wtorek, 28 czerwca 2022


23 czerwca wprowadzono w Niemczech stan alarmowy w oparciu o plan na wypadek sytuacji nadzwyczajnej w sektorze gazu (niem. Notfallplan Gas), sporządzony zgodnie z unijnym rozporządzeniem o środkach zapewniających bezpieczeństwo dostaw gazu ziemnego (2017/1938). Ogłoszenie drugiego w trzystopniowej skali stanu kryzysowego związane jest z dalszym ograniczeniem w połowie czerwca przez Gazprom eksportu surowca do Europy, w tym do Niemiec (wcześniej wstrzymano dostawy do spółek objętych przez Moskwę sankcjami, w tym m.in. do spółek córek Gazprom Germanii). Rosyjski koncern zredukował przesył gazociągiem Nord Stream 1 (NS1) łącznie o 60%, jako powód wskazując kwestie techniczne (...). Jednocześnie odnotowano spadek o dwie trzecie importu do Niemiec szlakiem przebiegającym przez Ukrainę, Słowację i Czechy (...).

Wicekanclerz i minister gospodarki i ochrony klimatu Robert Habeck, informując o stanie alarmowym, określił działania Gazpromu jako „ekonomiczny atak na Niemcy”, który jest kolejnym dowodem na wykorzystywanie przez Moskwę gazu jako broni politycznej przeciwko państwom UE w celu ich zastraszenia i szantażowania. Jego zdaniem Niemcy stoją w obliczu kryzysu gazowego, w którym gaz stanie się towarem deficytowym. Podkreślił, że zaopatrzenie niemieckich odbiorców nie jest wprawdzie obecnie zagrożone, ale sytuacja jest bardzo poważna ze względu na następny sezon grzewczy. Z przygotowanych przez Federalną Agencję Sieci (BNetzA) scenariuszy wynika, że przy utrzymaniu obniżonego przesyłu przez NS1 (lub wręcz jego dalszej redukcji) Niemcom nie uda się wypełnić magazynów gazu przed zimą, a na początku przyszłego roku grozi im ich zupełne opróżnienie i niedobór surowca. Realizacja ustawowych wytycznych dotyczących napełnienia zbiorników (80% do 1 października, 90% do 1 listopada i 40% do 1 lutego) miałaby być możliwa tylko w przypadku wstrzymania przesyłu do innych państw (Niemcy są krajem tranzytowym), co jednak – jak zaznaczył Habeck – nie jest brane pod uwagę, ponieważ stanowiłoby złamanie reguł UE, a Niemcy są zdane na współpracę z sąsiadami.

Pierwszy w trzystopniowej skali stan wczesnego ostrzeżenia wdrożono w RFN 30 marca. Federalną Agencję Sieci zobligowano wówczas do zwiększenia zakresu monitoringu sytuacji na rynku gazu i koordynacji przygotowań podmiotów odpowiedzialnych w RFN za funkcjonowanie sektora gazowego na wypadek ewentualnego dalszego ograniczania dostaw. W tym celu powołano sztab kryzysowy z udziałem przedstawicieli Federalnego Ministerstwa Gospodarki i Ochrony Klimatu (BMWK), BNetzA, niemieckiej giełdy gazu Trading Hub Europe i Stowarzyszenia Operatorów Sieci Przesyłowych Gazu (FNB Gas). Wprowadzenie stanu alarmowego skutkuje rozszerzeniem monitoringu i zwiększeniem koordynacji działań w zarządzaniu systemem gazowym, a także pozwala na wykorzystywanie instrumentów rynkowych w celu obniżenia zużycia surowca i podwyższenia tempa jego magazynowania. Otwiera też firmom handlującym gazem, którym może grozić utrata płynności finansowej, drogę do podnoszenia cen dla odbiorców końcowych z jedynie tygodniowym wyprzedzeniem i pominięciem obowiązujących umów. Z wdrożenia tego ostatniego instrumentu rząd nie zamierza obecnie skorzystać.

Komentarz

To, że Niemcy jako pierwszy kraj w UE ogłosiły stan alarmowy, pokazuje powagę sytuacji. Zmniejszenie przesyłu surowca z Rosji tylko częściowo rekompensują dostawy z innych kierunków – głównie Norwegii oraz Holandii i Belgii (LNG). Łącznie import do RFN spadł od połowy czerwca o 20%, a od początku miesiąca – nawet o 30%. Ponieważ latem zużycie surowca jest kilkukrotnie niższe niż w okresie zimowym (w tym roku konsumpcja gazu obniżyła się dodatkowo ze względu na jego wysokie ceny – zob. wykres 2 w Aneksie), aktualne dostawy do odbiorców końcowych nie są zagrożone i wciąż możliwe jest zatłaczanie surowca do magazynów. Wyraźne zmniejszenie importu skutkuje już jednak znaczącym (nawet dwukrotnym) spowolnieniem tempa zapełniania zbiorników. Do 23 czerwca udało się je wypełnić średnio w 59%. Spadek podaży surowca na niemieckiej giełdzie może też negatywnie wpłynąć na jego sprzedaż do krajów trzecich. Sytuację już wkrótce pogorszy planowany na 11–21 lipca przegląd techniczny NS1, w czasie którego przesył tą magistralą zostanie całkowicie wstrzymany. Ze strony BMWK i BNetzA płyną sygnały, że nie wiadomo, czy w ogóle zostanie wznowiony, a jeśli tak, to w jakim zakresie. Przy ograniczonych dostawach rosyjskiego surowca i braku możliwości jego pełnej substytucji wczesną jesienią – wraz z sezonowym wzrostem zużycia – należy się spodziewać rozpoczęcia poboru gazu z magazynów dla pokrycia codziennego zapotrzebowania. Pociąga to za sobą ryzyko ich opróżnienia w środku sezonu grzewczego i wystąpienia niedoboru błękitnego paliwa na rynku.

W sytuacji kryzysu gazowego kluczowe jest ograniczanie konsumpcji surowca i maksymalne jego zatłaczanie do magazynów w celu zgromadzenia zapasów. W związku z tym rząd RFN po pierwsze planuje obniżenie zużycia gazu w energetyce przez zastępowanie elektrociepłowni gazowych blokami węglowymi. Trwa proces legislacyjny ustawy, która pozwoli na tymczasowy powrót na rynek siłowni pozostających w rezerwach: sieciowej (jednostki spalające węgiel kamienny i ropę) i bezpieczeństwa (używające węgla brunatnego). Wstrzymane zostanie też wdrażanie mechanizmu wygaszania elektrowni węglowych – obiekty przeznaczone do wyłączenia będą przenoszone do rezerwy, aby można je było jeszcze ponownie wykorzystać. Ustawa ma zostać przyjęta 8 lipca, a BMWK już wezwało operatorów elektrowni węglowych do przygotowania ich do powrotu na rynek. Po drugie opracowano system zachęt do redukcji zużycia gazu w przemyśle, który jest największym konsumentem błękitnego paliwa w RFN. Latem ma zostać wdrożony specjalny model aukcyjny, dzięki któremu zakłady będą mogły ubiegać się o rekompensatę finansową za dobrowolną rezygnację ze spalania tego surowca w celu jego zmagazynowania. Po trzecie z budżetu federalnego przeznaczono 15 mld euro na zakup przez giełdę THE surowca do magazynów (podobną akcję przeprowadzono w marcu – wówczas za 1,5 mld euro sprowadzono blisko 1 mld m3 gazu). Po czwarte przedstawiciele rządu RFN wzmocnili apele do obywateli o oszczędzanie energii w gospodarstwach domowych (to drugi największy konsument gazu w Niemczech). Od 10 czerwca trwa ogólnokrajowa kampania informacyjna, która ma zachęcać mieszkańców do efektywniejszego korzystania z energii elektrycznej i gazu ziemnego. W debacie publicznej coraz częściej mówi się o wdrażaniu dodatkowych regulacji (np. obniżeniu minimalnej dopuszczalnej temperatury w obiektach) lub zachęt (specjalne bonusy) do zmniejszania zużycia surowca w gospodarstwach domowych.

Przy utrzymaniu się niskich wolumenów importu z Rosji, braku znaczących postępów w redukcji konsumpcji oraz niezadowalającym poziomie napełnienia magazynów prawdopodobne jest wdrożenie przez Berlin jesienią ostatniego w trzystopniowej skali stanu nadzwyczajnego. Umożliwia on sięganie po mechanizmy nierynkowe w zwalczaniu kryzysu – np. odgórne racjonowanie dostaw surowca do poszczególnych odbiorców według określonej kolejności. Na początku redukcją (lub pełnym odcięciem) dotknięte zostałyby elektrownie gazowe, które nie są kluczowe dla systemu energetycznego, oraz przemysł. Na końcu – jako chronieni odbiorcy – gospodarstwa domowe, a także takie instytucje jak szpitale, domy opieki, straż pożarna, policja czy Bundeswehra. Wypracowano już wstępne kryteria, na podstawie których regulator decydowałby o kolejności i zakresie ograniczania dostaw do odbiorców przemysłowych. Zebrano ponadto szczegółowe dane dotyczące zużywanego przez nich gazu, które mają stać się bazą informacji dla tworzonej przez BNetzA specjalnej platformy. Ma ona zostać uruchomiona w październiku i umożliwić podejmowanie precyzyjnych decyzji w sprawie redukcji dostaw w sytuacji wystąpienia niedoboru. Choć Habeck publicznie odrzucił na tym etapie możliwość zatrzymania eksportu surowca, to nie można wykluczyć podejmowania działań ograniczających transfer gazu przez Niemcy w przypadku wystąpienia niedoboru. Już obecnie eksport błękitnego paliwa z RFN może spadać ze względu m.in. na kolejny skok cen na giełdzie.

Niemcy zakładają, że zwiększone wykorzystanie węgla w energetyce będzie przejściowe i konieczne jedynie w czasie kryzysu gazowego. Przygotowane przez rząd przepisy, które wstrzymują rozpoczęte już na mocy ustawy z 2020 r. wygaszanie bloków węglowych (...) i umożliwiają powrót na rynek elektrowni rezerwowych, mają obowiązywać do 31 marca 2024 r. Wówczas Niemcy spodziewają się ustabilizowania sytuacji na rynku gazu dzięki zwiększeniu możliwości importu LNG za pośrednictwem wydzierżawionych przez RFN czterech pływających gazoportów (pierwsze dwa mają być uruchomione najbliższej zimy), które umożliwią im pełne zastąpienie dotychczasowych dostaw z Rosji (szerzej zob. Urodzaj na gazoporty. Awaryjna dywersyfikacja dostaw gazu w Niemczech), a także zapewnią wzrost dostępności gazu skroplonego na globalnym rynku. W drugiej połowie lat dwudziestych, kiedy oddawane do użytku będą również stacjonarne terminale LNG, Niemcy mają powrócić do strategii zakładającej wykorzystywanie gazu jako paliwa przejściowego transformacji. W połączeniu z planowaną przez rząd Olafa Scholza ofensywą na rzecz OZE (dwa pakiety ustaw mają zostać przyjęte w tym roku) ma to umożliwić ponowne zintensyfikowanie procesu wycofywania się ze stosowania węgla pod koniec bieżącej dekady. Sformułowany przez koalicję cel odejścia od węgla „w najlepszym przypadku do 2030 r.” pozostaje przy tym mało realny – należy go jednak odbierać jako wciąż obowiązującą deklarację politycznej woli przyspieszenia rezygnacji ze stosowania tego paliwa w energetyce w pierwszej połowie lat trzydziestych – najpóźniej do 2035 r. (taką opcję przewiduje odnośna ustawa).

osw.waw.pl

Kontynuując natarcie na pograniczu obwodów ługańskiego i donieckiego, siły rosyjskie podeszły pod niedziałającą rafinerię lisiczańską w Werchniokamjance. Toczą się walki o sąsiednią Wowczojariwkę, agresor przeprowadził także kolejne rozpoznania bojem pozycji przeciwnika wzdłuż drogi Lisiczańsk–Bachmut (w rejonie wsi Berestowe i Mykołajiwka–Spirne). Obrońcy powstrzymali natarcie na Lisiczańsk od południa (okolice wsi Pidlisne), jednak – jak informuje lokalna administracja – 28 czerwca utracono z nimi łączność, co utrudnia ocenę sytuacji. Najeźdźcy poczynili postępy na południowy wschód od Bachmutu (w rejonie Roty–Werszyna, trwają walki w okolicach Myroniwki i Elektrociepłowni Wuhłehirśkej), zostali natomiast powstrzymani na wschód od miasta (Midna Ruda–Kłynowe). W obwodzie donieckim siły ukraińskie stawiają też opór na północ od Słowiańska (trwają walki o Mazaniwkę) i północny zachód od Wołnowachy (Petriwka–Szewczenko i Jehoriwka–Pawliwka). Powstrzymują również przeciwnika w obwodzie charkowskim (Dowhaliwka–Załyman).

Rosjanie kontynuują ostrzał i bombardowanie pozycji oraz zaplecza wojsk ukraińskich wzdłuż całej linii styczności, a także w przygranicznych rejonach obwodów czernihowskiego i sumskiego. Za pomocą artylerii rakietowej (wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych) atakowali Charków, Słowiańsk, Mikołajów, Oczaków i tereny na południe od Krzywego Rogu, z kolei pociskami manewrującymi uderzyli w Krzemieńczuk w obwodzie połtawskim i w rejon Odessy. Na natarcia lokalnie odpowiadały artyleria i lotnictwo obrońców (głównie na pograniczu obwodów mikołajowskiego i chersońskiego).

Doradca prezydenta Stanów Zjednoczonych ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan potwierdził plany dostarczenia Ukrainie systemów obrony powietrznej średniego i dalekiego zasięgu. Nieoficjalnie mają to być zestawy NASAMS (Norwegian Advanced Surface-to-Air Missile System) o zasięgu podstawowym od 20 do 40 km, a z wykorzystaniem rakiet AIM-120 AMRAAM – zależnie od wersji pocisku – od 55 do 180 km.

27 czerwca siły agresora dokonały ataku terrorystycznego na Krzemieńczuk. Dwie rakiety Ch-22 wystrzelone z bombowców dalekiego zasięgu Tu-22M operujących nad obwodem kurskim spadły centrum handlowe. Według wstępnych danych zginęło 18 osób, 59 zostało rannych, a 40 uznano za zaginione. Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy Ołeksij Daniłow stwierdził, że taktyka niszczenia obiektów cywilnych przypomina tę stosowaną przez Luftwaffe w 1940 r., która bombardowaniami chciała złamać opór Brytyjczyków. Prokurator generalna Iryna Wenediktowa oświadczyła, że zbrodnia Rosjan, którzy zaatakowali centrum, może zostać przedstawiona do rozpatrzenia Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu w Hadze. Zwróciła też uwagę, ze bada się odpowiedzialność kierownictwa obiektu, które nie ewakuowało go po ogłoszeniu alarmu powietrznego.

Komentując doniesienia prasowe o możliwej dymisji szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) Iwana Bakanowa, prezydent Wołodymyr Zełenski stwierdził, że obecnie nie bierze się jej pod uwagę. Dodał, że we wszystkich organach ścigania i służbach specjalnych kraju trwa ocena ich aktywności w okresie od 24 lutego. Szczególnie ważne jest wskazanie osób, które w obliczu agresji wykazały się bezczynnością bądź zdezerterowały. Podkreślił też, że w pełni popiera zakończenie reformy SBU zgodnie z ustawą przyjętą w pierwszym czytaniu w styczniu tego roku.

SBU w ramach operacji kontrwywiadowczej zatrzymała byłego zastępcę rady miejskiej Mikołajowa, który na polecenie wrażych służb specjalnych opracował koncepcję powstania tzw. Mikołajowskiej Republiki Ludowej. Według dokumentów odebranych mu podczas przeszukania obwód miał ogłosić oderwanie się od Ukrainy, a potem – w ciągu miesiąca od ukonstytuowania się władz kolaboranckich i uznania języka rosyjskiego jako urzędowego – wystąpić z wnioskiem do Władimira Putina o włączenie w skład FR. Plany obejmowały również wprowadzenie na terytorium „republiki” rubla, reorganizację systemu edukacji i opieki zdrowotnej na wzór rosyjski oraz wdrażanie polityki historycznej opartej na idei „rosyjskiego świata”. Według SBU zatrzymany jeszcze przed inwazją został wytypowany przez służby specjalne Rosji do objęcia władzy w Mikołajowie w przypadku jego zajęcia.

Zastępca szefa Administracji Portów Morskich Dmytro Barinow oznajmił, że trzy ukraińskie porty są w stanie przetransportować mniej niż jedną trzecią przedwojennej ilości produktów rolnych. Ukraina ma 18 obiektów tego typu, z których pięć Rosja zajęła w 2014 r., cztery kolejne – po rozpoczęciu inwazji na pełną skalę, a sześć jest zablokowanych od strony Morza Czarnego. W trzech portach na Dunaju (Reni, Izmaił i Ust-Dunajsk) przeładowano w maju ok. 1,3 mln ton produktów rolno-spożywczych. Przed wojną wydajność portów ukraińskich wynosiła ponad 5 mln ton.

27 czerwca w oświadczeniu podsumowującym szczyt G7 poinformowano, że państwa grupy przekazały bądź zamierzają przekazać do końca roku 29,5 mld dolarów w celu wsparcia ukraińskiego budżetu. Zapowiedziano też rozmowy na poziomie ministrów ds. handlu, aby wypracować propozycje pomocy Kijowowi, np. poprzez zawieszenie ceł na ukraiński eksport. Według szefa resortu finansów Serhija Marczenki wpływy podatkowe pokrywają jedynie 62% wydatków budżetowych bez uwzględnienia nakładów na cele wojskowe. Przyznał przy tym, że dotychczasowe wsparcie finansowe ze strony Zachodu jest niewystarczające.

Także 27 czerwca wizytę na Ukrainie złożyła prezydent Mołdawii Maia Sandu. Odwiedziła m.in. zniszczone w wyniku działań wojennych miasta w okolicach Kijowa oraz spotkała się z prezydentem Zełenskim. Osiągnięto porozumienie o stworzeniu nowych korytarzy transportowych na terytorium Mołdawii, w tym o remoncie linii kolejowej Berezyne–Basarabeasca. Sandu zapowiedziała pomoc w procesie rozminowywania terenów Ukrainy i podkreśliła rolę swojego kraju w pomocy uchodźcom – od początku agresji granicę pomiędzy oboma państwami przekroczyło blisko 0,5 mln Ukraińców, z czego 70 tys. wciąż znajduje się w Mołdawii.

Komentarz

Zajęcie Siewierodoniecka nie wpłynęło na spowolnienie tempa rosyjskich działań (ukraińskie i brytyjskie źródła wojskowe sugerowały, że wyczerpujące walki wymuszą na agresorze pauzę operacyjną), których główny cel to obecnie odcięcie Lisiczańska od głównego zgrupowania obrońców i – w konsekwencji – zajęcie całego obwodu ługańskiego. Pod ukraińską kontrolą pozostaje pas o szerokości ok. 10 km łączący pozycje obrońców z obwodem donieckim, przy czym zlokalizowana na nim tzw. droga życia Lisiczańsk–Bachmut jest nieprzejezdna (znajduje się pod permanentnym ostrzałem, codziennie dochodzi do szturmów na pozycje ukraińskie wzdłuż niej). Obrońcy mogą korzystać z dwóch odcinków lokalnych, głównie z drogi Zołotariwka–Siewiersk (druga, biegnąca przez wsie nad brzegiem Dońca, została w dużej mierze zniszczona w przeprowadzanych przez Rosjan próbach desantu), lecz mają one zbyt małą przepustowość, aby skutecznie pełnić funkcję linii logistycznej zgrupowania w Lisiczańsku, i również znajdują się w zasięgu wrogiej artylerii. O odcięciu sił ukraińskich w ostatnim pozostającym pod ich kontrolą rejonie obwodu ługańskiego zadecydują starcia o Werchniokamjankę, położoną u styku dróg do Bachmutu i Siewierska. Sukces agresora nie będzie oznaczał pełnego okrążenia obrońców, ale – analogicznie do sytuacji w Siewierodoniecku – postawi ich przed koniecznością wycofania się. Za bardzo mało prawdopodobne należy uznać, aby wojska ukraińskie w Donbasie były w stanie przejąć inicjatywę i przeprowadzić skuteczną operację odblokowania Lisiczańska.

Atak rakietowy na centrum handlowe w Krzemieńczuku to kolejny przykład prowadzenia przez siły najeźdźcze „wojny totalnej”. Decydując się na uderzenia w obiekty niemające znaczenia militarnego, Rosjanie zamierzają wywołać duże straty w ludziach, sterroryzować mieszkańców oraz zdezorganizować funkcjonowanie infrastruktury służącej zaspokajaniu ich potrzeb. Zarazem, lekceważąc kwestie humanitarne i nie licząc się z krytyką międzynarodową, chcą pokazać, że będą za wszelką cenę i wszelkimi środkami dążyć do złamania oporu władz Ukrainy.

Rewelacje medialne sugerujące możliwość dymisji szefa SBU – choć zdementowane przez prezydenta – świadczą o poszukiwaniu przez władze w Kijowie współodpowiedzialnych za niepowodzenia w pierwszych dniach inwazji. Szczególną uwagę zwraca się na postawę wybranych funkcjonariuszy służby, którzy nie byli przygotowani do działań przeciwko siłom rosyjskim i zdecydowali się na porzucenie zajmowanych stanowisk. Sygnalizowany przez Zełenskiego audyt organów ścigania i służb specjalnych, który ma wskazać uchybienia bądź akty zdrady w czasie wojny, zostanie prawdopodobnie wykorzystany do oczyszczenia kadr z osób podważających sensowność prowadzenia wojny z Rosją.

osw.waw.pl

"Nie dla wojny" i "Oni cię okłamują" — to nie były hasła, które rosyjscy widzowie spodziewali się zobaczyć, w czasie wiadomości w państwowej telewizji. Jednak dokładnie tak się stało, gdy producentka Marina Owsiannikowa "szturmowała" program na żywo, wymachując antywojennym plakatem krótko po ataku Rosji na Ukrainę.

— Atmosfera w Kanale Pierwszym na początku wojny była okropna — mówiła Owsiannikowa, która uniknęła postępowania karnego i później opuściła Rosję. — Zdawaliśmy sobie sprawę, że robimy coś złego, że przekroczyliśmy pewną granicę — dodała.

Od rozpoczęcia inwazji Rosji pod koniec lutego, państwowe kanały telewizyjne — główne źródło wiadomości dla około dwóch trzecich Rosjan — pracowały na najwyższych obrotach, aby zagwarantować, że przekaz Kremla dotrze do całego kraju.

Byli i obecni dziennikarze państwowi, którzy rozmawiali z "The Moscow Times", opowiadali o większej liczbie zmian w serwisach informacyjnych, dłuższych godzinach pracy i zaostrzonych restrykcjach w ciągu czterech miesięcy od rozpoczęcia wojny.

Owsiannikowa była jedną z kilkudziesięciu osób, które odeszły z pracy w państwowych kanałach telewizyjnych w pierwszych tygodniach wojny. Od tego czasu fala rezygnacji zatrzymała się, ponieważ kanały zaoferowały lepsze pakiety wynagrodzeń i narzuciły ściślejszą kontrolę nadawania.

Od czasu swojego publicznego protestu Owsiannikowa była atakowana przez dziennikarzy i osoby publiczne zarówno za swoją wcześniejszą pracę w kremlowskiej machinie propagandowej, jak i za swoje prokijowskie komentarze, które niektórzy uważają za nieszczere.

Dla tych, którzy nadal pracują w rosyjskiej telewizji państwowej, jej przypadek nie jest inspirujący.

— Kiedy dziennikarze są namawiani do odejścia z państwowych mediów i pójścia na protesty, pytam: dobrze, ale co dalej? Kto będzie spłacał nasze kredyty i hipoteki, jeśli z dumą odejdziemy z pracy? Co więcej, mogę szczerze powiedzieć, że ludzie patrzą na przypadek Mariny Owsiannikowej i na to, że po odejściu z pracy jest ona bez końca krytykowana przez wszystkich i nie chcą zrezygnować — mówił pracownik Kanału Pierwszego rosyjskiej państwowej telewizji, który prosił o zachowanie anonimowości z obawy przed utratą pracy.

Sama Owsiannikowa uważa, że o wiele więcej pracowników telewizji państwowej odeszłoby z pracy, gdyby jej protest i późniejsze wypowiedzi spotkały się z bardziej pozytywnym przyjęciem. — Myślę, że 90 proc. pracowników mediów państwowych nie popiera tego, co dzieje się w Ukrainie — stwierdziła Owsiannikowa w wywiadzie dla "The Moscow Times". — Gdyby istniała alternatywa, wszyscy by odeszli — dodała.

Jednym z powodów do pozostania w pracy były jednak prawdopodobnie podwyżki płac, wprowadzone w kilku głównych rosyjskich kanałach telewizyjnych już po inwazji na Ukrainę.

— Wynagrodzenia dziennikarzy informacyjnych państwowego Kanału Pierwszego zostały podniesione o 20 proc. w czerwcu, aby pomóc w zatrzymaniu pracowników — powiedział anonimowy pracownik Kanału Pierwszego.

— Także redaktorzy państwowej stacji Rossija 1 otrzymali podwyżki — przekazał dziennikarz Rossija 1, który rozmawiał z "The Moscow Times" także pod warunkiem zachowania anonimowości.

Kanał Pierwszy i Rossija 1 to dwa największe kanały telewizyjne w kraju, które łącznie mają dziesiątki milionów widzów.

— Myślałem o odejściu z pracy, ale pieniądze były ważne. Miałem nadzieję, że rozmowy pokojowe (między Rosją a Ukrainą — red.) przyniosą jakieś rezultaty. Poza tym nasze kierownictwo porozmawiało z nami, uspokajało nas i powiedziało, że powinniśmy pomyśleć o sobie — powiedział dziennikarz Rossija 1.

Od początku inwazji rosyjskie media państwowe wiernie przekazują narrację Kremla, że wojna ma na celu wyzwolenie Ukraińców od "nazistów", którzy, jak się fałszywie twierdzi, kierują rządem w Kijowie.

Prezenterzy w państwowych kanałach telewizyjnych często używają retoryki ludobójstwa lub wyśmiewają dowody na to, że rosyjscy żołnierze dokonywali grabieży, dopuszczali się gwałtów i egzekucji ukraińskich cywilów.

— Jesteśmy w stanie wojny z satanistami — powiedział jeden z gości popularnego talk-show na początku tego miesiąca.

Liczba tego typu materiałów — a co za tym idzie, ilość pracy, jakiej oczekuje się od pracowników — wzrosła od początku inwazji, kiedy kanały zwiększyły liczbę relacji informacyjnych. Przed wojną na kanale pierwszym wiadomości pojawiały się co trzy godziny — teraz są co godzinę.

Dodatkowe relacje były również potrzebne, aby wypełnić czas antenowy, który pozostał po zawieszeniu w lutym programów rozrywkowych, w tym popularnego talk-show "Wieczorny Urgant" i programu randkowego "Pobierzmy się".

— Zwiększyła się liczba zmian i osób pracujących w newsroomie. Dziennikarze są często proszeni o pracę na dodatkowych zmianach — powiedział pracownik Kanału Pierwszego.

Dziennikarze państwowej telewizji, którzy rozmawiali z "The Moscow Times", powiedzieli, że otrzymali polecenie cytowania wyłącznie oficjalnych źródeł rosyjskich i że wojna w Ukrainie może być opisywana na antenie wyłącznie przy użyciu wskazanego przez Kreml terminu "specjalna operacja wojskowa".

— Nie możemy korzystać z ukraińskich źródeł, nawet oficjalnych — stwierdził dziennikarz Rossija 1. — W stacji raz w tygodniu odbywa się duże kolegium, a codziennie mamy poranne narady. Każdego dnia kierownictwo mówi nam, jak mamy relacjonować pewne wydarzenia, albo których historii nie będziemy w ogóle relacjonować. Niektóre instrukcje są wydawane również w ciągu dnia — opisał anonimowy pracownik stacji.

Natalia Peshkova rzuciła pracę dziennikarki dokumentalnej w Channel One miesiąc po inwazji, protestując przeciwko wojnie. Została wolnym strzelcem. — Wielu postrzega pracę w mediach jako taką, którą trzeba wykonać — powiedziała "The Moscow Times" o atmosferze panującej w redakcjach mediów państwowych. — Nie możesz niczego zmienić, albo nie masz wystarczająco dużo odwagi i motywacji, więc dostosowujesz się do sytuacji — tłumaczyła.

Opowiedziała o zdarzeniu, które miało miejsce po rozpoczęciu wojny, kiedy to kierownictwo odrzuciło film dokumentalny o historii Ukrainy, przygotowany przez jej dział. — Szefowie dzwonili i krzyczeli, oskarżając twórców o pacyfizm. Tak jakby pacyfizm był czymś złym — powiedziała.

Kolejną zmianą, jaka zaszła w czasie wojny w państwowych kanałach telewizyjnych, było zaostrzenie kontroli. W szczególności programy nie są już nadawane na żywo. Jest to środek mający na celu zapewnienie, że protesty na antenie, takie jak ten przeprowadzony przez Owsiannikową, nie będą się powtarzać.

Kanał Pierwszy stosuje obecnie opóźnienie w nadawaniu programów do 60 sekund — twierdzi dziennikarz pracujący w stacji.

Dziennikarz Rossija 1 powiedział, że tylko pracownicy, którzy przeszli kontrolę bezpieczeństwa, mają dostęp do transmisji na żywo i kont w mediach społecznościowych. To kolejny prawdopodobny skutek prób uniknięcia powtórzenia protestu w stylu Owsiannikowej.

Zmiany w państwowych kanałach telewizyjnych następują w momencie, gdy Rosja wprowadziła nowe przepisy, które skutecznie kryminalizują obiektywne raportowanie. Spowodowało to ucieczkę z kraju setek niezależnych dziennikarzy i zamknięcie głównych niezależnych mediów.

Według organizacji Roskomsvoboda, zajmującej się wolnością w Internecie, od początku walk w Ukrainie zablokowano lub ocenzurowano co najmniej 3 tys. stron internetowych i niezależnych mediów. Ranking Rosji w Światowym Indeksie Wolności Prasy spadł w zeszłym miesiącu na 155. miejsce wśród 180 krajów.

Wielu dziennikarzy pracujących w państwowych kanałach telewizyjnych zdaje sobie sprawę z roli, jaką odgrywają w rozpowszechnianiu celowych przekłamań i zniekształconych narracji.

— Rozumiemy, jaki obraz pokazujemy i jak jest on tworzony, jaki ma podtekst. Oczywiście, że kanały telewizji państwowej oszukują ludzi — powiedziała dziennikarka Rossija 1.

Owsiannikowa była przygnębiona perspektywą odejścia innych pracowników mediów państwowych z powodu piętna, jakie obecnie wiąże się z pracą w takich organizacjach. — Dla ludzi, którzy popierają prezydenta Władimira Putina, na zawsze będą zdrajcami. Dla innych będą to byli propagandyści — tłumaczyła.

onet.pl

poniedziałek, 27 czerwca 2022


W raporcie Tüv Süd zleconym przez bawarskie ministerstwo środowiska Stowarzyszenie Badań Technicznych nie wyraziło obaw dotyczących bezpieczeństwa dalszej eksploatacji bawarskiej elektrowni jądrowej Isar 2. Elektrownia może wiec działać także po ukończeniu tego roku, mimo że niemiecki rząd zdecydował o jej wyłączeniu. Eksperci uważają nawet, że możliwe jest także ponowne uruchomienie elektrowni jądrowej w Gundremmingen, która została wygaszona na koniec 2021 roku. Jest to sprzeczne z głównym argumentem ministra gospodarki Roberta Habecka i minister środowiska Steffi Lemke jakoby kontynuacja działalności jest niemożliwa ze względów bezpieczeństwa.

Märkische Oderzeitung (MOZ) cytuje wypowiedź rzecznika prasowego Stowarzyszenia Energetyki Jądrowej (KernD) – Nie ma podstaw do przypuszczenia, że deficyty bezpieczeństwa mogły pozostać niewykryte. (..) KernD nie zgadza się również z argumentem, że nie ma wystarczającej liczby personelu – 

Wcześniej rząd ogłosił, że pręty paliwowe nie wystarczą do dalszej pracy. TÜV zaprzecza również temu stwierdzeniu –  Isar 2 może działać z istniejącymi elementami do sierpnia 2023 roku, W Gundremmingen pręty paliwowe byłyby wystarczające przez kolejne sześć miesięcy. Złożenie kolejnego zamówienia byłoby możliwe w ciągu jednego roku. Amerykański producent Westinghouse  to w wypowiedzi to dla medium „The Pioneer” – pisze MOZ.

biznesalert.pl

BiznesAlert.pl: Jak można ocenić wpływ sankcji na Rosję na przestrzeni ostatnich 8 lat? Czy można je jakoś sklasyfikować? 

Paweł Turowski: Sankcje stosowane przeciwko Rosji można podzielić na trzy rodzaje. Pierwszy, najmniej kosztowny, ale wywołujący określone reakcje w stosunkach międzynarodowych polega na stosowaniu sankcji personalnych wobec osób kluczowych dla danego systemu politycznego. Wykorzystywane środki to m.in.: zakazy wjazdu lub zamrażanie majątków określonych osób. Te działania pokazują, że społeczność międzynarodowa nie zgadza się na określony sposób prowadzenia polityki przez dane państwo. Ten rodzaj sankcji tworzy uciążliwości dla prywatnego życia osób z kręgu władzy, ale nie oddziałuje negatywnie na relacje gospodarcze.

Drugi rodzaj sankcji opiera się na punktowych uderzeniach w system gospodarczy danego państwa utrudniając działanie określonego sektora lub podsystemu gospodarczego (np. blokada dostaw maszyn i urządzeń do wydobywania ropy naftowej). W tym przypadku nie jest ograniczany rozwoju danej gospodarki jako całości, ale utrudniamy rozwój jej poszczególnych gałęzi.

Trzeci rodzaj restrykcji, dotychczas nie stosowany wobec Federacji Rosyjskiej, to sankcje mające na celu dekompozycję potęgi ekonomicznej danego państwa. Można obecnie odróżnić dwa rodzaje – pierwsze nakładane są przez USA, ukierunkowane na niszczenie rosyjskiej gospodarki poprzez uderzenie w jej fundamenty – system kredytowy i obsługi bankowej. Drugi zastosowany przez Unię Europejską, uderza bezpośrednio w główne źródło przychodów budżetowych państwa rosyjskiego ‑  eksport ropy naftowej na rynek unijny.

Czego dotyczą sankcje nałożone przez Stany Zjednoczone? 

Amerykańskie sankcję uderzają sektorowo w branże finansową i kredytową poprzez zablokowanie możliwości uzyskiwania pożyczek w międzynarodowym systemie finansowym.

W uproszczeniu ten mechanizm umożliwia prowadzeni bankom zwiększonej akcji kredytowej w stosunku do posiadanych rezerw. Utrata tej możliwości prowadzi do gwałtownego zmniejszenia skali uzyskiwanych pożyczek. Taki efekt mają właśnie amerykańskie sankcje zastosowane wobec rosyjskich banków. Znacząca redukcja akcji pożyczkowej, zmniejsza dostępność kredytu i konsumpcji maszyn, wyrobów przemysłowych, towarów, usług i w konsekwencji hamuje tempo wzrostu gospodarczego, co przekłada się na znaczące obniżenie wpływów podatkowych do budżetu m.in. z VAT i CIT. Wstrząs główny jaki uderza w system finansowy uruchamia wstrząsy pośrednie uderzające w kluczowe podsystemy gospodarki ‑ transport, logistykę, energetykę, sektor nowych technologii i zbrojeniowy, przemysł wydobywczy, metalurgiczny, elektrotechniczny. Wytworzony chaos tworzy zatory płatnicze, osłabia mechanizmy finansowe łańcuchów dostaw.

Ostatnio opinia publiczna interesowała się zagadnieniem odcięcia Rosji od systemu SWIFT – swego rodzaju bankowości internetowej gwarantującej szybką i niezakłóconą obsługę wszystkich międzynarodowych transakcji międzybankowych. Trzeba podkreślić, że znacząco ważniejsze jest de facto odcięcie rosyjskich od globalnego systemu wzajemnych pożyczek. Uderza w rdzeń gospodarki państwa rosyjskiego.

Czy sankcje Unii Europejskiej na ropę naftową z Rosji są dotkliwe dla gospodarki rosyjskiej? Według rosyjskich władz, problem jest znikomy, ponieważ ropę chętnie kupią Chiny, Indie lub Pakistan. Czy ten scenariusz jest realny?

Matematyka pokazuję prawdę. Zacytujmy dane Centralnego Banku Rosji (CBR) z 2019 roku (to ostatni rok niezaburzonej pandemią międzynarodowej wymiany handlowej, z tej przyczyny reprezentatywny dla rozkręcającej się światowej gospodarki po zakończeniu pandemii). Według danych CBR, Rosja sprzedała 250 mln ton ropy za kwotę 115 mld dolarów, 138 mln ton produktów naftowych za kwotę 64 mld dolarów i 184 mld m sześc. gazu za 41 mld dolarów. Łącznie zarobiła 220 mld dolarów ‑ jednak co warte podkreślenia aż 80 procent wpływów zapewnia eksport ropy i produktów naftowych. Jedynie 20 procent stanowią dochody z gazu. Państwa europejskie oraz Turcja kupiły 57 procent rosyjskiej ropy czyli ok 142 mld ton ropy. Te same państwa kupiły aż 66 proc. produktów ropopochodnych eksportowanych z Rosji. Te cyfry dobitnie uzmysławiają skalę i znaczenie kontynentu europejskiego dla eksportu rosyjskich węglowodorów. W gazie ten współczynnik jest jeszcze większy i wynosi 85 procent.

Istnieje teoretyczna możliwość zastąpienia rynków Europy innymi odbiorcami, jednak ta możliwość jest limitowana zdolnością systemów transportowych do przesłania rosyjskich węglowodorów na inne kierunki. Geografia rurociągów naftowych wskazuje na ogrom problemów dla takiego projektu. Rosja w 2019. wyeksportowała ok 250 mln ton surowca. Jedyny ropociąg eksportowy na dalekim wschodzie czyli magistrala WSTO ma zdolność transportu 80 mln ton ropy rocznie. To nie wystarczy aby zastąpić państwa Zachodu kupujące ok. 140 mln ton ropy. Pozostałe szlaki do eksportu ropy to śródlądowy Ropociąg Przyjaźń do państw Europy Środkowej (Polska, Niemcy, Czechy, Słowacja, Węgry, Chorwacja, Serbia) oraz cztery morskie terminale eksportowe – dwa nad Bałtykiem i dwa nad Morzem Czarnym. Jeśli nawet morskie terminale będą w stanie zwiększyć zdolności przeładunkowe o wyrwę w systemie logistycznym rosyjskiej ropy, jaką spowoduje zatrzymanie odbioru przez znaczącą cześć rafinerii z rurociągu Drużby z powodu sankcji UE, to kolejnym wyzwaniem stanie się uzyskanie odpowiedniej ilości tankowców do transportu rosyjskiej ropy z europejskich portów na Daleki Wschód. To prowadzi do znaczącego wzrostu kosztów transportu – wywołanego  wydłużeniem frachtu o co najmniej kilkanaście – kilkadziesiąt dni, w zależności od miejsca docelowego.

Czy Rosjanie znajdą sposób na omijanie sankcji, skoro dotychczas często tak postępowali?

Rynek zawsze działa zgodnie z podstawową logiką ekonomii. Wybiera się najbardziej odpowiednie cenowo i jakościowo komponenty lub produkty finalne. Jeżeli rosyjska gospodarka stanie przed wyzwaniem znalezienia podzespołów zastępczych np. w sektorze motoryzacyjnym dotychczas nabywanych w Europie, to nie jest wykluczone że znajdzie gdzieś alternatywnego dostawcę, o ile groźba sankcji pośrednich nie zadziała na takiego wytwórcę. Jeśli nowi kooperanci dostarczą podzespoły do Rosji, to jest bardzo prawdopodobne, że ich koszt może być wyższy. Gdyby rachunek ekonomiczny przemawiał za tymi, alternatywnymi podzespołami to z pewnością kooperacja byłaby nawiązana wcześniej.

Jaki zatem jest wpływ sankcji wprowadzonych dotychczas na Rosję? W ostatnich siedmiu latach gospodarka rosyjska nie załamała się drastycznie, a co za tym idzie, nie zmieniła się polityka Kremla. 

Część czytelników pamięta czasy komunizmu w Polsce oraz fakt, że w Stany Zjednoczone i państwa zachodnie w odpowiedzi na stan wojenny w 1981 roku wprowadziły sankcje wobec gospodarki PRL. Nie zatrzymały woli ośrodka politycznego państwa do kontynuowania niedemokratycznej polityki wewnętrznej ale uderzając w produkcję, przemysł, zaopatrzenie obywateli w dobra konsumpcyjne zahamowały zdolności gospodarcze państwa, wygenerowały permanentny kryzys gospodarczy. W konsekwencji wytworzonych sankcjami bardzo wysokich kosztów gospodarczych PRL-u nastąpiło trwałe osłabnięcie ośrodka władzy i powstała silna podatność systemu politycznego na upadek i załamanie. Jeśli sankcje działają w zgodzie z przedstawioną sekwencją i strukturą, to obecnie mamy do czynienia w Rosji z wolą obecnego ośrodka politycznego kontynuacji agresji militarnej na Ukrainę ale jednocześnie widoczne spowolnienie gospodarcze, skokowa utrata przewag konkurencyjnych wyrobów rosyjskiego przemysłu, przekłada się na niemożliwy do zahamowania kryzys gospodarczy. Te zjawiska obiektywnie tworzą silne napięcia wewnątrz elity politycznej Rosji i w całym rosyjskim społeczeństwie. Sankcje nałożyły wysokie koszty na całą gospodarkę i społeczeństwo Rosji, a tym samym uruchomiły proces hamowania oraz blokowania zdolności gospodarczych i ekonomicznych do kontunuowania przez państwo rosyjskie agresji wobec Ukrainy. Odnosząc się do efektów sankcji wcześniejszych, nałożonych po zajęciu Krymu i oderwaniu części ziem obwodów ługańskiego i donieckiego od Ukrainy można zauważyć, że w latach 2015-2021 międzynarodowe restrykcje doprowadziły do tego, że rosyjska gospodarka rozwijała się znacząco wolniej niż uśrednione tempo rozwoju światowej gospodarki. Trudno nie zauważyć, że taka sytuacja musiałaby być traktowana przez ośrodek kierowniczy państwa rosyjskiego jako zagrożenie, ponieważ w perspektywie długookresowej prowadziła do słabnięcia Rosji w stosunku do kluczowych państw świata i w konsekwencji do utraty dotychczasowej pozycji w międzynarodowym ładzie.

biznesalert.pl

Kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę, światowe media informowały o agresji, wojnie, inwazji. Chińskie media państwowe nazwały tę sytuację „specjalną operacją wojskową”. Xi Jinping jedynie ograniczył się do lakonicznych komunikatów wzywających do pokoju, ale nigdy nie potępiły rosyjskiej agresji na Ukrainę i sprzeciwiły się nazywaniu jej inwazją. Pekin jest przeciwko sankcjom nakładanym na Rosję, wyraziły „zrozumienie” dla „uzasadnionych obaw” Rosji ws. rozszerzenie NATO.

Dyplomatyczny rozkrok jest trudny do utrzymania, ale KPCh dokłada wszelkich starań, aby chińskie społeczeństwo nie przestało wierzyć w chińsko-rosyjskich sojusz. Chińskie media przedstawiają Ukrainę jako marionetkę Waszyngtonu, kraju niezdolnego do samoistnienia, wiernie wykonujący wszystkie polecenia Amerykanów.

Warte uwagi jest też to, obiektem krytyki stała się również Polska. Chiński nacjonalistyczny tabloid „Global Times” opublikował niezwykłe informacje. Zdaniem gazety, Polacy w czasie wojny wyrąbią drzewa, żeby się ogrzać, Polacy zmuszają Ukrainki do prostytucji, a polski rząd niedługo przejmie i zaanektuje zachodnią część Ukrainy. Rządowe media nie przedstawiają kraju jako ofiary rosyjskiej agresji, tylko państwo upadłe, aby chińskie społeczeństwo nie współczuło uchodźcom z powodu wojny i zniszczeń.

W ostatnim tygodniu chińskie media rozpoczęły ogromną kampanię propagandową przeciwko ukraińskiemu prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu po tym, jak wezwał świat do podjęcia „środków zapobiegawczych”, gdyby Chiny zagroziły atakiem na Tajwan.

11 czerwca podczas konferencji Shangri-La Dialogue w Singapurze Josh Rogin, dziennikarz gazety The Washington Post, zapytał prezydenta Zełenskiego o to, jak Tajwan może wytrzymać inwazję Chin. Zełenski powiedział: „Myślę, że dzisiejsza Ukraina jest przykładem dla całego świata.Potrzebujemy rozwiązań dyplomatycznych, aby wesprzeć kraje potrzebujące pomocy. Nie wolno nam zostawiać ich na łasce innego kraju, który jest potężniejszy finansowo, terytorialnie i sprzętowo, nie wspominając o Tajwanie”.

Odkąd ukraiński przywódca wypowiedział się na temat Tajwanu, chińskie strony internetowe, wraz z niektórymi propekińskimi mediami w Hongkongu i na Tajwanie, opublikowały dziesiątki artykułów i filmów promujących narrację, że Zachód stracił zainteresowanie wspieraniem Ukrainy i próbuje przekonać go do kompromisu, oddając terytorium na rzecz pokoju.

Wypowiedź prezydenta Ukraina została zauważona przez Pekin. Rzecznik chińskiego MSZ Wang Wenbin powiedział: „Zauważyliśmy, że prezydent Zełenski nie wspomniał o Tajwanie, odpowiadając na to pytanie. Jak zauważyły niektóre media, niektórzy ludzie po prostu podnoszą kwestię Tajwanu, aby spróbować włożyć słowa w usta prezydenta Zełenskiego”.Wang powiedział też, że kwestia Tajwanu ma zasadniczo inny charakter niż kwestia Ukrainy, ponieważ ta pierwsza jest wyłącznie wewnętrzną sprawą Chin.

biznesalert.pl

Geopolityk, założyciel Strategy&Future dr Jacek Bartosiak w poniedziałek w Studiu PAP powiedział, że wojna rosyjsko-ukraińska "rozstrzygnie los narodów Międzymorza, w tym prawdopodobnie i nasz". Jest to największa szansa od czasów panowania cara Piotra Wielkiego do zniszczenia rosyjskiego projektu imperialnego, ale to będzie bardzo trudne - ocenił.

Podkreślił, że w interesie Polski i państw Międzymorza jest "wykończenie Rosji". Rozegranie tej wojny tak, żeby Rosja przegrała i rozpadła się, tak jak często rozpadała się w historii po przegranych wojnach - dodał. Zdaniem dr Bartosiaka, taki rozwój wypadków "absolutnie nie jest w interesie Niemiec i Francji". Można dyskutować jak daleko jest to w interesie USA - zaznaczył.

W ocenie geopolityka musimy dziś "zgrać naszą politykę zagraniczną z siłą amerykańską". Amerykanom zależy na takim zmęczeniu i zużyciu sił rosyjskich, żeby nie groziła im wojna na dwa fronty, czyli z Chinami i Rosją jednocześnie - zaznaczył. Celem USA - jak powiedział - jest pokonanie Rosji na tyle, aby nie wpadła w "wasalny stosunek względem Chin".

PAP

Ukraińskie siły specjalne po raz pierwszy przyznały, że faktycznie prowadzą działania na terytorium Rosji, wysadzając w powietrze rafinerie, składy broni czy inną krytyczną dla wojny infrastrukturę - pisze w poniedziałek brytyjski dziennik "The Times".

Gazeta rozmawiała z dwoma członkami batalionu Szaman, jak nazwano 10. oddział ukraińskich sił specjalnych, którzy uczestniczą w takich misjach. Sierżanci "Przystojny" i "Dwadzieścia Dwa", obaj w wieku 25 lat, walczą z siłami rosyjskimi od czasu hybrydowej inwazji na Ukrainę w 2014 roku. Inteligentni, elokwentni i w doskonałej kondycji fizycznej, zostali wybrani do sił specjalnych po latach walki w regularnych jednostkach.

"Najciekawsze misje to praca za linią wroga; podkładanie materiałów wybuchowych za linią frontu, za granicą" - powiedział "Dwadzieścia Dwa", szczegółowo opisując plan siania zamętu w szeregach wroga, prosząc jednak "The Times" o nieujawnianie tego w całości. "Przystojny" dodał: "Rosjanie nie wiedzą, co się stało, często nie mogą uwierzyć, że tam byliśmy".

Batalion Szaman to szturmowo-rozpoznawcze ramię wywiadu wojskowego. Przyjmowani do niego są tylko ci, którzy przejdą najbardziej wyczerpujące testy wytrzymałości i umiejętności przetrwania. Jednostka specjalizuje się w nurkowaniu, skokach spadochronowych i wspinaczce górskiej. Walczyła u boku wojsk brytyjskich i amerykańskich w Afganistanie i zyskała reputację creme de la creme ukraińskich sił specjalnych. "Wysyłamy ich do najtrudniejszych zadań, ponieważ są najlepsi i najodważniejsi. Są niezwykle ważni dla działań wojennych" - powiedział wysoki rangą oficer ukraińskiego wywiadu.

Obaj rozmówcy gazety więcej natomiast mogą powiedzieć o działaniach, które prowadzili na terytorium Ukrainy, po tym jak została ona w lutym napadnięta przez Rosję. Zostali rzuceni do walki ze swoimi odpowiednikami z rosyjskiego specnazu na lotnisku w Hostomlu, gdzie spadochroniarze próbowali zabezpieczyć drogę powietrznego zaopatrzenia dla kolumn pancernych nacierających na ukraińską stolicę. "Zajęliśmy pozycje w hangarach i koszarach, prowadząc czterogodzinną walkę ogniową do czasu, gdy musieliśmy zmienić się z jednostkami Gwardii Narodowej" - mówi "Przystojny". Opisał pierwszą godzinę bitwy jako chaos, ponieważ ukraińskie wojsko próbowało skoordynować obronę, ale ich wysiłki na lotnisku uniemożliwiły Rosji zdobycie ważnego przyczółku pod Kijowem.

Mówią też o tym, jak zostali skierowani do wsi Moszczun, aby uniemożliwić przeciwnikowi przekroczenie rzeki Irpień, co dałoby siłom rosyjskim wyraźną przewagę pod Kijowem. Mimo znacznej przewagi liczebnej Rosjan, "jak zawsze", członkowie Szamana poczekali, aż rosyjskie oddziały znajdą się w centrum wioski, po czym zaatakowali ich z ukrycia, często wdając się w walkę wręcz. Rozgromili rosyjski oddział i zniszczyli dwa pojazdy opancerzone, ale jeszcze tego samego wieczora Rosjanie wysłali tam kolejny. "Ale oni popełnili błąd i zrobili to samo, wchodząc do centrum wioski. Więc ich wszystkich też zabiliśmy" - opowiada "Przystojny".

Jak pisze "The Times", batalion Szaman brał udział w każdej większej bitwie o Kijów i nękał potem siły inwazyjne, gdy te uciekały przez czarnobylską strefę zamkniętą z powrotem przez granicę białoruską. Siły specjalne stanowiły trzon obrony Ukrainy, często organizując świeżo zmobilizowane oddziały, które są bardzo zmotywowane, ale słabo wyszkolone i źle wyposażone. Obaj rozmówcy opisywali, że muszą instruować regularne jednostki, jak zajmować najlepsze pozycje obronne do odparcia ataku, zanim sami ruszą.

(...)

Dodał, że poleganie Ukrainy na siłach specjalnych odbiło się bardzo niekorzystnie na samych jednostkach: w ostatnich tygodniach zginęła połowa ich kolegów, ponieważ bitwa o Donbas toczy się dalej, a Rosja koncentruje swoje siły powietrzne i przewagę artylerii na niewielkim odcinku linii frontu. Potwierdził to anonimowo oficer wywiadu, mówiąc, że wskaźnik ofiar wśród oddziałów ukraińskich, w pierwszych tygodniach wojny znacznie niższy niż wśród rosyjskich, teraz się wyrównuje.

Wojskowi opisują też zupełnie spokojnie, jak podkreśla gazeta, to w jaki sposób najskuteczniej zabijać, co stało się dla nich codziennością. "Poszedłem na wojnę w wieku 18 lat, nie widziałem innego świata, nie widziałem pokoju. Od początku mojego dorosłego życia widziałem tylko to, więc nie mam innego obrazu życia" - mówi "Dwadzieścia Dwa". "Nawet sobie nie wyobrażasz, ilu młodych ludzi, mających 18 czy 19 lat, zapisuje się teraz do wojska. Mogą mieć jeden karabin i jeden magazynek, ale idą naprzód, bo jest to potrzebne. Przypomina mi to nas, gdy byliśmy w tym wieku i zdawaliśmy sobie sprawę, że następne pokolenie też będzie dorastać w czasach wojny. To wina Rosji" - podkreśla.

bankier.pl

W oczekiwaniu na rosyjską inwazję już w lutym zaczęto masowo przekazywać najnowszą broń przeciwpancerną – ppk Javelin, Stugna-P i Korsar, granatniki NLAW i M141 SMAW-D – batalionom brygad na pierwszej linii frontu. Ukraińscy instruktorzy przekazywali wiedzę o obsłudze tej broni swoim kolegom na pozycjach bojowych. Rozśrodkowanie niedawno otrzymanych partii Javelinów, czy NLAW-ów, miało również zapobiec zniszczeniu tej broni uderzeniem po arsenałach czy składach w pierwszej fazie oczekiwanej wojny. Wzmocniono natowskimi środkami ppanc główne węzły obrony, utworzono mobilne przeciwpancerne rezerwy, nasycono nimi kierunki, gdzie spodziewano się największego nacisku broni pancernej npla. Tam, gdzie nie było tej broni wystarczająco dużo, np. pod Charkowem, przewożono ją później, w trybie alarmowym, cywilnym transportem, aby uniknąć wykrycia i zniszczenia (duży konwój z ppk/rpg NLAW, M141, Javelin przyjechał do Charkowa 27 lub 28 lutego, natychmiast zaczęto formować zespoły niszczycieli czołgów).

Ponieważ przedwojenne dostawy środków przeciwpancernych Javelin i NLAW nałożyły się na siebie, zaczęto opracowywać taktykę zespołów przeciwpancernych – raczej chyba przypadkowo - w oparciu o oba systemy, chociaż później Javeliny trafiły głównie do jednostek liniowych, a NLAW w dużych ilościach również do OT.

Żołnierz zespołu niszczycieli czołgów ze 128. Zakarpackiej Samodzielnej Brygady Górsko-Szturmowej, szkolący się na obu systemach ppanc – Javelin i NLAW - wskazuje na to, że ppk Javelin i granatnik NLAW doskonale się uzupełniają: „Często jestem pytany, który ppk jest najlepszy - NLAW czy Javelin. Z doświadczenia wiem, że najlepiej używać ich w parach. NLAW doskonale sprawdza się na bliskim dystansie - od 20 do 600 metrów, dlatego jest niezastąpiony w działaniach wojennych w terenie zabudowanym. Javelin jest najlepszy od 1 do 2,5 kilometra, czyli na otwartej przestrzeni".

(...)

Nowych środków ppanc nie przydzielano równomiernie do jednostek, ale przede wszystkim na Donbas oraz na te kierunki, które szczególnie uznawano za ważne pod względem obrony przeciwpancernej.

Jak wiadomo czołgi rosyjskie miały montowane daszki z kratownicy, rzekomo jako skuteczną obronę przed atakiem pocisku z góry (top attack). W celu sprawdzenia skuteczności takiej obrony na ukraińskim poligonie przeprowadzono atak na cel-czołg osłonięty improwizowanym daszkiem prętowym, co zakończyło się efektywnym porażeniem i zniszczeniem celu. Późniejsze działania wojenne potwierdziły fakt, że żadne kratownice na dachu czołgów nie chronią przed atakiem pocisku z Javelina. Za przykład skutecznego porażenia T-72B3 z „antydżawelinowym daszkiem" podaje się w ukraińskich mediach epizod spod Woznesenska, który zakończył się zniszczeniem czołgu z Javelina.

Javelin okazał się niezwykle skuteczną bronią przeciwpancerną, która zniszczyła dziesiątki rosyjskich wozów pancernych, w tym czołgów, nic więc dziwnego, że rosyjskie media usiłują ją zdyskredytować sugerując, że jest mało efektywna. Po wnikliwym zbadaniu tematu okazuje się jednak, że skomplikowany system Javelin, w warunkach wojennych, ma również bolączki, jak każdy ppk, które obniżają jego skuteczność w wojnie ukraińsko-rosyjskiej.

Wady i problemy Javelina, które uwidoczniły się w czasie eksploatacji w SZU to m.in.:

a) system jest wyrafinowany i skomplikowany, trudny w obsłudze, nierzadko wymaga pomocy specjalistów i wsparcia technicznego.

Zazwyczaj przyjmuje się, że Javelin wymaga przejścia przynajmniej kilkudniowego szkolenia operatora, bowiem jest systemem skomplikowanym, ale nawet wówczas w U.S. Army istnieje możliwość korzystania ze specjalnego wsparcia technicznego. Tymczasem na Ukrainie tego wsparcia w pełnym zakresie nie ma.

b) jednostka (moduł) dowodzenia i odpalania ma baterię i ogniowo chłodzące, które muszą być w pełni sprawne, aby Javelin działał

Nierzadko wyczerpane baterie Javelina powodowały, że system stawał się bezużyteczny. Można się domyśleć, że jeśli w warunkach polowych, nie ma możliwości improwizacji (np. kanibalizacji podzespołów elektronicznych) system uznawany jest za niesprawny, zepsuty i porzucany

(...)

Dla równowagi warto podać również podstawowe zalety systemu Javelin.
  • wysoki procent trafienia w systemie fire and forget (deklarowany rzędu 90%)
  • efektywna penetracja pancerza w trybie top attack (zapewnia zniszczenie każdego rosyjskiego czołgu)
  • możliwość odpalania z budynków
  • skuteczny zasięg rzędu 2,5 km (znane są przykłady odpalania bojowego na Ukrainie na odległość 2,3 km)
  • efektywność użycia przekładająca się na wzrost morale operatora/pododdziału.
(...)

Problemy z bateriami, czy słabym wyszkoleniem operatora, są związane z warunkami wojennymi w Ukrainie, szybkim (przyspieszonym) szkoleniem i ewidentnym brakiem profesjonalnego wsparcia technicznego, czy logistycznego.

O braku takiego pełnego wsparcia technicznego w przypadku wystąpienia usterek czy problemów, czy to ze strony Departamentu Obrony, czy producenta, mówi w czerwcu amerykański weteran i instruktor Mark Hayward. Jego zdaniem Ukraińcy mają problem z częściami zapasowymi, nie ma profesjonalnych call-centrów czy gorącej linii na jaką można dzwonić w przypadku jakichkolwiek problemów technicznych, z konieczności instrukcja licząca 258 stron, jest tłumaczona przy pomocy translatora Google, nie ma symulatorów szkoleniowych i profesjonalnych instruktorów itd.„Wysyłamy sprzęt, ale czy zdecydowaliśmy się nie udzielać wsparcia technicznego?" - konkluduje Mark Hayward.

defence24.pl

W takim razie jak oceniasz wsparcie Europy zachodniej?

Powtórzę się. Pomoc od Polski i Wielkiej Brytanii, nawet w porównaniu do innych państw Europy jest nieoceniona. Jak dodać do tego to co robią dla Ukraińców zmuszonych do ucieczki za granice zwykli Polacy to tego chyba najwięksi optymiści nie mogli się spodziewać - to fantastyczne. Warto zauważyć, że otwiera się nowa stronica w stosunkach polsko-ukraińskich, bo teraz nasze dzieci będą o tym wiedziały i będą pamiętały, a to właśnie one są przyszłością naszych narodów.

Jak wygląda obecnie sytuacja na froncie wschodnim? Jest ciężko?

Sytuacja jest w tej chwili pod kontrolą. Są straty, są odwroty, ale trzeba zrozumieć - wojna, w której nie ma taktycznych odwrotów istnieje tylko w filmach i książkach, wojna jest jak gra w szachy, czasem trzeba oddać pionka, żeby zdobyć wieże a czasem hetmana, żeby zrobić szach i mat. Sytuacja piechoty (Maur jest w piechocie) jest tym trudniejsza, że czasem trzeba jej kosztem po prostu kupić czas na coś większego...

Jakie wydarzenie podczas walk, w których uczestniczyłeś zapadło Ci najbardziej w pamięć?

Byłem zdumiony jakim mięsem jest piechota „Raszy". Nas czterech odparło trzy fale ofensywy ich jednostek. Musimy patrzeć na nasze odwroty, a czasem powolne kontrataki przez pryzmat ich zasobów ludzkich, a przede wszystkim z powodu ich artylerii i ciężkiego sprzętu. Tego jest niewiarygodnie dużo, pracują bez ograniczeń, mają nieograniczoną ilość amunicji. Teraz można zrozumieć, jak profesjonalna i zmotywowana jest ukraińska armia, bo przy tych wszystkich nieograniczonych zasobach zatrzymujemy ich, a czasem nawet odpychamy kilkukrotnie mniejszymi silami. Gdyby Europa była jednomyślna, w sprawie dostaw ciężkiej broni, wojna skończyłaby się bardzo szybko. W broni ciężkiej my im ustępujemy, ale w walce strzeleckiej niemal zawsze z nimi wygrywamy. To zabrzmi niewiarygodne, nawet trudno to sobie wyobrazić ale w takich walkach prawie nie mamy strat. Nasze straty to przede wszystkim miny, rakiety, pociski, odłamki pocisków czy bomby zrzucane przez awiacje. Należy zauważyć, że im absolutnie nie żal piechoty. Pędzą ich wprost na rzeź. My w Siewierodoniecku kładliśmy ich tysiącami, po prostu całymi oddziałami. Trudno w to uwierzyć, ale to prawda. To wywarło na mnie największe wrażenie, bo sami baliśmy się pierwszej walki, tej kontaktowej. Nie wiedzieliśmy, jak ich trenowano, ale gdy przyjechaliśmy na pozycje, po 20 minutach zaczęły się walki strzeleckie i sami byliśmy w szoku. Po prostu zostali zdmuchnięci. Wydawało nam się, że walczymy ze zmobilizowanymi separatystami, ale powiedziano nam, że przechwycili ich rozmowy i położyliśmy „dobrze wyszkolonych żołnierzy". Zdaliśmy sobie sprawę, że profesjonalizm zawodowych „raszystowskich" żołnierzy to mit. Oni "szkoląc się" w armii zamiatali place, czyścili toalety i budowali domy dla generałów. U nas tak było do 2014 roku, ale po Majdanie,  rozpoczęły się reformy w armii. Oni dalej tak pracowali, były jakieś oddziały na pokaz, a wszystko inne było zbędne i zaniedbane. I ich wszystkich wysłali na wojnę. Teraz oni po prostu zasypują nas trupami

Czego najbardziej potrzebujecie, by odnieść zwycięstwo?

Pomocy naszych partnerów i przyjaciół. Ważne, żeby wśród nich panowało zdecydowanie, jednomyślność i wspólne rozumienie jak wielkim zagrożeniem dla świata jest Rosja. Najważniejsze dla nas jest ciężkie uzbrojenie, nie mniej ważna jest pełna handlowa blokada Rosji.

Jak wy, żołnierze na froncie postrzegacie Prezydenta Zełeńskiego?

Jako głównodowodzącego. Nie jest osobą jednoznaczną i nie każdemu się podoba. Ja nie jestem zwolennikiem jego partii, ale on stanął na wysokości zadania. Podjął walkę, więc w czasie wojny jest naczelnym wodzem i my jesteśmy wobec niego lojalni - ta kwestia nie podlega dyskusji. O wszystkim innym porozmawiamy po wygranej wojnie. Putin uważał, że jeśli większość Ukraińców jest zawiedziona Zełeńskim, to Ukraińcy nie będą walczyć, o czym świadczy jego przemówienie do Sił Zbrojnych. Ukraińcy rzadko są zadowoleni ze swoich przywódców. Mamy to we krwi od naszych przodków Kozaków, ale to wewnętrzna sprawa Ukraińców. Głupotą było liczyć na to, że Ukraińcy w momencie zagrożenia z zewnątrz zbuntują się przeciwko swojej władzy. Jesteśmy ludźmi wolnymi. Możemy kłócić się, protestować. Możemy być niezadowoleni, ale jeśli ktoś z zewnątrz próbuje nam dyktować swoje warunki to jednoczymy się bardzo szybko, niemal natychmiast.

Może na koniec wywiadu chciałbyś powiedzieć coś Polakom od siebie?

Wy, Polacy w tym trudnym dla nas momencie potrafiliście zamknąć stronę niełatwych stosunków polsko-ukraińskich i to jest nieoceniony wkład. Dziękuję, Wam przyjaciele! Moje dzieci będą to wiedziały i zapamiętają!

defence24.pl

Niedzielny rosyjski atak rakietowy na Kijów był najpoważniejszym uderzeniem na stolicę Ukrainy od 29 kwietnia; ostrzał zakładów zbrojeniowych Artem należy odczytywać jako sygnał Kremla wobec Zachodu w kontekście trwającego szczytu G7 i planów dalszego wsparcia strony ukraińskiej - ocenił w najnowszym raporcie amerykański Instytut Badan nad Wojną (ISW).

W opinii analityków z waszyngtońskiego think tanku ataki rakietowe należy bezpośrednio wiązać z ważnymi wydarzeniami międzynarodowymi, których celem jest pomoc Ukrainie. Jak zauważono w komunikacie ISW, poprzedni zmasowany ostrzał Kijowa zbiegł się w czasie z wizytą w tym mieście sekretarza generalnego ONZ Antonio Guterresa.

Obranie na cel zakładów Artem, produkujących m.in. pociski rakietowe i komponenty sprzętu lotniczego, miało demonstracyjny charakter. Jak podkreślono w raporcie ISW, rosyjskie siły zaatakowały przedsiębiorstwo rakietami wystrzelonymi z bombowców operujących w rejonie Morza Kaspijskiego, wykorzystując maksymalny możliwy zasięg tego uzbrojenia.

Według ISW władze na Kremlu starają się dostosowywać rosyjskie ustawodawstwo, aby przeprowadzić "ukryty" pobór do wojska bez ogłaszania powszechnej mobilizacji. Amerykański ośrodek wskazał w tym kontekście, że Duma Państwowa, niższa izba parlamentu Rosji, ogłosiła plany rozpatrzenia poprawki do ustawy o służbie wojskowej, umożliwiającej oferowanie kontraktów młodym mężczyznom natychmiast po osiągnięciu przez nich pełnoletności lub ukończeniu szkoły średniej, bez wcześniejszej konieczności odbycia służby jako poborowi.

Amerykański think tank podkreślił, powołując się na szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego generała Kyryła Budanowa, że armia agresora zaangażowała już na Ukrainie 330 tys. żołnierzy, co stanowi ponad jedną trzecią wszystkich rosyjskich sił.

W ocenie ISW za wiarygodne należy uznać doniesienia, że inwazją Kremla dowodzi obecnie generał Giennadij Żydko. Wojskowy, który dotąd stał na czele Głównego Zarządu Wojskowo-Politycznego rosyjskiej armii, miał zastąpić generała Aleksandra Dwornikowa. Według think tanku na prawdopodobieństwo takiego scenariusza wskazywała eksponowana rola Żydko podczas inspekcji rosyjskich wojsk w Donbasie, dokonanej 26 czerwca przez ministra obrony Siergieja Szojgu.

W nocy z niedzieli na poniedziałek ukraiński dziennikarz Roman Cymbaliuk zdementował na Facebooku informacje o wizycie Szojgu na Ukrainie. W jego opinii szef resortu przebywał wyłącznie w Biełgorodzie, na terytorium Rosji w pobliżu granicy z Ukrainą. Przyczynami takiej decyzji miały być obawy Kremla o bezpieczeństwo ministra oraz "niechęć do demonstrowania rzeczywistych strat armii" podczas inwazji.

onet.pl