wtorek, 4 października 2022


Pekin będzie chciał zająć pozycję i przejąć autorytet Rosji w regionie?  

Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś mógłby całkowicie zastąpić Rosję, sprawić, że ona zniknie z całym swoim dorobkiem. Bez wątpienia jednak rośnie znaczenie Chin w regionie. W czasie ostatniej wizyty Xi jinpinga w Astanie (stolica Kazachstanu - przyp. red) przekazał on, że ma swoją wizję porządku regionalnego, który niekoniecznie pokrywa się z rosyjską wizją. Zaznaczył również, że Pekin opowiada się za stabilnością, integralnością terytorialną i suwerennością tych państw. Nie oznacza to jednak, że zamierza się skonfrontować z Rosją na tym terenie, a raczej aktywniej uczestniczyć w pewnym procesie, który nie jest zero-jedynkowy.

Kolejny duży gracz - Turcja, też nie ogląda się już na rosyjskie interesy.

Turcję z Rosją łączą skomplikowane relacje. Z jednej strony to strategiczna współpraca i oglądanie się na siebie, a z drugiej strategiczna rywalizacja, która trwa od bardzo wielu lat. Obserwujemy proces wzmacniania się Turcji, jej wchodzenia w region. Akcentowanie swoich interesów i sprawczości np. w Azerbejdżanie jest widoczne od lat, lecz teraz te działania przyspieszyły. Turcja pokazuje, że jest gotowa wspierać sytuację, w której Armenia, sojusznik rosyjski, jest bezkarnie atakowana przez Azerbejdżan. Nie oznacza jednak, że może ona zastąpić Rosję w skali całego regionu. Może natomiast znacząco osłabić jej pozycję.

Zarówno Turcja jak i Chiny stopniowo osłabiają pozycję rosyjską, łamią jej dotychczasowy monopol na obszarze postsowieckim. Jest to skomplikowana relacja, w której Chiny i Turcja rywalizują z Rosją, a jednocześnie z nią współpracują. Dostosowują się do nowych realiów, kanalizują pewne procesy, które Moskwa wywołała. Oba kraje chciałyby kontrolować te procesy i minimalizować straty, a jednocześnie zwiększać pole dla swoich zysków. Rosja tego procesu nie jest w stanie zatrzymać, a tym bardziej odwrócić w wyobrażalnej perspektywie czasowej.

Jakie kluczowe zmiany możemy zaobserwować w najbliższych miesiącach w tym regionie? 

Możemy spodziewać się napięć i zmian. Od wielu miesięcy dojrzewa proces porozumienia politycznego między Armenią i Azerbejdżanem - niezależnie od tych ostrych starć. Jeśli do ugody dojdzie, to będzie to kolejny efekt słabości rosyjskiej. Armenia, która jest sojusznikiem Moskwy, ostatecznie zrezygnowałaby wtedy z rosyjskiego parasola. Byłaby to fundamentalna zmiana dla regionu, ale też międzynarodowej pozycji Rosji.

Oczywiście, że jesteśmy w stanie sobie wyobrazić wiele konfliktów dużo bardziej niebezpiecznych, ale to wszystko zależy od tego, jak rozwinie się wojna w Ukrainie i co stanie z samą Rosją.

Jak Kazachstan poradzi sobie z napływem Rosjan, którzy uciekają obecnie przed mobilizacją?

Obserwujemy, że zauważalnie wzrosły ceny wynajmu mieszkań, zauważamy przewóz pieniędzy, przenoszenie interesów. To doraźna korzyść ekonomiczna, ale też element rozstroju całego systemu postsowieckiego. To postawienie dużego znaku zapytania pod całą siecią powiązań między gospodarką, społeczeństwem, armią, w których Rosja odgrywała główną rolę. Siłą rzeczy zmiana tego systemu będzie powodowała tarcia, a może nawet duże problemy.

Pozostaje pytanie co zrobi z tą przemianą świat zewnętrzny. Do jakiego stopnia Chiny, Turcja, UE czy Amerykanie będą gotowi uczestniczyć w tych procesach. Ponad wszelką wątpliwość mógłbym powiedzieć, że dokonuje się istotny demontaż systemu postsowieckiego, w którym Rosja pełniła istotną rolę. Cokolwiek by się nie wydarzyło, nie ma mowy do powrotu do automatycznego stanu rzeczy sprzed roku, czy kilku lat.

Jak państwa regionu Kaukazu i Azji Centralnej postrzegają groźby nuklearne?

Nie ma wiążących reakcji Kaukazu i Państw Azji Centralnej wobec gróźb nuklearnych. Może za wyjątkiem Kazachstanu, który wyraźnie podniósł ten temat. Kasym-Żomart Tokajew (prezydent kraju - przyp.red) był mocno zaangażowany w rozwiązywanie nuklearnych problemów Kazachstanu jak i tych międzynarodowych.

Cały ten region poważnie traktuje zagrożenia, które generuje Rosja. Także w kwestiach nuklearnych poważnie biorą to pod uwagę i się tego obawiają, choć głośno o tym nie debatują, wiedząc, że nie wpłynie to na decyzje Putina. Wielokrotnie w swojej historii przekonali się, że Rosja jest zdolna do robienia rzeczy, które w głowach się nie mieściły. Z niepokojem patrzą na groźby Rosji i ewentualne konsekwencje.

gazeta.pl

poniedziałek, 3 października 2022


W ostatnich dniach września siły ukraińskie oskrzydliły pozycje rosyjskie w północno-wschodnim rejonie obwodu donieckiego, doprowadzając do pospiesznego wycofania jednostek wroga z okolicznych miejscowości, a następnie z Łymanu (1 października). W końcowym okresie walk tego przed wojną 20-tysięcznego miasta miało bronić do 5,5 tys. żołnierzy z 2. Korpusu Armijnego (tzw. Ługańskiej Milicji Ludowej) i batalionów ochotniczych rezerwy armii rosyjskiej – BARS – wraz ze szczątkowymi pododdziałami z jednostek Zachodniego i Centralnego Okręgów Wojskowych. Siły ukraińskie kontynuują działania na wschód – w kierunku Kreminnej w obwodzie ługańskim. Według nadal niepotwierdzonych informacji miały podejść pod miasto od południa oraz zająć lokalny węzeł drogowy i przeprawę przez rzekę Żerebeć (m. Torśke i Zariczne). W pozostałej części Donbasu sytuacja nie uległa znaczącej zmianie – siły rosyjskie ponawiały próby natarcia na Bachmut i atakowały bez powodzenia na południe od Siewierska, północny zachód od Gorłówki oraz północny i południowy zachód od Doniecka.

1 października jednostki ukraińskie wznowiły działania zaczepne w obwodzie chersońskim i uzyskały powodzenie w jego części graniczącej z obwodem dniepropetrowskim. Potwierdzono zajęcie dwóch miejscowości (Archanhelśke i Myrolubiwka). Na dotychczasowej linii styczności w dalszym ciągu trwają walki, jednakże wojska rosyjskie mają się wycofywać i tworzyć nową linię obrony kilkanaście kilometrów na południe wzdłuż zachodniego brzegu Dniepru. Siły ukraińskie miały atakować także na pograniczu obwodów mikołajowskiego i chersońskiego, w tym na kierunku Chersonia. Do szczególnie zaciętych walk miało dojść w rejonie węzłowej wsi Dawydiw Brid, gdzie niepowodzeniem zakończyły się zarówno natarcie ukraińskie, jak i podjęte pod koniec września przez Rosjan kolejne próby likwidacji pozycji obrońców na wschód od rzeki Ingulec.

Rosyjskie artyleria i lotnictwo nieprzerwanie atakują pozycje i zaplecze wojsk ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz w przygranicznych obszarach obwodów czernihowskiego i sumskiego, a – od niedawna – również charkowskiego. Środek ciężkości uderzeń na głębokie zaplecze ukraińskie przesunął się jednak na południe, gdzie wzrosło natężenie ataków na Zaporoże, Krzywy Róg, Mikołajów i Odessę. Miasta te – a także Dniepr – były ponadto celami ataków rakietowych. Do względnego uspokojenia doszło w Charkowie (atakowane były miejscowości na jego obrzeżach). Rosjanie nie zaprzestawali też ataków na Nikopol, Oczaków, Kramatorsk i Słowiańsk. Siły ukraińskie ostrzeliwały i bombardowały agresora w obwodach chersońskim i zaporoskim oraz w Donbasie. Głównymi ich celami pozostają Chersoń i Nowa Kachowka (w tym rejon mostu Kachowskiego) oraz zaplecze rosyjskie w obwodzie ługańskim.

Ukraiński Sztab Generalny informuje o trwającym wzmacnianiu sił rosyjskich na południu. Do Berdiańska i Melitopola miały przybyć dodatkowe pododdziały Rosgwardii. W rejonie drugiego z wymienionych miast mieli się także pojawić pierwsi żołnierze z nowego zaciągu w ramach tzw. częściowej mobilizacji. Rosjanie mieli ponadto sprowadzić kolejne pododdziały z systemami S-300, wykorzystywanymi – wbrew pierwotnemu przeznaczeniu – głównie do ostrzeliwania celów naziemnych. 30 września w stan pełnej gotowości miały zostać postawione jednostki wojskowe na Krymie.

Wycofanie żołnierzy rosyjskich z Iziumu stało się przedmiotem otwartej krytyki formułowanej przez m.in. Ramzana Kadyrowa (z Czeczeni pochodzi znaczna część ochotników biorących udział w walkach) oraz byłego dowódcę 58. Armii Ogólnowojskowej, obecnie deputowanego do Dumy, gen. rez. Andrieja Gurulowa. Za winnego porażki w północno-wschodniej części obwodu donieckiego uznano kierującego przebiegiem operacji w tym rejonie dowódcę Centralnego Okręgu Wojskowego – gen. Aleksandra Łapina, a za odpowiedzialnego za niepowodzenie całości operacji – szefa Sztabu Generalnego gen. Walerija Gierasimowa.

W ramach kolejnego pakietu amerykańskiego wsparcia wojskowego o wartości 1,1 mld dolarów Ukraina ma otrzymać 18 wyrzutni HIMARS, 12 systemów do zwalczania dronów Titan, 300 samochodów, kilkadziesiąt ciężarówek z przyczepami, środki radiolokacyjne, łączności, rozpoznawcze i wykrywania materiałów wybuchowych oraz części zamienne. W odróżnieniu od poprzednich pakietów zadeklarowane uzbrojenie i sprzęt wojskowy w większości nie pochodzą z zapasów armii amerykańskiej i będą dopiero wyprodukowane, a państwo ukraińskie otrzyma je nie wcześniej niż za rok do dwóch lat. Dania, Norwegia i Niemcy podpisały kontrakt o wartości 92 mln euro (w części źródeł – 93), w ramach którego Słowacja wyprodukuje dla Ukrainy 16 armatohaubic samobieżnych Zuzana 2. Według francuskich mediów armia ukraińska ma także otrzymać od 6 do 12 armatohaubic CAESAR zamówionych wcześniej dla armii duńskiej. Z kolei resort obrony Litwy zawarł z polskim WB Electronics kontrakt na dostawę dla Ukrainy dwóch kompletów amunicji krążącej Warmate (wyrzutnia i 37 tzw. dronów kamikadze w każdym). 2 października w Turcji wodowano korwetę „Hetman Iwan Mazepa” (typu Ada) – pierwszy duży, nieodziedziczony po Związku Sowieckim okręt dla Marynarki Wojennej Ukrainy.

Według Sztabu Generalnego Ukrainy na położonym 50 km od granicy białoruskim lotnisku Łuniniec (obwód brzeski) trwają intensywne prace budowlane, remontowane są koszary i magazyny amunicyjne. W pobliżu linii granicznej zaobserwowano rosyjskie dywizjony rakietowe uzbrojone w systemy S-400 i nowe stacje radiolokacyjne. W wyniku działań wywiadowczych potwierdzono, że armia białoruska nadal utrzymuje w gotowości niedaleko terytorium Ukrainy do siedmiu batalionowych grup taktycznych (łącznie 4–6 tys. ludzi). Od pół roku na Białorusi trwają systematyczne ćwiczenia wojskowe z udziałem przedstawicieli resortów bezpieczeństwa.

Po ogłoszeniu aneksji na okupowanych terytoriach obwodów zaporoskiego i chersońskiego rozpoczęła się przymusowa mobilizacja do armii rosyjskiej. Mężczyźni są zatrzymywani na ulicach i kierowani do komisji wojskowych. Od poboru nie zwalnia brak rosyjskiego paszportu, a władze okupacyjne uznają wszystkich zamieszkałych na anektowanych terytoriach za obywateli FR. Aby udaremnić próby ucieczki na stronę kontrolowaną przez wojska ukraińskie, zablokowano wszystkie drogi wyjazdowe.

Komentarz

Zajęcie Łymanu, ostatniego znaczącego punktu rosyjskiej obrony w północno-wschodniej części obwodu donieckiego, stanowi niewątpliwy ukraiński sukces taktyczny oraz odgrywa znaczącą rolę w wymiarze politycznym. Łyman stanowi lokalny węzeł komunikacyjny, a jego zdobycie zabezpiecza stronie ukraińskiej główną w tym rejonie przeprawę przez Doniec w kierunku Słowiańska, a także odblokowuje połączenie z Siewierskiem od strony obwodu charkowskiego, nie ma jednak większego znaczenia natury operacyjnej. Zajęcie miasta i przekroczenie przez wojska ukraińskie granic obwodu ługańskiego potwierdzają, że odzyskana na początku września inicjatywa na froncie nieprzerwanie pozostaje po stronie Ukraińców. W tym kontekście należy także postrzegać wznowienie działań zaczepnych w obwodzie chersońskim. Armia ukraińska konsekwentnie wypiera wrogie jednostki z terenów, które według Kremla mają obecnie wchodzić w skład Rosji. Należy przyjąć, że Kijów będzie konsekwentnie dążył do odzyskania jak największego obszaru przede wszystkim w obwodzie ługańskim, natomiast działania na innych kierunkach należy obecnie postrzegać raczej jako mające na celu wiązanie sił rosyjskich, a także wykorzystanie na froncie euforii związanej z odnoszonymi sukcesami.

Poprzez oddanie Łymanu armia rosyjska po raz trzeci od 24 lutego udowodniła, że – w odróżnieniu od praktyki czasów sowieckich – potrafi podjąć decyzję o wycofaniu, aby zminimalizować straty w ludziach. Ostatnie tygodnie obrony miasta wskazują jednak, że poza tym jej modus operandi całkowicie wpisuje się w tradycję sowiecką, tj. przywiązanie do założonego schematu operacji, oszukiwanie w kwestii sytuacji na froncie i brak elastyczności. Głównym argumentem na rzecz tego ostatniego jest sytuacja w pozostałej części Donbasu, w której Rosjanie nieprzerwanie podejmują działania zaczepne. Kwestią otwartą pozostaje, dlaczego nie zdecydowali się na ich wstrzymanie, przejście do obrony i przerzucenie części sił w celu wzmocnienia obrony Łymanu. Należy przy tym założyć, że w dalszym ciągu lokalne zgrupowanie agresora nie dysponuje odpowiednimi rezerwami, które mogłyby zostać zaangażowane w walki bez uszczuplania innych odcinków. Z informacji z regionu wynika, że wszelkie nowe wzmocnienia konsekwentnie kierowane są na południe – do obwodów chersońskiego i zaporoskiego. O ile utrata Łymanu nie zmienia znacząco sytuacji militarnej, o tyle w pozostałych wymiarach stanowi ona dla najeźdźców istotny problem. Dopuszczono bowiem do oddania terenu, który w optyce Rosji stanowi część jej terytorium. W tym kontekście należy postrzegać otwartą krytykę działań nie tylko lokalnego, lecz także najwyższego dowództwa Sił Zbrojnych FR. Sytuacja ta stanowi kolejny czynnik negatywnie oddziałujący na motywację żołnierzy rosyjskich, zwłaszcza że sukcesywnie coraz większą ich część będą stanowili nowo zmobilizowani.

Decyzja o przeprowadzeniu przymusowej mobilizacji na terenach „anektowanych” ma zdecydowanie represyjny charakter. Osoby wcielane do wojska nie mają motywacji do walki, a ich umiejętności wojskowe są niskie. Oznacza to, że nawet wykonanie planów mobilizacyjnych nie zagwarantuje wzmocnienia potencjału bojowego formowanych lub uzupełnianych jednostek. Z kolei trwająca w Rosji mobilizacja nadal napotyka przeszkody organizacyjne. Mający charakter „branki” chaotyczny pobór obejmuje czasami osoby niezdolne do służby wojskowej lub nieposiadające niezbędnych kwalifikacji. Wzrost nastrojów antymobilizacyjnych wywołał reakcję administracji lokalnych, które zmusiły władze wojskowe do weryfikacji zasadności powołań, co spowodowało zwolnienie części już wcielonych do armii osób. Nie wpłynęło to jednak na usprawnienie procesu mobilizacyjnego – komisje wojskowe nadal działają pod presją wykonania planu i nie rezygnują z wręczania wezwań na ulicach czy przy wyjeździe z miejscowości.

osw.waw.pl

Grzegorz Sroczyński: Co będzie z wojną?

Jarosław Wolski: Rosjanie w wakacje stracili tak dużo sprzętu i tak dużo zużyli amunicji, że nie będą w stanie wygrać jej konwencjonalnie. 

Powszechna mobilizacja tego nie zmieni?

Spóźnili się z nią o 390 dni. Zgodnie z własną doktryną wojenną powinni rozpocząć powszechną mobilizację późną wiosną zeszłego roku, powołać półtoramilionową armię i dopiero uderzać na Ukrainę. Nie zrobili tego z przyczyn politycznych, społecznych, a przede wszystkim dlatego, że całkowicie błędnie oszacowali gotowość ukraińskiej armii do obrony państwa. Teraz próbują przeprowadzić coś w rodzaju spóźnionej mobilizacji, ale jej celem nie jest wygranie tej wojny. 

Nie?

Chodzi o to, żeby załatać najgorsze dziury i w ogóle móc kontynuować działania wojskowe bez kompromitacji. Siły i środki, które Rosjanie zgromadzili obecnie nie pozwalają nawet na uzupełnianie strat i rotowanie jednostek. Powszechna mobilizacja poprawi tę sytuację, ale nie można się spodziewać cudów, bo jej logika jest całkowicie zaburzona. 

W jakim sensie zaburzona?

Jest totalnie niespójna z zasadami działania rosyjskiej armii. Istnieje w niej kilka rodzajów „jednostek mobilizacyjnych", czyli takich, które w czasie pokoju nie są gotowe do działań i trzeba je dopiero „rozwinąć mobilizacyjnie" - to pojęcie ze slangu wojskowego. Niektóre jednostki mają 70 procent etatów obsadzonych i gotowy sprzęt, w innych poziom obsadzenia wynosi 20-30 procent, są też tzw. jednostki szkieletowe w ogóle nie obsadzone, czyli w zasadzie bazy sprzętu, które dopiero trzeba uzupełnić żołnierzami, a to wymaga czasu. Rosjanie w najczarniejszych snach nie mogli przypuszczać, że będą musieli „rozwijać się mobilizacyjnie" w czasie wojny prowadzonej od pół roku. 

Ale co to zmienia?

Słowo bałagan to za mało. Część kadry instruktorskiej została już ranna, zabita lub zaginęła na Ukrainie. Cześć jednostek, które mają być w trakcie powszechnej mobilizacji kompletowane, ogołocono ze sprzętu. I jak teraz „rozwinąć mobilizacyjnie" jednostkę, która po pół roku wojny pozbawiona jest kadry dowódczej i wyposażenia?

Bo w jednej jednostce nie ma połowy czołgów, w innej ciężarówek, a w jeszcze innej dowódców posłali na front?

Tak. Proces mobilizacji będzie niesamowicie zakłócony. Tak trudnej sytuacji Rosjanie nie mieli nawet w 1941 roku, bo wtedy zaczęli mobilizację wcześniej i Niemcy uderzyli mniej więcej w jednej trzeciej zrealizowanego harmonogramu. Obecna sytuacja - przy ich strukturze armii - jest chyba najgorsza z możliwych, bo ludzie, sprzęt i jednostki, które mają zapoczątkować mobilizację, zostały wykorzystane na Ukrainie. Jednostki „drugiej kategorii mobilizacyjnej" - czyli teoretycznie te lepsze z nowszym sprzętem - wcale go nie mają. 

Na papierze sprzęt jest, w realu nie ma?

Inaczej. On jest na papierze i zwykle jest też w realu. Stoją czołgi w hangarze, ale z tych czołgów wymontowano podzespoły. 

Po co?

Bo ktoś tam czegoś potrzebował. Pojazdy wojskowe - nawet jeśli nie są używane - powinny co jakiś czas trafiać do remontu. Rosjanie remontowali 280 czołgów rocznie. Tyle że te najnowsze czołgi z zerowym przebiegiem remontowano z wykorzystaniem czołgów przeznaczonych do mobilizacji. Ktoś wziął pieniądze za nowe części, a dostarczył stare wymontowane z sprzętu czekającego na wypadek wojny. Teraz okazuje się, że w czołgach przypisanych do jednostek mobilizacyjnych nie ma tak mało ważnych rzeczy jak silniki, przekładnie boczne, stabilizatory armat, celowniki, radiostacje. 

I co oni z tym fantem zrobią?

Będą mieli chaos. Zamiast przydzielać zmobilizowanych rezerwistów do ich jednostek, wyślą ich od razu na front. Mobilizacja przeprowadzona na czas jest w rosyjskim systemie ważna z jeszcze jednego powodu. Ich system zakłada, że zbierania zepsutego sprzętu z frontu i naprawianie go opiera się na zmobilizowanych rezerwistach. Ponieważ nie było dotąd mobilizacji, więc oni tych jednostek do napraw polowych w ogóle nie rozwinęli. Zignorowali to. I jest to jedna z głównych przyczyn, dlaczego tak słabo idzie im w Ukrainie. Stąd też te góry porzuconych czołgów, haubic, ciężarówek na trasach rajdów rosyjskich czołówek pancernych.

Bo skoro Ukraina nie jest prawdziwym państwem, to po co wysyłać tam porządnie rozwiniętą armię?

Zlekceważyli Ukraińców i zapłacili za to porażką operacji kijowskiej - niesamowitą, jeśli chodzi o historię wojskowości. 

No dobrze, ale jesteśmy teraz wiele miesięcy później. Nic z tym nie zrobili?

Zrobili. Ogołocili szeregi rezerwistów z techników, elektromonterów, spawaczy - zachęcali ich różnymi sposobami - i podczas walk na łuku Dońca Siewierskiego próbowali odtworzyć zdolności do ewakuacji i napraw sprzętu. W niewielkim stopniu to się udało, ale co z tego, skoro całkowicie posypała im się logistyka. Ukraińcy rozsmarowali ją na marmoladę dzięki wyrzutniom HIMARS. 

Logistykę? Czyli?

Krwioobieg każdej wojny, bo chodzi o dostawy amunicji, paliwa, części zamiennych, racji żywnościowych. Rosjanie bazowali na sieci dużych magazynów i na transporcie samochodowym, który wykorzystuje głównie siłę rąk ludzkich. To co w armiach NATO robi ciężarówka z HDS-em, który ładuje i rozładowuje kontener albo palety, potem jadą wózki widłowe, w Rosji robi stado pół-niewolników w mundurach, którzy muszą nosić wszystko z paki pojazdu. Wymaga to kilka razy więcej czasu i dziesięć razy więcej ludzi. Ukraińcy -  jak już dostali HIMARS-y - zniszczyli te duże magazyny za linią frontu, co spowodowało, że Rosjanie musieli magazyny odsunąć dalej i w dodatku zamiast jednego dużego zrobić piętnaście małych. To z kolei wymaga jeszcze więcej ludzi i więcej ciężarówek, których nie mają. Efekt jest taki, że system dostaw zaczął im się kompletnie sypać. Nie w takim stopniu, żeby przegrali wojnę, ale dość szybko tracili przez to możliwość prowadzenia jakichkolwiek działań. Powtórzę: ogłoszona przez Putina mobilizacja nie jest po to, żeby tę wojnę militarnie wygrać środkami konwencjonalnymi, ale żeby załatać najgorsze dziury i do końca się nie skompromitować. 

Czyli teraz Ukraińcy mogliby ich całkiem wypchnąć?

Nie tak szybko. W Charkowie Ukraińcy odnieśli oszałamiający sukces strategiczny, polityczny, to była wspaniała operacja, która kiedyś trafi do podręczników wojskowości. Ale Ukraińcy przeprowadzili też ofensywę w Chersoniu - nieudaną, o której milczą wszyscy wstydliwie. Propagandowo ta klęska została ubrana w opowieść, że chodziło tylko o zmylenie Rosjan, że ta ofensywa była udawana itp. Nie była udawana. Prawda jest taka, że działania prowadzono nawet większymi siłami niż ofensywę w Charkowie i skończyło się to horrendalnymi stratami ukraińskimi. Były brygady, które straciły ponad połowę stanu - głównie rannych, bo zabitych było na szczęście niewielu. To pokazuje, jak trudne może być prowadzenie działań ofensywnych. Jeżeli przeniesiemy to doświadczenie na następny etap wojny - na przykład wyobrazimy sobie próbę przerwania rosyjskiego korytarza z Krymu do Rostowa nad Donem - to tam problemy będą o rząd wielkości większe. Czy Ukraińcy mają teraz dość sił, żeby przeprowadzić kolejne tego typu operacje? Tak, ale jest to obarczone dużym ryzykiem.

Więc co dalej?

Niestety, wojna będzie trwać. I jeszcze będzie bardzo krwawo. A potem ruszą jakieś negocjacje. 

gazeta.pl

niedziela, 2 października 2022


Rosyjska przestrzeń informacyjna – złożona z kremlowskich propagandystów, ekspertów i milblogów – odnotowała porażkę w wyniku niewysłania posiłków na czas przez rosyjskie dowództwo, jednocześnie otwarcie krytykując powtarzające się biurokratyczne niepowodzenia podczas mobilizacji. Komentatorzy rosyjscy w zdecydowanej większości wyrażali nadzieję, że częściowa mobilizacja wygeneruje wystarczającą siłę do wznowienia działań ofensywnych i odzyskania inicjatywy. Przywódca Czeczenii Ramzan Kadyrow, najwyraźniej zdruzgotany porażką w Lymanie, wezwał Rosję do kontynuowania walki o „wyzwolenie” czterech anektowanych terytoriów za pomocą wszelkich dostępnych środków, w tym broni nuklearnej o niskiej wydajności.

Tyrada Kadyrowa jest podobna do zdezorganizowanych i często hiperbolicznych tyrad milbloggerów, które wzywają Kreml do kontynuowania wojny na Ukrainie, a jego wezwanie do użycia broni jądrowej nie było reprezentatywne dla dyskursu w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej. Rosyjskie federalne kanały telewizyjne i ultra-jastrzębi blogerzy często dyskutowali o rosyjskich możliwościach nuklearnych w ramach swoich wysiłków na rzecz podsycania patriotycznych nastrojów wśród rosyjskiej publiczności, a wypowiedź Kadyrowa nie była w tym kontekście szczególnie godna uwagi.

Wezwanie Kadyrowa do użycia taktycznej broni jądrowej jest prawdopodobnie niezgodne z jego żądaniami kontynuowania „specjalnej operacji wojskowej” mającej na celu przejęcie większej części terytorium Ukrainy pod kontrolę Rosji. Rosyjskie wojsko w swoim obecnym stanie prawie na pewno nie jest w stanie operować na polu bitwy nuklearnej, mimo że dysponuje niezbędnym sprzętem i historycznie przeszkoliło do tego swoje jednostki. Chaotyczna aglomeracja wyczerpanych żołnierzy kontraktowych, pospiesznie zmobilizowanych rezerwistów, poborowych i najemników, wchodzących obecnie w skład rosyjskich sił lądowych, nie mogłaby funkcjonować w środowisku nuklearnym. Wszelkie obszary dotknięte rosyjską taktyczną bronią nuklearną byłyby zatem dla Rosjan nieprzejezdne, co prawdopodobnie wykluczałoby rosyjskie postępy. Ta uwaga jest kolejnym czynnikiem, który zmniejsza prawdopodobieństwo użycia rosyjskiej taktycznej broni jądrowej.

Kadyrow oskarżył dowódcę Centralnego Okręgu Wojskowego (CMD), generała pułkownika Aleksandra Łapina, o niepowodzenia wokół Lymanu. Ataki Kadyrowa zyskały znaczną popularność w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej i wskazują, że przepaść między tradycyjnymi i nietradycyjnymi siłami rosyjskimi prawdopodobnie narasta. Kadyrow stwierdził, że Łapin, odpowiedzialny za „centralną” grupę sił na Ukrainie, nie wyposażył odpowiednio jednostek działających w rejonie Lymanu i przeniósł swoją kwaterę główną daleko od linii frontu. Kadyrow oskarżył także rosyjski Sztab Generalny, a konkretnie szefa Sztabu Generalnego, generała armii Walerija Gierasimowa, o tuszowanie niepowodzeń Lapina. Finansista Grupy Wagner Evgeniy Prigozhin publicznie zgodził się z krytyką Kadyrowa pod adresem Łapina, mówiąc, że wyższe dowództwo wojskowe powinno walczyć „boso z karabinami maszynowymi na linii frontu”, dodając, że dowództwo jest skorumpowane i niezainteresowane rosyjskimi celami strategicznymi. Kadyrow, Łapin i Prigozhin działają w sektorze Donbasu, a takie komentarze wskazują na napięcia w rosyjskich siłach działających na Ukrainie i ich kierownictwie. Kreml może nasilać taką krytykę, aby w nadchodzących tygodniach ustalić warunki informacyjne dla zmian personalnych w wyższym dowództwie wojskowym.

Klęska wokół Lymana wskazuje również, że prezydent Rosji Władimir Putin – który podobno mikrokierował rosyjskimi dowódcami w terenie – deprecjonuje obronę obwodu ługańskiego na rzecz utrzymania okupowanych terytoriów na południu Ukrainy. Źródła ukraińskie i rosyjskie konsekwentnie wskazują, że siły rosyjskie nadal wzmacniały rosyjskie pozycje w obwodach chersońskim i zaporoskim, pomimo niedawnego załamania się frontu Charków-Izyum, a nawet po upadku rosyjskich pozycji wokół Lymanu. Decyzja o niewzmacnianiu wrażliwych linii frontu Kupyansk lub Lyman była prawie na pewno decyzją Putina, a nie dowództwa wojskowego, i sugeruje, że Putinowi o wiele bardziej zależy na utrzymaniu strategicznych terenów obwodów chersońskiego i zaporoskiego niż na obwodzie ługańskim.

understandingwar.org

W tym historycznym dniu Władimir Putin unikał dywanu, który dotąd był jego ulubioną sceną. Aby zrozumieć, jak słaby wydaje się dziś prezydent Rosji, trzeba przypomnieć sobie inscenizację, która zwykle ma tu miejsce. Niewiele bowiem rytuałów jest tak centralnych dla obrazu jego rządów, jak to doroczne orędzie o stanie państwa: mówca deklamuje jego imię nadętym głosem, młodzi żołnierze w mundurach z epoki otwierają złote drzwi — a potem Putin idzie niekończącym się czerwonym szlakiem, między gęstymi rzędami frenetycznie oklaskujących go dygnitarzy, ściskając dłonie, śmiejąc się luźno, obejmując szczególnie zasłużonych gości, takich jak Gerhard Schröder, kąpiąc się przez niekończące się minuty w miłości swojego dworu.

Ale nie w dniu, który miał przypieczętować jego największy sukces w wojnie ukraińskiej aneksją wschodnich terenów Ukrainy. Tego dnia dywan pozostaje pusty, Putin wślizguje się do sali bocznym wejściem, robi kilka kroków do mównicy. Publiczność ledwie może podskoczyć i krótko zaklaskać. Czy władca się boi?

Większość dyktatorów to ludzie strachliwi. To jest choroba zawodowa. Ale dyktatury muszą być spektakularne. Bo zawsze idą wbrew rozsądkowi i zawsze działają kosztem większości ludzi. Potrzeba silnych obrazów i uczuć, by utrzymać przy życiu takie oszustwo. Jeśli zatem estetyka ceremonii aneksji ma znaczenie, to system Putina wszedł w stan stężenia pośmiertnego.

Sala Georgijewska Wielkiego Pałacu Kremlowskiego jest jak co roku wspaniała, przepełniona wczesnym rosyjskim barokiem, ornamentyka tak śnieżnobiała i pełna jak obłoki, przyćmiona złotymi, mieniącymi się żyrandolami niczym niebiański gmach. Ale dygnitarze, którzy muszą dość długo czekać na Putina, wydają się poważni, zbyt poważni jak na tę okoliczność.

To miało być przypieczętowanie powiększenia terytorium państwa, po błyskotliwych zwycięstwach, przy szerokim poparciu społeczne. Ale wygląd nosicieli systemu Putina reprezentuje rzeczywistość: nieistniejące państwa po fikcyjnych referendach są przyłączane do Rosji. Teoretycznie. Bo nikt tego nie uznaje, a militarnie Rosja jest we wschodniej Ukrainie w defensywie. (...)

(...)

Przy okazji prezydent po raz kolejny raczy słuchaczy tym, co kiedyś nadawało jego władzy charyzmę. Ta niejasna mieszanka sowieckiego showmaństwa i carskiej duchowości, rzeczy, które naprawdę nie idą ze sobą w parze, ale jakoś wydawały się spójne z powodu sukcesu Putina. Robi to tak chaotycznie, że pozostał jedynie przekaz o nieuchwytnej wielkości i sile. Putin powołuje się na miłość ludzi do Związku Radzieckiego, a następnie mówi, że nie chcą się cofać, ale iść do przodu.

Pod koniec cytuje Iwana Iljina, socjaldemokratycznego rojalistę z czasów rewolucji październikowej, który później flirtował z nazistami. "Wierzę w duchową siłę Rosji" — mówił Iljin. "Cierpienia ludu są moimi cierpieniami". "Rosja pójdzie za wiarą i wygra", mówi wreszcie Putin. "Prawda jest z nami i Rosja jest za nami".

Potem jeszcze kilka minut na podpisanie dokumentów aneksji, sztucznie przedłużone przez historycznie wystylizowanych żołnierzy niosących dokumenty tam i z powrotem po scenie, gęsiego. Uściski dłoni.

Każdy narzucony system potrzebuje estetyki, by się zasłonić. Ale estetyka ta potrzebuje również treści idealistycznej, jakkolwiek by nie była ona abstrakcyjna. Estetyka Putina nigdy nie opierała się na niczym szczególnym. Dlatego przez długi czas wydawał się bardzo nowoczesny, bo był elastyczny.

Teraz, gdy kruszą się materialne fundamenty jego władzy, uwidacznia się bezsilność jej klakierów. Wszystko to tak naprawdę nigdy nikogo nie porywało.

oent.pl/Die Welt

sobota, 1 października 2022


Przełamanie frontu nad Dońcem nastąpiło po rozbiciu w rejonie Bałaklei trzech rejonów umocnionych: "Moskwa", "Omsk" i "Piter" (prawdopodobnie kompanijne/batalionowe punkty oporu). W efekcie nastąpiło szybkie okrążenie Bałaklei i wyjście sił uderzeniowych w przestrzeń operacyjną, potem, w wyniku śmiałych działań rajdowych na Kupiańsk i Izium, rozbicie drugorzutowych oddziałów przeciwnika. Walki ograniczały się głównie do dróg i kluczowych miejscowości - większość zniszczonego/porzuconego sprzętu przypada na fazę odwrotu/ucieczki sił rosyjskich, a potem na walkę z podchodzącymi i wchodzącymi do walki z marszu słabymi rezerwami (odwodami).

Szybko okazało się, że rozlokowana w rejonie Iziumu 1. APancGw pozostaje silna jedynie na papierze (elementy 4. i 47. dywizji pancernych, 2. dywizji zmechanizowanej, 27. brygady zmechanizowanej i inne), a grupy taktyczne (kompanijne i batalionowe: KGT i BGT) są wykrwawione, z niskim morale, z dużym odsetkiem sprzętu niesprawnego, częściowo przebywającym w polowych składach remontowych, gdzie zostały przejęte przez Ukraińców.

Rezerwy rzucane na front w okresie I fazy kontruderzenia okazały się zbyt słabe, nie przyczyniły się do zatrzymania ofensywy ani na wschód na Kupiańsk, ani na południowy-wschód na Izium. Do starcia pancernego doszło m.in. 9 września pod wsią Słabuniwka, na drodze Wołchow Jar-Izium, nieco na północ od kluczowego węzła drogowego Wesele. Nacierające elementy 25. BDes-Szt, wsparte czołgami 4. BPanc, przełamywały w tym rejonie obronę grupy taktycznej 47. DPanc (ewentualnie weszły w bój spotkaniowy). Przejęto wówczas m.in. trzy czołgi T-72 (T-72B3M i dwa T-72B3), przy uszkodzeniu jednego eks-polskiego T-72 czwartej brygady.

Część sprzętu została utracona w walce, część porzucona sprawna na drogach odwrotu (np. na drodze Wołchow Jar-Izium), część porzucona w składach remontowych. Siły ukraińskie operowały wzdłuż głównych arterii drogowych w takim tempie, że część jednostek rosyjskich musiała uciekać porzuciwszy ciężki sprzęt (w zasadzie nie organizując jego planowego zniszczenia, część wpadała w zasadzki. Mniejsze pododdziały, bez świadomości sytuacyjnej i łączności, błąkały się w terenie i były "zgarniane" na drogach już kontrolowanych przez siły ukraińskie, pododdziały artylerii i zabezpieczenia nagle znalazły się na linii frontu i uległy rozkładowi. Na wspomnianej drodze Wołchow Jar-Izium uciekające pododdziały pancerno-zmechanizowane, m.in. 26. pułku 47. DPanc, pozostawiły wiele sprawnego lub lekko uszkodzonego sprzętu, w tym np. czołgi T-72B3. Duże ilości sprzętu, pancernego i artylerii, pozostawiono również w rejonie Iziumu, wprost na ulicach.

Przerwanie frontu pod Bałakleją i uderzenie na Kupiańsk i Izium spowodowało załamanie się całego frontu. Zgrupowanie iziumskie zostało zagrożone zniszczeniem, a kiedy siły ukraińskie zaatakowały w rejonie Światohirśk-Łyman, również okrążeniem. Wobec tego zaczęto natychmiastowy odwrót, de facto paniczną ucieczkę, żeby wydostać się z kotła, z zamiarem stabilizacji frontu nad rzeką Oskoł.

Zdolności bojowe utraciło, w różnym stopniu, co najmniej kilka-kilkanaście BGT/KGT, ze składu 1. APancGw i 20. A. W obwodzie charkowskim zidentyfikowano elementy m.in. 288. Brygady Artylerii, 2. Dywizji Zmechanizowanej, 4. Dywizji Pancernej, 252. Pułku Zmechanizowanego 3. DZmech, 59. Pułku Pancernego 144. DZmech, brygad zmechanizowanych 15., 30., 39., 74. i inne jednostki. Były to słabe batalionowe grupy taktyczne (nierzadko ekwiwalent kompanii), albo nawet kompanijne grupy taktyczne (de facto wzmocnione plutony), o niskim składzie osobowym, niskim morale, z częścią sprzętu niesprawnego. Nawet z pozoru elitarne jednostki, np. 4. Kantemirowska Dywizja Pancerna uległy rozkładowi, o czym świadczy m.in. fakt, że przejęto w niezłym stanie przynajmniej kompanię czołgów T-80 z 4. Dywizji Pancernej.

Z jednej strony trwała ucieczka rozbitych grup taktycznych spod Bałaklei i spod Iziumu, które stawiały tylko niewielki opór, z drugiej podciąganie rezerw i kontrataki, mające zatrzymać ukraińskie ataki, gdzieś na linii rzeki Oskoł, nad którą zamierzano odbudować linię frontu. W rejon rzeki Oskoł i lokalnego zbiornika wodnego zaczęto podciągać rezerwy z 2. A i 41. A, które kontratakowały czołowe oddziały ukraińskie, jednakże bez większego powodzenia. Walki toczyły się o przeprawy przez Oskoł (Kupiańsk, Senkowe, Gorochowatka-Borowa), a na południe o Światohirśk, potem Drobyszewe-Łyman żeby jak najdłużej utrzymać kontrolę nad drogą Izium-Oskił-Rubci, którą w kierunku na wschód, wycofywały się elementy 1, APancGw spod Iziuma.

Śmigłowcami Mi-26 zaczęto przerzucać rezerwy pod Kupiańsk, który po kilku dniach walk, 16 września, został zdobyty przez siły ukraińskie. Na odcinek frontu pod Senkowe-Gorochowatka przerzucono 60. batalion zmechanizowany "Weterani", zaciekle broniono się w rejonie Łymanu.

12 września siły ukraińskie przekroczyły rzekę Doniec i jednostki Gwardii Narodowej ("polscy najemnicy", jak stwierdził lider samozwańczej DRL Denis Puszylin. ) zdobyły Swiatohirśk. Siły tzw. "separatystów" wycofały się z miasta, a jego zdobycie, zagroziło odwrotowi zgrupowania iziumskiego - stąd można było uderzyć na północ i przeciąć drogę Oskił-Rubci, zamykając w kotle te siły, które nie zdołały wycofać się spod Iziumu. Jak wiadomo do zamknięcia kotła nie doszło, zgrupowanie iziumskie zdołało się wycofać, tracąc w zasadzie zdolność bojową i porzucając setki jednostek sprzętu.

Nieoczekiwanie na pierwszej linii frontu, na głównych kierunkach ataków SZU, znalazły się oddziały rezerwy bojowej - BARS. Łymanu przez wiele dni bronił kozacki oddział "Kubań" (BARS-16) wsparty artylerią, natomiast Drobyszewo oddział "Ruskij Legion" (BARS-13).

10 września okazało się, że lewa flanka ukraińskiego natarcia uderzyła na północ i północny-wschód rozszerzając operacje na nowe tereny obwodu charkowskiego. SG SZ FR zaczął opowiadać o celowym "przegrupowaniu sił" i w efekcie wycofaniu się z obwodu charkowskiego, również z jego północnej i północno-wschodniej części. Natarcie ukraińskie rozwijało się błyskawicznie, wkrótce wyzwolono cały szereg miejscowości, w tym Wołczańsk, wychodząc na granicę rosyjsko-ukraińską. Na tym obszarze zapewne nie spodziewano się załamania frontu, maskowanego rzekomym "przegrupowaniem sił".

Jak się wydaje, początkowo zgrupowanie operacyjne na ukraińskiej lewej flance miało za zadanie tylko osłonić zgrupowanie atakujące z zachodu na wschód, na Kupiańsk. Rzeczywiście w rejonie Szewczenkowe i Starowyrowka-Hruszewka kontratakowały z marszu rezerwowe siły 18. DZmech 11. KA (jednostka stacjonująca na stałe w Obwodzie Kaliningradzkim) i 144. DZmech 20. A podciągnięte alarmowo w rejon przełamania, w tym z obwodu biełgorodzkiego. Kontrataki te, siłami nie więcej niż kilku słabych batalionowych grup taktycznych (BGT), nie przyniosły efektu, nie były również w stanie zatrzymać wspomnianego natarcia na północny-wschód, na Nowy Burłuk i dalej na Wołczańsk. Warto wspomnieć, że kontrataki wyprowadzano z marszu, bez znajomości położenia sił przeciwnika, również bez wsparcia artylerii.

Jak wspomniano, już około 15-16 września stało się jasne, że linia frontu nad rzeką Oskoł nie zostanie utrzymana, bez dodatkowych rezerw, dlatego siły agresora zaczęły skupiać się na utrzymaniu Łymana i koncentracji nowych sił (odwodów) oraz tych wycofanych spod Iziuma, w rejonie Swatowo. Koncentracja sił w obszarze Swatowo sugerowała, że linia frontu w obwodzie ługańskim będzie przebiegać po linii prostej, z południa na północ, od m. Kreminna-Rubiżne, przez Swatowo, do Pokrowske i Troićkie, ale póki co kontratakowano jeszcze - nieskutecznie - przyczółki nad Oskołem i Dońcem.

Głównym zadaniem na nowo odtwarzanego zgrupowania w rejonie Łyman-Swatowo była stabilizacja linii frontu w północnej Ługańszczyźnie, najlepiej na linii utraconej już linii rzeki Oskoł oraz przywracanie zdolności bojowych wycofanych batalionowych i taktycznych grup bojowych, w dużej części pozbawionych sprzętu ciężkiego.

Z Iziuma wycofano m.in. 60. Samodzielny Batalion Zmechanizowany "Weterani", który 11 września zaczął kontratakować pozycje SZU nad Oskołem, starając się utrzymać przeprawy przez rzekę (w Kupiańsku, pod Senkowe i Gorochowatką).

Rosyjskie zgrupowanie operacyjne w rejonie północnej Ługańszczyzny składało się w połowie września z kilku BGT ze składu 1. APancGw, 20. A (3. lub 144. dywizji) i być może 41. A. Świeże siły podciągano pod Swatowe, przy czym były to często kombinowane a nie jednolite grupy taktyczne. Przykładowo około 12 września pod Swatowo przemieszczono kombinowaną grupę taktyczną w składzie 12 czołgów, 8 BMP i 10 MTLB i BTR.

Drugie zgrupowanie operacyjne, które powstało ad hoc na skutek wycofania się sił agresora z północnego i północno-wschodniego obwodu charkowskiego, głównie 6 Armii, koncentrowało się już nad granicą, w rejonie Biełgorodu. Były to BGT ze składu wycofanej 6.A, ale też 11. KA i prawdopodobnie 20. A. Konstantyn Maszowiec z grupy "Informacyjny Sprotyw" szacował 18 września, że zgrupowanie biełgorodzkie, cały czas wzmacniane, liczyło już wtedy kilka BGT: resztki dwóch brygad zmechanizowanych (138. i 25.) 6. A i 18. DZmech 11. KA (szacunkowo kilka przetrzebionych BGT) oraz kilka KGT z 14. KA, 20. A i 1. APancGw. Zgrupowanie to utrzymuje linię frontu biegnącą wzdłuż granicy rosyjsko-ukraińskiej i odtwarza jednocześnie zdolność bojową.

Jak już wspomniano, aby stabilizować front i podciągnąć odwody pod Swatowo koniecznym było, z punktu widzenia rosyjskiego, jak najdłuższe utrzymanie rejonu Łymana, którego znaczenie z czasem rosło. W połowie września zaczęto wzmacniać organizujące obronę pod Łymanem zgrupowanie taktyczne, min. 2-3 BGT ze składu 2. A. W tym momencie istniało już zagrożenie, że kontynuując ofensywę siły ukraińskie, przez Łyman-Jampil wyjdą wprost na kierunek Kreminna-Rubiżne.

Zwiększyła się intensywność rosyjskiego rozpoznania bezzałogowego, które miało rozpoznać siły i środki przeciwnika na lewym brzegu rzeki Oskoł (zbiornika wodnego), od granicy aż po m. Łozowe. Grupa analityczna "Informacyjny Sprotyw" monitorująca siły agresora szacowała aktywność bezzałogowców nad Oskołem (raport z 18 września) na 65-70 misji (wylotów) na dobę oraz podciąganie w rejon Swatowo pododdziałów inżynieryjno-saperskich (pluton-kompania).

Przez wiele dni udawało się stabilizować front, jednakże 25 września, na północ od Łymana, doszło do przełamania frontu. Ukraińskie natarcie wyszło z rejonu na północ od Światohirśka, zajęto miejscowość Jaćkiwka nad Oskołem i "wbito" się nawet do 20 km na wschód, pochodząc do wsi Ridkodub, na północ od Łymana. Przełamanie utrudniło obronę przeskrzydlonego Łymana, a umożliwiło ewentualne kontynuowanie ofensywy w obwodzie ługańskim wzdłuż Dońca Siewierskiego, do Kreminny i Siewierodoniecka.

28 września stało się jasne, że siły broniące się w rejonie Drobyszewo-Łyman są w operacyjnym okrążeniu, z jedną tylko drogą zaopatrzenia, kontrolowaną ogniowo przez przeciwnika. Nie było żadnych poważnych rezerw, żeby zatrzymać siły ukraińskie, zdobywające kolejne miejscowości i przeskrzydlające Łyman z północy i od wschodu. Nie było również rezerw, żeby utrzymać front nad Oskołem. Biły się tu dwie osłabione BGT 144. DZmech, zmuszone do odwrotu w czasie I fazy ofensywy charkowskiej z rejonu Peczenihy, ale po kilku dniach intensywnych ataków na ukraińskie przyczółki nad Oskołem wykrwawiły się tracąc zdolność bojową. W kolejnych dniach, krok za krokiem, siły rosyjskie wypychane były coraz dalej znad rzeki Oskoł, np. 27 września Jednostka Specjalna HUR "Kraken" zajęła ważny punkt logistyczny, wieś Kupiańsk-Wuzłowyj. Znajduje się tam stacja kolejowa o tej samej nazwie, która jest dużym węzłem kolejowym, zapewniającym połączenia kolejowe ze stacjami Charków, Wałujki, Światohirsk, Biełgoród, Popasna, Kupiańsk-Piwdennyj itd.

W momencie pisania analizy, wg stanu na rano 30 września, siły rosyjskie w rejonie Łymana - dwa bataliony BARS (13. i 16.) oraz elementy wykrwawionego 208. Pułku Strzeleckiego (Mobilizowanej Rezerwy) 2. KA ŁRL - zagrożone zostały okrążeniem. Na tę chwilę brak jest widocznych rezerw, gromadzonych do kontrataku na tym kierunku, w celu deblokady ługańskiego zgrupowania taktycznego. Bijące się w tym rejonie, nieco bardziej na północ, po poniesionych stratach de facto kompanijne, a nie batalionowe, grupy taktyczne 144. DZmech, były/są za słabe by utrzymać front nad Oskołem i zatrzymać ukraińskie natarcie zmierzające do okrążenia Łymana. Utrata Łymana uwolni duże siły ukraińskie i pozwoli na dalsze natarcie na Kreminną-Rubiżne lub nawet na samo Swatowo.

defence24.pl

Na czele Rosgwardii stoi generał armii Wiktor Zołotow. Jest to osoba postrzegana jako ślepo oddana Putinowi, nie wahająca się, gdy wykonać trzeba każdy jego rozkaz. Jego kariera jest wręcz emblematyczna dla współczesnej Rosji. Pochodzi z regionu Riazań z rodziny robotniczej. Pracował jako ślusarz w fabryce ZIL, a po służbie wojskowej, którą odbył w wojskach pogranicza, wstąpił do KGB. Następnie, przez prawie 20 lat, służył w 9. Dyrekcji KGB ZSRR, zajmującej się ochroną najważniejszych dygnitarzy w Związku Sowieckim. W 1991 roku znalazł się w osobistej ochronie Jelcyna. Jego postać widnieje na słynnym zdjęciu przedstawiającym Jelcyna przemawiającego na czołgu w trakcie puczu Janajewa w pobliżu Białego Domu (którego, jak się okazało, nikt nie miał zamiaru atakować). Następnie został wysłany do Petersburga, gdzie postawiono mu nowe zadanie: ochronę Anatolija Sobczaka, ówczesnego mera. Poznał w tym czasie obecnego prezydenta Rosji i stał się jego sparingpartnerem w boksie i judo.

Putin – po odejściu z tzw. rezerwy strategicznej KGB – "nosił teczkę za Sobczakiem" jako jego asystent. W kręgach ówczesnego Petersburga, będącego w tym czasie centrum zorganizowanej przestępczości w Rosji, znany był bardziej jako "Michaił Iwanowicz" (podobnie jak tajemniczy szef z filmu "Brylantowa Ręka", jednej z kultowej komedii w Związku Sowieckim). Biznesmen Dmitrij Skarga – były dyrektor Sovcomflot, od 2006 mieszkający w Wielkiej Brytanii – w 2015 roku udzielił wywiadu dla BBC, podczas którego opisał swoje relacje z Gienadijem Timczenką, kolegą Putina z Petersburga, jednym z największym oligarchów w Rosji. W wąskim kręgu, mówiąc o pochodzeniu swoich miliardów, Timczenko zwykle podnosił palec do góry i wymownie konstatował: "mówią, że to wszystko pieniądze Michaiła Iwanicza, ma wszystko pod kontrolą".

Putin w "okresie petersburskim" nie gardził zwykłymi "wziatkami" (ros. łapówka). Przedsiębiorca Maxim Freidzon (Max Gunsmith), obecnie mieszkający w Izraelu, związany z OPG Tambowskaya, który osobiście znał Putina w latach 90., udzielił obszernego wywiadu Radiu Liberty w maju 2015 roku. Przedstawił on w nim gangsterski Petersburg lat 90., opisał też cechy, jakimi odznaczał się Putin: "fetysz pieniądza" i brak jakichkolwiek ograniczeń moralnych, nawet tych akceptowanych w środowisku przestępczym. Przekazywał mu łapówki za różne usługi poprzez swojego asystenta Lyoshe Millera. Putin miał według niego targować się o każdy procent, a jego patologiczna chciwość zaskoczyła nawet biznesmenów mafijnych. Według niego Putin miał "normalne stosunki robocze" z Władimirem Barsukowem - "Kumarinem", szefem OPG Tambowska na zasadzie wspólnego biznesu. Wywiad ten został następnie usunięty ze wszystkich witryn, na których został opublikowany, nawet z pamięci podręcznych Google i Yandex.

Zołotow w tym czasie nawiązał bliskie relacje z Romą Tsepovem (właściwie Romanem Beilensonem, który zmienił swoje nazwisko w młodości, aby wstąpić do szkoły wojskowo-politycznej), znanym również jako "Roma Producent" – byłym oficerem politycznym w stopniu kapitana wojsk wewnętrznych sowieckiego MSW. Po samouwłaszczeniu zajął się organizacją kontaktów między kasynami a merem Petersburga - Anatolijem Sobczakiem. Prowadził także prywatną firmę ochroniarską Baltik Eskort, zajmującą się wymuszaniem haraczy. Organizował i zapewniał ochronę Sobczakowi i jego rodzinie, Putinowi, a także szefom przestępczości zorganizowanej, w szczególności Aleksandrowi Mayszewowi z Małyszewskiej OPG oraz kilku osobom z Tambowskiej OPG. Według Dmitrija Zapolskiego, zmarłego w sierpniu 2021 roku w niewyjaśnionych okolicznościach w Rydze, rosyjskiego dziennikarza śledczego, autora książki "Putinburg", Roma Tsepov był zaufaną osobą Putina, który używał go jako pośrednika w kontaktach z petersburskimi gangsterami. "Roma jako listonosz krążył między burmistrzem a przywódcami bandytów, przekazywał wzajemne życzenia, pieniądze, ofiary. Tsepow był bliskim przyjacielem Putina" – pisał. Wśród klientów firmy Baltik Eskort znaleźli się także gubernator regionalny Wadim Gustow, firma Pierre Cardin, Ałła Pugaczowa, Walerij Leontiew oraz inne postaci polityki i showbiznesu.

W 1994 roku Tsepow został zatrzymany za nielegalne posiadanie broni i narkotyków, uciekł do Czech. Do kraju wrócił po objęciu prezydentury przez Putina, i był nawet gościem jego ceremonii inauguracyjnej. Utrzymywał także znakomite relacje z ówczesnym zastępcą szefa administracji Putina – Igorem Sieczinem. Organizował również zabójstwa na zlecenie. W 2003 roku, gdy zginął Rusłan Kolyak (z OPG Tambowska), cały jego biznes i majątek trafił do Tsepova, który w jednym z wywiadów prawie otwarcie powiedział o swoim udziale w zbrodni: "mówią, że tak, miałem konflikt z Kolyakiem i byłem pierwszym, który dowiedział się o jego zabójstwie, przed prasą i policją".

Wiktor Zołotow, po odejściu ze służby, pracował właśnie w firmie Tsepowa – Baltik Eskort (będąca de facto prywatną jednostką sił specjalnych), poprzez którą, według Dmitrija Zapolskiego, przejęli całkowicie rynek "kryszy" (haraczy) w Petersburgu. W środowisku petersburskich gangsterów znany był pod pseudonimami "Wasilicz", "Zolotnik" i "Generalissimus".

infosecurity24.pl

piątek, 30 września 2022


W dniach 27–28 września w Moskwie odbyły się rozmowy przedstawicieli resortów obrony Białorusi i Rosji na temat perspektywy współpracy wojskowej. Białoruscy wojskowi poinformowali o ogłoszeniu niezapowiedzianego sprawdzianu gotowości bojowej i mobilizacyjnej 50. Bazy Lotniczej, obsługującej wykorzystywane przez Rosjan lotnisko w Maczuliszczach (obwód miński). Na kolejach białoruskich rozpoczęto zaś kontrolę węzłów komunikacyjnych i stanu urządzeń wyładunkowych. Wcześniej, 21 września, doszło do spotkania sekretarzy rad bezpieczeństwa, które poświęcono kwestiom „wspólnych przedsięwzięć antyterrorystycznych”. 28 września Mińsk zdementował pojawiające się w opozycyjnych mediach pogłoski o przygotowaniach do powszechnej mobilizacji. Jednocześnie w kraju trwa rutynowy pobór rezerwistów.

Od 26 do 29 września w Soczi przebywał Alaksandr Łukaszenka. W trakcie dostępnej dla mediów części spotkania z Władimirem Putinem wsparł on kurs Rosji w polityce zagranicznej i oznajmił, że zachodnie sankcje nie wymuszą ustępstw, a ogłoszona mobilizacja będzie sprawdzianem „lojalności” Rosjan. W następnych dniach strony nie ujawniały żadnych informacji na temat przebiegu rozmów czy ewentualnych ustaleń, jakie przyniosły. 28 września Łukaszenka złożył niespodziewaną wizytę w Abchazji, gdzie podczas spotkania z samozwańczymi władzami stwierdził, że „Abchazji nie da się wymazać z mapy”, i podkreślił potrzebę rozwoju współpracy gospodarczej. Stanowczy protest wobec tej wizyty wyraziła Gruzja, która zagroziła stronie białoruskiej zerwaniem stosunków dyplomatycznych. Krytyczne stanowisko zajęła również UE. Rzecznik Kremla zdementował spekulacje o rzekomym wymuszeniu uznania przez Mińsk Abchazji i wyraził nadzieję, że Białoruś „samodzielnie i we właściwym czasie podejmie odpowiednią decyzję”.

Komentarz

Prawdopodobnie Kreml wywiera coraz większą presję na Łukaszenkę, aby ten – po aneksji okupowanych regionów Ukrainy i zgodnie z doktryną wojenną Państwa Związkowego – potraktował posunięcia armii ukraińskiej jako akt agresji na terytorium FR. De facto oznaczałoby to uznanie przez reżim przyłączenia tych terenów. Dalsze wspieranie rosyjskich działań wojskowych będzie skutkowało utrzymywaniem przez Mińsk armii i struktur siłowych w podwyższonej gotowości. Niewykluczone też, że siły białoruskie udzielą Rosji czynnego wsparcia w przypadku jej ponownej ofensywy z Białorusi (np. wydzielonymi jednostkami wojsk powietrzno-desantowych).

Wizyta Łukaszenki w Soczi nie została wcześniej zapowiedziana przez żadną ze stron. Można założyć, że – zapewne z inicjatywy Rosjan – doszło do pilnych konsultacji w celu uzgodnienia stanowisk w kontekście ogłoszonej w Rosji mobilizacji oraz aneksji okupowanych terytoriów. Długotrwały, wykraczający poza zwyczajowe standardy charakter wizyty i brak jakichkolwiek oficjalnych komunikatów obu służb prasowych skłaniają do spekulacji na temat wzrostu presji Kremla na Łukaszenkę mającej wymusić bezpośrednie zaangażowanie Białorusi w działania wojenne na Ukrainie. Choć oficjalny przekaz Mińska może jedynie maskować rzeczywistość, to na razie nie ma przesłanek potwierdzających zamiar przeprowadzenia na Białorusi mobilizacji. Gdyby do niej doszło, doprowadziłoby to do paniki wśród w większości pacyfistycznie nastawionego społeczeństwa, co bezpośrednio zagroziłoby stabilności reżimu i mogłoby ujawnić podziały w nomenklaturze.

Łukaszenka nie jest gotów do uznania de iure nawet niektórych wspieranych przez Rosję parapaństw, choć zarazem uzna je de facto, np. poprzez rozwój współpracy gospodarczej, co miała podkreślić wizyta w Abchazji. Nadal będzie też unikał bezpośredniego zaangażowania w wojnę, demonstrując jednocześnie swoją lojalność wobec Moskwy. Jej przejawem może być utworzenie na Białorusi liczącego ok. 20 tys. żołnierzy rosyjskiego ugrupowania uderzeniowego. Prawdopodobieństwo podjęcia takiej decyzji zwiększa się po ogłoszeniu mobilizacji w FR. Wzmocniony może również zostać komponent wojsk rakietowych i sił powietrznych, pozwalający na dalsze atakowanie Ukrainy. Nie jest też wykluczone, że realizując politykę „szantażu nuklearnego”, Rosja rozmieści na Białorusi taktyczną broń jądrową.

osw.waw.pl

Według Putina Zachód zawsze czynił zło, a Rosja zawsze czyniła wyłącznie dobro. Zachód w narracji prezydenta Rosji to tyle, co niewolnictwo w przeszłości i chęć uczynienia innych narodów – w tym przede wszystkim Rosjan – niewolnikami w przyszłości. Rosja narody wyzwalała i wyzwala.

Zachód to antywartości, LGBT, gender i… satanizm. Rosja to wartości, dobro, chrześcijaństwo (Władimir Putin cytował nawet Jezusa) i "tradycyjne wartości", w imię których należało zająć np. Chersoń.

Zachód to eksploatacja narodów i kolonializm. Rosja to szacunek dla innych i partnerstwo. Zachód to pogarda nawet dla sojuszników (Niemcy, Japonia i Korea Południowa to państwa wasale USA, a ich elity są niewolnikami, którzy bez sprzeciwu "przełykają chamstwo" Amerykanów). Rosja to państwo, które niesie wolność.

Zachód to zbrodnie (np. "eksperymenty medyczne" na ludziach, które zdaniem Putina prowadzono w Ukrainie). Rosja to humanizm.

onet.pl

Rodzina każdego zmobilizowanego Tuwańczyka otrzyma po baranie, węgiel, 50 kg mąki i dwa worki ziemniaków, oraz „w razie potrzeby” kapustę. Decyzje o tym podjął szef republiki Władisław Chowalyg. Jego służby prasowe informują tymczasem, że rozdano już 91 zwierząt. Ponadto możliwe jest otrzymanie rekompensaty pieniężnej wysokości 5 tys. rubli (ok. 430 zł) na dziecko. Trzeba tylko złożyć wniosek do Ośrodków Ochrony Socjalnej.

29 sierpnia poinformowano, że Tuwa zrealizowała już plan poboru w ramach częściowej mobilizacji. 27 września szef republiki potwierdził informację, że na front wysłano 700 rekrutów. Wczoraj w stolicy republiki Kyzyle odbył się protest przeciwko mobilizacji, podczas którego milicja zatrzymywała uczestniczące w nim kobiety.

belsat.eu

"Rosjanie nie zareagują na ogłoszoną w piątek przez Kreml aneksję okupowanych obwodów Ukrainy tak, jak w 2014 roku. Nie będzie wśród nich entuzjazmu, ani nawet zrozumienia" - ocenił politolog Grigorij Gołosow w wypowiedzi dla rosyjskiej redakcji BBC.

Komentator, który wypowiadał się jeszcze przed oficjalną ceremonią na Kremlu argumentował, że "Krym był obiektem resentymentu w latach 90. XX wieku" wśród Rosjan. Być może pewna część ludności Rosji żywi podobne wyobrażenia, że w obwodach donieckim i ługańskim na wschodzie Ukrainy istnieje chęć przyłączenia do Rosji. W odniesieniu do ukraińskich obwodów chersońskiego i zaporoskiego "nie ma i nigdy nie było" takiej opinii; te regiony "dla mieszkańców Rosji zawsze były częścią Ukrainy" - powiedział politolog.

BBC cytuje także szykanowaną przez władze rosyjskie politolożkę Jekatierinę Szulman, która podkreślała, że po przeprowadzeniu aneksji okupowanych regionów Ukrainy Rosja stanie się "państwem z delegitymizowanymi granicami". W tych nielegalnych granicach znajdą się "fragmenty, które nie tylko nie zostaną uznane de iure przez żaden inny kraj i organizację międzynarodową, ale też nie są kontrolowane de facto przez centralną administrację" - podkreśliła Szulman.

Władimir Putin ogłosił w piątek na Kremlu aneksję okupowanych obwodów Ukrainy do Federacji Rosyjskiej. Powołał się na nielegalne pseudoreferenda na ziemiach ukraińskich, w których ludzie bojąc się o własne życie musieli oddawać głosy. Rosja łamie tym samym prawo międzynarodowe.

Putin wydał w czwartek wieczorem dekrety uznające obwody chersoński i zaporoski za "suwerenne i niepodległe państwa". Decyzję tę ma zatwierdzić rosyjski parlament, a następnie oba terytoria, podobnie jak regiony doniecki i ługański, zostaną anektowane.

PAP/dziennik.pl