niedziela, 2 lipca 2023


Konflikt między Iranem a Azerbejdżanem ma bardzo głębokie podłoże historyczno-geopolityczne. Ścierają się tu bowiem dwie wizje historii, które są całkowicie nie do pogodzenia, a które mają kolosalne znaczenie geopolityczne. Żeby to zrozumieć, trzeba się cofnąć do początków XVI w., gdy nowożytny Iran odrodził się pod rządami Ismaila I, założyciela dynastii Safawidów. Władca ten był mieszanego, kurdyjsko-turkmeńsko-bizantyjskiego pochodzenia pod względem etnicznym i posługiwał się językiem azerskim, w którym pisał również wiersze. Swoją stolicą uczynił Tebriz, miasto, które obecnie jest stolicą prowincji Azerbejdżanu Wschodniego w Iranie, a historycznie uznawane jest po prostu za stolicę Azerbejdżanu. Ponadto Ismail I uczynił szyizm religią obowiązującą, a jego głównym geopolitycznym przeciwnikiem było Imperium Osmańskie.

W tym czasie kategorie etniczno-językowe były bez znaczenia, a ciągłe wojny między Imperium Safawidów a Imperium Osmańskim toczyły się w dużej mierze na Kaukazie Południowym. Jednakże poza przejściowym opanowaniem tych terytoriów przez Osmanów na przełomie XVI i XVII w., to należały one do Iranu. W tym czasie tereny te zamieszkane były przez Ormian, ale Safawidzi postanowili ich przesiedlić w głąb swojego imperium, by ożywić handel, a na Kaukazie Płd. osiedlili ludność szyicką, by nie obawiać się o jej lojalność w czasie starć z sunnickimi Osmanami. Warto przy tym dodać, że granicą między Azerbejdżanem a Kaukazem Płd. była rzeka Araks, która dziś oddziela Iran od Nachiczewanu, Armenii i Azerbejdżanu. Sama nazwa Azerbejdżan znana była już w starożytności jako Azar Poyegan, Strażnicy Ognia. Dlatego Irańczycy twierdzą, że mieszkańcy Azerbejdżanu (tego na południe od rzeki Araks) to sturczeni Irańczycy.

Nazwa Azerbejdżan w odniesieniu do terenów na północ od rzeki Araks pojawiła się dopiero w końcu XIX w. pod wpływem ruchu młodotureckiego i związanego z nim projektu pantureckiego (zjednoczenia wszystkich ziem zamieszkanych przez ludność tureckojęzyczną).

Stanowiło to przeorientowanie geopolityczne z kryterium religijnego na etniczne, tym samym czyniąc z szyicko-tureckojęzycznej ludności Kaukazu Płd. sojuszników młodotureckich nacjonalistów. W tym czasie Kaukaz Płd. nie należał już do Iranu, lecz do Rosji, do której ziemie te zostały dołączone w wyniku wojen persko-rosyjskich zakończonych traktatami w Gulistanie (1813) i Turkmenczaju (1828).

W XIX-wiecznych spisach nie występują Azerowie lub Azerbejdżanie, lecz Tatarzy kaukascy lub po prostu muzułmanie. Przyjęcie nazwy Azerbejdżan miało jednak stanowić podstawę do roszczeń terytorialnych Wielkiej Turcji (rozciągającej się od mołdawskiej Gagauzji po chiński Turkiestan Wschodni), wobec Iranu i jego Azerbejdżanu.

Państwo takie jednak nie powstało, a w wyniku turecko-sowieckiego traktatu z 1920 r. Kaukaz Płd. znalazł się w granicach tworzonego państwa sowieckiego. Bolszewicka Rosja utrzymała jednak panturkijskie nazewnictwo wobec republiki ze stolicą w Baku, by również szachować Iran pretensjami terytorialnymi. Po wojnie koalicji sowiecko-brytyjskiej z Iranem w 1941 r. ZSRR powołał w listopadzie 1945 r. marionetkowe państwo o nazwie Autonomiczna Republika Azerbejdżanu ze stolicą w Tebrizie, które przetrwało rok. Gdy ZSRR rozpadł się, potencjał pretensji terytorialnych przeszedł na nową Republikę Azerbejdżanu. Wkrótce panturkiści przyjęli nowe nazewnictwo: Azerbejdżan Wschodni (Baku), Zachodni (Karabach, Sjunik, Erewań i Nachiczewan) oraz Południowy (Tebriz). Wskazywało to na rozmach pretensji terytorialnych Baku. Azerbejdżan przyjął przy tym pseudohistoryczną narrację o rzekomym rozdzieleniu Azerbejdżanu, którą w ostatnich miesiącach tamtejszy prezydent Ilham Alijew coraz częściej przywołuje.

(...)

Sjunik to niewielka prowincja Armenii o powierzchni 4,5 tys. km2 oraz populacji 150 tys. mieszkańców. Gdy w 1920 r. Sowieci zawierali traktat z Ataturkiem w Karsie, oddając mu pół Armenii, uzgodnili również, że Sjunik, podobnie jak Karabach oraz Nachiczewan, wcielone zostaną do Azerbejdżańskiej SRR. Ormianie pod wodzą gen. Garegina Nyżdeh sprzeciwili się jednak temu i proklamowali Republikę Górskiej Armenii. Ponieważ Armia Czerwona ponosiła ogromne straty w walce z armeńskimi obrońcami, zawarto kompromis i Sjunik pozostał w Armeńskiej SRR, a Nyżdeh wycofał się do Iranu.

Po rozpadzie ZSRR pantureckie projekty odżyły, a Sjunik stał się przeszkodą dzielącą Turcję i Nachiczewan z Azerbejdżanem i dalej przez Morze Kaspijskiej ze zdominowaną przez państwa turkijskie Azją Centralną.

Zwycięska dla Ormian wojna z Azerami spowodowała w 1993 r. opanowanie Karabachu wraz z okolicznymi terenami, co znacznie wydłużyło granicę Iranu z terenami będącymi pod kontrolą Ormian. Natomiast Azerowie zmuszeni byli do podróżowania tranzytem przez Iran, by dostać się do Nachiczewanu i Turcji. To oczywiście dawało Iranowi narzędzie nacisku na północnego sąsiada.

Sytuacja uległa jednak diametralnej zmianie w wyniku stoczonej w 2020 r. wojny 44-dniowej, gdy granica terytorium kontrolowanego przez Armenię z Iranem została zredukowana do 44-kilometrowego odcinka,  a w niektórych miejscach odległość między terenami kontrolowanymi przez Azerbejdżan po wschodniej i zachodniej stronie Armenii była jeszcze mniejsza.

Co więcej, Azerbejdżan zaczął żądać otwarcia eksterytorialnego korytarza przez Sjunik, a w zawartym 10.11.2020 r. przy pośrednictwie rosyjskim porozumieniu o zawieszeniu broni znalazł się zapis o przeprowadzeniu przez Sjunik drogi, która byłaby „ochraniana” przez Rosjan.

Armenia znalazła się pod tym względem pod silną presją i to również ze strony Rosji, która w ten sposób chce sobie zabezpieczyć drogę lądową do Turcji w celu omijania sankcji nałożonych na nią w związku z wojną na Ukrainie.

Już po zakończeniu wojny 44-dniowej Azerbejdżan kilkukrotnie atakował wschodnią granicę państwową Armenii, by ją przesunąć na zachód. Granica ta nie uległa bowiem nigdy delimitacji, co zresztą sprawiło, że teoretycznie zobowiązani do przyjścia Armenii z pomocą „sojusznicy” z Organizacji Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego z Rosją na czele wymigali się od pomocy. Armenia już od kilku lat ma przy tym świadomość iluzoryczności gwarancji jej bezpieczeństwa ze strony Rosji, ale wciąż brak jej jasnej alternatywy. Zmuszona jest więc balansować między Rosją, Zachodem i Iranem, jednocześnie starając się dokonać normalizacji stosunków z Turcją i Azerbejdżanem.

Przesuwanie granicy armeńsko-azerbejdżańskiej na zachód spowodowało, że Azerbejdżan przejął kontrolę nad fragmentami drogi prowadzącej z Iranu przez Meghri i Kapan w Sjuniku do Goris i Erewania. Jest to przy tym bardzo intensywnie eksploatowany szlak handlowy, po którym jeżdżą głównie tiry irańskie.

Irańscy kierowcy zaczęli się skarżyć na problemy, jakich napotykają ze strony Azerów, a Iran zaczął protestować i ogłosił, że jakiekolwiek zmiany granic Armenii to dla niego przekroczenie „czerwonej linii”.

W szczególności irańska Gwardia Rewolucyjna nie pozostawiła żadnych wątpliwości, że gotowa jest do interwencji zbrojnej, jeśli Azerbejdżan będzie starał się doprowadzić do pozbawienia Iranu granicy z Armenią. Wojska irańskie zostały skoncentrowane przy azerbejdżańskiej granicy i zaczęły ćwiczyć forsowanie granicznej rzeki Araks. Iran otworzył też konsulat w Kapanie, głównym mieście Sjunika. Paradoksalnie, interesy Iranu w tym zakresie zbieżne są z interesami USA oraz UE, które również nie są zainteresowane jakimś eksterytorialnym korytarzem przez Sjunik, a już na pewno nie chcą, by Azerbejdżan próbował zająć Sjunik zbrojnie. Niemniej nie wydaje się, by Armenia mogła obecnie liczyć na znaczące wsparcie ze strony Zachodu w obronie Sjunika. Oczywiście z całą pewnością nie może liczyć również na Rosję. Zostaje więc Iran.

nlad.pl

Przesadzone rosyjskie pochwały za pokonanie małego ukraińskiego desantu sugerują, że albo rosyjskie dowództwo wojskowe szczerze obawia się ukraińskiego ataku na wschodni brzeg obwodu chersońskiego, albo desperacko pragnie informacyjnego zwycięstwa po zbrojnym buncie Grupy Wagnera, albo jedno i drugie. Źródła rosyjskie twierdziły wcześniej, że grupa około 70 ukraińskich żołnierzy zajmowała pozycje w pobliżu mostu Antoniwskiego, a dowództwo rosyjskiej Grupy Wojsk „Dniepr” konsekwentnie nakazywało siłom rosyjskim eliminację ukraińskiego „przyczółka” pomimo znacznych strat osobowych i sprzętowych. Według doniesień rosyjska Grupa Sił „Dniepr” ma kwaterę główną w Rostowie nad Donem, prawdopodobnie w kwaterze głównej SMD. Siły Wagnera w szczególności otoczyły kwaterę główną SMD podczas zbrojnego buntu 24 czerwca, a rosyjskie MON prawdopodobnie próbuje odzyskać reputację kwatery głównej. Milbloger związany z Kremlem również wyraził zaniepokojenie, że siły ukraińskie będą nadal przeprowadzać naloty małych jednostek przez rzekę Dniepr i rozpoczną atak na dużą skalę w celu dotarcia do miejscowości Oleshky, aby przedrzeć się do południowo-zachodniego obwodu chersońskiego. ISW nie stara się prognozować ukraińskich operacji, ale wypowiedzi milbloggera sugerują, że rosyjskie dowództwo wojskowe może być coraz bardziej zaniepokojone potencjalnym ukraińskim lądowaniem na wschodnim brzegu obwodu chersońskiego.

Siły rosyjskie prawdopodobnie odpowiadają na ukraińskie operacje wokół Bachmuta, ściągając siły z innych części Ukrainy. Rzecznik ukraińskiej Wschodniej Grupy Sił płk Serhij Czerewaty poinformował 1 lipca, że ​​siły rosyjskie niedawno przerzuciły nieokreślony pułk Rosyjskich Sił Powietrznych (WDW) z kierunku Lyman (obszar na zachód od Kreminny) na kierunek bachmucki. Geolokalizowane nagranie opublikowane 30 czerwca pokazuje 137 Pułk Powietrznodesantowy Gwardii (106 Dywizja Powietrznodesantowa) operujący na południe od Rozdolivki (18 km na północ od Bakhmutu). Rosyjski milbloger twierdził również, że elementy 98. Dywizji WDW działają teraz na kierunku Bachmutu. ISW wcześniej obserwowało elementy 237 Pułku Powietrznodesantowego (76 Dywizja WDW) i 331 Pułku Powietrznodesantowego (98 Dywizja WDW) działających w kierunku Lymana, chociaż ISW nie widział ostatnio żadnego wizualnego potwierdzenia elementów żadnej z formacji w pobliżu Bachmutu. Czerewaty poinformował, że siły rosyjskie zastąpiły pułk WDW na kierunku Lyman nieokreślonymi siłami obrony terytorialnej, co wskazuje, że siły rosyjskie mogą przerzucać w rejon Bachmutu więcej jednostek elitarnych i zastępować jednostki elitarne formacjami słabszymi. Ukraińska wiceminister obrony Hanna Malyar powiedziała wcześniej, że siły rosyjskie przerzuciły część swoich najbardziej zdolnych bojowo jednostek z kierunku Chersoń na kierunki Bachmutu i Zaporoża w tygodniu następującym po rozpoczęciu ukraińskiej kontrofensywy 4 czerwca. Cherevaty stwierdził, że Bakhmut nadal oferuje siłom rosyjskim większą wartość propagandową niż korzyści militarne i zasugerował, że siły rosyjskie mogą koncentrować siły elitarne w rejonie Bakhmutu, aby zachować rzekome zwycięstwo informacyjne wynikające ze schwytania Bachmuta 21 maja. Jeśli rosyjskie posiłki wysłane już do Bachmutu okażą się niewystarczające, aby utrzymać rosyjskie zdobycze na tym obszarze, rosyjskie dowództwo może stanąć przed trudnym wyborem, czy zaryzykować stworzenie poważnych zagrożeń w obwodach chersońskim lub ługańskim, czy też rozpocząć wycofywanie sił z południowej Ukrainy.

(...)

Rosyjscy propagandyści prawdopodobnie prowadzą kampanię informacyjną mającą na celu zniszczenie reputacji Grupy Wagnera jako wyjątkowo skutecznej siły bojowej, wspierającej wysiłki rosyjskiego Ministerstwa Obrony (MON), w celu demontażu Grupy Wagnera i włączenia byłych bojowników Wagnera do struktur MON. Rosyjski państwowy kanał telewizyjny Rossija-1 wyemitował 30 czerwca fragment trywializujący skuteczność Grupy Wagnera na Ukrainie, kwestionujący „skonstruowany mit o [wysokim] poziomie skuteczności Grupy Wagnera”. Materiał sugerował, że istnieje popularne i błędne przekonanie w Rosji, że siły Wagnera są niezwykle skuteczne i argumentował, że regularne siły rosyjskie są skuteczniejsze niż prywatna firma wojskowa Wagner. Kanał Rossija-1 argumentował, że regularne siły rosyjskie zdobyły geograficznie większe i ważniejsze miasto Mariupol (w 71 dni) - znacznie szybciej niż siły Grupy Wagnera były w stanie zdobyć Bachmut (w 224 dni). Wielu rosyjskich blogerów – w tym powiązanych z Wagnerem – potępiło raport jako bezwstydne przepisywanie historii i część „podłego programu” mającego na celu „skazanie wyczynów [PMC Wagner] na zapomnienie”. (...)

understandingwar.org

1. Rosjanie za wszelką ceną zamierzają utrzymać dotychczas okupowane terytoria. Działaniami na poziomie operacyjnym dążyć będą do poprawy położenie swoich wojsk poprzez wypieranie wojsk ukraińskich głównie na północy. Na kierunkach wschodnim i południowym działaniami obronnymi będą usiłowali załamać operacje zaczepne Ukraińców. Jednocześnie będą odbudowywali odwody strategiczne dla likwidacji zagrożeń, głównie na kierunkach wschodnim i południowym. Ale takie zdolności osiągną nie wcześniej jak jesienią 2023 roku. Celem Rosjan jest uzyskanie przewagi strategicznej, ale już nie do prowadzenia strategicznej operacji zaczepnej, ale jako odstraszania i efektywnej obrony okupowanych części Ukrainy. Ma to być elementem w negocjacjach, które mają zakończyć działania zbrojne co może nastąpić już jesienią 2023 za sprawą wysiłków wielkiej dwójki, USA i Chin.

2. Ukraińcy w pierwszej fazie operacji zaczepnej (kontrofensywy) zamierzają prawdopodobnie rozbić wojska rosyjskie w rejonie Łuku Donbaskiego po czym przejść do obrony na dogodnych rubieżach terenowych. W tym samym czasie zamierzają wzmocnić obronę na kierunku północnym z zadaniem utrzymania rejonów wyzwolonych w 2022 w ramach wrześniowej operacji. Jednocześnie realizować przygotowanie wojsk do operacji na Zaporożu.

W drugiej fazie operacji zaczepnej po przeniesieniu wysiłku ze wschodu, do końca lata lub wczesnej jesieni połączonym działaniem od północy (od linii Zaporoże, południe Donieck) i od zachodu (zza Dniepru) rozbić i okrążyć część rosyjskiego zaporoskiego zgrupowania obronnego i wyjść na brzeg Morza Azowskiego w rejonie Berdiańska rozcinając połączenie lądowe Krymu z Rosją. Po czym przejść do obrony na opanowanym terenie z blokadą Krymu.

W przypadku pomyślnego rozwoju sytuacji w obszarze Łuku Donbaskiego Ukraińcy mogą przyspieszyć drugą fazę operacji. Pod warunkiem, że dysponują odwodem strategicznym. Po zakończeniu obu faz operacji zaczepnej przejść do strategicznej operacji obronnej wzdłuż nowej linii frontu.

Warunkami powodzenia planów Ukraińców są zapewnienie ciągłych dostaw uzbrojenia i środków walki z Zachodu oraz kontynuowanie mobilizacji i szkolenia nowych formacji wojskowych oraz uzupełnienia strat w tych ,które brały udział w ofensywie(kontrofensywie). Nieustannie odtwarzać i utrzymywać silne odwody operacyjne na trzech aktywnych kierunkach oraz odwód strategiczny w przypadku konieczność reagowania na rosyjskie próby otworzenia nowego kierunku ich ofensywy. Drugim to koncentrowanie uderzeń silnymi zgrupowaniami na obronę rosyjską w celu jej przełamywania. Unikać się powinno rozpraszania wysiłku i prowadzenia uderzeń wzdłuż oddalonych od siebie kierunków.

autor: gen. broni w st. spocz. Waldemar Skrzypczak

defence24.pl

sobota, 1 lipca 2023


Przedstawiciele dowództwa armii ukraińskiej i kierownictwa resortu obrony deklarują przejęcie inicjatywy na froncie. 30 czerwca wiceminister Hanna Malar poinformowała, że na wschodzie i południu obrońcy przesuwają się od kilkuset metrów do dwóch kilometrów na dobę, a kontrofensywa przebiega zgodnie z planem. Dzień wcześniej podała, że na kierunku Berdiańska postęp wyniósł 1300 m, a w okolicach Bachmutu 1200 m w kierunku Kliszczijiwki i 1500 m w kierunku Kurdiumiwki.

Siły obrońców wyparły Rosjan z rejonu Riwnopila, wyrównując linię frontu na południowy zachód od Wełykiej Nowosiłki. Bez większych zmian terenowych zakończyły się natomiast kolejne ukraińskie ataki w okolicach Orichiwa oraz podejmowane przez obie strony działania zaczepne w rejonie Bachmutu, choć według ukraińskiego Sztabu Generalnego siły agresora miały ponownie zaatakować po zachodniej stronie kanału Doniec–Donbas. Istotnych postępów nie przyniosły również kolejne rosyjskie ataki na południe i zachód od Kreminnej, w okolicach Awdijiwki i Marjinki, a także w rejonie mostu Antoniwskiego na lewym brzegu Dniepru, gdzie obrońcom udało się utrzymać utworzony w poprzednich dniach przyczółek.

W dniach 27–30 czerwca głównym celem rosyjskich ataków rakietowych (pociski Ch-22, Iskander i S-300) było bezpośrednie zaplecze sił ukraińskich. Pociski agresora codziennie spadały na Zaporoże bądź okolice miasta. Ponadto 27 czerwca zaatakowane zostały Kramatorsk i Biłeńke w obwodzie donieckim, a 29 czerwca Czuhujew w obwodzie charkowskim. W wyniku uderzenia na Kramatorsk zginęło 12 osób cywilnych, a 60 zostało rannych. 27 czerwca rosyjskie rakiety spadły w okolicach Krzemieńczuka. Najeźdźcy atakowali także dronami kamikadze Shahed-136/131 – 28 czerwca w obwodach dniepropetrowskim i czerkaskim, a 30 czerwca w zaporoskim i mikołajowskim. Obrońcy deklarowali zestrzelenie wszystkich sześciu dronów 28 czerwca i 10 z 13 dronów 30 czerwca. Celem ukraińskich ataków rakietowych było z kolei zaplecze agresora w okupowanych Melitopolu (28 czerwca) i Berdiańsku (30 czerwca). 29 czerwca Państwowa Służba Graniczna Ukrainy poinformowała, że w ciągu ostatniego miesiąca wróg trzykrotnie zwiększył liczbę ostrzałów rejonów przygranicznych (do 1700). Najwięcej z nich przypadło na obwód charkowski.

27 czerwca Pentagon podał szczegóły 41. pakietu wsparcia wojskowego dla Kijowa o wartości 500 mln dolarów. Weszły do niego: 30 bojowych wozów piechoty Bradley, 25 transporterów opancerzonych Stryker, przenośne zestawy przeciwlotnicze Stinger oraz przeciwpancerne Javelin i AT-4, pociski do wyrzutni Patriot i HIMARS, rakiety przeciwradiolokacyjne HARM, przeciwpancerne pociski kierowane TOW, lotnicza amunicja precyzyjna, pociski artyleryjskie kalibru 155 mm i 105 mm oraz broń strzelecka z 22 mln nabojów. Dzień później o nowym pakiecie pomocy wojskowej poinformowało Ministerstwo Obrony Litwy. Armia ukraińska ma w nim otrzymać 2 wyrzutnie systemu obrony powietrznej NASAMS, 10 transporterów gąsienicowych M113 (łączna liczba przekazanych pojazdów tego typu wyniesie 72), 2,5 mln sztuk amunicji strzeleckiej (z 12,5 mln zamówionych przez Litwę dla Ukrainy w 2023 r.) oraz 1 tys. pocisków do granatników przeciwpancernych. W ogłoszonym 29 czerwca kolejnym niemieckim pakiecie wsparcia znalazły się: stacja radiolokacyjna TRML-4D, 3 mosty czołgowe Biber oraz 16 ciężarówek.

27 czerwca premier Czech Petr Fiala poinformował, że od stycznia do maja br. Praga przekazała Ukrainie 24 zmodernizowane czołgi T-72, 76 bojowych wozów piechoty, 645 rakiet przeciwpancernych oraz 57,3 tys. pocisków artyleryjskich 122 mm i 152 mm do haubic samobieżnych Goździk i Dana. W kooperacji z UE i Holandią Czechy miały także wyremontować dla Kijowa prawie 100 czołgów T-72B oraz 16 systemów obrony przeciwlotniczej KUB (w uzupełnieniu do 6 przekazanych w 2022 r.). W minionym roku Ukraińcy mieli otrzymać od Pragi m.in. 89 czołgów, 226 bojowych wozów piechoty, 38 haubic samobieżnych Goździk i Dana, 33 wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków rakietowych RM-70 oraz 1,5 mln sztuk amunicji.

28 czerwca prezydent Wołodymyr Zełenski oświadczył, że przeniesienie Grupy Wagnera na Białoruś nie zagrozi poważnie Ukrainie, a siły zbrojne na odcinku północnej granicy są gotowe do odparcia ewentualnego ataku. W jego ocenie kontyngent najemników nie będzie zbyt duży. Minister obrony Ołeksij Reznikow stwierdził, że bunt Grupy Wagnera obnażył fundamentalną słabość reżimu Władimira Putina, który przybiera formę autodestrukcji. Przestrzegł jednak Ukraińców przed poleganiem na podobnych buntach, bowiem na razie nie ma bezpośrednich oznak spadku morale w jednostkach rosyjskich. Wyraził zarazem nadzieję, że chaos w FR zachęci państwa zachodnie do dalszego zwiększenia dostaw broni. 29 czerwca szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryło Budanow wśród korzystnych skutków „buntu Wagnera” wymienił kompromitację kierownictwa Rosji oraz to, że podwładni Jewgienija Prigożyna nie będą brać udziału w wojnie z Ukrainą. Potwierdził, że wagnerowcy przebywają na południowej Ukrainie i w okupowanym Ługańsku, ale nie uczestniczą w walkach. Tego samego dnia doradca szefa Biura Prezydenta Mychajło Podolak stwierdził, że na Białoruś najprawdopodobniej trafi od 500 do 1500 wagnerowców – dobrze wyszkolonych najemników z doświadczoną kadrą dowódczą. Ocenił, że ich pojawienie się tam stworzy wiele zagrożeń, w tym dla samego Alaksandra Łukaszenki, który może mieć problemy z kontrolą nad nimi. Podolak nie wykluczył, że zostaną oni rozlokowani w rejonie miejscowości Osipowicze w obwodzie mohylewskim, a część instruktorów trafi do brygady specnazu MSW stacjonującej w miejscowości Marina Horka (obwód miński).

28 czerwca ukraiński resort energetyki zapowiedział zakrojone na szeroką skalę ćwiczenia w obwodzie zaporoskim, w których mają wziąć udział władze lokalne, wojsko, organy bezpieczeństwa i służby ratownicze. Ich scenariusz uwzględnia możliwość ataku terrorystycznego przez wojsko rosyjskie na Zaporoską Elektrownię Jądrową. 30 czerwca ukraiński wywiad wojskowy informował, że siły okupacyjne stopniowo opuszczają teren elektrowni oraz pobliskiego Enerhodaru. Jako pierwsi wyjechali trzej pracownicy Rosatomu, ewakuację zalecono również ukraińskim pracownikom, którzy podpisali umowy z Rosjanami (powinni wyjechać do 5 lipca).

27 czerwca prezydent Zełenski odwołał Jurija Husiewa ze stanowiska szefa koncernu Ukroboronprom. Jego następcą został Herman Smetanin, dotychczasowy dyrektor Fabryki im. Małyszewa w Charkowie produkującej m.in. sprzęt pancerny. Zełenski postawił przed Smetaninem trzy zadania: zwiększenie produkcji zbrojeniowej, ukrócenie korupcji w sektorze zbrojeniowym i dokończenie reformy przemysłu obronnego. Planowane jest także obniżenie kosztów utrzymania koncernu, w tym redukcja kadry zarządczej (obecnie utrzymanie Ukroboronpromu, z wyłączeniem produkcji, kosztuje 450 mln hrywien rocznie, tj. ponad 12 mln dolarów). Przyczyną dymisji Husiewa było fiasko realizacji tzw. programu rakietowego, który zakładał, że już w maju 2023 r. skala produkcji rakiet Sapsan/Grom-2 pozwoli na zmasowane ataki na infrastrukturę wojskową w głębi terytorium Rosji. 28 czerwca formalnie zlikwidowano państwowy koncern Ukroboronprom, a w jego miejsce utworzono spółkę akcyjną Ukraiński Przemysł Obronny, w którym 100% udziałów zachowuje państwo.

Komentarz

Z informacji premiera Fiali wynika, że Czechy przekazały Ukrainie znacznie więcej uzbrojenia, niż deklarowały wcześniej. Potwierdza to, że część państw wspierających wojskowo Kijów świadomie zaniżała bądź wciąż zaniża skalę dostaw (lub – jak Bułgaria – w ogóle nie informuje o ich szczegółach), a armia ukraińska otrzymała dużo więcej uzbrojenia, niż jest to podawane do publicznej wiadomości. Często jedynym dowodem na to, że Ukraińcy otrzymali określony typ uzbrojenia lub że dostali go w większej ilości, niż deklarowano, jest materiał fotograficzny lub filmowy z frontu.

Utworzenie na bazie koncernu Ukroboronprom spółki akcyjnej Ukraiński Przemysł Obronny należy traktować jako potwierdzenie likwidacji ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego w jego wariancie posowieckim i kolejny krok w stronę dostosowywania go do standardów zachodnich. Paradoksalnie sprzyja temu rosyjska agresja – posowieckie molochy branży zbrojeniowej zostały w dużym stopniu zniszczone, a część kadry inżynierskiej i pracowniczej trafiła do przedsiębiorstw w krajach wspierających wojskowo Ukrainę (głównie w Czechach, w Polsce i na Słowacji), w których zdobywa ona doświadczenie w zakresie nowych technologii i procedur.

osw.waw.pl

"Status quo opierał się na porozumieniu w sprawie eksportu gazu (a także ropy i węgla) z Rosji do Niemiec, przede wszystkim za pośrednictwem gazociągu Nord Stream. Berlin i Moskwa ponownie trzymały los Europy Środkowej w swoich rękach. Niemieckie interesy gospodarcze były dominujące, częściowo dlatego, że UE nie opracowała własnej jednolitej strategii wojskowej. To właśnie sprawiło, że status Ukrainy był tak zapalny. Jej integracja z UE lub NATO nie leżała w interesie Niemiec. Będąc jedyną poważną gospodarką przemysłową w UE, która opierała się na imporcie taniej energii z Rosji, podważyłoby to ich interesy gospodarcze" - wyjaśnia Glasman.

onet.pl

piątek, 30 czerwca 2023


Władze miasta Nanning w położonej na południu prowincji Guangxi podniosły w maju br. ceny biletów parkingowych. W efekcie dla mieszkańców podróżujących samochodami do i z pracy koszt parkowania wzrósł do nawet 100 juanów dziennie (57 zł).

W Pekinie czy Szanghaju nie wywołałoby wielkiego poruszenia, ale w Guangxi, jednej z biedniejszych prowincji Państwa Środka, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Przy sześciodniowym tygodniu pracy utrzymania takiej stawki oznacza w skali roku wydatek ok. 30 tys. juanów (ok. 17 tys. zł) - blisko 1/3 przeciętnego rocznego dochodu w regionie..

W mediach społecznościowych zaczęła się burza, po której burmistrz miasta, Hou Gang wycofał się z podwyżki i na specjalnej konferencji prasowej przeprosił mieszkańców. Skandal był tak duży, że w następnych dniach władze prowincji Zhejaing, Jiangsu i Shandong przystąpiły do walki ze zbyt wygórowanymi cenami biletów parkingowych w miastach.

W prowincji Henan w środkowych Chinach władze lokalne zaczęły fałszować odczyty z kontroli wagi ciężarówek i TIR-ów. Szacuje się, że wymuszone w ten sposób kary przyniosły prowincjonalnemu budżetowi w ciągu ostatnich dwóch lat ponad 270 tys. juanów (154 tys. zł).

Jednak ulubionym sposobem zdobywania funduszy przez władze lokalne stały się grzywny, w których wymierzaniu urzędnicy wykazują się wyjątkową kreatywnością. W Szanghaju pewien restaurator został ukarany mandatem w wysokości 5 tys. juanów (2860 zł) za… podanie pokrojonego ogórka bez odpowiedniej licencji. To kolejna sprawa, która wywołała oburzenie w mediach społecznościowych.

Z kolei w prowincji Shaanxi w centralnych Chinach jeszcze w ubiegłym roku sklep spożywczy został ukarany grzywną 66 tys. juanów (blisko 36 tys. zł) za sprzedaż 2,5 kg selera obniżonej jakości.

Niezależnie od absurdalności części grzywien stają się one coraz ważniejszym źródłem dochodu. Według analizy magazynu Caijing, opierającego się na oficjalnych danych rządowych, kary pieniężne w ciągu roku zwiększyły swój udział w dochodach władz prowincji Guangxi z 9 do 13,9 proc.

W przypadku położonej na północy prowincji Liaoning zanotowano wzrost z 7,1 do 10,6 proc, a w Yunanie, którego zadłużenie ocenia się na 1000 proc. w stosunku do dochodów, z 6,1 do 7,5 proc.

Niekiedy władze lokalne chodzą po prośbie. Jak poinformował lokalny oficjalny dziennik Changjiang Wang pod koniec maja władze miasta Wuhan zażądały od miejscowych firm, by jak najszybciej spłaciły długi wobec ratusza. Gazeta szacuje, że chodzi o 259 podmiotów - od firm prywatnych, przez państwowe, aż po agendy rządowe, które są winne miastu ponad 100 milionów juanów (57 mln zł).

Metoda nie przyniosła oczywiście zadowalających rezultatów, w związku z czym władze zaczęły oferować nagrody za przydatne informacje na temat zasobów finansowych swoich dłużników.

W kwietniu władze prowincji Guizhou w płd.-zach. Chinach oficjalnie przyznały, że są zagrożone bankructwem i zwróciły się do Pekinu z prośbą o pomoc.

Tymczasem zwykli ludzie zaczynają coraz mocniej odczuwać problemy finansowe władz lokalnych. Najprostszą reakcją na brak pieniędzy jest cięcie wydatków. Trwa ono już od kilku lat i najpierw dotyczyło sfery budżetowej. Oprócz obniżania wynagrodzenia, zaczęto redukować wszelkie benefity w postaci dodatków mieszkaniowych czy na ogrzewanie. Pogorszyło to sytuację urzędników i nauczycieli, których zarobki także w Chinach nie są oszałamiające.

W ostatnich miesiącach okazało się, że cięcia muszą iść dalej... "Pod nóż" poszła służba zdrowia, w pierwszej zaś kolejności opieka medyczna dla seniorów. To jednak nie wystarcza.

Na początku czerwca miasto Shangqiu w prowincji Henan o mały włos nie straciło komunikacji autobusowej. Tamtejszy zakład komunikacji miejskiej nie był w stanie zapłacić za ubezpieczenie swoich pojazdów, a nawet wypłacić pensji kierowcom. Zarząd firmy jako przyczynę tych problemów wskazał obcięcie rządowych subsydiów.

Przyczyny problemów finansowych chińskich władz lokalnych są złożone. Pierwotnego źródła można dopatrywać się w reformie administracyjno-finansowej końca lat 90. Pekin pozbawił wówczas władze lokalne większości dochodów z podatków.

Chodziło - z jednej strony - o koncentrację zasobów do dyspozycji rządu centralnego, z drugiej zaś - o ograniczenie środków, a tym samym ambicji bogatszych prowincji nadbrzeżnych, które coraz częściej lekceważyły polecenia płynące ze stolicy.

Jednocześnie rząd zaczął stawiać władzom lokalnym coraz bardziej ambitne cele rozwojowe. Głównym źródłem pieniędzy na ich realizację stało się dzierżawienie gruntów.

Władze lokalne miały gotówkę, ale ceną za to była niemalże nieskrępowana, chaotyczna działalność deweloperów, wiele chybionych inwestycji i wzrost korupcji. Gdy w chińskim sektorze nieruchomości zaczął się kryzys, prowincje i miasta utraciły najważniejsze źródło dochodów.

Na to wszystko nałożyła się pandemia, wraz z drenującymi zasoby ciągłymi lockdownami i testami. Szacunkowo w ub.r. dochody władz lokalnych spadły o 23 proc. podczas, gdy wydatki wzrosły o 6 proc. Zaczęły rozkwitać skomplikowane instrumenty finansowe, które - w imieniu władz - zaciągają długi. Po prawdzie pojawiły się one zresztą znacznie wcześniej i służyły zdobywaniu środków na inwestycje infrastrukturalne, często również chybione.

Najczęstszą metodą ich działania jest emisja obligacji, często jednak pożyczki są zaciągane z nieznanych źródeł i pozostają poza oficjalnym budżetem. Kryzysy w branży nieruchomości zmusił firmy operujące instrumentami finansowymi do przejęcia ponad połowy gruntów wydzierżawionych pod budownictwo mieszkaniowe, pogłębiając tym samym problemy budżetowe.

Jakie jest zadłużenie chińskich władz lokalnych? Pełnych danych nie ma, a wiarygodność tych oficjalnych jest kwestionowana w samych Chinach. Według hongkońskiej grupy inwestycyjnej CLSA w 2010 r. wynosiło ono 10,7 bln juanów (6,12 bln zł), a do końca 2022 r. osiągnęło rekordowe 79,1 bln juanów (45,2 bln zł); kwota ta uwzględnia ok. 10 bln juanów ukrytego długu.

Problem zadłużenia władz lokalnych ma charakter strukturalny i rozwiązanie zależy od rządu centralnego. Ten jednak unika decyzji, która w praktyce oznaczałaby wybór, kto poniesie koszty spisania na straty przewartościowanych aktywów infrastrukturalnych. To zaś stanowi kolejny czynnik destabilizujący - i tak już rozchwiany - system finansowy.

Na razie Bank Ludowy Chin obniża stopy procentowe, zmniejszając koszt obsługi długów, a premier Li Keqiang wzywa władze lokalne, by „z całą stanowczością położyły kres arbitralnym opłatom i grzywnom”. Tymczasem na rynkach rosną obawy, że jeszcze w tym roku zadłużenie chińskich władz lokalnych może doprowadzić do kolejnego kryzysu - jeszcze gorszego niż ten w sektorze nieruchomości.

wnp.pl

Po miesiącach dyplomatycznych przepychanek Pekin zgodził się na wizytę amerykańskiego sekretarza stanu mającą na celu ustabilizowanie pogarszających się relacji i otwarcie kanałów komunikacji. Różnice między stronami mają jednak zbyt fundamentalny charakter, aby liczyć na przełom w przewidywalnej przyszłości.

Sekretarz stanu USA Antony Blinken złożył pierwszą od objęcia urzędu w styczniu 2021 r. wizytę w Chińskiej Republice Ludowej (ChRL). Ostatnim szefem amerykańskiej dyplomacji, który odwiedził to państwo, był Mike Pompeo i miało to miejsce w październiku 2018 r. 18 czerwca br. Blinken rozmawiał w Pekinie z ministrem spraw zagranicznych ChRL Qin Gangiem, a dzień później również z Wang Yi, członkiem Biura Politycznego Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin (KC KPCh) i równocześnie dyrektorem Biura Komisji Spraw Zagranicznych KC KPCh. Został też przyjęty przez Xi Jinpinga, sekretarza generalnego KPCh i przewodniczącego Chin.

Obie strony zgodziły się na utrzymanie kontaktów na wysokim szczeblu. Blinken zaprosił Qin Ganga do złożenia wizyty w Stanach Zjednoczonych, a ten wyraził chęć podróży „w dogodnych dla obu stron okolicznościach”. Podjęto również decyzję o kontynuowaniu konsultacji w ramach wspólnej grupy roboczej w celu rozwiązania konkretnych problemów we wzajemnych stosunkach. Oba państwa mają także zachęcać do rozszerzania dwustronnej wymiany kulturalnej i edukacyjnej. Komunikaty stron po spotkaniu Blinkena z Xi Jinpingiem nie wskazują, aby rozmowa wpłynęła na realne zbliżenie ich stanowisk.

Relacje między obydwoma państwami znajdują się w tej chwili w najtrudniejszym momencie od tzw. III kryzysu tajwańskiego w 1996 r., kiedy to prezydent Bill Clinton skierował flotę do ochrony Tajwanu. Pekin aktywnie zmienia status quo w Cieśninie Tajwańskiej i na Morzu Wschodniochińskim, nasilając presję wojskową na Tajwan i Japonię. Wciąż militaryzuje również obszary lądowe na Morzu Południowochińskim. Na arenie międzynarodowej – utrzymując pozory naturalności – wspiera Rosję politycznie i gospodarczo: zwiększa nie tylko import surowców energetycznych, lecz także eksport produktów podwójnego zastosowania cywilno-wojskowego. Waszyngton dąży do pogłębienia izolacji technologicznej ChRL, zwłaszcza w sektorze półprzewodników. Intensyfikuje też zabiegi o rozwinięcie koordynacji z sojusznikami w Europie i Azji w celu zminimalizowania ryzyka (de-risking) związanego ze zbyt bliskimi powiązaniami gospodarczymi z Chinami. Taka dynamika relacji bilateralnych rodzi groźbę, że ewentualny drobny incydent wywoła eskalację i niekontrolowany rozpad wzajemnych stosunków.

Obydwie strony podjęły próbę stabilizacji relacji jeszcze w czasie szczytu G20 na Bali w listopadzie ub.r. (zob. Taktyczna pauza wobec Zachodu: chińska gra nadziejami na pokój), co doprowadziło do przygotowania wizyty Blinkena w Pekinie w lutym br. Została ona jednak odwołana ze względu na incydent z chińskim balonem szpiegowskim, który wykryto i zestrzelono nad terytorium Stanów Zjednoczonych (zob. Chiński balon nad USA), kiedy Pekin wstrzymał dialog między wyższymi dowódcami wojskowymi obydwu państw. Przed wyrażeniem zgody na wyznaczenie jej nowego terminu przedstawiciele ChRL wyartykułowali względem USA szereg oczekiwań, wśród których znalazły się „uznanie kwestii Tajwanu za sprawę wewnętrzną Chin” i zaprzestanie „podważania suwerenności, bezpieczeństwa i interesów rozwojowych Chin w imię konkurencji”. W ten sposób oczekiwali de facto zniesienia sankcji technologicznych, szczególnie w dziedzinie półprzewodników. Sytuacja ta doprowadziła do kilkumiesięcznego impasu w relacjach Pekinu i Waszyngtonu oraz znacznego ograniczenia komunikacji pomiędzy nimi.

Pogarszanie się stosunków chińsko-amerykańskich przyśpieszyło w sierpniu ub.r. po wizycie na Tajwanie Nancy Pelosi, wówczas przewodniczącej Izby Reprezentantów (zob. Chińsko-amerykańska próba sił wokół Tajwanu). W lutym br. doszło nie tylko do zestrzelenia nad Stanami Zjednoczonymi balonu, lecz także do konfrontacji między Blinkenem i Wang Yi na marginesie Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, kiedy strona amerykańska oskarżyła chińską o rozważanie dostarczenia broni Rosji. ChRL odpowiedziała na te działania zamrożeniem niektórych ważnych kontaktów dyplomatycznych i nasileniem antyamerykańskiej retoryki. Waszyngton kontynuował nakładanie sankcji technologicznych, również w koordynacji z sojusznikami. Na tydzień przed podróżą Blinkena do Pekinu w mediach pojawiły się informacje, że chińska armia prowadzi na Kubie bazę wywiadu elektronicznego.

Mimo mnogości punktów spornych oba państwa w ostatnich tygodniach poczyniły jednak kroki mające przywrócić kontakty na wysokim szczeblu, aby lepiej zarządzać napięciami. Amerykanie podkreślają, że utrzymywanie regularnego dialogu na tym poziomie jest ważne samo w sobie, ponieważ pozwoli stronom szybko reagować na jakiekolwiek kryzysy, które mogą się pojawić, skoro chińskie i amerykańskie siły zbrojne coraz częściej wchodzą ze sobą w bezpośredni kontakt.

Daleko idące żądania Pekinu i ignorowanie sygnałów Waszyngtonu (nie tylko ze strony Departamentu Stanu, lecz także Pentagonu) dotyczących chęci przywrócenia komunikacji na wyższym szczeblu były skierowane przede wszystkim na użytek wewnętrznej narracji propagandowej. Kierownictwo KPCh musi zdawać sobie sprawę, że nie zostaną one uwzględnione. Niemniej przywódcy ChRL starają się równocześnie prezentować na arenie międzynarodowej – zwłaszcza względem partnerów europejskich – jako strona racjonalna i otwarta na dialog. Dlatego w końcu zdecydowano się na wyrażenie zgody na wizytę Blinkena, mimo że Waszyngton nie wykonał żadnego gestu, który KPCh mogłaby przedstawić jako zwycięstwo – nie można za nie uznać drobnych posunięć, jak stwierdzenie przez prezydenta Joego Bidena, że Xi Jinping nie wiedział o misji szpiegowskiej balonu itp.

W tym kontekście istotne jest też równoległe rozpoczęcie pierwszej podróży zagranicznej przez nowego premiera ChRL Li Qianga do Niemiec i Francji. Pekin liczy na osłabienie zdolności państw europejskich do koordynacji z Waszyngtonem ws. Chin. Wydaje się, że także strona amerykańska kieruje się potrzebą pokazania partnerom ze Starego Kontynentu czy państwom rozwijającym się gotowości do rozmów z Pekinem. Administracja Bidena postępuje zgodnie z przekonaniem, że aktualnie UE nie jest gotowa, aby podjąć równie daleko idące co amerykańskie działania przeciwko ChRL, i pragnie utrzymać kanały kontaktu z nią. Zachowanie spoistości Zachodu to obecnie priorytet Waszyngtonu, dlatego Blinken pojechał do Pekinu mimo doniesień o chińskiej bazie na Kubie. Z kolei przyjęcie go przez Xi Jinpinga ma sygnalizować partnerom w Europie czy na Globalnym Południu, że ChRL też dąży do ustabilizowania relacji. Spełnia również oczekiwania międzynarodowego biznesu, który ogranicza inwestycje w Chinach w obawie o konsekwencje rywalizacji Pekinu z Waszyngtonem.

O ile odtworzenie i utrzymanie kanałów komunikacji leży w interesie zarówno ChRL, jak i Stanów Zjednoczonych, o tyle nie należy się spodziewać, że kroki te doprowadzą do znacznej poprawy relacji między nimi. Po pierwsze rywalizacja chińsko-amerykańska ma charakter strukturalny i żadna ze stron nie jest gotowa do ustępstw, które pozwoliłyby na trwałe porozumienie i usunięcie punktów spornych. Po drugie kalendarz polityczny nie sprzyja dalszej stabilizacji stosunków. W styczniu przyszłego roku na Tajwanie zostaną przeprowadzone wybory prezydenckie i parlamentarne. Pekin – podobnie jak to robił w przeszłości – zwiększy, zapewne już na jesieni, presję militarną na wyspę w nadziei, że wpłynie w ten sposób na wynik elekcji. W efekcie Kongres zintensyfikuje naciski na administrację Bidena, aby silniej sygnalizować poparcie dla demokracji tajwańskiej. Na wiosnę w Stanach Zjednoczonych ruszy kampania przed wyborami prezydenckimi i do Kongresu w listopadzie 2024 r. Kwestia relacji z ChRL stanie się – jak w poprzednim cyklu wyborczym – jednym z jej głównych tematów, co będzie sprzyjać zaostrzeniu polityki wobec Pekinu.

osw.waw.pl

Między 7 a 14 czerwca turecka lira odnotowała łącznie ok. 9-procentowy spadek wartości względem dolara, a jej kurs wobec tej waluty jest najniższy od czasu objęcia władzy przez Partię Sprawiedliwości i Rozwoju w 2002 r. W ciągu ostatnich dwóch lat deprecjacja liry w stosunku do dolara wyniosła ok. 60%. 9 czerwca prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan mianował nową szefową tureckiego banku centralnego – Hafize Gaye Erkan. W przeszłości pracowała ona m.in. na stanowisku dyrektora zarządzającego w amerykańskim banku inwestycyjnym Goldman Sachs.

Komentarz

Na spadek wartości liry w ostatnich latach wpłynęło wiele czynników, w tym m.in. dążenie Erdoğana do podtrzymania wzrostu gospodarczego za pomocą ekspansywnej polityki pieniężnej, tj. niskich stóp procentowych narzucanych przez władzę i podporządkowany jej bank centralny. Działania te przyczyniły się jednak do znacznej zwyżki inflacji i stopniowego słabnięcia liry. Sytuację pogarszały zmniejszenie napływu inwestycji zagranicznych do kraju powodowane utratą wiarygodności Turcji wśród inwestorów międzynarodowych, a także postępujący spadek zaufania obywateli do stabilności tureckiego systemu finansowego. W celu spowolnienia procesu deprecjacji liry bank centralny wyprzedawał rezerwy walutowe, licząc, że przy okazji uda się zahamować inflację w okresie przedwyborczym. W rzeczywistości doszło do niemal całkowitego ich wyczerpania (według jednej z metod liczenia zobowiązań walutowych obecnie ich wartość netto jest ujemna i wynosi -5,7 mld dolarów, zaś braki uzupełniane są dalszymi pożyczkami od państw Zatoki Perskiej oraz rezerwami złota), co w ostatnich dniach jeszcze zwiększyło tempo słabnięcia liry.

Przyczyną gwałtownego spadku kursu tureckiego pieniądza w ostatnich dniach jest również domniemana decyzja władz o zaprzestaniu obrony jego wartości. Jak twierdzą ekonomiści, w nadchodzących miesiącach może to doprowadzić do osłabienia się liry względem dolara o kolejne 20%. Decyzję tę łączyć należy z zapowiedziami nowego ministra finansów Mehmeta Şimşeka o powrocie do bardziej tradycyjnej polityki pieniężnej. Rynki liczą na podniesienie bazowej stopy procentowej nawet do 25% (obecnie wynosi ona 8,5%). Na poprawę sytuacji finansowej Turcji korzystnie będą też wpływać ustabilizowanie cen surowców naturalnych (gazu i ropy), od których importu kraj jest w dużej mierze uzależniony, oraz sezon turystyczny, będący jednym ze źródeł napływu walut obcych. Korekta polityki pieniężnej, w tym odbudowa rezerw walutowych, pozwoli uniknąć zagrożenia w postaci niewypłacalności państwa. Podjęcie tego typu działań będzie sprawdzianem niezależności nowej prezes banku centralnego, a także testem autonomii nowego ministra finansów wobec wpływającego do tej pory na politykę monetarną państwa prezydenta Erdoğana.

W perspektywie krótkoterminowej skutkiem ubocznym dążeń do naprawy tureckiej gospodarki oraz utrzymania się trendu osłabiania się liry będą coraz wyższe koszty importu. Państwo w mniejszym wymiarze niż do tej pory będzie w stanie kontrolować wzrost cen sprowadzanych towarów, m.in. poprzez subsydia. W efekcie przyczynić się to może do ponownego nasilenia presji inflacyjnej. W perspektywie długoterminowej podniesienie stóp procentowych spowolni jednak inflację i ustabilizuje kurs liry, ale wpłynie też na wyhamowanie wzrostu gospodarczego, co odbije się negatywnie na tureckim rynku pracy oraz potęgować będzie niezadowolenie społeczne. Mimo to na szczeblu politycznym zaczyna się utrwalać konsensus co do tego, że strategia ta jest konieczna, aby rozpocząć proces wyprowadzenia Turcji z wieloletniego kryzysu finansowego. Biorąc pod uwagę zwycięskie dla rządzących wybory parlamentarne i prezydenckie, jest to najdogodniejszy z politycznego punktu widzenia moment na podejmowanie tego typu działań. 14 czerwca w wywiadzie dla mediów prezydent Erdoğan wstępnie zaaprobował potrzebę zmiany polityki monetarnej Turcji.

osw.waw.pl

W Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski trwają ostatnie prace nad wystawą chińskiego artysty Badiucao Chiny. Opowieść prawdziwa [Tell China’s Story Well], której otwarcie jest planowane na piątek 16 czerwca 2023.

Badiucao jest chińskim artystą i dysydentem mieszkającym obecnie w Australii. Jest on znany przede wszystkim z grafik i obrazów, instalacji oraz akcji ulicznych, które koncentrują się wokół tematyki łamania praw człowieka i ograniczeń wolności słowa we współczesnych Chinach.

Pierwsza w Polsce wystawa Badiucao przedstawia opowieść o Chinach odmienną od tej, którą proponują chińskie władze, posługując się propagandowym sloganem „Tell China’s Story Well”. Opowieść przedstawiana przez artystę to kronika wciąż trwającego gwałcenia praw człowieka, manipulacji pamięcią historyczną o wydarzeniach na placu Tiananmen w 1989 roku, cenzury nałożonej na obywateli Chin podczas pandemii Covid-19, przymusowej asymilacji kulturowej Ujgurów, protestów, w których mieszkańcy Hongkongu walczyli przeciwko polityce rządu oraz niepokojących relacji między Chinami a Rosją w sprawie inwazji rosyjskiej na Ukrainie.

Chcemy wyrazić zaniepokojenie i zdumienie działaniami Ambasady Chin w Warszawie podejmowanymi wobec Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, które prowadzone są od kilku dni, a których celem jest powstrzymanie otwarcia wystawy. Wysoki rangą przedstawiciel chińskiej Ambasady odwiedził Zamek Ujazdowski, domagając się zatrzymania wystawy, a do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego napływają listy domagające się cenzorskiej ingerencji w program Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Jednocześnie strona internetowa Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski została zablokowana na terenie Chińskiej Republiki Ludowej przez władze tego państwa.

Odczytujemy wskazane powyżej działania jako akty cenzury prewencyjnej, przeciwko którym stanowczo protestujemy. Zachęcamy także wszystkich tych, dla których wolność słowa i ekspresji jest cenna do wspierania artysty i naszej instytucji przede wszystkim poprzez obecność na wernisażu, a także wszelkiego rodzaju inne działania, które pomogą zatrzymać antywolnościowe naciski.

u-jazdowski.pl

3 czerwca w Ankarze miała miejsce ceremonia zaprzysiężenia Recepa Tayyipa Erdoğana na trzecią kadencję prezydencką. W wydarzeniu wzięły udział delegacje najwyższego szczebla (szefów państw lub rządów) z krajów sąsiadujących z Turcją – Azerbejdżanu, Gruzji i Bułgarii oraz, po raz pierwszy, Armenii – a także m.in. z Węgier, Kazachstanu i Wenezueli. Był tam również obecny sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Tego samego dnia prezydent ogłosił skład nowego rządu. Tylko dwa resorty (zdrowia oraz kultury i turystyki) z siedemnastu zachowały dotychczasowych szefów. Do najważniejszych zmian należą powrót Mehmeta Şimşeka (wicepremiera w latach 2009–2015) na stanowisko ministra finansów oraz powołanie Hakana Fidana (od 2010 r. szefa wywiadu) na ministra spraw zagranicznych.

Komentarz

Nowy rząd ma charakter technokratyczny. Nominacje doświadczonych ekspertów w swoich dziedzinach, takich jak Şimşek, oraz odsunięcie ministrów znanych z antyzachodnich wypowiedzi, jak Süleyman Soylu (były szef MSW), mogą stanowić zapowiedź powrotu do bardziej konserwatywnej – i wiarygodnej dla zewnętrznych obserwatorów – polityki gospodarczej i finansowej, a także pewnego złagodzenia kursu w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Otwartą kwestią pozostaje rzeczywista swoboda działania zaprzysiężonych ministrów, gdyż turecki system polityczny jest zdominowany przez prezydenta, pełniącego również funkcję szefa rządu.

Trudno spodziewać się, aby przetasowania na stanowiskach ministerialnych, choć istotne, doprowadziły do fundamentalnych zmian w polityce i gospodarce. Większość kłopotów, z którymi mierzy się dzisiaj Ankara – zarówno w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym – ma charakter strukturalny (przykładowo w relacjach z Zachodem wynikają one z wieloletnich konfliktów i różnic w postrzeganiu interesów politycznych i bezpieczeństwa). Same roszady kadrowe, bez istotnych przewartościowań postawy Erdoğana, będą miały znikome znaczenie dla rozwiązania tych problemów – zwłaszcza biorąc pod uwagę łatwość, z jaką prezydent wymieniał dotąd szefów najważniejszych resortów.

Objęcie przez Fidana szefostwa w MSZ oznacza, że odpowiedzialność za politykę Turcji w tym obszarze przejął jeden z najbardziej zaufanych współpracowników głowy państwa. Jednocześnie człowiek ten, kierując przez ponad dekadę Narodową Agencją Wywiadowczą (MIT), i tak w istotnej mierze współkształtował politykę zagraniczną, i to w jej najbardziej newralgicznych aspektach. Pytanie o to, w jaki sposób jego nominacja wpłynie na relacje Ankary z najważniejszymi partnerami, pozostaje otwarte. Niewątpliwie jednak Fidan jest dobrze znany za granicą i – generalnie – uważany za wiarygodnego, choć ponosi też odpowiedzialność za agresywne działania tureckich służb, takie jak porwania przeciwników politycznych czy operacje służb specjalnych w Libii i Syrii.

Najważniejsze problemy stojące przed nowym ministrem spraw zagranicznych to ułożenie stosunków z USA oraz – w dużej mierze z tym powiązane – sformułowanie stanowiska Turcji wobec akcesji Szwecji do NATO. Kolejnym kontrowersyjnym tematem będzie dalsza współpraca polityczna i gospodarcza Ankary z Moskwą w kontekście rosyjskiej pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, co potencjalnie grozi Turcji sankcjami. Wydaje się jednak, że jej polityka zagraniczna może ulec istotnej korekcie jedynie w wymiarze bliskowschodnim. Fidan stanie m.in. przed wyzwaniem uregulowania relacji z Syrią. To warunek konieczny umożliwienia repatriacji syryjskich uchodźców (3,7 mln osób na terenie Turcji), która stanowiła istotny motyw kampanii. We wszystkich tych kwestiach Fidan będzie jednak przede wszystkim wykonawcą woli Erdoğana, a nie niezależnym graczem. Na stanowisku szefa MIT ma go zastąpić były główny doradca, a następnie rzecznik prasowy prezydenta – İbrahim Kalın.

Polityka gospodarcza Turcji prawdopodobnie zostanie poddana częściowej rewizji przez nowego ministra finansów. Ma to związek przede wszystkim ze złym stanem finansów państwa – skutkiem kontrowersyjnej polityki monetarnej. Polegała ona na obniżaniu stóp procentowych mimo wysokiej inflacji w celu stymulacji wzrostu gospodarczego przy jednoczesnym wspieraniu wartości liry rezerwami walutowymi. Mianowanie Şimşeka – osoby uważanej przez międzynarodowe gremia finansowe za racjonalnego i doświadczonego ekonomistę – sugeruje, że może dojść do zmiany strategii rządu w dziedzinie gospodarki, w tym do częściowego powrotu do bardziej konwencjonalnej polityki pieniężnej. Pierwszym sygnałem byłoby wymuszenie na nowym szefie Banku Centralnego (stanowisko aktualnie wakuje) podniesienia stóp procentowych, aby wyhamować presję inflacyjną. Będzie to jednak wymagało zielonego światła ze strony Erdoğana, który do tej pory odwoływał ministrów finansów i szefów Banku Centralnego za próby podważenia jego polityki niskich stóp procentowych oraz przyznania szefowi resortu finansów rzeczywistej autonomii.

osw.waw.pl

- Śledzimy, co się dzieje w Czechach. W polskich mediach, o tym się prawie nie mówi, ale tam szef banku centralnego wprost krzyczy na rząd, żeby się nie zadłużał, bo to utrudni zejście inflacji do celu. U nas w najbliższych kwartałach wygenerujemy blisko 2-proc. impuls fiskalny prosto w portfele Polaków, co w najbliższym czasie wpłynie pośrednio na procesy cenotwórcze - mówi w rozmowie z money.pl pracownik Ministerstwa Finansów, który chce zachować anonimowość.

- Oby tylko nasi rodacy wzmocnili nimi swoje oszczędności, a nie poszli od razu je wydać na rynek - podkreśla.

Co więcej, jak przekonuje, w resorcie potworzyły się tajne grupki, które pracują nad kolejnymi programami wyborczymi PiS-u. - Powoli to zbieramy w całość i liczymy, ale niewiele osób ma do tego dostęp - dodaje. Według niego jednak, jak na ironię, w najbardziej newralgicznym momencie główna wyborcza broń rządu jakby się zacięła.

Od kilku osób z resortu słyszymy, że coś zgrzyta w polityce socjalnej rządu. Polacy przestali bardzo entuzjastycznie podchodzić do prostych transferów socjalnych - zauważają nasi rozmówcy. Tym samym władza straciła ich zdaniem swój główny atut, a MF może na tym paradoksalnie zyskać.

- Tego jeszcze nie było. Strzelba PiS się popsuła. Nie da się bez końca sypać pieniędzy. Wszyscy widzą, że to błędne koło - mówi nam inny wysoko postawiony urzędnik resortu z wieloletnim stażem.

- Proszę spojrzeć. Ostatnie dane o inflacji są przełomowe i pozytywne. W końcu spadła inflacja bazowa. Mamy jasny dowód dezinflacyjny, co, łącznie ze spadkiem cen żywności na światowych rynkach czy danymi PMI, tworzy nam pozytywny obraz. Jednak inflacja superbazowa bez cen administrowanych wyliczana na wzór amerykańskiego banku centralnego, która pokazuje czystszy obraz siły popytowej, wcale nie jest skora do aż takich spadków - wylicza nasz rozmówca.

(...)

- Moim zdaniem ludzie zauważyli, że puste dosypywanie pieniędzy kończy się tym, że i tak muszą więcej zapłacić w sklepie lub za wszelkiego rodzaju usługi. Do tego dochodzi jeszcze argument góry (władz MF - przyp.red.), która kilka miesięcy temu mówiła, że pieniędzy nie ma, a teraz nagle musimy znaleźć 25 mld zł (tyle ma kosztować 800 plus - przyp.red.). Ludzie to wszystko widzą. Ciekawe, ile jeszcze razy do października będziemy musieli połknąć swój własny język - zastanawia się nasz informator, mając na myśli październikowe wybory parlamentarne.

Kolejna osoba, z którą rozmawiamy, również wspomina o grupach pracowników MF oddelegowanych do konkretnej pracy wyborczej. Ona także słyszała o utyskiwaniach politycznych, że 800 plus i prawdopodobnie kolejne transfery nie będą już tak atrakcyjne dla dużych grup elektoratu (choć dla tych najgorzej uposażonych wciąż jest to ważna karta przetargowa w wyborach).

- Dla nas to jednak bardzo dobra wiadomość. W MF jest mnóstwo osób, które pamiętają fantastyczną pracę merytoryczną nad reformami strukturalnymi, które rzeczywiście coś w życiu społeczno-ekonomicznym naprawiały, a nie jedynie konieczność rezerwowania kolejnych miliardów na kolejne dopłaty. Oczywiście, rozumiem, że rząd nie miał wyjścia przy takiej kumulacji kryzysów, ale jak na to patrzę z perspektywy lat, to inne resorty mają dużą lekcję do odrobienia - wyjaśnia.

O co chodzi naszemu informatorowi? W jego opinii w przestrzeni publicznej przebija się coraz bardziej postulat poprawy usług publicznych i walki z drożyzną, a nie pomysłów typu 800 plus.

- Co z tego, że, jak to mówią zwykli ludzie, "władza da do ręki kolejne pieniądze", skoro tyle jest do zrobienia wokół. Widzę to nie z perspektywy klienta usług publicznych, tylko osoby, która obserwuje, co przychodzi do resortu w formie propozycji ustawowych z innych gmachów. Cyfryzacja administracji idzie dobrze, nieco rusza się mieszkaniówka, przebudził się MON, ale reszta ministerstw śpi. Działają wtedy, kiedy dostają polecenie polityczne pod konkretne zamówienie - ocenia inny pracownik MF.

- Jeśli mogę sobie pozwolić na ocenę polityczną tego wszystkiego, to emocje ludzi zaczynają najwyraźniej wędrować właśnie w kierunku realnej zmiany funkcjonowania naszej przestrzeni publicznej, a nie w stronę: dajcie nam więcej pieniędzy, to na was zagłosujemy. Tak mi się zdaje, szczególnie że i tak spora większość uważa, że inflacja zabrała im jeszcze więcej pieniędzy, więc każdy transfer niejako im się należy i nie jest premiowany politycznie - podsumowuje.

money.pl