piątek, 11 sierpnia 2023


Mariia Tsiptsiura, Onet: Zacznijmy od głównej kwestii. Teraz dużo się mówi o tym, że ukraińska kontrofensywa nie była tak skuteczna, jak oczekiwaliśmy. A także, że jest opóźniona. Jak oceniasz tempo i sukcesy armii ukraińskiej na froncie?

Jurij Sak, doradca ministra obrony Ukrainy: Odpowiedź na dynamikę kontrofensywy trzeba zacząć od tego, że nikt bardziej niż Ukraińcy nie chciałby pomyślnie zakończyć wojny. Rozumiemy, że wszyscy na świecie czytają wiadomości o udzieleniu pomocy Ukrainie, ale nie widzą cudownej kontrofensywy, która zmusiłaby Rosję do kapitulacji i zakończenia wojny w ciągu tygodnia. Ludzie się boją, ludzie są zmęczeni. Jesteśmy tego świadomi. Ale jak powiedział nasz prezydent Zełenski: my mamy zmęczenie w oczach, a Rosjanie strach. I to jest kluczowa cecha kontrofensywy.

Zawsze jesteśmy wdzięczni naszym kolegom z Zachodu za ich wsparcie i pomoc, zarówno militarną, jak i finansową. Ale nikt we współczesnym świecie nie prowadził takiej wojny. Uwierz mi: nikt nigdy nie widział, co dzieje się na froncie, nawet na filmach. W Hollywood nie ma takich efektów specjalnych, żeby pokazać cały horror wojny w Ukrainie. Dlatego prosimy naszych partnerów o dwie rzeczy: broń i cierpliwość.

Ale wyjaśnij mi, dlaczego ukraińska kontrofensywa nie może postępować szybciej?

Nie walczymy jak barbarzyńscy Rosjanie i nie rzucamy naszych żołnierzy na śmierć na polach minowych. Liczymy nasz sprzęt. Gdy tylko odkryjemy problem, na przykład zbyt dużą szerokość pól minowych lub trudność rozminowania w danym obszarze, albo bardzo mocną linię obronną wroga, robimy sobie taktyczną pauzę i zastanawiamy się nad sytuacją. Jesteśmy ograniczeni zarówno zasobami ludzkimi, jak i technologicznymi. A nasza wojna jest mądrą wojną.

Kontrofensywa toczy się zarówno na mapie, jak i w głowach. Ukraińcy nadal są zdeterminowani i nastawieni na zwycięstwo. A Rosjanie tracą nawet swój potencjał obronny. W niektórych miejscach przełamaliśmy pierwszą linię obrony, w niektórych posunęliśmy się o kilka kilometrów, a gdzieś o 500 m. Ale kiedy mówimy o 500 m podbitego terenu, musimy zrozumieć, że na każdym metrze znajdowało się pięć min przeciwpancernych i przeciwpiechotnych w kilku warstwach. I idziemy naprzód przez te pola minowe. Ta wojna to nie spacer po parku. To nigdy nie zdarzyło się w historii ludzkości.

Co nie pozwala Siłom Zbrojnym Ukrainy poruszać się szybciej?

Rosjanie specjalnie zaminowują podbite terytoria w taki sposób, że trudno je rozminować. Używają zdalnych systemów. Jeśli chodzi o rozminowywanie, to np. dziś otrzymaliśmy ponad 100 jednostek sprzętu do usuwania min. Ale co to jest 100 jednostek, gdy mamy 900 km frontu, a szerokość zaminowanych miejsc sięga 15-20 km. A te leżą w kilku warstwach.

Jest jeszcze jeden problem. Bardzo często pola są zaminowane w taki sposób, że nie można użyć sprzętu do rozminowywania. Wtedy saperzy pracują w trybie ręcznym. A gdy tylko wojsko wejdzie na pole minowe, nad nimi pojawia się wrogi dron. A to oznacza, że ​​za pięć minut nastąpi ostrzał artyleryjski.

Gdybyśmy byli jak Rosjanie i nie cenili każdego ludzkiego życia, może moglibyśmy działać szybciej. Ale to nie jest nasza metoda. I nie jest jasne, czy w tym przypadku osiągnęlibyśmy inne rezultaty.

A jaka jest obecna ogólna sytuacja na froncie, biorąc pod uwagę całą złożoność działań?

Powiem tak: oczywiście chcielibyśmy, żeby wszystko działo się szybciej. Ale nadal idziemy do przodu, tworzymy nowe warunki do rozwoju, inicjatywa jest po naszej stronie we wszystkich obszarach frontu. Utrzymujemy wroga w bardzo nerwowym stanie. Nie wiedzą, gdzie i kiedy nastąpi kolejny krok Sił Zbrojnych. Rosjanie próbują przejąć inicjatywę w niektórych kierunkach, ale ich działania ofensywne kończą się niepowodzeniem. Posuwamy się powoli, ale konsekwentnie. A wróg traci okupowane terytoria dopiero od roku. I to jest kolejny parametr, na podstawie którego należy ocenić powodzenie ukraińskiej kontrofensywy.

Podsumowując temat ukraińskiej kontrofensywy: zrozummy, że nie chodzi tylko o konkretne zdobyte metry czy kilometry. Nadal istnieje pewna ilość zniszczonej siły roboczej, zniszczonego sprzętu. Na przykład przekroczyliśmy już granicę 5 tys. zniszczonych systemów artyleryjskich wroga. Codziennie atakujemy ich magazyny amunicją z tyłu. Wszystko to jest częścią kontrofensywy.

Dam ci taką analogię. Wyobraźmy sobie, że rosyjska obrona to drzewo. A my jesteśmy jak bobry, które dzień po dniu wyjadają to ze wszystkich stron. I nadejdzie chwila, kiedy to wielkie i silne drzewo upadnie. To jeden z prawdopodobnych scenariuszy. Most został zniszczony, okręt wojenny uszkodzony, tankowiec zatopiony i tak dalej. Kiedy dron leci do Moskwy, to także działania osłabiające wroga moralnie i psychicznie, a także demonstrujące słabość jego obrony przeciwlotniczej. Musimy przestać myśleć o kontrofensywie jak o scenie z serialu "Gra o tron", kiedy dwie armie gromadzą się na polu bitwy i na sygnał trąb rozpoczynają walkę. To nie jest tego rodzaju wojna.

Proszę oszacować, w jakim stopniu Ukraina ma wystarczające zasoby ludzkie i techniczne do prowadzenia działań wojennych?

Zasoby ludzkie są wystarczające. Jeśli chodzi o zasoby technologiczne, sprawa jest bardziej skomplikowana.

Są rodzaje broni, o które prosimy, bo nie mamy ich wystarczająco dużo. To pociski dalekiego zasięgu Atacms. Ale nasze zdolności ofensywne zostały wzmocnione, gdy Ukraina otrzymała Storm Shadow, Scaip. Teraz pojawia się wiele informacji, że Niemcy wkrótce podejmą decyzję o zaopatrzeniu w Taurusa. Są to pociski dalekiego zasięgu, które dają mamy możliwość niszczenia wrogich magazynów z amunicją, posterunków dowodzenia na tyłach. Potrzebujemy więcej takich pocisków. A jeśli chodzi np. o pociski artyleryjskie, sytuacja jest w zasadzie pod kontrolą. Średnio wystrzeliwujemy około 5-6 tys. pocisków dziennie. Rosjanie 15-29 tys.

Kolejnym ważnym aspektem w tej kwestii jest kontrola w powietrzu wzdłuż linii frontu. Oczywiście Rosjanie mają więcej sił powietrznych. Nasz dialog z partnerami na temat F-16 trwa, ale trochę się pogubił w biurokratycznych korytarzach. W końcu są rzeczy, które mogą dziać się szybciej. Na przykład szkolenie naszych pilotów. Polityczna decyzja o utworzeniu koalicji lotniczej zapadła ponad miesiąc temu. A nasi piloci jeszcze nie rozpoczęli szkolenia. Ale teraz, jeśli Bóg pozwoli, pierwsza grupa powinna rozpocząć treningi w połowie września.

Wiosną złożyliście następujące oświadczenie: "zadaniem Ukrainy i jej partnerów jest zapewnienie zakończenia wojny na terytorium Ukrainy w 2023 r.". Jak myślisz, jak bardzo realistyczne są obecnie takie perspektywy?

Oczywiście stawiamy sobie ambitne cele. Jest to część strategii przetrwania i motywacji. Jeśli jesteś sportowcem i nie stawiasz sobie zadania zdobycia złotego medalu, to nie ma sensu przygotowywać się do igrzysk olimpijskich. Pozostajemy optymistami. A na podstawie obiektywnych czynników bezpośrednich i pośrednich możemy przewidzieć jeden ze scenariuszy — że w wyniku działań na froncie nastąpi przełom.

Przypomnijmy sobie operację wyzwolenia Chersonia. Operacja trwała ponad dwa miesiące. Stopniowo odcinaliśmy logistykę, możliwość dostaw broni, niszczyliśmy ich magazyny. I w końcu stworzyliśmy sytuację, w której Rosjanie nie mieli innego wyjścia, jak się wycofać. Mogli albo odejść, albo utknąć w bardzo ciężkiej i krwawej walce.

Czy realistyczne jest osiągnięcie punktu przed końcem roku, kiedy będzie jasne, że Ukraina wygrała? Powiedziałbym, że jest to realne. Ale z zastrzeżeniem, że to jest wojna i wielu rzeczy nie da się przewidzieć. Postawiliśmy przed sobą następujące zadanie: jak najszybsza deokupacja wszystkich terytoriów.

Powiedział pan, że to optymistyczny scenariusz. A jaki jest pesymistyczny?

Na koniec każdego scenariusza mamy zwycięstwo Ukrainy. Nie ma innej opcji. Ale scenariusz pesymistyczny oznacza dłuższy czas i wyższą cenę. I my i nasi partnerzy zapłacimy tę cenę. To kontynuacja takich ryzyk i zagrożeń jak światowy kryzys żywnościowy, możliwość awarii w elektrowni atomowej i inne. Dłużej będziemy żyć w państwie, w którym jak beczka prochu w każdej chwili może się wydarzyć coś, co zaszkodzi wszystkim, nie tylko Ukrainie.

I jak długo możemy prowadzić tak aktywne działania wojenne? Na jak długo starczy zasobów? Rok, dwa?

A nasz kompleks militarno-przemysłowy się zmienia. Wczoraj padło oświadczenie, że sami wyprodukujemy kaliber 155. Produkujemy kaliber 152. Wiele produkcji zostało przywróconych. Sami produkujemy drony. Produkujemy amunicję. Nasi partnerzy też to robią.

Niestety w tym trybie działania wojenne mogą trwać bardzo długo. Przekształceniu ulega przecież zarówno nasz przemysł zbrojeniowy, jak i przemysł zbrojeniowy naszych sąsiadów i partnerów. I wszyscy rozumieją, że to jest jak boks. Wszyscy liczą na nokaut w trzeciej rundzie. Ale mądry sportowiec trenuje ze zrozumieniem, że może być 12 rund i zwycięstwo na punkty. Musimy więc być gotowi na wszystkie opcje.

Obserwujemy wzrost intensywności ostrzału Krymu. Czy można mówić o przygotowaniach do deokupacji półwyspu w najbliższym czasie?

Pośrednio widać, że Rosjanie rozważają już scenariusz utraty Krymu, np. ewakuują rodziny. Wizualizujemy możliwość wyzwolenia tego terenu, codziennie na to pracujemy. Prawie cały Krym jest pod naszą kontrolą ogniową. Uderzamy w lotniska, magazyny, porty. Ten proces będzie się tylko nasilać.

Wschód Ukrainy jest bardziej ufortyfikowany i zaminowany. Jest więcej grup wojsk rosyjskich. Tam wróg ma dużo prostszą logistykę, bo jest długa granica i łatwe zaopatrzenie. Tak więc jest tam więcej trudności. Nie da się tam zorganizować tak szybkiej blokady, jak na Krymie, która mogłaby uniemożliwić agresorowi prowadzenie działań obronnych. Jego wyzwolenie w teorii i w praktyce wojskowej jest bardziej realistycznym scenariuszem.

Jak ocenia pan ostatnie wydarzenia na Białorusi: groźby Łukaszenki w sprawie wagnerowców, wlatujące na terytorium Polski śmigłowce?

Wszystko, co dzieje się na Białorusi, to działania PR-owe i prowokacje. W Rosji słowo "zwycięstwo" zostało już zapomniane. Na poziomie elit wszyscy już doskonale rozumieją, w jakiej pozycji się znajdują. To tak jak z Hitlerem, kiedy elity zaczęły ewakuować rodziny, złoto i sprzedawać majątek, bo zrozumiały, że historia z Führerem już się kończy.

Ostatnią nadzieją Rosjan jest to, że mogą "zadać nam cierpienie". Chcą przekonać Zachód, że wojna będzie trwała wiecznie. Że Zachód zawsze będzie dostarczał Ukrainie broń, pieniądze i żył z uchodźcami. I tak próbują manipulować, żeby Zachód zaczął wywierać presję na Ukrainę, popychając nas do rozmów pokojowych i kompromisów terytorialnych.

Drugą kartą Rosji jest zastraszanie, że wciągną świat w III wojnę światową. I tu włączają się opowieści o wagnerowcach, broni atomowej i śmigłowcach na terenie Polski. Rosja wciąż ma nadzieję, że uda jej się zastraszyć świat. Jednak im więcej czasu mija, tym bardziej oczywiste staje się dla wszystkich, że retoryka eskalacji nie działa. Wyobraź sobie, że na ulicy chuligan wyciąga nóż i krzyczy, że kogoś zabije. Na początku to przerażające. Ale biega przez godzinę z tym nożem i nic nie robi. A potem jest po prostu postrzegany jako szaleniec, którego nikt się nie boi. Tak samo jest z Rosjanami.

Czy naprawdę nie ma rozmów o rozmowach pokojowych?

Na poziomie oficjalnym oczywiście ich nie ma. Myślę, że na Zachodzie są tacy, którzy by tego chcieli. Ale ten temat nie jest poruszany na głos.

Już dziś poruszyliśmy temat dronów uderzających w domy w Moskwie. Pytam więc: kto to robi, jakie są cele ataków i czy są jakieś rezultaty?

Ogólnie mogę odpowiedzieć na to pytanie, cytując naszego prezydenta: "wojna wraca tam, skąd się wzięła". Jeśli Rosjanie myśleli, że mogą spokojnie niszczyć Ukraińców oraz nasze miasta i jednocześnie pić wódkę na kanapie, to tak nie jest.

Ale w tej sprawie chcę powiedzieć trzy rzeczy. Po pierwsze, nie jesteśmy Rosjanami i nasze działania nie będą szkodzić cywilom. Po drugie, nigdy nie uchylamy się od zobowiązań wobec naszych zachodnich partnerów i nie używamy otrzymanej broni do działań wojskowych poza suwerennym terytorium Ukrainy. I po trzecie, nie mamy planów podboju Rosji.

Dlatego wszystkie nasze działania militarne traktujemy wyłącznie przez pryzmat konieczności deokupacji naszych terytoriów. Mamy prawo do samoobrony zgodnie z kartą ONZ, zgodnie ze wszystkimi boskimi i ludzkimi prawami, mamy prawo osłabiać wroga w dostępny nam sposób.

onet.pl

Jeszcze niecałe dziesięć lat temu relacje na linii Moskwa–Nowe Delhi mogły być opisywane przez tak rosyjskich, jak i indyjskich analityków jako politycznie bezproblemowe. Żadne inne mocarstwo nie było dla Rosji równie komfortowym partnerem jak Indie. Pierwsze rysy na stosunkach pomiędzy oboma państwami zaczęły pojawiać się w połowie drugiej dekady XXI wieku, co wynikało z rosnącej potęgi Chin (z którymi Indie są skonfliktowane), narastającej asertywności polityki zagranicznej Pekinu, a także zacieśniania więzi rosyjsko-chińskich i postępującego zbliżenia między Indiami a Stanami Zjednoczonymi.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że pełnowymiarowa wojna, jaką rozpoczęła FR przeciwko Ukrainie, przyczyniła się do dalszego wzmocnienia relacji na linii Moskwa–Nowe Delhi. Jednakże, wbrew oficjalnej retoryce, podstawy rosyjsko-indyjskiego „szczególnie uprzywilejowanego partnerstwa strategicznego” koroduje kilka czynników i jego erozja będzie postępować.

Kultywowanie bliskich powiązań z Indiami należało do głównych celów azjatyckiej polityki Władimira Putina. Podczas pierwszej oficjalnej wizyty w tym kraju, jesienią 2000 r. – niecałe pół roku po objęciu urzędu prezydenta – podpisał on z tamtejszym premierem deklarację o strategicznym partnerstwie. Najważniejszym jego elementem miały być coroczne spotkania na szczycie, odbywające się na przemian w obu państwach. Coroczny rytm tych wizyt udało się utrzymać do 2021 r. włącznie. W 2010 r. – w ramach ogłoszonego wówczas przez Moskwę „zwrotu na Wschód” – relacje z Nowym Delhi podniesiono oficjalnie do rangi „szczególnie uprzywilejowanego partnerstwa strategicznego”.

Z perspektywy Kremla rozwijanie owego „strategicznego partnerstwa” z Indiami było częścią podważania pozycji Stanów Zjednoczonych, które rosyjskie elity postrzegały jako aktora nie tylko nadmiernie silnego, lecz także próbującego wykorzystać swoją przewagę do wpływania na procesy polityczne w samej Rosji. Politykę tę Moskwa realizowała pod szyldem wspierania rzekomo „naturalnej” i „obiektywnej” ewolucji systemu międzynarodowego ku tzw. ładowi wielobiegunowemu. Kreml szukał partnerów, którym również nie podobała się dominująca rola USA w pozimnowojennym systemie międzynarodowym i którzy gotowi byli wspierać się wzajemnie w kontestowaniu amerykańskiej potęgi. W wyobrażeniach rosyjskich elit relacje z Indiami miały też służyć równoważeniu pozycji Chin, których wzrost dostrzeżono i doceniono w Moskwie już w połowie lat dziewięćdziesiątych. Putin kontynuował kurs oparty na tych założeniach, choć ograniczył „wielobiegunowościową” retorykę i – przynajmniej do 2007 r. – odżegnywał się od intencji rewizjonistycznych.

W Indiach rosyjska oferta tak rozumianego partnerstwa strategicznego znalazła podatny grunt. Silna bowiem była tam pamięć o poparciu, jakiego ZSRR udzielał temu państwu w obliczu zachodniej, a zwłaszcza amerykańskiej presji. Indie miały swoje spory ze Stanami Zjednoczonymi oraz ambicje mocarstwowe – w wymiarze tak regionalnym, jak i globalnym. Podstawę strategicznego partnerstwa Moskwy i Nowego Delhi stanowiły więc wspólna niechęć do zbyt silnej pozycji Waszyngtonu, dążenie do posiadania jak największej swobody w odniesieniu do mniejszych sąsiadów i w polityce wewnętrznej oraz antyzachodnie resentymenty. Dlatego też koncepcja wielobiegunowego ładu była atrakcyjna dla Indii. Ponadto dla obu stron ich wzajemne stosunki miały także służyć jako przeciwwaga dla rosnącej potęgi Chin. W Moskwie panowało w związku z tym przekonanie o pełnej zbieżności międzynarodowych interesów jej i Nowego Delhi.

Słabym punktem tego partnerstwa strategicznego była niewielka współpraca gospodarcza. Chociaż obroty handlowe w okresie 2009–2012 wzrosły z 7,5 do 11 mld dolarów, to w latach 2013 i 2014 spadły do odpowiednio 10,1 i 9,5 mld dolarów. Stanowiło to zaledwie 1,2% handlu zagranicznego Rosji i nie sięgało nawet 1% indyjskiego. Równie niski był poziom wzajemnych inwestycji: w latach 2000–2015 indyjskie inwestycje w Rosji wyniosły 8 mld dolarów, a rosyjskie w Indiach – 4 mld dolarów. Gros indyjskich przypadał na sektor energetyczny (4,5 mld dolarów). Największe poczynił państwowy koncern paliwowy OVL: w 2001 r. zakupił 20% udziałów w projekcie Sachalin-1, a w 2008 r. nabył za 2,6 mld dolarów spółkę Imperial Energy eksploatująca złoża w zachodniej Syberii. Głównym filarem rosyjsko-indyjskiego partnerstwa była i jest kooperacja wojskowo-techniczna.

Do fundamentów rosyjsko-indyjskiego partnerstwa strategicznego należała – oprócz pozytywnej tradycji relacji sowiecko-indyjskich – zbieżność celów międzynarodowych. Z czasem pamięć o tych pierwszych powoli się jednak zacierała, a ewolucja sytuacji międzynarodowej popychała elity obu państw w odmiennych kierunkach. Zmiany, zwłaszcza te zachodzące po kryzysie gospodarczym 2008–2009, zaczęły wpływać na zachowanie i pozycję ważnych aktorów międzynarodowych oraz kontekst relacji rosyjsko-indyjskich. Za najistotniejszą należy uznać wzrost potęgi i asertywności Chin przy względnym osłabieniu Stanów Zjednoczonych. Zbiegło się to z rosnącymi napięciami pomiędzy Rosją i Zachodem, którym towarzyszyło dalsze zacieśnianie więzi między Pekinem i Moskwą. Ich „strategiczne partnerstwo” zaczęło przekształcać się w antyamerykański quasi-sojusz, w którym Rosja powoli stawała się „młodszym” partnerem ChRL.

Nowe Delhi zareagowało na wzrost siły i agresywności Chin odwrotnie niż Moskwa – zamiast strategii „przyłączania się do silniejszego” (bandwagoning) wybrało politykę balansowania, nawiązując strategiczną (w tym wojskową) współpracę z USA i ich azjatyckimi sojusznikami. Zinstytucjonalizowała się ona w 2017 r. pod postacią Czterostronnego Dialogu Bezpieczeństwa (tzw. Quad).

Wprowadzona przez Indie dywersyfikacja importu broni silnie uderzyła w rosyjskie interesy. Konsekwencją był powolny, ale stały spadek udziału FR w dostawach uzbrojenia nad Ganges. W latach 2012–2016 wynosił on 68%, a w roku 2022 obniżył się do 59%.

Ze strony indyjskiej pojawiły się pretensje dotyczące jakości dostarczanej przez Rosję produkcji przemysłu obronnego, serwisowania dostarczonego sprzętu oraz opóźnień w dostawach części zapasowych. Ponadto Indie zaczęły wysuwać postulat fundamentalnej zmiany charakteru współpracy wojskowo-technicznej – przejścia do wspólnego projektowania i koprodukcji połączonej z transferem wysokich technologii.

Na skutek przesunięć w relacjach i układzie sił w czworoboku Chiny–Stany Zjednoczone–Rosja–Indie między Moskwą i Nowym Delhi po raz pierwszy pojawiły się istotne rozbieżności. Ta pierwsza postrzegała zacieśniającą się współpracę Indii i USA jako sprzeczną z jej interesami, tym bardziej że towarzyszyło temu opisane wyżej osłabienie rosyjskiej pozycji na indyjskim rynku broni. Kremlowska dyplomacja, ostro atakując amerykańskie inicjatywy w regionach Azji i Pacyfiku, przedstawiała zbliżenie na linii Nowe Delhi–Waszyngton w kategoriach „wciągania” Indii przez Amerykanów do antychińskiej koalicji, a tym samym traktowała je jak bierny obiekt amerykańskiej polityki. Szczególnie toksycznie na wzajemne stosunki oddziałuje odrzucenie przez Moskwę koncepcji Indo-Pacyfiku (rozwijania współpracy pomiędzy Indiami, Stanami Zjednoczonymi, Japonią i Australią), która „dla indyjskich elit politycznych jest jednym z filarów polityki zagranicznej i przedmiotem uzasadnionej dumy”. Z kolei Nowe Delhi negatywnie odnosiło się do chińskiego projektu Pasa i Szlaku (One Belt, One Road, OBOR) oraz do zgody Rosji na jego „sprzężenie” z Euroazjatycką Unią Gospodarczą (EUG). Indie widziały w OBOR zawoalowany neoimperialny projekt Pekinu służący budowaniu przezeń hegemonii na kontynencie eurazjatyckim i obawiały się, że „sprzężenie” OBOR z EUG będzie prowadziło do coraz wyraźniejszego dominowania Rosji przez ChRL.

Kolejną kwestią zakłócającą relacje indyjsko-rosyjskie stało się zainicjowane przez Moskwę „odmrożenie”, a następnie rozbudowa jej relacji z Pakistanem, uważanym przez Nowe Delhi za egzystencjalne zagrożenie. Co więcej, Islamabad to klient Pekinu, więc wspomaganie go przez Rosję wygląda z perspektywy Indii na wspieranie nie tyle Pakistanu, co Chin przeciwko Nowemu Delhi. W jego ocenie wszystko to „podcina tradycyjnie głębokie geopolityczne wzajemne zrozumienie [Rosji] z Indiami w regionie”.

Opisane powyżej problemy już w 2017 r. skłaniały analityków z obu krajów do wysunięcia postulatu o konieczności „resetu” stosunków bilateralnych. W raporcie przygotowanym wówczas pod auspicjami rosyjskiego państwowego think tanku indyjski ekspert wskazywał na potrzebę „zrewidowania relacji indyjsko-rosyjskich na nowej, zorientowanej na perspektywę podstawie”. Rosyjski „kurator” projektu (generał rezerwy Służby Wywiadu Zagranicznego Wiaczesław Trubnikow) stwierdził zaś, że „istniejący model współdziałania w dużym stopniu wyczerpał się”, w związku czym należy go „wyprowadzić na nowy poziom, w pełnej mierze odpowiadający realiom światowej polityki XXI wieku”.

Strona indyjska co najmniej dwukrotnie próbowała zintensyfikować relacje gospodarcze z Rosją. W tym celu premier Narendra Modi osobiście wziął udział w dwóch flagowych rosyjskich imprezach ekonomicznych w 2016 i 2019 r. Przyniosło to pewne rezultaty. Firmy znad Gangesu zwiększyły swój udział w rosyjskim sektorze energetycznym, nabywając udziały w złożach Wankor i Taas-Jurjach, co podniosło wartość własnych inwestycji do 16 mld dolarów. Z kolei państwowa spółka Rosnieft’ kupiła w 2017 r. za 12,9 mld dolarów 49% udziałów w indyjskiej firmie energetycznej Essar Oil Ltd. i stała się akcjonariuszem drugiej największej rafinerii w tym kraju. W konsekwencji suma wzajemnych inwestycji przekroczyła 30 mld dolarów.

Wzrosły także obroty handlowe – ponownie osiągnęły one poziom 11,2 mld dolarów w 2019 r. i doszły do 13,6 mld w 2021 r. (1,7% obrotów handlowych FR). Wymiana gospodarcza pozostawała jednak niska, zwłaszcza w porównaniu z rosyjsko-chińską, która w 2021 r. przekroczyła 140 mld dolarów (prawie 17% obrotów FR). Nie uległ też zmianie dotychczasowy model ekonomiczny stosunków indyjsko-rosyjskich, polegający na realizacji przez państwowe koncerny projektów uzgodnionych na szczeblu międzyrządowym. Istotną zmianę w reżimie handlowym zapowiedziało natomiast rozpoczęcie w 2015 r. konsultacji na temat ewentualnego zawarcia porozumienia o wolnym handlu między Indiami a EUG, czego jednak nie udało się dotychczas zrealizować.

Pewne sukcesy odnotowano również w sferze współpracy wojskowej. W 2019 r. uruchomiono w Indiach wspólną produkcję automatów Kałasznikowa, a w 2018 r. zawarto kontrakt na dostawę systemów obrony przeciwlotniczej S-400. Ten ostatni miał także wymowę symboliczną, ponieważ wcześniej Rosja podobne systemy sprzedała Chinom. Ponadto w grudniu 2021 r. podpisano nowy 10-letni program współpracy wojskowo-technicznej na lata 2021–2030 i powołano mechanizm konsultacji polityczno-strategicznych w formie corocznych spotkań ministrów spraw zagranicznych i obrony. Zapowiedziano też porozumienie, które umożliwiałoby wzajemne korzystanie z baz i infrastruktury logistycznej. Wydawać się więc mogło, że wysiłki Nowego Delhi zmierzające do tego, aby poprzez rozszerzanie współpracy z Moskwą zahamować jej zbliżenie z Pekinem, przyniosły przynajmniej częściowe efekty.

Przy powierzchownym spojrzeniu można odnieść wrażenie, że zmasowany atak zbrojny Rosji na Ukrainę potwierdził lub nawet umocnił rosyjsko-indyjskie „szczególnie uprzywilejowane partnerstwo strategiczne”. Przy bliższej analizie widać jednak, że podlega ono dalszej erozji. Moskwa i Nowe Delhi znajdują się na rozbieżnych trajektoriach w odniesieniu do głównej osi „porządkującej” konfigurację sił na arenie międzynarodowej, jaką jest rywalizacja Pekinu i Waszyngtonu. Wojna Rosji z Ukrainą i jej ostra konfrontacja z Zachodem powodują dalsze zacieśnienie rosyjsko-chińskiego quasi-sojuszu, a zarazem zwiększają jego asymetrię na korzyść ChRL. Indie odwrotnie: intensyfikują relacje z USA, a ich napięcia z Pekinem nie słabną. Sugerowane przez niektórych rosyjskich ekspertów wykorzystanie przez FR stosunków z Indiami do zatrzymywania procesu formowania się bipolarnego – amerykańsko-chińskiego – systemu międzynarodowego i budowania ładu policentrycznego (co pozostaje oficjalnym celem rosyjskiej polityki zagranicznej) nie ma szans na realizację.

Na pierwszy rzut oka po 24 lutego 2022 r. rosyjsko-indyjskie partnerstwo zadziałało bez zarzutu. Nowe Delhi nie potępiło i nie krytykuje wprost agresji na Ukrainę, nie przyłączyło się do zachodniej izolacji dyplomatycznej Moskwy, a także sześciokrotnie wstrzymało się od głosu na forum ONZ (Rada Bezpieczeństwa, Zgromadzenie Ogólne), gdy na agendzie stanęły krytyczne wobec Moskwy rezolucje. Co najistotniejsze dla FR, odmówiło też przyłączenia się do zachodnich sankcji ekonomicznych, a nawet podpisało się pod sprzeciwiającymi się im rezolucjami przyjętymi przez BRICS i Szanghajską Organizacją Współpracy. Również w G-20 Indie dążyły do tego, aby sprawa rosyjskiej inwazji została wyłączona z porządku obrad.

Najbardziej spektakularnym skutkiem wojny był ogromny wzrost rosyjsko-indyjskich obrotów handlowych. W okresie od kwietnia 2022 r. do kwietnia 2023 r. zwiększyły się one 2,5-krotnie, osiągając wartość prawie 50 mld dolarów. Wydawałoby się, że w ten sposób spełniły się postulaty obu stron, aby stworzyć solidne ekonomiczne podstawy wzajemnych relacji. Ten wzrost obrotów był jednak konsekwencją ponad czterokrotnego wzrostu eksportu rosyjskich surowców i półproduktów (przede wszystkim ropy naftowej, oleju napędowego, ale także węgla, nawozów sztucznych i metali) do wartości 46,3 mld dolarów. Udział rosyjskiej ropy w indyjskim imporcie wzrósł z 0,2% przed lutym 2022 r. do 45% w czerwcu 2023 r., osiągając poziom ok. 2,2 mln baryłek na dobę. Jednocześnie rosyjski import z Indii spadł o 12% i wyniósł niecałe 3 mld dolarów. Nie uległa więc zmianie struktura handlu, a wzrost obrotów był konsekwencją doraźnego wykorzystania przez Nowe Delhi korzystnej koniunktury cenowej, a zwłaszcza tego, że zachodnie restrykcje zmusiły Rosję do sprzedaży ropy ze znacznym upustem.

Paradoksalnie znaczący proficyt, który pojawił się w handlu FR z Indiami, stał się poważnym problemem dla obu stron. Chcąc uniknąć amerykańskich sankcji, zgodziły się one na opłacanie indyjskiego importu w niewymienialnych rupiach. W rezultacie rosyjskie firmy zakumulowały na rachunkach bankowych w Indiach rupie stanowiące równowartość ok. 40 mld dolarów i jak dotąd nie udało się uzgodnić mechanizmu ich wymiany na inne waluty. Nowe Delhi chciałoby, aby środki te zostały zainwestowane w kraju, na co z kolei nie godzi się strona rosyjska. Warto też zwrócić uwagę, że zainicjowane jeszcze w 2017 r. rozmowy na temat porozumienia o wolnym handlu w praktyce zawieszono. Nawet zwiększony import ropy Indie traktują jako zjawisko przejściowe, o czym świadczy brak inwestycji w rozwijanie możliwości przeróbki rosyjskiego surowca.

Ten stan rzeczy stoi w rażącym kontraście z rozwojem relacji ekonomicznych Indii ze Stanami Zjednoczonymi, których motorem jest prywatny biznes. Przynoszą one stronie indyjskiej coraz więcej amerykańskich inwestycji i obejmują pogłębioną współpracę w dziedzinie wysokich technologii. Ten przyszłościowy i strategiczny charakter więzi ekonomicznych Nowego Delhi z Waszyngtonem został potwierdzony i wzmocniony podczas ostatniej wizyty premiera Modiego w USA na początku lipca br.

Wojna odbiła się negatywnie na indyjsko-rosyjskiej współpracy wojskowej. Przede wszystkim pojawiły się opóźnienia w dostarczaniu komponentów i części zapasowych z FR. Najbardziej spektakularnym przejawem trudności spowodowanych konfliktem jest opóźnienie dostawy dwóch ostatnich (z pięciu zakontraktowanych) dywizjonów systemów obrony przeciwlotniczej S-400. Indie zamroziły także rozmowy o kontrakcie na rosyjskie helikoptery. Co więcej, nie doszło do zapowiedzianego w grudniu 2021 r. zawarcia umowy o współpracy logistycznej. Nie została też notyfikowana sygnowana w tym samym czasie umowa o współpracy wojskowo-technicznej na lata 2021–2031. Odwołane (formalnie „przełożone” na 2023 r.) zostały również coroczne wspólne manewry wojskowe „Indra”, które w 2022 r. miały się odbyć w obwodzie królewieckim.

Mimo że Nowe Delhi nie przyłączyło się do zachodniej polityki izolacji dyplomatycznej Moskwy, to intensywność kontaktów między nimi uległa wyraźnemu zmniejszeniu. Przede wszystkim doszło do bezprecedensowej przerwy w cyklu corocznych wizyt na szczeblu przywódców. W 2022 r. premier Modi bez podania przyczyn nie przyjechał do Rosji i wszystko wskazuje, że nie dojdzie do tego także w tym roku. Nie ma też żadnych oznak, aby prezydent Putin wybierał się osobiście na organizowany przez Indie we wrześniu szczyt G-20. Po 24 lutego 2022 r. obaj politycy spotkali się tylko raz, przy okazji szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Samarkandzie we wrześniu 2022 r., przy czym Modi pośrednio publicznie skrytykował politykę Kremla, oświadczając, że w dzisiejszej erze wojna nie jest właściwym narzędziem polityki. W 2022 r. nie przeprowadzono również zainicjowanych rok wcześniej konsultacji ministrów obrony i spraw zagranicznych (2+2). Pogłębiła się także atrofia trilogu Rosja–Chiny–Indie, który według opinii indyjskiego eksperta „zwiądł”. Pojawiły się też poważne różnice pomiędzy Moskwą i Pekinem a Nowym Delhi wewnątrz formatu BRICS: pierwsze dwie stolice dążą do rozszerzenia tego klubu, pragnąc przekształcić go w antyzachodnią platformę, co napotyka opór dyplomacji indyjskiej.

Wojna Rosji z Ukrainą tylko pogłębiła zarysowujące się już wcześniej problemy w relacjach rosyjsko-indyjskich. Ich fundamentalną przyczyną jest to, że priorytet Nowego Delhi i Moskwy stanowi zacieśnienie więzi odpowiednio z Waszyngtonem i Pekinem. W obu stolicach ten wybór priorytetowego partnera jest postrzegany w kategoriach egzystencjalnych. Zaostrzanie się strukturalnej rywalizacji amerykańsko-chińskiej prowadzi więc do trudności w stosunkach rosyjsko-indyjskich.

Dla Moskwy zachowanie jak najlepszych i najbliższych relacji z Indiami to oczywisty imperatyw w sytuacji jej ostrego konfliktu z Zachodem i pogłębiającego się uzależnienia od chińskiego quasi-sojusznika. Nic jednak nie wskazuje na to, aby Kreml potrafił podjąć jakieś kroki, które powstrzymałyby proces ich powolnej erozji, a agresja na Ukrainę jeszcze ograniczyła jego możliwości i swobodę działania w tym zakresie. Z kolei Nowe Delhi próbuje, co zrozumiałe, jak najdłużej utrzymać sytuację, w której zacieśniając swoje strategiczne powiązania z Waszyngtonem, będzie mogło osiągać rozmaite profity z neutralności w konflikcie FR ze Stanami Zjednoczonymi. Wydaje się jednak, że narastająca polaryzacja systemu międzynarodowego oraz coraz bardziej ograniczone możliwości zaspokajania przez Rosję rosnących potrzeb Indii (wysokie technologie, inwestycje, kooperacja przemysłowa) będą nieuchronnie prowadzić do dalszej erozji stosunków między nimi.

osw.waw.pl

czwartek, 10 sierpnia 2023


Dywersantów do przyszłej wojny partyzanckiej przygotowywano w specjalnych ośrodkach szkoleniowych, które według danych polskiego wywiadu znajdowały się w Mińsku, Orszy i Smoleńsku. Kadra oficerska była wybierana spośród dowódców kadrowych Armii Czerwonej, którzy mieli doświadczenie bojowe, a także z doświadczonych politruków i czekistów. Trzon oddziałów dywersyjnych formowano i zbrojono na terytorium sowieckiej Białorusi, a po przejściu specjalnego szkolenia przerzucano na terytorium Polski przez specjalne „okna” na granicy.

Sowieccy dywersanci, kreując wizerunek ludowych mścicieli, zabijali policjantów i atakowali posterunki, rabowali pociągi pasażerskie, wykolejali pociągi towarowe, wysadzali parowozy i mosty, palili posiadłości ziemskie, dokonywali nalotów na więzienia w celu uwolnienia towarzyszy broni oraz rabowali poczty i banki w celu uzyskania środków na „walkę wyzwoleńczą”. W miarę możliwości dywersanci organizowali w wioskach zgromadzenia, gdzie wzywali miejscowych chłopów do wystąpienia przeciwko polskim panom.

We wschodniej części województwa poleskiego i południowej województwa nowogródzkiego i wileńskiego operowały sowieckie oddziały partyzanckie pod dowództwem

Cyryla Orłowskiego i Stanisława Waupszasowa. Już latem 1922 roku o „partyzantach białoruskich” mówiono w całej Polsce. Wtedy to oddział Orłowskiego w rejonie Puszczy Białowieskiej zniszczył posterunek policji, a także zajął i spalił majątek Dobre Drzewo.

Od 15 czerwca do 6 sierpnia 1922 roku na terenie powiatów grodzieńskiego i ilickiego przeprowadzono łącznie dziewięć operacji bojowych, w wyniku których bolszewiccy dywersanci zniszczyli trzy posiadłości ziemskie, spalili pałac księcia Druckiego-Lubieckiego i wysadzili w powietrze dwa parowozy na wąskotorówce. Ponadto na linii kolejowej Wilno–Lida został zniszczony most kolejowy, a także znaczna część drogi. 14 października 1922 roku „goście ze wschodu” zaatakowali majątek Struga w powiecie stolińskim, zabijając polskich policjantów.

Działalność bolszewickich dywersantów nasiliła się w 1923 roku. W nocy z 19 na 20 maja grupa 30 partyzantów dokonała nalotu na posterunek policji w Czuczewicach w powiecie łuninieckim.

27 sierpnia dywersanci przeprowadzili operację w miejscowości Telechany w powiecie kossowskim, w wyniku której zginęło dwóch policjantów i wójt.

W 1924 roku ataki na majątki, posterunki policji, a zwłaszcza pociągi stały się bardziej zuchwałe i częstsze. W nocy z 18 na 19 lipca dywersanci z BSSR zorganizowali nalot na miejscowość Wiszniewo w powiecie wołożyńskim. W walce z napastnikami zginął komendant powiatowy policji, komisarz Włodzimierz Łopaciński.

Najbardziej znana akcja miała miejsce w Stołpcach. W nocy z 3 na 4 sierpnia około 100 sowieckich dywersantów otoczyło wspomnianą miejscowość ze wszystkich stron i uwolniło z miejscowego więzienia komunistycznych przywódców.

11 września w rejonie wsi Zasulje powiatu stołpeckiego dywersanci zaatakowali i okradły grupę podróżnych, uprowadzając jednego żandarma i jednego cywila. Władze polskie zorganizowały pościg i schwytały czterech bandytów. Okazało się, że wzięci przez bolszewików do niewoli „żandarm” i cywil byli pracownikami polskiego wywiadu.

13 września 1924 roku siedmioosobowy oddział dywersantów z sowieckiej Białorusi zaatakował sklep Jana Krasowskiego w Łunińcu i obrabował go. Kilka dni później polscy policjanci złapali jednego z napastników. Tego samego dnia złodzieje zaatakowali folwark Grabowszczyzna w powiecie nowogródzkim.

15 września nieznani sprawcy na drodze z Trab do Juratyszek zamordowali właściciela majątku Bastuny nazwiskiem Sikorski (imię nieznane).

19 września w rejonie Wilejki oddział bolszewicki schwytał dwóch policjantów, których wymieniono później na wziętego do niewoli przez Polaków komisarza bolszewickiego.

24 września dywersanci zaatakowali folwark Józefów pod Pińskiem i zamordowali jego administratora. Dwóch innych cywilów zostało rannych. Tego samego dnia partyzanci podpalili las przy drodze między Mołodecznem w kierunku Wiazynki. W rezultacie zniszczono 10 ha lasu.

Od kwietnia do listopada 1924 roku oddziały „wywiadu aktywnego” przeprowadziły w Polsce wschodniej co najmniej 89 operacji bojowych na dużą skalę w celu destabilizacji sytuacji. Według analityków Drugiego Oddziału Sztabu Generalnego Wojska Polskiego na Polesiu, w Nalibockiej, Białowieskiej i Grodzieńskiej puszczy, a także na terenie Wileńszczyzny w tym okresie działało 5–6 tysięcy dywersantów wywiadu aktywnego.

W Warszawie zdawano sobie sprawę, że w lasach białoruskich ukrywają się nie zbuntowani chłopi, ale dobrze wyszkoleni wywiadowcy wojskowi, przeszkoleni w taktyce prowadzenia walki partyzanckiej. W sierpniu 1924 roku Rada Ministrów pod przewodnictwem prezydenta Stanisława Wojciechowskiego podjęła decyzję o utworzeniu nowej służby do ochrony polskiej granicy wschodniej. 12 września Ministerstwo Spraw Wojskowych uchwaliło powołanie Korpusu Ochrony Pogranicza.

1 listopada 1924 roku KOP objął pod ochronę odcinek granicy radziecko-polskiej na terenie województw wileńskiego i nowogródzkiego. Od kwietnia 1925 roku jednostki korpusu obsadziły granicę w województwie Poleskim. Ponadto na terenie północno-wschodnich województw II Rzeczypospolitej wzmacniały się garnizony Wojska Polskiego. W okresie od kwietnia 1921 do kwietnia 1924 roku na granicy polsko-radzieckiej odnotowano 259 nielegalnych przekroczeń granicy dokonanych przez dywersantów wywiadu Armii Czerwonej.

Na początku 1925 roku kierownictwo Komendantury Głównej Policji Państwowej poinformowało Ministerstwo Spraw Wojskowych, że „gangi dywersyjne na terytorium Związku Radzieckiego łączą się w celu przeprowadzenia wspólnych operacji i przekształcają się w grupy po 500 osób, uzbrojone nie tylko w karabiny maszynowe, ale także w armaty polowe”. Wkrótce jednak doszło do wydarzenia, które położyło ostateczny kres wywiadowi aktywnemu na terenie północno-wschodnich województw Polski.

W nocy z 7 na 8 stycznia 1925 roku oddział bolszewickich dywersantów, przyciśnięty przez kopistów do granicy, przedarł się na terytorium ZSRR, rozbijając przy tym sowiecką placówkę graniczną w miejscowości Jampol. Napastnicy byli ubrani w polskie mundury wojskowe, więc sowieccy strażnicy graniczni uznali, że ataku dokonały polskie jednostki regularne. Niepokojąca wiadomość o walce na granicy dotarła do Charkowa, a stamtąd do Moskwy. 8 stycznia 1925 roku odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Biura Politycznego. Podczas dyskusji wystąpił narkom spraw zagranicznych Grigorij Cziczerin, jego zastępca Maxim Litwinow i zastępca przewodniczącego Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny (OGPU) Wieczysław Menżyński. W rezultacie powołano specjalną komisję do zbadania „incydentu w Jampolu”. Polakom z kolei przekazano notatkę, w której zaznaczono, że „strona radziecka jest gotowa do pokojowego rozwiązania incydentu”.

Najwyższe kierownictwo radzieckie ostro skrytykowało działanie wywiadu Armii Czerwonej. W lutym 1925 roku specjalna komisja przedstawiła Biuru Politycznemu projekt uchwały, w którym zaznaczono: „Wywiad aktywny w tej jego formie (organizacja łączności, zapewnienie i kierowanie oddziałami dywersyjnymi na terenie Polski) – zlikwidować. Żaden kraj nie powinien mieć naszych aktywnych grup bojowych, które dokonują aktów bojowych i otrzymują od nas bezpośrednio środki, wskazówki i rozkazy”.

W rezultacie wywiad aktywny w Polsce wschodniej został zlikwidowany. W czerwcu 1925 roku rozpuszczono oddział Waupszasowa. W tym samym roku do ZSRR wrócił również Orłowski. Korzystając z zamieszania w szeregach bolszewickich dywersantów władze polskie podjęły z nimi walkę. W ciągu 1925 roku tylko na terenie województwa Nowogródzkiego aresztowano 1400 osób.

(...)

new.org.pl

środa, 9 sierpnia 2023


– Wiosną 2022 r. Alaksandr Łukaszenka zakładał, że będzie to krótka, szybka wojna. Trzy-cztery dni, może tydzień, Ukraina w rozsypce, armia się poddaje, a ludność z kwiatami – mniej lub bardziej entuzjastycznie - wita rosyjską armię. I, być może, białoruską, która skromnie za nią maszeruje – mówi Kłysiński. – Myślę, że można przyjąć, że właśnie takie było podejście białoruskiego polityka, sądząc po tym, co wówczas mówił i robił – dodaje.

Być może Łukaszenka myślał wówczas, że po takiej "zwycięskiej akcji" Zachód będzie gotów zacząć z nim rozmawiać, tak samo jak z Rosją, bo nie będzie miał wyjścia.

– Jak jest dzisiaj, po półtora roku trwania wojny? Łukaszenka chce przetrwać. Jest zdezorientowany, zmęczony, choć oczywiście inaczej niż my wszyscy. On chciałby, żeby wojna rozstrzygnęła się możliwie korzystnie dla Rosji, ponieważ on "trzyma się na Putinie". Liczy na jakiś, może zgniły, może połowiczny pokój, przerwanie działań zbrojnych. Na sytuację, która otworzy mu jakieś pole do działania w relacjach z Zachodem, która pozwoli być może stopniowo znosić sankcje. I odsunie ciągle jednak wiszącą nad Białorusią groźbę, że jej granica z Ukrainą może się stać granicą wojenną – ocenia analityk.

– Nie wierzę też za bardzo w to, że Łukaszenka chciałby jakiegoś konfliktu na polsko-białoruskiej granicy, na granicy z Litwą czy z Łotwą. Odpowiada mu kryzys migracyjny i podtrzymuje go, ale to nie są starcia zbrojne – mówi.

– Łukaszenka już jest w konflikcie z Zachodem – krytykuje, ujada, grozi. W mojej opinii na pogłębieniu tego Rosja nie skorzysta, a może wystawić Białoruś na ryzyko. To nie jest przecież kraj z dużym potencjałem wojskowym. On (Łukaszenka) będzie zachód oskarżał i będzie agresywny retorycznie, ale jakiejś większe prowokacje, grożące wybuchem konfliktu zbrojnego byłyby w mojej opinii irracjonalne i szalone – dodaje.

Jak mówi Kłysiński, przebieg wojny na Ukrainie "zupełnie Łukaszenkę zaskoczył".

– Jest w trudnej sytuacji. Poparł agresję i stał się współagresorem. Jedynym jego "sukcesem" było to, że udało mu się uniknąć bezpośredniego wkroczenia do działań zbrojnych armii białoruskiej. Moim zdaniem wynika on nie tyle z jego "heroicznego" oporu, ale raczej z tego, że Putin nie widział w tym większej zasadności – uważa analityk OSW.

Ekspert zwraca uwagę, że "Rosjanie wykorzystali wszystkie atuty Białorusi poza jej armią, która akurat nie jest najmocniejszym punktem – terytorium, bazy wojskowe, poligony, infrastrukturę drogową i kolejową, diesel dla samochodów i czołgów, szpitale wojskowe, całe tyły, zaplecze, które pozwoliło w pierwszej fazie wojny zaatakować Ukrainę od północy, a potem podtrzymywać potencjalne zagrożenie ponownym uderzeniem na tym kierunku".

– Największą porażką Łukaszenki w tym okresie było to, że dał się wciągnąć w tę wojnę, której, jak z czasem zapewne zrozumiał, Rosja nie jest w stanie jednoznacznie wygrać. Chociaż wciąż nie wiemy, czy może ją jednoznacznie przegrać. W efekcie spalił wszystkie te nieliczne i kruche mosty z Zachodem, które jeszcze istniały do początku pełnoskalowej wojny – zaznacza rozmówca PAP.

Łukaszenka doprowadził do domknięcia sankcji, które zostały wprowadzone przed wojną – w reakcji na sfałszowanie wyborów i późniejsze masowe represje. – Całkowicie utracił rynki zachodnie, jeśli chodzi o eksport. Eksport nawozów został odcięty już wcześniej, ale po rozpoczęciu wojny doszły do tego inne ważne pozycje – drewno i wyroby z drewna, wyroby stalowe, metalowe, gumowe. Bardzo ważną konsekwencją było pogrzebanie stosunków białorusko-ukraińskich. O tym się dużo nie mówiło, ale przed wojną, mimo wydarzeń na Białorusi w 2020 r., eksport białoruski na Ukrainę (za 2021 r.) wynosił ponad 5 mld dolarów. To była żyła złota dla gospodarki białoruskiej – zauważa Kłysiński.

Rosja jest teraz jeśli nie wyłącznym, to "bardzo dominującym partnerem Białorusi". – Szacuje się, że ok. 70 proc. obrotów handlowych przypada na ten kraj. Jest to główny rynek eksportowy, w zasadzie jedyny hub dla transportu, tranzytu towarów na dalsze rynki. Bez rosyjskich portów i kolei białoruska gospodarka się dusi. Ukraińska granica jest zaminowana i zryta okopami, na polskiej, litewskiej i łotewskiej obowiązuje embargo – przypomina ekspert.

Mówiąc o sytuacji wewnątrz Białorusi, analityk zwraca uwagę, że jest praktycznie niemożliwe pozyskanie pełnej informacji o nastrojach i poglądach społeczeństwa. Nie ma także możliwości oceny, jak na jego "stan umysłu" wpływa propaganda.

– A ten wpływ na pewno jest. Myślę, że mocno się zdziwimy, kiedy w przyszłości granice się otworzą i będzie można to ocenić. Nasza wiedza jest fragmentaryczna. Informacje pochodzą z jednej strony od propagandy Łukaszenki, które są bardzo wypaczone. Z drugiej, tej niezależnej strony, związanej z białoruskim społeczeństwem obywatelskim, informacje też są niepełne, ale z powodu braku całościowych badań, dostępu do izolowanego społeczeństwa – dodaje rozmówca PAP.

– Nawet w tych cząstkowych niezależnych badaniach widać, że propaganda zbiera swoje żniwo, dokonuje erozji świadomości. Jest problem z dostępem do niezależnych źródeł i nie chodzi tylko o to, że wszystkie wolne media zostały zlikwidowane, ale o to, że ludzie boją się korzystać z alternatywnych źródeł (np. w Internecie) z powodu represji. Za czytanie mediów opozycyjnych grozi kara, jest to uważane za ekstremizm. Główną narrację w białoruskiej przestrzeni informacyjnej stanowi rosyjski i reżimowy punkt widzenia – zaznacza.

– W białoruskim społeczeństwie głęboko zakorzeniony jest jednak ten rys pokojowy, głęboki strach przed skutkami wojny - trumnami mężów, ojców, synów, narzeczonych. On sprawia, że propaganda nie może tak szybko zmienić nastawienia do udziału w wojnie – dodaje Kłysiński.

PAP

Od lipca ubiegłego roku do kwietnia tego roku państwowa firma United Mining and Chemical Company (UMCC) wyeksportowała 82 200 ton rudy zawierającej tytan. Według danych otrzymanych od źródeł w przemyśle tytanowym znaczna część tej produkcji dotarła do Rosji, informuje RBK-Ukraina.

W szczególności partie koncentratu tytanu sprzedawano firmom pośredniczącym z Polski, Węgier, Czech i Słowacji, których założycielami są obywatele Federacji Rosyjskiej współpracujący z Rosją. Na przykład w lipcu, sierpniu i wrześniu 2022 roku UMCC dostarczyła tysiące ton koncentratu węgierskiej firmie Sic Luceat Lux KFT, której założycielami są urodzeni na Krymie Oleksandr i Switlana Muradyan. Jak piszą, są to prawdopodobnie osoby podstawione.

Odbiorcami surowców w latach 2021-2022 były Redmetkoncentrat LLC (Moskwa), Nerudnaja Kompanija LLC (Biełgorod), Minko Rus LLC (Biełgorod) i inne firmy rosyjskie. Tak więc firma jest oczywistą rosyjską spółką fikcyjną, a państwowe przedsiębiorstwo firma UMCC nie może o tym nie wiedzieć.

Firma UMCC stanowczo odrzuca oskarżenia.

"Od lutego 2023 roku przedsiębiorstwo wzmocniło politykę kontroli procedur eksportowych i zmieniło podejście do współpracy z odbiorcami. W szczególności łańcuch dostaw, użytkownicy końcowi oraz kontrola użytkowania produktów są wyraźnie i ściśle nadzorowane nie tylko przez pracowników firmy, ale także przez przedstawicieli organów ścigania. Eksport koncentratu ilmenitu (żelaziak tytanowy) do konsumenta końcowego odbywa się wyłącznie w obecności upoważnionych przedstawicieli organów ścigania, co już wyklucza wszelkie próby dostarczenia produktów osobom trzecim. Ponadto potencjalni nabywcy koncentratu ilmenitu poddawani są szeregowi wstępnych kontroli przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy i inne instytucje rządowe, aby ukraińskie produkty nie dostały się w ręce wroga" — czytamy w komunikacie UMCC, który pojawił się w odpowiedzi na śledztwo.

Według dziennikarzy RBK-Ukraina sytuacja jest jeszcze bardziej rażąca w przypadku innego przedsiębiorstwa — Zaporoskiego Kombinatu Tytanowo-Magnezowego, które wcześniej należało do oligarchy Dmytra Firtasza. Jednak w 2021 roku przeszło na własność państwa.

W przeciwieństwie do UMCC sprzedawało na eksport nie tylko surowce, ale także gotowe produkty — gąbkę tytanową, wlewki tytanowe, tetrachlorek tytanu, żużel tytanowy. W 2022 roku zakład prawie nie działał, ale wyprzedał produkty, które były w magazynach. Sprzedano około dwóch tysięcy ton wyrobów tytanowych za łączną kwotę 276,6 mln hrywien.

Kupowały je m.in. firmy z Czarnogóry, Austrii, Litwy, Czech, które są związane z Rosją i mają rosyjskich założycieli. W szczególności nabywcą tetrachlorku była firma Nadezda Invest, zarejestrowana w Budwie w Czarnogórze. Gąbkę tytanową kupiła austriacka firma LL-Resources, której dyrektorem jest obywatel Rosji Anatolij Zajcew z Petersburga. A żużel tytanowy sprzedano w sierpniu 2022 r. czeskiej firmie Cytleon, której współzałożycielem jest zarejestrowany w Moskwie obywatel Rosji Leonid Cytlionok.

Ukraina posiada duże rezerwy rudy tytanu. Według obliczeń państwowego United Mining and Chemical Company, w kraju skoncentrowane jest 20 porc. wszystkich światowych rezerw tego surowca.

ukrayina.pl

Nocą z 5 na 6 sierpnia Rosjanie przeprowadzili atak na lotniska Starokonstantynów (obwód chmielnicki) – główną bazę ukraińskich bombowców taktycznych Su-24M przystosowanych do przenoszenia pocisków manewrujących Storm Shadow/SCALP – oraz Dubno (obwód rówieński). Łącznie w trzech falach ataku agresor wykorzystał 70 rakiet i dronów kamikadze, w tym trzy pociski hipersoniczne Kindżał. Dowództwo Sił Powietrznych podało, że zestrzelono 17 z 20 rakiet Kalibr i 13 z 20 Ch-101/Ch-555 oraz wszystkich 27 bezzałogowców Shahed-136/131. Poza infrastrukturą lotniskową zniszczony miał też zostać elewator zbożowy w rejonie Starokonstantynowa.

5 sierpnia pięć wrogich rakiet uderzyło w Zaporoże i pobliską Komyszuwachę, a następnego dnia – nieznana liczba pocisków z systemów S-300 w Charków. 7 sierpnia celem był rejon synelnykowski w obwodzie dniepropetrowskim, a następnie Pokrowsk i okolice Kramatorska w obwodzie donieckim. W Pokrowsku zniszczony został budynek lokalnego MSW, a większość ofiar (do rana 8 sierpnia liczba zabitych wzrosła do siedmiu, a rannych do 81) stanowili pracownicy urzędu i funkcjonariusze. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego przeciwnik wykorzystał tej doby łącznie siedem pocisków, a prokuratura informowała o użyciu w Pokrowsku rakiet Iskander.

6 sierpnia Ukraińcy po raz kolejny uderzyli w most Czongarski (potwierdzono trafienie w środkową część nawierzchni) oraz most nad Cieśniną Geniczeską, łączący Geniczesk z Mierzeją Arabacką (rezultatem były uszkodzenie nawierzchni oraz pożar gazociągu zaopatrującego miasto). Administracja okupacyjna powiadomiła o zamknięciu mostu Czongarskiego dla ruchu cywilnego od 8 sierpnia (po ataku 22 czerwca remont trwał dwa tygodnie, w tym czasie przeprawa odbywała się mostem pontonowym), a na tym nad Cieśniną Geniczeską wprowadzono ruch wahadłowy. Najeźdźcy informowali o zniszczeniu dwóch z czterech pocisków Storm Shadow w rejonie mostu Czongarskiego oraz 9 z 12 pocisków, których typu nie podano, w okolicach Geniczeska. 6 sierpnia agresor doniósł także o kolejnej nieudanej próbie ataku drona kamikadze na Moskwę.

Późnym wieczorem 4 sierpnia w ataku ukraińskich nawodnych dronów kamikadze 30 mil na południe od mostu nad Cieśniną Kerczeńską uszkodzony został nieduży (o nośności 6619 ton) zbiornikowiec żeglugi lokalnej „Sig”. Zgodnie z częścią źródeł jeden z bezzałogowców uderzył w bonę osłaniającą podejście do mostu, na którym okresowo wstrzymano ruch. Według zebranych przez Interfax-Ukrajina doniesień monitoringu morskiego Marine Traffic wskutek rosyjskich ataków na porty w delcie Dunaju liczba zachodzących do nich statków zmniejszyła się 2–5-krotnie. Liczba jednostek w Izmaile spadła ze 120 do 48, a oczekuje się przybycia 22. Z kolei w Reni z 58 statków pozostało 12, a oczekuje się dziewięciu. Po wycofaniu się Rosji z Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej nie wznowiły dotychczas pracy porty tzw. Wielkiej Odessy.

5 sierpnia siły rosyjskie zajęły Nowoseliwśke w obwodzie ługańskim – przez wiele miesięcy główny punkt ukraińskiego oporu na południowy wschód od Kupiańska. W kolejnych dniach poczyniły także postępy na wschód od tego miasta, wdzierając się 3–4 km w głąb pozycji przeciwnika w pasie o szerokości 11–12 km. Postępy agresora potwierdził pośrednio ukraiński Sztab Generalny. Niepowodzeniem miały się zakończyć rosyjskie próby wyparcia obrońców z terenów na południowy zachód od Bachmutu (aczkolwiek najeźdźcy mieli przekroczyć kanał Doniec–Donbas) oraz kolejne ataki w okolicach Awdijiwki i Marjinki oraz leżącej na północ do niej Krasnohoriwki. Do względnego uspokojenia sytuacji doszło natomiast w rejonie rosyjskich przyczółków po zachodniej stronie rzeki Żerebeć i na południowy zachód od Kreminnej. Zmian nie przyniosły też ukraińskie próby natarcia na północny i południowy zachód od Bachmutu, a także na południe od Wełykiej Nowosiłki oraz Orichiwa. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego na południowy wschód od drugiego z tych miast (niedaleko Nowopokrowki) nieudaną próbę natarcia miał przeprowadzić agresor.

7 sierpnia wiceminister obrony Hanna Malar podsumowała działania z minionego tygodnia, po raz pierwszy od rozpoczęcia w czerwcu ofensywy na południu nie podając danych o postępach terenowych armii ukraińskiej. Zaznaczyła natomiast, że „Siły Zbrojne Ukrainy w niektórych miejscach przełamały już pierwszą linię obrony i teraz napotykają pewne trudności na następnej, pośredniej linii” (informacja ta nie znalazła dotychczas potwierdzenia). Sukces taktyczny obrońcy mieli osiągnąć na kierunku Mała Tokmaczka – Robotyne. Według Malar centrum działań bojowych był w minionym tygodniu wschodni odcinek frontu, a najcięższe walki toczyły się w rejonie Kupiańska.

(...)

W ostatnich dniach ukraińskie organy ścigania kontynuują szeroko zakrojoną akcję wymierzoną w oficerów z instytucji tyłowych armii ukraińskiej podejrzanych o korupcję. Wśród najwyższych rangą zatrzymanych znalazł się kierownik jednego z rejonowych centrów uzupełnień miasta Kijowa, któremu zarzucono udział w zorganizowanej grupie przestępczej (miała się zajmować wydawaniem nielegalnych dokumentów potwierdzających niezdolność do służby wojskowej). Według oświadczenia Państwowego Biura Śledczego (DBR) oskarżony był wspólnikiem oficera służącego w sztabie Dowództwa Wojsk Lądowych, którego aresztowano kilka dni wcześniej. Inną formą nadużyć jest nielegalne wypłacanie dodatków bojowych żołnierzom, którzy przebywali na tyłach. 8 sierpnia DBR oświadczyło, że od początku wojny wszczęło 112 śledztw przeciwko pracownikom wojskowych struktur uzupełnień, z czego 15 spraw skierowano już do sądu.

(...)

Komentarz

Dane Marine Traffic potwierdzają, że przeprowadzone przez Rosjan w ostatnich tygodniach ataki na infrastrukturę przeładunkową i magazynową w ukraińskich portach znacząco ograniczyły ruch jednostek, a tym samym eksport produktów zbożowych. Kwestią otwartą pozostaje skuteczność ataków agresora na głębokie zaplecze armii ukraińskiej. Po ujawnieniu na portalach społecznościowych przebiegu ataku na Kijów 16 maja, w wyniku którego doszło do uszkodzenia baterii systemu Patriot, władze w Kijowie znacznie zaostrzyły postępowanie wobec publikujących dane o atakach, dzięki czemu względnie skutecznie zablokowały wyciek informacji o ich przebiegu i skutkach. Nagłaśniają wyłącznie te, w których dochodzi do ofiar cywilnych i zniszczenia bądź uszkodzenia obiektów o przeznaczeniu stricte cywilnym.

Szczyt w Dżuddzie można uznać za sukces Kijowa. Celem spotkania – podobnie jak poprzedniego, w mniej licznym gronie w czerwcu br. w Kopenhadze – była próba skonsolidowania różnych państw świata, w tym ważnych graczy niezachodnich jak Indie, Brazylia czy RPA, wokół przedstawionego po raz pierwszy podczas szczytu G-20 na Bali w listopadzie ub.r. tzw. 10-punktowego planu pokojowego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Przewiduje on m.in. odnowienie integralności terytorialnej Ukrainy poprzez wycofanie wojsk rosyjskich (także z Krymu i Donbasu), pociągnięcie agresora do odpowiedzialności prawnej i wypłatę reparacji. Kijów zamierza kontynuować konsultacje w formacie Dżuddy do końca roku, a jego ostateczny cel to zorganizowanie szczytu na szczeblu głów państw i szefów rządów, który potwierdziłby ustalenia osiągnięte w ramach każdego z punktów planu.

osw.waw.pl

wtorek, 8 sierpnia 2023


Wagżanowo w Buriacji to największa baza wojskowa w całej Rosji. Skład, który leży nieopodal buriackiej stolicy Ułan Ude, zajmuje powierzchnię około 13 km kw. i jest znacznie większy niż 24 inne znane rosyjskie bazy sprzętu wojskowego.

We wrześniu 2021 r., czyli pięć miesięcy przed rozpoczęciem wojny Rosji w Ukrainie, około 3 tys. 840 pojazdów opancerzonych było przechowywanych w bazie pod gołym niebem. W ósmym miesiącu rosyjskiej inwazji — w listopadzie 2022 r. — w bazie znajdowało się już tylko około 2,6 tys. wozów, a w maju 2023 r. — 2 tys. 270. Od początku wojny w Ukrainie z Wagżanowa usunięto 1 tys. 570, czyli 40,8 proc., pojazdów opancerzonych. Co więcej, większość z nich (32 proc.) opuściła skład po ogłoszeniu mobilizacji pod koniec 2022 r.

Oto co stało się ze starym radzieckim sprzętem.

Rosyjskie ministerstwo obrony dzieli sprzęt wojskowy na cztery grupy. Pierwsza kategoria, która obejmuje najcenniejszy sprzęt, jest przechowywana w specjalnych wentylowanych i ogrzewanych pomieszczeniach, druga — w nieogrzewanych hangarach. Trzecia grupa jest umieszczana w namiotach, czwarta — stoi pod gołym niebem.

Sprzęt w Wagżanowie był przechowywany przede wszystkim na świeżym powietrzu. Zdjęcia satelitarne z listopada 2022 r. pokazują, że połowa wojskowego wyposażenia miała widoczne uszkodzenia. Podobne ślady można było zobaczyć na około 50 proc. sprzętu, który pozostał w bazie do maja 2023 r. W Wagżanowie znajduje się również 10 hangarów, które mogą pomieścić do 400 pojazdów opancerzonych.

Portal The Moscow Times znalazł zdjęcia czołgów przechowywanych w Wagżanowie w mediach społecznościowych byłych żołnierzy bazy w Buriacji. Eksperci wojskowi zidentyfikowali je jako czołgi T-62, które były produkowane w ZSRR w latach 1962-1975.

Przed wybuchem wojny Rosji w Ukrainie Moskwa regularnie pozbywała się przestarzałych pojazdów opancerzonych. W latach 2014-2022 rosyjskie władze podpisały w tym celu 35 kontraktów o wartości 232,2 mln rubli (według aktualnego kursu, 9 mln zł).

Liczba umów dotyczących usuwania czołgów zaczęła spadać w 2017 r. W tym czasie generał Aleksander Szewczenko, szef głównego departamentu pojazdów opancerzonych ministerstwa obrony powiedział, że władze pozbędą się tylko połowy z 10 tys. planowanych do likwidacji pojazdów. Reszta sprzętu może przydać się "ze względu na zmiany w sytuacji międzynarodowej" — powiedział wówczas wojskowy. W 2022 r. ministerstwo obrony Rosji zaprzestało zawierania umów na utylizację sprzętu wojskowego.

Na tle oświadczeń prezydenta Władimira Putina, który zapewniał, że część starego radzieckiego sprzętu jest nadal lepsza od broni z Zachodu, zaczęły pojawiać się doniesienia medialne o wycofywaniu ekwipunku z czasów ZSRR z eksploatacji. W październiku 2022 r. firma 103 BTRZ otrzymała polecenie modernizacji 800 czołgów T-62.

Pojazdy przechodzące modernizację były wyposażane w dodatkową ochronę, nowocześniejsze silniki, a także systemy optoelektroniczne i kamery termowizyjne. Minister obrony Siergiej Szojgu regularnie odwiedza przedsiębiorstwa zajmujące się naprawą i unowocześnieniem sprzętu wycofanego z użytku. Rosyjski polityk przeprowadził niedawno inspekcję fabryki Remdiesel w Tatarstanie. W tym roku odwiedził także zakłady w regionach Niżnego Nowogrodu i Omska.

Według holenderskiej grupy analityków wojskowych Oryx, do lata 2023 r. Rosja straci ponad 2 tys. czołgów na polach bitwy w Ukrainie. Wycofany sprzęt jest wykorzystywany nie tylko do nadrobienia strat w pojazdach opancerzonych, ale także do regularnej wymiany ognia — twierdzi ekspert wojskowy Paweł Łuzin. — Ponadto lufy i przekładnie mogą być usuwane ze składowanych czołgów i używane do remontu innych pojazdów — kontynuuje ekspert.

Dekonserwacja starych czołgów to praktyka stosowana na całym świecie. Cała flota amerykańskich czołgów, w tym tysiące czołgów M1 Abrams, jest przechowywana na wolnym powietrzu — powiedział inny ekspert wojskowy The Moscow Times, który chciał zachować anonimowość.

— W całym kraju znajduje się co najmniej 15 zakładów zajmujących się naprawą czołgów oraz ich dekonserwacją i modernizacją — dodał. — Oznacza to, że pojazdy są sprawdzane, w razie potrzeby specjaliści wymieniają silniki i skrzynie biegów, potwierdzają żywotność części, instalują nowoczesne wyposażenie. Wozy będą wykorzystywane jako wsparcie piechoty, a nie jako czołgi. Kalibry są inne i przestarzałe, ale w magazynach znajduje się masa takich pocisków.

Siły Zbrojne Ukrainy również używają starego sprzętu. Połowa floty broni NATO, która trafia do Ukraińców, pochodzi z lat 1950-1960 — podkreśla ekspert.

(...)

onet.pl/The Moscow Times

Rosyjskie porty i statki na Morzu Czarnym — w tym tankowce przewożące miliony baryłek ropy do Europy — mogą być atakowane przez ukraińskie wojsko w celu osłabienia kremlowskiej machiny wojennej. To wiadomość przekazana w poniedziałek przez wysokiego rangą urzędnika w Kijowie po niedawnych dwóch atakach na rosyjskie statki.

Tak Ukraińcy wypowiadają wojnę rosyjskiej żegludze w tym rejonie. Tłumaczymy, dlaczego to także ostrzeżenie dla Zachodu.

— Wszystko, co Rosjanie przemieszczają tam i z powrotem na Morzu Czarnym, jest naszym ważnym celem wojskowym — mówi POLITICO Oleg Ustenko, doradca ekonomiczny prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, twierdząc, że był to odwet za wycofanie się Rosji z wynegocjowanego przez ONZ porozumienia w sprawie zboża na Morzu Czarnym i za rozpoczęcie serii ataków rakietowych na magazyny rolne i porty.

— Ta historia zaczęła się od tego, że Rosja zablokowała korytarz zbożowy, grożąc atakiem na nasze statki i niszcząc nasze porty — przekonuje Ustenko, dodając, że ukraińska infrastruktura morska "jest nieustannie atakowana".

W weekend Ukraina ogłosiła wody wokół rosyjskich portów Morza Czarnego "strefą zagrożenia wojennego" od 23 sierpnia br. "do odwołania". Strefa ta obejmuje główne rosyjskie porty, takie jak Noworosyjsk, Anapa, Gelendżyk, Tuapse, Soczi i Taman.

Powoduje to gwałtowny wzrost stawek ubezpieczeniowych dla statków. Może też zagrozić funkcjonowaniu jednej z głównych rosyjskich tras eksportowych ropy naftowej i produktów ropopochodnych — kluczowej dla zapewnienia Kremlowi wystarczającej ilości gotówki na prowadzenie wojny z Ukrainą.

— Po tym weekendzie Morze Czarne wydaje się bardziej niebezpiecznym miejscem dla żeglugi międzynarodowej, a już wcześniej było bardzo niebezpieczne — ocenia Byron McKinney, dyrektor w S&P Global Market Intelligence. — Wiele statków po prostu nie zapuszcza się w ten rejon. Ubezpieczenie praktycznie nie istnieje. Tam, gdzie istnieją stawki ubezpieczeniowe, są one bardzo wysokie i będą nadal wzrastać – tłumaczy ekspert.

W sobotę rosyjska federalna agencja morska Rosmorrechflot poinformowała, że rosyjski tankowiec Sig został trafiony przez siły ukraińskie podczas żeglugi w pobliżu okupowanego przez Ukrainę Półwyspu Krymskiego.

— Tankowiec został trafiony w maszynownię, blisko linii wodnej na prawej burcie, prawdopodobnie w wyniku ataku drona morskiego — mówili wówczas urzędnicy.

Ministerstwo obrony Ukrainy stwierdziło, że dopóki Rosjanie będą "terroryzować spokojne ukraińskie miasta i niszczyć zboże, skazując setki milionów ludzi na głód", "nie będzie już bezpiecznych wód ani spokojnych portów na Morzu Czarnym i Azowskim".

W zeszłym miesiącu Rosja wysłała prawie 59 mln baryłek ropy naftowej, jedną trzecią całego eksportu, ze strategicznego portu Noworosyjsk nad Morzem Czarnym. Z tego 32 mln baryłek trafiło do krajów UE. Tak wynika z danych firmy wywiadowczej Kpler. Port obsługuje również inne paliwa, takie jak olej napędowy, benzyna i nafta, a także zboże przeznaczone na rynek globalny.

Noworosyjsk jest również miejscem, w którym kończy się rurociąg naftowy Caspian Pipeline Consortium, dostarczający do 1,3 mln baryłek ropy dziennie z Kazachstanu, które następnie trafiają na rynki światowe.

W Noworosyjsku znajduje się też główna baza Floty Czarnomorskiej. W zeszłym tygodniu ukraiński dron morski uderzył i uszkodził rosyjski wojskowy okręt desantowy "Olenegorski Górnik".

— Obecność rosyjskich wojsk w pobliżu portów handlowych może zwiększyć ryzyko dla statków cywilnych — ostrzega Alexis Ellender, analityk towarowy z Kpler.

— Ci, którzy działają na rynkach żeglugowych, mówią, że oczywiście nie spodziewają się, że Ukraina zaatakuje żeglugę handlową, ale istnieje ryzyko, że instalacje lub statki padną ofiarami krzyżowego ognia, a przez rosyjskie porty Morza Czarnego przepływa dużo statków handlowych — przekonuje. — Na tych szlakach pływa wiele greckich statków i chociaż niektórzy właściciele niechętnie przewożą rosyjskie ładunki, to jest tam cała międzynarodowa mieszanka.

Rosnące ryzyko, jakie konflikt stwarza dla ruchliwych międzynarodowych dróg wodnych, będzie oznaczać trudne decyzje dla branży żeglugowej, a także dla handlowców, którzy będą kuszeni, aby nadal kupować tanią rosyjską ropę naftową zgodnie z warunkami limitu cenowego 60 dol. amerykańskich za baryłkę ustalonego w zeszłym roku przez G7.

— Greckie i tureckie tankowce nadal operują w tej strefie, kupując rosyjską ropę w ramach ograniczeń cenowych, a w pobliżu ataku dronów w Noworosyjsku było sporo statków należących do zagranicznych właścicieli — komentuje McKinney. — Najciekawsze pytanie, jakie można obecnie zadać, dotyczy tego, co się stanie w przyszłości — czy poszczególni właściciele lub kraje zaniechają dalszych działań, jeśli ich wielomilionowe aktywa będą teraz zagrożone przez zabłąkany pocisk lub cokolwiek innego — zastanawia się analityk.

Międzynarodowa Izba Żeglugi, która reprezentuje armatorów i operatorów, odmówiła komentarza na temat tego, czy ostatnie wybuchy na Morzu Czarnym zniechęcą jej członków do prowadzenia tam interesów.

Ustenko uważa jednak, że zachodnie firmy powinny już zdawać sobie sprawę z tego, że z Rosją nie da się prowadzić interesów jak zwykle.

— Z prawnego i moralnego punktu widzenia dalsze dostarczanie rosyjskiej ropy przez te statki jest całkowicie nieuzasadnione — mówi. — Teraz jest to także nieopłacalne z ekonomicznego punktu widzenia, ponieważ ryzyko jest niezwykle wysokie. W tych okolicznościach ceny ubezpieczeń znacznie wzrosną, sprawiając, że dostawy staną się nieopłacalne. Statek i załoga będą narażone na ogromne ryzyko.

onet.pl/Politico

poniedziałek, 7 sierpnia 2023


Jeszcze w lipcu 2000 r. gazeta „Kommersant”, należąca wówczas do Borysa Bieriezowskiego, opublikowała artykuł „Dwunastu”, analizujący ludzi z kręgów wpływów wokół Władimira Putina. W pierwszym kręgu, najbliższym, znaleźli się Anatolij Czubajs (szef administracji Jelcyna), Borys Bieriezowski i Roman Abramowicz. Na drugiej orbicie byli Nikołaj Aksienienko, Jewgiejnij Adamow, Semen Wajnsztok – ówcześni ministrowie kolei, energii atomowej i Transniefti, odpowiadającej za sieć ropociągów. Na trzeciej – gazeta umieściła Chodorkowskiego (Jukos – jeden z liderów rynku wydobycia ropy naftowej) i Potanina, właściciela holdingu produkującego nikiel (4 proc. PKB). Na czwartej orbicie znajdował się Wagit Alekpierow – szef Łukoilu (lider rynku ropy naftowej w Rosji), piąty tworzyli Fridman (grupa Alfa), Gusiński (holding medialny Media Most) i Wiachiriew (sprywatyzowany Gazprom).

Dobrze poinformowany „Kommersant” pisał wówczas, że najgorsza wydaje się być sytuacja W. Potanina (eksploatującego złoża niklu na Syberii), przez którego firmy przetaczał się tajfun kontroli różnych instytucji. Zdaniem gazety Chodorkowskiemu udało się porozumieć z Putinem.

Od 7 maja 2000 r., daty zaprzysiężenia  na stanowisko Prezydenta RF, Putin błyskawicznie zmieniał system polityczny i gospodarczy. Jeszcze w maju 2000 r. stworzył m.in. siedem okręgów federalnych, z mianowanymi przedstawicielami prezydenta. Podporządkował sobie regiony. Stopniowo „przywracał” własność państwową, tworząc korporacje państwowe.

Pod koniec lipca doszło do spotkania Putina z szefami największych firm i komercyjnych banków, podczas którego prezydent zażądał od nich wycofania się z polityki. W zamian zapewnił, że państwo nie będzie analizować okoliczności, w jakich zbudowali swoje majątki. Spotkanie to poprzedziło kilka spektakularnych przeszukań i aresztowań w przedsiębiorstwach większości oligarchów.

W pierwszej kolejności Putin uporządkował media, by nie stwarzały narracji niekompatybilnej z oficjalną. 11 maja 2000 r. resorty siłowe przeprowadziły przeszukania w holdingu medialnym Media-Most; w czerwcu tegoż roku jego właściciel Władymir Gusiński został aresztowany, potem wypuszczony, ale już w listopadzie na zawsze wyemigrował z Rosji. Latem 2000 r. Gazprom przejął większość kanałów medialnych Media-Mostu. Podobny los spotkał media Borysa Bieriezowskiego, który również wyemigrował z Rosji.

Następnym trofeum stał się Jukos, należący do Michaiła Chodorkowskiego, uważanego za jednego z najbogatszych ludzi w Rosji. W 2002 r. Jukos zamierzał przejąć Sibnieft, który sprywatyzowało wcześniej dwóch innych oligarchów: Borys Bieriezowski i Roman Abramowicz. Gdyby doszło do fuzji to powstały koncern stałby się czwartym na świecie pod względem wydobycia. Jesienią 2003 r. aresztowano Chodorkowskiego, a następnie skazano go na 9 lat kolonii karnej. Jukos został wchłonięty przez państwową Rosnieft, a Sibnieft – przez Gazprom. W rezultacie tzw. „równego oddalenia od władzy” większość jelcynowskich oligarchów zeszła z areny dziejowej, a układ słoneczny wokół Putina zapełnił się nowymi graczami.

W maju Putin zaczął wdrażać reformę systemu politycznego, jeszcze bardziej wzmacniającego władzę prezydenta, osłabiając system przedstawicielski i eliminując procedury demokratyczne. W 1999 r. w Dumie Państwowej zasiadali przedstawiciele sześciu partii, siły liberalne reprezentowało 54 deputowanych; w 2003 r. – były już tylko cztery partie – putinowska „Jedyna Rosja” oraz satelickie mini-twory: komuniści Ziuganowa, partia Żyrynowskiego i Sprawiedliwa Rosja. Partie liberalne nie miały już swojej reprezentacji. Stworzony wówczas układ partyjny obowiązuje do dzisiaj.

Nowy układ słoneczny

Do przejęcia państwa Putin był przygotowany nie tylko ideowo, ale i kadrowo. Kluczowe stanowiska w „goskorporacjach” (gosudarstwiennych korporacjach), niekomercyjnych strukturach powołanych przez Federację Rosyjską, które mają sprostać konkurencji z Zachodem otrzymali, niemal od pierwszych chwil rządów, „towarzysze broni” – bliscy współpracownicy Putina z czasów petersburskich. Nie byli to menedżerowie wyłonieni w konkursach, związani z jakąś zaakceptowaną w procesie wyborczym ideologią, czy choćby przedstawiciele partii, które Putina poparły  w wyborach.

Petersburscy – oligarchia nowego typu „Petersburscy” to grupa urzędników i technokratów, posiadających jedna cechę – wszyscy wraz z Putinem pracowali w ekipie Anatolija Sobczaka lub pochodzili z Petersburga i znali go osobiście od początków kariery. Do grupy należą Dmitrij Miedwiediew, w latach 2008-2012 – prezydent Rosji, w latach 2012-2020 – premier Federacji Rosyjskiej, Aleksiej Miller, prezes Zarządu OAO Gazprom, Igor Sieczin – prezes Rosniefti, Herman Gref – szef Sbierbanku (największy bank rosyjski detaliczny), Anatolij Czubajs, szef administracji Jelcyna i faktyczny patron Putina w pierwszych latach jego kariery, Aleksiej Kudrin, były szef Izby Obrachunkowej Federacji Rosyjskiej.

Do „petersburskich” należy zaliczyć też Dmitrija Kozaka, zastępcę szefa Administracji Prezydenta Federacji Rosyjskiej, szefa jego kampanii wyborczych. Uważany jest za jedną z kluczowych postaci w ekipie. W 2004 r. kierował sztabem wyborczym Władimira Putina, przeprowadzał reformę samorządu terytorialnego oraz reformę administracyjną.

Byli to wyłącznie „ludzie zaufani”, „gosoligarchowie”, których majątki niekiedy przewyższały majątki „cywilnych” biznesmenów. Np. prezes Rosniefti, Igor Sieczin, zarabiał w 2015 roku 500 tysięcy rubli dziennie (ok. 27  tys. złotych); szef Gazpromu, Aleksiej Miller, nazywany najlepiej zarabiającym menedżerem zarabia 1,8 miliona rubli, czyli prawie 100 tys. zł dziennie.

Spółdzielnia „Jezioro” i Bank „Rosja”

Kolejna bliska grupa to przyjaciele ze Spółdzielni budowlanej „Jezioro”: Giennadij Timczenko, Władymir Smirnow, Nikołaj Szamałow, Władymir Jakunin, Jurij Kowalczuk, bracia Andriej i Siergiej Fursenko oraz Wasilij Miaczin (kilka lat temu odsunął się od życia publicznego).

Jak pisała gazeta „Kommersant” (…) Spółdzielnia budowlana „Jezioro” powstała w obwodzie leningradzkim nad brzegiem jeziora Komsomolskoje w listopadzie 1996 r. Jej założycielami byli Władimir Putin i siedem innych osób, z których większość odniosła później wielki sukces w biznesie”.

Główny trzon Spółdzielni tworzy tzw. „grupa IFT”, pracownicy Instytutu Fizyczno-Technicznego im. A. F. Ioffe. Są to Władymir Jakunin, Jurij Kowalczuk, bracia Fursenko oraz Miaczin. W tym gronie, tylko Jakunin był związany z KGB, pozostali to fizycy i inteligenci. Tych pięciu założyło Bank „Rosja” (nie należy go mylić z Bankiem Rosji, czyli rosyjskim bankiem centralnym), przez który przechodzą prywatne operacje najbliższego otoczenia Putina. Bank jest objęty amerykańskimi sankcjami. Putin, chcąc wesprzeć bank, otworzył w nim rachunek, na który wpływa jego prezydenckie wynagrodzenie. Administracja prezydenta USA uważa Bank „Rosja” za „osobisty bank wąskiego kręgu” osób bliskich Putinowi.

Głównym akcjonariuszem Banku „Rosja” (40 proc. udziałów) jest Jurij Kowalczuk, jedna z najbardziej zaufanych osób w kręgu Putina.

Kowalczuk jest też twórcą „Narodowej Media Grupy”, w skład której wchodzą kluczowe propagandowo kanały telewizyjne (m.in. Kanał Pierwszy, REN TV, Piaty Kanał), gazety, np. „Izwiestia”. Tam też została zatrudniona jako prezes Rady Dyrektorów, domniemana partnerka Putina, gimnastyczka Alina Kabajewa.

Oprócz „ojców-założycieli” na orbicie Banku „Rosjia” świeci gwiazda Siergieja Roldugina, dyrygenta i przedsiębiorcy (rynek ropy). Roldugin jest akcjonariuszem Banku Rossija (3,3 proc.), wartość jego pakietu w 2016 r. szacowano na 550 mln rubli. Dywidendy za 2014 r. dla akcji Roldugina wyniosły 18 mln rubli.

W 2016 roku Nowaja Gazeta i Międzynarodowe Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych na podstawie zbioru dokumentów „Panama Papers” ujawniło, że Roldugin był właścicielem czterech spółek offshore. Za ich pośrednictwem zawierano transakcje na akcjach spółek państwowych (Rosneft, Rostelecom, VTB, KamAZ, AvtoVAZ), co według dziennikarzy umożliwiało uzyskiwanie kilku milionów dolarów za każdą transakcję.

Bracia-KGB-iści

Kolejną konstelacją jest grupa tzw. „siłowików”, czyli przedstawicieli resortów siłowych: służb specjalnych, milicji, wojska, wywodzących się z KGB. Wśród nich na pierwszym miejscu wymienia się najczęściej Nikołaja Patruszewa, byłego dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) oraz sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Zna Putina jeszcze z Petersburga, z KGB i kroczy za nim po ścieżce kariery. Propaguje ideę powołania w Rosji „nowej szlachty”, którą mieliby być funkcjonariusze FSB; sam, wraz z żoną i dziećmi w 2007 r. otrzymał tytuł szlachecki od wielkiej księżnej Marii Władimirownej Romanowej, aktualnej pretendentki do tronu rosyjskiego.

Inny funkcjonariusz rosyjskich służb to Siergiej Iwanow, specjalny Przedstawiciel Prezydenta Federacji Rosyjskiej ds. Ochrony Środowiska, Ekologii i Transportu i jeden z 12 stałych członków Rady Bezpieczeństwa FR. W latach 1991–1998 pracował w Służbie Wywiadu Zagranicznego Rosji. Gdy Putin został szefem FSB, mianował Iwanowa szefem Departamentu Analiz, Prognoz i Planowania Strategicznego. Od kwietnia 2017 r. jest członkiem Rady Nadzorczej Korporacji Państwowej Rostec. Odpowiedzialny za wspieranie rozwoju, produkcji i eksportu zaawansowanych technologicznie produktów przemysłowych.

Siergiej Naryszkin, dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej od 5 października 2016 r., stały członek Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Zwerbowany przez KGB już na studiach, leningradczyk, w odróżnieniu od Patruszewa, Naryszkin jest prawdziwym arystokratą – matka Piotra I Wielkiego pochodziła z domu Naryszkina.

Sergiej Czemiezow, dyrektor generalny korporacji Rostec, państwowej korporacji wsparcia Rozwoju, Produkcji i Eksportu Zaawansowanych Technologii Produktów Przemysłowych, konglomeratu przedsiębiorstw obronnych. Putina poznał w Dreźnie, mieszkali tam w tym samym domu, przyjaźnili się. Jak podaje portal Aleksieja Nawalnego, inny kagiebista z tamtych czasów, który dzielił z Czemiezowem gabinet, major Tokariew, kierował później Transieftią.

Szefowie resortów siłowych w otoczeniu liderów krajów, nie są niczym wyjątkowym, ale w przypadku otoczenia Putina kluczowa jest zbieżność poglądów nt. radzieckiej przeszłości.

Dochodzenie przeprowadzone w lutym 2007 r. przez rosyjski magazyn The New Times, który powołując się na źródło w FSB, wykazał, że kierownictwo FSB było zaangażowane w opracowanie planu zamachu na Aleksandra Litwinienkę oraz że Aleksander Bortnikow, ówczesny szef departamentu bezpieczeństwa gospodarczego FSB, był kuratorem operacji.

Brytyjski „The Times”, powołując się na źródła w rosyjskim rządzie, twierdził, że to właśnie Bortnikow i Patruszew namówili Putina na inwazję na Ukrainę. W 2017 r., z okazji 100-lecia Ogólnorosyjskiej Komisji Nadzwyczajnej, (Czeka) Bortnikow w wywiadzie dla „Rosyjskiej Gaziety” usprawiedliwiał represje stalinowskie.

Rodzina, przyjaciele i wynajęci specjaliści

Oprócz tych trzech kluczowych środowisk wokół Putina krąży jeszcze całe mnóstwo meteorów–oligarchów, wśród nich kilku pojelcynowskich (Roman Abramowicz, Władymir Potanin, Michaił Fridman), którzy złożyli hołd nowemu władcy, oraz kilku nowych – w tym najbogatszy obecnie w Rosji Sulejman Kerimow, właściciel firmy „Polus”, zajmującej się wydobyciem złota, Jewgienij Prigożyn, Piotr Awen, Aliszer Usmanow, Oleg Deripaska, bracia Arkadij i Borys Rotenbergowie, którzy wzbogacili się nieco później. Oprócz nich są jeszcze kuzyni Putina – Igor Putin, jego córki, inni, pomniejsi biznesmeni.

Litewski analityk Marius Laurinavičius uważa, że w Rosji są dwa typy oligarchów: „Niektórzy to przedsiębiorcy, tacy jak Roman Abramowicz czy Andriej Mielniczenko. To są ci, których powszechnie nazywa się oligarchami. Ale drugim typem oligarchów, są oligarchowie państwowi, formalnie nie są to przedsiębiorcy, ale administratorzy-menedżerowie. To jest, np. Siergiej Czemiezow, szef Rostecu lub Igor Sieczin, prezes Rosniefti. (…) Ich osobistego majątku nikt nie obliczy, bo po prostu jest to niemożliwe.”

Znaczna większość oligarchów czy wysokich rangą urzędników nie inwestuje w rodzimą gospodarkę, ale lokuje pieniądze za granicą, tam też edukuje i utrzymuje swoje dzieci i wnuki.

Rolą oligarchów jest „okazywanie” wdzięczności i lojalności za możliwość kumulowania kapitału i obracania nim. Każdy okazuje wdzięczność jak potrafi – Deripaska np. ingerował w wybory prezydenckie w USA i został objęty sankcjami – musiał podzielić firmę Rusal, pozbyć się większości udziałów i wiele innych nieprzyjemności. Prigożyn, oprócz hodowania farm trolli w Petersburgu, finansuje prywatne oddziały militarne, zwane Grupą Wagnera, których używa w różnych miejscach na świecie, w tym w Syrii i w Ukrainie.

Profity otrzymują też wynajęci specjaliści jak np. członkowie rządu – premier Michaił Miszustin, wicepremier Tatiana Golikowa, Andriej Biełousow, szefowa banku centralnego Elwira Nabiullina, doradcy ekonomiczni, kierownictwo Dumy Państwowej i Rady Federacji, wynajęci przez reżim specjaliści oraz pomniejsi urzędnicy. Tatiana Golikowa, wicepremier rządu, kierująca ministerstwami społecznymi, odpowiada za ochronę zdrowia oraz wszelkie kwestie społeczne. Pomimo pełnionej przez nią funkcji, jej rodzina posiada udziały w firmach działających na rynku farmaceutycznym, który wicepremier Golikowa reguluje.

Miejsce na orbicie zapewnia uprzywilejowaną pozycję i bezkarność.

Czy Putin jest kolektywny?

Putin zrealizował swój plan, nakreślony jeszcze w 1999 r. w dysertacji i programowych artykułach. Jego generalna koncepcja polityczno-gospodarcza, której trzyma się konsekwentnie, oparta została na eksploatacji surowców (jako najlepszego pieniądza i narzędzia politycznego oraz gospodarczego służącego uzależnieniu państw zachodnich). W oparciu o surowce odbudowuje potęgę i mocarstwową pozycję Rosji.

Dla realizacji planu zaadoptował model rządów oparty na zasadach, które nie przypominają żadnego ze współczesnych systemów politycznych. Wąskie grono najwyższego kręgu władzy to koledzy, z którymi Putin wcześniej współpracował, znał ich z wczesnej młodości, z klubu judo, ulicy, dzielnicy, miasta czy też miejsca pracy.

Grupa przejęła wszystkie kluczowe obszary gospodarki surowcowo-energetycznej, wyłączając je z systemu państwowego, jako odrębne jednostki np. Gazprom, Rosnieft, Rostec i inne. Władza nad nimi została skoncentrowana w rękach wąskiej grupy ludzi.

Pozostali – biznes mały, duży i naprawdę duży – mogą funkcjonować pod warunkiem rezygnacji z jakiejkolwiek aktywności polityczno-społecznej i w ramach zakreślonych przez władze granicach. Wszelkie nieposłuszeństwo jest karane.

Pouczająca okazała się historia nie tylko Chodorkowskiego, który swój biznes oparł na podstawowym surowcu, ropie i musiał ustąpić przed całą, zmobilizowaną machinę państwową, ale także innego przedsiębiorcy, rosyjskiego Zukerberga – Pawła Durowa. Absolwent lingwistyki, w 2006 roku założył wraz z bratem i wspólnikami odpowiednik rosyjskiego Facebooka, pn. „Vkontaktie.ru”, największą sieć społecznościową, w 2012 roku pierwszą najpopularniejszą na Białorusi, drugą w Rosji, trzecią na Ukrainie, piątą w Kazachstanie i 26. na świecie, której wartość oszacowano na 1,5 miliarda dolarów. W 2011 roku Durow odmówił służbom zamknięcia w sieci profili grup opozycyjnych. W 2014 roku na Durowie wymuszono sprzedaż sieci – biznesmen wyemigrował na stałe z Rosji. W 2013 roku Durow założył komunikator Telegram, używający szyfrowania end-to-end, dzięki czemu wysyłane wiadomości nie mogą być podsłuchiwane w czasie przesyłania (dotyczy to wymiany informacji między osobami, nie grupami). W kwietniu 2018 roku Roskomnadzor, rosyjski regulator rynku mediów elektronicznych, próbował zablokować działanie komunikatora w Rosji, blokując miliony adresów IP, powodując destabilizację biznesów opartych na nowych technologiach, w tym takie giganty jak Amazon czy Google. Po kilku miesiącach Roskomnadzor musiał wycofać się z krucjaty, ale nikt nie poniósł konsekwencji wielomilionowych strat.

Według rosyjskich niezależnych mediów o planach rozpętania pełnoskalowej wojny przeciwko Ukrainie nie wiedział nawet premier rosyjskiego rządu czy szefowa banku centralnego, która nawet próbowała złożyć dymisję. Dymisja Nabiullinej nie została przyjęta – był to sygnał dla pozostałych beneficjentów systemu, że współodpowiedzialność za funkcjonowanie w ramach tego układu ponoszą wszyscy, którzy czerpali z niego korzyści. Jednocześnie system próbuje zachować zestaw atrap demokratycznych rudymentów, które w istocie nie funkcjonują (wybory, quasi pluralizm partyjny, rola instytucji ustawodawczych itd.).

Po agresji na Ukrainę wyraźnie zarysowała się hierarchia poszczególnych orbit. Część oligarchów z drugiego kręgu wraz z początkiem wojny wycofała się z życia publicznego.

Alisher Usmanow, Wagit Alekpierow zrezygnowali ze stanowisk w swoich spółkach, Anatolij Czubajs wyjechał za granicę i trafił do szpitala z niejasnymi objawami zatrucia, Jurij Tyńkow również opuścił Rosję, zaś jego bank, jeden z nielicznych prywatnych, z pierwszej 20-tki największych banków w Rosji, został przymusowo sprzedany. Oleg Deripaska, właściciel Rusalu, swego czasu trzęsący światowym rynkiem aluminium, za swoje antywojenne wypowiedzi został pozbawiony kompleksu hotelowego, niedaleko Soczi, wartego 1 mld dolarów.

Kluczowe miejsca wokół Putina zajmują ci, z którymi współdzieli wartości i poglądy: są to najwierniejsi z wiernych, towarzyszący mu od wczesnej młodości. Putin reprezentuje ich interesy, gwarantuje pozycję społeczną, bezpieczeństwo i status materialny.

W 2021 roku Boston Consulting Group opublikował roczny raport dot. globalnego dobrobytu. Wynika z niego, że 500 rosyjskich miliarderów (0,0001 proc. dorosłego społeczeństwa) dysponuje większymi aktywami niż wynoszą rezerwy rosyjskiego banku centralnego oraz posiada 40 proc. wszystkich aktywów finansowych, znajdujących się w posiadaniu obywateli kraju. W 2020 roku była to kwota ok. 640 mld dol.

Mniej zamożnych Rosjan – posiadających majątek od miliona do 100 milionów dol. – jest wg. BCG ok. 57 tys. osób. Oba te segmenty dysponują prawie 60 procentami wszystkich aktywów finansowych ludności.

BCG ogólnie szacuje, że całkowity majątek prywatny Rosjan w 2020 r. wynosił około 4,1 bln dol. (według kursu rubel/dolar z końca 2020 roku). Z tego 1,6 biliona dol. to aktywa finansowe (gotówka, depozyty, obligacje, akcje, plany emerytalne itp.), 2,8 biliona dol. to aktywa rzeczowe (nieruchomości, grunty, aktywa materialne), a minus 0,3 biliona dol. to pasywa (głównie długi). BCG przewiduje, że do 2025 roku suma aktywów Rosjan wzrośnie do 5,4 bln dol., w tym aktywa finansowe – do 2,1 bln dol.

Przy czym jednocześnie w pierwszym półroczu 2020 r. Rosjanie stali się biedniejsi niż mieszkańcy Ukrainy, Chile i Kolumbii.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 6 sierpnia 2023


Według wyliczeń Refinitiv Eikon, cytowanych przez agencję Reutera, realizowane przez Gazprom dostawy gazu ziemnego do Europy w okresie 1 stycznia – 15 lipca br. wyniosły 13,8 mld m3 surowca. W tym samym czasie do odbiorców europejskich trafiło ok. 12,3 mld m3 rosyjskiego gazu skroplonego, który sprzedawany jest przez prywatny koncern Novatek. Różnica pomiędzy wolumenami dostarczanymi przez te dwa podmioty wyniosła więc zaledwie ok. 1,5 mld m3, po raz pierwszy w historii dostaw. Eksport realizowany przez Gazprom dociera do Europy za pośrednictwem dwóch szlaków: przebiegającego przez Morze Czarne gazociągu TurkStream oraz tranzytem przez Ukrainę. Państwowy koncern sprzedaje również niewielkie ilości LNG. Novatek dostarcza zaś gaz skroplony drogą morską, a jego głównymi odbiorcami w Europie są Francja, Hiszpania i Belgia.

Sygnalizowaną przez agencję Reutera dynamikę potwierdzają również dane podawane przez niezależny brukselski think tank Bruegel. Według tej statystyki w I półroczu br. do UE trafiło ok. 9,7 mld m3 LNG z Rosji (spadek o 3% r/r). Eksport realizowany za pośrednictwem rurociągów z FR wyniósł w tym samym okresie ok. 12,6 mld m3, co stanowi niebagatelną redukcję o ok. 75% względem analogicznego okresu w 2022 r.

Rozbieżność pomiędzy przytoczonymi danymi – poza zakresem czasowym oraz rozróżnieniem odbiorców (Europa jako kontynent bądź ściślejsza UE) – wynika także z faktu, że podane przez agencję Reutera wolumeny dotyczą konkretnych eksporterów, zaś Bruegel bierze pod uwagę jedynie formę realizowanego eksportu (gaz rurociągowy i LNG). Rosjanie od 2022 r. zaprzestali regularnej publikacji statystyk dotyczących dostarczanych za granicę surowców energetycznych, co utrudnia oszacowanie realnej wielkości sprzedawanego surowca – przesyłanego zarówno gazociągami, jak i w formie skroplonej.
 
Komentarz

Zrównywanie się wielkości wolumenów rosyjskiego surowca dostarczanego do UE za pośrednictwem rurociągów i w formie LNG bierze się z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to skutek drastycznej redukcji dostaw gazociągowych na Zachód będącej w głównej mierze konsekwencją politycznej decyzji Kremla. Miała ona na celu szantażowanie państw unijnych poprzez wywołanie szoku podażowego i wzrostu cen (zabieg ten zakończył się niepowodzeniem, rosyjskie dostawy zostały zastąpione przez nowych importerów, co doprowadziło do stabilizacji cen). Po drugie, w latach 2017–2022 realizujący sprzedaż surowca w formie skroplonej rosyjski koncern Novatek systematycznie zwiększał moc produkcyjną zakładu Jamał LNG, z którego większa część produkcji jest kierowana do Europy. Instalacja wyprodukowała w ub.r. 21 mln ton LNG, tym samym przekraczając swoją moc projektową wynoszącą 17,4 mln ton. Surowiec eksportują także dwa mniejsze zakłady LNG, znajdujące się na rosyjskim wybrzeżu Morza Bałtyckiego (oddane do użytku w latach 2021–2022 Kriogaz-Wysock oraz Portowaja LNG).

W przyszłości prawdopodobne jest osiągnięcie poziomu eksportu rosyjskiego gazu skroplonego do UE przewyższającego wielkość dostaw gazociągowych z FR. Jako niepodlegający unijnym sankcjom import LNG z Rosji ma potencjał wzrostowy. Główny eksporter Novatek zwiększa własne moce produkcyjne, co może pozwolić na większą obecność na europejskim rynku. Obecnie produkcja zakładu Jamał LNG jest obniżona na skutek trwających tam prac, a w 2024 r. koncern ma zamiar oddać do użytku na pełną moc produkcyjną pierwszą linię nowego zakładu Arktyczny LNG 2, która będzie wytwarzać 6,6 mln ton LNG rocznie (prace nad nią zostały w większości ukończone jeszcze przed wycofaniem się z projektu zachodnich partnerów). Z drugiej strony, dostawy gazociągowe z FR do UE będą najprawdopodobniej ulegać dalszemu zmniejszeniu, przede wszystkim wskutek wstrzymania przesyłu rosyjskiego gazu przez Ukrainę. Obecna umowa tranzytowa, zawarta między Gazpromem a ukraińskim Naftohazem w 2019 r., upływa wraz z końcem 2024 r., a strona ukraińska określiła jej prolongatę jako „mało prawdopodobną”. Utrata tego szlaku pozbawiłaby Gazprom możliwości eksportowania surowca przez Ukrainę już w 2025 r. – wielkość dzisiejszego eksportu z FR na tym kierunku wynosi ok. 12 mld m3 gazu rocznie.

Wzrost dostaw rosyjskiego LNG do UE stanowi potencjalne zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego UE. Chodzi zwłaszcza o sytuację, gdyby – tak jak w przypadku przesyłu gazociągowego – Rosjanie zdecydowali się na nagłą redukcję eksportu w newralgicznym okresie (np. podczas zapełniania magazynów krótko przed sezonem grzewczym), chcąc w ten sposób wywołać kolejny szok podażowy. Dalszy wzrost importu pochodzącego z Rosji gazu skroplonego wzmocniłby także europejską zależność od tego kierunku – w I kwartale br. rosyjski LNG stanowił 7% całości importu surowca w UE. Utrzymanie się zaś dotychczasowego tempa dostaw LNG przez całe II półrocze br. poskutkuje dostarczeniem do odbiorców unijnych wolumenu o wielkości ok. 20 mld m3, co odpowiadałoby przepustowości jednej nitki Nord Streamu 1 (projektowa moc przesyłowa całego połączenia wynosiła 55 mld m3 rocznie). Fakt realizowania dostaw przez Novatek – prywatny koncern – stanowi jedynie pozorną różnicę względem Gazpromu. Podmiot jest bowiem powiązany z władzami Rosji dzięki bliskiej znajomości założyciela i jednego z udziałowców firmy Giennadija Timczenki z prezydentem FR Władimirem Putinem. Sprzedaż LNG stanowi więc źródło wpływów finansowych dla rosyjskiej elity.

osw.waw.pl