wtorek, 5 lipca 2022


Prezydent Rosji Władimir Putin świętował zajęcie przez Rosję Łysczańska i granicy obwodu ługańskiego i sugerował nakazać rosyjskim wojskom wstrzymanie operacji. Putin spotkał się 4 lipca z rosyjskim ministrem obrony Siergiejem Szojgu, aby omówić ostatnie rosyjskie zdobycze w obwodzie ługańskim i wręczył generałowi pułkownikowi Aleksandrowi Łapinowi i generałowi dywizji Esedulli Abaczewowi nagrodę „Bohatera Rosji” za przywództwo podczas operacji w Łysychańsku. Putin i Szojgu przedstawili zdobycie Łysczańska i Obwodu Ługańskiego jako wielkie zwycięstwo wojsk rosyjskich na Ukrainie. Putin stwierdził również, że jednostki rosyjskie, które brały udział w bitwie o Łysychańsk, powinny odpocząć, aby zwiększyć swoje możliwości bojowe. Publiczny komentarz Putina miał prawdopodobnie zasygnalizować jego troskę o dobro swoich żołnierzy w obliczu okresowych skarg w Rosji na traktowanie rosyjskich żołnierzy. Jego komentarz był również, być może, trafny – wojska rosyjskie, które walczyły przez Siewierodonieck i Łysychańsk, zapewne potrzebują znacznego czasu na odpoczynek i regenerację przed wznowieniem operacji ofensywnych na dużą skalę. Nie jest jednak jasne, czy rosyjskie wojsko zaakceptuje ryzyko wystarczająco długiej przerwy operacyjnej, aby umożliwić tym przypuszczalnie wyczerpanym siłom odzyskanie mozliwosci operacyjnych.

Były rosyjski dowódca wojskowy Igor Girkin, zagorzały rosyjski nacjonalista, który dowodził bojownikami podczas wojny w Donbasie w 2014 roku, opublikował na swoim kanale Telegram zjadliwą krytykę sposobu, w jaki Kreml potraktował wojnę, i kwestionował znaczenie zajęcia Łysyczańska. Zasugerował, że siły rosyjskie zapłaciły zbyt wysoką cenę za ograniczony zysk. W serii postów na Telegramie opublikowanych przed spotkaniem Putina z Szojgu 4 lipca Girkin skarżył się, że siły rosyjskie nie zrealizowały zapowiedzianych celów „drugiego etapu operacji specjalnej” (operacje na wschodniej Ukrainie po wycofaniu się Rosji z Kijowa). (...) Girkin zauważył, że ukraińska obrona Łysychańska została celowo zaprojektowana tak, aby zadać maksymalne szkody rosyjskim wojskom i zuzyć rosyjską siłę żywą i sprzęt. Zdecydowanie sugerował, że zaakceptowanie bitwy na warunkach Ukraińców było poważnym błędem rosyjskiego kierownictwa. Girkin stwierdził (zanim wypowiedzi Putina upubliczniono), że wojska rosyjskie potrzebują czasu na odpoczynek i regenerację sił w celu odzyskania potencjału ofensywnego i zauważył, że brak wymiany poszczególnych żołnierzy i rotacji jednostek poważnie obniża morale. Ostrzegł jednak, że poświęcenie czasu na odtworzenie zdolności ofensywnych pozwoliłoby wojskom ukraińskim przejąć inicjatywę i dalej zagrozić rosyjskim zdobyczom. Girkin dodatkowo twierdził, że siły rosyjskie mają ograniczone szanse na awans w innych częściach Ukrainy ze względu na przewagę ukraińskiego personelu i sprzętu. 

Krytyka Girkina jest godnym uwagi przykładem rozczarowania rosyjskich blogerów i entuzjastów militariów prowadzeniem przez Kreml operacji na Ukrainie, szczególnie po dramatycznej, nieudanej próbie przeprawy przez rzekę w Biłohoriwce na początku maja. Oświadczenia Girkina bezpośrednio podważają starania Kremla o ujęcie Łysyczańska jako znaczącego zwycięstwa lub punktu zwrotnego i pokazują, że rozczarowanie wśród ultranacjonalistycznych elementów w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej nadal jest głębokie. Ocena Girkina dotycząca rosyjskich niepowodzeń wojskowych w szczególności pokrywa się z większością analiz ISW (i innych zachodnich agencji i ekspertów), sugerując, że on i niektórzy inni milblogerzy nadal dokonują i publikują oceny sytuacji i prognozy niezależne od linii Kremla. Girkin prawdopodobnie ma nadzieję, że wykorzysta swój status wybitnego byłego uczestnika wojny w Donbasie w 2014 r., aby przekonać Putina do podjęcia pewnych środków w celu zapewnienia rosyjskiego sukcesu w wojnie, którą Girkin wciąż uważa za uzasadnioną i konieczną – w szczególności zmobilizowania ludności rosyjskiej do wojny znacznie większą skalę. Girkin, wraz z innymi członkami rosyjskiej nacjonalistycznej przestrzeni milblogerów, przypuszczalnie będzie nadal krytykował linię Kremla dotyczącą operacji na Ukrainie, aby opowiadać się za ogólną mobilizacją i bardziej kompetentnym rosyjskim przywództwem wojskowym.

understandingwar.org

Zyski chińskich przedsiębiorstw w przemyśle spadały w maju w wolniejszym tempie, po gwałtownym spadku w kwietniu, ponieważ działalność w głównych ośrodkach produkcyjnych została wznowiona, ale restrykcje COVID-19 w ramach tzw. strategii „zero COVID” nadal budzą wątpliwości co do możliwości utrzymania ciągłości produkcji fabrycznej i ograniczają zyski fabryk.

Dochody przedsiębiorstw spadły o 6,5% w porównaniu z rokiem poprzednim, czyli mniej niż w kwietniu, kiedy to zmniejszyły się o 8,5% – wynika z danych opublikowanych w poniedziałek przez Narodowe Biuro Statystyczne (NBS). Jednak majowa poprawa była spowodowana głównie wzrostem zysków w sektorach wydobycia węgla oraz ropy i gazu, ponieważ rosyjska agresja na Ukrainę wywołała wzrost cen surowców na świecie. Jednak zyski w sektorze produkcyjnym1 spadły w maju o 18,5%, kiedy w kwietniu zyski zmniejszyły się o 22,4%. Liczone rok do roku dochody firm przemysłowych wzrosły o 1,0% do 3,44 bln RMB (514 mld USD) w okresie od stycznia do maja, co oznacza spowolnienie z poziomu 3,5% wzrostu w pierwszych czterech miesiącach. Zyski firm produkujących samochody zmniejszyły się o 37,5% w ciągu pierwszych pięciu miesięcy, podczas gdy zyski sektora hutnictwa metali żelaznych spadły o 64,2%. W tym samym pięciomiesięcznym okresie przychody firm przemysłowych wzrosły o 9,1% do 53,16 bln RMB, co oznacza spowolnienie z 9,7% wzrostu w pierwszych czterech miesiącach.

Gospodarka ChRL wykazała oznaki ożywienia w maju, po spadku w poprzednim miesiącu, kiedy to produkcja przemysłowa ożywiła się. Niektóre fabryki wznowiły działalność w miastach takich jak Szanghaj, po tym jak zostały zamknięte z powodu fali zachorowań na COVID-19. Jednak słaby rynek nieruchomości i obawy przed nawracającymi falami infekcji oraz słaba konsumpcja powinny budzić niepokój. Równocześnie pomimo wzrostu ogólnej produkcji przemysłowej, inflacja w Chinach spadła w maju do najwolniejszego tempa od 14 miesięcy, pod wpływem słabego popytu na stal, aluminium i inne kluczowe towary przemysłowe.

W maju Rada Państwowa ogłosiła szereg środków obejmujących politykę fiskalną, finansową, inwestycyjną i przemysłową, mających na celu walkę ze szkodami wyrządzonymi gospodarce przez COVID-19. Problem w tym, że kontynuowanie strategii „zero COVID” powoduje, że konsumenci i przedsiębiorstwa funkcjonują w wysoce niepewnym środowisku. Nic też nie wskazuje, aby miała ona ulec zmianie.

zawielkimmurem.net

poniedziałek, 4 lipca 2022


W dniach 1–2 lipca w Nukusie, stolicy autonomicznej Republiki Karakałpackiej, doszło do masowych protestów przeciwko zmianom w konstytucji Uzbekistanu, które zakładają m.in. znaczące ograniczenie prawnej odrębności tej republiki. Władze w Taszkencie podjęły wprawdzie próbę politycznego rozładowania sytuacji (prezydent Szawkat Mirzijojew przyjechał do Nukusu i przed lokalnym parlamentem ogłosił wycofanie tych propozycji), ale zarazem przystąpiły do siłowej pacyfikacji demonstracji. Według oficjalnych komunikatów z 4 lipca 18 osób zginęło, 243 zostały ranne (w tym 38 po stronie tłumiących protesty), a 516 uczestników aresztowano, jednak rzeczywiste liczby mogą być kilkukrotnie wyższe. W regionie na 30 dni wprowadzono stan wyjątkowy, a obszar objęto blokadą informacyjną. Decyzję o rezygnacji ze zmian w statusie Karakałpacji potwierdził 4 lipca parlament Uzbekistanu.

Komentarz

Republika Karakałpacka jako autonomiczny podmiot Uzbekistanu ma w świetle konstytucji z 1993 r. prawo do secesji. Region zamieszkuje ok. 2 mln ludzi (cały Uzbekistan – 35 mln), z czego dwie trzecie stanowią Karakałpacy i spokrewnieni z nimi Kazachowie. Jest on słabo rozwinięty i oddalony od głównych centrów miejskich, a skala problemów społecznych uchodzi tam za najwyższą w kraju. Republika boryka się też z szeregiem problemów ekologicznych (m.in. związanych z zanikiem Jeziora Aralskiego). W warunkach autorytarnego systemu politycznego, który od 2016 r. jest jedynie punktowo liberalizowany przez prezydenta Mirzijojewa, autonomiczny status republiki miał charakter wyłącznie formalny.

Zapalnikiem protestów stał się proces nowelizacji konstytucji, którego główny punkt to wydłużenie kadencji prezydenckiej z pięciu do siedmiu lat. Mirzijojew miałby otrzymać prawo ponownego startu w wyborach, co w rezultacie dawałoby mu możliwość sprawowania urzędu do 2040 r. Władze zlekceważyły opór wobec ograniczania odrębności Karakałpacji. Podjęta przez nie decyzja, w połączeniu z poczuciem, że w kraju postępuje liberalizacja (względem czasów prezydentury Isloma Karimowa), oraz w warunkach problemów socjalnych, stała się katalizatorem protestów, w czasie których sporadycznie pojawiały się postulaty secesji. Brutalne stłumienie demonstracji to sygnał dla wszystkich mieszkańców kraju, że liberalizacja systemu nie oznacza przyzwolenia na manifestowanie. Zarazem jednak wycofanie się ze zmian prawnych, pokazujące gotowość do dialogu, nie było dla Taszkentu kosztowne, gdyż i tak kontroluje on ten autonomiczny region.

Napięcia w Karakałpacji to szczególny przejaw procesów dotykających cały kraj. Ostrożna liberalizacja systemu pod rządami Mirzijojewa odmroziła szereg problemów społecznych i politycznych nagromadzonych przez lata, gdy u władzy był Karimow, obudziła też nadzieje oraz aspiracje społeczne i elit lokalnych. Nie bez znaczenia jest też poczucie narastającej niestabilności w regionie (np. w styczniu – protesty w Kazachstanie, które doprowadziły do interwencji sił rosyjskich i gruntownych przetasowań w elicie; w maju – krwawo stłumione manifestacje w badachszańskiej autonomii w Tadżykistanie). Z kolei inwazja Rosji na Ukrainę zwiększyła u elit rządzących w Azji Centralnej poczucie zagrożenia separatyzmami i ewentualnym podsycaniem takich ruchów przez sąsiadów.

osw.waw.pl

5 czerwca w Kazachstanie odbyło się referendum konstytucyjne. Niemal 80% głosujących (przy frekwencji wynoszącej 68%) poparło przyjęcie pakietu zmian obejmującego ponad jedną trzecią artykułów ustawy zasadniczej (łącznie wprowadzono 56 poprawek). Deklarowany cel reformy to przejście od systemu „superprezydenckiego” do republiki prezydenckiej, w której dominującą pozycję głowy państwa ogranicza silny parlament. Ma to usprawnić zarządzanie krajem, a w perspektywie strategicznej – wzmocnić kazaską państwowość. Fakt, że nie uchwalono nowej konstytucji, tylko zmodyfikowano dotychczasową, wskazuje, iż mimo dość szerokiego zakresu zmian intencją ich twórcy – prezydenta Kasyma-Żomarta Tokajewa – nie jest budowa nowego systemu, ale kolejna próba przebudowy („pierestrojka”) istniejącego.

Impulsem do reformy stał się głęboki kryzys – najpoważniejszy w historii Kazachstanu – do którego doszło na początku 2022 r. Protesty społeczne, które przerodziły się w zamieszki na dużą skalę, ujawniły słabość struktur państwowych, niezdolnych do skanalizowania napięć w elitach, siłę nieformalnych układów paraliżujących procesy decyzyjne, a także destrukcyjny potencjał obowiązującej de facto dwuwładzy (kompetencje przywódcy były ograniczone prerogatywami byłego – „pierwszego” – prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, dającymi mu, a w praktyce jego otoczeniu, mandat do wpływania na bieżącą politykę). Tokajew zdołał ustabilizować sytuację, korzystając z pomocy Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) – która przysłała kontyngent wojskowy – oraz dokonując czystek wśród najbardziej nielojalnych kadr. W konsekwencji udało mu się ograniczyć wpływy grupy najsilniej powiązanej z byłym szefem państwa i tworzącej w rzeczywistości konkurencyjny ośrodek władzy oraz wzmocnić własną pozycję. Aby zapobiec podobnym kryzysom w przyszłości, opracował reformę konstytucyjną, której założenia przedstawił w połowie marca. Istotnym kontekstem jej wprowadzania stała się wojna na Ukrainie. Wprawdzie Kazachstan łączą z Rosją więzy sojusznicze, ale nie chce on angażować się w konflikt i deklaruje wsparcie dla integralności terytorialnej Ukrainy. W tym wymiarze formalna likwidacja „dwuwładzy” (m.in. przez wykreślenie z ustawy zasadniczej odwołań do pierwszego prezydenta) może utrudnić Moskwie rozgrywanie wewnątrzkazaskich napięć.

(...)

Działania prezydenta poszły w trzech kierunkach. Po pierwsze spełnił on żądania protestujących, zlecając rewizję cen LPG (zostały zamrożone) oraz dymisjonując rząd i pozbawiając Nazarbajewa przewodnictwa w Radzie Bezpieczeństwa[3]. Po drugie rozpoczął proces wymiany wyższych kadr w KNB. Po trzecie w związku z brakiem zaufania do własnych struktur siłowych poprosił o pomoc OUBZ, która podjęła decyzję o przeprowadzeniu tzw. operacji antyterrorystycznej. Pierwsze oddziały (w kontyngencie zdecydowanie dominowali Rosjanie) przybyły do Kazachstanu już 6 stycznia, co wpłynęło na natychmiastowe uspokojenie sytuacji: pokazało elitom, że Tokajew cieszy się wsparciem Moskwy, i zastraszyło społeczeństwo (choć zadaniem misji, która zakończyła się 19 stycznia, była ochrona obiektów strategicznych, a nie wypełnianie funkcji policyjnych). Pozwoliło to przeprowadzić akcję pacyfikacyjną. Zgodnie z oficjalnymi danymi w zamieszkach zginęło łącznie 227 osób, w tym 19 funkcjonariuszy struktur siłowych.

Te bardzo szybko podjęte i skuteczne działania odsunęły groźbę większej destabilizacji kraju i wzmocniły pozycję Tokajewa na arenie wewnętrznej. Prezydent okazał się zręcznym taktykiem, który nie tylko zdołał utrzymać się przy władzy, lecz także znacząco osłabił konkurencyjną wobec niego grupę w ramach szerokiego obozu rządzącego. Jednocześnie kryzys ujawnił skalę dysfunkcjonalności układu i wiążącą się z nią potrzebę zmian – istotą „dwuwładzy” była pozycja Nazarbajewa jako najwyższego arbitra, dbającego o równowagę w elicie, lecz okazało się, że nie jest on już w stanie odgrywać roli zwornika systemu. Do pewnego stopnia przypominało to sytuację, w jakiej były szef państwa sam znalazł się dekadę wcześniej. W grudniu 2011 r. doszło do pacyfikacji trwającego kilka miesięcy strajku robotników w Żangaözen, w której zginęło 15 osób (pamiętając o tym, Tokajew zdecydował się na ustępstwa wobec protestujących). Ówczesne władze z Nazarbajewem na czele doszły do wniosku, że stabilność społeczną można zapewnić poprzez zaspokajanie potrzeb materialnych ludności, co też starały się czynić (wzrost cen LPG dziesięć lat później oznaczał w istocie złamanie przez rządzących tamtej niepisanej umowy). Jednocześnie zajścia w Żangaözen stały się wtedy impulsem do ograniczonych reform, mających na celu usprawnienie, wzmocnienie i modernizację państwa – „pierestrojki” Nazarbajewa. Programu tego – dalekiego zresztą od spójności i konsekwencji – nie zrealizowano.

Stabilizując sytuację po styczniowym kryzysie, Tokajew wprawdzie nie unikał represji, lecz stosował je w ograniczonym zakresie i raczej wobec nielojalnych przedstawicieli elit niż społeczeństwa (poza samym tłumieniem zamieszek). Z wielu relacji wynika, że w kolejnych tygodniach znacząco poprawiły się np. warunki prowadzenia małych i średnich firm i w sposób zauważalny spadły korupcja i samowola urzędników. Sygnalizowało to wolę wdrożenia reform instytucjonalnych.

Pierwsza fala czystek, obejmujących osoby związane politycznie, biznesowo i rodzinnie z byłym prezydentem, rozpoczęła się już 5 stycznia. W pierwszej kolejności odwołano, a następnie aresztowano szefa KNB i byłego premiera Karima Masimowa oraz zwolniono jego zastępcę Samata Abisza (bratanka Nazarbajewa). Tokajew zdymisjonował też ministra obrony Murata Bektanowa, który sprawował urząd kilka miesięcy (potem zatrzymano go pod zarzutem niedopełnienia obowiązków służbowych). W ciągu kolejnych tygodni odwołani bądź zmuszeni do odejścia zostali m.in.: Kajrat Szaripbajew, prezes zarządu kompanii QazaqGaz i – według doniesień medialnych – partner najstarszej córki Nazarbajewa Darigi (ona sama złożyła mandat deputowanej, a teść jej syna opuścił fotel szefa Centralnej Komisji Wyborczej); Dimasz Dosanow, prezes zarządu kompanii KazTransOil i mąż Alii, najmłodszej córki byłego prezydenta; miliarder Timur Kulibajew, szef Narodowej Izby Przedsiębiorców Atameken i mąż środkowej córki Nazarbajewa Dinary (zrezygnował on także z członkostwa w radzie dyrektorów rosyjskiego Gazpromu). Wreszcie pod zarzutem malwersacji aresztowani zostali Kajrat Satybałdy (bratanek byłego prezydenta i rodzony brat Abisza) oraz jego była żona.

Niezależnie od winy zatrzymanych – która będzie musiała zostać udowodniona w sądzie – rozliczenia miały na celu neutralizację opozycyjnej grupy wewnątrz elity poprzez pozbawienie jej wpływów politycznych oraz ograniczenie aktywów finansowych. Temu drugiemu służyło powołanie funduszu Qazaqstan Halqyna (pol. Dla narodu Kazachstanu), na który łożą zwłaszcza firmy i osoby prywatne związane z Nazarbajewem[8]. Należy domniemywać, że – podobnie jak w Gruzji po rewolucji róż – odpowiednio wysoka wpłata może się stać warunkiem odstąpienia od wszczęcia postępowania, udzielenia zgody na wyjazd z kraju wraz z częścią aktywów itp.

Proces osobistych rozliczeń nie objął samego Nazarbajewa (formalnie – nawet nie mógł, bowiem chroniło go, jako pierwszego prezydenta, ustawodawstwo). Tokajew pozostawał z poprzednikiem – a zarazem mentorem – w kontakcie. Przykładowo Nazarbajew poleciał jego samolotem na Forum Dyplomatyczne w Antalyi (11–13 marca), demonstrując, że wizyta ta nie miała charakteru prywatnego. Nie podjęto też próby pozbawienia byłego szefa państwa osobistego majątku, co świadczy o roztoczonym nad nim parasolu ochronnym. Jednocześnie jego następca konsekwentnie odbierał mu kolejne prerogatywy: po zdymisjonowaniu go ze stanowiska szefa Rady Bezpieczeństwa pozbawił go również przewodnictwa w Zgromadzeniu Narodów Kazachstanu, a wcześniej – w partii rządzącej (gestem o znaczeniu symbolicznym była zmiana jej nazwy z Nur Otan na Amanat). „Denazarbajewizację” symbolicznie zakończy nowelizacja ustawy o pierwszym prezydencie oraz usunięcie wzmianek o nim z konstytucji.

(...)

Wybuch wojny rosyjsko-ukraińskiej był dla Kazachstanu wstrząsem i kolejnym, po styczniowych niepokojach, egzystencjalnym wyzwaniem, stawiającym kraj w trudnej sytuacji (zwłaszcza po tym, jak Moskwa, używając mechanizmu OUBZ, pomogła Tokajewowi ustabilizować sytuację, czyniąc go symbolicznym dłużnikiem i okazując swoją siłę sprawczą). Z jednej strony oba państwa łączą bliskie, sojusznicze więzy, co przekłada się na znaczącą wymianę handlową (szczególnie na kazaski import). Kazachstan należy też do wszystkich poradzieckich formatów integracyjnych: Wspólnoty Niepodległych Państw, OUBZ oraz Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej. Ponadto jego drugim pod względem powierzchni sąsiadem są prezentujące prorosyjskie stanowisko Chiny. Z drugiej strony od dawna pozycjonuje się jako promotor dialogu i porozumienia (format astański, przewodnictwo w OBWE w 2010 r.) oraz jest silnie zintegrowany ze światową gospodarką – największym partnerem handlowym kraju pozostaje Unia Europejska jako całość (decydującą rolę odgrywa tu kazaski eksport, obejmujący zwłaszcza surowce energetyczne). Władze mogły się w związku z tym obawiać sankcji pochodnych wobec tych nałożonych przez UE i USA na Rosję i podjęły działania mające im zapobiec.

Ze względu na wymienione uwarunkowania Kazachstan pozostaje otwarty na rosyjski biznes, widząc we współpracy z nim szansę na wymierny zysk (np. możliwość zakładania firm przez obywateli FR). Ostatnio zaczęto jednak np. wymagać, aby osoba, która chce otworzyć rachunek w kazaskim banku i uzyskać kartę kredytową Mastercard lub Visa, posiadała zezwolenie na pracę lub pobyt stały[11]. W działaniach Tokajewa widać starania, aby nie naruszyć żywotnych interesów żadnego z największych graczy (Zachodu, Chin i Rosji). Szybka reakcja następuje jedynie wówczas, gdy zagrożony jest sam Kazachstan – przykładowo w dzień po objęciu restrykcjami rosyjskiej ropy eksportowanej tankowcami poinformowano o zmianie nazwy marki surowca kazaskiego przesyłanego tą drogą na światowe rynki z rosyjskich portów (aby zapobiec myleniu ich).

Postawę państwa wobec sytuacji wywołanej wojną na Ukrainie należałoby określić jako ostrożną i wyczekującą, co zwraca uwagę szczególnie ze względu na skalę powiązań kazasko-rosyjskich oraz interwencję OUBZ w styczniu br. Tokajew dystansuje się od Moskwy, co było widoczne już w jego orędziu z 16 marca, dba jednak przy tym, aby jej realnie nie zaszkodzić – Kazachstan uznał co prawda integralność terytorialną Ukrainy (co tłumaczono faktem, że takie stanowisko zajmuje społeczność międzynarodowa), ale 7 kwietnia zagłosował w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ przeciwko zawieszeniu członkostwa Rosji w Radzie Praw Człowieka. Taka ostrożność podyktowana jest troską nie tylko o równowagę w relacjach z głównymi stolicami świata, lecz także o stabilność wewnętrzną – szacuje się, że około jednej trzeciej obywateli podziela rosyjski punkt widzenia na wojnę. Dlatego też zgody na demonstracje poparcia dla Ukrainy wydaje się wybiórczo, a zatrzymywanie osób z symbolem „Z” ma charakter akcyjny. Wydaje się, że suma działań „antyrosyjskich” w rodzaju odwołania defilady 9 maja 2022 r. (pod pretekstem trudności budżetowych) wykracza już jednak poza tradycyjne lawirowanie pomiędzy Rosją, Chinami a Zachodem, tworząc nową jakość, a Kazachstan znajduje się dziś dalej od Moskwy niż cztery miesiące wcześniej. Nie jest to jednak proces nieodwracalny.

osw.waw.pl

Pod koniec czerwca Moskwa zwiększyła mobilizację żołnierzy z terenów Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej. Urządzono łapanki na ulicach, młodzi mężczyźni są zmuszani do rejestracji w wojskowych biurach poboru. Równolegle w sieciach społecznościowych pojawiły się liczne nagrania z apelami żołnierzy do prezydenta Rosji Władimira Putina i władz nieuznawanych na arenie międzynarodowej republik. Poborowi oskarżają dowódców o oszustwa.

"Wbrew oświadczeniu, że rezerwiści nie będą brali udziału w operacjach bojowych, tylko zajmą się pilnowaniem porządku na kontrolowanych przez Rosję terenach Donieckiej Republiki Ludowej i zajmą trzecią linię obrony, niewyszkolony i niedoświadczony w działaniach bojowych personel, bez obowiązkowych badań lekarskich, od 13 marca przebywa na wysuniętych pozycjach w Mariupolu" – czytamy w jednym z takich komunikatów.

Redakcja "The Moscow Times" znalazła co najmniej pięć podobnych apeli od żołnierzy ze 105, 107, 113 i 127 pułku strzelców Donieckiej Republiki Ludowej, a także od członków 206 pułku Ługańskiej Republiki Ludowej.

Na początku marca przywódca samozwańczej republiki Denis Puszylin wprawdzie obiecywał, że zmobilizowani żołnierze nie trafią na "pierwszą linię", ale wojskowi z Donbasu, z którymi rozmawiali redaktorzy "The Moscow Times", twierdzili, że jest wręcz przeciwnie: na linii frontu znaleźli się ludzie, którzy nigdy wcześniej nie mieli w ręku broni.

– Widziałem rezerwistów idących do Azowstalu bez kamizelek przeciwodłamkowych i w sowieckich hełmach: żeby im się mózg nie rozprysnął dookoła. Z przerażeniem rozpoznawałem wśród nich swoich znajomych – mówił Kirył, 19-letni poborowy.

Wdowa po 30-letnim Olegu, poległym żołnierzu z Donieckiej Republiki Ludowej, powiedziała, że oddział jej męża oddelegowano, aby przyciągnąć uwagę artylerii wroga w pobliżu Mariupola.

– Mąż napisał mi, że byli używani jako przynęta, do lokalizacji ukraińskiej artylerii – powiedziała kobieta.

Jej mąż Oleg przez ponad miesiąc prowadził pamiętnik, w którym opisywał, co działo się na wojnie. Mężczyzna brał udział w walkach o Mariupol i zginął, szturmując port.

9 marca, kiedy ogłoszono, że firma Olega zostanie wysłana do oczyszczenia strefy przemysłowej w pobliżu Mariupola, mężczyzna napisał: "Puszylin powiedział, że nie będziemy na froncie, nasze miejsce było na trzeciej linii (choć tam też nie mieliśmy ni ch**a do roboty). Wszyscy panikowali, mówiąc, że nie mamy sprzętu, nie byliśmy przeszkoleni, nie mieliśmy jedzenia, byliśmy głodni itd. Byliśmy w zasadzie cywilami przebranymi za wojskowych."

Konstantin Skorkin, były analityk think-tanku Carnegie Moscow Center i ekspert od polityki Donbasu, mówi, że oddziały z samozwańczych republik są zwykle wykorzystywane "do brudnej roboty".

– Donbas ma elitarne jednostki wojskowe, takie jak oddział Chodakowskiego. Są dobrze wyposażeni i pewnie przyzwoicie opłacani. I mają masy zmobilizowanych mężczyzn. To są zwykli ludzie, na co dzień wykonujący spokojne zawody, którzy są wrzucani na front, aby załatać dziury. Dzieje się tak, mimo że dowódcy obiecują, że nie będą ich wysyłać poza granice republik – mówi.

Wśród przymusowo zmobilizowanych jest wielu, którzy nie chcą walczyć i próbują sabotować rozkazy. Takie osoby są surowo karane. Jeden z bojowników Donieckiej Republiki Ludowej, który przyjechał jako ochotnik z Rosji, mówi, że ci, którzy nie chcą walczyć, są wysyłani na rzeź.

– Mamy rezerwistów, którzy odmówili przejścia do ofensywy, jest ich 70 – wsadzono ich na czołgi i wysłano do walki, to była zbiorowa kara. Wszyscy zostali zabici lub wzięci do niewoli, krótko mówiąc: zaginęli – opowiada mężczyzna.

– Do walki rzuca się starców, inwalidów, byłych więźniów i osoby ewidentnie niezdolne do służby wojskowej – te słowa powtarzały się w relacji kilku donbaskich żołnierzy, do których dotarła redakcja "The Moscow Times".

– Mieliśmy w swoim gronie epileptyka, człowieka z poważnymi problemami z nogami, kilku narkomanów i starca po siedemdziesiątce, który przerażał wszystkich swoim wyglądem – powiedział jeden z żołnierzy armii z Donbasu.

Konstantin Skorkin zna kilka podobnych przypadków: – Mąż mojej znajomej został zmobilizowany, mimo że ma bardzo słaby wzrok i brakuje mu palca u ręki. Był nauczycielem. Zginął pod Popasną podczas ataku moździerzowego.

Wśród zmobilizowanych są byli więźniowie. Jeden z mężczyzn odbywających karę w więzieniu na terenie Donieckiej Republice Ludowej, powiedział "The Moscow Times", że skazańcy są wysyłani na front bezpośrednio zza krat.

– Oferują wcześniejsze zwolnienie, jeśli zgodzisz się iść na front. Najczęściej, oczywiście, werbują tych, którzy mają już jakieś doświadczenie: byłych milicjantów, żołnierzy czy funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa. Jest ich tu wielu – opowiedział mężczyzna w rozmowie z "The Moscow Times". – Niektórzy zgadzają się iść na wojnę, nie ciągną nikogo na siłę. Odmówiłem, mam braci i siostrę w Ukrainie, jak mogę z nimi walczyć?

Matka innego więźnia potwierdziła, że jej synowi proponowano wyjazd na front, ale ten odmówił. Kobieta uważa, że w kolonii karnej jest znacznie bezpieczniejszy niż na wolności.

– Nie sądziłam, że to powiem, ale cieszę się, że mój syn jest w więzieniu: przynajmniej w ten sposób nie zostanie wysłany na wojnę. Kilka razy zostałam zatrzymana na ulicy przez wojskowych z pytaniem, czy w domu są jacyś mężczyźni: mogli go po prostu złapać i zabrać. W więzieniu przynajmniej pozostanie przy życiu.

Matki i żony żołnierzy z Donbasu wielokrotnie próbowały też zwrócić uwagę lokalnych władz na problem. W marcu protestowały w Ługańsku, domagając się powrotu porzuconych w Charkowie mężów i synów.

Kobiety zostały wkrótce zatrzymane przez pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Ługańskiej Republiki Ludowej. Jednej z nich, jak podała telewizja NTV, grozi do 20 lat więzienia za organizowanie zamieszek i zdradę.

W marcu w Doniecku na pół godziny przed rozpoczęciem manifestacji Związku Matek Donbasu na miejsce wiecu wjechała zestaw rakietowy Toczka-U. Lokalne władze oskarżyły o zorganizowanie wiecu "ukraińskich bojowników". Podobno celowo chcieli zgromadzić na placu jak najwięcej osób.

Wiele wdów nie może otrzymać odszkodowania, nie dostały też ciał swoich mężów. Oldze udało się odnaleźć ciało małżonka dwa miesiące później, dzięki pomocy znanych jej wolontariuszy.

– Zadzwoniłam do jednego z żołnierzy. Wyjątkowy skur***yn. Powiedział mi, że zabroniono im jechać w okolice Mariupola po ciała poległych, bo tam jest zbyt niebezpiecznie. Czyli nie było niebezpiecznie, by wysłać ich tam żywych, ale by zabrać ich zwłoki z powrotem, było zbyt niebezpiecznie – wspominała poruszona wdowa.

Olga uważa się za szczęściarę. Wiele innych kobiet musi szukać swoich mężów zdecydowanie dłużej. Trzy wdowy opowiedziały, że krewni zmarłych często nie są nawet informowani o śmierci żołnierzy. – Nasi mężczyźni są wysyłani na front bez paszportów, co utrudnia identyfikację – powiedziała żona kolejnego zmarłego wojskowego. Wielu poległych jest anonimowych. W tym przypadku rodzina nie może liczyć na odszkodowanie.

– Pułkownik z jednostki powiedział mężowi: "Idziesz do morza, do morza krwi". Myśleli, że to żart. Skończyło się na tym, że zabrali ich w okolicach Zaporoża. Wysłali do ataku, niektórzy poszli nawet bez hełmów. Nie byli nawet mięsem armatnim, tylko odpadem do przemielenia. Z ośmiu mężczyzn z ich grupy wróciło trzech. Nie mogli zabrać ich ciał: powiedzieli, że cały teren został zaminowany – opowiada Taisia, mieszkanka Doniecka.

Mąż Taisii odmówił wykonania rozkazu. Przeżył cudem.

Kobiety z czatu "Matki Donbasu" w aplikacji Telegram mówią, że piszą listy do biur Putina, Puszylina, pierwszego zastępcy szefa administracji prezydenckiej Siergieja Kirijenki i rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale większość apeli jest ignorowana. Rosyjskie MSZ odpowiedziało jednej z wdów, że nie wtrąca się w sprawy innych, suwerennych państw.

– Puszylin ma się dobrze i nikt go nie ukarze. Oczywiście teraz zmienia się podejście ludzi do wszystkiego. Wielu, którzy wierzyli w Doniecką Republikę Ludową, już nienawidzi skrótu DRL. Ktoś teraz nienawidzi Federacji Rosyjskiej. Sami widzicie, kto to wszystko zaczął – skarżyła się jedna z kobiet, której mąż nigdy nie wrócił do domu.

Prawnik Siergiej Kriwenko, dyrektor organizacji "Obywatel i Armia", zdaje sobie sprawę z licznych naruszeń praw osób zmobilizowanych w Ługańskiej Republice Ludowej, ale twierdzi, że obrońcy praw człowieka są bezsilni w nieuznawanych na arenie międynarodowej samozwańczych quasi-państwach.

– To jest szara strefa, tam nie działają żadne przepisy. Jedyne, co mogą zrobić ci, którzy nie chcą walczyć, to podjąć decyzję na własną rękę i opuścić teren republiki – podsumowuje.

Prawnie mieszkańcy obu samozwańczych republik są uważani za obywateli Ukrainy, ale w rzeczywistości nie mogą otrzymać ochrony ze strony państwa, wyjaśnia prawniczka Anastazja Burakowa. Zgodnie z międzynarodowym prawem humanitarnym tacy obywatele należą do kategorii "osób chronionych" przez ONZ i zachowują wszystkie podstawowe prawa, ale w praktyce ich ochrona przed arbitralnością nowych władz jest problematyczna. W efekcie ludzie ci są zakładnikami lokalnych władz.

Cóż, tutaj fizycznie nie da się nic zrobić, zazwyczaj w sprawie łamania praw człowieka na terytoriach okupowanych Biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców rejestruje fakty, apeluje, negocjuje warunki ugody, ale ONZ nie jest w stanie zorganizować konkretnej szybkiej pomoc w każdym przypadku – wyjaśnia Burakova.

onet.pl/The Moscow Times

niedziela, 3 lipca 2022


Na czele organizacji stoją dwaj mężczyźni. Pierwszym z nich jest jej założyciel. Ten, od którego pochodzi niezwykła nazwa armii cieni: ppłk Dimitri Utkin, pseudonim bojowy Wagner. To były członek GRU, rosyjskiego wywiadu wojskowego, który odszedł z armii w 2013 r. W 2014 r. zebrał innych weteranów sił specjalnych i stworzył siły szybkiego reagowania do prowadzenia operacji celowych w separatystycznym regionie Donbasu w Ukrainie, które toczyły wtedy wojnę z proeuropejskim rządem w Kijowie. Grupa najemników wzięła nazwę od przydomka swojego przywódcy. Co ważne, wybrał on pseudonim Wagner w hołdzie dla niemieckiego kompozytora i ze względu na symboliczny charakter, jaki się z nim wiąże. Dimitrij Utkin jest bowiem wielkim wielbicielem Trzeciej Rzeszy i Adolfa Hitlera.

Fakt, że rosyjscy oficerowie podziwiają nazistów, może wydawać się paradoksalny. Być może częściową odpowiedzią jest rosnące znaczenie pansłowiańskiego neopogaństwa w Rosji.

Według Marata Gabidullina 30-40 proc. członków w szeregach Wagnera to wyznawcy rodzimowierstwa ("pierwotnej wiary"), ruchu słowiańskich neopogan, który powstał w latach 80. i który w kwestiach etnicznych silnie inspiruje się skrajnie prawicowym dyskursem rasowym w Niemczech. Niektórzy rodzimowiercy chcą powrotu do dawnych przedchrześcijańskich wierzeń i kultu sił natury. Poprzez swoje przywiązanie do ojczyzny, do ziemi rosyjskiej, przejawiają tendencje nacjonalistyczne: tylko tutaj bowiem naród rosyjski może rzekomo na nowo odkryć swoje prawdziwe wartości. Wielu z nich przejawia postawy antysemickie, ksenofobiczne czy też obsesję na punkcie czystości etnicznej i segregacji rasowej. Nie są jednak misjonarzami swojej wiary.

(...)

Pseudonim Wagner Dimitrija Utkina pozwala jego żołnierzom w bardzo szczególny sposób wykorzystywać język. Najemnicy nazywają siebie "muzykami". W mediach społecznościowych twierdzą, że są częścią "orkiestry" prowadzonej przez "kompozytora", która gra "koncerty" na całym świecie. W ten sposób dają do zrozumienia, że biorą udział w walkach. Na ich propagandowych filmach wideo w prawym górnym rogu widnieje portret niemieckiego kompozytora.

Marat Gabidullin w swoim raporcie również posługuje się metaforą muzyczną. Zmienia Utkina w "Beethovena" — pseudonim, który ma pozostawić czytelnika w niewiedzy, o kogo chodzi. Autor opisuje dowódcę, którego boją się jego "legioniści", który na przemian wydaje się wizjonerski i "przerażający". Mówi się, że od 2014 r. pod jego dowództwem służyło w sumie 10 tys. bojowników, w tym Marat. Obecnie dla Wagnera pracuje około 5 tys. najemników, gotowych w każdej chwili do wyjazdu na wojnę poza granice Rosji.

Inną kluczową postacią w Grupie Wagnera jest Jewgienij Prigożyn. Marat nie wspomina o nim otwarcie. Znają się dobrze, ale łączy ich pakt moralny. Oligarcha oddał mu cenne usługi, zanim Marat opuścił grupę w 2019 r.

Jewgienij Prigożyn urodził się 1 czerwca 1960 r. Podobnie jak Władimir Putin, pochodzi z Sankt Petersburga i podobnie jak on wykorzystał postsowiecki chaos, aby wybudować imperium. Ten były przestępca, który stał się jednym z najpotężniejszych ludzi w Rosji, jest czystym produktem podziemnego półświatka bojówek bezpieczeństwa, szpiegów, urzędników wywiadu, bossów mafii i byłych więźniów. Prigożyn dobrze zna to środowisko. W 1981 r., mając zaledwie 20 lat, został skazany na 13 lat więzienia za kradzieże, oszustwa i zmuszanie nieletnich do prostytucji. To doświadczenie ukształtowało go na zawsze.

Kiedy dziewięć lat później wyszedł z więzienia, ZSRR legło w gruzach. "Terapia szokowa" w latach 90. mająca na celu ożywienie rosyjskiej gospodarki stworzyła bezprecedensowe możliwości dla nowego pokolenia ludzi pozbawionych skrupułów. Zrobili oni wszystko, aby wyeliminować konkurencję. Prigożyn natychmiast rzucił się w wir biznesu. Angażował się we wszystko: kasyna, supermarkety w stylu zachodnim i wiele innych.

W końcu założył sieć z hot dogami, najpopularniejszymi postsowieckimi fast foodami. Prowadził też kilka luksusowych barów, które zostały entuzjastycznie przyjęte przez petersburską elitę polityczną. Pierwszy z nich, czyli Stary Dworzec Celny, od 1996 r. stał się ulubionym miejscem spotkań najbliższego kręgu mera Anatolija Sobczaka. Regularnie zabierał tam ze sobą jednego ze swoich wiernych doradców — niejakiego Władimira Putina.

Przy sałatce z krabami z Kamczatki lub blinach z kawiorem z jesiotra negocjowano obszerne kontrakty i przypieczętowywano mocne sojusze. Gdy przychodzili ważni goście, Prigożyn był na miejscu i nalegał, by obsługiwać ich osobiście. Poświęcenie to było bardzo cenione. Sukces przyszedł szybko i Prigożyn otworzył cztery kolejne luksusowe restauracje.

Zainspirowany restauracjami na łodziach nad Sekwaną w Paryżu, w 1998 r. otworzył Nową Wyspę. Wkrótce stała się ona ważnym miejscem spotkań dla Putina, który w grudniu 1999 r. został mianowany tymczasowym prezydentem Federacji Rosyjskiej. Obchodził tam swoje urodziny i zapraszał wysokich rangą gości, takich jak Jacques'a Chiraca latem 2001 r. W maju 2002 r. Putin jadł tam kolację z prezydentem USA George'em W. Bushem.

Dzięki swoim umiejętnościom kulinarnym Jewgienij Prigożyn zrobił błyskawiczną karierę. Zyskał przydomek Kucharz Putina i stał się ważnym graczem w kręgach władzy. Jego firma cateringowa Concord Catering zdobyła liczne kontrakty publiczne. Dbał o gościnność na oficjalnych imprezach, dostarczał posiłki do koszar wojskowych i otrzymał lukratywne zadanie zaopatrywania stołówek szkolnych. Pomimo zatrucia pokarmowego, które w 2017 r. dotknęło setki dzieci w rejonie Moskwy, Jewgienij Prigożyn nie został zatrzymany przez wymiar sprawiedliwości. Ponieważ Władimir Putin uczynił go wpływowym i bogatym człowiekiem.

W zamian za wsparcie ze strony Putina oligarcha wykonuje brudną robotę dla Kremla. Został objęty międzynarodowymi sankcjami i jest oskarżony przez FBI o zorganizowanie rosyjskiej ingerencji w wybory w USA w 2016 r. Mówi się, że jest on szefem Internetowej Agencji Badawczej. Jest to fabryka trolli, której zadaniem jest manipulowanie opiniami w sieciach społecznościowych. Waszyngton wyznaczył za jego głowę nagrodę: 250 tys. dolarów. Ale w grze w "złap mnie, jeśli potrafisz" Prigożyn jest prawdziwym mistrzem. Obecnie jest uważany za finansistę i przywódcę organizacyjnego Grupy Wagnera. Wspierać go w tym mają wysocy rangą urzędnicy wojskowi.

Od 2020 r. Prigożyn znajduje się również na liście sankcji UE za rolę, jaką odegrał "w działaniach Grupy Wagnera w Libii". Zarzuca mu się, że zagraża "pokojowi, stabilności i bezpieczeństwu". Pomimo coraz większej liczby przytłaczających dowodów na jego zaangażowanie w działania destrukcyjne — zarówno cyfrowe, jak i fizyczne — od Bliskiego Wschodu po Afrykę, miliarder bagatelizuje swoją rolę w rozmieszczaniu paramilitarnych oddziałów na całym świecie. Wytacza procesy każdemu, kto oskarży go o powiązania z Wagnerem. Zorganizował swoje firmy w taki sposób, że żadnej z nich nie można powiązać z działalnością grupy.

Ten brak przejrzystości jest doskonale zorganizowany. To typowy ojciec chrzestny mafii w starym stylu. Wszechobecny, ale niewidzialny. Wszechmocny i nietykalny. Mimo że cień "szefa kuchni" unosi się między wierszami opowieści Marata, autor nigdy tak naprawdę nie rozwodzi się nad tą toksyczną postacią. Chce uniknąć konsekwencji prawnych i aktów zemsty wynikających z bycia zbyt otwartym. Pozwalając głównym bohaterom zepchnąć się na drugi plan, Marat ma większą swobodę w opowiadaniu o szczegółach swojej kariery w Grupie Wagnera, którą lubi nazywać po prostu "firmą". Dla tej "firmy" wyruszał w bój do Ukrainy czy Syrii.

Marat Gabidullin służył Wagnerowi i był w tym dobry. Otrzymał liczne ordery grupy, ale także oficjalne nagrody od państwa rosyjskiego za swoje zasługi, które zawsze były przyznawane mu w tajemnicy. Nagrody, co do których musiał cały czas kłamać.

Przez lata musiał kłamać na temat charakteru swoich zadań, obszarów, w których służył, ludzi, z którymi miał do czynienia. Kłamał, żeby nadal walczyć dla organizacji, która dawała porzuconym mężczyznom nową wiarę w siebie, a jednocześnie zamieniała ich w mięso armatnie, zmarnowane na geopolityczne ambicje Kremla.

Są to ludzie, których Marat chce uhonorować w swoim raporcie wewnętrznym, wydobywając ich z mroku. — Niektórzy z nich to "bohaterowie" — mówi. — Porządni ludzie, którzy zasługują na prawdę i zakończenie milczenia, jakie otacza tę tajną organizację — opowiada. Prawda to bardzo duże słowo. Powód powstania jego raportu, opowiedzianego z perspektywy pierwszej osoby.

Marat, jako żołnierz zawodowy, spędził dziesięć lat w rosyjskich siłach powietrznych. W 1993 r., dwa lata po upadku Związku Radzieckiego, opuścił koszary w stopniu porucznika, aby rozpocząć karierę w biznesie. Nieokiełznany kapitalizm triumfalnie wkroczył do kraju i każdy chciał dostać swój kawałek tortu. Dotyczyło to również wojska. Jednak wobec braku dużych pieniędzy Marat idzie w inną stronę. Zostaje płatnym zabójcą na usługach lokalnego bossa kryminalnego półświatka w Syberii i w końcu zabija człowieka z zimną krwią. Jego ofiarą jest mafioso z konkurencyjnego klanu, który "zasłużył na to".

Po trzech latach więzienia, kilku latach bezrobocia i depresji uzależnia się od alkoholu i dorabia dorywczymi pracami jako ochroniarz. Wtedy zaczyna już rozumieć, że nie ma już dla niego odwrotu i że nigdy nie będzie mógł wstąpić do regularnych sił zbrojnych. Gdy jego świat się rozpada, spotyka starego przyjaciela, który mówi mu o nowej prywatnej organizacji wojskowej, która nie przejmuje się zbytnio przeszłością swoich rekrutów. Byli więźniowie i pospolici przestępcy są mile widziani w jej szeregach, pod warunkiem, że mają doświadczenie i potrafią posługiwać się bronią.

Maratowi marzy się służba w wojsku i natychmiast szuka centrum rekrutacyjnego w Mołkino, niedaleko Krasnodaru w południowej Rosji. — Było nas wielu — wspomina. — Nie mogę jednak podać żadnych szczegółowych informacji o dokładnej lokalizacji tego miejsca ani o liczbie mężczyzn. Wszystko to mogłoby być wykorzystane przeciwko mnie. Mógłbym zostać oskarżony o ujawnienie tajemnic wojskowych — zaznacza.

Marat pozostaje ostrożny. Ponieważ centrum w Mołkino jest twardym dowodem na współpracę Wagnera z władzami rosyjskimi. Baza wojskowa, w której mieszkają najemnicy, znajduje się o rzut kamieniem od centrum szkoleniowego i koszar GRU, oficjalnego wywiadu wojskowego rosyjskiej armii. To miejsce, gdzie do szkolenia używa się takiej samej broni jak w wojsku i gdzie nic nie dzieje się bez zgody ministerstwa obrony Rosji.

W swoim raporcie Marat woli więc nie mówić nic, co mogłoby być objęte tajemnicą państwową. Jest to konieczny środek ostrożności i w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że autor jedynie spekuluje. Czytając jego książkę, nie można zapomnieć, że Gabidullin jest pierwszym najemnikiem Wagnera, który zeznaje otwarcie, pod własnym nazwiskiem. Jest świadomy niebezpieczeństw, jakie wiążą się z jego rewelacjami. Oprócz ewentualnego oskarżenia, ryzykuje po prostu życiem. Dlatego też w jego książce oprócz nazwisk bojowników "wszystko jest prawdą" — zapewnia. Aby lepiej ich chronić, autor wspomina o nich tylko pod wymyślonymi przez siebie pseudonimami wojskowymi.

W jego opowieści można spotkać "Wilka", "Wodza" czy "Strzelca". Kolorowi, bohaterscy, niezwykle brutalni i często w problemami z depresją, ci współcześni gladiatorzy tworzą zgrane szeregi mrocznej armii.

Jego własny pseudonim to Dziadek. Przezwisko, które wymyślili jego towarzysze. Uważa, że to imię dobrze do niego pasuje. W chwili wstąpienia do szeregów Wagnera Marat miał 48 lat. Z siwą kozią bródką był najstarszy w swoim plutonie. W 2015 r. był wśród pierwszych 400 rekrutów. M-0346 to jego numer służbowy. W tamtym czasie selekcja była ostra, ale rozmowy kwalifikacyjne i testy wytrzymałościowe przeszedł bezbłędnie. Został potem poinformowany o celach Grupy Wagnera: jego zadaniem będzie reprezentowanie i ochrona interesów Rosji poprzez udział w konfliktach zbrojnych. Od razu przyciągnęła go ta patriotyczna wizja.

W kraju, gdzie średnia płaca nie przekracza 400 euro, Grupa Wagner obiecuje atrakcyjne zarobki. — Oczywiście jedną z głównych motywacji były pieniądze. Dobrze nam płacono. 950 euro miesięcznie za okres szkolenia w bazie, potem było od 1500 do 1800 euro za pierwsze zadania za granicą — mówi Marat.

Chociaż bycie najemnikiem grupy nie zapewnia ubezpieczenia społecznego ani odszkodowania dla rodzin w przypadku śmierci, za każdy udział w operacji bojowej są premie. Marat mógł zarobić nawet do 3 tys. euro miesięcznie. Zdobył niewielką fortunę, której starał się nie zmarnować. Mógł na przykład kupić mieszkanie na przedmieściach Moskwy.

Po trzech miesiącach przyspieszonego szkolenia zostaje wysłany na pierwszą misję do wschodniej Ukrainy, do Donbasu. Obszar, który Władimir Putin uważa za swój i o który rząd w Kijowie od 2014 r. toczy walki z popieranymi przez Moskwę separatystami. Tysiące bojowników zostało wezwanych z całej Rosji, aby wesprzeć separatystów. A wraz z tym strumieniem przybyły trzy bataliony (300 ludzi) z Wagnera.

Marat nie lubi wspominać tego epizodu w swojej biografii. — Na wojnie są różne sytuacje — wyjaśnia. — Jedną z nich jest sytuacja, gdy walczysz po niewłaściwej stronie ze względu na swoją narodowość, dla niewłaściwych ludzi, którzy jednak są wspierani przez twój rząd. To bardzo niekomfortowa sytuacja — zaznacza.

Z pewnością jedna z przyczyn tego niepokoju leży w charakterze zadań, jakie otrzymują najemnicy Wagnera. W 2014 i 2015 r. w Donbasie powstały niezliczone grupy separatystów, z których część nie znajdowała się pod kontrolą Rosji. Podbijały one terytoria, działały autonomicznie i stały się zbyt niezależne w oczach Kremla. Przeciwko tym separatystom wysyłano brygady Wagnera, aresztując ich przywódców i neutralizując oddziały poprzez konfiskatę broni i sprzętu. Czasami stosowano bardziej radykalne metody. Mówi się, że ludzie Wagnera brali udział w zamachach na kilkunastu przywódców separatystów, w tym na charyzmatycznego Aleksandra Bednowa, pseudonim Batman, który zginął w zasadzce w Ługańsku 1 stycznia 2015 r.

Marat Gabidullin zaprzecza, jakoby brał udział w tych operacjach. W rozmowach nigdy nie wahał się mówić o konflikcie w Ukrainie jako o wojnie domowej i poważnym błędzie Kremla. Błędzie, który stał się zbrodnią wraz z rosyjskim atakiem w lutym tego roku. Ta wojna przekonała go do ujawnienia się.

Po raz pierwszy Marat opowiada o swoim początkowym zadaniu dla prywatnej organizacji wojskowej. Relacjonuje doświadczenia z Ukrainy. Jak mówi, w Ukrainie nie chodziło o wyższe cele, takie jak walka z dżihadystami z Państwa Islamskiego. To był dla niego raczej niechlubny epizod, plama na jego biografii. Po prostu wypadek.

Jednak w tamtym czasie nie było dobrego powodu, by opuścić szeregi Wagnera. Po misji w Donbasie Marat pnie się w górę w organizacji. Z prostego żołnierza zostaje mianowany dowódcą jednostki rozpoznawczej, a pod koniec 2015 r. wyrusza do Syrii. Tam do 2019 r. weźmie udział w czterech misjach, które łącznie potrwają trzy i pół roku.

onet.pl/Die Welt

Przed inwazją Rosji na Ukrainę sytuacji Kamaza mógł pozazdrościć właściwie każdy inny producent aut ciężarowych. I sukcesów na polu sportowym, jak i gospodarczym. Kamaz 19 razy zwyciężał najtrudniejszy rajd świata, stając się dominatorem Dakaru w XXI wieku. Rosyjskie 10-tonowe "pustynne potwory", które spalały sto litrów paliwa na sto kilometrów, rozpędzały się do 100 km/h w 14 sekund. Pomagał w tym siedemnastolitrowy silnik V8 z 32 zaworami, dwie turbosprężarki i moc 730 koni mechanicznych. To parametry Kamaza K5, który wygrał tegoroczny Dakar, rozgrywany w styczniu w Arabii Saudyjskiej. Ta impreza zawsze była dla tego producenta bardzo istotna. Rosyjskiej propagandzie dawała sporo możliwości do pokazywania wyższości sprzętu krajowego nad tym zagranicznym.

- Cały trud fabryki i zespołu ukierunkowany jest na zwycięstwo w tym rajdzie. Jesteśmy dumni, że możemy pisać tak wyjątkową historię tej imprezy. Kamaz to legenda Dakaru, robimy, co w naszej mocy, by utrzymać dominację – deklarował jeszcze pół roku temu Władimir Czagin w rozmowie z Red Bullem, niedawnym sponsorem. "Car ciężarówek" ma na koncie aż siedem zwycięstw w Dakarze, a od kilku lat jest głównym menedżerem zespołu. Zespołu, którego kierowcy wspierani byli nie tylko przez popularnego producenta napojów, ale też amerykańskiego giganta oponiarskiego Goodyear. Do tego ruble dla dumy motoryzacji hojnie przelewali państwowi giganci - Gazprom czy VTB. Przekazywali oni niemal połowę z 13 mln dol., które co roku na rajdach miał zapewniony Kamaz Team.

Raj się skończył, bo krajowi giganci też odczuwają skutki sankcji i przykręcają kurek, gdzie mogą. Nie tylko dlatego Kamaz popada w stagnację, a nawet się cofa. Dzieje się tak również ze względu na sankcje Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii, a w końcówce czerwca, także po blokadach ministerstwa skarbu USA, które zabroniło transakcji z Kamazem i jego spółkami zależnymi. Jak uzasadnili amerykanie, stało się tak ze względu na to, iż auta tej marki były widziane, gdy rosyjskie wojsko przemieszczało się przez terytorium Ukrainy, a ciężarówki Kamaza, prawdopodobnie należące do rosyjskiego wojska, dojrzano także na Białorusi z rakietami Iskander. Na nic zdały się wielomiesięczne zapewnienia szefa Kamaza Siergieja Kogogina, że jego firma dawno przestała produkować sprzęt wojskowy. Przy okazji sankcji, które nałożyły też Australia, Kanada, Nowa Zelandia, Szwajcaria szybko uwidoczniło się, że rosyjski "potwór pustyni" nie jest aż tak bardzo rosyjski.

W najnowszych generacjach Kamazów — tych, które ostatnio zachwycały na Dakarze (modele K4 i K5), stosowano przecież kabiny Mercedesa. Produkcję silników diesla zapewniał chiński Weichai, który w przypadku dalszej współpracy też obawia się amerykańskich sankcji. Na dodatek w spółce Kamaza, która produkowała skrzynię biegów, większościowe udziały miał niemiecki ZF. Do tego od pewnego czasu w wyniku embarga na Rosję, Kamaz nie dostaje też niemieckich chłodnic i klimatyzacji od Webasto, akumulatorów Varty, smarów i olejów od francuskiego Motula i Totalu, nie ma też hamulców i części do zawieszenia od amerykańskiego Wabco i kilku innych sprawdzonych, importowanych komponentów. Na domiar złego mniej konstruktywna jest też współpraca z MAZ-em, bo największy producent ciężarówek na Białorusi, też podlega sankcjom UE.

Pomimo robionej jeszcze kilka miesięcy temu przez władze Kamaza dobrej miny do złej gry, teraz problemów nie da się już zbagatelizować, bo kończą lub skończyły się magazynowe zapasy niektórych elementów potrzebnych do konstrukcji nowych ciężarówek. Kogogin przyznał, że produkcja w tym roku spadnie nawet o 40 procent, a zeszłoroczna, ogólna sprzedaż niemal 79 tys. ciężarówek pozostanie marzeniem.

- Jeśli chodzi o naszą sprzedaż, głównym problemem będzie generacja K4 i K5. W biznesplanie na ten rok mieliśmy 16 tys. takich samochodów, ale teraz jest to nierealne — mówi prezes firmy, który ma nadzieję, że uda się wyprodukować około 3 tys. takich maszyn. - To dla nas bolesne, ponieważ na tych najdroższych samochodach zarabialiśmy najlepiej – dodaje.

Kamaz musi zatem ograniczyć produkcje flagowych modeli o ponad 80 procent, ale nie zawiesza działalności. Chce zwiększyć produkcję Kamazów K3, których konstrukcja pamięta jeszcze czasy Związku Radzieckiego. Ostatnio te modele były oferowane głównie do Afryki i krajów Ameryki Łacińskiej. W 2021 r. wyprodukowano ich tylko około półtora tysiąca sztuk (przy 45 tysiącach złożonych aut). Rosyjska motoryzacja ciężarówek cofnie się zatem o kilka dekad, ale cały czas pracuje, by podzespoły do K5 wytwarzać w Rosji. Zakłada, że ten proces uda się rozpocząć w 2023 roku. Na razie – tj. od czerwca pracownicy fabryk Kamaza przeszli na trzydniowy system pracy.

sport.pl

sobota, 2 lipca 2022


Bartosz Rydliński: Pani doktor. Chciałbym się zapytać o kluczowe momenty w historii Ukrainy do II wojny światowej. Z różnych względów polska opinia publiczna, również za sprawą edukacji w szkole, zna trochę tej historii, ale nie do końca. Jak z Pani perspektywy wygląda historia Ukrainy przed 1939 rokiem?

Olena Babakowa: Jak sam Pan powiedział, jestem historyczką z wykształcenia. Jak wszyscy Państwo wiedzą, nie tylko w Polsce, ale i w Ukrainie kurs uniwersytecki z historii a nauczanie historii w szkole bardzo się od siebie różnią. W pierwszym przypadku badamy te wyobrażone wspólnoty, tak jak o nich pisał Benedict Anderson. Analizujemy ich konstrukcje, różne fakty, różne narracje, z których następnie jest tworzony bogaty obraz dziejów historycznych.

Kurs szkolny natomiast jest oczywiście bardziej linearny, prowidencjalistyczny. Opowiada nam, jakie były początki dziejów, jak wszystko szło w jednej linii aż do powstania niepodległej Polski, albo w Ukrainie – niepodległej Ukrainy. Jeżeli mówimy o ukraińskim szkolnym nauczaniu historii, jak ono wygląda, jeżeli chodzi o dzieje sprzed 1945 roku, to jest to praktycznie cały program historii od klasy V do X. Wydarzenia po 1945 roku to jest dopiero końcówka klasy X i cała klasa XI. Do tego w Ukrainie są faktycznie dwa programy historii. Jeden to historia Ukrainy, a drugi to tak zwana historia ogólnoświatowa, czyli mamy pokazane ogólne tło – to, co się działo w świecie starożytnej Grecji, starożytnego Rzymu, Bizancjum, średniowieczu, odrodzeniu itd., a mały krok dalej jest omawiane, co działo się w tym czasie na obszarach, które my teraz nazywamy ziemiami ukraińskimi.

Jeżeli mamy mówić o sprawach kluczowych przed 1945 rokiem, a przypominam, że jest to tak naprawę większość tego programu, to wydaje mi się, iż to, co go różni od nauczanego w Polsce, to spora uwaga poświęcana okresowi starożytności. Przez położenie na północnym wybrzeżu Morza Czarnego obszar obecnej Ukrainy należał do terenów rzymskiej i greckiej kolonizacji w tym akwenie. Uczymy się więc historii greckich polis, rzymskiej i greckiej mitologii oraz oczywiście życia tych narodów, które z Grekami i Rzymianami wchodziły w konflikty, czyli Scytów oraz innych narodów stepu, które przybywały na ukraińskie ziemie ze wschodu. Właśnie tam powstało to, czym bardzo się szczycimy, czyli synteza kultur, to znaczy, kiedy spotykają się osoby z różnych cywilizacji, z różnych kultur, różnych religii, wyznań i kiedy na takim pograniczu tworzy się nowa tożsamość.

Jeżeli przeniesiemy się trochę dalej, to oczywiście Bizancjum. Ale Bizancjum w kontekście powstania pierwszego ukraińskiego państwa, czyli Rusi. Mówimy często o Rusi Kijowskiej, chociaż to państwo tak się nie nazywało. Termin „Ruś Kijowska” wymyślił jeden z największych ukraińskich historyków – Mychajło Hruszewski, który spisywał historię Rusi na przełomie XIX i XX wieku, kiedy starał się ułożyć jakiś konsekwentny schemat dziejów od początków Rusi–Ukrainy aż do powstania ukraińskiego państwa, a więc Ruś – państwo mocno związane z Bizancjum, okres chrztu Rusi–Ukrainy, czyli rządy księcia Wołodymyra, później jego syna Jarosława. Monumentalną obecność tych rządów wciąż można poczuć w przestrzeni miejskiej Kijowa, Czernichowa i innych starożytnych miast ukraińskich, Święta Zofia w Kijowie, wielka katedra zbudowana na podobieństwo Świętej Zofii w Istambule, w Konstantynopolu. Dalej, po Rusi i po Księstwie Halicko-Wołyńskim, które ukształtowały początki państwowości na ziemiach Ukrainy zachodniej, zaczyna się tak zwany okres problemowy.

Bartosz Rydliński: Chciałem się właśnie zapytać, ile w tym okresie „problemowym” widzimy styczności z nauką historii w Polsce? Chociażby Bunt Chmielnickiego?

Olena Babakowa: Po pierwsze, problemowy okres nie był spowodowany przez Chmielnickiego. Był z innej przyczyny. Jeżeli spojrzymy na to, jak historia Ukrainy była pisana, XIX wiek – klasyk. Tak samo jak w Polsce w XIX wieku rośnie zainteresowanie historią pisaną, konstrukcją narracji narodowej, powstaniem linearnej, narodowej historii dziejów. Dla ówczesnych ukraińskich historyków było oczywiste, że Ruś to są początki państwa ukraińskiego, natomiast dotychczasowa ukraińska historiografia nazywała ten czas okresem litewsko-polskim, nie zapominajmy, że oprócz Polski było tam też Wielkie Księstwo Litewskie. Powstał zatem problem, bo dla Hruszewskiego i dla jego szkoły historycznej ten czas był swoistym okresem depresji na ziemiach ukraińskich – stracona państwowość, panowanie innych państw, wiara katolicka. Mimo że tak naprawdę ten okres w ramach współistnienia w Rzeczypospolitej był też czasem tolerancji, multikulturalizmu, rozumianego w kategoriach nowoczesnych, ale jednocześnie napiętych relacji z czasów Chmielnickiego, czyli z połowy wieku XVII, i właśnie to napięcie zdominowało cały okres między wiekiem XIV a XVII. Problem w tym, że XIX-wieczni ukraińscy historycy oceniali ten czas niezbyt przychylnie, również ze względu na swoje relacje z polskim ruchem narodowym.

Po drugie, na wspomniane stulecia długo patrzono przez pryzmat imperialnej historiografii rosyjskiej, a później radzieckiej. W 1918 roku Polska odzyskała niepodległość, a Ukraina została przyłączona do Związku Radzieckiego, a więc tamten okres wczesnonowożytny był uważany za pewne wypaczenie w normalnym charakterze dziejów, że była Ruś – kolebka trzech narodów, o czym bardzo lubi wspominać Wladimir Putin, potem znów jesteśmy razem w ramach Imperium Rosyjskiego, a minione trzy stulecia to było takie nie wiadomo co.

W latach 90., kiedy Ukraina rozpoczęła tworzenie nowej podstawy programowej, okazało się, że nie ma przystępnej, klarownej wersji tego, co się działo z tym kawałkiem ziemi – między połową XIV a końcem XVIII wieku, czyli co to było. Wtedy z inicjatywy zachodnich partnerów w Ukrainie powstała bardzo ważna książka Historia Ukrainy do 1795 roku autorstwa Natalii Jakowenko. Przetłumaczona również na język polski, nawet wydana w Polsce dwa razy. Nie jest to szkolny podręcznik, nie jest to nawet podręcznik uniwersytecki, aczkolwiek jest to bardzo syntetyczna wersja historii Ukrainy od początku dziejów do końca XVIII wieku. Tam właśnie widzimy, że powstanie Chmielnickiego, które i przez ukraińską historiografię, i przez ukraińską szkołę jest traktowane jako powstanie o charakterze narodowo-wyzwoleńczym, miało też charakter społeczno-gospodarczy. Ukraina była wtedy obszarem, gdzie wolności było o wiele więcej niż w Małopolsce czy na Mazowszu, gdzie układy feudalne nie były aż tak daleko rozwinięte i gdzie miejscowy lud nie czuł się zbyt zadowolony z tego, że jakaś monarchia w Krakowie czy w Warszawie chce zwiększyć pańszczyznę, chce większych podatków i tak dalej.

Chmielnicki, owszem, jest ważnym bohaterem, kiedy mówimy o tym okresie przed XVIII wiekiem, przed rozbiorami Polski, natomiast mam wrażenie, że w ostatnich latach równie ważni co Chmielnicki są przedstawiciele szlachty ukraińskiej: Ostrogscy, Zasławscy, Sanguszkowie – z urodzenia Rusini, Ukraińcy, ale którzy dzięki Unii Lubelskiej dołączyli się do polskiego parlamentaryzmu i właśnie jako przedstawiciele ukraińskich elit współkształtowali państwo polskie – I Rzeczpospolitą. Są to narracje nawet jeżeli nie godzące, to pokazujące, że kultura ukraińska i polska w tym okresie miały nie tylko clash - nie tylko się ścierały, ale także było o wiele więcej przestrzeni do dialogu i współdziałania.

new.org.pl

Podczas czerwcowej wizyty turkmeńska głowa państwa podróżowała limuzyną Aurus Senat rosyjskiej produkcji. Następnie media obiegła informacja, że Republika Turkmenistanu kupiła to właśnie auto - swoją pierwszą limuzynę tej marki.

Rosjanie kusili Aurusem rodzinę Berdymuchamedowów już od kilku lat. Podczas I Kaspijskiego Forum Ekonomicznego, które odbyło się w sierpniu 2019 r. w Awazie nad brzegiem Morza Kaspijskiego, były premier Dmitrij Miedwiediew pokazał ojcu Serdara - Gurbanguły Berdymuchamedowi - właśnie Aurusa Senat. Auto zostało wyprodukowane specjalnie na potrzeby tej demonstracji w kolorze Luster White. Kolorystyka miała zaspokoić umiłowanie Gurbanguły do bieli. Ojciec Serdara jest przeciwnikiem ciemnych aut i w swoim czasie zakazał ich importu z zagranicy. Co więcej, władze nakazywały mieszkańcom Aszchabadu przemalowanie ciemnych aut już będących w ich posiadaniu na jasne – białe lub srebrne.

(...)

Komentując wizytę swojego turkmeńskiego partnera w Moskwie, Putin stwierdził, że podczas rozmów "szczególną uwagę" poświęcono współpracy energetycznej. Nic w tym dziwnego – Turkmenistan jest krajem zasobnym w węglowodory.

Wedle danych Statistical Review of World Energy 2021 wydanym przez koncern BP, na koniec 2020 r. w Turkmenistanie znajdowało się przeszło 7,2 proc. udokumentowanych światowych zasobów gazu ziemnego.

Jak wynika z komunikatu zamieszczonego na stronie rządowej Federacji Rosyjskiej, w przeddzień spotkania głów państw rosyjski wicepremier Aleksandr Nowak zauważył, że jego kraj pomaga Turkmenistanowi w transporcie ropy. Strony współpracują w przemyśle naftowym i kontynuują odbudowę infrastruktury energetycznej Turkmenistanu.

Aleksandr Nowak podkreślił, że sektor paliwowo-energetyczny odgrywa główną rolę w relacjach gospodarczych obu krajów. Ocenił, iż Gazprom i Turkmengaz utrzymują udaną współpracę w tej dziedzinie. Przejawem tego jest kontrakt na zakup/sprzedaż turkmeńskiego gazu od 1 lipca 2019 r. Kontrakt zawarty na pięć lat przewidywał dostawy około 5,5 mld metrów sześciennych turkmeńskiego gazu corocznie do Rosji.

Rosyjski ambasador w Aszchabadzie Aleksandr Błochin informował, że w ubiegłym roku jego kraj miał kupić około 10 mld metrów sześciennych gazu z Turkmenistanu, czyli prawie dwa razy więcej niż w 2020 r. Media donosiły wówczas, że stosunkowo tani gaz z Turkmenistanu i innych krajów regionu Azji Środkowej umożliwił Rosji zwiększenie eksportu tego surowca do Europy.

Rosja interesowała się rozwojem współpracy z Turkmenistanem również z nadzieją, że docelowo kraj rozwinie dostawy do gazociągu Nord Stream 2.

W świetle obecnych wydarzeń Kreml nie potrzebuje już wzrostu dostaw turkmeńskich węglowodorów, więc nasuwa się pytanie, dlaczego Rosji zależy na rozwoju współpracy z Turkmenistanem w dziedzinie energetyki.

Kilka dni po zakończeniu wizyty na łamach rosyjskiego portalu pravda.ru ukazał się artykuł „spotkanie prezydentów FR i Turkmenistanu - początek odpowiedzi Rosji na szantaż gazowy”. Z publikacji wynika, że Rosja jest gotowa pomagać w rozmowach z Afganistanem na temat  gazociągu Turkmenistan-Afganistan-Pakistan-Indie (TAPI). Chętnie chciałaby budować afgański odcinek tego rurociągu. Przy czym gdyby udało się wreszcie sfinalizować TAPI, sama miałaby ochotę dostarczać nim swój gaz. W ten sposób udałoby się jej rozwiązać kwestie reorientacji eksportu gazu z rynku europejskiego na azjatycki.

Wizyta Berdymuchamedowa w Rosji pokazuje, że Turkmenistan nie zamierza wychodzić z orbity wpływów rosyjskich, a wręcz przeciwnie. Berdymuchamedow, obłaskawiany przez Kreml, może być trudnym partnerem dla UE, jeżeli chodzi o rozwój współpracy w sektorze energetycznym.  

Jeszcze w pierwszym kwartale tego roku turkmeńskie media informowały, że Aszchabad prowadzi rozmowy z Azerbejdżanem, Turcją, Gruzją i Unią Europejską na temat możliwości budowy gazociągu o przepustowości od 10 do 30 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie.

W pierwszej dekadzie maja z wizytą do stolicy Turkmenistanu, udała się Terhi Hakala, stała przedstawicielka UE ds. Azji Środkowej. Ta doświadczona fińska dyplomatka przeprowadziła rozmowy z najważniejszymi urzędnikami w kraju oraz z Serdarem Berdymuchamedowem. Wśród celów wizyty znalazły się różne kwestie, ale nie ma wątpliwości, że absolutnym priorytetem była energia.

Zacieśnianie przez Moskwę relacji z Aszchabadem wzbudza skojarzenia ze strategią Pekinu, polegającą na opanowaniu jak największej liczby geograficznych źródeł surowców energetycznych. W tym przypadku nie chodzi jednak o zabezpieczenie własnych potrzeb gospodarczych, ale wzmocnienie swojej pozycji negocjacyjnej wobec Zachodu.

Wedle artykułu zamieszczonego na portalu mk.ru, Putin zaprosił młodego Berdymuchamedowa do Rosji po to, aby go przekonać do niepodejmowania pośpiesznych działań na rzecz budowy gazociągu, którym popłynąłby turkmeński gaz do Europy.

Mimo wszystko lepiej byłoby, gdyby Serdar Berdymuchamedow uświadomił sobie, że spełnienie życzeń Kremla nie będzie służyło interesom gospodarczym samego Turkmenistanu. Mniej potencjalnych krajów - odbiorców jego węglowodorów - w praktyce oznaczać będzie gorszą pozycję negocjacyjną Aszchabadu podczas rozmów dotyczących cen sprzedaży tego surowca. Obecnie największym importerem gazu z Turkmenistanu są Chiny. Import ten szacuje się na około 40 mld metrów sześciennych gazu rocznie.

wnp.pl

Jeden z najbardziej znanych i – co istotne – poważanych w rządzących obecnie Stanami Zjednoczonymi środowiskach liberalnych komentatorów oraz ekspertów do spraw międzynarodowych Fareed Zakaria w niedawnym tekście opublikowanym na łamach Washington Post przypomina, że Rosja jest państwem "schyłkowym". Równocześnie jednak, jak przypomina Zakaria, w 1914 r. to Austro-Węgry, będące wówczas schyłkowym właśnie mocarstwem, doprowadziły do wojny światowej.

Zakaria w bardzo intelektualnie uczciwym tekście pisze, że mylił się krytykując senatora Mitta Romneya, gdy ten kandydując na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych w 2012 r. określił Rosję jako największe zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych. Zakaria argumentuje przy tym, że pokonanie Rosji jest w istocie formą prowadzenia polityki w stosunku do Chin, które — jeśli Zachód zdoła powstrzymać Rosję — otrzymają bardzo wyraźny i czytelny sygnał co jest dopuszczalne w relacjach międzynarodowych, a co dopuszczalne nie jest i czego Zachód nigdy nie zaakceptuje.

Na chiński aspekt relacji z Moskwą zwraca uwagę również Raymond Kuo z niezwykle wpływowego i uważanego za intelektualne zaplecze przynajmniej części establishmentu wojskowego think-tanku Rand Corporation.

Kuo zauważa, że pomysł odwrócenia manewru prezydenta Richarda Nixona, który podczas słynnej wizyty w Chinach w 1972 r. zdołał przeciągnąć komunistycznie Chiny na stronę USA w konfrontacji z Sowietami (co obecnie miałoby oznaczać próbę przeciągnięcia Rosji na stronę Zachodu w konfrontacji z Chinami) jest obarczony fundamentalnym ryzykiem, sprowadzającym się do tego, że po pierwsze Putin inaczej niż Mao i generalnie Chińczycy z natury kłamie i nie dotrzymuje umów, a po drugie ma tak naprawdę bardzo niewiele do zaoferowania. Co bardzo istotne artykuł Kuo opublikowany został na stronie RealClearDefence.com, który uważany jest za portal bardzo bliski Pentagonowi.

Do uwag Kuo warto dodać, że od lat tworzonym przez Rosjan mitem było to, że Moskwa obawia się ekspansji Pekinu na Syberię. Na szczęście Putin, usiłując stworzyć oś z Pekinem, argument o rzekomej obawie Rosji przed Chinami sam, własnymi rękoma, pogrzebał.

W tym samym kierunku co Zakaria i Kuo wydaje się zmierzać również Loren Thompson, będący jednym z szefów Lexington Institute, który jest think-tankiem, którego działalność finansowana jest przez amerykańskie korporacje zbrojeniowe i który zazwyczaj również wyraża poglądy amerykańskiego kompleksu wojskowo-zbrojeniowego.

Thomson zauważa, że Chiny, w przeciwieństwie do Rosji, zarówno z powodów geograficznych jak i politycznych oraz militarnych zagrażają tak naprawdę wyłącznie Tajwanowi, a Xi Jinping w przeciwieństwie do Władimira Putina zachowuje się w sposób przewidywalny i racjonalny. Inny jest też charakter zagrożenia. Rosja tak naprawdę jest wyzwaniem wyłącznie militarnym, które w istocie bardzo łatwo jest pokonać (a tym samym należy je pokonać jako pierwsze).

Chiny z kolei są wyzwaniem ekonomicznym i państwem, któremu tak naprawdę nie opłaca się burzyć porządku światowego. Chiny, jak argumentuje Thomson, można — w razie czego — powstrzymać dyslokacją jednej amerykańskiej brygady na Tajwanie. Aby postawić z kolei tamę rosyjskiemu rewanżyzmowi i agresji konieczne jest przerzucenie poważniejszych sił do Europy. Z wszystkich tych powodów to Rosją należy zająć się w pierwszej kolejności.

onet.pl

Co się stało?

Występując 17 czerwca podczas forum ekonomicznego w Petersburgu Władimir Putin nazwał prezydenta Kazachstanu Kasyma-Żomarta Tokajewa nie jego imieniem, lecz frazą, która brzmiała mniej więcej jak: "Kiemieżam Iszemilewicz". Siedzący obok Putina Tokajew jedynie ze zdumieniem spojrzał na rosyjskiego prezydenta.

Czy to pierwszy raz?

Nie! Putin regularnie zamienia imię i nazwisko patronimiczne [nazwisko utworzone od imienia ojca, używane powszechnie obok imienia i nazwiska m.in. w Rosji i na Białorusi; w przypadku Kasyma-Żomarta Tokajewa patronimik to Kemeluły, w wersji rosyjskiej — Kiemielewicz — red.] w nieartykułowany łamacz językowy, w którym nawet przy silnym pragnieniu trudno usłyszeć "Kasym-Żomart Kiemielewicz".

Np. w styczniu 2022 r. podczas spotkania liderów państw Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym z sympatią odnosił się do niejakiego "Kiemiela Żomartowicza".

(...)

Czyli Putin od lat błędnie wymawia nazwiska polityków — i nie zostało to zauważone?

Okazuje się, że tak. Weźmy na przykład byłego prezydenta Kirgistanu Ałmazbeka Szarszenowicza Atambajewa.
  • W 2015 r. Putin nazywa go "Ałambek Szarszynycz"
  • W 2019 r., po konflikcie z nowym prezydentem, Atambajew leci do Moskwy i zamienia się w "Ałoja Reszerszenowicza"
  • W tym samym roku Putin spotkał się z następcą Atambajewa Sadyrem Nurgodżojewiczem Dżaparowem i nazywa go na przykład "Sałmaszaczem"
(...)

Putin celowo czy przypadkowo przekręca nazwiska i imiona polityków?

Trudno powiedzieć na pewno, ale na przykład Andriej Sołdatow, dziennikarz i ekspert rosyjskich służb bezpieczeństwa, uważa, że ​​Putin "zawsze pamięta nazwiska i dobrze przygotowuje się do rozmowy". Oznacza to, że jeśli przekręca nazwy, robi to celowo.

Z jednej strony w ten sposób "dekoncentruje rozmówcę i daje sobie więcej czasu na odpowiedź", z drugiej strony, redukując imię i patronimik dosłownie do dwóch niewyraźnych samogłosek, demonstruje "bardzo ksenofobiczne rosyjskie urzędnicze chamstwo".

Równie chamska, zdaniem Sołdatowa, jest praktyka rusyfikowania patronimików, tworzenie z nich znajomych form, w rodzaju "Szaripycza" (były prezydent Tatarstanu Mintimer Szaripowicz Szajmijew) czy "Nurgaliicza" (obecny prezydent Tatarstanu Rustam Nurgalijewicz Minnichanow). — To bardzo protekcjonalna i upokarzająca forma zwracania się do rozmówcy — mówi Sołdatow.

Putin dość często demonstruje takie protekcjonalny ton — na przykład besztając tego samego Minnichanowa jak dziecko.

Może to jest spuścizna Związku Radzieckiego i tak było wtedy przyjęte?

Nie, radzieccy przywódcy odpowiedzialnie podeszli do kwestii poprawnej wymowy imion rozmówców, mówi sowietolog Nikołaj Mitrochin, który w latach 2007-2019 przeprowadził ponad 130 wywiadów z byłymi pracownikami KC KPZR.

– Robotnicy KC i aparatu partyjnego pamiętali tysiące imion i nazwisk. I zawsze byli gotowi zidentyfikować osobę po nazwisku. Nie tolerowano publicznego okazywania pogardy, takich ludzi na wczesnym etapie usuwano z aparatu – tłumaczy.

Według Mitrochina upadek "kultury aparaturowej" nastąpił między latami 80. i 90., kiedy język władzy stał się bardziej szowinistyczny. A nasilenie przyszło wraz z dojściem do władzy Putina, który wbrew wizerunkowi "uprzejmego Niemca" nie był ani klasycznym aparatczykiem, ani nie pochodził z nomenklatury sowieckiej.

– Wtedy [w pierwszych latach Putina] część urzędników z dawnej prawdziwej nomenklatury zaczęła przywracać aparat kulturowy. W zasadzie pokolenie [Siergieja] Kirijenki w administracji prezydenckiej [komunikuje się] już normalne. Ale Putinowi i niektórym z jego chuliganów brakuje ogłady. Poczynając od jego spóźnień na wszystkie ważne spotkania, niepasujące ciuchy, slangowe wyrażenia, a skończywszy na lekceważeniu imion – mówi.

W ostatnich latach, kierując się tą logiką, cały aparat dostosował się do gustów przywódcy, dlatego nawet tak doświadczeni politycy, jak minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow czy minister przemysłu i handlu Denis Manturow, pozwalają sobie na publiczne chamstwo bez żadnych konsekwencje dla ich kariery.

onet.pl