poniedziałek, 8 sierpnia 2022


Mariia Tsipstiura: Operacja dostarczenia amunicji i żywności, a także ewakuacji rannych z Azowstalu rozpoczęła się pod koniec marca. Jak wyglądała wówczas sytuacja w zakładzie?

Oficer wywiadu Ukrainy, "Flint": W tym czasie w Mariupolu istniał tylko jeden punkt oporu — terytorium zakładów Azowstalu. Wróg czuł się bardzo pewnie, ponieważ nasza piechota nie miała uzbrojenia, które mogłoby mierzyć się z jego pojazdami opancerzonymi i lotnictwem. Dlatego niezwykle ważne było dostarczenie do kombinatu przenośnych przeciwlotniczych systemów rakietowych, a także sprzętu, który mógłby razić pojazdy opancerzone.

Musieliśmy również zapewnić ludziom żywność i ubrania. Walki w Mariupolu wybuchły dość nagle, toteż wielu cywilów szybko przeniosło się na teren zakładu. I dlatego zapasy, które były przeznaczone dla garnizonu, szybko się skończyły.

W dodatku w zakładach było wielu rannych: cywile, którzy ucierpieli w wyniku ostrzału miasta, a także żołnierze. Bez leków ci lżej ranni szybko stawali się ciężko rannymi, a ciężko ranni umierali.

Jak więc przebiegały przygotowania do operacji "Azowstal"?

Rozważaliśmy kilka wariantów, jak dostarczyć pomoc do kombinatu. Myśleliśmy np. o korytarzu lądowym, bo też obrońcy Azowstalu planowali przełamać linię przeciwnika drogą lądową. To jednak się nie udało. Było to wręcz niemożliwe do wykonania. Nie bylibyśmy w stanie utrzymać drogi lądowej, ponieważ od Azowstalu do terytorium kontrolowanego przez Ukrainę było ponad 100 km. A wróg mógł w każdym momencie zablokować ten korytarz.

Pozostawała więc tylko opcja powietrzna. Główny Zarząd Wywiadowczy MON opracował plan dostarczenia amunicji i żywności śmigłowcami. Cały sens operacji polegał na tym, że wróg nie mógł sobie nawet wyobrazić, że ktoś mógłby zrobić coś takiego. W końcu nikt nie jest przygotowany na to, co niemożliwe. Operacja "Azowstal" okazała się sukcesem właśnie dzięki tej niewyobrażalnej zuchwałości.

Jak przebiegała sama operacja?

Rosjanie, którzy stacjonowali w Mariupolu i w pobliżu miasta, blokowali przestrzeń powietrzną za pomocą systemów rakietowych ziemia-powietrze. Ich strefa przechwytywania celu zaczyna się 15 metrów nad ziemią. Z tej odległości wrogie MANPADS [przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe — przyp. red.] mogą skanować przestrzeń i atakować cele. A do 15 metrów to martwa strefa.

Plan opierał się na dokładnych danych wywiadowczych o lokalizacji rosyjskich MANPADS, a także na wspomnianej śmiałości. Wyobraź sobie, że nasz śmigłowiec leciał w odległości 5-7 metrów nad ziemią z prędkością 250 km na godz. bezpośrednio nad pozycjami wroga. Podczas lotu, w którym osobiście uczestniczyłem, przelecieliśmy nad pozycjami Rosjan około 5.00 rano. A oni się tego w ogóle nie spodziewali, więc nie mogli nawet zareagować. Zanim zorientowali się, co to za śmigłowiec lecący dwa metry nad ziemią, my byliśmy już daleko.

W pewnym momencie Rosjanie w końcu zorientowali się jednak, że ciągle powtarzamy ten manewr. Była taka sytuacja, że podczas wylotu z Azowstalu rozpoczął się bardzo silny ostrzał artyleryjski i pilot podjął absolutnie szaloną decyzję: poleciał w kierunku morza, przeleciał między dwoma rosyjskimi okrętami, a następnie ruszył w kierunku lądu. Rosjanie bali się strzelać do swoich okrętów, a ich dowódcy nawet nie wiedzieli, co się właściwie stało. Było to tak bezczelne, że nikt nie sądził, że jest to możliwe.

W ciągu zaledwie półtora miesiąca wykonano siedem lotów. Pierwszy lot odbyły dwa śmigłowce. Kolejny to już trzy maszyny. Ostatni lot wykonaliśmy przy pomocy śmigłowca bojowego, który ostrzeliwał pozycje wroga.

Brał pan udział w pierwszym locie, który dostarczył do Azowstalu żywność i uzbrojenie, a także ewakuował rannych. Na czym dokładnie polegała pana rola?

Byłem jednym z członków grupy eskortowej. Główne zadanie spoczywało na pilotach. Oni opracowywali trasę i generalnie dokonywali cudów. Nasze zadanie jako sił specjalnych składało się z kilku funkcji.

No więc oczywiście sprawdzaliśmy różne warianty przeprowadzenia operacji. Rozważaliśmy np. sytuację, w której wróg wysyła dwa samoloty szturmowe, które przechwycą nasz śmigłowiec i zmuszą go do lądowania. W tym przypadku naszym zadaniem było strzelanie do wrogich samolotów z cywilnej amunicji.

Istniał też scenariusz na wypadek gdyby nasz śmigłowiec został zestrzelony. W tym przypadku, jeśli byśmy przeżyli, naszym zadaniem była ewakuacja załogi na terytorium kontrolowane przez Ukraińców lub osłonięcie samolotu ogniem przed przybyciem grup ewakuacyjnych. Ponadto byliśmy na pokładzie jako psychologiczne wsparcie dla pilotów. No i dodatkowo pomagaliśmy w rozładunku i wyładunku śmigłowców.

A jak w ogóle pilotom udało się lecieć na tak małej wysokości i z taką prędkością?

Aby śmigłowce były jak najlżejsze, usunęliśmy z nich całe wyposażenie i opancerzenie. Nawet paliwa nalaliśmy jedynie tyle, ile było potrzebne do wykonania lotu. Tankowaliśmy je bezpośrednio tuż przed startem. To wszystko dawało nam przewagę szybkości i zwrotności. Do tego mogliśmy załadować więcej zaopatrzenia i zabrać więcej rannych.

Ogólnie rzecz biorąc, taki lot jest bardzo dużym wyzwaniem dla pilota. Poziom wyszkolenia pilotów biorących udział w operacji jest naprawdę niesamowicie wysoki. Latali z taką prędkością, manewrując między przewodami linii przesyłowych wysokiego napięcia, ocierając się o wierzchołki drzew czy też latając wokół różnych przeszkód krajobrazowych. Były nawet loty, które wykonywano nocą z noktowizorami.

Biorąc pod uwagę poziom ryzyka, mógł to być "bilet w jedną stronę" dla wszystkich zaangażowanych w operację. Na jakiej zasadzie dobierano więc pilotów i osoby z sił specjalnych?

Wszyscy byliśmy ochotnikami. Ale muszę przyznać, że wśród komandosów była długa kolejka ochotników. Oczywiście rozumieliśmy, że to bilet w jedną stronę. Dlatego byliśmy ubrani nie w mundury wojskowe, ale w ubrania cywilne. Miało to znaczenie w scenariuszu ewakuacji pilotów przez terytorium zajęte przez wroga. Oczywiście jedynie w przypadku, gdybyśmy przeżyli zestrzelenie śmigłowca, co była bardzo mało prawdopodobne.

Opowiem pewną historię. Przed jednym z lotów nasz śmigłowiec był w pełni załadowany zapasami i uzbrojeniem. Mogłem usiąść na dodatkowym zbiorniku paliwa lub na skrzynkach z amunicją. I pomyślałem tak: jeśli usiądę na skrzynkach z amunicją, to może nie zginę, ale cały ładunek poleci do przodu, a to oznacza, że prawdopodobnie połamię sobie nogi i mogę trafić do niewoli. A tego, szczerze mówiąc, nie chciałem.

Druga opcja — usiąść na zbiorniku paliwa: w tym przypadku, w razie upadku, giniesz na miejscu, nawet nie cierpiąc. Ta opcja przemawiała do mnie bardziej niż ta pierwsza — usiadłem więc na zbiorniku z paliwem. Do Azowstalu lecieliśmy około godzinę.

W tym czasie żołnierze w Azowstalu już na was czekali i byli gotowi do odebrania ładunku?

Tak, oczywiście. Wyznaczali miejsce lądowania, kierując się aktualną sytuacją. Za każdym razem miejsce lądowania było inne. I za każdym razem wykonywali niezliczone manewry, biorąc na siebie ogień wroga, abyśmy mogli wylądować.

Ale zdarzyła się też sytuacja komiczna. Dowództwo stwierdziło, że w stosunkowo bezpiecznej okolicy jest mały placyk, na którym można wylądować. Ale widzimy, że na tym placyku jest słup. Kontaktujemy się więc z chłopakami z Azowstalu i mówimy o tym słupie. Oni na to: "dajcie nam 5 minut". Słyszymy tylko parę wybuchów i po 5 minutach dzwonią do nas i mówią: "słupa już nie ma, możecie lądować".

Jak wyglądała sytuacja w kombinacie? Ilu rannych udało się wam zabrać ze sobą?

Jak tylko wylądowaliśmy, zaczęliśmy wyładowywać amunicję. W tym czasie z podziemnych bunkrów wyjechały pojazdy z rannymi i załadowaliśmy je do śmigłowców. Mój lot zabrał w sumie osiem osób, większość na noszach. Tylko trzy z nich mogły siedzieć. Ja leciałem na stojąco, trzymając nosze z rannymi.

Mniej więcej tyle samo rannych zabrał wtedy drugi śmigłowiec. Zdarzało się, że kolejne loty mogły zabrać więcej osób, jeżeli mogły siedzieć. Ale były też przypadki, gdy obrońcy Azowstalu nie mogli zabrać rannych do punktu ewakuacyjnego z powodu ostrzału.

Wierzył pan, że wróci z takiej misji?

Tak, musieliśmy przeżyć. To był pierwszy tego typu lot. I musieliśmy pokazać, że niemożliwe jest możliwe. Oczywiście było to przerażające. Ale kiedy myślisz o chłopakach z Azowstalu, to zdajesz sobie sprawę, że twój strach jest niczym, w porównaniu z tym, co oni tam przeżywali.

Co czułeś, kiedy dotarło do ciebie, że żyjesz i że twój lot zakończył się sukcesem?

To było po wylądowaniu na lotnisku, gdzie tankowaliśmy paliwo. W tym momencie emocje dały o sobie znać. Wysiadłem z samolotu, usiadłem na trawie i zapaliłem papierosa. To był pierwszy papieros od początku lotu. W tym momencie nie myślałem o jutrze, po prostu zdałem sobie sprawę, że wrócę do domu i zobaczę moją rodzinę.

Z tego co wiem, nie wszyscy pasażerowie siedmiu lotów wrócili do domu?

Zgadza się. Ta informacja jest poufna. Mogę tylko powiedzieć, że jeden śmigłowiec został oficjalnie uznany za trafiony. Na pozostałe mamy określenie — "nie udało się nawiązać kontaktu". Dopóki my lub międzynarodowi eksperci nie uzyskają dostępu do tych miejsc, nie możemy potwierdzić, że doszło do trafienia.

Czy gdzieś na świecie były podejmowane podobne operacje?

Nie, to była absolutnie wyjątkowa akcja.

Dlaczego w ogóle tak ważna była kontrola zakładów Azowstalu?

Cały sens nie leżał w heroicznej obronie zakładów. Mało kto wie, ale nasi obrońcy Azowstalu swoimi działaniami związali całą rosyjską 8. Armię. Była ona skoncentrowana w pobliżu Mariupola, bo Rosjanie spodziewali się wojskowej próby odblokowania miasta.

onet.pl

Pewnego wieczoru w czerwcu 2022 r. do drzwi jednego z domów w Kijowie zapukali uzbrojeni mężczyźni: — Dobry wieczór, proszę otworzyć drzwi, mamy informacje, że jest pan szpiegiem i mamy rozkaz pana aresztować.

Piotr był jedynym pozostałym mieszkańcem bloku. Zadzwonił do znajomych i pomyłka została szybko wyjaśniona. Ludzie z Gwardii Narodowej pomylili drzwi, szukali numeru 10, a zadzwonili pod dziewiątkę.

Pod dziesiątką od roku mieszkała młoda, skryta kobieta. Pewnego dnia na początku marca nagle stanęła przed Piotrem ze spakowaną torbą. Spieszyła się i zapytała, czy mógłby zająć się jej kotem. Nie mógł. Kobieta zniknęła.

Kiedy w lutym Rosja zaatakowała Ukrainę, stolica była jednym z głównych celów inwazji. Nie zatrzymując się na wsiach i małych miasteczkach, rosyjskie wojska próbowały szybko okrążyć Kijów — podczas gdy w mieście działały jednocześnie grupy dywersyjne. Fakt, że obawiano się upadku ukraińskiej stolicy w pierwszych dniach wojny, był wynikiem rosyjskiej operacji, która — jak sugerują nasze badania — była przygotowywana od 2019 r.

Cele Moskwy były jasne: konsekwentna infiltracja państwa ukraińskiego, wpływanie na pracę ukraińskich służb specjalnych SBU, szpiegostwo, sabotaż. Ale Kijów nie upadł ani w lutym, ani później. Mówi się, że nieudana operacja kosztowała pracę dziesiątki pracowników rosyjskich służb specjalnych FSB.

"Pojawili się znikąd" — mówi młody człowiek, który ze względów bezpieczeństwa woli pozostać anonimowy. Mieszka w pobliżu siedziby ukraińskiego Sztabu Generalnego w Kijowie, jednego z głównych celów sabotażystów w pierwszych dniach inwazji. "Mieli materiały wybuchowe, broń i pojazdy". I mieli jasno określone cele. Poza Sztabem Generalnym także siedzibę prezydenta, Ministerstwo Obrony, bazy wojskowe w mieście, skrzyżowania.

Ale Kijów okazał się twardym orzechem do zgryzienia.

(...)

Wszystkie wykopane od lutego gniazda szpiegów i sabotażystów mają jedną wspólną cechę: rosyjscy szpiedzy wprowadzili się do mieszkań co najmniej rok temu. Wewnętrzny dokument ukraińskich służb śledczych szczegółowo opisuje, jak zarządzano tymi grupami. Dokument został nam przekazany przez wysoko postawione źródło w ukraińskim wojsku.

Na czele siatki sabotażystów w Kijowie stał Igor Czumakow, urodzony w 1972 r., pracownik FSB z Moskwy. Jego zastępcą był Ołeksandr Czulindin, urodzony w 1975 r., również oficer FSB z Moskwy, odpowiedzialny za operacje. Numerem trzy była Marina Terentiewa, urodzona w 1968 r., również z FSB i również stacjonująca w Moskwie, działająca pod przykrywką niezależnej fotografki pracującej dla rosyjskiej agencji prasowej TASS. Terentiewa była odpowiedzialna za rekrutację współpracowników i ocenę zebranych informacji.

Sabotażyści mieli dobre kontakty. Według śledczych pomagali im m.in. Wołodymyr Siwkowycz, niegdyś członek ukraińskiego parlamentu, a w latach 2010-2013 zastępca szefa Rady Bezpieczeństwa Narodowego; oraz Oleg Kulinicz, ostatnio zastępca szefa wydziału w ukraińskiej tajnej policji SBU. Obaj mieli być aktywnie zaangażowani w przygotowywanie inwazji od co najmniej 2019 r. Kulinicz został aresztowany. Siwkowicz zniknął i prawdopodobnie jest w Rosji.

Problem Ukrainy z podwójnymi agentami nie jest nowy. Kiedy w 2014 r. rewolucja obaliła prorosyjskiego prezydenta Wiktora Janukowycza, SBU zakładało, że około 50 proc. pracowników tajnej policji pracuje dla FSB w sposób bezpośredni lub pośredni.

Od tego czasu na pewno jest dużo lepiej, ale w okupowanym obwodzie chersońskim na południu Ukrainy około 60 pracowników SBU podobno przeszło na stronę najeźdźcy — co mogło kosztować Iwana Bakanowa, wieloletniego szefa SBU i powiernika prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, utratę pracy.

Rosyjscy agenci w ukraińskiej SBU prawdopodobnie spowodowali realne i poważne szkody. Według śledczych, 24 lutego o godzinie 01.03 rano Kulinicz został poinformowany przez agentów SBU na Krymie o zbliżającej się inwazji tej samej nocy o godz. 4 nad ranem. Kulinicz przeczytał wiadomość o godz. 1.11, ale nie przekazał jej przełożonym. Jak wynika z akt, Kulinicz otrzymał wcześniej instrukcje, by zatrzymać przepływ informacji o przygotowaniach do rosyjskiego ataku.

Według naszych rozmówców oficerowie SBU podobno przekazali rosyjskim wojskowym dokładne plany pól minowych wzdłuż wewnętrznej granicy z okupowanym Krymem.

Oprócz bieżących celów militarno-strategicznych, zgodnie z aktami śledztwa, sabotażyści mieli przejąć kontrolę nad całą SBU. W związku z tym Kulinicz pracował nad przemyceniem zaufanej osoby z FSB do pracy w dziale kadr SBU, by móc obsadzić strategicznie ważne stanowiska swoimi ludźmi i pozbyć się z SBU ludzi niechcianych przez Mokwę.

onet.pl/Die Welt

Stawianie tezy o szerokiej kontrofensywie ukraińskich wojsk przeciwko rosyjskim siłom na południowym odcinku frontu jest ryzykowne; można raczej mówić o operacjach ofensywnych na ograniczoną skalę, służących pokrzyżowaniu politycznych planów Kremla – ocenił w rozmowie z PAP ekspert warszawskiego Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW) Piotr Żochowski.

Analityk podkreślił, że władze w Kijowie zapowiadały w ostatnich tygodniach kontruderzenie na południu kraju, szczególnie w obwodzie chersońskim, lecz prawdopodobnie nie będzie to ofensywa o frontalnym charakterze, która zmusiłaby najeźdźców np. do opuszczenia zajętych dotychczas terytoriów.

"Rosyjskie wojska przerzuciły na ten odcinek frontu dodatkowe siły, natomiast Ukraina nie dysponuje wystarczającymi zasobami, by odbić utracone tereny w regionach chersońskim czy zaporoskim. Trzeba też jednak pamiętać, że oświadczenia Kijowa potwierdzające ten stan rzeczy, czyli odnoszące się do niewystarczającej ilości uzbrojenia, są próbą wywarcia presji na Zachód, aby kontynuował dostawy broni i amunicji. Warto to postrzegać nie tylko przez pryzmat sytuacji na froncie, ale również działań dyplomatycznych, służących utrzymaniu wysokiego poziomu wsparcia w konflikcie z Rosją" – zauważył Żochowski.

Według eksperta OSW działania Kremla świadczą o tym, że agresja na Ukrainę stanowi element realizacji długookresowych celów politycznych Moskwy, zwłaszcza wobec Zachodu. Rosja zamierza doprowadzić do podziałów wśród krajów UE i NATO co do sensowności dalszej pomocy militarnej dla Kijowa.

"Rosyjskie postępy terytorialne są osiągane powoli, a Kreml, oszczędzając własne siły, liczy na to, że druga strona w końcu zacznie się łamać. Druga strona, czyli głównie Zachód. Inwazja na Ukrainę, w połączeniu m.in. z komunikatami straszącymi użyciem broni jądrowej, ma być narzędziem politycznego nacisku Moskwy na świat zachodni" – podkreślił rozmówca PAP.

Jako przykład rosyjskiej taktyki, będącej kombinacją środków militarnych i dyplomatycznych, Żochowski wskazał porozumienie z 22 lipca w sprawie odblokowania eksportu zboża z ukraińskich portów. Dzięki umowie ze Stambułu Rosja występuje na arenie międzynarodowej jako państwo "ratujące świat przed kryzysem żywnościowym". Jednocześnie Kremlowi udało się w ten sposób zintensyfikować relacje z Turcją i zmniejszyć skalę politycznej izolacji.

W odniesieniu do zamierzeń Rosji wobec Ukrainy, realizowanych przy pomocy środków wojskowych, najbliższym politycznym celem Moskwy będzie prawdopodobnie aneksja zajętych terenów sąsiedniego kraju.

"Dlatego najeźdźcy obawiają się, że skuteczne ostrzały ich pozycji, przeprowadzane przez ukraińskie wojska, a także udane operacje ofensywne Kijowa wpłyną na morale mieszkańców okupowanych ziem. Miejscowa ludność może uzyskać nadzieję na wyzwolenie i podejmować coraz bardziej odważne akcje dywersyjne. Z tego powodu rosyjska armia zintensyfikowała na południu Ukrainy działania filtracyjne, starając się zabezpieczyć tyły" – powiedział Żochowski.

Wojskom agresora prawdopodobnie nie wystarczy już jednak sił i środków na dalsze natarcia, np. w kierunku Mikołajowa czy Odessy. "Zajęcie tych terenów wymagałoby zaangażowania dużej liczby osób w celu utrzymania okupacyjnej administracji" – zaznaczył analityk.

Innym problemem Moskwy są znaczne straty w ludziach, które Kreml stara się za wszelką cenę ukryć w obawie przed niezadowoleniem społecznym. "Warto w tym kontekście spojrzeć na rosyjskie komunikaty z frontu w Donbasie. W raportach piszą o +połączonych siłach+, czyli również wojskach samozwańczych Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej. Chodzi o zbudowanie przekazu, że to kto inny ma kłopoty, a nie my" – dodał ekspert.

PAP

Co więc Ukraina może zaoferować?

Ukraińcy są bardzo ważni, chociażby ze względu na różne sprawy związane z wywiadem elektronicznym. Chciałbym zwrócić też uwagę na to, co się stało w czasie wojny. Gdy Ukraińcy zaczęli przejmować rosyjski sprzęt, okazało się, że jest on wyposażony w elementy produkowane w Stanach Zjednoczonych, ale objęte zakazem sprzedaży.

Przekazano to Amerykanom i w tej chwili FBI prowadzi dochodzenie, szuka źródła przecieku do Rosji zakazanych materiałów. Wiadomo, jakie amerykańskie firmy to wyprodukowały i kiedy, sprawa jest do wyjaśnienia, można wykryć siatkę, która pozwalała przełamywać embargo. Współpraca w takim zakresie może być nawet cenniejsza niż osobowe źródła informacji.

Amerykanie pomagali Ukrainie zbudować służby od nowa?

(...)

Za operacje w krajach Wspólnoty Niepodległych Państw, a zwłaszcza na terenie Ukrainy, odpowiada specjalny pion, V Służba FSB, kierowana przez gen. Siergieja Besedę.

V Służba to bardzo duży i bardzo wpływowy departament Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji. Nie wywiadu.

Rosjanie nie pogodzili się z tym, że państwa byłego ZSRR są samodzielne, więc uznali, że będą one celem nie wywiadu, tylko kontrwywiadu. Dlatego pion, który odpowiadał za Ukrainę, był pionem w FSB, a nie w SWR czy GRU. V Służba otrzymała potężne środki, żeby na Ukrainie ugruntować rosyjskie wpływy i przygotować zaplecze na tyłach wojsk ukraińskich, by w jak największym stopniu było ono kontrolowane przez rosyjskie służby. Planowana była również wielka akcja ogłaszania w poszczególnych regionach następnych republik ludowych, podobnych do ługańskiej czy donieckiej.

Potężne środki to…

Mówi się, że gen. Beseda dostał budżet 5 mld dol., które w większości zostały rozkradzione, m.in. przez niego. Nie wierzę w to. Po pierwsze, nie wierzę w 5 mld dol. Po drugie, uważam za grubą przesadę mówienie, że te pieniądze zostały w przeważającej części rozkradzione.

Jeżeli popatrzymy na sytuację polityczną na Ukrainie przed agresją, to drugą partią w parlamencie była prorosyjska Opozycyjna Platforma – Za Życie, której jednym z szefów był Wiktor Medwedczuk. Miała ona kilkudziesięciu deputowanych w Radzie Najwyższej. Gdy wybuchła wojna, część z nich uciekła do Rosji, a część została, udając, że są ukraińskimi patriotami.

Może naprawdę nimi są?

Niedawno jeden z tych deputowanych, Andrij Derkacz, zresztą były oficer SBU, został aresztowany. Okazało się, że finansował firmy ochroniarskie, płacił im za gotowość. Polegała ona na tym, że jak rosyjskie wojska zaczną wchodzić, to oni mieli zabezpieczać zaplecze. Wydało się to wszystko stosunkowo niedawno. Za darmo takiej operacji, którą planował Derkacz, się nie robi, więc te pieniądze, które miał Beseda, nie zostały w całości rozkradzione, one sfinansowały wiele przygotowań. Nadaremnych.

Gdyby desant na Kijów Rosjanom się udał, być może wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. A ponieważ się nie udał, uruchomiona została fala ukraińskiego patriotyzmu, poczucia godności; to Rosjanom pokrzyżowało plany. A one były. Projekty ogłaszania "niepodległych republik" szły wprost z FSB.

Jak SBU aresztuje jakąś kolejną grupę, to są w niej i dywersanci, i magazyn broni, i przy okazji jakichś paru polityków, przeważnie działacze Za Życie, którzy mieli organizować komitety ogłaszania kolejnej "niepodległej republiki". Nawet w Iwano-Frankowsku, przy samej granicy z Polską, została zatrzymana taka grupa. Czyli V Służba oprócz działań czysto wywiadowczych i dywersyjnych uruchomiła duży projekt polityczny. Co ciekawe, poglądy głoszone przez Za Życie to była skrajna ksenofobia. Skierowana przeciwko migrantom, przeciwko mniejszościom seksualnym, z naciskiem na to, że liczą się tylko etniczni Rosjanie.

Na pewno nie udała się operacja wstawienia Wiktora Medwedczuka, jednego z najbardziej znanych ukraińskich oligarchów, jednego z szefów Za Życie, zwanego kumem Putina, na stanowisko prezydenta.

Takie są informacje – że gdyby na początku wojny operacja zdobycia Kijowa się powiodła, Medwedczuk byłby prezydentem. Dlatego nie został ewakuowany odpowiednio wcześniej.

Bo do 24 lutego przebywał w areszcie domowym…

Jego firmy uczestniczyły w wywożeniu surowców z Krymu. Miał w związku z tym zarzut zdrady stanu, przebywał w areszcie domowym. Jak się zaczęła wojna, to z tego aresztu uciekł. Oficerowie SBU i policji, którzy go pilnowali, albo zostali przekupieni, albo byli agentami FSB. Zwiał więc z aresztu i czekał gdzieś w ukryciu na rozwój sytuacji. Liczył, że wojska rosyjskie zdobędą Kijów i ogłoszą go prezydentem.

A Kijów się obronił.

Zdecydowano zatem, że trzeba go wywieźć do Tyraspolu, do Naddniestrza. Nie chcieli go wywozić w stronę granicy rosyjskiej czy białoruskiej, bo się bali, że tam będą szczelne kontrole. Wiedzieli, że jest poszukiwany, nie wiedzieli natomiast, że w swojej grupie mają agenta – a ewidentnie mieli.

Jak chcieli go wywieźć?

Przebrali się wszyscy w mundury i udawali, że są konwojem wojskowym, który jedzie w stronę Odessy. A tak naprawdę mieli dojechać w pewne miejsce, w którym mieli się zatrzymać i przeskoczyć przez granicę. Żeby utrudnić SBU działanie, znaleźli ileś sobowtórów Medwedczuka i zaczęli ich wysyłać w różne strony, także w stronę granicy ukraińsko-polskiej. Sądzę, że byłem mimowolnym świadkiem tej akcji.

To znaczy?

W tym czasie byłem w konwoju, który pojechał do Winnicy, i stamtąd wracaliśmy. Zabraliśmy ze sobą kilkadziesiąt osób, głównie kobiet i osób starszych. I w tej grupie był taki agent. Mężczyzna powyżej sześćdziesiątki przypominał z wyglądu Medwedczuka. Gdy zbliżaliśmy się już do granicy, on nagle dostał zapaści. Czy była prawdziwa – trudno mi wyrokować.

Na szczęście była z nami ratowniczka medyczna, zbadała go i niczego nie stwierdziła. Zaczęła go więc pytać, dlaczego tak się denerwuje. Odpowiedział jej, że był kiedyś oficerem KGB, stąd te nerwy. Potem pytały go też inne osoby. Każdej powiedział co innego. Ratowniczce – że był oficerem KGB. Jednej kobiecie – że był doradcą prezydenta. Innej – że był deputowanym Partii Regionów.

Wszystko się zgadza – Medwedczuk był oficerem KGB, był doradcą prezydenta i był w Partii Regionów. Dowcip polega na tym, że jak ktoś opowiada takie rzeczy, to robi wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę.

I on chciał zwrócić na siebie uwagę?

Ewidentnie. Po to, żeby służby ukraińskie go złapały i ogłosiły koniec poszukiwań. Ale Ukraińcy wszystko to wiedzieli! I wyjęli konwój z prawdziwym Medwedczukiem jak swój. A składał się on właściwie z samych oficerów SBU i policjantów, wszyscy albo byli przekupieni, albo wprost byli rosyjskimi agentami. Jednocześnie był w tej grupie ktoś, kto pozostał wobec Ukrainy lojalny. On konwój wydał. I w ten sposób rosyjska operacja się rozsypała.

Można się pogubić w tych podwójnych, a czasami potrójnych agentach.

Agentura rosyjska była i jest w ukraińskich służbach. Ale Ukraińcy coraz sprawniej ją identyfikują. To miało krytyczne znaczenie w pierwszych godzinach inwazji, kiedy uniemożliwili zajęcie obiektów rządowych i wysunięcie Medwedczuka na prezydenta. A rozwaleniem Moskwy zablokowali możliwość desantu na Odessę.

Zatopienie Moskwy było skomplikowaną operacją.

Krąży wersja, że wielką rolę odegrał tu amerykański samolot do zwalczania okrętów nawodnych P-8 Poseidon. Wyleciał on z bazy na Sycylii, nad Rumunią wyłączył swoje sygnały identyfikacyjne i wyśledził, gdzie jest krążownik, podał jego dokładne położenie.

Moim zdaniem zrobił jeszcze jedno – sprawdził, czy systemy obrony przeciwrakietowej Moskwy działają. Ukraińcy, odpalając rakiety – to były neptuny – wiedzieli, że Moskwa przed nimi się nie obroni. Ta informacja miała krytyczne znaczenie. W konsekwencji Rosjanie musieli się wycofać z Wyspy Węży.

onet.pl/Przegląd

Od lutego w okupowanych przez Rosję obwodach donieckim i ługańskim w Ukrainie przeprowadzono mobilizację ponad 100 tys. losowo wybranych mężczyzn. Wśród poborowych znaleźli się muzycy Donieckiego Towarzystwa Filharmonicznego, którzy zostali wcieleni do wojska 23 lutego, kilkanaście godzin przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji. Kierownictwo Filharmonii oszukało ich, że odbędą jedynie trzydniowe ćwiczenia wojskowe, ale w rzeczywistości zostali wysłani w rejon walk bez żadnego przygotowania. Otrzymali rozkaz udziału w oblężeniu Mariupola.

Matwiej, jeden z członków stowarzyszenia muzycznego, zaczął pisać dziennik w kwietniu, używając zeszytu i długopisu, które znalazł w opuszczonym mieszkaniu w ośmiopiętrowym budynku w Mariupolu. Ten dziennik dowodzi, że niewykwalifikowani artyści zostali wysłani do piekła w Mariupolu bez żadnego szkolenia.

Andriej Kaganski, dziennikarz Nowej Gazety.Europa, odtwarza wydarzenia z pierwszego tygodnia pobytu Matwieja w Mariupolu i ujawnia, przez co on i jego koledzy muzycy przeszli podczas wojny.

"Walki zaczęły się wcześnie rano; to był pieprzony koszmar. Przyszedł snajper i zabił dwóch ludzi. Ze wszystkich stron bombardowano nas pociskami i minami. Byłem naprawdę przerażony i kiedy został mi tylko 1 proc. baterii w telefonie, napisałem Annie pożegnalną wiadomość i przycisnąłem ciało do ściany. Nie mogłem przestać się trząść, myślałem, że dom przewróci się na bok" — tak napisał Matwiej w swoim dzienniku 2 kwietnia. Zgodził się porozmawiać z nami pod warunkiem zachowania anonimowości (zmieniliśmy jego imię).

Matwiej uważa się za obywatela Ukrainy; z powodów politycznych nie zdecydował się na wzięcie rosyjskiego paszportu. Matwiejowi nie udało się opuścić Doniecka w 2014 r.; później zdecydował się zostać u swoich krewnych. — Jeśli toczyły się jakieś walki, musieliśmy żyć bez prądu przez kilka dni. To oczywiście coś, co można znieść. Nie ma wody, znowu trzeba czekać. Nie można było też wychodzić w nocy z powodu godziny policyjnej. Ale w końcu się do tego przyzwyczaiłem — mówi.

Matwiej nie chciał walczyć, podobnie jak wszyscy jego koledzy, którzy zostali zwerbowani. Nikt nie chciał iść na wojnę.

Zostali powołani do wojska 23 lutego w trybie natychmiastowym. Sekretarka z pracy Matwieja zadzwoniła do niego w południe, mówiąc, że ma trochę czasu na spakowanie rzeczy i dotarcie na miejsce spotkania. Matwiej wziął telefon, ubrania i suchy prowiant na trzy dni, ponieważ powiedziano mu, że tyle będą trwały ćwiczenia.

Tłum muzyków i personelu pomocniczego zebrał się w pobliżu budynku filharmonii o godz. 15, wszyscy mieli ze sobą torby. Krewni odprowadzali ich na miejsce. Paweł Czuprina, doniecki korespondent wojenny i były operator rosyjskiej stacji LifeNews, stał po drugiej stronie ulicy, nagrywając wywiad dla prorosyjskiego kanału Donbassr na Telegramie.

Czuprina jest również kamerzystą w filharmonii. W tym krótkim nagraniu mówi, że około 50 osób zebrało się w pobliżu budynku, niektórzy zostali oficjalnie wezwani, inni zgłosili się na ochotnika.

— To totalna bzdura, że to byli ochotnicy — mówi Anna, żona Matwieja. Jest ona koleżanką Matwieja z pracy, gra w orkiestrze. Jak mówi, ani jej mąż, ani żaden z jego kolegów nie otrzymał żadnego oficjalnego powiadomienia. Żaden z nich nie wiedział, że oni także są filmowani.

W Donieckiej i Ługańskiej Republice Ludowej mobilizacji podlegali wszyscy mężczyźni w wieku od 18 do 55 lat. Jedna z pracownic towarzystwa muzycznego powiedziała mi, że najstarszy mężczyzna zabrany 23 lutego miał ponad 50 lat. Niektórym muzykom groziły zarzuty karne za niestawienie się, ale nadal są formalnie zarejestrowani jako ochotnicy, więc to, co mówi Czupryna, jest oficjalnym stanowiskiem lokalnych władz.

Nawet fakt, że większość muzyków nigdy nie służyła w wojsku, nie powstrzymał organizatorów mobilizacji. Nie pomogły nawet problemy zdrowotne czy posiadanie małego dziecka — kilku muzyków zadzwoniło do administracji, żeby zwrócić uwagę na te sprawy, ale nie zostali wykluczeni z list mobilizacyjnych. Kiedy donieckie fabryki i przedsiębiorstwa państwowe otrzymały rozkaz wysłania połowy swoich pracowników płci męskiej do biura poboru, to właśnie ta administracja zdecydowała, którzy mężczyźni zostaną zwolnieni z mobilizacji.

Tego samego dnia muzycy zostali zabrani do ośrodka poboru w Makijiwce, mówi Matwiej. W nocy temperatura spadła do prawie 0 st. C, ale poborowi byli zmuszeni spędzić dwie noce na zewnątrz. — Kobieta, która rozdawała buty bojowe, kazała nam zatrzymać pudełka, powiedziała, że będą nam potrzebne. Miała rację, używaliśmy ich jako łóżek przez następne dwie noce — opowiada muzyk.

Po dwóch dniach poborowi zostali przeniesieni do baraków. Po tym wydarzeniu Matwiej prawie nie widział swoich kolegów: cały oddział został podzielony na mniejsze grupy. Umieszczono go w małym pokoju z jednym łóżkiem obok siedmiu innych poborowych. W nocy spali na podłodze, a w dzień wozili pociski do wyrzutni rakiet Grad. Niewiele czasu minęło, zanim Matwiej zachorował, podobnie jak jego "towarzysze broni".

Wkrótce spotkali poborowych z Opery Donieckiej, Chóru Donbasu i miejscowego cyrku. Większość z nich była muzykami lub śpiewakami, niektórzy byli tancerzami lub pracownikami technicznymi. Wszyscy się znali; Matwiej mówi, że cała grupa przybyła tego samego dnia, w sumie około 80 osób. (Członek Chóru Donbasu powiedział później Nowej Gazecie.Europa, że obiecano im również ukończenie kursu ćwiczeń wojskowych i nic więcej: — Trzydniowe ćwiczenia, tak nam powiedzieli).

Całej grupie nadano przydomek Dywizja Kultury. Matwiej mówi, że nie wie, skąd wzięła się ta nazwa, ale stała się niemal oficjalna, ponieważ używali jej sami muzycy, ich żony, a nawet lokalni dowódcy wojskowi.

W pierwszym miesiącu wojny członkowie Dywizji Kultury mogli dość często spotykać się z krewnymi. — Wychodził z bramy koszar na 5-10 min. Dawałam mu rzeczy, rozmawiałam przez chwilę i to wszystko. Odwiedzałam go dwa lub trzy razy w tygodniu — mówi Jelena, żona jednego z orkiestrantów. Przynosiła mężowi jedzenie, leki i prała ubrania, podobnie jak inni krewni.

Mobilizacja w Donbasie przypomina kataklizm. Według danych Ukraińskiej Grupy Praw Człowieka "Wschód", do wojska wcielono tam w sumie 140 tys. mężczyzn i prawie 100 tys. wysłano w rejon walk. Obwody ługański i doniecki stoją w obliczu katastrofy przemysłowej: zarówno z powodu ostrzału, jak i dlatego, że większość personelu została wcielona do wojska. Nie ma już nikogo, kto mógłby pracować w fabrykach czy kopalniach.

Makijiwka jest oddalona o pół godziny jazdy samochodem od Doniecka, ale nie wszystkie rodziny mają samochody, a autobusy i taksówki przestały kursować między miastami — mówi Anna. Wszystko dlatego, że miejscowi mężczyźni ukrywali się w domach, by uniknąć poboru lub śmierci w wyniku ostrzału. W lutym miejskie stacje rekrutacyjne dosłownie porywały mężczyzn z ulic i zmuszały ich do wsiadania do autobusów, by wywieźć ich w rejon walk. Dotarcie do Makijiwki było dla Anny prawdziwym wyzwaniem, ale mimo to często odwiedzała męża.

Matwiej i jego koledzy z poboru pracowali jako jednostka logistyczna do 27 marca. Tego dnia otrzymali sprzęt wojskowy: stare poradzieckie hełmy oraz kałasznikowy z czarnymi plastikowymi kolbami. Nie dano im kamizelek kuloodpornych. Matwiej i krewni jego kolegów z orkiestry twierdzą, że żadna osoba z Dywizji Kultury nie przeszła żadnego przeszkolenia w używaniu broni lub taktyce walk.

Grupa została zapędzona do ciężarówek wczesnym rankiem, gdzie w czasie jazdy w rejon walk uczono ich przeładowywać karabin.

Muzycy pytali swoich dowódców, dokąd są zabierani, ale żaden z nich nie odpowiadał. — Kiedy dotarliśmy do Dokuczajewska na południe od Doniecka, zapytali nas: »Czy wy naprawdę nie macie pojęcia, dokąd jedziecie?« Wtedy stało się jasne, że jedziemy do Mariupola — kontynuuje Matwiej. — Nikt z nas nie chciał tam jechać, ale nikt nie miał złudzeń. Wszyscy myśleliśmy, że po prostu każą nam pilnować blokad dróg. Nikt z nas nie miał pojęcia, że połowa grupy zginie w ciągu pierwszych 40 min walki.

Pierwszy wpis w dzienniku Matwieja pochodzi z 28 marca: tego dnia grupa została przerzucona do Mariupola. Miasto było wtedy oblężone od prawie miesiąca: trwały walki uliczne, brakowało prądu i wody, nie było już internetu. "Działa znajdowały się w pobliżu, więc było tam bardzo głośno, a pociski co jakiś czas uderzały o ziemię. Staliśmy w wąskim korytarzu, czekając na rozkazy. Kiedy zajrzałem do biura, zobaczyłem krew na całej ścianie" — pisze w swoim dzienniku Matwiej.

Byli tam też inni poborowi. Wszyscy zostali podzieleni na 10-osobowe grupy. "Kazali nam wyrzucić zbędne rzeczy, powiedzieli, że będziemy mieszkać w opuszczonych domach. Oczywiście nikt niczego nie wyrzucił" — pisze Matwiej. — "Podjechała po nas ciężarówka, a my stłoczyliśmy się w niej jak sardynki. Ciężarówka poruszała się bardzo szybko, miasto było wtedy tylko ruiną. Wszędzie stały powykręcane samochody".

Grupa Matwieja została wysadzona w sercu miasta, obok zniszczonego przez rosyjską rakietę Teatru Dramatycznego. Poborowych wprowadzono do budynku i kazano im zająć pozycje przy oknach. Dowódca kazał im wycelować AK w okna bloku mieszkalnego po drugiej stronie ulicy.

Dowódca powiedział poborowym, że w tamtym budynku są ukraińscy snajperzy z pułku Azow. "Jeśli zobaczycie jakiś ruch, strzelajcie".

Ukraińcy, których dowódca nazwał "snajperami z pułku Azow", oddawali pojedyncze strzały lub pluli seriami. "Byli o wiele lepsi w używaniu broni niż my" — pisze Matwiej. Jedyne doświadczenie strzeleckie, jakie miał wcześniej, było na strzelnicy. Nikt z Dywizji Kultury nie miał żadnego szkolenia strzeleckiego w Makijiwce. Matwiej twierdzi, że nie mógł strzelać do żywych ludzi i celował ze swojego AK tak, by nie trafić w okna.

Grupie nie udało się zdobyć budynku za pierwszym podejściem. Dostali się pod ogień, gdy weszli na patio i musieli uciekać. "Zaczęli do nas strzelać, gdy tylko otworzyliśmy drzwi. Stało się jasne, że to cholernie poważna sprawa i że zaraz zostaniemy zabici. (...) Słyszałem latające kule, czułem zapach prochu i widziałem iskry na ziemi" — czytamy w dzienniku Matwieja.

Matwiej wycofał się i dołączył do swoich towarzyszy w budynku mieszkalnym: "Kazano nam zająć pozycje przy oknach i strzelać byle gdzie, żeby zmusić snajperów do schylenia się i umożliwienia nam ruchu". Ukraińskie kule, jak opisuje Matwiej, dosłownie robiły dziury w ścianach.

Poborowi bali się wystawiać głowy przez okna, więc ich dowódca strzelał, a poborowi kryli się i przeładowywali mu broń. Matwiej tak opisuje koniec tego dnia:

"Kiedy w sąsiednim domu pojawiły się nasze posiłki, Ukraińcy zaczęli używać granatników. Granat uderzył w ścianę kilka metrów nad moją głową. Uszkodziłem sobie bębenki i prawie wypadłem przez okno. Walka trwała do zmroku. Dwóch ludzi pełniło wartę, było zupełnie ciemno, więc mogliśmy polegać tylko na naszych uszach. Wcześnie rano włamaliśmy się do opuszczonego mieszkania i zasnęliśmy na kanapie z innym kolegą, Timochem. Wkrótce obudziliśmy się, bo w oknach roztrzaskały się szyby, a pociski przebiły się przez ściany. Walka trwała dalej".

W dzienniku Matwiej szczegółowo opisuje swoje ruchy. Jego pierwszy tydzień w Mariupolu jest opisany w zasadzie krok po kroku — wszystko, co wydarzyło się w tym tygodniu, jest związane z ośmiopiętrowym budynkiem z cegły, tym, do którego Matwiej niecelnie strzelał podczas pierwszego dnia w mieście. To dom nr 27 na ul. Metalurgicznej.

Matwiej opisuje, jak wyglądała tego dnia północna strona domu: na parterze płonęła kawiarnia, balkony były uszkodzone, większość okien zniknęła. Po resztkach dymu można poznać, które mieszkania spłonęły całkowicie.

Ale co działo się w domu przed przybyciem Dywizji Kultury? Ta informacja jest dostępna dzięki "czatowi domowemu" — są to czaty, które mieszkańcy Mariupola tworzyli i używali do poszukiwania osób, z którymi stracili kontakt z powodu wojny. W marcu w piwnicy tego budynku ukrywali się ludzie.

Ksenia (imię zmienione) jest jedną z uczestniczek czatu. Mieszkała w pobliżu, ale ukrywała się w piwnicy domu nr 27. Była tam, kiedy wybuchł pożar: mówi, że ogień wybuchł 27 marca, czyli dzień przed przyjazdem muzyków z Doniecka. Najprawdopodobniej dom zapalił się z powodu ostrzału — przed pożarem pojawiły się ostrzeżenia o nadchodzących atakach. Później codziennie słyszała wybuchy: — Były tak silne, że ściany piwnicy się trzęsły, a w powietrzu unosił się pył.

Piwnica znajdowała się w pobliżu jednego z miejsc pożaru: dym był wszędzie. Żołnierze mówili im, że muszą uciekać przy pierwszych oznakach ognia. — Na ulicy nic nie było widać z powodu gęstego, czarnego dymu, otaczały nas odgłosy strzałów. Gdy przechodziliśmy przez ulicę, strzelano do nas — mówi Ksenia zapytana o dzień, w którym opuściła schronienie. Dodaje, że wszystkim osobom udało się wyjść z piwnicy bez szwanku. Wkrótce potem udało jej się wyjść z Mariupola na piechotę.

Płonący budynek stoi tuż obok podobnego ośmiopiętrowego domu numer 25. W budynku znajdowały się kawiarnia, centrum sztuki współczesnej i supermarket. Ludzie schronili się w magazynie supermarketu; w domu nr 25 były też dwie piwnice wypełnione ludźmi. Dziewięciopiętrowe domy to najwyższe budynki w dzielnicy, dlatego przyciągnęły uwagę sił ukraińskich jako punkty obronne — mówi mi jeden z byłych mieszkańców domu nr 25.

Dom nr 25 został mniej zniszczony podczas pożaru — według wiadomości na czacie dziesiątki osób wróciły tam do piwnic, żeby się ukryć po pożarze 27 marca. Ukrywali się tam, podczas gdy grupa Matwieja bezskutecznie próbowała zdobyć sąsiedni budynek.

"Nie martw się, nie ma tu żadnych cywilów. Jeśli widzisz osobę ubraną w cywilne ubrania, to na pewno są to [ukraińscy żołnierze]" — Matwiej zapisuje słowa swojego dowódcy. Później, w innej części Mariupola, widział, jak grupa żołnierzy zastrzeliła miejscowego mężczyznę po pięćdziesiątce — mężczyzna biegł w stronę kryjówki, gdy usłyszał strzały. "Dlaczego go zastrzelono? Nikt nie wie. On po prostu szedł, nic nie zrobił. Po prostu zabili cywila bez powodu".

We wczesnych godzinach 30 marca, zgodnie z czatem domowym, ukraińscy żołnierze ewakuowali ludzi ukrywających się w piwnicy ośmiopiętrowego budynku oraz z piwnic pobliskich budynków. Tego dnia strzelanina również rozpoczęła się wcześnie, pisze Matwiej. Jego grupa nadal znajdowała się w domu na pobliskiej ulicy, tym samym, w którym znaleźli się podczas nieudanego szturmu pierwszego dnia.

Wkrótce ich dowódca kazał im się położyć: artyleria zaatakowała budynek oddalony zaledwie o kilkadziesiąt metrów od domu, w którym byli. Celem było centrum biznesowe stojące w pobliżu ośmiopiętrowego domu, w którym, według dowódcy Matwieja, ukrywał się wróg. "Nie było tam nic poza czarnym betonem, popiołem i spaloną blachą. Nie było żadnych ciał. Zostaliśmy w tym miejscu i obserwowaliśmy. Bardzo się bałem. Gdyby nas zaatakowali, wszyscy byśmy, k...a, zginęli" — pisze Matwiej.

Po ostrzale grupa Matwieja ruszyła w stronę dużego prywatnego budynku po drugiej stronie dziedzińca ośmiopiętrowego domu. Budynek znajdował się 100 m na południe od spalonego centrum biznesowego: "Biegliśmy, gdy miny wybuchały w zasadzie niedaleko nas, odłamki spadały na nasze kaski". Z przodu prywatnego budynku prawie trafił go pocisk, pisze Matwiej. Zamiast tego pocisk trafił w torbę przewieszoną przez jego ramię — w czasach sowieckich torba służyła do przechowywania maski przeciwgazowej, ale teraz mieściła różne naboje Matwieja z pięciu różnych magazynków, które dowódca kazał mu tam włożyć.

Udało im się zabezpieczyć pozycję w prywatnym budynku. Walka trwała dalej.

(...)

Następnego ranka Matwiej został przekazany nowemu dowódcy z milicji ludowej — widział, że zmobilizowani mężczyźni nie chcą iść do walki. Muzyk zapisał, jak ten milicjant go "szkolił": — Chcesz iść do nich [Ukraińców]? Zastrzelę cię. Chcesz wracać? Beze mnie chłopaki na tyłach cię zastrzelą.

Dowódca był Czeczenem, to była jego trzecia wojna, nawet próbował zachęcić Matwieja mówiąc mu, że on też się boi.

Gdzie jego dowódca znalazł tego dnia alkohol lub co pił, Matwiej nie wie. Ale pamięta zapach alkoholu. Gdy Matwiej skończył pełnić wartę, Czeczen go obudził: "Pewnej nocy [dowódca] nawalił się i położył się obok mnie, a potem nagle podniósł broń i gdzieś uciekł. Potem po prostu siedział i bawił się bronią. To było straszne, ale udało mi się zasnąć".

Na terenie prywatnym, gdzie znajdował się dom zdobyty przez jednostkę Matwieja, wciąż obecni byli miejscowi — widział, jak rano przygotowywali jedzenie na ulicy. "Szokujące dla mnie było to, że miejscowi lubili naszą obecność" — pisze. Na tym małym skrawku ziemi sąsiadowali cywile i żołnierze obu stron, a strzelaniny odbywały się w pobliżu. Strefa walki, w której uczestniczył Matwiej, również nie była duża — od momentu pierwszej wymiany ognia Matwiej nie oddalił się dalej niż na 200 m od ośmiopiętrowych budynków. Przez cały czas siły Donieckiej Republiki Ludowej atakowały dwa ośmiopiętrowe budynki.

Grupie Matwieja udało się zdobyć dom nr 25 dopiero czwartego dnia walki, 1 kwietnia. Według Matwieja to właśnie tam znalazł notatnik i długopis i zaczął zapisywać wszystko, co wydarzyło się od jego pierwszego dnia w Mariupolu.

Na podwórku Matwiej widział kratery, ciała przykryte prześcieradłami i spalone samochody. Z okna mieszkania na szóstym piętrze budynku Matwiej mógł zobaczyć morze. To stąd Matwiej śledził walki na ulicy Metalurgicznej i widział, jak pociski nadlatujące z kierunku ukraińskich żołnierzy trafiają w budynek — teraz to oni ostrzeliwali ośmiopiętrowe budynki.

Telefony przestały działać w Mariupolu już na początku marca, ale po pojawieniu się milicji ludowej w mieście pojawiły się stacje bazowe donieckiego operatora komórkowego Feniks. Dlatego na tej wysokości budynku Matwiejowi udało się złapać sygnał i zadzwonić do żony po raz pierwszy od przyjazdu do Mariupola. Nie odebrała.

W czasie, gdy Matwiej zadzwonił do Anny, ona stała w trzygodzinnej kolejce po wodę pitną: — Przestałam zabierać ze sobą telefon, wychodząc z domu, straciłam nadzieję, że on zadzwoni. Popłakałam isę, gdy zdałam sobie sprawę, że przegapiłam jego telefon. Wróciłam do domu jakieś pięć minut po jego telefonie i oddzwoniłam... Siedział tam i czekał na mój telefon.

Matwiej nie chce być z dala od swojej żony: w prawie każdym wpisie w dzienniku pisze o tym, jak bardzo tęskni za Anną i relacjonuje chwile, kiedy udaje mu się ją zobaczyć lub z nią porozmawiać. Pewnego razu śnił o niej. Wpis w dzienniku na ten temat przedstawia pewien obraz: w śnie on i Anna, trzymając się za ręce, przechodzą przez drogę, podczas gdy samochody rozjeżdżają ludzi.

Podczas ich rozmowy na ulicy trwała wojna. "Walka toczyła się dalej, czułem, że jeszcze chwila i będzie po mnie" — pisał 1 kwietnia muzyk.

Artyleria znów atakowała ośmiopiętrowy budynek. Matwiej trzymał się na uboczu, dom się trząsł. Jego dowódca, sprawiając wrażenie, jakby to była wielka przysługa, pozwolił mu naładować telefon za pomocą generatora. Zjawili się skądś miejscowi, więc oni, Matwiej i jego przyjaciel razem zaczęli śledzić walkę na zewnątrz, później jedna kobieta dała im patelnię pełną kaszy. Czas mijał, a Matwiej nie przejmował się już tym, że dom się trzęsie. Tak według dziennika minęły kolejne dwa dni w domu przy ulicy Metalurgów i tak zakończył się pierwszy tydzień Matwieja w Mariupolu.

W tym samym czasie siły rosyjskie posuwały się dalej na południe, w kierunku morza — najpierw zajęły stadion i prywatny teren obok, a potem kontynuowały spychanie wojsk ukraińskich w kierunku wału.

Przed opuszczeniem ośmiopiętrowego domu Matwiej znalazł pocztówkę z wierszem zatytułowanym "Pozwól sobie marzyć" — od tego zdania zaczyna się i kończy wiersz. Tej nocy ponownie zadzwonił do Anny. "Może to Bóg daje mi znak, że wszystko będzie dobrze. Przeczytałem wiersz Annie, oboje prawie się popłakaliśmy i poczuliśmy się bardzo emocjonalnie" — pisze w dzienniku. — Płakaliśmy razem. Oboje mieliśmy w głowach przerażające myśli — wiedzieliśmy, że trzeba będzie cudu, żeby Matwiej wrócił. To był dla niego swego rodzaju znak, że przeżyje i będzie mógł zmienić swoje życie na lepsze — mówi Anna.

"Moje zdrowie nie poprawia się, a najgorsze jest to, że zaczynam się do tego przyzwyczajać" — napisał 4 kwietnia Matwiej. Wkrótce wpisy ustają na jakiś czas — Matwiej musiał zostawić dziennik i inne swoje rzeczy osobiste w budynkach, w których stacjonowały siły DRL przed kolejnym przesunięciem żołnierzy do Mariupola. Matwiej kontynuował pisanie, gdy znalazł nowy dziennik — później odnalazł swoje zagubione rzeczy osobiste. Przez cały czas trzymał swój dziennik w ukryciu przed dowódcami: pisał, gdy nikt nie widział.

Ostatnia strona pierwszego zeszytu Matwieja to zapis z 12 kwietnia. Matwiej dowiedział się tego dnia o dwóch zabitych i czterech rannych członkach Dywizji Rozrywki.

W kwietniu Matwiej był kilkakrotnie wysyłany na linię frontu w różnych dzielnicach Mariupola. "To straszne, nie wiemy, jak się zachować" — pisze. Ale niektóre dni były stosunkowo spokojne: spokojna służba wartownicza, wycieczki do baz wojskowych i zadania niezwiązane z walką. "Nosić coś, przynosić coś, sprzątać coś" — wylicza Matwiej.

W dzienniku Matwiej kilkakrotnie opisuje, jak znalazł się pod ostrzałem. Pewnego razu atak artyleryjski prawie zabił kilku ich własnych ludzi z milicji ludowej; innym razem wróg uderzył w czołg w pobliżu Matwieja: "Eksplozja była tak duża, że myślałem, że dom się zawalił. Wieża podskoczyła do poziomu piątego piętra".

W pierwszej połowie kwietnia we wpisach do dziennika niemal bez przerwy pojawiają się wzmianki o walce, ale jest to nadal dziennik muzyka, a nie żołnierza — Matwiej prawie nie opisuje tego, co dzieje się podczas działań wojennych. W większości wymienia zadania, które otrzymał, wydarzenia, które miały miejsce, opisuje swoich kolegów żołnierzy i dowódcę oraz to, jak wyglądało codzienne życie w opuszczonych mieszkaniach. Tam właśnie mieszkali i walczyli zmobilizowani mężczyźni, ale te same mieszkania były przez nich plądrowane w poszukiwaniu jedzenia.

"Szabrowanie jest metodą przetrwania w czasie wojny" — powiedział Matwiejowi jeden z dowódców, gdy po raz pierwszy przyniósł zrabowane jedzenie. W tym momencie w mieszkaniu pozostały tylko rzeczy, które nie miały długiego terminu ważności, na przykład konserwy lub słodycze. "Komendant zatrzymał dla siebie dobre papierosy, dał mi paczkę tanich i powiedział: nie marnuj ich. W zasadzie ukradł papierosy, które były dla nas wszystkich. Ale pieprzyć to, on jest dowódcą" — pisze muzyk. Jedną paczkę papierosów wymienił potem na możliwość ładowania telefonu z generatora.

Używano też zrabowanych rzeczy: futra i kożuchy rzucano na podłogę, żeby na nich spać. Matwiej sprawdził też wszystkie laptopy, żeby przez nie naładować telefon, ale zawsze były całkowicie rozładowane.

W maju Matwiej pisał w dzienniku: "Wczoraj i dzisiaj brałem udział w walce i strzelałem do ukraińskiego czołgu. Te chłopaki to profesjonaliści, uderzyli w swój cel i bardzo szybko odjechali, nie mogliśmy nawet do nich wycelować. Więc wzięliśmy się do pracy i wykopaliśmy wejście do piwnicy... Oglądałem tyle zdjęć ludzi, którzy tu kiedyś mieszkali... teraz wszystko jest zniszczone...".

Inni artyści, których znał, również mieli problemy z zaopatrzeniem, pisze Matwiej: "Timocha odpisał, że mają tam prze...e. Nie mają wody ani jedzenia, trzeci dzień z rzędu jedyne co mają to broń. Biedne chłopaki, co zrobili, żeby na to zasłużyć... To był szczęśliwy przypadek, że nie poszedłem z nimi".

— W Mariupolu kilka razy dano im jedzenie, przez resztę czasu musieli sami je znaleźć — opowiada mi Jelena, żona jednego ze zmobilizowanych muzyków. Resztki jedzenia znajdowano nie tylko w opuszczonych mieszkaniach, ale także w magazynach i byłych kwaterach ukraińskiej armii. Czasami mieszkańcy pomagali z jedzeniem i lekami — Jelena mówi, że jej mąż bał się brać od nich jedzenie, bo krążyły plotki, że miejscowi trują żołnierzy. Ale nie było innego sposobu. Przypuszcza, że miejscowi czuli się źle z powodu mężczyzn zmobilizowanych z DRL.

W SMS-ach mąż Jeleny opowiada jej o działaniach wojennych. Pisze o braku jedzenia i wody, o tym, jak jest zimno i jak źle się czuje: "Wszystko boli... Boli nos i gardło (gardło nigdy nie przestało boleć)... Teraz bolą też nerki i plecy... I nogi bolą mnie od zimna".

Wyposażenie żołnierzy milicji ludowej pozostawiało wiele do życzenia: chociaż muzycy otrzymali AK, w sieci można znaleźć zdjęcia i filmy, na których żołnierze z republik ludowych trzymają karabiny Mosin, których produkcji zaprzestano w ZSRR po II wojnie światowej. Sam Matwiej widział żołnierzy ze "starymi karabinami", a w ośmiopiętrowym budynku przy Metalurgicznej stał karabin maszynowy, który żołnierze DRL nazwali Daszka — musiał to być radziecki karabin maszynowy DSzK opracowany w 1938 r.

Są też problemy z mundurami — mundur Matwieja pasował na niego, ale inni nie mieli tyle szczęścia. Muzycy otrzymali radzieckie hełmy, ale nie dostali kamizelek kuloodpornych — niektórzy z nich musieli sami je znaleźć, podobnie jak jedzenie. Matwiej opowiada, że pewnego razu znalazł kamizelki kuloodporne wydane przez NATO w dawnym magazynie żołnierzy ukraińskich, ale zostały one skonfiskowane przez dowódców milicji ludowej. "Powiedzieli: ręce precz od nich! Nic nam nie dali".

W końcu, pisze Matwiej, sam zrobił kamizelkę kuloodporną ze znalezionych części: "Musiałem dodać do niej więcej pasków, bo nie trzymała się kurczowo, zsuwała się: podczas chodzenia czy biegania nie chroniła niczego poza jelitami".

Muzycy, którzy nie mieli kamizelek, byli wysłani do pracy przy "oczyszczaniu". Jest to procedura przeszukiwania budynku, w którym może znajdować się wróg lub cywile. Na szczęście, podczas oczyszczania Matwiej ani razu nie spotkał się z wrogiem.

Pewnego razu, podczas "oczyszczania", oddział Matwieja spotkał miejscowych, którzy organizowali stypę dla ofiar. Mieszkańcy dali żołnierzom jedzenie i kawę. Matwiej opisuje w dzienniku nastrój mieszkańców: "Wszyscy nie mają k...a pojęcia, co się dzieje i nikt nie chce tej wojny".

18 kwietnia Matwiej napisał w dzienniku:

"Wyglądam i pachnę okropnie. Mimo że musiałem robić rzeczy niemoralne (włamywać się do mieszkań, grabić) i kryminalne (strzelać do żywych celów), wciąż jestem osobą i wiem, kim i czym jestem.

Możesz mnie przestraszyć, zmusić, nakazać... Ale ja wiem, kim jestem i w co wierzę. Jestem osobą, a nie dziwolągiem. Ta wojna próbuje zmienić mnie w pieprzonego potwora, ale ja na to nie pozwolę".

Matwiej i Jelena uważają, że muzycy byli wykorzystywani do rozpoznawania punktów oporu wroga. Matwiej zrozumiał to, gdy zobaczył, jak artyleria skupia ogień w miejscu, gdzie jeden z jego kolegów został trafiony w nogę. Jak dowódcy widzieli swoje zadanie w rzeczywistości, Matwiej nie wie — nic mu nie wyjaśniono, po prostu dostawał rozkazy, gdzie ma iść lub strzelać. "Kiedy próbowałeś ich o coś zapytać, to albo patrzyli na ciebie jak na wariata, dlaczego zadajesz takie głupie pytania. Albo po prostu każą ci sp....ć" — pisze Matwiej.

Dowódcy byli spokojni przed wyjazdem do huty Azowstal — jechali tam z drugiej części miasta przez osiem godzin z minimalną prędkością i przy zgaszonych światłach.

Szturm Azowstalu śledził cały świat — przez dwa miesiące połączone siły Rosji i DRL próbowały zdobyć hutę, która stała się ostatnim schronieniem bojowników pułku Azow. Jest to duże terytorium: Azowstal ciągnie się przez 11 km kw., więc huta jest czasem nazywana "miastem w mieście".

19 kwietnia przedstawiciel milicji ludowej DRL Eduard Basurin powiedział w wywiadzie dla rosyjskiej telewizji państwowej Rossija24, że w ofensywie na hutę biorą udział tylko "grupy szturmowe celowo wybrane do szturmu tego obiektu". Według dziennika Matwieja, tego dnia był on jednak w hucie.

Matwiej opowiada, że jego grupa zajmowała tam już oczyszczone miejsca. Ale nadal nie było bezpiecznie: "Kula może nadlecieć z każdego miejsca, a jedyne, co można usłyszeć, to stłumiony strzał. To taki charakterystyczny dźwięk, nie przypominający strzału z karabinu. A niedaleko ciebie wali się ściana, co oznacza, że o mały włos nie trafił w ciebie" — opowiada Matwiej.

W dzienniku pisze, że był na obrzeżach strefy przemysłowej, przygotowując ciało martwego żołnierza do załadowania do transportera opancerzonego: "Głowa jest w kawałkach, ciało jest całe, położyliśmy je na kocu. On już śmierdział. Wszystko, co dzieje się w Azowstalu, to piekło na ziemi". Wieczorem tego samego dnia Matwiej i jego koledzy powiedzieli swojemu nowemu dowódcy, że "nie jesteśmy żołnierzami przygotowanymi do szturmu, jesteśmy muzykami" — w końcu wydał on rozkaz, by artystów użyć tylko do ochrony.

Według dziennika Matwiej został przeniesiony z terenu huty 21 kwietnia: "Bliżej dziesiątej rano zostaliśmy nagle, jak zwykle przy akompaniamencie wielu przekleństw, wrzuceni do transportera opancerzonego". Dokładnie o godz. 10 Kreml opublikował nagranie ze spotkania prezydenta i ministra obrony — min. Szojgu powiedział, że Mariupol został "wyzwolony", a Putin odwołał atak na strefę przemysłową Azowstal.

Jelena dowiedziała się, że jej mąż jest w tym rejonie z SMS-a — przyszedł wczesnym rankiem 18 kwietnia. Rozmówcy Nowej Gazety.Europa nie wiedzą, ilu dokładnie członków Dywizji Kultury brało udział w ataku na Azowstal. Matwiej uważa, że w ten czy inny sposób pojechali tam wszyscy.

— W telewizji mówią, że pierwsi do walki idą kontraktowcy i zawodowe wojsko, a dopiero potem zmobilizowani. W rzeczywistości zmobilizowani żołnierze byli pierwszymi rzuconymi w ogień na linii frontu. Zrobiono z nas brygadę szturmową, wysłano nas, żebyśmy oczyścili bloki miejskie pełne wielopiętrowych budynków. Wróg siedział w tych budynkach, musieliśmy go wybić i zabezpieczyć pozycje — opowiada Kirył, muzyk Ługańskiego Towarzystwa Filharmonicznego.

Według niego, w Ługańskiej Republice Ludowej muzycy zostali powołani do wojska tego samego dnia — 23 lutego. Kirył i 23 jego kolegów zostało wysłanych na "ćwiczenia". Administracja uprzedziła ich o ćwiczeniach, ale skłamała co do zadań: muzykom powiedziano, że będą pilnować obiektów socjalnych w "wyzwolonych" miastach. Nie otrzymali żadnego wezwania, mówi Kirył, zmobilizowani mężczyźni są zarejestrowani jako ochotnicy. Wysłano ich do Mariupola.

— Po prostu dali nam broń i to wszystko. Nauczyliśmy się strzelać z AK, RPG i karabinów maszynowych w czasie walk.

Kirył opowiada o oblężeniu wielopiętrowego budynku pod koniec marca: w pierwszych minutach szturmu ośmiu muzyków zostało rannych. — Przeszliśmy przez drogę i rozłożyliśmy się nad budynkiem, w którym znajdował się wróg. Z okien zaczęły lecieć granaty. W zasadzie nie było gdzie się schować, wejścia były po drugiej stronie budynku. Było nas 200 osób szturmujących budynek, wróciło tylko 100, reszta została ranna lub zabita — opowiada Kirył.

W kwietniu z muzykami skontaktował się kanał WarGonzo, należący do rosyjskiego korespondenta wojennego Siemiona Piegowa. Kirył i jego koledzy stali się bohaterami krótkiego filmu dokumentalnego nakręconego przez rosyjskiego rapera Husky'ego, zatytułowanego Grupa Filharmonia (gra słów od Grupy Wagnera).

Kirył polubił Husky'ego, ale według niego z filmu wiele wycięto: "Jedyne, co w nim zostawili, to fragmenty, w których opowiadamy o tym, jak nie wiedzieliśmy, co robić i uczyliśmy się wszystkiego w biegu, jak szturmowaliśmy i broniliśmy naszych pozycji. Ze zmobilizowanych zrobili bohaterów". Jednak po ukazaniu się filmu wolontariusze zaczęli pomagać artystom z Ługańskiej Filharmonii i innym zmobilizowanym muzykom.

Wieczorem 22 lutego, przed mobilizacją pracowników branży muzycznej, kanał Telegram Donbassr opublikował fragment wywiadu z dyrektorem Donieckiego Towarzystwa Filharmonicznego Aleksandrem Pareckim:

"Artyści zawsze stoją z ludem, zawsze są na pierwszej linii frontu (...) W zależności od tego, co są w stanie zrobić, a w tym przypadku, kto jest wystarczająco odważny, by iść, kto jest wystarczająco zdrowy, jestem pewien, że będą gotowi; jeśli wiedzą, jak używać broni, pójdą, nawet w walce, by bronić swojej ojczyzny".

(...)

"Wojna to najgorsza rzecz, jaka może się zdarzyć, zwłaszcza gdy jesteś na linii frontu... Jestem zmęczony wszystkim, strachem, smutkiem i każdego dnia moja nadzieja umiera trochę bardziej... Ale nadal mam nadzieję na najlepsze, że wrócę do domu, do mojej ukochanej żony". Podczas pobytu w Azowstalu Matwiej napisał w dzienniku, że ma nadzieję na powrót do rodziny po trzech tygodniach spędzonych na linii frontu w Mariupolu. Rzeczywiście otrzymał kilka dni urlopu — zanim został zabrany z powrotem na front. Wywieziono go z terenu walk, ale nie pozwolono mu wrócić do domu: "Emocje wzięły górę. Prawie zacząłem szlochać, chciałem wyskoczyć z jadącego z pełną prędkością pojazdu i uciec".

Kiedy było już bezpiecznie, spotkał się z innymi zmobilizowanymi mężczyznami: "Tacy jak my (ci, którzy wrócili z Mariupola) byli przerażeni, bo nie chcieli nigdzie iść. Ci, którzy nie brali udziału w walkach, byli w doskonałych nastrojach bojowych".

Według Matwieja, w ciągu 23 dni pobytu w Mariupolu wystrzelał tylko jeden magazynek (trzy kolejne magazynki Matwieja zostały wykorzystane przez jego dowódcę). W tym samym czasie zapełnił 25 stron notatnika.

Matwiej mówi, że w Mariupolu znalazł ukraińską flagę — to był jego kolejny sekret, o którym nie wiedzieli dowódcy. Schował flagę w swoich rzeczach osobistych i nosił ją ze sobą — razem z pocztówką z wierszem i dziennikami z jego frontowymi przemyśleniami.

Uzgodniliśmy, że aby zachować anonimowość jego tożsamości, w tym momencie przestajemy opowiadać jego historię. Dalsze losy muzyka jednak znamy, bo kontynuował pisanie w dzienniku.

Po Mariupolu muzycy byli wysyłani do innych miejsc przeznaczenia. Niektórzy z nich trafili bardzo daleko od domu: do obwodu zaporoskiego lub mikołajowskiego, inni zostali wysłani do Marinki, małego miasta w pobliżu Doniecka, które pozostaje nadal pod kontrolą Ukrainy. Media wielokrotnie informowały, że ukraińska armia zamieniła miasto w twierdzę. Według przechwyconych wiadomości opublikowanych w maju przez ukraińskie media milicja ludowa DRL poniosła w Marince znaczne straty. Na jednym z nagrań nieznana kobieta zaczyna płakać i mówi, że z 1500 ludzi wysłanych do Marinki wróciło tylko 30.

Według Jeleny z około 80 mężczyzn z Dywizji Kultury tylko około 10 pozostało na linii frontu w czerwcu. Jelena wie o tym, ponieważ jest w kontakcie z krewnymi innych zmobilizowanych muzyków — przez cały czas wymieniają oni informacje otrzymane od bliskich na wojnie. WIelu muzyków zostało rannych i trafiło do szpitala, kilku zginęło.

Wstrząsy, rany, zawał serca, wyrostek robaczkowy, zapalenie oskrzeli i płuc — Anna wymienia diagnozy 15 muzyków, którzy trafili do szpitala. Niektórzy z nich, jak mówi, nie dostali zwolnienia lekarskiego, więc pozostali na linii frontu. Rodziny artystów próbowały sprowadzić ich z powrotem, pisały zbiorowe listy do struktur DRL, a nawet do rosyjskich, kontaktowały się z dyrekcją filharmonii. Żadne z ich działań nie przyniosło rezultatu.

Zdesperowani bliscy artystów opublikowali w Internecie list otwarty:

"Wszyscy artyści należący do oficjalnych placówek kulturalnych zostali wysłani na wojnę siłą, jednak są zarejestrowani jako wolontariusze. (...) Sytuacja jest katastrofalna, ponieważ rząd poświęca co najmniej 16 lat na wyszkolenie artysty z wyższym wykształceniem. Są oni niezbędni w pracy, a w walce są zupełnie bezużyteczni".

W Mariupolu zmobilizowani mężczyźni mogli ponownie zobaczyć swoich krewnych — w bazach wojskowych, w przerwach między wyjazdami na fronty lub w szpitalach. — Był wyczerpany, błoto wsiąkało mu w skórę. Nie myli się od dwóch miesięcy — opisuje Jelena wygląd swojego męża podczas jednego z takich spotkań. Mówi, że w czasie wojny artyści bardzo schudli. — Wszyscy mają pozbawione życia oczy. Wszystko, co widzieli i przez co przeszli. To przerażające.

onet.pl/Nowa Gazieta

niedziela, 7 sierpnia 2022


Trwająca ukraińska działalność partyzancka i cywilny opór frustrują rosyjskie siły okupacyjne i mogą prowadzić do dodatkowych represji wobec okupowanej ludności cywilnej. Nieznani ludzie postrzelili 5 sierpnia zastępcę szefa rosyjskiej administracji odpowiedzialnego za sektor mieszkalnictwa i usług komunalnych w Nowej Kachowce, obwód chersoński, Witalija Gurę. Gura zmarł w szpitalu 6 sierpnia. Rosyjski milbloger Danił Bezsonow twierdzi, że winni są ukraińscy partyzanci. Ukraiński doradca chersońskiej administracji wojskowej Serhij Khan ostrzegł, że „los Gury dosięgnie wszystkich kolaborantów”, ale nie przypisał ataku bezpośrednio partyzantom. Ukraiński kanał Telegram MariupolNow poinformował, że partyzanci wzięli na siebie odpowiedzialność za wybuch na kontrolowanym przez Rosję posterunku policji w Berdiańsku w obwodzie zaporoskim 6 sierpnia. Ukraińskie Centrum Oporu poinformowało 4 sierpnia, że rosyjskie siły okupacyjne nękały personel sklepu z materiałami budowlanymi w okupowanym Chersoniu, ale personel odmówił pracy dla rosyjskich sił okupacyjnych. Ukraińskie Centrum Oporu również poinformowało o obu atakach z 6 sierpnia i powiedziało: „Centrum Narodowego Oporu zauważa, że kolaboracja jest szkodliwa dla zdrowia”.

Rosyjskie media państwowe opowiadają się za wprowadzeniem obozów pracy, represji i rozstrzeliwaniem ukraińskich partyzantów i cywilów, którzy odmawiają współpracy z urzędnikami mianowanymi przez Rosjan na okupowanych terytoriach ukraińskich. Związany z Kremlem przedstawiciel Komsomolskiej Prawdy, Siergiej Mardan, zachęcał przedstawiciela władzy okupacyjnej, z którym przeprowadził wywiad w swoim programie, do odtworzenia gułagów (osławionego sowieckiego systemu więzień i obozów pracy), konfiskaty własności prywatnej i rozstrzeliwania miejscowych nauczycieli i partyzantów za odmowę współpracy z Rosjanami. Większościowy właściciel Komsomolskiej Prawdy, Siergiej Rudnow, jest synem Olega Rudnowa, przyjaciela z dzieciństwa prezydenta Rosji Władimira Putina. Nienazwany z imienia urzędnik okupacyjny przyznał również, że władze rosyjskie borykają się z poważnymi wyzwaniami związanymi z działalnością partyzancką, w szczególności odnotował sytuację, w której partyzanci dezaktywowali elektroniczne jednostki sterujące nieokreślonego sprzętu. Wywiad potwierdza oficjalne doniesienia Ukrainy o działalności partyzanckiej i odmowie współpracy ukraińskich specjalistów z władzami okupacyjnymi.

W międzyczasie rosyjskie siły okupacyjne kontynuują przygotowania do integracji okupowanych terytoriów z Federacją Rosyjską po przeprowadzeniu fikcyjnych referendów w sprawie aneksji. Ukraiński Ruch Oporu poinformował 6 sierpnia, że rosyjskie władze przejęły oddział TV Suspline Chersoń, prawdopodobnie przed referendami, tworząc prorosyjskie stacje telewizyjne, i przemianowały go na kanał Tavriia. Gubernia Tawria (lub Taurydzka) była historyczną prowincją Imperium Rosyjskiego i jest możliwą strukturą administracyjną dla części okupowanych obwodów chersońskiego i zaporoskiego, która mogłaby scalić je w republikę rosyjską, być może również obejmować okupowany przez Rosję Krym. Centrum podało, że większość pracowników stacji telewizyjnej odmówiła współpracy, tak więc siły rosyjskie mianowały „sprzątaczkę” na dyrektora kanału i importowały propagandystów z Sankt Petersburga, aby otworzyli „szkołę medialną”, w celu nauki wszystkich „chętnych” ludzi, jak być dziennikarzami, kamerzystami i redaktorami dla kanału prowadzonego przez administrację okupacyjną. Rosyjskie państwowe biuro informacyjne TASS poinformowało, że rosyjskie siły okupacyjne rozpoczną wydawanie rosyjskich tablic rejestracyjnych w obwodzie chersońskim z kodem regionu 184 i będą wymagać od mieszkańców posiadania rosyjskich paszportów w celu uzyskania legalnych tablic rejestracyjnych. ISW donosiło wcześniej, że rosyjskie władze okupacyjne dramatycznie rozszerzają swoją paszportyzację okupowanych terytoriów ukraińskich, wymagając od cywilów ukraińskich nabycia rosyjskich paszportów do udziału w podstawowych czynnościach życiowych. Rosyjski szef Zaporoskiej Administracji Okupacyjnej Jewhen Balicki oświadczył 5 sierpnia, że zaporoskie linie kolejowe staną się „częścią wielkiej sieci kolei rosyjskich”, demonstrując rosyjskie plany coraz bardziej otwartej integracji z Federacją Rosyjską.

understandingwar.org

– Dlaczego dostawy broni z Zachodu są tak powolne? Czy jest to spowodowane trudnościami w treningu, czy jest celowo dozowane?

– Na ogólnym szczeblu politycznym na Zachodzie wciąż nie ma politycznej determinacji, by dostarczać Ukrainie naprawdę ogromne ilości ciężkiej broni, ponieważ będzie to wymagało zarówno częściowego „odkrycia” własnych sił zbrojnych, jak i konieczności wysłania dużej liczby instruktorów na Ukrainę w celu przeszkolenia, ale w rzeczywistości także wysłania własnych operatorów wojskowych do choćby częściowej obsługi tej broni. Zachód nie jest jeszcze gotowy na taki poziom zaangażowania i eskalacji, z wyjątkiem niektórych zatwardziałych rusofobów, takich jak Polacy.

Dlatego dostawy na Ukrainę są obecnie w dużej mierze ograniczone ze względu na kwestie techniczne i organizacyjne, które są możliwe bez takiego zaangażowania. Oznacza to, że konieczna jest reaktywacja sprzętu, aby przeprowadzić rutynową konserwację. Potem trzeba szkolić ludzi po stronie ukraińskiej. Nawet jeśli personel wojskowy jest przeszkolony, nie będzie strzelał w taki sam sposób, jak doświadczeni wojownicy z armii zachodnich. Oznacza to, że potrzebujesz doświadczenia.

Ale Ukraińcy bardzo szybko się uczą, okazali się dość utalentowanymi wojownikami. Szkolenie trwa kilka tygodni, a praktycznie dostawy broni rosną, także pod względem jakościowym (np. HIMARS). Myślę, że pod koniec lata sytuacja na frontach może stać się dramatyczna. Ponadto nie mamy mobilizacji; w rzeczywistości walczymy z armią czasu pokoju. A mają już czwartą falę mobilizacji, więc ludzi nie brakuje. Tak, armia regularna została w dużej mierze wyeliminowana w Siłach Zbrojnych Ukrainy, ale istnieje pierwsza rezerwa, która była prowadzona przez ATO [Operację Antyterrorystyczną, która poprzedzała Operację Połączonych Sił, oficjalny termin dla operacji ukraińskiej w Donbasie]. Jest drugi i trzeci rzut. Dlatego w pewnym momencie może wystąpić pozycyjny impas, jak w wojnie koreańskiej z 1951 roku, a nasza armia po prostu zatrzyma się i nie będzie mogła ruszyć dalej. To nie tak, że uderzymy ich bronią nuklearną.

prisp.ru

LOREN BALHORN: Byłeś aresztowany za [Leonida] Breżniewa za publikowanie samizdatu (tajnych materiałów dysydenckich), a następnie za Putina za udział w nielegalnej demonstracji. Czy powiedziałbyś, że dzisiejsze represje są gorsze niż w Związku Radzieckim?

BORYS KAGARLICKI: Trudno to porównywać, bo jedne aspekty są gorsze, a inne lepsze. Zdecydowanie gorzej jest w tym sensie, że ludzie są aresztowani za drobne wykroczenia, które za Breżniewa nie zostałyby zauważone. W ZSRR chodziło o stabilność. Nie podobało im się, że ktoś to podważa. Z drugiej strony bycie zbyt surowym przyniosłoby efekt przeciwny do zamierzonego, więc represje były rutynowe i niezbyt surowe.

Więźniów politycznych jest teraz więcej niż za Breżniewa. Poza tym teraz ludzie muszą płacić grzywny, co nie było praktyką sowiecką. Grzywna to bardzo kapitalistyczny sposób karania sprzeciwu. Ale jedną rzeczą, która jest teraz zdecydowanie lepsza, jest to, że mamy Internet, który daje nam tysiąc razy większą pojemność niż w przypadku samizdatu.

LOREN BALHORN: Jeśli większość Rosjan nie zajmuje stanowiska w sprawie wojny, jakie mają obawy? Z pewnością martwią się skutkami sankcji gospodarczych?

BORYS KAGARLICKI: Sytuacja gospodarcza pogarsza się i zaczniemy to poważnie odczuwać pod koniec sierpnia lub września. To stopniowy proces. Jedna firma się zamyka, ludzie muszą szukać nowej pracy, potem inna i tak dalej. Niektóre towary znikają, ale nie wszystkie.

Jak powiedziałem, większość Rosjan jest apolityczna. Dbają o swoją pracę, rodzinę, najbliższych przyjaciół, a może domy i zwierzęta. Rosjanie nie są też zbyt religijni, choć Kościół odgrywa ważną rolę jako instytucja polityczna. Ważne jest, aby twoje życie rodzinne było nienaruszone, wtedy możesz tolerować resztę.

Problem w tym, że to nie będzie trwać w nieskończoność. Wojna wpłynie na twoją rodzinę, twoją pracę, a nawet twoje zwierzęta. A kiedy zacznie wpływać na prywatne życie ludzi, wszystko może się zmienić natychmiast. Myślę, że opór może zacząć rosnąć bardzo szybko, gdy rząd zrobi coś, co wpłynie na życie rodzin. Dlatego nie wypowiedzieli otwarcie wojny.

(...)

LOREN BALHORN: Jak myślisz, jak długo rosyjska gospodarka wytrzyma?

BORYS KAGARLICKI: Może trwać przez kolejne dwa, a może trzy miesiące, w zależności od konkretnej branży. Ważną rzeczą jest jednak to, że faceci, którzy naprawdę wszystko posiadają, zaczynają odnosić straty. Nikt nie dba o branże ani ludzi, wszystkim zależy na zyskach.

Niektóre części burżuazji są coraz bardziej niezadowolone z tego, co się dzieje i są naprawdę zainteresowane jakimś rodzajem porozumienia pokojowego. Problem w tym, że nie mają oni zbyt wiele do powiedzenia politycznego, ponieważ decyzje podejmuje bardzo wąski zespół skupiony wokół Putina. Nie każdy oligarcha ma do niego dostęp.

Nazywam to „irracjonalną centralizacją władzy”. Trwa to od dłuższego czasu i wynika częściowo z nieefektywności państwa. Lokalna biurokracja jest tak nieefektywna i skorumpowana, że aby cokolwiek się stało, centrum musi łączyć coraz więcej władzy. Centrum nie ufa lokalnym biurokratom właśnie dlatego, że systematycznie ich podkopują. To samonapędzający się proces, który stał się całkowicie irracjonalny i wykracza daleko poza wszystko, co widzieliśmy w okresie sowieckim.

LOREN BALHORN: Jeśli, jak mówisz, burżuazja jest niezadowolona z wojny, to czy otwiera to możliwość pęknięć w obrębie rosyjskiej elity lub samego państwa?

BORYS KAGARLICKI: Putin jest jedynym, który podejmuje decyzje, mimo że obecnie jest bardzo odizolowany. Wokół Putina jest niewielka grupa, która również jest skrajnie odizolowana, nawet w obrębie elity. Wygląda na to, że wojsko nie jest szczęśliwe. Prawdopodobnie w wojsku są podziały, nie wiemy, ale są oznaki dużych podziałów.

Za Putinem pozostaje głównie policja i grupa najbardziej uprzywilejowanych oligarchów. To bardzo mała grupa w obrębie klasy kapitalistycznej i dlatego nie sądzę, że przetrwają bardzo długo, ponieważ jest to sprzeczne z długoterminową logiką społeczeństwa kapitalistycznego. Potrzebujesz szerszej bazy, przynajmniej w klasie rządzącej, by rządzić krajem.

To wyjaśnia paraliż rządu w ciągu ostatnich czterech miesięcy. Ta bardzo wąska grupa, która nie reprezentuje już nawet elity, nie była w stanie wypracować konsensusu wokół jakiejkolwiek inicjatywy i podjąć decyzji.

LOREN BALHORN: Jaki jest ich plan? Czy celem jest ostateczne porozumienie i reintegracja z Zachodem z pozycji o zwiększonej sile, czy też widzimy początek długoterminowego zwrotu w kierunku Azji?

BORYS KAGARLICKI: Na tym właśnie polega problem: nie ma planu. Wiedzą, że popełnili straszny błąd i że może to być fatalne, i tyle. To, że doszło do błędu, jest nie do zaakceptowania dla Putina i jego zespołu. Rząd nigdy nie uznaje porażki publicznie ani nawet nieformalnie, ale bez rozpoznania błędu,  nie można posunąć się do przodu. Nie można opracować żadnej strategii.

Analizy zachodnie zakładają, że mamy do czynienia z racjonalnymi ludźmi dokonującymi racjonalnych wyborów, a przynajmniej z ludźmi dokonującymi wyborów. Ale nie ma wyboru, nikt nie dokonuje wyborów! Nawet jeśli są propozycje, żadna propozycja nie działa, ponieważ żadna nie jest akceptowana przez wystarczającą liczbę osób w elicie, aby była realna.

LOREN BALHORN: Jeśli nie ma planu, co skłoniło Putina do przekroczenia Rubikonu i inwazji na Ukrainę po ośmiu latach impasu w Donbasie?

BORYS KAGARLICKI: To kolejny powszechny, ale zrozumiały błąd w zachodniej analizie: myślenie, że wojna jest zakorzeniona w geopolityce. Myślę, że polityka międzynarodowa odegrała w tej decyzji bardzo drugorzędną rolę, jeśli w ogóle. Było to w większości uwarunkowane sytuacją domową, co wyjaśnia, dlaczego stało się to tak nagle i zawiodło tak żałośnie. Wojna nie była przygotowana, nie stała za tym dyplomacja, bo nie chodziło o politykę zagraniczną, chodziło o politykę wewnętrzną.

Podczas tak zwanej „wielkiej recesji” w latach 2008-2010 gospodarka Rosji kurczyła się szybciej niż jakakolwiek inna gospodarka rozwinięta. Rosja była całkowicie uzależniona od ropy i gazu. Kiedy światowa gospodarka się skurczyła, załamał się również popyt na ropę i gaz, co doprowadziło do upadku gospodarczego Rosji.

Jednak do 2011 r. miał miejsce jeden z najszybszych wzrostów. Gdy Rezerwa Federalna rozpoczęła program luzowania ilościowego, wysoki poziom spekulacji na rynku ropy zasypał pieniądze rosyjskie firmy i rosyjską elitę, prowadząc do klasycznego kryzysu nadmiernej akumulacji. Mieli dużo pieniędzy, ale nie mieli gdzie ich zainwestować. Byłoby to możliwe tylko wtedy, gdybyś zmienił strukturę rosyjskiej gospodarki, co oznacza również zmianę struktury społeczeństwa, co nie jest czymś, co zrobisz, gdy masz tak całkowicie konserwatywny rząd i elitę.

To podsycało wewnętrzne sprzeczności, ponieważ wszyscy widzieli, że przepaść między bogatymi a biednymi bardzo szybko rośnie, nawet w porównaniu z poprzednim okresem. Doprowadziło to również do sprzeczności w elicie co do tego, jak te pieniądze mają być dzielone między różne grupy. Efektem były duże projekty infrastrukturalne, takie jak Most Krymski, najdroższy most w historii.

W tej sytuacji ekspansja militarna to kolejny sposób na wykorzystanie dodatkowych pieniędzy. Budujesz dużo sprzętu wojskowego, który potem musisz jakoś wykorzystać, więc jedziesz do Syrii. Zasadniczo po prostu spalasz pieniądze, aby napędzać swoją gospodarkę. Ten ekspansjonizm zbiegł się wtedy z trzecim aspektem, a mianowicie, że Putin jest poważnie chory.

LOREN BALHORN: Chory fizycznie?

BORYS KAGARLICKI: Ma raka i inne choroby. To oczywiście plotki, ale każdy na ulicy o nich wie. Nawet gdyby nie był chory, nie będzie żył wiecznie — rządzi już od ponad dwudziestu lat. A kiedy dochodzisz do punktu, w którym musisz zdecydować, kto będzie następnym władcą, musisz zapytać: Jak zamierzasz zarządzać przekazaniem władzy?

Putin wielokrotnie obiecywał rozpoczęcie procesu transformacji, ale nigdy tego nie zrobił, ponieważ po nominacji następcy nie ma już kontroli. Pierwotny plan zmiany konstytucji w 2020 r., który został zatwierdzony przez samego Putina, polegał na zorganizowaniu transformacji w taki sposób, aby Putin stał się swego rodzaju czołowym ajatollahem, jak w Iranie. Potem nagle, tego samego dnia, w którym Duma planowała głosować za poprawką, [proputinowska posłanka do Dumy] Walentyna Tereshkova  wezwała do przedłużenia kadencji Putina, i oczywiście wszyscy w ciągu dwudziestu minut zmienili zdanie i zagłosowali za czymś w przeciwnym.

Pomysł polegał na krótkiej walce, ogłoszeniu zwycięstwa, a następnie pokierowaniu przejściem tak, jak chcieliby.

Zniszczyli instytucje zaprojektowane do zarządzania transformacją, więc teraz mają transformację bez żadnych reguł i zarządzaną przez samego Putina. Do tego potrzebujesz nadzwyczajnych mocy. Jak zdobywasz niezwykłe moce? Wojna.

W ten sposób doszli do punktu, w którym potrzebowali wojny, ale nie chcieli takiej wojny, która ma miejsce teraz. Pomysł polegał na krótkiej walce, ogłoszeniu zwycięstwa, a następnie pokierowaniu przejściem tak, jak chcieli. Po zakończeniu procesu może następny prezydent zajmie się pojednaniem z Zachodem.

Byli w stu procentach pewni, że wszystko na Ukrainie upadnie w ciągu dwudziestu czterech godzin. Może plan mógł zadziałać w 2014 roku, ale nie zadziałał w 2022 roku. Nie udało się.

(...)

LOREN BALHORN: Patrząc w przyszłość, co dalej? Czy widzisz w rosyjskim społeczeństwie jakieś możliwości dla ruchu antywojennego lub postępowego?

BORYS KAGARLICKI: Myślę, że armia wyczerpuje się. Dostawy zachodniego sprzętu bardzo poważnie zmieniają sytuację militarną. Jest to bardzo podobne do wojny krymskiej, kiedy Brytyjczycy i Francuzi mieli lepszą broń. Jeśli rozmawiasz z ludźmi bliskimi rosyjskiemu wojsku, są bardzo zaniepokojeni, a czasem nawet wpadają w panikę.

Myślę, że jeśli na Ukrainie będzie więcej porażek, to cóż, coś się wydarzy. Nie wiem co, ale będą miały miejsce dramatyczne wydarzenia. Nie mówię, że zamierzają przeprowadzić zamach stanu, bo to bardzo wykracza poza rosyjską tradycję wojskową, ale mogą interweniować w taki czy inny sposób.

Jeśli spróbują przeprowadzić powszechną mobilizację, albo rozszerzą projekt o nowe kategorie, wtedy dojdzie do buntu. Nie wiemy, jaka będzie dokładna reakcja, ale będzie bardzo negatywna.

Jeszcze wczoraj rozmawiałem z Grigorijem Judinem, innym lewicowym socjologiem w Moskwie, który właśnie wrócił z zagranicy, a on powiedział: „Słuchaj, jeśli chodzisz po Moskwie, co widzisz? Wszędzie ogromne płoty. Żaden inny kraj europejski nie ma tylu ogrodzeń”. Ludzie za ogrodzeniem nie dbają o to, co jest po drugiej stronie, są po prostu odgrodzeni w swoim małym świecie.

Rząd jest bardzo zadowolony z obecnego społeczeństwa. Ale jeśli zostaną zmuszeni do zburzenia wszystkich tych płotów, pojawi się coś, co całkowicie zmieni grę. To społeczność małych grup odizolowanych od siebie, ale w pewnym momencie spotkają się, czy im się to podoba, czy nie. I to jest moment szansy dla lewicy i dla wszystkich, którzy chcą zmian społecznych. Ludzie będą musieli nauczyć się komunikować, organizować i identyfikować swoje wspólne interesy. To jest dokładnie ten moment, który się zbliża i to jest nasza szansa.

jacobin.com

Polska i reszta Europy uznały, że wprowadzając embargo na import surowców z Rosji pozbawią ten kraj wpływów z nich i doprowadzą do rychłego bankructwa. To mogłoby się udać gdyby: a) takie embargo zaczęło obowiązywać szybko i oznaczało całkowite odcięcie Rosji od możliwości eksportu, b) poza Rosją istniałyby tak duże wolne moce wydobycia, przerobu i transportu surowców energetycznych, aby równie szybko w całości zastąpić rosyjski eksport. W ostateczności nawet sam punkt a by wystarczył, choć reszta świata po prostu poniosłaby bardzo wysokie koszty odcięcia Rosji.

Niestety, żaden z tych warunków nie został spełniony. Co gorsza, ze względu na pandemię i spadek popytu na surowce, zdolności ich wydobycia poza Rosją się skurczyły, a zapotrzebowanie na paliwa kopalne − wraz z odbudową światowej gospodarki − wróciło na starą ścieżkę wzrostu. W efekcie ceny surowców energetycznych rosły już przed wojną, a atak Rosji na Ukrainę i zapowiedź odcięcia się Europy od dostaw z tego kraju, tylko wywindowały je do niebotycznych poziomów. Co więc otrzymaliśmy?

Europa, nie mając jak szybko zrezygnować z dostaw ropy, gazu i węgla z Rosji, kupuje je dziś po znacznie wyższych cenach niż przed wojną. Czy odczuwa to Rosja? Nie, bo ceny surowców są znacznie wyższe niż wcześniej, a ich eksport spadł tylko częściowo. Czy całkowite odcięcie się Zachodu od importu z Rosji coś zmieni? Tankowce, które wcześniej woziły ropę i LNG do Europy, podobnie jak masowce z węglem, teraz płyną do Indii, Chin, Turcji czy Japonii. Na Atlantyku mijają się po prostu ze statkami z USA i Zatoki Perskiej, które wcześniej zaopatrywały Azję, a teraz płyną do Europy.

To wszystko podnosi koszty i przyczynia się do większego spalania ropy, ale nie ma wielkiego wpływu na Rosję, bo blokada eksportu nie jest i – niestety, raczej nigdy nie będzie − szczelna. Blokada może jedynie częściowo ograniczyć rosyjski eksport gazu ziemnego, bo porty LNG i gazociąg z Chinami nie wystarczą, aby wyeksportować całość błękitnego paliwa dostarczanego do tej pory do Europy. Z eksportem węgla i – przede wszystkim – ropy, Putin nie ma na razie problemu. Jaki będzie więc rezultat tej częściowej blokady?

Reglamentacja może dotknąć też węgiel bo ze względu na wąskie gardła logistyczne Europa może mieć problem z jego sprowadzeniem w sytuacji, gdy znacznie ograniczymy produkcję prądu i ciepła z gazu.

Rosja odpowiada za globalne wydobycie: 17% gazu ziemnego, 18% węgla kamiennego, 13% ropy naftowej i 11% produktów naftowych (w tym gotowych paliw takich jak benzyna czy LPG). Co się stanie, jeżeli spalanie tych paliw się utrzyma, ale spróbujemy odciąć tak duży udział dostaw? Ceny tych surowców wystrzelą w kosmos, co właśnie obserwujemy. Dojdą w końcu do takiego poziomu, że część chętnych na ich spalanie po prostu odpadnie ze względów ekonomicznych – nie będzie ich stać na przelicytowanie innych chętnych i np. przykręcą ogrzewanie, zrezygnują z loty samolotem, ograniczą produkcję albo zbankrutują. W ten sposób popyt dostosuje się do zmniejszonej podaży.

A co się stanie, jeżeli ceny hurtowe wzrosną, ale rządy będą subwencjonować ich sprzedaż odbiorcom np. obniżając podatki na paliwa albo zamrażając taryfy i dopłacając różnicę sprzedawcom? Zużycie się nie zmieni, ceny hurtowe będą jeszcze wyższe, bo popyt wciąż nie dostosuje się do podaży, aż w końcu surowca zabraknie i trzeba będzie go reglamentować. Dokładnie tak działo się za komuny, gdy odbiorcy mogli liczyć na niskie ceny towarów, tyle, że brakowało towarów.

Dlatego przy każdej wypowiedzianej przez europejskiego polityka obietnicy „zamrożenia” cen paliw i energii albo obniżki podatków na nie, gdzieś na Kremlu strzela korek od szampana (oczywiście rosyjskiego, zgodnie ze strategią zastępowania towarów importowanych).

Każda złotówka wydana na takie zamrożenie rachunków za energię i paliwa to złotówka wydana na utrzymanie popytu na surowce z Rosji pomimo ich wysokich cen hurtowych. W efekcie ta złotówka i tak trafi na konta w Moskwie. Nie ma znaczenia, że nie wpłynie ona bezpośrednio z Polski, ale z Chin czy Japonii. Liczy się tylko to, że bez spadku popytu, ceny paliw szybko nie spadną.

Jeżeli więc Europa rzeczywiście odetnie się od dostaw gazu z Rosji (albo zrobi to sama Rosja), a nie będzie miała jak ich zastąpić tej zimy, to a) ceny tego paliwa skoczą do takiego poziomu, że odbiorcy sami zaczną ograniczać jego konsumpcję i popyt spadnie do poziomu podaży albo b) ceny hurtowe tego paliwa podskoczą, ale politycy będą dotować jego ceny detaliczne i popyt nie spadnie wystarczająco mocno. W efekcie gazu zacznie w styczniu lub lutym brakować i jego dostawy trzeba będzie ograniczać poprzez stopnie zasilania.

To z kolei może przełożyć się na trudności z produkcją energii elektrycznej i ciepła, a w konsekwencji także będzie skutkować wprowadzeniem elektrycznych stopni zasilania i ograniczeniem dostaw ciepła.

Jeżeli to rynek, poprzez wzrost cen detalicznych, zadecyduje o tym kto odpadnie z licytacji o zakup paliwa, w pierwszej kolejności zużycie zmniejszy najmniej efektywny przemysł ciężki. Tam marże na produkcji i wkład w PKB kraju, są niewielkie, za to zużycie energii znaczące. Jeżeli dojdzie do ograniczeń administracyjnych, z pewnością politycy będą chronić te najmniej efektywne gałęzie gospodarki, znacznie bardziej obniżając PKB, bo na reglamentacji ucierpią także efektywne gałęzie produkcji.

Także wzrost detalicznych cen energii elektrycznej i ciepła może pomóc nam przejść przez ten kryzys bez stopni zasilania czy obszarowych wyłączeń zasilania. Wysokie ceny będą silnym bodźcem do oszczędzania, którego nie są wstanie zastąpić żadne apele i akcje informacyjnych (których, nota bene, polski rząd też nie prowadzi).

Jeżeli jednak bodźce ekonomiczne zostaną wypaczone decyzjami polityków, będzie to najprostszy scenariusz na powrót do świeczek przy stołach. Na rynku brakuje bowiem węgla opałowego i wszystko wskazuje na to, że nie zdołamy już uzupełnić tych braków do końca roku. Polityka państwowych kopalń, a więc sprzedaży węgla za 1000 zł/t, tylko pogłębia ten kryzys, bo ogranicza import surowca (część klientów wciąż czeka na tani węgiel ze sklepu PGG, choć nigdy się go nie doczeka). W dodatku nie sprzyja ograniczaniu jego zużycia np. poprzez efektywniejsze spalanie, czy obniżenie temperatury w domu. Co więcej, zachęca do robienia zapasów ponad potrzeby przez osoby, którym udało się ten węgiel kupić, jeszcze bardziej ograniczając dostęp do tego paliwa przez pozostałych.

W sytuacji „zamrożenia” cen prądu, część odbiorców, którzy nie zdołali kupić węgla, albo mają go za mało, zacznie ogrzewać się prądem, bo wyjdzie to porównywalnie. Zużycie węgla na takie ogrzewanie będzie dwukrotnie wyższe (bo stare elektrownie mają sprawność ok. 35%), a już dziś jego zapasy przy elektrowniach są małe. O ile tylko lokalne sieci dystrybucyjne wytrzymają, to poprzez taki sposób ogrzewania, możemy doprowadzić do wzrostu zapotrzebowania na moc, której nie będą w stanie pokryć krajowe elektrownie. Czy pomoże nam wtedy import energii od sąsiadów? Polska nie chce wprowadzania europejskich zasad solidarności w gazie, co rodzi ryzyko, że nasi sąsiedzi nie będą chcieli takiej solidarności w energii elektrycznej i znajdą sposób na ograniczenie dostaw do Polski (tak jak my ograniczamy dziś eksport prądu do nich, zgłaszając niedyspozycyjność naszych elektrowni z powodu braku węgla).

Co zatem rząd powinien zrobić w obliczu spadku podaży paliw z Rosji? Wesprzeć rodziny, które będą mieć problem z zapewnieniem sobie podstawowej ilości ogrzewania i energii. Jednak nie poprzez obniżanie cen detalicznych, ale poprzez świadczenia socjalne.

Taki mechanizm od lat już w Polsce funkcjonuje i nazywa się „dodatek energetyczny”. Dotychczas miał rekompensować tylko wysokie ceny energii elektrycznej, ale wystarczy jego podwyższenie plus, być może, delikatna zmiana kryteriów przyznawania, aby w ciągu miesiąca – bez kolejnych kosztów tworzenia i obsługi jakiegoś nowego systemu – zacząć je wypłacać. Z gotówką w ręku (ew. bonami na żywność) beneficjenci tej pomocy wciąż będą mieć szansę zaoszczędzenia poprzez ograniczenie zużycia energii. Sposób przeznaczenie tych pieniędzy będzie zależał od nich.

Poza wsparciem ubogich energetycznie gospodarstw, rząd powinien poważnie i rzetelnie zastanowić się także nad wsparciem wybranych gałęzi przemysłu. Tu także pomoc powinna jednak trafiać poza cenami energii, aby nie zmniejszać zachęty do poprawy efektywności energetycznej czy wręcz oszczędzania energii. Pakiet pomocy dla przemysłu w wysokości 5 mld euro przygotował niedawno niemiecki rząd. Komisja Europejska zatwierdziło go trzy tygodnie temu.

wysokienapiecie.pl