poniedziałek, 23 października 2023



Kryzys wokół Strefy Gazy przyczynił się do ogromnego wzmożenia politycznego i społecznego w Turcji. Od 7 października stanowisko tamtejszych władz zaostrza się i przybiera różne formy: od wezwań do deeskalacji, poprzez krytykę działań podejmowanych przez Izrael (oraz USA jako czynnika nasilającego konflikt), po jego potępienie w związku z oskarżeniem o zbombardowanie szpitala w Gazie. Obok ostrych wypowiedzi prezydenta podpisano bezprecedensową, popartą przez wszystkie siły polityczne w parlamencie deklarację potępiającą Izrael ze względu na jego domniemany atak na wspomniany szpital. Turcja ogłosiła również trzydniową żałobę narodową, a w parlamencie gościła delegacja Hamasu. Równocześnie przez kraj przetoczyła się fala propalestyńskich demonstracji, m.in. pod ambasadą i konsulatami Izraela oraz Stanów Zjednoczonych, a także amerykańskimi bazami wojskowymi w İncirliku i Malatyi. W następstwie protestów Izrael ze względów bezpieczeństwa wycofał swój personel dyplomatyczny z Turcji oraz wezwał własnych obywateli do opuszczenia jej (USA zamknęły swój konsulat w Adanie i zaleciły ostrożność swoim obywatelom).

Jednocześnie Turcja rozpoczęła intensywną kampanię dyplomatyczną: minister spraw zagranicznych przeprowadził liczne rozmowy ze swoimi odpowiednikami w Stanach Zjednoczonych, Egipcie, Katarze, Arabii Saudyjskiej, Iranie i Libanie oraz wziął udział w spotkaniu Organizacji Współpracy Islamskiej w Dżuddzie, a prezydent dyskutował m.in. z prezydentem Rosji, kanclerzem Niemiec i premierem Zjednoczonego Królestwa. Ankara konsekwentnie wzywa do – wymierzonej głównie w Izrael – deeskalacji konfliktu – proponuje mediację, zwłaszcza w sprawie uwolnienia zagranicznych zakładników przetrzymywanych przez Hamas, oraz postuluje całościowe rozwiązanie sporu na podstawie rezolucji ONZ wzywającej do utworzenia państwa palestyńskiego ze stolicą w Jerozolimie Wschodniej.

Komentarz

Kwestia palestyńska jest tradycyjnie nośnym tematem w Turcji – na poziomie zarówno politycznym, jak i społecznym. W ostatnich dekadach jej sympatie ciążą w stronę palestyńską, co wiąże się m.in. z akcentowaniem bliskości kulturowej (religijnej i historycznej), krytycznym podejściem do prowadzonej z pozycji siły polityki Izraela i USA wobec regionu, wreszcie – ambicjami do nieformalnego przywództwa w świecie islamskim (i szerzej: na Globalnym Południu). Ankara utrzymuje kontakty z Hamasem, którego nie uznaje za organizację terrorystyczną. W 2010 r. po – zablokowanej przez Izrael (zginęło ośmioro obywateli tureckich) – kontrowersyjnej próbie dostarczenia przez Turcję pomocy humanitarnej do Gazy doszło do wieloletniego zamrożenia stosunków dyplomatycznych między oboma krajami. W ostatnich latach podjęły one jednak wiele działań na rzecz poprawy relacji. Dla Ankary były one krokiem w stronę normalizacji relacji z Bliskim Wschodem, elementem koniecznym do ocieplenia stosunków z Waszyngtonem i przestrzenią do współpracy w sferze energetycznej z Izraelem. W 2022 r. izraelska ambasador powróciła do Ankary, a na jesień br. zaplanowano wizytę premiera Izraela w Turcji. W ostatnich miesiącach Turcja uczyniła też wiele w celu zbliżenia ze Stanami Zjednoczonymi. Obecny kryzys oznacza ponowne zaostrzenie relacji na poziomie międzypaństwowym.

Pierwsze reakcje Turcji na kolejną odsłonę konfliktu izraelsko-palestyńskiego i ich ewolucja są typowe dla kursu Ankary w ostatnich latach. Próbuje ona (podobnie jak w odniesieniu do wojny na Ukrainie) kreować się na wpływowego mediatora reprezentującego interesy świata, zaniepokojonego tyleż potencjalnymi skutkami kryzysu wywołanego przez mocarstwa, co – w tym przypadku – jednostronną polityką Izraela oraz USA, de facto wspierających izraelską operację. Dodatkowym – obok nośności kwestii palestyńskiej w Turcji – impulsem do przyjęcia krytycznej postawy względem postępowania Waszyngtonu było zaostrzenie stosunków turecko-amerykańskich po zestrzeleniu tureckiego drona nad Syrią 5 października. Jednocześnie Ankara realnie obawia się eskalacji kryzysu na cały Bliski Wschód, co zagroziłoby m.in. trwającej poprawie jej współpracy politycznej i gospodarczej z państwami regionu (w warunkach kryzysu gospodarczego w Turcji). Szczególne zaniepokojenie musi budzić groźba rozszerzenia sporu o Iran w obliczu tlącego się kryzysu w Syrii oraz napięć na Kaukazie Południowym. W tym ostatnim przypadku Turcja obawia się konfliktu pomiędzy Iranem i Azerbejdżanem – jej kluczowym partnerem, jedocześnie ściśle kooperującym z Izraelem przeciw Iranowi. Baku zajęło wobec sytuacji w Strefie Gazy pozycję demonstracyjnie proizraelską.

Istotnym punktem odniesienia dla polityki Ankary jest postawa tureckiego społeczeństwa i tamtejszych elit. W przypadku ich części (w tym zwolenników partii islamskich, obecnych w parlamencie z list zarówno AKP, jak i opozycji) kształtuje ją silne poczucie wspólnoty religijnej i historycznej z Palestyńczykami. Opinię większości Turków determinują silnie zakorzenione obawy przed zachodnim (w aktualnych warunkach – amerykańskim) neoimperializmem. Tradycyjnie mocno akcentowany jest – również w mediach – wymiar moralny i humanitarny kryzysu. Siła tych postaw znalazła odbicie w bezprecedensowej wspólnej deklaracji wszystkich sił parlamentarnych (konserwatywnych, nacjonalistycznych oraz kurdyjskiej lewicy), ostrych wypowiedziach liderów partii opozycyjnych, zarzucających Izraelowi zbrodnie przeciw ludzkości (Kemal Kılıçdaroğlu, lider CHP) czy porównujących premiera tego państwa do Hitlera (Meral Akşener, liderka İYİ), a także manifestacyjnym udziale syna prezydenta w demonstracjach oraz w nagłośnieniu konieczności udzielania pomocy humanitarnej Gazie przez zięcia przywódcy – Selçuka Bayraktara. Wyrazem postawy społeczeństwa były masowe protesty w tureckich miastach. W ich trakcie m.in. próbowano zająć konsulat izraelski w Stambule oraz zablokować amerykańskie instalacje wojskowe (stację radarową Kürecik k. Malatyi).

W najbliższej przyszłości należy spodziewać się utrzymania obecnych trendów: narastającej krytyki Izraela, jak również nagłaśniania prób mediacji, nawoływania do deeskalacji, podkreślania humanitarnego wymiaru konfliktu oraz potrzeby jego politycznego rozwiązania zakładającego utworzenie niepodległego państwa palestyńskiego. Przyniosą one zapewne znaczne ochłodzenie relacji Turcji z Izraelem, a także z USA – choć zapewne bez chęci wywołania w nich poważnego kryzysu – oraz intensywne poszukiwanie wspólnego frontu z państwami Bliskiego Wschodu – przede wszystkim Arabią Saudyjską i Egiptem. Bardzo dużym wyzwaniem dla Turcji byłoby rozszerzenie konfliktu w Gazie na region, zwłaszcza bezpośrednie zaangażowanie weń Iranu – głównie ze względu na potencjalne konsekwencje dla Kaukazu Południowego.

osw.waw.pl


Docenić?

Taka partia jak Platforma ma pewien problem w sytuacji, kiedy klasa ludowa może sobie pozwolić prawie na to samo, co klasa średnia. Bo doły w Polsce doszlusowały do średniaków, płaca minimalna rośnie szybciej niż płaca przeciętna, nastąpiło względne spłaszczenie dochodów i może to rodzić dyskomfort klasowy. Mówiąc trochę złośliwie, trzeba by teraz zacząć czytać książki, wypełniać nimi półki, żeby się jakoś odróżnić od dołów. I ja rozumiem tę emocję. Uważam zresztą, że da się dopieścić klasę średnią bez wygrażania dołom i bez opowieści o „likwidowaniu rozdawnictwa". Ale pieniądze na ewentualne obniżki podatków dla klasy średniej trzeba znaleźć u najbogatszych.

Na razie Hołownia ogłasza: „W niedzielę 15 października skończyło się w Polsce rozdawnictwo".

Bo część klasy średniej chce takie rzeczy słyszeć. Jego koledzy twierdzą, że chodziło o rozdawnictwo dla swoich pociotków, czyli że coś innego chciał powiedzieć.

Z kolei Petru w RMF mówi tak: „Ograniczenie 800 plus dałoby możliwość sfinansowania podwyżek wynagrodzenia nauczycieli".

Wcale nie ma dylematu: albo 800 plus, albo podwyżki dla nauczycieli. Ja bym w każdym razie takiego dylematu nie miał, gdybym rządził. Sytuacja budżetowa pozwala na to i na to. Przecież 800 plus to tak naprawdę 500 plus po uwzględnieniu inflacji. To nie jest nowa góra pieniędzy, tylko w gruncie rzeczy waloryzacja. Utrzymujemy wartość tego świadczenia z 2016 roku, tak samo jak 30 procent podwyżki dla nauczycieli to nie będzie żadna dodatkowa manna z nieba, tylko głównie rekompensata inflacyjna. Daleko tu do mitycznego rozdawnictwa. Powtórzę: teraz jest fatalny moment na cięcia, bo igramy z poważnym osłabieniem koniunktury. 

Zacytował pan w mediach społecznościowych polskiego ekonomistę Michała Kaleckiego, który niemal sto lat temu pisał tak: „W tej sytuacji prawdopodobnie sformuje się blok wielkiego kapitału i interesów rentierskich, i blok ten znajdzie niejednego ekonomistę, który orzeknie, że sytuacja jest wybitnie niezdrowa. Nacisk wszystkich sił, a szczególnie wielkiego kapitału, skłoni zapewne rząd do powrotu do tradycyjnej polityki unikania deficytu budżetowego".

Rolę tych kapitanów przemysłu z klasycznych prac Kaleckiego pełnią teraz rynki finansowe. I teraz one naciskają na oszczędności.

Właściwie dlaczego?

Kalecki też stawiał to pytanie: dlaczego w gospodarczej grze wielkiemu kapitałowi tak bardzo zależy na budżetowych oszczędnościach i zaciskaniu pasa? Można się dziwić, bo przecież biznesowi powinno zależeć na pobudzaniu gospodarki, wtedy zyski rosną. Kalecki tłumaczy to tym, że kapitanowie przemysłu - takiego używa określenia - lubią mieć dyscyplinę w gospodarce. A nie ma dyscypliny bez bezrobocia, bo jak o pracę łatwo to panuje bezhołowie i warcholstwo wśród pracowników, którzy mogą sobie wybierać swoich przedsiębiorców.

Niedawno po internecie krążył wywiad z Timem Gurnerem, australijskim multimilionerem. Wywołał ogromne kontrowersje. „W mojej opinii bezrobocie powinno wzrosnąć o 40-50 procent" - mówi Gurner. „Musimy zobaczyć cierpienie w gospodarce, musimy przypomnieć ludziom, że oni pracują dla pracodawcy, a nie odwrotnie. Teraz pracownik uważa, że to pracodawca ma ogromne szczęście, że ma pracownika, więc musimy zabić taką postawę". To świetny cytat, który wiele pokazuje: chodzi o to, żeby pracownicy na dole zostali zdyscyplinowani. Gurner to modelowa postać z prac Kaleckiego, wręcz chochoł, który świetnie ilustruje klasyczne teorie polskiego ekonomisty.

gazeta.pl

niedziela, 22 października 2023


Wstrząsy na Bliskim Wschodzie są częścią łańcucha regionalnych wojen i konfliktów: Górski Karabach, Ukraina, a teraz Izrael. Porządek świata przestał być stabilny, chwieje się na naszych oczach.

Wszystkie te wojny rodzą się z przeszłych konfliktów, które nigdy nie zostały właściwie rozwiązane. Na przykład wiele osób chce, aby wojna w Ukrainie wkrótce się skończyła. Ale o wiele ważniejsze jest, aby zakończyć ją w taki sposób, aby nie wybuchła ponownie. Obecnie doświadczamy skutków 30 lat niechlujnego rozwiązywania konfliktów.

Dlaczego właśnie teraz wszystkie te konflikty wybuchają niemal jednocześnie?

Po pierwsze, wciąż odczuwamy skutki pandemii, zarówno pod względem gospodarczym, jak i społecznym.

Po drugie, stosunki międzynarodowe zmieniły się w ciągu ostatnich dziesięciu lat. W przeszłości Rosja i Chiny nie były zainteresowane konfliktem w Strefie Gazy. Teraz mamy Władimira Putina, który wzywa Izrael do powściągliwości — chociaż Rosja i Izrael mają zasadniczo dobre stosunki. Ani Pekin, ani Moskwa nie potępiły ataku Hamasu jako aktu terroryzmu.

Jest dokładnie tak, jak w latach 70.: konflikty regionalne są częścią większej całości geopolitycznej. Właśnie ta świadomość przeraża wiele osób — to, co obecnie dzieje się na świecie, jest znacznie większe od nich samych. Ale strach może okazać się pożyteczny.

W jaki sposób?

Dzięki niemu możesz zdać sobie sprawę, jakiej przyszłości próbujesz zapobiec. Zachowanie niemal wszystkich aktorów na Bliskim Wschodzie wskazuje, że pomyśleli oni o tym, że wszystko może pójść naprawdę źle. I dlatego dążą w innym kierunku — obrali kurs na przyszłość, w której ten najgorszy scenariusz się nie wydarzy.

Czy obecna sytuacja na świecie przeraża wielu ludzi także dlatego, że, w przeciwieństwie do przeszłości, nie ma już stabilnych biegunów — takich jak USA i Związek Radziecki? Zamiast nich mamy szereg aktorów, którzy działają nieprzewidywalnie.

To analiza retrospektywna. Po zakończeniu zimnej wojny okazało się, że rzeczywiście miała ona stabilizujący wpływ. Ale gdy trwała, ludzie żyli w ciągłym poczuciu balansowania na krawędzi wojny nuklearnej. Jeśli dziś zapytamy o to osoby starsze, uznają, że był to straszny czas.

Drugą kwestią są nasze zachowania związane z dostępem do informacji. Podczas gdy nasi dziadkowie mogli słuchać radia raz dziennie, dziś tkwimy w centrum wydarzeń w Gazie przez cały dzień. Nawet nasza świadomość jest częścią pola bitwy. Organizacje takie jak Hamas wykorzystują to do szerzenia strachu.

onet.pl/Die Welt

Nad ranem 10 października 2023 roku armia rosyjska podjęła próbę przejęcia inicjatywy i rozpoczęła działania ofensywne na niemal całej linii frontu w regionie Donbasu, Azowa, Kremiennej. Przejście rosyjskiej armii z pasywnej, reaktywnej obrony do czynnej kontrofensywy mogło się wydawać, że było to całkowitym zaskoczeniem, choć jak sami Rosjanie piszą, tylko lokalnym.

(...)

W mojej ocenie, jest to zamierzona wypracowana przez dowództwo Sił Zbrojnych Ukrainy (SZU) sytuacja, która ma na celu sprowokowanie Rosjan do działań ofensywnych na najbardziej niekorzystnych warunkach, tam, gdzie teren jest silnie ufortyfikowany i w ramach „zachęty” obsadzony skromnymi ukraińskimi siłami.

W poprzednim roku ukraiński Sztab Generalny z powodzeniem zastosował ten sam manewr (Bachmut), na który znów złapali się Rosjanie. Skutkiem tego był utrata przez Moskwę prawego brzegu rzeki Dniepr i części wschodniej obwodu charkowskiego.

W ciągu pierwszych dni obecnej rosyjskiej „kontrofensywy” eksperci zajmujący się tematyką wojskową określali te działania jako swojego rodzaju „strategiczną operację ofensywną armii rosyjskiej”. Szczególnie pozytywne są oficjalne komunikaty o prowadzonych walkach wydawane przez rosyjskie ministerstwo obrony, ale tak naprawdę chodzi przede wszystkim, o przekaz medialny. Moskwa jest pod presją, by pokazać własnemu społeczeństwu, że ich własna armia jeszcze posiada możliwości do prowadzenia ofensywy.

Prawdopodobnie największym problemem rosyjskich generałów rezydujących na moskiewskiej ul. Znamienka 14 (Sztab Generalny), a za razem całych Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej (SZ FR), jest posiadanie rzeczywistej możliwości prowadzenia działań ofensywnych nie tylko w obszarze silnie ufortyfikowanej – Awdijiwki, ale na szerokim froncie.

Ukraińcy posiadają sieć połączonych ufortyfikowanych obszarów tzw. dawnego ATO (operacji antyterrorystycznej), które rozciągają się w centrum obecnego frontu, rozbudowywanych od końca 2014 roku. Wielokrotnie Rosjanie atakowali te pozycje tracąc mnóstwo zasobów oraz wiele krwi.

Awdijiwka to najbliższe przedmieście Doniecka i od 2014 roku, podobnie jak kolejna podmiejska Maryinka, znajduje się pod pełną kontrolą SZU. Są to obszary bezpośrednio zagrażające aglomeracji zajętej przez rosyjskich separatystów. Jak wspominałem Ukraińcy bardzo dobrze przygotowali ten obszar budując umocnienia z żelbetonu.

Wcześniej tak nie było.

W 2015 roku jednostki „donieckiej milicji ludowej” wspartej jednostkami rosyjskimi, po ciężkich walkach zdołały zdobyć ważny obszar i węzeł kolejowy w Debalcewie, likwidując ten sposób nieprzygotowany do obrony ukraiński występ, który od wschodu poważnie zagrażał opanowanej przez Rosjan stolicy Donbasu. Kijów zapamiętał tą lekcję i zawczasu silnie ufortyfikował, pozostałe kontrolowane przez siebie przedmieścia Doniecka, czyniąc z nich wielokondygnacyjne rejony umocnione z siecią fortów.

Od dekady Ukraińcy je nieustannie ulepszali, przez co są idealnym miejscem do obrony i jednocześnie ostrzeliwania okupowanej aglomeracji artylerią, która niszczy rosyjską infrastrukturę logistyczną, szczególnie poruszającą się wzdłuż rokadowych dróg kolejowych biegnących w kierunku Zaporoża. Jak dotąd Moskwa nic nie mogła z tym zrobić.

Oczywiście próbowano zmienić tą niekorzystną sytuację i to wielokrotnie.

Już wcześniej, jednostki separatystów z DNR samodzielnie starały się zająć Awdijiwkę, Maryinkę, Peski, jednak za każdym razem zmuszone były do odwrotu i płaciły za to ciężkimi stratami.

Jak widać bezpośrednie atakowanie ufortyfikowanych obszarów, bez wymaganego wsparcia lotnictwa, rozbudowanego systemu rozpoznania i wyznaczania celów dla artylerii, było daremnym krwawym ćwiczeniem uczącym Rosjan, a szczególnie jednostki separatystów, jak należy prowadzić działania szturmowe.

Tak naprawdę Rosjanie (separatyści) mieli dwie opcje: albo zniszczyć warstwową obronę SZU wystrzeliwując w te obszary ogromną liczbę artyleryjskich pocisków, bomb lotniczych i licząc, że to one przebiją beton ukraińskich fortów, co jest kosztowne, albo przeprowadzić połączoną operację szturmową w celu okrążenia umocnionych przedmieść Doniecka, co miało pozbawić ukraińskie garnizony zaopatrzenia i możliwości rotacji sił, przez co w ten sposób zmusić Kijów do odwrotu.

Aby wykonać to zadanie Rosjanie musieliby posiadać wystarczającą ilość szybujących bomb lotniczych, które można było zrzucić poza zasięgiem ukraińskiej obrony powietrznej. Drugim warunkiem pozwalającym im przeprowadzić operację okrążenia Awdijiwki i Maryinki jest posiadanie wystarczającej ilości artylerii z odpowiednim zapasem amunicji, niezbędnym do tego typu operacji. Kolejnym warunkiem jest posiadanie pojazdów opancerzonych, których notorycznie brakowało, wcześniej szturmujących te pozycje, separatystom.

Oczywiście sytuację zmieniło wchłonięcie jednostek donieckich przez armię rosyjską, które po uzupełnieniu, stanowią obecnie jedyną wyszkoloną siłę uderzeniową na tym kierunku operacyjnym. Rosjanie postanowili wykorzystać te świeże siły do szybkiej kontrofensywy, tym bardziej, że ukraińska letnia ofensywa załapała jesienną „zadyszkę”. Postanowili z zaskoczenia przejąć inicjatywę w spektakularny sposób.

Okazało się jednak, że istnieją pewne niuanse, które po sześciu dniach intensywnych walk Rosjanie zaczęli już zauważać.

Początkowo oceniali, że Ukraińcy popełnili strategiczny błąd.

Podczas pierwszego etapu ograniczonych działań ofensywnych realizowanych przez rosyjskie zgrupowanie „Południe” zauważono, że Kijów pozostawił w tych ufortyfikowanych przedmieściach stosunkowo niewielką grupę jednostek bez silnej osłony artylerii, które dodatkowo zostały rozproszone po rozległej linii frontu. Jednocześnie SZU skoncentrowały własne działanie ofensywne na kilku odległych od siebie kierunkach operacyjnych nie mogących (teoretycznie) ze sobą współpracować.

Pozostawione słabe ukraińskie luki były bardzo dla Rosjan atrakcyjne.

Rezydenci z ul. Znamienka założyli, że silne zgrupowania pancerno-zmechanizowane przy wsparciu ciężkiej artylerii i lotnictwa natychmiast wyrzucą Ukraińców z ufortyfikowanych przedmieść Donbasu. Zakładano prawdopodobnie natychmiastowe wykonanie głębokich przełomów i okrążeń z utworzeniem tam „kotłów” jak w 2014 roku. Gdyby się to udało, to było by to spektakularną porażką SZU na końcówce jej własnej ofensywy, co przełoży się na strategiczny sukces SZ FR.

(...)

Ale rosyjska kontrofensywa pokazała, że jest inaczej.

Rzeczywistość zweryfikowała wysiłek Rosyjskich Sił Powietrzno Kosmicznych (SPK), który okazał się niewystarczający, by długotrwale zapewnić lokalną przewagę w powietrzu i wsparcie działań własnych wojsk lądowych, ze względu na aktywny przeciwdziałanie ze strony systemów obrony powietrznej Ukrainy.

Próby zbombardowania umocnionych pozycji SZU z małych wysokości skutkowały nieuzasadnionymi stratami w rosyjskich samolotach i pilotach. Na początkowym etapie SPK po prostu z różnych przyczyn nie używała bomb szybujących, które można zrzucać poza strefę oddziaływania systemu obrony powietrznej średniego zasięgu. Przewaga SZ FR nad SZU pod względem liczby środków artyleryjskich została zniwelowana przez znacznie niższą celność ich trafień, co ostatecznie doprowadziło do wygenerowania tzw. „głodu pocisków” szczególnie popularnego wśród rosyjskiego bezpośredniego wsparcia ogniowego, kalibru 122 mm.

Problemy z celnością rosyjskiej artylerii spowodowane były przede wszystkim z dotkliwym niedoborem dronów rozpoznawczych do wyznaczania celów oraz brakiem wydajnego systemu kierowania ogniem. Zdolność armii rosyjskiej do skutecznego ataku była krytycznie ograniczona brakiem wykwalifikowanych młodszych oficerów i podoficerów, mogących przejąć odpowiedzialność za dowodzenie na poziomie taktycznym. Regułą było, że ze względu na rotację wspólnie obok siebie walczyły różne rosyjskie formacje. W działaniach bojowych obok siebie mogli znajdować się żołnierze SZ FR, „milicji ludowych” LNR i DNR, Rosgwardii, BARSu, „Grupy Wagnera” i różnych innych jednostek ochotniczych, tworząc w ten sposób niejednorodną strukturę, w wielu wypadkach niemogącą ze sobą współpracować w walce na wydajnym poziomie.

Przez pierwsze półtora roku wojny na Ukrainie armia rosyjska nie miała innego wyjścia, musiała przejść do defensywy przy jednoczesnym stałym zwiększaniu własnych zdolności bojowych. Temu miała zapobiec ukraińska krocząca ofensywa.

Co zatem zmieniło się na przestrzeni tych 600 dni w SZ FR?

Przedstawię w mojej opinii fakty wskazujące na pozytywne zmiany w SZ FR.

Po pierwsze we wrześniu 2022 roku, zdaniem wielu rosyjskich analityków wojskowych po nieuzasadnionym opóźnieniu, w Rosji przeprowadzono mobilizację (zwaną też „częściową), która pozwoliła ustabilizować sytuację na froncie oraz zachować strukturalną spójność pododdziałów. Od wiosny 2023 roku trwa w Rosji bezprecedensowa i zakrojona na szeroką skalę kampania informacyjna mająca na celu rekrutację nowego personelu wojskowego oraz kontraktowego. Według moich szacunków możliwości cyklu szkoleniowego pozwala Rosjanom przeszkolić miesięcznie do poziomu podstawowego 10-20 tys. rekrutów.

Po drugie, Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej przeprowadziło usprawnienie systemu dowodzenia i budowę jednolitego pionu operacyjnego mającego kompetencję do dowodzenia w stosunku do wszystkich rodzajów jednostek. Proces ten nie odbył się bez strat. Była to jedna z mniej znanych, ale jedna z wielu przyczyn buntu „Grupy Wagnera”.

Po trzecie, wszystko wskazuje, że Rosjanom udało się zwiększyć produkcję (lub importu) pocisków artyleryjskich kalibru 152 mm. Pojawiły się ulepszone dronowe systemy uderzeniowe „Lancet”, które mogą teraz razić cele w odległości nawet do 120 km. Uruchomiono produkcję tanich „skrzydlatych” modułów, które umożliwiają zrzucanie bomb lotniczych o wadze 500 i 1500 kg bez wchodzenia w strefę śmierci systemu obrony powietrznej średniego zasięgu. Teraz rosyjskie Su-34 codziennie bombardują pozycje SZU bombami szybującymi, a skuteczność rosyjskich sił SPK wzrosła wielokrotnie, co poważnie przełożyło się na zmniejszenie wydajności ukraińskiej ofensywy.

Po czwarte, dzięki aktywnej pomocy przychylnych Rosji państw w tym szczególnie Chin, udało się znacząco rozwiązać problem bezpiecznej łączności cyfrowej szczególnie w jednostkach bojowych. Obecnie Rosja pracuje nad kwestią wyposażenia w łączność cyfrową wszystkich pojazdów opancerzonych, które są potrzebne do działań w ramach zintegrowanych pododdziałów szturmowych, co ma być warunkiem prowadzenia rosyjskiej ofensywy z głębokimi przełomami.

Po piąte, również przy wsparciu Chin udało się Rosji załagodzić problem małych dronów rozpoznawczych, które coraz częściej pojawiają się nad polem walki, co potwierdzają sami Ukraińcy.

Ogólnie dynamika tych zmian strukturalnych oraz sprzętowych jest podyktowana potrzebami pola walki i co chcę tu szczególnie podkreślić, jest implementowana na całą strukturę SZ FR, poprzez systemowe rozwiązania adaptowania dobrych frontowych praktyk. Czy pomimo braków sprzętowych, może to Rosjanom dać przewagę nad kolejnym przeciwnikiem?

Czas pokaże.

(...)

ppłk rez. Maciej Korowaj

defence24.pl

sobota, 21 października 2023


Klaus Geiger: Rosja najechała Ukrainę, Iran sponsoruje atak terrorystyczny Hamasu na Izrael, Chiny otwarcie grożą Tajwanowi inwazją. Trzy dyktatury — z których dwie są potęgami nuklearnymi, a jedna prawie nią jest — zakłócają porządek świata i mają wsparcie wielu krajów na świecie. Jak do tego doszło?

Christopher Walker: Przez bardzo długi czas autorytarne reżimy poświęcały ogromne zasoby, aby przesunąć polityczny środek ciężkości świata w kierunku swoich standardów. Wolne demokracje muszą w końcu zrozumieć, jak działają ich rywale, aby móc podjąć z nimi walkę.

Dziś jesteśmy świadkami czegoś zupełnie nowego. Do tej pory rozróżnialiśmy między "twardą siłą", czyli siłą militarną, a "miękką siłą" (soft power), przez którą rozumiemy atrakcyjność kulturową kraju. To, co robią współczesne reżimy, ma nowy wymiar. Nazywam to "ostrą siłą".

Czym jest ta "ostra siła"?

Reżimy takie jak Chiny czy Rosja monopolizują idee i tłumią alternatywne narracje. Robią to agresywnie.

Pekin na przykład zmusza inne kraje do autocenzury. Tradycyjnie dotyczyło to takich tematów jak Tajwan, Tybet czy powstanie na placu Tiananmen. Dziś do tematów tabu dodano ucisk muzułmanów w prowincji Xinjiang, korupcję wśród pekińskiej elity czy pochodzenie wirusa COVID-19.

Jest to więc projekcja autokratycznych praktyk na demokratyczny kraj.

Tak, Chiny i Rosja dążą do ograniczania naszej wolności. Jest to jakby "globalizacja autokracji". Częścią tego procesu są "ponadnarodowe represje". Są one bezpośrednio wymierzone w opozycjonistów, intelektualistów lub dziennikarzy przebywających poza granicami danego państwa autorytarnego.

Represje obejmują uciszanie lub zabijanie przeciwników reżimu za granicą, tak jak robi to Rosja, ale także Arabia Saudyjska czy Iran. Cyberataki na takie osoby również należą do tej kategorii.

Od kiedy mamy do czynienia ze zjawiskiem "ostrej siły"?

Po zakończeniu zimnej wojny na Zachodzie panowało duże samozadowolenie. Ludzie myśleli, że wygrali i chcieli delektować się tym zwycięstwem w zglobalizowanym, kapitalistycznym świecie.

Nie zauważono jednak, jak w kolejnych latach autokracje przekształciły globalizację dla własnych celów. Globalny system finansowy jest nadużywany przez skorumpowane reżimy, takie jak Chiny i Rosja.

Jak dokładnie?

Chiny i Rosja stworzyły ogromne korporacje państwowe, które udają niezależnych, zwykłych graczy w globalnej gospodarce. Są one jednak instrumentami władzy państwowej. Obejmuje to zakup klubów piłkarskich i innych drużyn sportowych przez oligarchów, ale także przez państwowe fundusze majątkowe, takie jak te należące do Kataru czy Arabii Saudyjskiej.

Czy zakup drużyn sportowych nie jest raczej przejawem klasycznej "miękkiej siły"?

Sam zakup, tak. Jednak jeśli klub i sportowcy muszą później zachowywać się zgodnie z autorytarnym państwem, to jest to cenzura. Jednym z przykładów jest to, jak Pekin wywarł presję na amerykańską zawodową ligę koszykówki NBA, gdy zawodnicy wygłaszali krytyczne komentarze na temat Tybetu. W tym przypadku wystarczyło, że Chiny są ważnym rynkiem dla NBA.

Mówisz o ślepocie wobec autokracji po zimnej wojnie. Czy masz na myśli Niemcy?

Z mojego punktu widzenia niewiele demokracji odegrało godną pochwały rolę, łatwo jednak oceniać rządy państw z perspektywy czasu. Gra przez lata toczyła się o bardzo wysoką stawkę ekonomiczną. Ważną rzeczą jest teraz zmiana kursu. Zachodnie demokracje muszą nauczyć się chronić siebie, jednocześnie skuteczniej konkurując z autorytarnymi reżimami.

Wszystkie demokracje mają swoje problemy z Chinami: Kanada, USA, Australia, Niemcy, Włochy. Litwa, spośród wszystkich krajów, pokazała z zadziwiającą siłą i odwagą, że można zmienić kurs i przeciwstawić się Pekinowi. Niemcy i Włochy podążają obecnie podobną drogą i sygnalizują Chinom, że standardy takie jak wolność słowa czy przejrzystość w biznesie są dla nich priorytetami.

Jednak czy niemiecka polityka wobec Rosji nie jest wyjątkowym przykładem? Byłemu niemieckiemu kanclerzowi federalnemu zaproponowano pracę w jednej z nieprzejrzystych, zglobalizowanych korporacji państwowych, o których mówisz (chodzi o Gerharda Schroedera i Gazprom — red.).

Z perspektywy czasu jasne jest, że strategiczne zależności były bardzo niedoceniane. Myślę, że obecnie widzimy, jak Niemcy i państwa europejskie dokonują głębokiej i bardzo potrzebnej ponownej oceny. Widzimy to również w Stanach Zjednoczonych w odniesieniu do Chin.

Jest to jednak obecne również w Australii, która miała tak bliskie więzi gospodarcze z Chinami, że relacja ta zaczęła stanowić ryzyko polityczne.

Zmiana tego stanu rzeczy jest bardzo skomplikowana, jednak Zachód podjął już w tym celu pewne działania.

Czy w ogóle jest wystarczająco dużo alternatywnych partnerów? Czy nie jest już za późno?

Jest późno, ale nigdy nie jest za późno. Dobra wiadomość jest taka, że w ostatnich latach naprawdę coś się zmieniło. Najwyraźniej widać to w nieoczekiwanie zjednoczonej reakcji zachodnich demokracji na przerażającą inwazję Rosji na Ukrainę. Pocieszający jest również fakt, jak wiele jest inicjatyw pozarządowych działających przeciwko korupcji i rozpowszechnianiu fałszywych narracji w Internecie przez autorytarne reżimy.

Ostatnio stało się oczywiste, że świat nie składa się wyłącznie z Zachodu i autokracji. Wiele krajów staje w rozkroku pomiędzy dwoma biegunami i zachowuje możliwość manewrowania między innymi. Czy powinny one podjąć większy wysiłek?

Tak, państwa wahające się, takie jak Brazylia, Argentyna, Filipiny czy RPA, są niezwykle ważne. Chiny i Rosja inwestują w tych krajach od wielu lat. Zbyt długo wysiłki demokracji nie były w stanie nadążyć za powagą, z jaką Moskwa i Pekin dbają o te kraje. Bogate demokracje muszą zwrócić się w kierunku tych państw, chociaż autokracje włożyły już mnóstwo zasobów, aby przeciągnąć je na swoją stronę.

Czy autokracje są zainteresowane stabilnością na świecie? Przecież bez niej mogą nie być w stanie przetrwać.

Dla autokracji ich własny reżim ważniejszy niż wszystko inne. Dopóki destabilizowanie innych regionów świata służy utrzymaniu ich przy władzy, dopóty będą się tak zachowywać. Atak Rosji na Ukrainę jest doskonałym przykładem działania, które głęboko zdestabilizowało świat, jednak Putin jest wspierany przez Koreę Północną, Iran i Chiny.

onet.pl/Die Welt

piątek, 20 października 2023


Rosyjskie ataki i ukraińskie kontrataki w rejonie Awdijiwki doprowadziły do ukształtowania nowej linii obrony na północny zachód i na południe od miasta wzdłuż przebiegającej przez nie linii kolejowej. Nie przyniosły natomiast rezultatu ponawiane przez Rosjan próby przełamania ukraińskiej obrony na zachód od Awdijiwki. Niepowodzeniem zakończyły się również ponawiane przez agresora szturmy na pozycje obrońców na północny i południowy wschód od Kupiańska, na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego, w rejonie Marjinki oraz na południowy wschód od Wełykiej Nowosiłki, a także podejmowane przez obie strony ataki na południowy zachód od Bachmutu i na południe od Orichiwa. 19 października rzecznik ukraińskiego operacyjno-strategicznego zgrupowania wojsk Tauryda deklarował jednak, że na południowy zachód od wsi Werbowe (na południe od Orichiwa) siły ukraińskie miały się przesunąć o 400 metrów.

Według źródeł rosyjskich i zachodnich 17 października dwie ukraińskie grupy szturmowe wyprowadziły uderzenie z przyczółku na lewym brzegu Dniepru (w rejonie mostu kolejowego na wschód od Oleszek, sąsiadujących przez rzekę z Chersoniem) i zajęły wieś Pojma, a po sprowadzeniu posiłków sąsiadującą z nią Piszczaniwkę. Rosyjski kontratak wyparł Ukraińców z obu miejscowości, lecz do zlikwidowania przyczółku nie doszło. Dwa dni później ukraińskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze wylądowały w rejonie miejscowości Krynky na zachód od Nowej Kachowki, przejściowo zajmując jej część, skąd zostały wyparte na jej obrzeża. Strona ukraińska konsekwentnie nie informuje o działaniach na lewym brzegu Dniepru.

(...)

17 października rzeczniczka Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA Adrienne Watson potwierdziła, że Ukraina otrzymała partię rakiet ATACMS o zasięgu 165 km. Według amerykańskich mediów przekazano kilkanaście (Associated Press) lub ok. 20 („The New York Times”) rakiet z głowicami kasetowymi M74. Wcześniej „The Wall Street Journal” donosił, że 17 października rakiety te zostały wykorzystane przez armię ukraińską do ataków na lotniska w okupowanych Berdiańsku i Ługańsku, co następnego dnia potwierdził głównodowodzący armii ukraińskiej Wałerij Załużny. Początkowo sprawstwo przypisały sobie ukraińskie Siły Operacji Specjalnych, które przekazały, że w Berdiańsku i Ługańsku zniszczono m.in. dziewięć śmigłowców różnych typów, wyrzutnię systemu obrony powietrznej oraz składy amunicji. Późniejsze zdjęcia satelitarne potwierdziły różnego stopnia uszkodzenia pięciu śmigłowców w Ługańsku i ogólne zniszczenia (m.in. pasa startowego) w Berdiańsku. Z kolei brytyjski wywiad donosił o zniszczeniu dziewięciu śmigłowców w Berdiańsku i pięciu w Ługańsku. Poza rakietami ATACMS Ukraińcy wykorzystali w atakach pociski GLSDB, również odpalane z wyrzutni HIMARS.

(...)

Informacje na temat pierwszego wykorzystania rakiet ATACMS wskazują, że USA jedynie połowicznie spełniły wielomiesięczne prośby Kijowa o przekazanie mu rakiet balistycznych mogących razić cele na głębokim zapleczu agresora. Ukraińcy spodziewali się otrzymania standardowych, używanych obecnie pocisków ATACMS o zasięgu 300 km, dostali zaś najstarszą wersję M39 (Block 1) z naprowadzaniem inercyjnym (według części zachodnich komentatorów Stany Zjednoczone miały zrezygnować z dostarczenia nowszych pocisków z naprowadzaniem GPS ze względu na rosyjskie zdolności w zakresie zakłócania sygnału). Dodatkowo przekazano wyłącznie rakiety z głowicami kasetowymi (co już wcześniej sugerowały amerykańskie media), a więc przeznaczone głównie do niszczenia siły żywej i celów lżej opancerzonych. Dostarczone ATACMS mogły więc co najwyżej uszkodzić atakowane cele, co potwierdzają zdjęcia satelitarne z Ługańska. Ewentualne zniszczenie składów amunicji należy przypisać równocześnie użytym przez Ukraińców pociskom GLSDB o zasięgu zaledwie 15 km krótszym od ATACMS, których główny element stanowi stukilogramowa bomba lotnicza. Pociski Block I są z pewnością cennym uzupełnieniem ukraińskiego arsenału, jednak nie dają obrońcom żadnych nowych zdolności. Dużo większymi możliwościami rażenia Ukraińcy dysponują dzięki Wielkiej Brytanii i Francji, które od kilku miesięcy przekazują im pociski manewrujące Storm Shadow/SCALP z klasycznymi głowicami o zasięgu 250 km. 

osw.waw.pl


Przedstawiciel rządzącej izraelskiej partii Likud Amir Weitmann skrytykował Rosję za wspieranie bojowników Hamasu i zagroził Federacji Rosyjskiej odpłatą. Stało się tak podczas wywiadu na żywo dla anglojęzycznej kremlowskiej telewizji RT (d. Russia Today). 

– Powiem, że zakończymy tę wojnę. Wygramy, bo jesteśmy silniejsi. Uwierzcie mi, Rosja zapłaci potem cenę – powiedział na antenie rosyjskiego kanału propagandowego RT.

Podkreślił, że Rosja obecnie wspiera wrogów Izraela, których nazwał nazistami:

– Rosja wspiera nazistów, którzy chcą dokonać ludobójstwa na naszym narodzie. I Rosja zapłaci. Posłuchajcie mnie bardzo uważnie: wykończymy tych nazistów, wygramy tę wojnę. Potem nie zapomnimy, co robicie. Przyjdziemy i zadbamy o zwycięstwo Ukrainy. Upewnimy się, że zapłacicie za to, co zrobiliście. Nie zapomnimy. Pamiętajcie, co przed chwilą powiedziałem: zapłacicie – podkreślił emocjonalnie izraelski polityk.

Stwierdził, że Żydzi zostali bestialsko zamordowani przez protegowanych Rosji.

– Wy za to zapłacicie. Musicie zrozumieć, że wszystko ma swoje konsekwencje. Kiedy ludzie popierają mordowanie Żydów, płacą za to cenę. Czasy, kiedy Żydzi nie byli w stanie się obronić, minęły” – dodał przedstawiciel partii rządzącej Izraela w łączeniu wideo z RT.

Rosyjskie władze od dawna utrzymują kontakty z przedstawicielami Hamasu. We wrześniu 2022 r. na spotkanie z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych przybył lider jej szef Ismail Hani.

belsat.eu wg East24.info

Wczoraj Federacja Rosyjska ogłosiła zakaz importu japońskich owoców morza, co ma być odpowiedzią na rozpoczęcie uwalniania oczyszczonych ścieków z uszkodzonej elektrowni jądrowej Fukushima. W ten sposób Moskwa przyłączyła się do Pekinu i wydaje się, że ma to być jeden z prezentów, które przywiózł Putin na Forum Pasa i Szlaku.

„Jako środek zapobiegawczy, Rosselkhoznadzor przyłącza się do tymczasowych środków ograniczających wprowadzonych przez Chiny wobec importu ryb i owoców morza z Japonii od 16 października 2023 r.” – podała rosyjska Federalna Służba Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego (Rosselkhoznadzor). „Ograniczenia zostaną wprowadzone do czasu dostarczenia wyczerpujących informacji potwierdzających bezpieczeństwo produktów morskich i zgodność z wymogami Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej, a także ich analizy przez specjalistów Rosselkhoznadzor.” Jeszcze 13 września Zakarowa powiedziała: „Niestety, nie widzimy żadnej przejrzystości, to znaczy otwartości, w działaniach Tokio, o co apelowaliśmy.” Skrytykowała również japońskie „sztuczki reklamowe,” w których urzędnicy państwowi i zagraniczni dygnitarze publicznie jedli ryby z prefektury Fukushima.

Japońskie Ministerstwo Rolnictwa, Leśnictwa i Rybołówstwa stwierdziło w poniedziałek, że rosyjski zakaz „nie ma podstaw naukowych, jest niesprawiedliwy i godny ubolewania,” wzywając do jego cofnięcia, podała agencja prasowa Kyodo. W oświadczeniu wydanym również w poniedziałek, ale zanim Rosja ogłosiła swój zakaz, japońskie ministerstwo spraw zagranicznych stwierdziło, że przekazało Rosji dodatkowe informacje do 15 października w następstwie w rozmowach online między odpowiednimi organami państwowymi w dniu 10 października. „Japonia będzie nadal dostarczać Rosji wyjaśnienia oparte na dowodach naukowych w wysoce przejrzysty sposób i w dobrej wierze, podczas przeglądu przez MAEA [Międzynarodową Agencję Energii Atomowej].”

To wbrew pozorom nie jest mały prezent ze strony Putina dla Xi Jinping.

Co prawda, od stycznia do września Rosja zaimportowała 118 ton metrycznych ryb i owoców morza z Japonii, według Rosselkhoznadzor. Jednak znaczna część rosyjskich ryb i owoców morza jest poławiana w wodach dalekowschodnich regionów, które znajdują się stosunkowo blisko Japonii i dlatego to Japonia jest jednym z największych rynków eksportowych rosyjskich produktów morskich – obok Chin i Korei Południowej. Jeszcze w czerwcu br. „Nikkei Asia,” powołując się na statystyki handlowe japońskiego Ministerstwa Finansów, twierdziła, że import produktów morza z Rosji w 2022 r. osiągnął 155,2 mld JPY (1,1 mld USD), najwyższy poziom od 1992 r., czyli roku po upadku Związku Radzieckiego. Sytuacja „jest taka sama jak przed inwazją [Rosji] na Ukrainę” – powiedział wtedy gazecie urzędnik firmy importowej, która działa jako pośrednik w imporcie rosyjskich produktów rybołówstwa w Wakkanai, mieście na północnym krańcu Hokkaido. Jeżeli Tokio zdecyduje się ograniczyć import rosyjskich produktów morza – choćby, aby zrobić więcej miejsca dla rodzimego sektora – to Moskwę, która ma coraz większe problemy gospodarcze, zaboli.

zawielkimmurem.net

czwartek, 19 października 2023



17 października kanclerz Olaf Scholz spotkał się w Tel Awiwie z premierem Binjaminem Netanjahu i prezydentem Jicchakiem Herzogiem. W oświadczeniu dla prasy po raz kolejny potępił atak Hamasu, zapewnił o solidarności RFN z Izraelem, potwierdził jego prawo do samoobrony oraz podkreślił, że bezpieczeństwo tego państwa jest racją stanu dla Niemiec. Scholz przestrzegł aktorów zewnętrznych przed ingerencją w trwający konflikt.

Wizyta kanclerza wpisuje się w natychmiastową i zdecydowaną reakcję całej niemieckiej klasy politycznej na atak Hamasu z 7 października. W specjalnej uchwale przyjętej jednogłośnie przez wszystkie frakcje parlamentarne, co jest rzadkością, deputowani m.in. poparli udzielenie Izraelowi pełnego wsparcia potrzebnego do obrony oraz potępili ataki Hamasu i Hezbollahu. Niemieckie Ministerstwo Obrony wydało zgodę na użycie przez armię izraelską dwóch dronów Heron TP, dzierżawionych przez RFN od Izraela. Z wizytą do Tel Awiwu udał się również (19.10) minister obrony Boris Pistorius.

W niemieckich miastach odbyły się demonstracje solidarności z Izraelem. Największa z nich skupiła 8 października w Berlinie ok. 2 tys. osób. Zarazem od tygodnia mają miejsce kilkusetosobowe propalestyńskie manifestacje, które często przeradzają się w zamieszki. Do najliczniejszych zgromadzeń dochodzi w Berlinie (od kilkuset do tysiąca uczestników), w Düsseldorfie (ok. 700) i we Frankfurcie nad Menem (ok. 300, pomimo zakazu).

Niemiecki rząd pozostaje równocześnie w kontakcie z arabskimi partnerami na Bliskim Wschodzie. Aktualna sytuacja w regionie była najważniejszym tematem spotkania Scholza z emirem Kataru szejkiem Tamimem ibn Hamadem Al Sanim (12.10) i z królem Jordanii Abdullahem II (17.10) w Berlinie oraz z egipskim prezydentem Abdelem Fattahem al-Sisim (18.10) w Kairze. Podróż kanclerza poprzedziła wizyta minister spraw zagranicznych RFN Annaleny Baerbock (Zieloni) w Izraelu (13.10), skąd udała się do Egiptu. Tydzień później szefowa niemieckiej dyplomacji powróciła na Bliski Wschód, by tym razem odwiedzić Jordanię, Izrael i Liban. Istotnym tematem rozmów z arabskimi przywódcami jest pomoc humanitarna dla palestyńskich cywilów, którą RFN chce dostarczyć do Strefy Gazy i na Zachodni Brzeg. W 2022 r. Niemcy przekazały ponad 202 mln dolarów wsparcia i były drugim po USA głównym donatorem Agencji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA). Podczas wizyty w Jordanii minister Baerbock obiecała dodatkowe 50 mln euro na pomoc humanitarną dla palestyńskiej ludności cywilnej. W 2023 r. RFN zdecydowała o wyasygnowaniu na dwustronne projekty w latach 2023–2024 125 mln euro. Obecne niemieckie zaangażowanie finansowe w pomoc rozwojową w Palestynie wynosi łącznie 250 mln euro. W reakcji na atak Hamasu Federalne Ministerstwo Współpracy Gospodarczej i Rozwoju zdecydowało jednak o zatrzymaniu płatności i przeglądzie finansowanych przez ten resort programów, które są realizowane na terenach palestyńskich.

Komentarz

Zdecydowana reakcja całej niemieckiej klasy politycznej na atak Hamasu wynika ze specjalnego statusu Izraela w polityce zagranicznej Berlina, warunkowanej odpowiedzialnością Niemiec za Holocaust. Symbolem tego podejścia stało się określenie bezpieczeństwa Izraela przez Angelę Merkel podczas jej przemówienia w Knesecie w 2008 r. jako „niemieckiej racji stanu”. Mimo szczególnego wymiaru stosunki niemiecko-izraelskie nie były wolne od kwestii spornych, czy to dotyczących krytyki rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu bądź łamania praw ludności palestyńskiej, czy reform wymiaru sprawiedliwości przewidujących m.in. ograniczenie kompetencji Sądu Najwyższego w Jerozolimie (zob. Kryzys polityczny w Izraelu: koniec początku).

Zaangażowanie niemieckiego rządu w ustabilizowanie sytuacji w Izraelu służy kilku celom. Po pierwsze Berlin chce zapobiec rozprzestrzenieniu się walk między Izraelem a Hamasem na cały Bliski Wschód. Eskalacja kolejnego po Ukrainie konfliktu w sąsiedztwie Unii Europejskiej zagrażałaby jej bezpieczeństwu i zmuszała państwa zachodnie do większego niż obecnie zaangażowania politycznego i finansowego w regionie. Ponadto nasilenie walk groziłoby powstaniem nowej fali migracyjnej, co biorąc pod uwagę utrzymującą się presję migracyjną, potęgowałoby napięcia na tym tle w UE. Dlatego też Scholz wezwał Iran i Hezbollah do nieingerowania w trwający konflikt i mediuje z arabskimi oraz zachodnimi partnerami (także w sprawie pomocy obywatelom Niemiec znajdującym się na terenach Palestyny oraz uwolnienia tych, których uprowadził Hamas). Po drugie zaangażowanie Berlina ma wymiar wizerunkowy. RFN prezentuje się jako gracz o globalnych interesach, który na równi z USA, Francją i Wielką Brytanią dba o przywrócenie stabilności na Bliskim Wschodzie. Równocześnie ze wsparciem dla Izraela przedstawiciele rządu RFN deklarują pomoc palestyńskim cywilom, umacniając tym samym humanitarny wymiar niemieckiej polityki zagranicznej.

Jednoznaczne opowiedzenie się po stronie Izraela oraz tak wyraźne zajęcie stanowiska w debacie publicznej (dwa wystąpienia Scholza w Bundestagu na ten temat w ciągu kilku dni) ma też istotne znaczenie na arenie wewnętrznej. Przede wszystkim jest wyrazem solidarności ze społecznością żydowską w Niemczech (ok. 250 tys. osób, z których ok. 100 tys. to członkowie 108 gmin żydowskich). Ponadto dla kanclerza ofensywa dyplomatyczna jest okazją do poprawienia notowań rządu i odwrócenia uwagi od części problemów krajowych (m.in. pogarszającego się stanu gospodarki oraz kwestii migracyjnych). Większość Niemców (79% respondentów badania dla ośrodka Infratest dimap z 28.09) źle ocenia pracę koalicji. Po kolejnych przegranych przez partie rządzące na szczeblu federalnym wyborach do parlamentów landowych w Bawarii i Hesji poparcie dla SPD i Zielonych wynosi po 14%, a dla FDP 4%. Zarazem, według badań ośrodka opinii Forsa, 66% ankietowanych uważa za słuszne jednoznaczne opowiedzenie się RFN po stronie Izraela (w tym 87% zwolenników SPD, 84% –Zielonych, 68% – FDP, 73% – CDU/CSU, 49% – AfD).

Atak na Izrael to kolejny zagraniczny konflikt oddziałujący na RFN i grożący destabilizacją sytuacji wewnętrznej. Kwestia antysemickich demonstracji była przedmiotem obrad Bundestagu, a rząd w Berlinie oraz poszczególne landy zdecydowały o zwiększeniu ochrony żydowskich obiektów kultu i instytucji. Minister spraw wewnętrznych Nancy Faeser (SPD) zapowiedziała działania uderzające w aktywność Hamasu na terenie RFN, m.in. w celu uniemożliwienia zbierania środków na finansowanie działalności terrorystycznej. Hamas nie ma w Niemczech zorganizowanych struktur (kontrwywiad szacuje liczbę aktywnych zwolenników organizacji na 450 osób). Od 2001 r. jest klasyfikowany jako organizacja terrorystyczna w całej UE i zakazany w RFN, a od 2021 r. nie można używać żadnych jego symboli ani flag. Scholz zapowiedział też delegalizację stowarzyszenia Samidoun działającego w RFN na rzecz solidarności z palestyńskimi więźniami. Podobnie jak Hamas nie ma ono w Niemczech stałych struktur. Grupa jest siecią wsparcia dla uwięzionych Palestyńczyków i wyłoniła się z Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny. Natychmiast po ataku Hamasu na Izrael zwolennicy Samidounu świętowali w berlińskiej dzielnicy Neukölln.

Mnożące się po 7 października w Niemczech antyżydowskie ataki godzą w wysiłki rządu na rzecz walki z antysemityzmem (zob. Odcienie niemieckiego antysemityzmu). Pomimo wydawanych w licznych miastach zakazów propalestyńskich demonstracji w wielu miejscach protesty nadal się odbywają. Według rzeczniczki berlińskiej policji w samej stolicy zarejestrowano już ponad 370 przestępstw związanych z konfliktem, w tym obrzucenie koktajlami Mołotowa synagogi czy malowanie na ścianach domów, w których mieszkają Żydzi, gwiazdy Dawida (co najmniej 22 przypadki). W niemieckich miastach dochodzi do niszczenia izraelskich flag wywieszanych na znak solidarności przed budynkami użyteczności publicznej. Szczególnie napięta jest sytuacja w części szkół (zwłaszcza w Berlinie oraz miastach Nadrenii Północnej-Westfalii), gdzie odnotowuje się incydenty antysemickie, a nawet przypadki przemocy na tym tle. Senat Berlina powołał specjalny sztab kryzysowy do pomocy placówkom edukacyjnym.

Demonstracje antyizraelskie na niemieckich ulicach, w których najczęściej biorą udział osoby pochodzenia arabskiego, po raz kolejny nasiliły debatę o trudnościach z integracją części migrantów. Najtrudniejsze warunki panują w berlińskim Neukölln, gdzie mieszka ok. 350 tys. osób, z czego co najmniej 50% ma pochodzenie migracyjne, a w wielu szkołach odsetek dzieci migrantów sięga 90%. Neukölln jest również jedną z najgęściej zaludnionych dzielnic w całych Niemczech, a problem z przemocą wobec mundurowych eskalował tam wielokrotnie (zob. Niemcy: konsekwencje zamieszek w noc sylwestrową). Rozruchy wzmocniły postulaty ograniczenia migracji do RFN, w tym m.in. żądania ze strony chadecji, aby uzyskanie niemieckiego obywatelstwa było powiązane z opowiedzeniem się za prawem Izraela do istnienia. Według sondażu dziennika „Bild” 71% ankietowanych twierdzi, że imigracja osób z krajów muzułmańskich stanowi duże zagrożenie dla bezpieczeństwa RFN (przeciwnego zdania jest 9%).

osw.waw.pl

środa, 18 października 2023


Była połowa lipca. Jake Sullivan, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA, wyglądał na mocno zaniepokojonego. Ukraińskie siły walczyły o przebicie się przez rosyjskie linie frontu w ramach powoli postępującej kontrofensywy. Większych postępów nie było widać, a czas na to, by odzyskać znaczące terytoria przed wznowieniem rosyjskiej ofensywy jesienią, uciekał niemiłosiernie.

Jake Sullivan polecił więc swojemu zespołowi, aby opracował możliwe opcje dodatkowej dostawy broni, którą USA mogłyby wysłać do Kijowa, by pomóc ukraińskim siłom w uderzeniu we wrażliwe rosyjskie cele zlokalizowane głęboko za liniami obrony. Nad zadaniem pochylili się pracownicy Pentagonu, Departamentu Stanu i Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Tak zrodził się pomysł, który uratował ukraińską obronę.

Amerykańskie zapasy systemu rakietowego dalekiego zasięgu były niewystarczające, by jeszcze przekazywać go Ukrainie. USA mogły jednak wysłać jej coś innego — uboższą wersję rakiet o średnim zasięgu, przenoszącą głowice zawierające setki bomb kasetowych, które są w stanie trafiać w cele oddalone o 160 km.

Według dwóch amerykańskich urzędników decyzja administracji o wysłaniu pocisków Anti-Personnel/Anti-Materiel (APAM) — starszej wersji ATACMS, o którą od dawna zabiegała Ukraina — była utrzymywana w tajemnicy przez kilka tygodni po tym, jak prezydent Joe Biden podjął ostateczną decyzję.

Ich dostawa i użycie oznaczają poważny postęp w obronie Ukrainy — zapewniają jej siłom nową, poważną zdolność do uderzania w rosyjskie cele daleko za linią frontu. Dokładnie taki scenariusz rozegrał się we wtorek rano /17.10 - red./ — ukraińskie media poinformowały, że siły Ukrainy zniszczyły dziewięć rosyjskich helikopterów we wschodnich miastach Berdiańsk i Ługańsk.

Amerykańscy urzędnicy utrzymywali decyzję o wysłaniu wsparcia i faktycznym transporcie w tajemnicy. Waszyngton i Kijów obawiały się, że ogłoszenie transferu skłoni Rosję do przeniesienia sprzętu i składów amunicji dalej za linię frontu i poza zasięg pocisków.

Droga do wysłania broni była długa — ATACMS znajdował się na szczycie listy życzeń Kijowa od początku wojny. Kulisy procesu decyzyjnego odsłania dziś dwóch amerykańskich urzędników, rozmawiających z POILTICO pod warunkiem zachowania anonimowości.

Joe Biden podjął decyzję o wysłaniu pocisków do Ukrainy po miesiącach debat swoich doradców ds. bezpieczeństwa narodowego. W lipcu Jake Sullivan powiedział publiczności w Aspen, że administracja jest gotowa podjąć ryzyko w celu wsparcia obrony Ukrainy. W ten sposób najprawdopodobniej chciał dać do zrozumienia, że naciska na wysłanie broni.

Jednak w Pentagonie sekretarz obrony Lloyd Austin i ówczesny przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów gen. Mark Milley długo sprzeciwiali się w wysłaniu ATACMS. Argumentowali, że Stany Zjednoczone mają ograniczone zapasy tej broni. Chcieli mieć pewność, że Departament Obrony zatrzyma wystarczającą liczbę pocisków w kraju na wypadek sytuacji awaryjnych, które mogą pojawić się w innym miejscu na świecie.

Rada Bezpieczeństwa Narodowego chciała rozwiązania, które zachowałoby równowagę między potrzebami Ukrainy na polu bitwy a obawami Departamentu Obrony. Dyplomaci wiedzieli, że siły rosyjskie — choć potężne — były źle wyposażone i nierozważne, a kolumny pancerne blisko linii frontu były podatne na ataki.

Administracja Joe Bidena już w lipcu zaczęła wysyłać 155-milimetrowe pociski kasetowe, które były używane do uderzania w okopane rosyjskie pozycje.

Amunicja kasetowa eksploduje w powietrzu nad celem, rozrzucając bomby na dużym obszarze, co zwiększa niszczycielski zasięg broni. Budzi jednak kontrowersje — niewybuchy mogą okaleczać lub zabijać ludność cywilną, przez co broń jest zakazana w ponad 100 krajach na świecie.

Decyzja administracji o wysłaniu pocisku APAM, starszej wersji ATACMS, była utrzymywana w tajemnicy przez kilka tygodni — informacja o tym nie pojawiała się w żadnych wojennych planach Pentagonu.

Biorąc pod uwagę ogromną koncentrację sił Rosji — wraz z ich składami uzbrojenia i amunicji, które wciąż znajdują się stosunkowo blisko linii frontu — możemy oczekiwać, że nowa broń mocno uderzy w rosyjskie centra logistyczne oraz ośrodki dowodzenia i kontroli.

23 sierpnia zespół przedstawił propozycję o wysyłce APAM Jake'owi Sullivanowi. Kilka dni później, 28 sierpnia, doradca polecił dodanie jej do porządku obrad nadchodzącego spotkania najwyższych urzędników ds. bezpieczeństwa narodowego administracji prezydenta Bidena.

Na posiedzeniu 30 sierpnia komitet jednogłośnie zatwierdził decyzję o wysłaniu broni. Lloyd Austin, Mark Milley i sekretarz stanu Antony Blinken poparli propozycję. Joe Biden przekazał tę wiadomość prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu podczas spotkania w Białym Domu 21 września: Ukraina otrzyma ATACMS — czyli broń, o którą Kijów zabiegał od dawna — ale w wariancie o mniejszym zasięgu.

Amerykańscy urzędnicy potajemnie zatwierdzili wysłanie APAM w pakiecie pomocy ogłoszonym 21 września. Administracja poinformowała o tym wielu członków Kongresu w sposób niejawny, aby zapobiec przeciekom.

Decyzja o wysłaniu broni ujrzała światło dzienne w obliczu rosnących obaw USA związanych z gromadzeniem się rosyjskich wojsk i sprzętu przed jesienną ofensywą. Waszyngton obawia się, że może ona okazać się najpoważniejszym ruchem Moskwy od miesięcy.

W ciągu ostatniego tygodnia siły rosyjskie przeprowadziły serię (w większości nieudanych) ataków na ukraińskie pozycje w Awdijiwce we wschodnim regionie Doniecka, jednak wiązały się one z dużymi stratami. Rosjanie uciekli się do stosunkowo prymitywnej taktyki z pierwszych działań w lutym 2022 r. — ich lekko wyposażone siły zostały rzucone przeciwko ukraińskim oddziałom, które odparły ataki.

W nadchodzących tygodniach eksperci spodziewają się kolejnych ataków wzdłuż kilkuset kilometrów ukraińskich linii. W świetle tego ATACMS o większym zasięgu są dziś dla Ukrainy niezwykle ważne, ponieważ mogą uderzać w lotniska i składy amunicji i zniwelować logistyczną przewagę Rosji.

Przedstawiciele administracji Joe Bidena nie sądzą, by Ukraina mogła osiągnąć swój cel — jakim jest odcięcie mostu lądowego do Krymu przed nadejściem zimy i zatrzymanie ofensywy Rosjan. Mimo to mają nadzieję, że APAM może pomóc w zneutralizowaniu rosyjskiej przewagi i dać siłom Kijowa trochę czasu na odzyskanie dodatkowego terytorium.

Amerykańscy urzędnicy nadal wymagają, aby Ukraina powstrzymała się od używania broni otrzymanej od USA do ataków na cele zlokalizowane wewnątrz Rosji. Nie ma jednak żadnych ograniczeń dotyczących wykorzystywania jej do uderzeń w cele zlokalizowane na terytorium ukraińskim i okupowanym Krymie.

onet.pl/Politico


W listopadzie 2012 r. Hamas wycelował rakiety w Jerozolimę i Tel Awiw, miasta oddalone o około 80 km od Strefy Gazy. Dla Izraelczyków było to całkowitym zaskoczeniem. Nikt nigdy nawet nie pomyślał, że Gaza może mieć broń tak dalekiego zasięgu. Wcześniej Hamas mógł uderzyć tylko 40 km w głąb terytorium Izraela, mają w swoim arsenale jedynie pociski dostarczane przez Iran — Fadżr-5 o ograniczonym zasięgu.

Tych irańskich pocisków nigdy nie było pod dostatkiem. Od czasu wprowadzenia blokady Strefy Gazy w 2007 r., Hamas musiał przemycać je przy pomocy złożonych łańcuchów dostaw obejmujących pośredników z Libii, Syrii, Czadu i kilku innych państw (w tym wysokich rangą urzędników państwowych). Kluczowymi uczestnikami tego złożonego układu byli Beduini z półwyspu Synaj w Egipcie. To oni odpowiadali za ostatni etap trasy rakiet podróżujących z Egiptu do Strefy Gazy podziemnymi tunelami wykopanymi przez Hamas.

Pojedyncza rakieta Fadżr-5 waży tonę, co sprawia, że jej potajemne dostarczenie jest bardzo trudne. Zwłaszcza że Izrael i Egipt — który dołączyły do blokady Strefy Gazy — stale monitorowały wszystkie możliwe szlaki przemytnicze i niszczyły każdy znaleziony ładunek.

Po ataku z 2012 r. izraelskie służby bezpieczeństwa zorganizowały śledztwo, aby dowiedzieć się, jak mogły przegapić dostawę nowych rakiet o znacznie większym zasięgu.

Ku ich zaskoczeniu, Hamas zmontował rakiety wewnątrz Strefy Gazy, używając jedynie ograniczonej liczby przemyconych podzespołów, które były bardzo trudne lub niemożliwe do złożenia w całkowicie odizolowanej enklawie. Hamas wierzył, że ta rakieta, zwana M-75, stanie się "gamechangerem" — bronią, która zmieni bieg konfliktu. Dzięki M-75 Hamas mógł teraz zagrozić nie tylko miastom w pobliżu Strefy Gazy, ale także największym izraelskim aglomeracjom w centrum kraju.

Dowódcy Hamasu byli tak zachwyceni tym przełomem, że upamiętnili go pomnikiem własnej rakiety na placu w Gazie.

Wstrzelenie M-75 nie wyrządziło Izraelowi poważnych szkód. Większość rakiet została przechwycona przez "Żelazną Kopułę", a te, które dotarły do izraelskich miast, spadły na puste domy, których mieszkańcy zdążyli ukryć się w schronach przeciwlotniczych. Nie jest więc przesadą stwierdzenie, że M-75 zabił więcej Palestyńczyków niż Izraelczyków. I nie jest to przenośnia. Program rakietowy Hamasu, podobnie jak prawie wszystko związane z tą organizacją, spowodował ogromne straty w ludziach.

Po pierwsze, sama budowa warsztatów, w których montowano rakiety, była bardzo ryzykownym przedsięwzięciem. Hamas był na tyle roztropny, że nie zdecydował się na ich budowę na powierzchni, gdzie izraelski wywiad natychmiast wykryłby podejrzane obiekty nawet z kosmosu i zniszczył je, zanim zdążyłyby zacząć działać. Zamiast tego terroryści wykopali ogromne bunkry pod Gazą, łącząc bunkry z systemem rozległych podziemnych tuneli znanych jako "Gaza Metro".

Dzieci w wieku szkolnym, w tym uczniowie szkół podstawowych, były wykorzystywane do budowy bunkrów i tuneli. Poruszanie się w wąskich podziemnych szybach było dla nich łatwiejsze niż dla dorosłych. Od 2012 r. (rok pierwszego zarejestrowanego wystrzelenia M-75) co najmniej 160 dzieci zginęło podczas budowy podziemnych tuneli Hamasu, przede wszystkim dusząc się.

Liczba ofiar śmiertelnych programu rakietowego w Strefie Gazy obejmuje również mieszkańców, którzy zmarli na choroby zakaźne szerzące się w Strefie — przede wszystkim cholerę. Epidemie są bezpośrednio związane z produkcją rakiet, ponieważ M-75 i inne rakiety Hamasu wykorzystują rury wodociągowe i kanalizacyjne jako obudowę.

Rury te były oficjalnie dostarczane do Strefy Gazy przez Izrael, ale w ograniczonych ilościach. Wiedząc, do czego mogą zostać wykorzystane, Izraelczycy dokładnie obliczyli, ile rur będzie potrzebnych do wymiany lub budowy kanalizacji w określonym obszarze Strefy Gazy i wysłali dokładnie taką liczbę, jaka wyszła im z obliczeń.

Rury nie zostały wykorzystane zgodnie z ich przeznaczeniem. Hamas po prostu nie miałby osłon dla swoich rakiet. Dlatego też wszystkie lub prawie wszystkie rury zostały wykorzystane do produkcji broni, a systemy wodno-kanalizacyjne Gazy nie były naprawiane od dekad. W rezultacie około 90 proc. słodkiej wody w Strefie nie nadaje się do picia, a epidemie, w tym ataki śmiertelnych chorób, wybuchają niemal co roku. Nie wiadomo, ile osób zmarło z powodu chorób wywołanych skażoną wodą. Prawdopodobnie liczba ta idzie w setki.

Wygląda na to, że ich śmierć była jedynie uboczną stratą dla Hamasu i jego irańskich partnerów. Przez lata Iran był głównym zwolennikiem i sponsorem Hamasu, przekazując na jego potrzeby średnio 15 mln dol. miesięcznie (63 mln zł). Co więcej, to właśnie Iran dostarczał do Strefy Gazy broń strzelecką, materiały wybuchowe, urządzenia komunikacyjne i inny sprzęt wojskowy. Najprawdopodobniej to również Irańczycy uznali, że łatwiej jest nauczyć mieszkańców Strefy Gazy składania rakiet, niż przemycać je przez Bliski Wschód, ryzykując w każdej chwili utratę cennego ładunku.

Istnieją dowody na to, że niesławne M-75 zostały zmontowane zgodnie z instrukcjami irańskich inżynierów. Irańczycy nadzorowali również budowę warsztatów montażowych i szkolenie przyszłych pracowników montażowych.

Najwyraźniej Iran pomógł również Hamasowi w opracowaniu doktryny wojskowej, która przewidywała —do października 2023 r. — przede wszystkim wyczerpanie wroga całodniowymi atakami rakietowymi na jego miasta, którym towarzyszyły samodzielne naloty terrorystyczne. Plan zakładał, że Izraelczycy, zmęczeni życiem w ciągłym niebezpieczeństwie, zażądają od swojego rządu zaprzestania ostrzałów i ataków, nawet kosztem pójścia na pewne ustępstwa wobec terrorystów.

Doktryna zalecała również zabicie jak największej liczby izraelskich żołnierzy, nawet jeśli oznaczałoby to poświęcenie życia członków Hamasu. Sojusznicy liczyli na pełen szacunku stosunek Izraela do jego wojska, który jest powszechnie znany w Strefie Gazy. Śmierć izraelskich żołnierzy sprawiła, że ich rząd stał się bardziej uległy, oferując Hamasowi możliwość zapewnienia tymczasowego złagodzenia blokady i pokazania mieszkańcom Gazy kolejnego "zwycięstwa" nad Izraelczykami — nawet jeśli byłoby to nic innego jak rozejm lub zawieszenie broni.

Faktem przemawiającym za bezpośrednim zaangażowaniem Iranu w rozwój tej doktryny jest to, że Hezbollah — de facto oddział Islamskiej Republiki Iranu w Libanie — postępował zgodnie z tym samym scenariuszem w 2006 r. podczas drugiej wojny libańskiej.

Iran przyczynił się również do opracowania programów nauczania dla instytucji edukacyjnych w Gazie, w tym głównej uczelni — Islamskiego Uniwersytetu w Gazie. Oprócz teologii islamskiej uniwersytet wykładał inżynierię, budownictwo, technologię komputerową, a nawet archeologię. Obowiązkową dyscypliną nauczaną na wszystkich wydziałach była ideologia Hamasu, która sprzyjała absolutnemu odrzuceniu Izraela przez studentów.

Co ciekawe, Islamski Uniwersytet w Gazie został założony pod koniec lat 70. XX w. na wzór czołowych zachodnich uczelniach tamtych czasów. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów zapożyczeń z Zachodu była wybierana rada studencka, której członkowie przyjęli aktywną rolę w zarządzaniu uniwersytetem. Przez długi czas wybory do samorządu studenckiego były niemal jedyną dozwoloną formą aktywizmu politycznego w Strefie Gazy. Nie tylko studenci i wykładowcy, ale także reszta regionu śledziła je z wielkim zainteresowaniem.

Hamas rzeczywiście cieszył się ogromnym poparciem społecznym w Strefie Gazy i ogólnie w Palestynie. Podczas gdy anonimowe sondaże opinii publicznej odnotowywały sporadyczne spadki popularności ruchu, jego poparcie nigdy nie spadło poniżej 35 proc. Co najmniej połowa uprawnionych Palestyńczyków zagłosowałaby na lidera Hamasu, Ismaila Haniję, w wyborach prezydenckich, gdyby takie się odbyły.

Zrozumiałe jest, że ten poziom poparcia ułatwił Hamasowi rekrutację inżynierów, pracowników budowlanych i innych odpowiednich specjalistów do swoich szeregów. Co więcej, ponieważ blokada pozbawiła tych specjalistów możliwości zatrudnienia za granicą, praca dla Hamasu, który pozostawał niemal jedynym pracodawcą dla inżynierów w Strefie, często stawała się jedyną opcją.

(...)

Pomagając Hamasowi dobrowolnie lub dlatego, że nie mieli innego wyboru, inżynierowie i programiści w znacznym stopniu pomogli terrorystom. W ten sposób programiści ze Strefy Gazy stworzyli kilka aplikacji mobilnych, które zbierały dane na temat Izraelczyków, w tym wojskowych, które można było wykorzystać do organizowania ataków terrorystycznych. Najbardziej znanym przypadkiem była internetowa aplikacja randkowa GlanceLove. Ukrywając się za zdjęciami ładnych dziewczyn, Hamas oszukał izraelskich żołnierzy zainteresowanych randkami, aby dostarczyli informacji na temat swoich jednostek wojskowych, broni i logistyki.

Innym przykładem działań zwiadowczych była aplikacja Golden Cup, która podszywała się pod oficjalny program Mistrzostw Świata FIFA 2018. Hamas aktualizował statystyki meczów i publikował wyniki oraz świeże zdjęcia ze stadionów w czasie rzeczywistym. Równolegle aplikacja zbierała i wysyłała dane z telefonów użytkowników, którzy zainstalowali złośliwe oprogramowanie, do centrum danych Hamasu. Podobnie jak GlanceLove, Golden Cup atakował głównie żołnierzy i oficerów IDF.

Najprawdopodobniej centrum danych, które hostowało aplikacje i zbierało informacje, zostało już zrównane z ziemią przez izraelskie bomby, wraz z Islamskim Uniwersytetem w Gazie i kilkoma innymi uczelniami wspieranymi przez Hamas.

onet.pl/The Insider