas swojej maniakalnej paplaniny w Dealbook, a nie w miejsce dla przeciętnego użytkownika. Nigdy nie oczekiwałam, że jego wielbiciele to zrozumieją, ale oczekiwałam, że pojmą to bankierzy, którzy powinni rozumieć, kto i za co płaci w branży medialnej. Ostatecznie istnieje realna szansa, że inwestorzy z Wall Street staną się właścicielami chaotycznego bałaganu, jakim stał się Twitter/X. Jednym z niewielu dobrodziejstw płynących z tego fiaska jest to, że kiedy to się stanie, przynajmniej będą wiedzieć, czego nie powinni robić.

businessinsider.com.pl

poniedziałek, 18 grudnia 2023


Grzegorz Sroczyński: "Jeśli Putin zdobędzie Ukrainę, nie zatrzyma się na niej i zaatakuje jakieś państwo NATO" - mówi prezydent Joe Biden. "Musimy się przygotować na bardzo złe wiadomości" – mówi sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Z kolei Donald Trump - który prowadzi w sondażach - zapowiada, że dogada się z Putinem, by "Rosja coś przejęła" i przerwie "niekończący się strumień środków dla Ukrainy". Co my właściwie tu w Polsce mamy robić z tak ponurymi komunikatami?

Robert Kuraszkiewicz: Nie możemy panikować. To nie jest bardzo ważne dla przebiegu wojny, czy wygra Trump. 

Jak to nie jest? On grozi, że się na to wszystko wypnie.

Jeśli w ogóle wygra, to za rok. A dla wojny najważniejsze, czy USA i Unia Europejska teraz w ciągu najbliższych paru tygodni przegłosują kolejne miliardowe pakiety wsparcia dla Ukrainy. Stawiam straszną tezę, że Putin może tę wojnę wygrać tylko w 2024 roku. Później wyczerpią się elementy rosyjskiej przewagi finansowo-gospodarczej. Teraz Putin ma wrażenie, że odzyskał kontrolę nad wojną.

Ma wrażenie, czy odzyskał?

Z wierzchu jest nieźle, ale potencjał Rosji się wyczerpuje.

Już to słyszałem cały rok od poważnych zachodnich publicystów. A potem okazuje się, że PKB Rosji mimo sankcji urósł, tak samo dochody z ropy.

Okej. Putinowi rzeczywiście udało się wykorzystać dziury w sankcjach, a gospodarka Rosji przestawiona na tory wojenne sprawia wrażenie, jakby się odbiła. Nawet pensje tam rosną, pieniądze płyną do zaniedbanych regionów, gdzie ruszyła produkcja wojenna. Ale to się będzie wyczerpywać, bo Putin nie ma zapasów. Naprawdę to teraz decydują się losy wojny i przyszłość Europy. Bez tej decyzji finansowej - gdyby Zachód uchwalił jedynie jakąś pomoc humanitarną i jakieś drobnostki w uzbrojeniu - mniej więcej w marcu 2024 roku nastąpi implozja państwa ukraińskiego. Ukraina jest obecnie utrzymywana z pieniędzy Zachodu i nie ma zdolności prowadzenia wojny, jeśli jej budżet nie będzie nadal finansowany przez nas. Koniec kropka. Jeśli finansowanie się skończy, Ukraina nie ma szans wytrzymać na froncie.

Skoro wszyscy wiedzą, że bez pomocy Ukraina szybko padnie, to jak to możliwe, że trwają tak idiotyczne targi wokół kolejnych pakietów? W USA o nowe pieniądze dla Ukrainy kłótnia w Kongresie trwa od tygodni i końca nie widać. Zełenski błaga, a Biden rozkłada ręce.

To kolejny dowód na to, że Ukraina i los Europy nie są traktowane jako pierwszorzędna sprawa dla USA. Bo gdyby tak było, nie mielibyśmy tego rodzaju wahań i pomoc dla Ukrainy nie byłaby elementem partyjnej gry. Co republikanie chcą wytargować od Bidena w zamian za zgodę na 60 mld dolarów dla Kijowa? Zaostrzenie polityki migracyjnej i rozbudowę muru na granicy z Meksykiem. Gdyby Ukraina rzeczywiście była priorytetem, nie byłoby takich targów. To oczywiście nie oznacza, że los Europy jest błahy dla USA, chodzi mi raczej o to, że na mapie amerykańskich priorytetów globalnych stanowimy ważne miejsce, ale już nie krytyczne. I z tego należy w Polsce wyciągnąć wnioski.

Wnioski jakie?

Dbajmy o sojusz z Ameryką, ale musimy zrozumieć, że najważniejsze dla Polski są kwestie europejskie. Bo niezależnie od stanu relacji polsko-amerykańskich, albo się uzbroimy i wzmocnimy jako Europa, albo tego parasola amerykańskiego i tak nie wystarczy w przyszłości.

Bo Trump go zwinie?

Nie. Trump jedynie kanalizuje wszystkie nasz lęki, łatwo mówić: "O rety, znów przyjdzie Trump". A tymczasem jakaś forma wycofania się Ameryki z Europy i tak będzie - z Trumpem czy bez niego. Ameryka i tak zwróci oczy gdzie indziej. Obecne konflikty w Kongresie właśnie to pokazują.

Czyli co dokładnie z tego dla nas wynika?

Że klucz do realizacji polskich interesów narodowych leży teraz w Unii Europejskiej, a nie w Stanach. Polska przez kilkaset lat - myślę o Pierwszej Rzeczpospolitej - była ryglem przeciwko ekspansji rosyjskiej na kontynencie. Potem nasze państwo upadło, rygiel zniknął i Rosja szła dalej na Zachód. Krajom Europy Zachodniej warto to przypominać.

Że jesteśmy ryglem?

Byliśmy. Dzisiaj tego nie powtórzymy. Nawet gdyby pisowskie plany wielkiej armii zostały zrealizowane, to i tak ta armia nie będzie miała zdolności obrony Europy przed Rosją. Do ochrony przed Rosją służą struktury europejskie - lepsze czy gorsze - ale nic innego nie ma. W Europie nastąpił przełom polegający na tym, że główne państwa Zachodu, takie jak Niemcy i Francja, zdają już sobie sprawę, że jeśli Rosji się nie powstrzyma, to ona zawsze będzie destabilizowała Europę. Całą Europę, nie tylko jej wschód. Będzie niszczyła europejską gospodarkę i konkurencyjność europejskich towarów. Mówiąc brutalnie: jeśli Ukraina przegra i stanie się państwem upadłym tuż przy granicach Unii, to destabilizacja będzie nieustanna i będzie generować koszty, a niemieckie towary przestaną być konkurencyjne na świecie. W polskim interesie leży wspieranie właśnie takiej argumentacji: nie chodzi tylko o Ukrainę, nie chodzi tylko o polskie bezpieczeństwo, bezpieczeństwo państw nadbałtyckich, chodzi o całą Europę, bo jeśli nie zbudujemy stabilnej granicy na wschodzie i stabilnej Ukrainy, to projekt europejski nieustannie będzie podlegał erozji przez Rosję, a gospodarka całego kontynentu będzie się nieustannie osuwać.

(...)

A wariant negatywny na 2024 rok jest jaki? Nie udaje się uzyskać zgody na nowy pakiet pomocy w USA, tak samo w Europie, bo Węgrzy blokują, Kijów nie dostaje wsparcia, w marcu czy w połowie roku następuje implozja Ukrainy, Rosjanie przełamują linie na froncie i co? Idą dalej z buta do Polski? Do państw bałtyckich?

Spokojnie. Nie idą. W perspektywie krótkiej - kilku lat - taki wariant uważam za nieprawdopodobny. Nie mają siły. W tym fatalnym wariancie rozwoju wypadków można zakładać, że Rosjanie zajmą większą część Ukrainy, a reszta stanie się państwem upadłym i celowo niestabilnym. Będziemy musieli też przyjąć wiele milionów imigrantów. Rosjanie wiedzą, że nie mają zdolności okupowania całej Ukrainy, zajmą tereny na wschód od Dniepru, a reszta państwa ukraińskiego stanie się nieprzewidywalnym kadłubkiem.

Gdzie szaleją watażkowie, którzy co chwilę będą wymyślać jakieś prowokacje, przekraczać granicę Polski, strzelać w jakimś miasteczku i wracać do siebie. A Putin będzie mówił: ojej, to nie ja. 

Mniej więcej.

Gdyby jednak miało dojść do wojny Rosji z NATO to kiedy?

Nie wiem. Gdybym teraz coś powiedział, to byłaby bardziej wróżba niż prognoza. Odpowiem inaczej: nie znoszę przedstawiania Putina jako szaleńca w bunkrze. To jest ktoś, z kim się w niczym nie zgadzam, zbrodniarz wojenny, ale jednocześnie to człowiek, który myśli na chłodno. Gdyby Ukraina padła w przyszłym roku, to późniejszy rozwój wypadków będzie funkcją bieżącej sytuacji, a nie gotowego już teraz planu. Putin myśli o sobie w kategoriach cara, który chce odbudować imperium rosyjskie jako równorzędne państwo w koncercie mocarstw. I tak będzie grał, jak mu sytuacja pozwoli. Jeśli wojska rosyjskie odsapną, odbudują siłę, a jednocześnie pojawi się jakaś wyraźna dezorganizacja w NATO czy w Unii Europejskiej, to być może Kreml podejmie ryzyko akcji na przykład w Estonii - tam przecież jest dużo "pokrzywdzonych Rosjan", których można bronić. Ale nie uważam, żeby to był scenariusz podstawowy.

Dlaczego?

Bo to nie jest tak, że Europa nic nie robi. My oczywiście strasznie tu na wszystko narzekamy, media Zachodu nieustannie są krytyczne, ale dzieje się sporo. Będziemy to oceniać za kilka lat, na ile się zrealizują programy zbrojeniowe, które są wdrażane. Media komentują, że za wolno, za mało, ale procesy inwestycyjne w Unii zostały uruchomione, a zbrojeniówka działa tak, że kilka lat trzeba, żeby się rozruszała. Więc nie jest prawdą, że czekamy z założonymi rękami, chociaż takie pisanie jest teraz modne w publicystyce.

Czyli kiedy major Fiszer z "Polityki" twierdzi, że Rosjanie po zdobyciu Ukrainy natychmiast pójdą dalej i zatrzymają się dopiero na linii Wisły, to przesadza?

Nie zakładam takiego scenariusza.

Ale jeśli wybory w USA wygra Trump, to leżymy?

Zostawmy już tego Trumpa, bo on stał się istnym chochołem. Na pewno leżymy, jeśli w ciągu paru tygodni nie zostanie podjęta decyzja o finansowym wsparciu Ukrainy. To by radykalnie ograniczyło zdolność Kijowa do prowadzenia wojny. Jeśli nawet w listopadzie 2024 wygra Trump, to zanim obejmie urząd, będzie styczeń 2025.

A najważniejszy dla Ukrainy i tak jest 2024 rok?

Tak. Jeśli będzie wsparcie, to oni ustoją, a Rosja zacznie słabnąć. I stanie się to, zanim ewentualnie Trump zdąży namieszać. Natomiast nawet jeśli Biden wygra drugą kadencję, to Europa i tam musi wymyśleć mechanizm zwalczania Rosji bardziej samodzielnie. 

Bez Ameryki?

Nie bez Ameryki! To nie są zero-jedynkowe schematy. Przy innej obecności Ameryki, mniejszej. To nie jest tak, że Amerykanie zabiorą zabawki i znikną, ale po prostu będą mniej się angażować.

Trump mówi, że właśnie zabierze zabawki.

Dużo rzeczy mówi, a potem nie robi. Powtórzę: Europa tak czy inaczej przestaje być krytycznym miejscem dla interesów amerykańskich niezależnie od tego, kto wygra wybory prezydenckie. To oczywiście może falować, Amerykanie mogą tu być mniej lub bardziej zaangażowani, ale jest różnica między ważnym miejscem a krytyczny miejscem. Bliski Wschód w latach 90. był przez Stany traktowany jako region krytyczny dla bezpieczeństwa, a dzisiaj Bliski Wschód jest dla Amerykanów ważnym elementem gospodarki światowej. I dlatego są tam obecni. Co się zmieniło? Ameryka stała się w pełni niezależna energetycznie. Odkryli łupki, mają z tych łupków gaz, w październiku tego roku osiągnęli historyczny rekord produkcji 14 mln baryłek dziennie ropy naftowej. Żaden kraj na świecie tyle nigdy nie produkował, ani Rosja, ani Arabia Saudyjska do takich liczb się nie zbliżyły. Bliski Wschód z całą tą swoją ropą już nie jest miejscem krytycznym dla USA. I Europa też już nie jest.

Przecież wszyscy żeście pisali - zajmujący się polityką międzynarodową i geopolityką - że Amerykanie patrzą na wojnę w Ukrainie jak na zastępcze starcie z Chinami. I dlatego jest to dla nich takie ważne.

Owszem. Amerykanie tak na to patrzyli, ale w jakimś sensie efekt osłabienia Rosji i sygnału dla Chin już osiągnęli. Rosja dzisiaj jest strategicznie dużo słabsza, coraz bardziej uzależniona od innych i to jest odczytywane we wszystkich stolicach świata. Kiedy Rosja proponuje krajom Azji Centralnej swoje warunki w sprawie gazociągów, to oni tego nie przyjmują, bo mają zaplecze chińskie i mogą Rosję lekceważyć. Nawet dla Iranu Rosja jest czymś innym niż jeszcze niedawno, stan relacji się zmienił, z Arabią Saudyjską podobnie, dzisiaj to Putin tam przyjeżdża dowiedzieć się, jak ma być, a nie odwrotnie, to nie on mówi, jak ma być. I to jest globalna nauczka dla innych.

Kraje agresywne dostały sygnał, że takie zachowanie jak Putina nie popłaca?

Na razie. Bo wiedzą, że korzystna sytuacja Rosji jest fałszywa, a na pewno chwilowa. Putin rzeczywiście ustał, nie padł, poradził sobie z sankcjami, ale jest zależny od całego szeregu okoliczności. Wystarczy, że jeden element układanki wypadnie mu z rąk.

Jaki na przykład element?

Na przykład Arabia Saudyjska przestanie walczyć o wysoką cenę ropy na światowych rynkach. Oni zawsze wpadali w taki cykl decyzji, że kiedy z powodu wysokich cen tracili rynek, to potem przesuwali wajchę i obniżali ceny. Dzisiaj ropa jest po 74 dolarów - mówię o ropie brent - i Saudowie tego pilnują, ale jeżeli gospodarka chińska nie ruszy z kopyta, nie zacznie zasysać więcej surowców, a nic nie wskazuje, żeby w Chinach miało nadejść wielkie odbicie gospodarki, jeśli jednocześnie nie będzie nowych kryzysów globalnych, które zagrożą rynkom surowcowym, to cena będzie miała tendencję obniżkową i Putin przestanie zarabiać.

No ale przecież właśnie trwa kryzys na Bliskim Wschodzie.

To zabrzmi niepięknie, ale kryzys na Bliskim Wschodzie wszyscy już zaakceptowali. Rozeznali się, że żaden wielki gracz się w to nie włączy, bo gdyby ktoś miał się włączyć, już by to nastąpiło. Plan Hamasu się nie udał. Wywołali spodziewaną reakcję Izraela, ale mimo obrazów ginących ludzi i ofiar cywilnych, świat arabski nie poszedł na wojnę, mocarstwa regionalne nic nie zrobiły. Na szczycie Ligii Arabskiej wydusili z siebie coś w stylu, że Żydów oczywiście dobrze byłoby zabić, no ale co my możemy zrobić. Więc cena ropy nie będzie szaleć i nabijać Rosji funduszy na wojnę.

Co kombinują Niemcy?

Chyba sami nie wiedzą. Nie wolno lekceważyć ani obśmiewać zmian, które w Niemczech zachodzą. PiS się w takim obśmiewaniu specjalizował, że ten cały ich "Zeitenwende", czyli "punkt zwrotny" zadeklarowany przez kanclerza Scholza i inwestycje w obronę przed Rosją, to totalny niewypał. Tak nie jest. Niemcy konsekwentnie idą w kierunku zbrojeń i chcą, żeby Ukraina zwyciężyła i była częścią Europy.

Już nie wrócą do współpracy z Rosją? Nie będzie już gadania, że biznes jak zwykle?

Nie. Strategiczna podstawa uzależnienia Niemiec od Rosji zniknęła na zawsze. Tego nie ma.

Bo gazu z Rosji nie ma?

Oczywiście. Z powodu ewolucji na rynkach gazu i rozwoju technologii LNG w 2025 roku pojawi się nadpodaż globalna gazu skroplonego, zostanie oddanych kilka wielkich inwestycji, więc ceny gazu wysyłanego statkami do Europy będą spadać. Również niemieckie elity przestawiły się mentalnie, więc dawny stan stosunków niemiecko-rosyjskich nie wróci. Z naszej polskiej perspektywy Niemcy przez dekady trzymały się fatalnie błędnego założenia, że współpraca z Rosją to czynnik pokoju i stabilizacji w Europie. To się zmieniło, Niemcy się z tym pożegnali, co prawda Angela Merkel na emeryturze głośno tego nie przyzna, ale chyba nawet ona przyjęła tę zmianę do wiadomości. Natomiast to nie znaczy, że w Niemczech wszystko gra. Oni mają wielki kłopot z budową nowego modelu gospodarczego po odcięciu od tanich rosyjskich surowców, nie bardzo wiedzą, jak wyjść z tej sytuacji, dyskutują o powrocie do energetyki atomowej, ale to wielki znak zapytania, jak oni wybrną z tych kłopotów i rozruszają swoją wielką gospodarkę. I nie ma tu drugiego dna, że oni coś kombinują, ukrywają przed resztą Europy. Po prostu sami nie wiedzą.

W "Nowej Konfederacji" napisał pan o Niemcach tak: "W kontekście wojny na Ukrainie Niemcy stosują swoją starą praktykę. Najpierw niechętnie robią to, co muszą, a następnie, jeśli jakiś proces uważają za nieunikniony, starają się go kształtować zgodnie z własnym interesem i zdefiniowanymi oczekiwaniami. Tak było w przypadku wprowadzenia euro czy – na mniejszą skalę – z KPO. Teraz Niemcy zauważyli, że wojna na Ukrainie może być elementem, który pozwoli im zbudować Unię bardziej zgodną z własnymi wyobrażeniami".

No tak. Bardziej zgodną z własnym wyobrażeniami, czyli bardziej scentralizowaną.

I co dalej? Polska prawica - nie tylko pisowska, ale też konserwatywna część PO - dokładnie tego się boi, że Niemcy przy okazji chapną jeszcze więcej władzy w Unii.

Owszem. I jako konserwatysta też nie podskakuję z radości. Tyle że okoliczności się radykalnie zmieniły. Projekt europejski jest obecnie podstawowym narzędziem, które może rozwiązać sytuację na Ukrainie korzystnie dla Polski. I nie będzie to żaden "Izrael europejski" w postaci sojuszu Ukraina-Ameryka, ani żaden sojusz polsko-ukraińsko-amerykański, jak się marzyło PiS-owi, to od początku było myślenie nierealne. Jedynym realnym modelem trwałego rozwiązania problemu ukraińskiego jest - powtórzę - wzmocniona Unia Europejska, a w związku z tym niezbędna jest jakaś konsolidacja polityki europejskiej, jakaś reforma i jakaś centralizacja. I, oczywiście, Niemcy razem z Francuzami to wykorzystują. Zacytuję jednego z doradców prezydenta Macrona: "My Francuzi zawsze myśleliśmy, że istnieje sprzeczność między rozszerzeniem Unii a pogłębieniem integracji. Ukraina pokazała, że można osiągnąć pogłębienie przez rozszerzenie".

(...)

Czyli główna pańska rada dla polskich elit byłaby taka, żebyśmy zrozumieli, że klucz do rozwiązania sytuacji w Ukrainie leży w Europie?

Tak. A nie w USA. Trump nam to tylko wyostrzył, ale w jakimś sensie można go traktować jako szansę: skoro za rok grozi nam powrót Trumpa, to tym bardziej wzmocnijmy Europę i tym bardziej rozmawiajmy z Niemcami, jak uprawnić struktury unijne.

Bo nie żyjemy w świecie sprzed 24 lutego 2022 roku, kiedy można było uprawiać konserwatywne myślenie - wspólne dla PO i PiS - że Unia ma być luźna, inaczej Niemcy nam na głowę wejdą?

Klucz naszego bezpieczeństwa leży w Europie, a nie w USA - o to mi cały czas chodzi. I najlepiej byłoby dla Polski, jeśli wykorzystamy tę paskudną sytuację do wzmocnienia naszej pozycji w Europie. Co nas wzmocni? Kooperacja z głównymi państwami. A jakie są te główne? Wiadomo. Dawniej można było mówić: Niemcom nie ufajmy, bo oni kolaborują z Putinem, budują Nord Stream, nie idźmy z nimi w różnych sprawach, bo nas zdradzają. I to była częściowo prawda. Ale teraz ta podstawa nieufności zniknęła. Nie ma już niemieckiej kolaboracji z Rosją. Można oczywiście nieustannie im to wypominać i pokazywać, jak bardzo mieliśmy rację - my, Polacy! - część naszej klasy politycznej uwielbia to robić, ale to nie ma wiele sensu i po jakimś czasie zaczyna tylko irytować resztę klubu. Siadając dziś do układania się z Niemcami nie siadamy już z krajem, który jest rozsadnikiem rosyjskich interesów w Europie, tylko z krajem, który przejrzał na oczy. Trzeba więc wciągnąć Niemcy w stabilizację Europy Środkowo-Wschodniej najsilniej jak się da. Oczywiście warto pamiętać, że Niemcy mają wpisany w swój sposób działania egoizm, czyli zbyt często uważają, że co dla nich dobre, jest też dobre dla wszystkich. I to nie zniknie.

(...)

Jest pan pesymistą czy optymistą?

Jeśli chodzi o przebieg wojny? Optymistą.

Za pięć lat gdzie będziemy?

Zakładam, że Rosja zostanie wypchnięta z Europy.

Wypchnięta z Ukrainy? Z całej?

Jeśli Ukraina potrafiłaby dojść do Morza Azowskiego, to Zachód i tak by wymuszał odpuszczenie Krymu czy Donbasu, to jest ten element dealu z Rosją, który Zachód byłby w stanie zaakceptować w każdej chwili. Amerykanie zakładali, że teraz - na jesieni i w zimie - będą już trwać rozmowy pokojowe, tylko problem, że Ukraińcy osiągnęli tak mało w swojej ofensywie, że plan upadł. Horyzont końca wojny obejmował koniec tego roku, miała być już nowa układanka polityczna.

I to byłoby fair? Oddać Krym i Donbas?

Byłoby to realne politycznie i byłoby sukcesem Ukrainy, bo dawałoby możliwość budowy samodzielnego państwa ukraińskiego zdolnego do rozwoju i wejścia do Unii, a potem do NATO.

gazeta.pl

niedziela, 17 grudnia 2023


Władimir Putin nie wykazuje żadnych oznak refleksji, co do skutków, jakie ponosi Rosja w wywołanej przez niego wojnie. Widać to było szczególnie w czasie prezydenckiej konferencji prądowej, która została zorganizowana 14 grudnia 2023 roku w Gostinym Dworie w Moskwie. Jest to okresowo organizowane spotkanie z dziennikarzami i „przypadkowymi” obywatelami będącymi na miejscu, jak również „spontanicznie” łączącymi się poprzez Internet. Pytania były zresztą zbierane przez dwa tygodnie i tak wybierane, by dać pretekst do propagandowej oceny sytuacji w Rosji i na świecie.
Putin w trybie „bez pytań” zaczął od wyjaśnień jak Federacja Rosyjska „kwitnie” w wyniku wojny. Potwierdził przede wszystkim, że w gospodarce istnieje w Rosji duży margines bezpieczeństwa, który nie tylko daje poczucie pewności, ale również pozwala iść naprzód. Taki margines zapewniają według niego:
  • duża konsolidacja społeczeństwa rosyjskiego;
  • stabilność systemu finansowego i gospodarczego kraju;
  • zwiększenie możliwości rosyjskiego komponentu bezpieczeństwa: armii i agencji bezpieczeństwa.
Putin był wyraźnie przygotowany na to pytanie, mając konkretne cyfry na potwierdzenie swojej opinii. Wskazał m.in. na:
  • wzrost produktu krajowego brutto, który do końca 2023 ma wynieść 3,5 procent (w 2022 roku było to 2,1 procent);
  • nadal dużą inflację (od 7,5 do 8%) z pocieszeniem, że „Bank Centralny i rząd podejmują niezbędne środki” (m.in. poprzez podniesienie głównej stopy procentowej);
  • wzrost produkcji przemysłowej w skali roku do 3,6%, a w przemyśle wytwórczym do 7,5%;
  • wzrost zysku przedsiębiorstw o 24%;
  • dochód rosyjskich banków wynoszący ponad 3 biliony rubli (ok. 33 miliardy USD);
  • wzrost płac realnych o 8% i planowany wzrost płacy minimalnej o 18%;
  • spadek bezrobocia do 2,9%;
  • spadek długu publicznego z 46 do 32 miliardów dolarów;
  • zmniejszenie prywatnego zadłużenia zagranicznego z 337 miliardów dolarów do 297 miliardów dolarów (co według Putina oznacza, że spłata długów „przebiega rytmicznie, często nawet przed terminem”);
  • wzrost średniego wieku życia Rosjan, który w 2021 roku wynosił 70,06 lat, w 2022 roku – 72,73 lat a w 2023 ma wynieść 74 lata. 
defence24.pl

piątek, 15 grudnia 2023


Kreml w dalszym ciągu forsował operację informacyjną, zgodnie z którą Ukraina nie miałaby innego wyboru, jak tylko poddać się maksymalistycznym żądaniom Rosji, gdyby Zachód zaprzestał dostarczania Ukrainie pomocy wojskowej, i ożywił narrację o „czerwonej linii”, którą rutynowo promował bezpośrednio przed rozpoczęciem działań inwazji na pełną skalę. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow stwierdził 13 grudnia, że ​​sytuacja militarna i polityczna staje się dla Ukrainy coraz bardziej niekorzystna i że „reżim kijowski naprawdę dobrze wie”, co musi zrobić, aby rozwiązać tę sytuację. Pieskow dodał, że ukraińscy urzędnicy również doskonale wiedzą, gdzie Ukraina „przekroczyła czerwone linie”. Wyraźne użycie przez Pieskowa ram „czerwonych linii” jest bezpośrednim nawiązaniem do retoryki ultimatum stosowanej na przełomie 2021 i 2022 r., którą Kreml próbował zmusić Zachód do poświęcenia suwerenności Ukrainy i stworzenia warunków dla rosyjskiej inwazji na Ukrainę na pełną skalę. Oświadczenie Pieskowa prawdopodobnie ma na celu obwinienie Ukrainy za to, że nie negocjowała na ekstremistycznych warunkach Rosji, aby zdecydowanie sprzymierzyć się z Rosją i pozbawić się suwerennego prawa do swobodnego wyboru własnych sojuszy i partnerstw – co jest głównym żądaniem, które Kreml forsował w swoich ultimatum pod koniec 2021 roku. ISW oceniła 13 grudnia, że ​​Kreml zaczął w coraz większym stopniu forsować operacje informacyjne dotyczące granic i terytoriów Ukrainy, aby nakłonić społeczność międzynarodową do porzucenia kluczowych elementów suwerenności Ukrainy: jej integralności terytorialnej określonej w 1991 r. oraz prawa do tworzenia sojuszy i partnerstw międzynarodowych jego wybór.

Kreml forsuje dodatkowo operację informacyjną, której celem jest przekształcenie spersonalizowanych ataków na prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego i obecnych ukraińskich przywódców w uogólnione ataki na którykolwiek prozachodni rząd Ukrainy. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa sugerowała 12 grudnia, że ​​zastąpienie prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego przez Zachód – co jest w całości rosyjską operacją informacyjną – ostatecznie nie „zmieni sytuacji w konflikcie ukraińskim”, ponieważ ukraińscy urzędnicy są nie są postaciami „niezależnymi” i są zachodnimi „marionetkami”. Narracja, że ​​Ukraina jest zachodnim „państwem marionetkowym”, jest dla Kremla standardem, ale ewoluująca narracja, która rozpoczęła się od dziwacznych rosyjskich twierdzeń, że Zachód przygotowywał się do zastąpienia Zełenskiego, stwarza teraz Rosji warunki do odrzucenia legitymacji każdego ukraińskiego rządu, który nie jest prorosyjski. Propaganda Kremla często fałszywie przedstawiała Zełenskiego jako obecnego inicjatora rosyjskiej inwazji na Ukrainę na pełną skalę, a nowa kampania informacyjna będzie wspierać wysiłki Kremla na rzecz domagania się jego prawa do określenia, który ukraiński rząd jest akceptowalnym partnerem do negocjacji. 

understandingwar.org

środa, 13 grudnia 2023


Według doniesień społeczność wywiadowcza Stanów Zjednoczonych 12 grudnia podzieliła się z Kongresem odtajnioną oceną wywiadu, w której wywiad amerykański ocenił, że rosyjskie operacje ofensywne na wschodniej Ukrainie mają na celu osłabienie zachodniego wsparcia dla Ukrainy, ale przyniosły jedynie ciężkie straty rosyjskie i brak znaczących operacyjnie zysków na rosyjskim polu bitwy. (...) Rzeczniczka Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA Andrienne Watson stwierdziła, że ​​od rozpoczęcia operacji ofensywnych w październiku 2023 r. siły rosyjskie poniosły ponad 13.000 ofiar i straciły 220 wozów bojowych wzdłuż osi Awdijiwka-Nowopawliwka (kierunek Awdijewka przez zachodni obwód doniecki). Dodala ponadto, że Rosja zdaje się wierzyć, że militarny „impas” w okresie zimowym osłabi poparcie Zachodu dla Ukrainy i da siłom rosyjskim przewagę pomimo wysokich strat rosyjskich i utrzymujących się w Rosji niedoborów wyszkolonego personelu, amunicji i sprzętu. ISW oceniło, że siły rosyjskie próbują odzyskać inicjatywę na poziomie teatru działań na Ukrainie co najmniej od połowy listopada 2023 roku i obecnie prawdopodobnie zaangażowały się w operacje ofensywne na wielu sektorach frontu w okresie najtrudniejszych warunków pogodowych sezonu jesienno-zimowego, starając się przejąć i utrzymać inicjatywę.

Siły rosyjskie mogą prowadzić kosztowne operacje ofensywne w czasie niesprzyjającym manewrom naziemnym, aby zgrać potencjalną zmianę inicjatywy na polu bitwy z toczącymi się na Zachodzie rozmowami na temat dalszego wsparcia dla Ukrainy. Siły rosyjskie rozpoczęły 10 października szeroko zakrojoną ofensywę w celu zajęcia Awdijiwki, a następnie zintensyfikowały lokalne operacje ofensywne w innych częściach wschodniej Ukrainy, podczas gdy siły ukraińskie zaczęły z własnej woli ograniczać operacje kontrofensywne. Rosyjskie dowództwo wojskowe nie zdecydowało się czekać z przygotowaniami do działań ofensywnych później tej zimy lub wiosną 2024 roku ze względu na zmniejszenie tempa ukraińskich kontrofensyw, jak to miało miejsce między udanymi ukraińskimi kontrofensywami latem i jesienią 2022 roku a nieudaną rosyjską ofensywą na zimę-wiosnę 2023 r. Decyzja rosyjskiego dowództwa wojskowego o rozpoczęciu działań ofensywnych jesienią 2023 roku mogła być oportunistyczną reakcją na dostrzegalne osłabienie poparcia Zachodu dla Ukrainy. Nasilenie zachodnich dyskusji na temat kontynuacji pomocy wojskowej dla Ukrainy po stosunkowo udanych rosyjskich operacjach obronnych w obwodzie zaporoskim było przewidywalne i mogło zostać uwzględnione w obliczeniach rosyjskiego dowództwa. Kreml organizuje od dawna operacje informacyjne mające na celu odstraszenie zachodniej pomocy bezpieczeństwa dla Ukrainy, a rosyjskie dowództwo mogło stwierdzić, że te operacje informacyjne przynoszą coraz większe korzyści i że rosyjskie wysiłki wojskowe mające na celu przejęcie inicjatywy mogą wywołać dalsze zachodnie debaty na temat pomocy dla Ukrainy.

Siły rosyjskie rutynowo przeprowadzały operacje wojskowe na Ukrainie, których celem było kształtowanie zachowań Zachodu, zamiast osiągania celów operacyjnych na polu bitwy, a ocena wywiadu USA, że trwające rosyjskie operacje ofensywne nie mają bezpośredniego celu operacyjnego i wojskowego, jest całkowicie wiarygodna. Siły rosyjskie nie przejęły jeszcze inicjatywy na całej Ukrainie, ale siły rosyjskie mogą próbować realizować bezpośredni cel operacyjny, jeśli przejmą inicjatywę. (...)

Wywiad USA ocenił także, że wojna na Ukrainie zdewastowała przedwojenną armię rosyjską, choć Rosja częściowo zrekompensowała te straty i w dalszym ciągu przygotowuje się do długiej wojny na Ukrainie. Odtajniona ocena wywiadu stwierdzała, że ​​siły rosyjskie straciły 87 procent całkowitej liczby przedwojennych żołnierzy lądowych w czynnej służbie i dwie trzecie czołgów znajdujących się na wyposażeniu przed 24 lutego 2022 r. Odtajniona ocena wywiadu podaje, że siły rosyjskie straciły 315.000 z 360.000 personelu, 2.200 z 3.500 czołgów i 4.400 z 13.600 bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych, które brały udział w inwazji na Ukrainę na pełną skalę. Z oceny wynikało, że pod koniec listopada 2023 roku rosyjskie siły lądowe utraciły ponad jedną czwartą przedinwazyjnych zapasów sprzętu wojskowego, co zmniejszyło złożoność i skalę rosyjskich działań ofensywnych na Ukrainie. 

Rosyjscy przywódcy podjęli jednak szeroko zakrojone działania w zakresie generowania sił, aby zrównoważyć straty w sile roboczej, a we wrześniu 2023 r. ukraiński wywiad podał, że siły rosyjskie liczyły na okupowanej Ukrainie 420.000 personelu. Częściowa mobilizacja rozpoczęła się we wrześniu 2022 r., a trwające rosyjskie wysiłki w zakresie kryptomobilizacji najprawdopodobniej zrównoważyły ​​rosyjskie straty zgłaszane przez wywiad USA, chociaż nowy rosyjski personel prawdopodobnie ma mniejsze zdolności bojowe niż ten, którego zastąpił. Rosyjskie dowództwo wojskowe prowadzi także długoterminowe wysiłki w zakresie restrukturyzacji i ekspansji w celu utworzenia rezerw strategicznych i przygotowania się na potencjalną przyszłą wojnę konwencjonalną na dużą skalę przeciwko NATO, chociaż krótko- i średnioterminowe zapotrzebowanie Ukrainy na siłę roboczą prawdopodobnie osłabi te wysiłki. Rosja stopniowo mobilizuje swoją bazę przemysłu obronnego (DIB), aby zaradzić stratom materiałowym na Ukrainie i podtrzymać przedłużający się wysiłek wojenny, choć nic nie wskazuje na to, aby Rosja poczyniła znaczące postępy w kompensowaniu strat w pojazdach opancerzonych na Ukrainie.

understandingwar.org

poniedziałek, 11 grudnia 2023


Maciej Miłosz: Właśnie wróciłeś z Ukrainy. Jak oceniasz sytuację na froncie?

Konrad Muzyka: Po nieudanej ukraińskiej kontrofensywie Rosjanie okrzepli i powoli przejmują inicjatywę. To dotyczy prawie całego frontu, od obwodu charkowskiego przez Donbas aż do Zaporoża. Wyjątkiem jest sytuacja w obwodzie chersońskim gdzie od ok. dwóch miesięcy Ukraińcy prowadzą operację na lewym brzegu Dniepru. Ale jednostki, które biorą w niej udział od czerwca, walczyły w zachodniej części obwodu donieckiego i były częścią oddziałów wydzielonych do ukraińskiej kontrofensywy. One miały zaledwie parę tygodni na odbudowanie zdolności i przygotowanie się do nowych działań. Ci żołnierze są w ciągłym boju w zasadzie od pół roku i są mocno zmęczeni, tak więc ich zdolności do działań muszą być ograniczone. Poza tym Ukraińcy nie mają możliwości by te jednostki znacząco wspierać.

Jeśli mówimy o wojskach ukraińskich, to intensywność działań na pewno spadła, po kontrofensywie ich zdolności ofensywne są wyczerpane. Obecnie do przeprowadzenia ataków na rosyjskie okopy brygady jednorazowo są w stanie wydzielić tylko jednostki wielkości plutonu, może dwóch, a więc kilkudziesięciu żołnierzy. Oni mają wsparcie artylerii, ale te spadki intensywności ostrzału są olbrzymie, to jest kilkadziesiąt procent mniej niż latem.

Od miesięcy front się praktycznie nie przesuwa, zmiany są marginalne.

Z obu stron są okopy, ta linia rozgraniczenia ma od kilkudziesięciu do kilkuset metrów. Jedna i druga armia stara się atakować te umocnienia, ale nasycenie środkami rozpoznawczymi z obu stron jest tak duże, że efektywne przemarsze większych kolumn mają miejsce tylko w nocy. Jeśli Ukraińcy prowadzą jakiekolwiek ataki na pozycje rosyjskie to robią to przed brzaskiem, gdy nasycenie dronami jest mniejsze. Atakują przed świtem, zajmują okop i muszą mieć ze sobą odpowiednią ilość zaopatrzenia: wody, jedzenia, amunicji by przetrwać w tym okopie przez kilkanaście godzin aż do czasu gdy zajdzie słońce. Wówczas ktoś będzie mógł do nich podejść lub podjechać i przekazać nowe zaopatrzenie. Próba przedostania się do tego okopu w ciągu dnia spotka się z rosyjskim ostrzałem artyleryjskim bądź użyciem środków przeciwpancernych albo dronów.

Cofnijmy się trochę w czasie – dlaczego kontrofensywa się nie powiodła?

Nie ma na to prostej odpowiedzi, czynników jest dużo. Po pierwsze, Ukraińcy wybrali do ataku miejsce, które dziś jest najbardziej ufortyfikowane w Europie. Pola minowe, okopy, nasycenie artylerią było ogromne, a Ukraińcy nie byli organizacyjnie w stanie przeprowadzić dużego ataku, który doprowadziłby do znaczącego przełamania rosyjskich linii na Zaporożu. Po drugie, oni nigdy nie prowadzili tego typu operacji, dlatego trudności pojawiły się też na poziomie prowadzenia operacji i dowodzenia. Sztaby nie były w stanie skutecznie przeprowadzić skoordynowanego ataku.

Problemem było też to, że wojsko ukraińskie rozproszyło swoje siły, część była zaangażowana pod Bachmutem, część wydzielona do zachodniej doniecczyzny, a ta największa została skierowana na oś w kierunku Tokmaku. Rozproszenie było za duże i niepotrzebne. Pojawiły się też trudności ze szkoleniem, zarówno po stronie NATO, jak i Ukraińców. Oni mówią, że Sojusz nie rozumie obecnej wojny, wszechobecności dronów rozpoznawczych oraz intensywności wykorzystania artylerii.

A Rosjanie?

Oni do tej kontrofensywy przygotowali się bardzo dobrze. Przez sześć miesięcy fortyfikowali swoje linie na Zaporożu, a Ukraińcy się wtedy skupiali na obronie Bachmutu. Gdyby część tamtych sił i środków obrońców była przekierowana na południe, tak by utrudnić Rosjanom tworzenie fortyfikacji jest bardzo prawdopodobne, że ta kontrofensywa wyglądałaby inaczej. To nie jest tak, że te tysiące kilometrów linii fortyfikacyjnych pojawiło się z dnia na dzień, to był długotrwały proces, który Ukraińcy obserwowali, ale nie byli go w stanie przerwać.

Jak radzą sobie teraz?

Ich trwająca już od miesiąca ofensywa pod Awdijiwką jest działaniem typowym dla szefa sztabu Federacji Rosyjskiej generała Gierasimowa. Ono polega na ciągłym posyłaniu do walki kolejnych oddziałów, to są kolejne fale, jeden oddział za drugim, itd. Ta operacja została poprzedzona bardzo dobrym rozpoznaniem, ma wsparcie dużych sił lotniczych i rakietowych, na ten kierunek została też przekierowana duża ilość środków artyleryjskich. Żadnego większego uzysku terytorialnego Rosja nie osiągnęła, ale Ukraińcy są w tym rejonie już bardzo mocno wykrwawieni.

Dwa tygodnie temu Wall Street Journal opisywał, historię jednej z ukraińskich kompanii wyposażonej w bojowe wozy piechoty Bradley. Owa kompania rozpoczęła kontrofensywę mając 120 żołnierzy. Obecnie służy w niej 20, wliczając rezerwowych, którzy zostali wcieleni w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Reszta jest albo martwa, ranna, lub została przeniesiona do innych zdań niż szturmowe.

Ale Awdijiwki bronią.

Ukraińcy w rejonie Awdijiwiki stosują tę samą taktykę co Rosjanie na Zaporożu, czyli bronią się do przodu. Jak Rosjanie zajmują teren, to automatycznie Ukraińcy kontratakują. To jest już wojna na wyczerpanie, Ukraińcy nie chcą w tym rejonie się cofać i płacą za to bardzo wysoką cenę. W tym artykule był przykład dowódcy kompanii, który po otrzymaniu rozkazu kontratakowania zajętego przez Rosjan okopu odmówił jego wykonania, ponieważ stwierdził, że ta operacja jest bez sensu i wiąże się z bardzo dużym ryzykiem. Atak mimo to miał miejsce. Na 36 wysłanych tam żołnierzy 17 poniosło śmierć. Ten sposób obrony się nie sprawdzi. Ukraińcy nie mogą walczyć na wyczerpanie z Rosją.

Jak wyglądają rosyjskie zapasy sprzętu?

W Rochan Consulting szacujemy, że obecna intensywność działań może być utrzymana przez Rosjan przez kolejne dwa – trzy lata. Oni produkują nowe czołgi, remontują stare, które składowali i te, które są uszkadzane na Ukrainie. Do tego dochodzi duży wzrost produkcji amunicji artyleryjskiej oraz olbrzymie dostawy dronów produkowanych w Rosji, ale też w Iranie czy Chinach. Prawdopodobnie rosyjski przemysł zbrojeniowy osiągnie szczyt możliwości produkcji w 2024 r. Nie wiemy jak długo on będzie trwał, jak długo rosyjska gospodarka to wytrzyma, ponieważ obecnie 40 proc. całego budżetu federalnego Rosji jest alokowane na sektor bezpieczeństwa czyli armię i wewnętrzne organy bezpieczeństwa. Prawdopodobnie to nie jest do utrzymania w średnim terminie pięciu czy dziesięciu lat.

Jednak pogłoski o tym, że ich gospodarka wpadnie w zapaść okazały się mocno przedwczesne.

Obecny deficyt budżetowy Rosji to zaledwie 1 proc. PKB. Gospodarka, która miała się przez sankcje popaść w ruinę, najpewniej w tym roku zanotuje 2-procentowy wzrost PKB. Po roku od nałożenia sankcji Federacja Rosyjska wyszła z kryzysu ekonomicznego. To oczywiście jest okupione dużym kosztem społecznym, ale to nie jest istotne, gdyż przekaz propagandowy jest jasny: Rosjanie walczą o przetrwanie i dlatego muszą być gotowi do poświęceń i wyrzeczeń w imię wojny z Zachodem, która właśnie ma miejsce. Nawet jeśli widzimy sytuacje, gdy rosyjscy żołnierze protestują, to trzeba pamiętać, że oni nie robią tego dlatego, bo nie chcą walczyć. Oni po prostu narzekają na brak odpowiedniego sprzętu i szkolenia.

Jak w tym kontekście wygląda kwestia dostaw uzbrojenia dla Ukrainy z Zachodu?

W marcu wskazywałem, że właśnie jesteśmy w szczytowym okresie tych dostaw i to się niestety sprawdziło. Obecnie w Europie nie ma takiej ilości sprzętu, która mogłaby wspomóc Ukraińców w przeprowadzeniu ofensywy w nadchodzącym roku. Wydaje się, że Stany Zjednoczone też nie przekażą Ukrainie takiej liczby wozów czy transporterów opancerzonych by móc utworzyć nowe brygady lub doposażyć stare. Pocieszeniem może być to, że część tego sprzętu, który Ukraińcy otrzymali w ostatnich miesiącach nie została wykorzystana w boju albo nie została zniszczona.

Dostawy z Zachodu są obecnie bardzo ograniczone, to bardzo widać szczególnie w zakresie amunicji 155 mm. One nie dość, że są małe to jeszcze nieregularne, co bardzo utrudnia planowanie działań nawet na poziomie taktycznym. Problemem jest też to, że nie ma planów co zrobić dalej. Jesteśmy trochę w błędnym kole. Zachód czeka, aż Ukraińcy przedstawią plany na kolejny rok, a oni czekają na informacje na jaki sprzęt mogą liczyć i na podstawie tego chcą planować co robić w kolejnym roku. Dlatego ciężko przewidywać co się wydarzy.

forsal.pl

7 grudnia kancelarie premiera Armenii Nikola Paszyniana i prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa poinformowały we wspólnym oświadczeniu, że w wyniku prowadzonych rozmów osiągnięto porozumienie co do konkretnych kroków mających na celu wzmocnienie wzajemnego zaufania. Jako gesty dobrej woli strony zapowiedziały zwolnienie jeńców wojennych (32 ormiańskich i 2 azerbejdżańskich) oraz wzajemne poparcie dla swoich kandydatów we władzach najbliższej Konferencji Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu.

Armenia i Azerbejdżan wezwały również społeczność międzynarodową, aby wsparła ich wysiłki na rzecz wypracowania w najbliższym czasie dodatkowych środków zaufania pomiędzy obiema stronami. W ocenie autorów oświadczenia „zaistniała historyczna szansa na osiągnięcie w regionie długo oczekiwanego pokoju”. W dokumencie podkreślono, że Armenia i Azerbejdżan potwierdzają wolę normalizacji wzajemnych relacji, zwieńczonej traktatem pokojowym opartym na szacunku dla suwerenności i integralności terytorialnej.

Wspólne oświadczenie zostało wysoko ocenione na Zachodzie. Przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel nazwał je istotnym przełomem w relacjach Baku i Erywania, przyjmując ze szczególnym zadowoleniem zwolnienie jeńców i „bezprecedensowe otwarcie w dialogu politycznym”. Zaznaczył przy tym, że taki pogłębiony dialog jest kluczowym celem prowadzonego pod auspicjami UE procesu pokojowego i wezwał liderów obydwu państw do jak najszybszego sfinalizowania traktatu pokojowego. W podobnym duchu wypowiedzieli się wysoki przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josep Borrell oraz rzecznik Departamentu Stanu USA Matthew Miller. Rosyjskie MSZ przyjęło oświadczenie „z zadowoleniem”.

Komentarz

Zbrojna likwidacja przez Azerbejdżan samozwańczej republiki Górskiego Karabachu i towarzyszący temu exodus całej ludności ormiańskiej we wrześniu br. (...), doprowadziły do zawieszenia oficjalnych kontaktów między przedstawicielami Erywania i Baku oraz do faktycznego zamrożenia trwającego od 2021 r. procesu pokojowego. Nie doszło do planowanych wcześniej spotkań Alijewa i Paszyniana w Grenadzie, przy okazji szczytu Europejskiej Wspólnoty Politycznej (5 października), ani w Biszkeku, na marginesie szczytu WNP (13 października). Równolegle do zamrożenia dialogu na najwyższym szczeblu Azerbejdżan wzmocnił presję na Armenię w kwestii odblokowania szlaków transportowych mających łączyć go z eksklawą w Nachiczewanie (tzw. korytarz zangezurski) i m.in. eskalował żądania w sporach granicznych z Armenią. Tym samym realna stawała się groźba ataku Azerbejdżanu na suwerenne terytorium Armenii (...). Jednocześnie istniały przesłanki świadczące o tym, że cały czas prowadzone są rozmowy nieoficjalne, o których opinia publiczna nie jest informowana – co przy okazji oświadczenia zostało potwierdzone.

Wiele wskazuje na to, że negocjacje przedstawicieli administracji Alijewa i Paszyniana toczyły się pod egidą, a przynajmniej przy jakimś wsparciu UE. Mogą o tym świadczyć zarówno częste wizyty wysokich rangą armeńskich i azerbejdżańskich urzędników w Brukseli, jak i entuzjastyczna reakcja unijna na wspólne oświadczenie ze strony Michela (oraz znacznie bardziej powściągliwa – Moskwy). Jeśli istotnie tak było – choć w oświadczeniu nie ma mowy o pośrednikach, a o wsparcie proszona jest społeczność międzynarodowa – prawdopodobne jest, że ewentualne porozumienie pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem może zostać zawarte pod patronatem UE. Musiałoby to jednak nastąpić w ciągu najbliższych miesięcy (w czerwcu 2024 r. odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, które pociągną za sobą zmiany w UE na kluczowych stanowiskach). Unia przejęła od Moskwy inicjatywę w procesie pokojowym od przełomu 2021 i 2022 r. i wydaje się, że traktowana jest przez obie strony jako najmniej kontrowersyjny i budzący najwięcej zaufania „broker”. Baku nie akceptuje włączenia do rozmów w formacie brukselskim jedynie prezydenta Francji, która otwarcie wspiera Armenię – w wyniku kontrowersji na tym tle nie doszło do szczytu w Grenadzie. Porozumieniem żyrowanym przez Moskwę nie jest z kolei zainteresowana Armenia – na październikowy szczyt WNP do Biszkeku Paszynian nie przyjechał (...).

Mimo że wspólne oświadczenie wydaje się przełamywać trwający impas i należy je uznać za daleko idące i dające nadzieję na porozumienie, sukces procesu pokojowego nie jest przesądzony. Dokumentu nie podpisali liderzy obu państw, nie jest też zapowiedziane żadne kolejne spotkanie na szczycie. Z pewnością jednak w chwili obecnej oddala się groźba kolejnej wojny – zwłaszcza w kontekście wspomnianego w oświadczeniu kontynuowania rozmów. Bardzo możliwe, że w ciągu nadchodzących miesięcy w relacjach pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem dojdzie do przesilenia, w ramach którego bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest zawarcie traktatu pokojowego i nawiązanie relacji dyplomatycznych (po czym nastąpiłaby z pewnością normalizacja relacji Armenii i Turcji). Wciąż jednak nie można też całkowicie wykluczyć wariantu wojennego, tj. „przebicia” przez Azerbejdżan korytarza do eksklawy Nachiczewanu i starć granicznych. Jakiekolwiek (szybkie) rozstrzygnięcie – przedstawione jako sukces Baku – będzie Alijewowi potrzebne w kontekście rozpisanych na 7 lutego 2024 r. przedterminowych wyborów prezydenckich (ogłoszono to także 7 grudnia). Ma on prawo wystartować w nich po raz kolejny – liczba kadencji nie jest w Azerbejdżanie ograniczona. 

osw.waw.pl

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa podkreśliła, że ​​maksymalistyczne cele Rosji na Ukrainie nie uległy zmianie, powtarzając żądanie Kremla dotyczące pełnej kapitulacji politycznej Ukrainy i akceptację przez Kijów żądań militarnych i terytorialnych Rosji, zamiast sugerować jakąkolwiek chęć poważnych negocjacji. W pisemnym wywiadzie dla AFP z 9 grudnia Zacharowa stwierdziła, że ​​„kompleksowe, trwałe i sprawiedliwe rozwiązanie” na Ukrainie może nastąpić jedynie wtedy, gdy Zachód przestanie „pompować siły zbrojne Ukrainy bronią”, a Ukraina zda rzekomo należące do Rosji ukraińskie terytorium Ukrainy i „wycofa swoje wojska”, prawdopodobnie z terytorium Ukrainy, które Rosja twierdzi, że anektowała. Zacharowa podkreśliła utrzymujące się od dawna twierdzenia Kremla, że ​​Rosja najechała Ukrainę w celu „demilitaryzacji”, „denazyfikacji” i „zapewnienia praw obywatelom rosyjskojęzycznym” na Ukrainie. Kreml konsekwentnie używa terminu „denazyfikacja” jako hasła oznaczającego usunięcie wybranego rządu Ukrainy i zastąpienie go takim rządem, który Kreml uważa za akceptowalny, czyli zmianą reżimu. „Demilitaryzacja” w oczywisty sposób pozostawiłaby Ukrainę na stałe na łasce Rosji. W komentarzach Zacharowej wyraźnie widać, że początkowe cele rosyjskiej inwazji na Ukrainę na pełną skalę, określone przez prezydenta Rosji Władimira Putina 24 lutego 2022 roku, nie uległy zmianie i że Putin nie zamierza kończyć wojny, chyba że jego maksymalistyczne cele zostałyby osiągnięte. 

(...)

Kreml w dalszym ciągu wyraża coraz bardziej antyizraelskie stanowisko w sprawie wojny między Izraelem a Hamasem, pomimo udawania zainteresowania rolą neutralnego arbitra w konflikcie. (...) Prezydent Rosji Władimir Putin i premier Izraela Benjamin Netanjahu odbyli 10 grudnia rozmowę telefoniczną, która trwała 50 minut i skupiała się głównie na wojnie Izrael–Hamas. Putin zauważył, że w Strefie Gazy panuje „katastrofalna sytuacja humanitarna” i podkreślił, że unikanie konsekwencji dla ludności cywilnej przy przeciwdziałaniu zagrożeniom terrorystycznym jest tak samo ważne, jak odrzucanie i potępianie terroryzmu. Komentarze Putina są godne odnotowania w świetle zniszczeń, jakie rosyjska inwazja na Ukrainę przyniosła tamtejszej ludności cywilnej, oraz celowych wysiłków Rosji mających na celu zadanie cierpień ukraińskiej ludności cywilnej poprzez ataki na infrastrukturę energetyczną w okresie zimowym. Putin podobno powtórzył początkowe retoryczne stanowisko Kremla w sprawie wojny Izrael–Hamas, twierdząc, że Rosja jest gotowa złagodzić cierpienia ludności cywilnej i deeskalować konflikt. W ostatnich tygodniach Putin coraz bardziej odchodził od tej bardziej neutralnej retoryki na rzecz znacznie bardziej antyizraelskiego stanowiska, w szczególności twierdząc, że wojna prowadzi do „eksterminacji ludności cywilnej w Palestynie”. Netanjahu podobno wyraził niezadowolenie ze stanowiska Rosji wobec Izraela, które rosyjscy urzędnicy sformułowali w Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ) i innych organizacjach wielostronnych. Netanjahu skrytykował także Rosję za „niebezpieczną współpracę” z Iranem, zwłaszcza po spotkaniu Putina z prezydentem Iranu Ibrahimem Raisim w Moskwie 7 grudnia. Putin prawdopodobnie chciał złagodzić obawy Izraela dotyczące rosyjskiego wsparcia dla Hamasu i pogłębiania rosyjsko-irańskiego partnerstwa w dziedzinie bezpieczeństwa, ale izraelska i rosyjska retoryka otaczająca rozmowę sugeruje, że Putinowi prawdopodobnie się to nie udało. 

(...)

Rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow podczas przemówienia na Forum w Doha 10 grudnia odwołał się do historycznych zwycięstw militarnych Rosji i ZSRR, próbując bagatelizować rosyjskie straty na Ukrainie i degradację zdolności wojskowych Rosji. Ławrow twierdził, że akcja militarna „rozpętana przez USA rękami Ukrainy” jedynie wzmocniła Rosję i twierdził, że zjawisko to można porównać do rzekomego wzrostu siły Rosji po zwycięstwach militarnych nad Napoleonem w XIX w. i Hitlerem w czasie II wojny światowej. Ławrow odwołał się do tych fałszywych analogii historycznych, aby zminimalizować straty Rosji na Ukrainie i zapewnić, że Rosja nadal będzie w stanie pokonać Zachód w hipotetycznej konfrontacji, tak jak imperium rosyjskie i Związek Radziecki walczyły z mocarstwami europejskimi w poprzednich kosztownych wojnach. 

understandingwar.org