czwartek, 1 czerwca 2023


Prezydent Francji Emmanuel Macron, występując w środę na konferencji Globsec w Bratysławie — oświadczył, że wojna w Ukrainie jest daleka od zakończenia, ale Rosja nie podbije tego kraju. Jego zdaniem Rosja nie może dyktować porozumienia pokojowego.

Francuski prezydent opowiedział się za wsparciem Ukrainy w jej spodziewanej ofensywie przeciwko wojskom rosyjskim. "Rosja zrobiła wszystko, co możliwe, aby obalić istniejącą architekturę bezpieczeństwa. To, co rok temu nazywano operacją specjalną, jest geopolityczną porażką" – ocenił Macron. Podkreślił, że Zachód nie może być naiwny, jeśli chodzi o Rosję.

"Musimy dać i zapewnić Ukrainie gwarancje bezpieczeństwa"- uznał i stwierdził, że powinny być one "bardziej ambitne" niż dotąd. Zdaniem francuskiego prezydenta ta kwestia będzie dyskutowana do samego szczytu Sojuszu Północnoatlantyckiego w lipcu w Wilnie.

Prezydent Francji zadeklarował również, że europejskie spojrzenie na geografię się nie zmienia. "Rosja pozostanie Rosją, z tymi samymi granicami" - powiedział i dodał, że trzeba zbudować przestrzeń, która "pozwoli nam żyć razem w najbardziej pokojowy sposób, bez naiwności, z Rosją jutra". Jak dodał, wschodnia flanka NATO jest obecnie "za bardzo dozbrojona", co — jego zdaniem — może w przyszłości prowadzić do eskalacji napięć z Rosją.

PAP

19 maja – po czteroletniej przerwie – wznowiono połączenia lotnicze pomiędzy Gruzją a Rosją. Spotkało się to z krytyką ze strony Zachodu i protestami społecznymi w kraju. Przywrócenie bezpośredniej komunikacji lotniczej stanowi kolejny krok normalizujący relacje obydwu państw, które formalnie nadal nie utrzymują stosunków dyplomatycznych. To też następny na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy ostentacyjnie prorosyjski gest w wykonaniu Tbilisi, pozostający w kontrze wobec polityki UE i USA. Według deklaracji władz nadrzędnym celem Gruzji jest przy tym wciąż akcesja do struktur euroatlantyckich, w pierwszej kolejności do UE. Unia ma rozstrzygnąć, czy przyznać jej status kandydata, do końca tego roku. Jej decyzja prawdopodobnie będzie pozytywna – choć ewentualnie obwarowana zastrzeżeniami – więc niewykluczone, że władze w Tbilisi postanowiły w imię doraźnych zysków ignorować krytykę swoich działań, chcąc czerpać korzyści ze współpracy zarówno z Zachodem, jak i z Rosją. Mniej prawdopodobne, że stosują prozachodnią retorykę, lecz jednocześnie de facto zrezygnowały z dążeń do uzyskania członkostwa w UE i już dokonały strategicznego zwrotu w polityce zagranicznej bądź są na to gotowe. Ostatecznym probierzem ich intencji oraz – na tym etapie – warunkiem zachowania perspektyw akcesji będzie uczciwe przeprowadzenie wyborów parlamentarnych jesienią 2024 r.

Gruzja zerwała stosunki dyplomatyczne z Rosją po wojnie w 2008 r. i uznaniu przez Moskwę niepodległości Abchazji i Osetii Południowej. Dwa lata później oba kraje wznowiły jednak bezpośrednią komunikację lotniczą, a w 2012 r. Tbilisi zwolniło Rosjan z obowiązku wizowego. Ponowne wstrzymanie lotów nastąpiło po wydarzeniach z czerwca 2019 r. (zob. Antyrosyjskie protesty w Gruzji). W bieżącym roku władze, w tym premier Irakli Garibaszwili, kilkakrotnie sugerowały możliwość przywrócenia połączeń, testując reakcję społeczeństwa i stolic zachodnich. 10 maja prezydent Władimir Putin podpisał dekret znoszący obowiązek wizowy dla podróżujących do Rosji Gruzinów. Jednocześnie Moskwa wycofała zalecenie dla swoich obywateli, aby powstrzymali się przed podróżami do Gruzji. Zniosła w ten sposób formalne przeszkody do wznowienia ruchu lotniczego. Do pierwszego lotu doszło już 19 maja, co świadczy o tym, że obie strony były gotowe do współpracy. Zgodę na utrzymywanie połączeń uzyskały rosyjskie linie Azimuth oraz gruzińskie Georgian Airways (od czerwca dołączy do nich rosyjski przewoźnik Red Wings).

Decyzja Tbilisi wywołała krytykę ze strony USA i UE (choć na razie na niskim szczeblu, m.in. rzecznika Departamentu Stanu). Negatywne stanowisko względem niej zajęła także prezydent Gruzji Salome Zurabiszwili, która zapowiedziała bojkot Georgian Airways. W odpowiedzi linie ogłosiły, że nie wpuszczą jej na pokład. Pogłębiło to rozdźwięk pomiędzy głową państwa a rządzącym Gruzińskim Marzeniem, z którego poparciem została wybrana w 2018 r. – obecnie można już mówić o jej otwartym konflikcie z rządem i większością parlamentarną. 19 maja i w dniach kolejnych w Tbilisi miały miejsce kilkutysięczne protesty przeciwko zbliżeniu z Moskwą. Do demonstracji doszło też w Kwareli na wschodzie kraju, gdzie w uroczystości weselnej jako gość miała wziąć udział córka szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa (ostatecznie w wyniku protestów opuściła kraj). Policja zatrzymała na krótko kilkanaście osób, m.in. liderkę opozycyjnego ruchu Droa Elene Chosztarię.

Według gruzińskich władz decyzja o wznowieniu lotów podyktowana była względami biznesowymi i humanitarnymi (mają ułatwić podróże kilkusettysięcznej diasporze gruzińskiej zamieszkującej w Rosji). Tbilisi twierdzi, że nie dopuści do obsługi połączeń linii, na które nałożono zachodnie sankcje, co wskazuje, że – podobnie jak np. kraje Globalnego Południa – kieruje się ono zasadą „co nie jest zabronione, jest dozwolone”.

Zgoda na loty to jednak kolejny w ciągu ostatnich miesięcy prorosyjski krok Tbilisi. Nieprzyłączenie się do restrykcji, niezamknięcie nieba dla tamtejszych samolotów czy wzrost wymiany handlowej ułatwiają Rosji funkcjonowanie w warunkach obostrzeń wprowadzonych przez Zachód i jego sojuszników (zapewniają też Moskwie – obok wymiernych korzyści – symboliczne przełamywanie izolacji). Jako jeden z przykładów takiego działania można podać uruchomienie w kwietniu promowego połączenia cargo pomiędzy Batumi a Noworosyjskiem (po nagłośnieniu sprawy przez media gruzińska Agencja Transportu Morskiego oświadczyła, że połączenie jest nieregularne i ma charakter komercyjny). W efekcie wysoko postawieni rosyjscy politycy, w tym Ławrow, już kilkakrotnie określili Gruzję mianem kraju przyjaznego, co – jeśli weźmiemy pod uwagę konfrontację między Moskwą a Zachodem w kontekście inwazji na Ukrainę – może niepokoić ze względu na euroatlantyckie aspiracje Tbilisi. Jednocześnie przedstawiciele władz Gruzji wielokrotnie dystansowali się od Zachodu w wymiarze kulturowo-obyczajowym, podkreślając swe przywiązanie do tradycyjnych, konserwatywnych wartości.

Na tym tle postawa gruzińskiego społeczeństwa wydaje się wręcz przeciwstawna, przynajmniej na poziomie deklaratywnym. Ogromna jego większość chce wstąpienia do UE. Według badań International Republican Institute z marca 2023 r. akcesję popierało 89% ankietowanych, w tym 75% w pełni, a 14% częściowo (za wejściem do NATO opowiadało się w sumie 79% respondentów). Rosję jako kraj zagrażający Gruzji pod względem politycznym wymieniło 87% badanych, a pod względem ekonomicznym – 76%. Równie wysoki odsetek ankietowanych – 79% – sprzeciwiał się ruchowi bezwizowemu z Rosją oraz możliwości otwierania przez Rosjan firm w Gruzji.

Dychotomia „prorosyjski rząd kontra prozachodnie społeczeństwo” to jednak uproszczenie. Z jednej strony uzyskanie statusu kandydata do UE oraz integracja z NATO wciąż pozostają celami głoszonymi przez gruzińskie władze. Z drugiej – ponad połowa respondentów nadal w mniejszym lub większym stopniu popiera prowadzenie dialogu z Rosją. Wynika to ze strachu przed nią – konsekwencji traumy związanej z utratą kontroli nad Abchazją i Osetią Południową oraz wojny z 2008 r. – ale także z poczucia wspólnoty kulturowej, niezależnego od świadomości zagrożenia egzystencjalnego ze strony Kremla. Chodzi tu przede wszystkim o przynależność do wspólnego prawosławnego kręgu cywilizacyjnego i – mimo silnej okcydentalizacji gruzińskich elit – konserwatyzm większości społeczeństwa. Największym autorytetem w kraju pozostaje patriarcha Eliasz II (cieszy się sympatią 91% obywateli), zaś Gruziński Kościół Prawosławny, blisko związany z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym, ustępuje w rankingu zaufania do instytucji jedynie armii. Władze umiejętnie grają na tych uczuciach, m.in. tłumacząc nieprzyłączanie się do sankcji chęcią uniknięcia kolejnej wojny. Według tej narracji Zachód rzekomo namawia Gruzję do otwarcia drugiego frontu.

Na szczycie Rady Europejskiej w dniach 23–24 czerwca 2022 r. Gruzja uzyskała tzw. perspektywę europejską, natomiast Ukraina i Mołdawia – status kandydatów do UE (wszystkie trzy kraje złożyły wnioski o członkostwo w tym samym czasie). Przyznanie go Tbilisi Unia uzależniła od osiągnięcia postępu w 12 obszarach. Raport na ten temat ma zostać opublikowany w październiku, a decyzja ma zapaść do końca tego roku. W połowie maja koalicja gruzińskich organizacji pozarządowych, w większości krytycznych wobec władz, opublikowała własny raport, z którego wynika, że unijne rekomendacje zostały wypełnione jedynie w trzech dziedzinach (związanych z wykonywaniem wyroków Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, równością płci i walką z przemocą wobec kobiet oraz walką z przestępczością zorganizowaną). W pozostałych dziewięciu wytyczne Komisji Europejskiej miałyby być wypełnione częściowo bądź w ogóle.

Niezależnie od rzeczywistego postępu – w niektórych obszarach (np. zapewnienie współpracy sił politycznych i depolaryzacja polityczna) może on być oceniony uznaniowo – ze strony UE dochodzą sygnały, że Bruksela jest gotowa przyznać Gruzji status warunkowo, z możliwością przyszłego cofnięcia tej decyzji. Należy przypuszczać, że tak się jednak nie stanie w przypadku rażących naruszeń praw człowieka czy przyjętych zobowiązań. Wszystko wskazuje na to, że „czerwoną linią” stałoby się dla UE uchwalenie w marcu br. analogicznej do rosyjskiej ustawy o agentach zagranicznych (zob. Gruzja: ostry kryzys polityczny wokół zmian w ustawodawstwie; pod wpływem protestów ulicznych oraz bardzo ostrej reakcji Brukseli i Waszyngtonu Tbilisi wycofało się wówczas z kontrowersyjnych projektów). Przyznania statusu kandydata najpewniej odmówiono by także w przypadku śmierci w więzieniu byłego prezydenta Micheila Saakaszwilego (zob. Wielki (nie)obecny. W co grają Saakaszwili i gruzińska opozycja). Jak się wydaje, gotowość do nadania takiego statusu niejako „awansem” ma zachęcić władze do rzeczywistych reform, w tym do uczciwego przeprowadzenia wyborów parlamentarnych jesienią 2024 r., wzmocnić gruzińskie społeczeństwo obywatelskie oraz dyskontować korzystny dla Gruzji (i Mołdawii) klimat polityczny wynikający z napaści Rosji na Ukrainę.

Tbilisi kieruje się zapewne w polityce zagranicznej cynicznym życzeniem „zjeść ciastko i mieć ciastko”. Sygnały z Brukseli o gotowości do przyznania Gruzji statusu kandydackiego mimo niezrealizowania wszystkich rekomendacji (przy czym chodzi tu bardziej o niewypełnienie ich „ducha” niż „litery”) niezależnie od zrozumiałych intencji UE wzmacniają jedynie ekipę rządzącego Gruzińskiego Marzenia w jej przekonaniu, że może sobie pozwolić na ignorowanie płynących z zachodnich stolic ostrzeżeń i wyrazów zaniepokojenia. Te Tbilisi albo przemilcza, albo – zapewne aby zapewnić sobie przychylność konserwatywnych wyborców – publicznie krytykuje jako ingerencję w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa. W tej sytuacji nie należy oczekiwać dalszych realnych, a nie tylko formalnych wysiłków Gruzji na rzecz przystąpienia do UE. Jeśli status kandydata nie zostanie jej przyznany, władze najprawdopodobniej obciążą winą Brukselę, twierdząc, że odrzuca ona trzymający się swoich wartości i zasad kraj (premier Garibaszwili jeszcze w grudniu 2022 r. zapewniał, że Gruzja wypełniła już wszystkie rekomendacje).

Mniej prawdopodobne, choć nie niemożliwe jest, że zachowując prozachodnią retorykę, rządzący de facto zrezygnowali z dążenia do członkostwa w UE i zamierzają przeprowadzić strategiczny zwrot w kierunku Rosji. Na drodze do niego stanęłoby przede wszystkim gruzińskie społeczeństwo, które – jak pokazały proeuropejskie demonstracje w czerwcu 2022 i marcu 2023 r. – jest zdeterminowane, żeby bronić kursu na integrację państwa z UE. Ostatecznym sprawdzianem intencji Tbilisi będzie sposób przygotowania kolejnych wyborów parlamentarnych, zaplanowanych na jesień 2024 r. Elekcja ta pokaże też, czy na obecnym etapie Gruzja zachowa szanse na akcesję.

osw.waw.pl

wtorek, 30 maja 2023


W nocy tuż przed wybuchem wojny piloci 31 Bazy Lotnictwa Taktycznego trzymali dyżur bojowy.

Tak. Z tego co wiem, było dość spokojnie, w ciągu dnia nie było ani jednego wylotu na sygnał alpha scramble. Wszystko zaczęło się o czwartej nad ranem. Wiem, że chłopaki najpierw odebrali telefon z informacją, że się dzieje, włączyli jakieś kanały informacyjne, a chwilę potem zawył alarm. I się zaczęło. Od tego momentu nasze samoloty nie stygły, byliśmy non stop w powietrzu.


Żeby obserwować to, co dzieje się za wschodnią granicą?

Nie o to chodzi. Jeśli chcesz bronić przestrzeni powietrznej, masz dwie opcje – albo trzymasz samoloty na ziemi i stratujesz w trybie alarmowym, albo trzymasz samoloty w powietrzu i jesteś ciągle na miejscu. Wszystko zależy od tego, co robi przeciwnik, jakie jest natężenie jego działań, jak szacujesz prawdopodobieństwo tego, że coś się wydarzy. Kiedy masz samoloty na ziemi, czas reakcji wynosi kilkanaście minut, do tego trzeba dodać kilkanaście minut na dolot do wschodniej granicy. No i trzeba pamiętać, że my wykonujemy rozkazy. Za naszymi działaniami jest cały łańcuch dowodzenia. Podejmowanie decyzji trwa. Jak samoloty są w powietrzu, sytuacja jest korzystniejsza. Dodatkowa korzyść jest taka, że przeciwnik widzi…

Że się nie boimy?

Też. Siły zbrojne mają dwa zasadnicze zadania: walki zbrojnej i odstraszania. I my wraz z całym NATO w pierwszej fazie wojny byliśmy skupieni na odstraszaniu. To jest taka sytuacja jak wtedy, gdy złodziej widzi, że dom jest chroniony alarmami. Jeśli jest rozsądny, to nie będzie próbował się do niego włamać. I o to chodziło, by być w powietrzu i pokazać, że nie ma z nami żartów. Ale to nie wszystko. Jeśli my jesteśmy w powietrzu, oni też są, jeśli my zużywamy paliwo i resurs sprzętu, oni też. I wiesz, co jest najlepsze? Że gdy nam skończy się paliwo i będziemy musieli wracać, zmienią nas Niemcy, Francuzi, Amerykanie. A ich? Nie stoi za nimi nikt. Zużywają się im części, zużywa się im paliwo, zużywają się inne tego typu zasoby. Ich piloci nie mogą się szkolić, bo mają zwiększone obciążenie operacyjne. I tak ma być.

Ale dla nas to też musiało być wyzwanie…

Najważniejsze były ograniczone zasoby ludzkie. Wszystko trzeba było bardzo mądrze poukładać, żeby nie zamęczyć ludzi. Jesteśmy szkoleni do walki w powietrzu, więc byłoby kuriozalne, gdybyśmy stracili samolot i człowieka tylko dlatego, że pilot był zmęczony, bo nie miał go kto zmienić.

Opowiedz o tym, jak to wszystko układaliście, jak wyglądała sytuacja w bazie w pierwszych dniach wojny.

Wciąż spływały do nas dane rozpoznawcze, bez przerwy analizowaliśmy to, co się dzieje w Ukrainie. Dla mnie kluczowa była sobota, ta pierwsza po wybuchu wojny. Pamiętam, że dotarło do mnie z całą mocą, jakie błędy popełnia strona rosyjska. Nie będę wdawał się w szczegóły, ale powiem tyle: zobaczyłem, że Rosjanie nie są w stanie prowadzić konwencjonalnego konfliktu zbrojnego na taką skalę, jak się spodziewałem. Przyznaję, że wtedy odetchnąłem. Wracając tego dnia z bazy, pojechałem do sklepu. Czułem się, jakbym opuszczał jakąś grę komputerową.

(...)

polska-zbrojna.pl

Nocą 28 maja Rosjanie przeprowadzili zmasowany (w ocenie Kijowa największy z dotychczasowych) atak z wykorzystaniem dronów kamikadze Shahed-136/131. Według Sztabu Generalnego z wystrzelonych przez agresora 59 bezzałogowców do celu miał dotrzeć tylko jeden (wcześniej Dowództwo Sił Powietrznych informowało o strąceniu 52 z 54). Zneutralizowanie wszystkich atakujących dronów (ponad 40) deklarowała administracja wojskowa Kijowa, niemniej w trzech rejonach miasta miało dojść do zniszczeń od spadających odłamków, zginęła jedna osoba, a dwie zostały ranne. W rezultacie uderzenia w stolicy miały miejsce wstrząsy charakterystyczne dla trzęsienia ziemi, które mer Witalij Kliczko tłumaczył przesuwaniem na front nowej, potężnej broni. Poza Kijowem celem rosyjskich dronów był Żytomierz.

Do ponownego ataku doszło nocą 29 maja. Według Dowództwa Sił Powietrznych Ukrainy obrońcy strącili 37 z 40 użytych przez agresora pocisków manewrujących Ch-101/Ch-555 oraz 29 z 35 dronów kamikadze Shahed-136/131. Tak jak poprzednio głównym celem był Kijów, którego obrona powietrzna miała unieszkodliwić wszystkie rakiety i drony (łącznie ponad 40 obiektów). W wyniku upadku odłamków miało dojść do zniszczeń budynków i infrastruktury w kilku rejonach miasta oraz w jego okolicach (m.in. w Browarach). Najpoważniejsze zniszczenia zanotowano w obwodzie chmielnickim, gdzie lokalna administracja oznajmiła o trafieniu kilku obiektów, w tym wojskowego (składy materiałów pędnych i smarów) oraz niesprecyzowanego mienia wojskowego. W Odessie odłamki drona miały uszkodzić port. O szkodach w wyniku upadku odłamków donoszono również z rejonu złoczowskiego w obwodzie lwowskim oraz z obwodu kirowohradzkiego, gdzie miało dojść do zniszczenia infrastruktury kolejowej.

Około południa czasu kijowskiego 29 maja pojawiły się informacje o kolejnej fali ataku. Do wybuchów i upadku odłamków miało dojść w dwóch rejonach Kijowa. Ze względu na stosunkowo krótki czas od ogłoszenia alarmu do rozpoczęcia uderzenia rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych pułkownik Jurij Ihnat nie wykluczył, że agresor wykorzystał w nim pociski balistyczne Iskander-M lub rakiety z systemów S-300/S-400.

Najeźdźcy kontynuowali też ataki z wykorzystaniem rakiet i dronów w strefie przyfrontowej. Celami były Kramatorsk (rosyjskie rakiety, w tym prawdopodobnie pociski Iskander, spadały na miasto dwukrotnie), Łypci w obwodzie charkowskim i Olhiwśke w obwodzie zaporoskim. Do czworga zabitych i 32 rannych wzrosła liczba ofiar uderzenia na placówkę medyczną w Dnieprze, do którego doszło w trakcie ataków rakietowych na to miasto 26 maja. Artyleria i lotnictwo wciąż ostrzeliwują i bombardują tereny wzdłuż linii styczności i przy granicy. Poza rejonami walk głównymi celami na bliskim zapleczu obrońców pozostają Chersoń, Nikopol i Oczaków.

Armia ukraińska zintensyfikowała ostrzał zaplecza sił wroga. Praktycznie codziennie dochodziło do ataków na Berdiańsk, Mariupol (według lokalnych władz ukraińskich agresor wywoził z miasta zabitych i rannych) oraz Melitopol. Według ministra Ołeksija Reznikowa otrzymane z Wielkiej Brytanii pociski manewrujące Storm Shadow mają się wykazywać stuprocentową skutecznością. Strona rosyjska donosi z kolei, że drony przeciwnika po raz kolejny atakowały elektrociepłownię w Biełgorodzie i rafinerię w Kraju Krasnodarskim. Celem dywersji miał być także obiekt infrastruktury przesyłowej w obwodzie pskowskim. Nie ma jakichkolwiek informacji o skutkach tych uderzeń.

W rejonach walk doszło do dalszego spadku aktywności obu stron. Ukraiński Sztab Generalny szacował liczbę wrogich ataków na 20 na dobę, przy czym ponad połowa z nich (27 maja – 14, 28 maja – 12) przypadła na Marjinkę i jej okolice. W rejonie Bachmutu do starć dochodziło sporadycznie, a Rosjanie każdej doby atakowali pozycje przeciwnika w innym miejscu – w rejonie sąsiadujących z miastem Chromowego i Iwaniwśkego, leżącej na północny zachód od Bachmutu Orichowo-Wasyliwki (według części źródeł obrońcy mieli tam zająć fragment tzw. ziemi niczyjej) oraz Predteczynego na wschodnich obrzeżach Konstantynówki (co potwierdza, że agresor utrzymał pozycje po zachodniej stronie kanału Doniec–Donbas). Według wiceminister obrony Hanny Malar obrońcy wstrzymali przesuwanie się w rejonie Bachmutu w celu realizacji innych zadań. Siły najeźdźcze miały nieznacznie poszerzyć kontrolowany przez siebie obszar w okolicach Masiutiwki na północny wschód od Kupiańska. W weekend doszło natomiast do wstrzymania aktywnych działań na pograniczu obwodów ługańskiego i donieckiego, a 28 maja – także w rejonie Awdijiwki, gdzie najprawdopodobniej trwa rotacja jednostek.

osw.waw.pl

poniedziałek, 29 maja 2023


Czym jest "Projekt K"?

Pomysł, żeby wysłać skazanych na front, nie należy do Prigożyna. Od początku był to kremlowski projekt, który kontrolowało FSB, a aprobował osobiście Putin.

Wszystko zaczęło się jeszcze w pierwszych miesiącach wojny. Wewnętrzna analiza FSB pokazała, że nawet 30 proc. składu oficerskiego regularnej armii uchyla się od wykonywania zadań bojowych.

Oczywiście w rosyjskich strukturach siłowych istnieją specjalne jednostki, zdolne do prowadzenia czystek i zabijania cywilów, ale większość zwykłych wojskowych nie chciała brać na siebie tej odpowiedzialności. Z kolei przymuszanie albo wewnętrzne represje mogłyby doprowadzić do buntu.

Reżimowi byli potrzebni ludzie od najczarniejszej roboty. Tacy, którzy nie będą grzeszyć intelektem i moralnością, a w dodatku nie upomną się o swoje prawa. Kryminaliści nadawali się do tej roli idealnie.

Pierwszych skazanych zrekrutowano w petersburskich koloniach karnych. W FSB szybko pojęli, że to niewyczerpalne źródło mięsa armatniego. Skazanych można wykorzystać jako żywe tarcze, wysłać do ataku, który już z założenia będzie samobójczy. Wreszcie można wykrwawić nimi Ukraińców, a przy tym nie ponosić żadnego ryzyka, że gigantyczne straty wpłyną na morale w wojsku.

Tak powstał "Projekt K".

(...)

Jak doszło do tego, że to Prigożyn stał się twarzą "Projektu K"?

Kreml od początku nie chciał mieć oficjalnych powiązań z "Projektem K". Dlatego potrzebny był ktoś z bliskiego kręgu. Ktoś, kto zapewni organizację, masowość i finansowanie.

Prigożyn ma odsiadkę na koncie, co uwiarygodniało go w oczach skazanych. Oprócz tego jest właścicielem dziesiątek firm, z których pomocą można wyprowadzać miliardy z państwowego budżetu na opłacanie najemników, a jednocześnie uniknąć oskarżeń o finansowanie terroryzmu.

Według naszych informacji firmy związane z Prigożynem masowo zawierały kontrakty ze spółkami skarbu państwa i lokalnymi władzami. W cenach świadczonych usług uwzględniano 25-30 procent "marży", którą przeznaczano na finansowanie Grupy Wagnera. W ten sposób Prigożyn wyciągnął z budżetu około 20 mld rubli.

Ministerstwo obrony Rosji udostępniło Prigożynowi wojskowy helikopter, a FSB otworzyło mu drzwi do wszystkich zakładów karnych. Napisali mu nawet przemówienie. Stawał na środku więziennego dziedzińca i opowiadał:

"Patrzcie na mnie! Kiedyś siedziałem jak wy, a teraz noszę na kurtce odznaczenie - gwiazdę Bohatera Rosji. Mam szacunek i pieniądze".

Chyba nie musiał ich szczególnie namawiać, skoro według pańskich informacji na front wyjechało około 40 tys. kryminalistów.

Kiedy mieliśmy już pewność, że "Projekt K" rzeczywiście działa, przeżyłem załamanie. Od kilkunastu lat walczę o prawa skazanych. Wiele poświęciłem w imię tego celu. A tu okazuje się, że oni z własnej woli biorą broń do rąk i jadą zabijać Ukraińców. To był dla mnie olbrzymi cios. Miałem ochotę zakończyć działalność.

Dlaczego pan tego nie zrobił?

Bo dowiedziałem się, że ok. 80 proc. osadzonych nie chce jechać na front.

To dlatego, że walka po stronie Putina nie mieści się w "kodeksie" rosyjskich kryminalistów?

Według więziennych pojęć przejście na stronę służb to niedopuszczalna, niewyobrażalna wręcz, zdrada. Dlatego wszystkich "worów w zakonie", czyli liderów przestępczego świata, którzy twardo rządzą w więzieniach, odwiedziło FSB.

Wyraźnie im wytłumaczyli, że jeśli będą podburzać skazanych lub przeszkadzać w rekrutacji, trafią do katowni. W praktyce oznacza to, że zostaną zgwałceni, a nagranie gwałtu upublicznione. To automatycznie spowoduje spadek do "kasty uniżonych", czyli do najniższej w więziennej hierarchii.

Wory w zakonie pomagali w rekrutacji więźniów na front?

W każdym razie w tym nie przeszkadzali, a to już dużo.

Służby więzienne aktywnie zajmowały się "agitacją". Stawały na głowie, żeby stworzyć w zakładach karnych jeszcze bardziej nieludzkie warunki - tortury, gwałty, poniżenia, katorżnicza praca, masowa odmowa warunkowych zwolnień, a nawet morzenie głodem.

W końcu masz poczucie, że nie wyjdziesz z więzienia żywy. A wtedy staje przy tobie strażnik i mówi: "I tak wylądujesz na froncie. Różnica jest taka, że teraz proponują ci pieniądze. Potem pojedziesz za darmo".

FSB i FSW [federalna służba więzienna – red.] zrobiły wszystko, żeby zakłady karne stały się magazynem mięsa armatniego dla ministerstwa obrony i Grupy Wagnera.

Tłumaczy pan wagnerowców?

Wagnerowcy masowo zabijali cywilów i jeńców, dobijali rannych. To są zbrodnie przeciwko ludzkości, których nic nie jest w stanie wytłumaczyć. Grupa Wagnera jest terrorystyczną organizacją.

To absolutne zło. I część skazanych świadomie zgadzała się jechać na front. Jednych kusiły pieniądze, drudzy mieli dosyć gułagu. Jeszcze inni byli mordercami i chcieli zabijać.

Ale mam też świadomość, że część tych ludzi jest ofiarami systemu przemocy. Znam osoby, które były w więzieniu brutalnie zgwałcone i torturowane. Pół roku później same stawały się oprawcami. Gwałciły innych więźniów.

Ten system odczłowieczenia został w pełni przeniesiony do Grupy Warnera. Trafiasz tam jako ofiara, podczłowiek, którego mogą rozstrzelać za najmniejsze wykroczenia, ale z czasem sam stajesz się katem.

Uważam, że kiedyś "Projekt K" będą badać naukowcy jako fenomen czy eksperyment, w którym człowiek tracił moralny kompas, dochodził do maksymalnego zezwierzęcenia.

W jaki sposób odbywa się ta przemiana - dla mnie jest to największa tajemnica. Kiedy przesłuchiwałem byłych wagnerowców, nie dawałem rady. Wymiotowałem. Takich szczegółowych opisów zabójstw i przemocy nie czytałem nawet w książkach o nazistach.

Co było najbardziej wstrząsające?

Są dwie historie, które mnie powaliły. Jedną z nich opowiedział Azamat Uldarow. Zanim został zwerbowany na front, przeszedł przez piekło w Regionalnym Szpitalu Gruźliczym nr 1 (RSG-1) w Saratowie. To właśnie tam rosyjskie służby urządziły jedną z fabryk tortur.

Uldarow był gwałcony, poniżany, a kiedy trafił na front, sam stał się oprawcą. Dowódcy rozkazali jego grupie "wyzerować" zajęty w Bachmucie teren. W slangu oznacza to zabić każdego napotkanego człowieka.

Uldarow i jego grupa wchodzili do piwnic bloków mieszkalnych i otwierali ogień. Rozstrzeliwali wszystkich: ukraińskich żołnierzy, którym zabrakło amunicji, cywilów, kobiety, dzieci, starców. Potem każdego dobijali kontrolnym strzałem w głowę.

Uldarow pokazywał mi swoje dłonie i mówił: "Zobacz, tymi rękoma zabiłem dziecko. Dziewczynkę. Miała może pięć, może sześć lat. Wrzeszczała, a ja oddałem do niej kontrolny. Zastrzeliłem ją, rozumiesz?".

I to nie była pierwsza akcja "wyzerowania". Wcześniej wagnerowcy zrobili to samo w Soledarze. Rozstrzelali setki ukraińskich cywilów.

A druga historia?

To świadectwa Aleksieja Sawicziewa. Zwerbowano go w woroneskiej kolonii karnej [odbywał karę 30 lat pozbawienia wolności za zabójstwo – red.]. We wrześniu zeszłego roku został ułaskawiony i trafił na front pod Bachmutem. Dowódcy rozkazali mu dobić rannych.

Sawicziew stanął przed wielkim rowem wypełnionym ciałami. W dole "była dysząca masa", jak sam to określił. Ukraińcy i wagnerowcy. Część jeszcze żywa. Zgłosił to dowódcom, że ale usłyszał rozkaz: "Zajebać wszystkich".

I on systematycznie wrzucał do tego rowu granaty. Potem podlał ciała benzyną i podpalił.

Inne nasze źródła potwierdzają, że takich masowych grobów na wchodzie Ukrainy mogą być dziesiątki, jeśli nie setki. Wagnerowcy zdejmują z poległych i rannych nieśmiertelniki, żeby nie można było odróżnić Ukraińców od Rosjan.

Niektórych spalają w "mobilnych krematoriach", które w rzeczywistości są mobilnymi spalarniami śmieci, które wagnerowcy otrzymali od służb komunalnych. Ale te samochody ciągłe się psują, więc częściej ciała są podlewane benzyną, palone, a następnie zakopywane w rowach.

Polegli wagnerowcy trafiają na listy zaginionych, a Prigożyn nie musi wypłacać rodzinom po pięć milionów rubli "grobowych"?

Na zaginionych Prigożyn robi najlepszy interes. Według naszych informacji, za każdego zabitego Grupa Wagnera otrzymuje od firm ubezpieczeniowych 7 mln rubli. Pięć milionów przekazują rodzinom, ale dwa zostają w kieszeniach Prigożyna i całej sieci rosyjskich generałów.

Tyle że w rzeczywistości "grobowe" dostają tylko nieliczne rodziny. Grupa Wagnera ma bowiem dwa rodzaje dokumentów. Jedne do ewidencji, którą przekazuje do ministerstwa obrony i na podstawie których rozliczają się za "martwe dusze". Drugie przeznaczone dla krewnych zabitych wagnerowców.

Ta sama osoba dla ministerstwa obrony będzie martwa, a dla rodziny – zaginiona. Zamiast dwóch milionów Prigożyn, oszukując, dostaje wtedy siedem.

Przy tym straty wśród wagnerowców są kolosalne. Szacujemy, że ze zrekrutowanych 40 tys. skazanych aż 35 tys. zostało zabitych. W FSB nawet podliczyli, że zdobycie jednego metra ziemi w Bachmucie kosztowało życie jednego wagnerowca. Żeby zdobyć 100 metrów, trzeba było poświęcić stu ludzi.

Aby "zapasy" się nie wyczerpały, samoloty ministerstwa obrony codziennie dostarczają kolejne "partie" mięsa armatniego. Wojsko daje im mundury i broń. Instruktorzy z GRU i specnazu szkolą, formują małe oddziały i wysyłają na pewną śmierć. W tym czasie dowództwo nawet nie wychyla nosa z ukrycia.

Co robią z tymi, którzy jednak nie chcą walczyć?

Mogą rozstrzelać ich na miejscu, rozerwać granatem. Albo odesłać do więzienia Grupy Wagnera, z którego i tak mało kto wraca.

Mieści się ono w Pierwomajsku, w obwodzie ługańskim. Tam, w podziemiach fabryki obuwia, wagnerowcy urządzili sobie coś w rodzaju biura, skład amunicji i warsztat. Obok zbudowali cele, w których trzymają ukraińskich jeńców. To tam trafiają również "kaszyści", czyli dezerterzy albo ci, którzy nie wykonali rozkazów dowództwa.

Gwałty i najbardziej sadystyczne tortury są tam normą. Jeden wagnerowiec opowiedział nam, że w jego malutkiej celi tłoczyło się 30 osób. Nikt się nie odzywał. Na środku, na drewnianym taborecie leżała odcięta głowa. Należała do człowieka, którego kilka godzin wcześniej wyciągnięto na "przesłuchanie".

Nasz informator uważał, że miał podwójne szczęście. W więzieniu Grupy Warnera odcięto mu tylko palec. Potem Dmitrij Utkin, głównodowodzący darował mu życie. Wrócił na front, został ciężko ranny, ale przeżył.

Co się dzieje z wagnerowcami, którym udaje się wrócić do Rosji?

Rozsadzają ją od środka. Wracają odhumanizowani, nauczeni zabijać, a w dodatku z dużymi pieniędzmi. Przepuszczają je na alkohol, narkotyki i prostytutki. Urządzają bójki i porachunki z użyciem broni. Uważają się za "bohaterów świętej wojny", a w dodatku są bezkarni.

Służby nie chcą dopuścić do dyskredytacji "Projektu K" i Putina, który przecież wypuścił na wolność tych morderców i gwałcicieli. Więc lokalne prokuratury otrzymały z Moskwy rozkaz, aby przymykać oczy na przestępstwa popełniane przez wagnerowców. Powstała nawet gorąca linia, pod którą mogą się zgłosić w razie kłopotów.

Więc miejscowa ludność jest zastraszona. Prokuratorzy i sędziowie, którzy kiedyś poświęcili lata, żeby tych "bohaterów" złapać i wsadzić za kraty, są zdemoralizowani. Reżim Putina doszczętnie zniszczył pojęcie prawa i moralności. Za jego sprawą Rosja stacza się w przepaść przemocy. Staje się państwem upadłym.

A jednak pańska organizacja pomaga niektórym wagnerowcom przedostać się do Unii Europejskiej. Nie wydaje się panu, że to również jest niemoralne?

Grupa Wagnera jest organizacją terrorystyczną, a my nie pomagamy terrorystom. My przesłuchujemy wagnerowców, zbieramy informacje, ale nigdy ich nie ewakuowaliśmy z Rosji.

Ale Andriej Miedwiediew, dowódca jednego ze szturmowych plutonów Grupy Wagnera jakimś sposobem trafił do Norwegii.

Miedwiediew przekroczył granicę nielegalnie, a następnie poddał się norweskim władzom. To była jego osobista decyzja. My, jako organizacja, nie uczestniczyliśmy w tym. Był moment, kiedy jeszcze w Rosji chował się przed służbą bezpieczeństwa Grupy Wagnera i ich słynnym młotkiem.

Wtedy faktycznie kupiliśmy mu telefon komórkowy, ubrania i kompas. W zamian za to otrzymaliśmy świadectwa, które są niezwykle użyteczne dla międzynarodowego śledztwa w sprawie zbrodni wojennych.

Współpracujemy z ukraińską policją, biurem generalnego prokuratora, Międzynarodowym Trybunałem Karnym, ONZ. Potrzebujemy informacji, które mogą okazać się pomocne w śledztwie. Dlatego stosujemy żelazną zasadę: pomagamy tylko tym, którzy są gotowi złożyć zeznania. Nie jesteśmy biurem turystycznym dla wojskowych i wagnerowców.

Na początku inwazji pańska organizacja ogłosiła, że zamierza pomagać rosyjskim wojskowym, którzy nie chcą walczyć. Ilu ewakuowaliście do Europy?

Nie pomagamy wojskowym, tylko międzynarodowemu wymiarowi sprawiedliwości.

Konkretnych liczb nie mogę podać. Część z tych osób jest objęta programem ochrony świadków. Łącznie otrzymaliśmy ponad tysiąc wniosków o ewakuację. Duża część tych ludzi była ewidentnie podstawiona przez FSB. Część po prostu chciała skorzystać z okazji, żeby wyjechać z Rosji.

Dlatego, po weryfikacji, pozytywnie rozpatrzyliśmy mniej niż 10 proc. wniosków. Byli wśród nich wojskowi obciążający dowództwo za zbrodnie wojenne, a także współpracownicy FSW, którzy mieli wiedzę o obozach koncentracyjnych, które powstały w Rosji dla ukraińskich jeńców.

Wszyscy złożyli oficjalne zeznania i okazali się pomocni w śledztwach. Oprócz jednego przypadku.

Pawła Filatiewa? Spadochroniarza, któremu pan pomógł wyjechać do Francji. Stał się gwiazdą mediów, opowiadał o honorze rosyjskich żołnierzy. Tylko potem okazało się, że Filatiew, podczas okupacji obwodu kijowskiego, uczestniczył w zatrzymaniu grupy ukraińskich cywilów. Później tych ludzi rozstrzelano lub powieszono.

Filatiew nas okłamał. Naruszył wszystkie umowy. Miał przekazać dochody od swojej książki "ZOV" na rzecz Ukraińców, którzy ucierpieli od wojny, ale tego też nie zrobił. Ale przede wszystkim warunkiem jego ewakuacji było, że spotka się ze śledczymi w ambasadzie Ukrainy w Paryżu.

Ale on po prostu uciekł przed ukraińskimi śledczymi.

Umówił się ze śledczymi w kawiarni w pobliżu ambasady Ukrainy. Chciał usłyszeć, czego od niego chcą. Oni mu wytłumaczyli, że opowiada w wywiadach rzeczy, które mogą przydać się śledztwu, ale zeznania muszą być złożone według protokołu i nagrane na kamerę. Wtedy Filatiew poprosił ich o pokazanie dokumentów. Kiedy to zrobili, zerwał się z miejsca i uciekł.

Godzinę później na jego Facebooku pojawił się post pełen kłamstw.

Filatiew twierdził, że wraz z ukraińskimi śledczymi uknuliśmy spisek przeciwko niemu. Mieliśmy jakoby zwabić go do ambasady, żeby zawieźć do Ukrainy, a następnie wymienić za jeńców. Stek bzdur.

Filatiew mógł być od początku prowokacją rosyjskich służb?

Później dowiedzieliśmy się, że odwiedzał bazę Grupy Wagnera w Rosji. Spędził tam jakiś czas na rozmowach z dowódcami. Nie wykluczam, że od początku jego rolą była dyskredytacja naszej organizacji. Możliwe też, że po dwóch miesiącach współpracy, Grupa Wagnera odnalazła jego matkę i siostrę w Rosji. Mogli go szantażować i w końcu się zgodził się zostać marionetką w ich rękach. Myślę, że z czasem prawda wyjdzie na jaw.

Ale na razie prowadzi komfortowe życie we Francji, choć może być jednym z rzeźników z Buczy.

Filatiew złożył wniosek o azyl polityczny we Francji, ale z tego, co wiem, do tej pory nie otrzymał zgody. Przebywa w UE na podstawie tymczasowego zezwolenia na pobyt.

Czy zostanie oskarżony? Wiem, że zarówno ukraińskie, jak i europejskie służby, sprawdzają jego udział w egzekucjach. Na razie wiemy, że co najmniej utajnia informacje o wojennych zbrodniarzach. Zna ich nazwiska, ale nigdy nie podał je do publicznej wiadomości.

Po historii z Filatiewym wyciągnęliśmy wnioski. Wstrzymaliśmy wszystkie ewakuacje wojskowych z Rosji. Pracujemy tylko nad tymi, które były rozpoczęte wcześniej. Zaczęliśmy stosować też bardzo szczelne metody fact checkingu.

Nie utrudnia to panu współpracy z ukraińską prokuraturą?

Nie, na podstawie ostatnich zeznań Uldatowa i Sawicziewa Służba Bezpieczeństwa Ukrainy wszczęła śledztwo, a prokuratura zwróciła się do nas z prośbą o przekazanie wszystkich materiałów. Co oczywiście zrobiliśmy.

Nigdy nie spotkałem się z jakąś formą żalu albo niezadowolenia ze strony Ukrainy. Odwrotnie, zarówno Ukraina, jak i międzynarodowe instytucje, prowadzące śledztwa nad zbrodniami wojennymi, są nam wdzięczne za nasz wkład.

Przez wiele lat pracy na rzecz skazanych zdobyliśmy ogromną liczbę źródeł w rosyjskich służbach. Dzięki nim możemy weryfikować niektóre informacje i pokazywać, co naprawdę dzieje się w Rosji.

Ostatnio w swoich mediach społecznościowych pisał pan, że rosyjskie ministerstwo obrony przyśpieszyło rekrutację skazanych. Śpieszy się przed ukraińską kontrofensywą?

Tak, bardzo się tej kontrofensywy boją. Wiemy, że w ostatnim czasie w więzieniach zwerbowano około 10 tysięcy najemników. Jeśli dalej będą to robić w takim tempie, to uzbierają kolejne ok. 20 tys. skazanych.

Część z nich ma trafić do Soledaru i Bachmutu, a część na Krym. Utrata półwyspu jest największym koszmarem Putina. Więc ministerstwo obrony chce na podejściu do półwyspu stworzyć Bachmut w wersji 2.0.

Innymi słowy, chcą wybrać jedną miejscowość, której kosztem skazanych będą bronili do upadłego. Według naszego źródła sztab generalny rozważał miasto Tokmak, w obwodzie zaporoskim.

A Grupa Wagnera? Prigożyn ogłosił, że przekazują Bachmut w ręce wojska, a sami się wycofują.

Nie wykluczam, że to koniec działalności Grupy Wagnera na ukraińskim froncie. Prigożyn stracił "Projekt K". Według naszych źródeł już nie otrzymuje nowych najemników. Odeszło od niego około 30 najważniejszych współpracowników, którzy tworzyli trzon grupy.

Miejsce Grupy Wagnera zajmą teraz mniejsze firmy typu "Północ-Z", tworzone przez kolejnych putinowskich oligarchów pokroju Konstantina Małofiejewa.

Co to zmieni?

Da ministerstwu obrony możliwość kontroli. Małe formacje najemników będzie łatwiej kontrolować niż jedną dużą formację. Ale cel się nie zmieni. Te nowe firmy są "projektowane" na wzór Grupy Wagnera. Mają taki sam system przemocy, zdolny wydobyć z człowieka najgorsze cechy.

Mięso armatnie nadal będzie jechało na linię frontu. Tylko teraz miliardy rubli "grobowych" będą zostawać w innych kieszeniach.

wp.pl

niedziela, 28 maja 2023


Dyskusje na temat doniesień o rosyjskich stratach w Bachmucie nasyciły prowojenną przestrzeń informacyjną i zagłuszają wszelkie pozostałe pozytywne efekty informacyjne wynikające ze zdobycia miasta. Finansista Grupy Wagnera, Jewgienij Prigożyn, stwierdził podczas wywiadu z rosyjskim strategiem politycznym Konstantinem Dołgowem 23 maja, że ​​Wagner stracił 10.000 rekrutów skazańców i 10.000 pełnoetatowych zawodowych bojowników Wagnera zabitych w akcji w trakcie bitwy o Bachmut. Prigożyn wyraźnie zauważył, że Wagner zwerbował 50.000 więźniów, z których 20 procent (10.000) zginęło w walce za Bachmut. Rosyjscy blogerzy natychmiast podchwycili zgłoszone straty, odwracając w ten sposób ogólną rosyjską rozmowę od dyskusji o znaczeniu schwytania Bachmutu w kierunku wzmocnienia spekulacji dotyczących zgłoszonych strat. Nacjonalistyczna frakcja prowojenna, której przykładem są poglądy byłego rosyjskiego oficera Igora Girkina, który odniósł się do ogromnej skali zgłoszonych strat i spekulował, że rzeczywiste straty mogą być znacznie większe. Rosyjski polityk Wiktor Alksnis po prostu zauważył, że Armia Radziecka straciła znacznie mniej żołnierzy (15.051) w ciągu dziewięciu lat w Afganistanie. Girkin stwierdził, że wierzy, że rzeczywiste straty Wagnera mogą być ponad 1,5 razy wyższe niż twierdzenia Prigożyna i zwrócił uwagę, że z 50.000 rekrutów, których Wagner otrzymał z więzień, 10.000 zginęło w akcji, a 26.000 podobno otrzymało ułaskawienie i wróciło do Rosji, pozostawiając 14.000 rekrutów więziennych nieuwzględnionych. Girkin zasugerował, że duża część z tych 14.000 niewyjaśnionych rekrutów więziennych mogła również zginąć w akcji i twierdził, że Wagner prawdopodobnie przyniósł śmierć w akcji ponad 40.000 swoich bojowników.

Ogólna odpowiedź rosyjskiej przestrzeni informacyjnej na przejęcie Bachmutu skupiła się na przypisywaniu odpowiedzialności za jego przejęcie i spekulowaniu na temat związanych z tym kosztów operacji, pozbawiając w ten sposób rosyjskie Ministerstwo Obrony tlenu niezbędnego do pozytywnego sformułowania zajęcia miasta. Jak donosiło ISW 22 maja, frakcje w prowojennej przestrzeni informacyjnej natychmiast zaczęły spierać się o to, czy Wagner, a może to regularne rosyjskie jednostki i dowódcy powinni otrzymywać medale i odznaczenia za operacje w Bachmucie. Podobnie twierdzenia Prigożyna o stratach Wagnera w Bachmucie stały się wyraźnym punktem napięcia w przestrzeni informacyjnej i zdefiniowały dominujący dyskurs na temat całej rosyjskiej kampanii w Bachmucie. Przesuwając rozmowę w kierunku rzekomych strat Wagnera, Prigożynowi w dużej mierze udało się jeszcze bardziej pozbawić rosyjskie MON możliwości ogłoszenia zwycięstwa informacyjnego nad Bakhmutem, i prawdopodobnie będzie nadal definiował i prowadził rozmowy na temat Bakhmutu w przyszłości, ale kosztem podkreślania ogromnych strat jego własnych sił, które ucierpiały z powodu znikomego zysku prowadzonych operacji.

(...)

Kreml kontynuuje starania, aby przedstawiać Rosję jako posiadającą znaczące partnerstwa dyplomatyczne. Prezydent Rosji Władimir Putin przemawiał do uczestników 11 Międzynarodowego Spotkania Wysokich Przedstawicieli ds. Bezpieczeństwa w Moskwie 24 maja w celu przedstawienia szablonowej retoryki oskarżającej Zachód o generowanie globalnej niestabilności i wzywającej państwa Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej do utworzenia wielobiegunowego ładu światowego. Putin uczestniczył później w Eurazjatyckim Forum Ekonomicznym w Moskwie wraz z prezydentem Białorusi Aleksandrem Łukaszenką, prezydentem Kazachstanu Kassymem-Żomartem Tokajewem, prezydentem Kirgistanu Sadyrem Japarowem i wicepremierem Armenii Mherem Grigorjanem. Putin spotkał się także z Miloradem Dodikiem, prezydentem Republiki Serbskiej (serbskiej jednostki politycznej w Bośni i Hercegowinie), a Dodik demonstracyjnie poparł rosyjską narrację o wojnie na Ukrainie, stwierdzając, że Rosja została zmuszona do rozpoczęcia „specjalnej operacji wojskowej” i że wojna jest starciem z Zachodem. Kreml wcześniej wykorzystywał współpracę energetyczną i wojskową z Republiką Serbską do prób rozszerzenia rosyjskich wpływów na Bałkanach, chociaż wpływy rosyjskie w innym ważnym państwie-partnerze w regionie, Serbii, wydają się słabnąć. Kreml wykorzystywał wcześniejsze międzynarodowe fora i spotkania z głowami państw do przedstawiania Rosji jako silnego partnerstwa międzynarodowego i opowiadania się za utworzeniem potencjalnej koalicji antyzachodniej. Putin przede wszystkim próbował i nie udało mu się zapewnić dwustronnego partnerstwa bez ograniczeń z chińskim prezydentem Xi Jinpingiem pod koniec marca, i sprzymierzyć Chin z Rosją w przewidywanym przez Putina konflikcie geopolitycznym z Zachodem.

understandingwar.org

Akcje dywersyjne na terenie Rosji, takie jak zbrojny rajd w obwodzie biełgorodzkim nie mają potencjału, by znaleźć w Rosji aktywne poparcie; Rosjanie pozostają bierni, choć znów zobaczyli, że państwo ich nie broni – powiedział ekspert Iwan Preobrażeński.

– Rosjanie nie są gotowi poprzeć walki zbrojnej z putinizmem – powiedział politolog i ekspert mediów niezależnych, mieszkający poza Rosją.

Wyraził przekonanie, że większość Rosjan przy tym nie popiera wojny przeciwko Ukrainie.

– Jeśli przedstawić opór zbrojny jako walkę z rosyjską klasą rządzącą, to jej akceptacja jest możliwa, ale bierna, a nie aktywna – dodał.

Z tego powodu – jego zdaniem – akcje tego rodzaju “nie mają perspektyw – poza celami militarnymi armii ukraińskiej – w tym sensie, że nie mogą zmienić radykalnie sytuacji w Rosji”.

Podczas trwających dobę incydentów w obwodzie biełgorodzkim Rosjanie znowu zobaczyli postawę państwa, które – jak mówi Preobrażeński – “nie chroni” ludzi i “tym bardziej nie uważa ich za obywateli mających jakieś prawa”. Ekspert uważa, że jednym ze skutków operacji może być tworzenie przez mieszkańców pogranicza oddziałów samoobrony, najprawdopodobniej jednak armia rosyjska wprowadzi do strefy przygranicznej regularne oddziały albo wojskowych zmobilizowanych na front.

PAP

sobota, 27 maja 2023


Przez wiele lat pracowałeś blisko rosyjskich decydentów. Jaka będzie reakcja propagandystów na wydarzenia w obwodzie biełgorodzkim?

Już widać, że na początku starali się milczeć i nie poruszać tego tematu. Kiedy zdali sobie sprawę, że to nie zadziała, zaczęli próbować bagatelizować znaczenie tego, co działo się wokół Biełgorodu. Teraz próbują pokazać to jako próbę odwrócenia uwagi zszokowanych Ukraińców od Bachmutu, gdzie wojska rosyjskie odnoszą "niesamowite sukcesy". To jest narracja. Nie mogli ukryć tej historii. Teraz próbują ją rozmyć, żeby starcia nie wyglądały na znaczące.

Jakie jest zagrożenie dla Putina z powodu takiego osłabienia reżimu?

Potencjalnie grozi to rewolucją lub zamachem stanu. Reżim bez stabilnej bazy społecznej nie może być trwały. Teoretycznie moim zdaniem może dojść zarówno do powstania ludowego, jak i buntu elit. Ogólnie rzecz biorąc, obie te opcje nie wykluczają się wzajemnie i nie są ze sobą sprzeczne. W procesie tym mogą brać udział niektóre grupy ludności i niektóre grupy elit. Ostatecznie więc wszystko to grozi Putinowi utratą władzy. A jego reżim jest już na skraju upadku.

Jak daleko od tego jesteśmy? Mam wrażenie, że mówimy o perspektywie wielu lat.

Niezadowolenie z wojny wśród elit jest duże nawet teraz. Myślę, że takich osób może być nawet 90 proc. A im dłużej trwa, tym niezadowolenie jest większe. Pojawia się jednak inne pytanie. Rosyjskie elity są przestraszone i słabe. Selekcję negatywną prowadzono przez 20 lat. Dlatego w kręgu Putina prawie nie ma ludzi, którzy mają własne zdanie i są zdolni do samodzielnego działania. Dlatego ich niezadowolenia nie da się teraz przekuć w działanie. Jednak może to nastąpić w momencie, gdy ostatecznie przekonają się, że Putin osłabł i stracił kontrolę nad sytuacją. I oni też są już mocno dotknięci procesem utraty popularności wśród ludzi.

Co masz na myśli?

Przez prawie ćwierć wieku Putin był magikiem wszystkich elit. Potrafił coś, co elitom wydawało się magią: wyborcy lubili Putina w każdej sytuacji. W ten sposób zapewnił stabilność polityczną reżimu. A teraz traci tę umiejętność i coraz bardziej panuje nad Rosjanami przy pomocy represji.

Poczucie jego magii zanika wśród elit. I widzą, że Putin nie jest magikiem. Rośnie rozczarowanie. Prędzej czy później osiągnie punkt, w którym stanie się znienawidzonym tyranem. A potem można spodziewać się jakiejś próby zamachu stanu

Armia jest teraz zdezorientowana i pozbawiona podmiotowości. Okazało się, że nie jest w stanie pokonać Ukraińców, których nawet nie uważano za naród. I teraz rozumieją, że Ukraińcy ich pokonują. To demoralizuje wojsko. Dlatego mogą wziąć udział w próbie zamachu stanu. Aby odzyskać szacunek do siebie.

W jakiej perspektywie ten scenariusz może się zrealizować?

Temat wyborów prezydenckich w marcu 2024 r. może tu zadziałać. Jeśli Putin je odwoła i będzie próbował dalej rządzić krajem w stanie wojennym, proces delegitymizacji przyspieszy. W ciągu sześciu miesięcy do roku, nic nie pozostanie z jego legitymacji. I w tym momencie wzrasta prawdopodobieństwo zamachu pałacowego z udziałem sił bezpieczeństwa. To samo, jeśli wybory zostaną sfałszowane. Teraz Putin, przegrywając wojnę, nie pozostawia wyborcom żadnych argumentów, dlaczego powinni go poprzeć.

Gospodarka jest złym stanie, sankcje, izolacja, poziom życia spada, a on wciąż nie może wygrać wojny, którą rozpoczął. A jego sytuacja pogorszy się, jeśli sprawy na froncie będą się dalej tak układać

Dla elit, jeśli odważą się na zamach stanu, odpowiedni moment i powód jest bardzo ważny. Jeśli zostaną dobrze wybrane, nie będzie to wyglądać na pucz, ale na próbę przywrócenia legalności. A jeśli można to pokazać w ten sposób, to niektórzy ludzie, którzy się wahają, zaczną ją wspierać. A zbliżające się wybory — ich sfałszowanie lub unieważnienie — mogą stać się taką okazją i nadać rozmach temu, o czym mówię.

I czy na ten proces może mieć wpływ znaczna porażka na froncie?

Może się też to zdarzyć po jakiejś bardzo dotkliwej klęsce na froncie. Jednak w tym przypadku ten sam zamach będzie miał łagodną formę. Jeśli mówimy o klęsce militarnej, która nie pozbawia Putina prawowitego statusu prezydenckiego, to stworzy to poczucie impasu. A elity będą próbowały znaleźć wyjście. Przyjdą do Putina ze słowami "Władimirze Władimirowiczu, więc co zrobimy? Wojna została przegrana, Haga jest niedaleko. Jaki jest plan?".

Jeśli nie zaproponuje im rozsądnego planu, a najwyraźniej jeszcze go nie ma, to zaczną się rozmowy o następcy. Będą próbowali z tego wszystkiego wyjść, żeby nie skończyć jak Ceausescu czy Milosevic. A elity mogą przekonać Putina o potrzebie pokojowego przekazania władzy. Sam Putin będzie mógł wybrać następcę, który z jednej strony będzie dążył do pokoju, a z drugiej będzie starał się płacić za niego mniejsze reparacje. A Putin może się na to zgodzić. W końcu w pewnym momencie będzie zdezorientowany.

A czy na 100 proc. przewidujesz zwycięstwo Ukrainy i upadek reżimu w Rosji?

W końcu do tego dojdzie, oczywiście. W tej kwestii wiele zależy od Zachodu: jak szybko i zdecydowanie poprą Ukrainę. Ale Ukraina wygrała już w momencie, gdy Rosjanie nie zdobyli Kijowa w ciągu trzech dni i nie osadzili tam Wiktora Janukowycza na fotelu prezydenckim. Wszystko inne jest już porażką Rosji.

W każdym scenariuszu, nawet jeśli reżim się utrzyma, gospodarka kraju będzie nadal słabnąć. Agenda informacyjna zacznie się zmieniać: bez wojny wewnętrzne problemy powrócą do ludzkich umysłów. A Putin nie ma tam żadnej karty przetargowej. Jego ocena spada od 2015 r. A po 2020 r. Rosjanie w ogóle przestali publikować rankingi wyborcze. Bez wojny wszystkie problemy wewnętrzne wysuną się na pierwszy plan.

Tylko całkowite zwycięstwo mogło uratować Putina: dotarcie do Kijowa, obalenie Zełenskiego, zainstalowanie tam własnego człowieka, aresztowanie wszystkich ukraińskich "faszystów". I tylko w ten sposób ludzie, myśląc o swoich kosztach ekonomicznych, uznaliby, że było warto. A jeśli nie ma zwycięstwa, to nie jest jasne, dlaczego to wszystko się wydarzyło. Dlaczego poświęcono tyle pieniędzy i wysiłku, aby przejąć Bachmut. Tak więc na dłuższą metę Putin wyraźnie przegrał.

Może nie wypada tak powiedzieć, bo tylu ludzi ginie na froncie, ale Ukraińcy już zasmakowali sukcesu. Czują, że tworzą się jako naród. Są na scenie, a cały świat bije im brawo na stojąco. Wcześniej w skali światowej polityki byli dość daleko. Nie każde pokolenie dostaje taką rolę. Powiedziałbym, że może się to zdarzyć raz w historii narodu. A Ukraińcy mają takie poczucie, że wytrwają do końca.

onet.pl

piątek, 26 maja 2023


Instytut publicznie wyjaśnił, że "(...) jesteśmy w stu procentach pewni, że to wszystko dotyczy wyłącznie nauk podstawowych. Materiały naszych kolegów były wielokrotnie sprawdzane przez komisję ekspertów naszej organizacji pod kątem obecności w nich zastrzeżonych informacji i takich informacji w nich nie znaleziono. Przedstawienie takich wyników nie tylko nie może zaszkodzić bezpieczeństwu naszej Ojczyzny, ale wręcz przeciwnie, podnosi prestiż rosyjskiej nauki w świecie".

Co ważne, pomimo represji, jakie w tej chwili ogarnęły całą Rosję, środowisko naukowe oficjalnie skrytykowało rosyjskie służby bezpieczeństwa. Naukowcy z ITAM przede wszystkim podali w wątpliwość ekspertyzy określające, co w publikacjach i prezentacjach naukowych było jawne, a co tajne. Stawiane są więc opinie osób, które są znanymi "ekspertami w różnych dziedzinach nauki i techniki", którzy "posiadają również duże doświadczenie w sprawach związanych z ochroną tajemnicy państwowej oraz kontrolą eksportu technologii".

Z drugiej strony, FSB przyjmuje oceny osób, które "na zlecenie śledztwa dokonały oceny naukowo-technicznej części działań naszych kolegów, i które znane są jedynie organom prowadzącym śledztwo". Naukowcy z ITAM wprost zadają pytania: "Kim są ci eksperci? Jaki jest ich poziom zawodowy? Czy są kompetentni do podejmowania decyzji, które z jednej strony wymagają najwyższych kwalifikacji, a z drugiej najbardziej odpowiedzialnego podejścia, bo ceną za najmniejszy nawet błąd w tej sprawie jest życie, wolność i godność człowieka?"

Sprawa dla rosyjskiego środowiska naukowego jest o tyle bulwersująca, że "nazwiska osób, które na zlecenie śledztwa dokonały oceny naukowo-technicznej części działań naszych kolegów, znane są jedynie organom prowadzącym śledztwo". Grozi się wprost, że takie działanie rosyjskiej bezpieki może bardzo mocno przystopować prace naukowe w Federacji Rosyjskiej.

"Z jednej strony, głównym wyznacznikiem jakości naszej pracy w ramach zadań państwowych i projektów z rosyjskich funduszy oraz resortów państwowych jest stopień, w jakim nasze wyniki są prezentowane środowisku naukowemu, w tym publikacje naukowe i prezentacje na konferencjach. Z drugiej strony, widzimy, że każdy artykuł lub raport może prowadzić do oskarżeń o zdradę stanu. To, za co dzisiaj jesteśmy nagradzani i czym dajemy przykład innym, jutro staje się powodem do wszczęcia postępowania karnego".

Jaki może być efekt takiego działania? "Brak publikacji i wystąpień na konferencjach to nie tylko niespełnienie zadania państwowej organizacji, to przyczyna gwałtownego spadku poziomu badań, którego niezbędnym warunkiem utrzymania i zwiększania jest aktywna komunikacja naukowa".

Rosyjscy naukowcy stwierdzili również, że przy takiej polityce "niemożliwe jest działanie naszego instytutu, jedynej w kraju organizacji akademickiej dysponującej rozbudowaną bazą do eksperymentalnych i numerycznych badań aerodynamicznych".

defence24.pl

czwartek, 25 maja 2023


Piotr Horki: Co wiemy o rosyjskim społeczeństwie na ponad rok od wybuchu wojny w Ukrainie?

Władimir Sorokin: Jest bierne. Problem polega na tym, że w Rosji o wszystkim decyduje "mała główka" — Moskwa. Wszyscy biernie czekają na to, co się w tej małej główce, którą na szyi nosi Władimir Putin, uroi.

Co się teraz dzieje z pana społeczeństwem?

To wielka szkoda, że w latach 90. nie udało się tak naprawdę pogrzebać zwłok Związku Radzieckiego. Ówcześni reformatorzy odsunęli go w kąt, myśląc, że sam zgnije. Ale tak się nie stało. Nie zgnił. Putinowi udało się go ożywić. Trup powstał niczym zombie — a teraz grozi całemu światu bombą atomową.

Czy uważa pan, że Rosja tylko grozi użyciem broni nuklearnej, czy rzeczywiście może to zrobić?

Rosja jest kontrolowana przez ludzi o mentalności ulicznych bandytów. Jeśli zatrzymają cię tacy nocą w bramie i będą się przechwalać, że mają nóż w kieszeni i zamierzają cię nim pociąć, to wiedz, że to tylko ich małe ego i raczej tego nie zrobią. Jeśli uliczny bandyta będzie chciał cię skrzywdzić, podejdzie do ciebie po cichu i dopiero wtedy wymierzy cios.

(...)

Wojna w Ukrainie jest początkiem końca reżimu Putina? Skąd ta nadzieja?

Opiera się ona tym, że ten reżim po prostu nie ma strategii. Wykonuje tylko pojedyncze manewry taktyczne. Reaguje na sytuacje, nie tworzy własnych. To jest jego główna cecha.

Co pan przez to rozumie?

Putin nie jest żadnym szachistą. To, co robi z Rosją, to raczej gra w warcaby.

(...)

W Ukrainie usunięto ponad sto pomników pisarza Aleksandra Puszkina.

Bardzo dobrze rozumiem ten demontaż. Odpowiada to prawom czasu wojny. Myślę, że w ten sam sposób podczas II wojny światowej Francuzi, Holendrzy czy mieszkańcy Bałkanów mówili, że już nigdy w życiu nie przeczytają Goethego. Takie są konsekwencje wojny. Pamiętam, że jakiś miesiąc po rozpoczęciu tej szalonej wojny widziałem w internecie zdjęcie z kijowskiego śmietnika, na którym leżał portret Puszkina. I myślę, że to zupełnie normalne. Kiedy wojna się skończy, relacje z rosyjską literaturą będą spokojniejsze.

Teraz często słyszę wokół siebie głosy panikujących Rosjan, którzy mówią: rosyjska kultura jest niszczona, panuje rusofobia. Uważam, że to kompletny nonsens. Rosyjska kultura nie może zostać zniszczona, ponieważ już dawno stała się częścią kultury światowej. Tołstoj, Dostojewski i Skriabin nie są autorami narodowymi, lecz światowymi. Nie są oni zagrożeni. To całkowicie normalne, że Ukraińcy reagują w ten sposób i mają do tego prawo.

onet.pl/Respekt

Tomasz Fiałkowski: Zbliża się nowe stulecie; czas kontynuować naszą rozmowę o sytuacji Polski. Chodzi mi o pański subiektywny sąd.

Stanisław Lem: Co do subiektywizmu: z pewnym zdziwieniem i bez zachwytu oglądałem olbrzymi i dość kosztowny album Sto lat Polaków, wydany nakładem firmy Philip Morris, który mi właśnie przysłano jako prezent. Znaleźć w nim można i Bieruta, i Gierka wieszającego komandorię na Breżniewie, nasz Papież natomiast zasłania sobie twarz ręką. Objaśnienie brzmi, że ma to być obraz subiektywny i posłużono się amatorskimi zdjęciami. Nadmiar subiektywizmu nie bardzo mu jednak wyszedł na dobre. A przechodząc do właściwego tematu — mówiłem już panu, że nie spodziewałem się dożyć upadku Sowietów, sądziłem bowiem, opierając się na danych CIA o udziale wydatków na zbrojenia w budżecie ZSRR, że nastąpi to później, w pierwszej ćwiartce XXI stulecia. Dane jednak były fałszywe — Rosjanie przeznaczali na zbrojenia nie 15 procent, ale ćwiartkę dochodu narodowego brutto. Siedzimy sobie tutaj w spokoju, przy herbatce z rumem, o miedzę mamy supermarket, otwarto nawet nowy kawałek autostrady… Ale nadal, czy tego chcemy, czy nie, w dużej mierze jesteśmy uzależnieni od naszego geograficznego położenia. Z jednej strony mamy Niemcy po klęsce Kohla — CDU bardzo jest teraz rozszarpywane — z drugiej Putin i rozpętana przez Rosjan krwawa awantura na Kaukazie... Rosjanie zachowywali się zrazu bardzo buńczucznie — bez względu na straty i tak dalej. Tymczasem już za zdobytymi rzekomo liniami obrony pojawili się znowu partyzanci. Obie strony produkują propagandowe wideokasety i oskarżają się wzajemnie o fałszowanie zdjęć. Pewien rosyjski generał powiedział, że wojny w Czeczenii nie można wygrać; można ją prowadzić dwa albo i pięć lat, niszcząc pomału ludzki potencjał.

W artykule dla „Tygodnika” ostrożnie zasugerowałem — nie jest to zresztą moja myśl — że jednym z powodów ataku na Czeczenię jest próba nie tyle odzyskania całego Kaukazu, ile uniemożliwienia tego, by jakiekolwiek ropociągi w tym rejonie przebiegały poza granicami państwa rosyjskiego. Jeśli wśród generałów rosyjskich są ludzie przewidujący — a generalicja ma tam teraz dużo do gadania — pewnie o tym marzą.

Otrzymałem od Jerzego Pomianowskiego pierwszy numer „Nowej Polszy”, pisma o Polsce dla Rosjan. Potrzebne było takie pismo, ale kwartalny abonament kosztuje piętnaście dolarów, kto w Rosji może sobie na to pozwolić? Jego tytuł nasunął mi przykrą myśl, że Rosjanie nie do końca jeszcze odzwyczaili się od mówienia nie tylko „nasza Kirgizja”, ale i „nasza Polsza”. Jestem w jak najlepszych stosunkach z moimi tłumaczami i agentami rosyjskimi, nie mam jednak zaufania do Rosji jako takiej. Kotłują się tam wolno pod powierzchnią nieobliczalne siły. A niestety przyszłość nasza jest nadal w trudny do określenia sposób zależna od tego, co się dzieje na wschodzie.

— Zachowanie rosyjskich elit wobec wojny w Czeczenii, także tych, co wywodzą się z kręgów dawnej opozycji, wydaje się przerażające. Choćby to, co w „Gazecie Wyborczej” powiedział Mścisław Rostropowicz: terrorystów trzeba było zgnieść, a że giną niewinni cywile — trudno.

— Rozpaczliwa historia. Sołżenicyn też uważa, że wojna jest słuszna. Czytałem z aprobatą listy ludzi, którzy protestowali przeciw nazywaniu walczących z Rosjanami Czeczeńców rebeliantami, albo nawet bandytami. Zupełnie jakby ktoś naszych partyzantów czy  powstańców nazwał rebeliantami.

Odmówiłem wypowiedzi dwóm rosyjskim gazetom, w tym „Komsomolskiej Prawdzie”, która wychodzi nadal, choć Komsomołu już nie ma. Żona krytykowała moją decyzję, uważała bowiem, że powinienem właśnie zabrać głos i powiedzieć, co sądzę o wojnie w Czeczenii. Ja jednak, po pierwsze, nie mam żadnej gwarancji, czy to, co powiem, zostanie w ogóle wydrukowane, po drugie, wiem, że nie będzie to miało żadnego wpływu na przebieg wydarzeń, a po trzecie, a może najpierwsze, głos już zabrałem. Podpisałem wspomniany już list do Rosjan w sprawie tej wojny, choć ze świadomością, że minęły czasy, kiedy każdy podpis wywoływał Bóg wie jakie reakcje. Jedna rzecz wydaje mi się smutnie charakterystyczna. Kiedy trwała wojna w Afganistanie, Amerykanie posyłali tam stingery i inną broń. Do Czeczenii nikt niczego nie posyła — że Ameryka się nie kwapi, to jeszcze rozumiem, ale że kraje muzułmańskie cicho siedzą, to zastanawiające.

A przekonany jestem, że gdy Rosjanie opanują Czeczenię, to Szewardnadze, czy jego następca, powinien mieć się na baczności, bo Gruzja czeka następna w kolejce.

Tomasz Fiałkowski Stanisław Lem - Świat na krawędzi