poniedziałek, 27 czerwca 2022


W raporcie Tüv Süd zleconym przez bawarskie ministerstwo środowiska Stowarzyszenie Badań Technicznych nie wyraziło obaw dotyczących bezpieczeństwa dalszej eksploatacji bawarskiej elektrowni jądrowej Isar 2. Elektrownia może wiec działać także po ukończeniu tego roku, mimo że niemiecki rząd zdecydował o jej wyłączeniu. Eksperci uważają nawet, że możliwe jest także ponowne uruchomienie elektrowni jądrowej w Gundremmingen, która została wygaszona na koniec 2021 roku. Jest to sprzeczne z głównym argumentem ministra gospodarki Roberta Habecka i minister środowiska Steffi Lemke jakoby kontynuacja działalności jest niemożliwa ze względów bezpieczeństwa.

Märkische Oderzeitung (MOZ) cytuje wypowiedź rzecznika prasowego Stowarzyszenia Energetyki Jądrowej (KernD) – Nie ma podstaw do przypuszczenia, że deficyty bezpieczeństwa mogły pozostać niewykryte. (..) KernD nie zgadza się również z argumentem, że nie ma wystarczającej liczby personelu – 

Wcześniej rząd ogłosił, że pręty paliwowe nie wystarczą do dalszej pracy. TÜV zaprzecza również temu stwierdzeniu –  Isar 2 może działać z istniejącymi elementami do sierpnia 2023 roku, W Gundremmingen pręty paliwowe byłyby wystarczające przez kolejne sześć miesięcy. Złożenie kolejnego zamówienia byłoby możliwe w ciągu jednego roku. Amerykański producent Westinghouse  to w wypowiedzi to dla medium „The Pioneer” – pisze MOZ.

biznesalert.pl

BiznesAlert.pl: Jak można ocenić wpływ sankcji na Rosję na przestrzeni ostatnich 8 lat? Czy można je jakoś sklasyfikować? 

Paweł Turowski: Sankcje stosowane przeciwko Rosji można podzielić na trzy rodzaje. Pierwszy, najmniej kosztowny, ale wywołujący określone reakcje w stosunkach międzynarodowych polega na stosowaniu sankcji personalnych wobec osób kluczowych dla danego systemu politycznego. Wykorzystywane środki to m.in.: zakazy wjazdu lub zamrażanie majątków określonych osób. Te działania pokazują, że społeczność międzynarodowa nie zgadza się na określony sposób prowadzenia polityki przez dane państwo. Ten rodzaj sankcji tworzy uciążliwości dla prywatnego życia osób z kręgu władzy, ale nie oddziałuje negatywnie na relacje gospodarcze.

Drugi rodzaj sankcji opiera się na punktowych uderzeniach w system gospodarczy danego państwa utrudniając działanie określonego sektora lub podsystemu gospodarczego (np. blokada dostaw maszyn i urządzeń do wydobywania ropy naftowej). W tym przypadku nie jest ograniczany rozwoju danej gospodarki jako całości, ale utrudniamy rozwój jej poszczególnych gałęzi.

Trzeci rodzaj restrykcji, dotychczas nie stosowany wobec Federacji Rosyjskiej, to sankcje mające na celu dekompozycję potęgi ekonomicznej danego państwa. Można obecnie odróżnić dwa rodzaje – pierwsze nakładane są przez USA, ukierunkowane na niszczenie rosyjskiej gospodarki poprzez uderzenie w jej fundamenty – system kredytowy i obsługi bankowej. Drugi zastosowany przez Unię Europejską, uderza bezpośrednio w główne źródło przychodów budżetowych państwa rosyjskiego ‑  eksport ropy naftowej na rynek unijny.

Czego dotyczą sankcje nałożone przez Stany Zjednoczone? 

Amerykańskie sankcję uderzają sektorowo w branże finansową i kredytową poprzez zablokowanie możliwości uzyskiwania pożyczek w międzynarodowym systemie finansowym.

W uproszczeniu ten mechanizm umożliwia prowadzeni bankom zwiększonej akcji kredytowej w stosunku do posiadanych rezerw. Utrata tej możliwości prowadzi do gwałtownego zmniejszenia skali uzyskiwanych pożyczek. Taki efekt mają właśnie amerykańskie sankcje zastosowane wobec rosyjskich banków. Znacząca redukcja akcji pożyczkowej, zmniejsza dostępność kredytu i konsumpcji maszyn, wyrobów przemysłowych, towarów, usług i w konsekwencji hamuje tempo wzrostu gospodarczego, co przekłada się na znaczące obniżenie wpływów podatkowych do budżetu m.in. z VAT i CIT. Wstrząs główny jaki uderza w system finansowy uruchamia wstrząsy pośrednie uderzające w kluczowe podsystemy gospodarki ‑ transport, logistykę, energetykę, sektor nowych technologii i zbrojeniowy, przemysł wydobywczy, metalurgiczny, elektrotechniczny. Wytworzony chaos tworzy zatory płatnicze, osłabia mechanizmy finansowe łańcuchów dostaw.

Ostatnio opinia publiczna interesowała się zagadnieniem odcięcia Rosji od systemu SWIFT – swego rodzaju bankowości internetowej gwarantującej szybką i niezakłóconą obsługę wszystkich międzynarodowych transakcji międzybankowych. Trzeba podkreślić, że znacząco ważniejsze jest de facto odcięcie rosyjskich od globalnego systemu wzajemnych pożyczek. Uderza w rdzeń gospodarki państwa rosyjskiego.

Czy sankcje Unii Europejskiej na ropę naftową z Rosji są dotkliwe dla gospodarki rosyjskiej? Według rosyjskich władz, problem jest znikomy, ponieważ ropę chętnie kupią Chiny, Indie lub Pakistan. Czy ten scenariusz jest realny?

Matematyka pokazuję prawdę. Zacytujmy dane Centralnego Banku Rosji (CBR) z 2019 roku (to ostatni rok niezaburzonej pandemią międzynarodowej wymiany handlowej, z tej przyczyny reprezentatywny dla rozkręcającej się światowej gospodarki po zakończeniu pandemii). Według danych CBR, Rosja sprzedała 250 mln ton ropy za kwotę 115 mld dolarów, 138 mln ton produktów naftowych za kwotę 64 mld dolarów i 184 mld m sześc. gazu za 41 mld dolarów. Łącznie zarobiła 220 mld dolarów ‑ jednak co warte podkreślenia aż 80 procent wpływów zapewnia eksport ropy i produktów naftowych. Jedynie 20 procent stanowią dochody z gazu. Państwa europejskie oraz Turcja kupiły 57 procent rosyjskiej ropy czyli ok 142 mld ton ropy. Te same państwa kupiły aż 66 proc. produktów ropopochodnych eksportowanych z Rosji. Te cyfry dobitnie uzmysławiają skalę i znaczenie kontynentu europejskiego dla eksportu rosyjskich węglowodorów. W gazie ten współczynnik jest jeszcze większy i wynosi 85 procent.

Istnieje teoretyczna możliwość zastąpienia rynków Europy innymi odbiorcami, jednak ta możliwość jest limitowana zdolnością systemów transportowych do przesłania rosyjskich węglowodorów na inne kierunki. Geografia rurociągów naftowych wskazuje na ogrom problemów dla takiego projektu. Rosja w 2019. wyeksportowała ok 250 mln ton surowca. Jedyny ropociąg eksportowy na dalekim wschodzie czyli magistrala WSTO ma zdolność transportu 80 mln ton ropy rocznie. To nie wystarczy aby zastąpić państwa Zachodu kupujące ok. 140 mln ton ropy. Pozostałe szlaki do eksportu ropy to śródlądowy Ropociąg Przyjaźń do państw Europy Środkowej (Polska, Niemcy, Czechy, Słowacja, Węgry, Chorwacja, Serbia) oraz cztery morskie terminale eksportowe – dwa nad Bałtykiem i dwa nad Morzem Czarnym. Jeśli nawet morskie terminale będą w stanie zwiększyć zdolności przeładunkowe o wyrwę w systemie logistycznym rosyjskiej ropy, jaką spowoduje zatrzymanie odbioru przez znaczącą cześć rafinerii z rurociągu Drużby z powodu sankcji UE, to kolejnym wyzwaniem stanie się uzyskanie odpowiedniej ilości tankowców do transportu rosyjskiej ropy z europejskich portów na Daleki Wschód. To prowadzi do znaczącego wzrostu kosztów transportu – wywołanego  wydłużeniem frachtu o co najmniej kilkanaście – kilkadziesiąt dni, w zależności od miejsca docelowego.

Czy Rosjanie znajdą sposób na omijanie sankcji, skoro dotychczas często tak postępowali?

Rynek zawsze działa zgodnie z podstawową logiką ekonomii. Wybiera się najbardziej odpowiednie cenowo i jakościowo komponenty lub produkty finalne. Jeżeli rosyjska gospodarka stanie przed wyzwaniem znalezienia podzespołów zastępczych np. w sektorze motoryzacyjnym dotychczas nabywanych w Europie, to nie jest wykluczone że znajdzie gdzieś alternatywnego dostawcę, o ile groźba sankcji pośrednich nie zadziała na takiego wytwórcę. Jeśli nowi kooperanci dostarczą podzespoły do Rosji, to jest bardzo prawdopodobne, że ich koszt może być wyższy. Gdyby rachunek ekonomiczny przemawiał za tymi, alternatywnymi podzespołami to z pewnością kooperacja byłaby nawiązana wcześniej.

Jaki zatem jest wpływ sankcji wprowadzonych dotychczas na Rosję? W ostatnich siedmiu latach gospodarka rosyjska nie załamała się drastycznie, a co za tym idzie, nie zmieniła się polityka Kremla. 

Część czytelników pamięta czasy komunizmu w Polsce oraz fakt, że w Stany Zjednoczone i państwa zachodnie w odpowiedzi na stan wojenny w 1981 roku wprowadziły sankcje wobec gospodarki PRL. Nie zatrzymały woli ośrodka politycznego państwa do kontynuowania niedemokratycznej polityki wewnętrznej ale uderzając w produkcję, przemysł, zaopatrzenie obywateli w dobra konsumpcyjne zahamowały zdolności gospodarcze państwa, wygenerowały permanentny kryzys gospodarczy. W konsekwencji wytworzonych sankcjami bardzo wysokich kosztów gospodarczych PRL-u nastąpiło trwałe osłabnięcie ośrodka władzy i powstała silna podatność systemu politycznego na upadek i załamanie. Jeśli sankcje działają w zgodzie z przedstawioną sekwencją i strukturą, to obecnie mamy do czynienia w Rosji z wolą obecnego ośrodka politycznego kontynuacji agresji militarnej na Ukrainę ale jednocześnie widoczne spowolnienie gospodarcze, skokowa utrata przewag konkurencyjnych wyrobów rosyjskiego przemysłu, przekłada się na niemożliwy do zahamowania kryzys gospodarczy. Te zjawiska obiektywnie tworzą silne napięcia wewnątrz elity politycznej Rosji i w całym rosyjskim społeczeństwie. Sankcje nałożyły wysokie koszty na całą gospodarkę i społeczeństwo Rosji, a tym samym uruchomiły proces hamowania oraz blokowania zdolności gospodarczych i ekonomicznych do kontunuowania przez państwo rosyjskie agresji wobec Ukrainy. Odnosząc się do efektów sankcji wcześniejszych, nałożonych po zajęciu Krymu i oderwaniu części ziem obwodów ługańskiego i donieckiego od Ukrainy można zauważyć, że w latach 2015-2021 międzynarodowe restrykcje doprowadziły do tego, że rosyjska gospodarka rozwijała się znacząco wolniej niż uśrednione tempo rozwoju światowej gospodarki. Trudno nie zauważyć, że taka sytuacja musiałaby być traktowana przez ośrodek kierowniczy państwa rosyjskiego jako zagrożenie, ponieważ w perspektywie długookresowej prowadziła do słabnięcia Rosji w stosunku do kluczowych państw świata i w konsekwencji do utraty dotychczasowej pozycji w międzynarodowym ładzie.

biznesalert.pl

Kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę, światowe media informowały o agresji, wojnie, inwazji. Chińskie media państwowe nazwały tę sytuację „specjalną operacją wojskową”. Xi Jinping jedynie ograniczył się do lakonicznych komunikatów wzywających do pokoju, ale nigdy nie potępiły rosyjskiej agresji na Ukrainę i sprzeciwiły się nazywaniu jej inwazją. Pekin jest przeciwko sankcjom nakładanym na Rosję, wyraziły „zrozumienie” dla „uzasadnionych obaw” Rosji ws. rozszerzenie NATO.

Dyplomatyczny rozkrok jest trudny do utrzymania, ale KPCh dokłada wszelkich starań, aby chińskie społeczeństwo nie przestało wierzyć w chińsko-rosyjskich sojusz. Chińskie media przedstawiają Ukrainę jako marionetkę Waszyngtonu, kraju niezdolnego do samoistnienia, wiernie wykonujący wszystkie polecenia Amerykanów.

Warte uwagi jest też to, obiektem krytyki stała się również Polska. Chiński nacjonalistyczny tabloid „Global Times” opublikował niezwykłe informacje. Zdaniem gazety, Polacy w czasie wojny wyrąbią drzewa, żeby się ogrzać, Polacy zmuszają Ukrainki do prostytucji, a polski rząd niedługo przejmie i zaanektuje zachodnią część Ukrainy. Rządowe media nie przedstawiają kraju jako ofiary rosyjskiej agresji, tylko państwo upadłe, aby chińskie społeczeństwo nie współczuło uchodźcom z powodu wojny i zniszczeń.

W ostatnim tygodniu chińskie media rozpoczęły ogromną kampanię propagandową przeciwko ukraińskiemu prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu po tym, jak wezwał świat do podjęcia „środków zapobiegawczych”, gdyby Chiny zagroziły atakiem na Tajwan.

11 czerwca podczas konferencji Shangri-La Dialogue w Singapurze Josh Rogin, dziennikarz gazety The Washington Post, zapytał prezydenta Zełenskiego o to, jak Tajwan może wytrzymać inwazję Chin. Zełenski powiedział: „Myślę, że dzisiejsza Ukraina jest przykładem dla całego świata.Potrzebujemy rozwiązań dyplomatycznych, aby wesprzeć kraje potrzebujące pomocy. Nie wolno nam zostawiać ich na łasce innego kraju, który jest potężniejszy finansowo, terytorialnie i sprzętowo, nie wspominając o Tajwanie”.

Odkąd ukraiński przywódca wypowiedział się na temat Tajwanu, chińskie strony internetowe, wraz z niektórymi propekińskimi mediami w Hongkongu i na Tajwanie, opublikowały dziesiątki artykułów i filmów promujących narrację, że Zachód stracił zainteresowanie wspieraniem Ukrainy i próbuje przekonać go do kompromisu, oddając terytorium na rzecz pokoju.

Wypowiedź prezydenta Ukraina została zauważona przez Pekin. Rzecznik chińskiego MSZ Wang Wenbin powiedział: „Zauważyliśmy, że prezydent Zełenski nie wspomniał o Tajwanie, odpowiadając na to pytanie. Jak zauważyły niektóre media, niektórzy ludzie po prostu podnoszą kwestię Tajwanu, aby spróbować włożyć słowa w usta prezydenta Zełenskiego”.Wang powiedział też, że kwestia Tajwanu ma zasadniczo inny charakter niż kwestia Ukrainy, ponieważ ta pierwsza jest wyłącznie wewnętrzną sprawą Chin.

biznesalert.pl

Geopolityk, założyciel Strategy&Future dr Jacek Bartosiak w poniedziałek w Studiu PAP powiedział, że wojna rosyjsko-ukraińska "rozstrzygnie los narodów Międzymorza, w tym prawdopodobnie i nasz". Jest to największa szansa od czasów panowania cara Piotra Wielkiego do zniszczenia rosyjskiego projektu imperialnego, ale to będzie bardzo trudne - ocenił.

Podkreślił, że w interesie Polski i państw Międzymorza jest "wykończenie Rosji". Rozegranie tej wojny tak, żeby Rosja przegrała i rozpadła się, tak jak często rozpadała się w historii po przegranych wojnach - dodał. Zdaniem dr Bartosiaka, taki rozwój wypadków "absolutnie nie jest w interesie Niemiec i Francji". Można dyskutować jak daleko jest to w interesie USA - zaznaczył.

W ocenie geopolityka musimy dziś "zgrać naszą politykę zagraniczną z siłą amerykańską". Amerykanom zależy na takim zmęczeniu i zużyciu sił rosyjskich, żeby nie groziła im wojna na dwa fronty, czyli z Chinami i Rosją jednocześnie - zaznaczył. Celem USA - jak powiedział - jest pokonanie Rosji na tyle, aby nie wpadła w "wasalny stosunek względem Chin".

PAP

Ukraińskie siły specjalne po raz pierwszy przyznały, że faktycznie prowadzą działania na terytorium Rosji, wysadzając w powietrze rafinerie, składy broni czy inną krytyczną dla wojny infrastrukturę - pisze w poniedziałek brytyjski dziennik "The Times".

Gazeta rozmawiała z dwoma członkami batalionu Szaman, jak nazwano 10. oddział ukraińskich sił specjalnych, którzy uczestniczą w takich misjach. Sierżanci "Przystojny" i "Dwadzieścia Dwa", obaj w wieku 25 lat, walczą z siłami rosyjskimi od czasu hybrydowej inwazji na Ukrainę w 2014 roku. Inteligentni, elokwentni i w doskonałej kondycji fizycznej, zostali wybrani do sił specjalnych po latach walki w regularnych jednostkach.

"Najciekawsze misje to praca za linią wroga; podkładanie materiałów wybuchowych za linią frontu, za granicą" - powiedział "Dwadzieścia Dwa", szczegółowo opisując plan siania zamętu w szeregach wroga, prosząc jednak "The Times" o nieujawnianie tego w całości. "Przystojny" dodał: "Rosjanie nie wiedzą, co się stało, często nie mogą uwierzyć, że tam byliśmy".

Batalion Szaman to szturmowo-rozpoznawcze ramię wywiadu wojskowego. Przyjmowani do niego są tylko ci, którzy przejdą najbardziej wyczerpujące testy wytrzymałości i umiejętności przetrwania. Jednostka specjalizuje się w nurkowaniu, skokach spadochronowych i wspinaczce górskiej. Walczyła u boku wojsk brytyjskich i amerykańskich w Afganistanie i zyskała reputację creme de la creme ukraińskich sił specjalnych. "Wysyłamy ich do najtrudniejszych zadań, ponieważ są najlepsi i najodważniejsi. Są niezwykle ważni dla działań wojennych" - powiedział wysoki rangą oficer ukraińskiego wywiadu.

Obaj rozmówcy gazety więcej natomiast mogą powiedzieć o działaniach, które prowadzili na terytorium Ukrainy, po tym jak została ona w lutym napadnięta przez Rosję. Zostali rzuceni do walki ze swoimi odpowiednikami z rosyjskiego specnazu na lotnisku w Hostomlu, gdzie spadochroniarze próbowali zabezpieczyć drogę powietrznego zaopatrzenia dla kolumn pancernych nacierających na ukraińską stolicę. "Zajęliśmy pozycje w hangarach i koszarach, prowadząc czterogodzinną walkę ogniową do czasu, gdy musieliśmy zmienić się z jednostkami Gwardii Narodowej" - mówi "Przystojny". Opisał pierwszą godzinę bitwy jako chaos, ponieważ ukraińskie wojsko próbowało skoordynować obronę, ale ich wysiłki na lotnisku uniemożliwiły Rosji zdobycie ważnego przyczółku pod Kijowem.

Mówią też o tym, jak zostali skierowani do wsi Moszczun, aby uniemożliwić przeciwnikowi przekroczenie rzeki Irpień, co dałoby siłom rosyjskim wyraźną przewagę pod Kijowem. Mimo znacznej przewagi liczebnej Rosjan, "jak zawsze", członkowie Szamana poczekali, aż rosyjskie oddziały znajdą się w centrum wioski, po czym zaatakowali ich z ukrycia, często wdając się w walkę wręcz. Rozgromili rosyjski oddział i zniszczyli dwa pojazdy opancerzone, ale jeszcze tego samego wieczora Rosjanie wysłali tam kolejny. "Ale oni popełnili błąd i zrobili to samo, wchodząc do centrum wioski. Więc ich wszystkich też zabiliśmy" - opowiada "Przystojny".

Jak pisze "The Times", batalion Szaman brał udział w każdej większej bitwie o Kijów i nękał potem siły inwazyjne, gdy te uciekały przez czarnobylską strefę zamkniętą z powrotem przez granicę białoruską. Siły specjalne stanowiły trzon obrony Ukrainy, często organizując świeżo zmobilizowane oddziały, które są bardzo zmotywowane, ale słabo wyszkolone i źle wyposażone. Obaj rozmówcy opisywali, że muszą instruować regularne jednostki, jak zajmować najlepsze pozycje obronne do odparcia ataku, zanim sami ruszą.

(...)

Dodał, że poleganie Ukrainy na siłach specjalnych odbiło się bardzo niekorzystnie na samych jednostkach: w ostatnich tygodniach zginęła połowa ich kolegów, ponieważ bitwa o Donbas toczy się dalej, a Rosja koncentruje swoje siły powietrzne i przewagę artylerii na niewielkim odcinku linii frontu. Potwierdził to anonimowo oficer wywiadu, mówiąc, że wskaźnik ofiar wśród oddziałów ukraińskich, w pierwszych tygodniach wojny znacznie niższy niż wśród rosyjskich, teraz się wyrównuje.

Wojskowi opisują też zupełnie spokojnie, jak podkreśla gazeta, to w jaki sposób najskuteczniej zabijać, co stało się dla nich codziennością. "Poszedłem na wojnę w wieku 18 lat, nie widziałem innego świata, nie widziałem pokoju. Od początku mojego dorosłego życia widziałem tylko to, więc nie mam innego obrazu życia" - mówi "Dwadzieścia Dwa". "Nawet sobie nie wyobrażasz, ilu młodych ludzi, mających 18 czy 19 lat, zapisuje się teraz do wojska. Mogą mieć jeden karabin i jeden magazynek, ale idą naprzód, bo jest to potrzebne. Przypomina mi to nas, gdy byliśmy w tym wieku i zdawaliśmy sobie sprawę, że następne pokolenie też będzie dorastać w czasach wojny. To wina Rosji" - podkreśla.

bankier.pl

W oczekiwaniu na rosyjską inwazję już w lutym zaczęto masowo przekazywać najnowszą broń przeciwpancerną – ppk Javelin, Stugna-P i Korsar, granatniki NLAW i M141 SMAW-D – batalionom brygad na pierwszej linii frontu. Ukraińscy instruktorzy przekazywali wiedzę o obsłudze tej broni swoim kolegom na pozycjach bojowych. Rozśrodkowanie niedawno otrzymanych partii Javelinów, czy NLAW-ów, miało również zapobiec zniszczeniu tej broni uderzeniem po arsenałach czy składach w pierwszej fazie oczekiwanej wojny. Wzmocniono natowskimi środkami ppanc główne węzły obrony, utworzono mobilne przeciwpancerne rezerwy, nasycono nimi kierunki, gdzie spodziewano się największego nacisku broni pancernej npla. Tam, gdzie nie było tej broni wystarczająco dużo, np. pod Charkowem, przewożono ją później, w trybie alarmowym, cywilnym transportem, aby uniknąć wykrycia i zniszczenia (duży konwój z ppk/rpg NLAW, M141, Javelin przyjechał do Charkowa 27 lub 28 lutego, natychmiast zaczęto formować zespoły niszczycieli czołgów).

Ponieważ przedwojenne dostawy środków przeciwpancernych Javelin i NLAW nałożyły się na siebie, zaczęto opracowywać taktykę zespołów przeciwpancernych – raczej chyba przypadkowo - w oparciu o oba systemy, chociaż później Javeliny trafiły głównie do jednostek liniowych, a NLAW w dużych ilościach również do OT.

Żołnierz zespołu niszczycieli czołgów ze 128. Zakarpackiej Samodzielnej Brygady Górsko-Szturmowej, szkolący się na obu systemach ppanc – Javelin i NLAW - wskazuje na to, że ppk Javelin i granatnik NLAW doskonale się uzupełniają: „Często jestem pytany, który ppk jest najlepszy - NLAW czy Javelin. Z doświadczenia wiem, że najlepiej używać ich w parach. NLAW doskonale sprawdza się na bliskim dystansie - od 20 do 600 metrów, dlatego jest niezastąpiony w działaniach wojennych w terenie zabudowanym. Javelin jest najlepszy od 1 do 2,5 kilometra, czyli na otwartej przestrzeni".

(...)

Nowych środków ppanc nie przydzielano równomiernie do jednostek, ale przede wszystkim na Donbas oraz na te kierunki, które szczególnie uznawano za ważne pod względem obrony przeciwpancernej.

Jak wiadomo czołgi rosyjskie miały montowane daszki z kratownicy, rzekomo jako skuteczną obronę przed atakiem pocisku z góry (top attack). W celu sprawdzenia skuteczności takiej obrony na ukraińskim poligonie przeprowadzono atak na cel-czołg osłonięty improwizowanym daszkiem prętowym, co zakończyło się efektywnym porażeniem i zniszczeniem celu. Późniejsze działania wojenne potwierdziły fakt, że żadne kratownice na dachu czołgów nie chronią przed atakiem pocisku z Javelina. Za przykład skutecznego porażenia T-72B3 z „antydżawelinowym daszkiem" podaje się w ukraińskich mediach epizod spod Woznesenska, który zakończył się zniszczeniem czołgu z Javelina.

Javelin okazał się niezwykle skuteczną bronią przeciwpancerną, która zniszczyła dziesiątki rosyjskich wozów pancernych, w tym czołgów, nic więc dziwnego, że rosyjskie media usiłują ją zdyskredytować sugerując, że jest mało efektywna. Po wnikliwym zbadaniu tematu okazuje się jednak, że skomplikowany system Javelin, w warunkach wojennych, ma również bolączki, jak każdy ppk, które obniżają jego skuteczność w wojnie ukraińsko-rosyjskiej.

Wady i problemy Javelina, które uwidoczniły się w czasie eksploatacji w SZU to m.in.:

a) system jest wyrafinowany i skomplikowany, trudny w obsłudze, nierzadko wymaga pomocy specjalistów i wsparcia technicznego.

Zazwyczaj przyjmuje się, że Javelin wymaga przejścia przynajmniej kilkudniowego szkolenia operatora, bowiem jest systemem skomplikowanym, ale nawet wówczas w U.S. Army istnieje możliwość korzystania ze specjalnego wsparcia technicznego. Tymczasem na Ukrainie tego wsparcia w pełnym zakresie nie ma.

b) jednostka (moduł) dowodzenia i odpalania ma baterię i ogniowo chłodzące, które muszą być w pełni sprawne, aby Javelin działał

Nierzadko wyczerpane baterie Javelina powodowały, że system stawał się bezużyteczny. Można się domyśleć, że jeśli w warunkach polowych, nie ma możliwości improwizacji (np. kanibalizacji podzespołów elektronicznych) system uznawany jest za niesprawny, zepsuty i porzucany

(...)

Dla równowagi warto podać również podstawowe zalety systemu Javelin.
  • wysoki procent trafienia w systemie fire and forget (deklarowany rzędu 90%)
  • efektywna penetracja pancerza w trybie top attack (zapewnia zniszczenie każdego rosyjskiego czołgu)
  • możliwość odpalania z budynków
  • skuteczny zasięg rzędu 2,5 km (znane są przykłady odpalania bojowego na Ukrainie na odległość 2,3 km)
  • efektywność użycia przekładająca się na wzrost morale operatora/pododdziału.
(...)

Problemy z bateriami, czy słabym wyszkoleniem operatora, są związane z warunkami wojennymi w Ukrainie, szybkim (przyspieszonym) szkoleniem i ewidentnym brakiem profesjonalnego wsparcia technicznego, czy logistycznego.

O braku takiego pełnego wsparcia technicznego w przypadku wystąpienia usterek czy problemów, czy to ze strony Departamentu Obrony, czy producenta, mówi w czerwcu amerykański weteran i instruktor Mark Hayward. Jego zdaniem Ukraińcy mają problem z częściami zapasowymi, nie ma profesjonalnych call-centrów czy gorącej linii na jaką można dzwonić w przypadku jakichkolwiek problemów technicznych, z konieczności instrukcja licząca 258 stron, jest tłumaczona przy pomocy translatora Google, nie ma symulatorów szkoleniowych i profesjonalnych instruktorów itd.„Wysyłamy sprzęt, ale czy zdecydowaliśmy się nie udzielać wsparcia technicznego?" - konkluduje Mark Hayward.

defence24.pl

W takim razie jak oceniasz wsparcie Europy zachodniej?

Powtórzę się. Pomoc od Polski i Wielkiej Brytanii, nawet w porównaniu do innych państw Europy jest nieoceniona. Jak dodać do tego to co robią dla Ukraińców zmuszonych do ucieczki za granice zwykli Polacy to tego chyba najwięksi optymiści nie mogli się spodziewać - to fantastyczne. Warto zauważyć, że otwiera się nowa stronica w stosunkach polsko-ukraińskich, bo teraz nasze dzieci będą o tym wiedziały i będą pamiętały, a to właśnie one są przyszłością naszych narodów.

Jak wygląda obecnie sytuacja na froncie wschodnim? Jest ciężko?

Sytuacja jest w tej chwili pod kontrolą. Są straty, są odwroty, ale trzeba zrozumieć - wojna, w której nie ma taktycznych odwrotów istnieje tylko w filmach i książkach, wojna jest jak gra w szachy, czasem trzeba oddać pionka, żeby zdobyć wieże a czasem hetmana, żeby zrobić szach i mat. Sytuacja piechoty (Maur jest w piechocie) jest tym trudniejsza, że czasem trzeba jej kosztem po prostu kupić czas na coś większego...

Jakie wydarzenie podczas walk, w których uczestniczyłeś zapadło Ci najbardziej w pamięć?

Byłem zdumiony jakim mięsem jest piechota „Raszy". Nas czterech odparło trzy fale ofensywy ich jednostek. Musimy patrzeć na nasze odwroty, a czasem powolne kontrataki przez pryzmat ich zasobów ludzkich, a przede wszystkim z powodu ich artylerii i ciężkiego sprzętu. Tego jest niewiarygodnie dużo, pracują bez ograniczeń, mają nieograniczoną ilość amunicji. Teraz można zrozumieć, jak profesjonalna i zmotywowana jest ukraińska armia, bo przy tych wszystkich nieograniczonych zasobach zatrzymujemy ich, a czasem nawet odpychamy kilkukrotnie mniejszymi silami. Gdyby Europa była jednomyślna, w sprawie dostaw ciężkiej broni, wojna skończyłaby się bardzo szybko. W broni ciężkiej my im ustępujemy, ale w walce strzeleckiej niemal zawsze z nimi wygrywamy. To zabrzmi niewiarygodne, nawet trudno to sobie wyobrazić ale w takich walkach prawie nie mamy strat. Nasze straty to przede wszystkim miny, rakiety, pociski, odłamki pocisków czy bomby zrzucane przez awiacje. Należy zauważyć, że im absolutnie nie żal piechoty. Pędzą ich wprost na rzeź. My w Siewierodoniecku kładliśmy ich tysiącami, po prostu całymi oddziałami. Trudno w to uwierzyć, ale to prawda. To wywarło na mnie największe wrażenie, bo sami baliśmy się pierwszej walki, tej kontaktowej. Nie wiedzieliśmy, jak ich trenowano, ale gdy przyjechaliśmy na pozycje, po 20 minutach zaczęły się walki strzeleckie i sami byliśmy w szoku. Po prostu zostali zdmuchnięci. Wydawało nam się, że walczymy ze zmobilizowanymi separatystami, ale powiedziano nam, że przechwycili ich rozmowy i położyliśmy „dobrze wyszkolonych żołnierzy". Zdaliśmy sobie sprawę, że profesjonalizm zawodowych „raszystowskich" żołnierzy to mit. Oni "szkoląc się" w armii zamiatali place, czyścili toalety i budowali domy dla generałów. U nas tak było do 2014 roku, ale po Majdanie,  rozpoczęły się reformy w armii. Oni dalej tak pracowali, były jakieś oddziały na pokaz, a wszystko inne było zbędne i zaniedbane. I ich wszystkich wysłali na wojnę. Teraz oni po prostu zasypują nas trupami

Czego najbardziej potrzebujecie, by odnieść zwycięstwo?

Pomocy naszych partnerów i przyjaciół. Ważne, żeby wśród nich panowało zdecydowanie, jednomyślność i wspólne rozumienie jak wielkim zagrożeniem dla świata jest Rosja. Najważniejsze dla nas jest ciężkie uzbrojenie, nie mniej ważna jest pełna handlowa blokada Rosji.

Jak wy, żołnierze na froncie postrzegacie Prezydenta Zełeńskiego?

Jako głównodowodzącego. Nie jest osobą jednoznaczną i nie każdemu się podoba. Ja nie jestem zwolennikiem jego partii, ale on stanął na wysokości zadania. Podjął walkę, więc w czasie wojny jest naczelnym wodzem i my jesteśmy wobec niego lojalni - ta kwestia nie podlega dyskusji. O wszystkim innym porozmawiamy po wygranej wojnie. Putin uważał, że jeśli większość Ukraińców jest zawiedziona Zełeńskim, to Ukraińcy nie będą walczyć, o czym świadczy jego przemówienie do Sił Zbrojnych. Ukraińcy rzadko są zadowoleni ze swoich przywódców. Mamy to we krwi od naszych przodków Kozaków, ale to wewnętrzna sprawa Ukraińców. Głupotą było liczyć na to, że Ukraińcy w momencie zagrożenia z zewnątrz zbuntują się przeciwko swojej władzy. Jesteśmy ludźmi wolnymi. Możemy kłócić się, protestować. Możemy być niezadowoleni, ale jeśli ktoś z zewnątrz próbuje nam dyktować swoje warunki to jednoczymy się bardzo szybko, niemal natychmiast.

Może na koniec wywiadu chciałbyś powiedzieć coś Polakom od siebie?

Wy, Polacy w tym trudnym dla nas momencie potrafiliście zamknąć stronę niełatwych stosunków polsko-ukraińskich i to jest nieoceniony wkład. Dziękuję, Wam przyjaciele! Moje dzieci będą to wiedziały i zapamiętają!

defence24.pl

Niedzielny rosyjski atak rakietowy na Kijów był najpoważniejszym uderzeniem na stolicę Ukrainy od 29 kwietnia; ostrzał zakładów zbrojeniowych Artem należy odczytywać jako sygnał Kremla wobec Zachodu w kontekście trwającego szczytu G7 i planów dalszego wsparcia strony ukraińskiej - ocenił w najnowszym raporcie amerykański Instytut Badan nad Wojną (ISW).

W opinii analityków z waszyngtońskiego think tanku ataki rakietowe należy bezpośrednio wiązać z ważnymi wydarzeniami międzynarodowymi, których celem jest pomoc Ukrainie. Jak zauważono w komunikacie ISW, poprzedni zmasowany ostrzał Kijowa zbiegł się w czasie z wizytą w tym mieście sekretarza generalnego ONZ Antonio Guterresa.

Obranie na cel zakładów Artem, produkujących m.in. pociski rakietowe i komponenty sprzętu lotniczego, miało demonstracyjny charakter. Jak podkreślono w raporcie ISW, rosyjskie siły zaatakowały przedsiębiorstwo rakietami wystrzelonymi z bombowców operujących w rejonie Morza Kaspijskiego, wykorzystując maksymalny możliwy zasięg tego uzbrojenia.

Według ISW władze na Kremlu starają się dostosowywać rosyjskie ustawodawstwo, aby przeprowadzić "ukryty" pobór do wojska bez ogłaszania powszechnej mobilizacji. Amerykański ośrodek wskazał w tym kontekście, że Duma Państwowa, niższa izba parlamentu Rosji, ogłosiła plany rozpatrzenia poprawki do ustawy o służbie wojskowej, umożliwiającej oferowanie kontraktów młodym mężczyznom natychmiast po osiągnięciu przez nich pełnoletności lub ukończeniu szkoły średniej, bez wcześniejszej konieczności odbycia służby jako poborowi.

Amerykański think tank podkreślił, powołując się na szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego generała Kyryła Budanowa, że armia agresora zaangażowała już na Ukrainie 330 tys. żołnierzy, co stanowi ponad jedną trzecią wszystkich rosyjskich sił.

W ocenie ISW za wiarygodne należy uznać doniesienia, że inwazją Kremla dowodzi obecnie generał Giennadij Żydko. Wojskowy, który dotąd stał na czele Głównego Zarządu Wojskowo-Politycznego rosyjskiej armii, miał zastąpić generała Aleksandra Dwornikowa. Według think tanku na prawdopodobieństwo takiego scenariusza wskazywała eksponowana rola Żydko podczas inspekcji rosyjskich wojsk w Donbasie, dokonanej 26 czerwca przez ministra obrony Siergieja Szojgu.

W nocy z niedzieli na poniedziałek ukraiński dziennikarz Roman Cymbaliuk zdementował na Facebooku informacje o wizycie Szojgu na Ukrainie. W jego opinii szef resortu przebywał wyłącznie w Biełgorodzie, na terytorium Rosji w pobliżu granicy z Ukrainą. Przyczynami takiej decyzji miały być obawy Kremla o bezpieczeństwo ministra oraz "niechęć do demonstrowania rzeczywistych strat armii" podczas inwazji.

onet.pl

niedziela, 26 czerwca 2022


Polityka za Obamy nie była jednak przełomowa. Program stymulacji fiskalnej był skromny i do dziś mówi się wiele o tym, że zbyt skromny (program Bidena jest 2,5 razy większy). Powołany na sekretarza skarbu Timothy Geithner, wcześniej blisko związany z Wall Street, zajmował się przede wszystkim wsparciem tonącego w toksycznych długach sektora finansowego. Rząd federalny wpompował w amerykańskie banki setki miliardów dolarów, a w tym samym czasie zarządy takich gigantów jak AIG wypłacały sobie gigantyczne bonusy. Dziennikarze oskarżali Geithnera o jastrzębie podejście do polityki gospodarczej, czyli przestrzeganie przed nadmiernymi wydatkami publicznymi i walkę z deficytem budżetowy. Robił to zarówno lewicowy tygodnik „New Republic”, jak i centrowy „The Washington Post”. Sam Obama w kampanii wyborczej zapowiadał podwyżki podatków, ale już podczas prezydentury obiecywał, że zrobi wszystko, aby zmniejszyć deficyt budżetowy o połowę.

Gdy na prezydenturę Obamy spojrzy się jednak z szerszej perspektywy, to brak rewolucji nie powinien aż tak dziwić.

Wszystko zaczęło się od neoliberalnej rewolucji Reagana z lat 70. XX wieku, która wymusiła na Demokratach przyjęcie bardziej centrowego podejścia do gospodarki. Od lat 90. w Partii Demokratycznej do głosu zaczęło dochodzić skrzydło Nowych Demokratów (znanymi członkami byli między innymi Clintonowie), którzy silnie popierali konserwatyzm fiskalny i wspierali progresywną politykę tożsamościową. Obama nie wywodził się bezpośrednio z Nowych Demokratów, ale gdy w 2009 roku doszedł do władzy, to otoczył się ludźmi z tego środowiska. I choć starał się unikać politycznych etykiet, to według „Politico” na jednym ze spotkań Demokratów powiedział wprost: „I’am a New Democrat”.

Biden jest przeciwieństwem Obamy. Po niepozornym i znanym ze swojej koncyliacyjnej natury polityku nikt nie spodziewał się rewolucji.

Kiedy wygrał wybory, wiele mówiono o „powrocie do normalności” i „sprzątaniu po Trumpie”. Symbolem rosnących oczekiwań stała się okładka czasopisma „The Economist”, która przedstawiała Bidena na tle Białego Domu z wiadrem i mopem. Mało kto zauważył jednak, że po porażce Clinton z Trumpem w 2015 roku w Partii Demokratycznej doszło do przetasowań. Skrzydło Nowych Demokratów zostało całkowicie zmarginalizowane, a do głosu doszło młode pokolenie, znacznie bardziej lewicowe i otwarte na progresywną agendę gospodarczą. Biden znalazł się w sytuacji, w której poparcie dla ideowego zwrotu jest znacznie większe niż kiedykolwiek wcześniej. W dodatku tragiczna w skutkach pandemia COVID-19 zbudowała przyzwolenie na radykalne działania w sferze polityki. W wywiadzie dla „New Yorkera” Biden przyznał, że jest w sytuacji podobnej do Roosevelta i ma zamiar stawić czoło wyzwaniu.

Biden zrywa jednak nie tylko z dotychczasową ekonomią polityczną Partii Demokratycznej, ale przede wszystkim staje w całkowitej opozycji do polityki gospodarczej Trumpa (oraz Partii Republikańskiej ogółem). W ostatnim orędziu do Kongresu ogłosił, że pora zerwać z ekonomią skapywania, ponieważ nigdy nie działała. Pod tym z pozoru zwyczajnym zdaniem kryje się spora zmiana.

Czym jest ekonomia skapywania? Najogólniej, to zbiór propozycji gospodarczych, szczególnie popularnych w kręgach Partii Republikańskiej, które w centrum stawiają potrzebę obniżki podatków dla najbogatszych.

Zwolennicy ekonomii skapywania twierdzą, że więcej pieniędzy w kieszeniach bogatych to więcej pieniędzy w gospodarce w ogóle. W końcu to najbardziej majętne osoby finansują miejsca pracy, prowadzą przedsiębiorstwa i dokonują kluczowych inwestycji. Dobrobyt powinien zatem zacząć w magiczny sposób skapywać z góry na dół.

Ekonomia skapywania to termin, który nie jest do końca naukowy. O ekonomii skapywania mówią częściej politycy niż naukowcy. W kampanii wyborczej w 2015 roku Hilary Clinton nazwała propozycje reform podatkowych Trumpa „trumped-up trickle-down”, co oznacza „wyssane z palca skapywania”. Parę lat wcześniej członek nowozelandzkiej Partii Pracy nazwał teorię skapywania sposobem na obsikiwanie biednych przez bogatych.

Wolnorynkowy ekonomista Thomas Sowell wściekał się, gdy słyszał o ekonomii skapywania. Twierdził bowiem, że nikt nie proponuje rozwiązań, które jakkolwiek by ją przypominały. W jednej ze swoich książek pisał: „Żaden rozpoznawalny ekonomista z jakiejkolwiek szkoły myśli ekonomicznej nie proponował takiej teorii. To sofizmat rozszerzenia”.

(...)

Martin Luther King powiedział kiedyś o Stanach Zjednoczonych, że w kraju tym panuje socjalizm dla bogatych i surowy indywidualizm dla ubogich. Ekonomia skapywania jest przykładem socjalizmu dla bogatych. Reformy w jej duchu przeprowadzali różni prezydenci – od Cartera poprzez Reagana aż po Trumpa. Think-tanki blisko związane z Partią Republikańską, takie jak American Enterprise Institute, wielokrotnie silnie lobbowały za obniżkami podatków dla najbogatszych, przekonując, że to najlepsza metoda na szybki rozwój amerykańskiej gospodarki. Wpływ niższych podatków dla najbogatszych na wzrost jest jednak słabo potwierdzony w badaniach empirycznych. Jeżeli obniżki podatków mają mieć sens, to wyłącznie tych od najniższych dochodów. W innym wypadku możemy mówić o populizmie dla bogatych.

Taki populizm reprezentował Donald Trump, który pośród pojedynczych antyrynkowych rozwiązań przemycał szereg reform, które sprzyjały najbogatszym.

Pandemia nasiliła procesy, które doprowadziły do silnej polaryzacji amerykańskiego społeczeństwa i dojścia do głosu populistów. Pod koniec ubiegłego roku Stowarzyszenie Americans for Tax Fairness opublikowało analizę opartą o dane podatkowe, z której wynika, że majątek miliarderów wzrósł w czasie pandemii o bilion dolarów (znacznie więcej niż wyniosły programy pomocowe dla amerykańskich gospodarstw domowych). O rosnących nierównościach w krajach wysoko rozwiniętych ekonomiści dyskutują już prawie dekadę, co najmniej od wydania przełomowej książki Thomasa Piketty’ego w 2013 roku. Jak przekonuje ekonomistka Stefanie Stantcheva: „Pandemia COVID-19 pogorszyła nierówności w wielu wymiarach, wliczając w to regiony, sektory gospodarki, płeć czy różne klasy społeczne”. W spolaryzowanym politycznie świecie poparcie dla Bidena jest jednym z najniższych w historii urzędu i wynosi około 55 proc. Gorzej wypadał tylko Trump, którego na początku prezydentury popierało około 45 proc. społeczeństwa.

Być może również dlatego Biden gra „va banque”. Bidenomika zrywa z modelem myślenia o gospodarce, którego zakładnikami byli kolejni prezydenci Stanów Zjednoczonych, ponieważ nie ma wyboru.

oko.press

Kamieniem, który uruchomił lawinę niekorzystnych zdarzeń w światowej logistyce, była pandemia COVID-19. To ów pierwszy czarny łabędź. W końcu stycznia 2020 r. na ponad tydzień stanęły fabryki w Chinach. W sposób planowy, w związku z tygodniową przerwą z okazji Chińskiego Nowego Roku (24 – 30 stycznia). Jednak gros zakładów nie została otwarta w lutym i nawet w marcu. Dzięki styczniowym podróżom kilkuset milionów Chińczyków tlący się od listopada 2019 r. lokalnie w Wuhan wirus SARS-CoV-2 przerodził się w pandemię.

Zamówione wcześniej towary napływały do Europy czy Ameryki niemal przez cały pierwszy kwartał 2020 r. W końcu marca na tych rynkach nałożyły się na siebie: brak nowych dostaw towarów (z Chin) i zmrożenie popytu, po wprowadzonych restrykcjach administracyjnych i zamknięciu gospodarek. I wtedy uruchomione przez rządy krajów rozwiniętych programy osłonowe  przyniosły nieoczekiwany skutek – kumulację popytu.

Zszokowani konsumenci, nie wiedząc, jak długo będą tkwić w domu, już od połowy 2020 r. zaczęli kupować towary „na zapas”, a importerzy – „na skład”. Także dlatego, że handel przeniósł się z realu (zamknięte duże sklepy) do internetu, a ten potrzebował nowych dostaw. Konsumenci z krajów zachodnich lokowali pieniądze w nowych telefonach, sprzęcie RTV, meblach, biżuterii i zegarkach, mniej lub bardziej potrzebnych gadżetach.

Nie trafiały one natomiast do kas zamkniętych okresowo kin, stadionów, tropikalnych kurortów, do których nie można było dolecieć samolotami, gdyż te zostały uziemione.

Jak wskazują dane za 2021 r., tylko w USA na wydatki konsumpcyjne wpompowano od lata 2020 do lata 2021 r. 4,5 biliona dolarów. Statystyki Departamentu Handlu USA z grudnia 2021 r. wskazują, że konsumpcja osobista w USA osiągnęła w październiku 2021 r. rekordowe poziomy, przy czym konsumpcja usług zbliża się do poziomów sprzed pandemii, a towarów nadal rośnie.

Ten gwałtowny, nie rozłożony na 12 miesięcy 2020 r. popyt na towary spowodował, że w transporcie towarów od sierpnia tamtego roku rozpętało się istne pandemonium. Zaczęło brakować podstawowych składowych w łańcuchu dostaw: slotów (miejsc na statkach dla kontenerów), wolnych mocy za- i wyładunkowych w wielu portach z terminalami kontenerowymi, pustych kontenerów w Azji (szczególnie w Chinach) do załadunku towarów, bo były dekowane w portach odbioru i służyły, z braku powierzchni magazynowych, jako tymczasowe składy.

(...)

Rok 2021 nasilał te tendencje. Przyfrunęły też szare łabędzie, nieoczekiwane, mniejszej skali wydarzenia. Pandemonium przerodziło się w containergeddon, jak poziom problemów stopniowali analitycy rynku.

W marcu wypadek kontenerowca Ever Given zablokował żeglugę Kanałem Sueskim na ponad tydzień, a przez ponad dwa miesiące skutki opóźnień odczuwała 1/5 globalnego transportu morskiego. Gdy opanowano tę sytuację kolejna fala COVID-19 spowodowała zamknięcie na trzy tygodnie trzeciego największego na świecie portu w Yantian (leży w jednej z dzielnic Shenzhen). Armatorzy omijali go, ale eksporterzy chińscy musieli przesuwać towary do innych portów, co spowodowało spiętrzenia w nich i wydłużyło czas transportu.

W lipcu tajfun In-Fa uderzył we wschodnie Chiny, ograniczając dostęp do głównych portów, takich jak Szanghaj i Ningbo. Na kotwicy stało wówczas wokół nich ponad 360 statków (w końcu listopada – już „tylko” o połowę mniej).

Łącznie jeszcze w połowie listopada 2021 r. problemy z rozładunkiem towarów na bieżąco przeżywało 77 proc. z portów kontenerowych na świecie (dane Sea-Intelligence). Czekało przed nimi codziennie po ok. 300 statków (ok. 5,5 proc. światowej floty).

Największe dramaty przeżywały porty Los Angeles i Long Beach. Zdjęcia satelitarne pokazywały, że od końca sierpnia na kotwicach zaczęło czekać lub dryfowało wzdłuż wybrzeża po 7 – 9 dni od 80 do 90 kontenerowców. Przez te porty na rynek amerykański trafia ok. 40 proc. importowanych towarów konsumpcyjnych. Nie mogły przeładować w terminie większej ilości towarów, a place składowe zapchane zostały kontenerami czekającymi na odbiór, bo niewydolny w ich odbiorze okazał się transport samochodowy i przestarzała sieć kolejowa.

obserwatorfinansowy.pl

W branży na rodzimej ziemi królowały wtedy Polskie Odczynniki Chemiczne - państwowy moloch w stanie rozkładu. A substancje chemiczne były na wagę złota. Potrzebowały ich fabryki, szpitale, uczelnie. Gdy rozeszła się wieść, że do Polski wkroczył niemiecki potentat, w biurze Karola rozdzwoniły się telefony.

- Szef mówi: zrobimy objazd. Pojedziemy do Gliwic, Krakowa, Lublina. Atlas drogowy wziął, policzył kilometry, wyszło mu, że zdążymy. Tłumaczę: - Herr Martin, tak się nie da, w jeden dzień nie ma szans. Zbeształ mnie: Herr Karol, ja nie będę jechał 40 na godzinę. Spokorniał, jak do Lublina wjechaliśmy o trzeciej nad ranem - opowiada Karol.

Herr Martin zderzenie z polskimi "najntisami" przeżył jeszcze nie raz. - Szukałem miejsca na magazyn chemiczny - wspomina Karol. - Tam, gdzie jest dziś warszawski Mordor, były resztki Instytutu Elektroniki. Jedziemy, wchodzimy do środka, i widzimy: wielka sala, jedno biurko, za stołem facet w puchowej kurtce, gazetę czyta, przepija herbatą ze słoika. Czysty Bareja. Musiałem z pięć razy powtarzać szefowi, że tak, ten facet ma wszystkie umocowania.

(...)

Karol pamięta do dziś, jak jego firma dostała zlecenie z orbisowskiego hotelu na Ścianie Wschodniej. Mieli dostarczyć technologię do tunelu pralniczego. Karol pojechał, opowiada o rozwiązaniach, pobiera próbki wody, już ma się żegnać, gdy dyrektor mówi: - Rozumiem, że cenę podnosimy o dziesięć procent i te dziesięć procent zostaje dla mnie?

Karol na to: - Wie pan, my pana zaprosimy na targi w Niemczech i tam pan sobie porozmawia z naszymi szefami.

- Pańska konkurencja mówiła, że mi to podpiszą od ręki.

- Ale ja mam lepszą aparaturę. Do widzenia - zakończył Karol. Takich propozycji miał na pęczki. Gimnastykować trzeba się było na przykład na granicy. - A zegara na ścianę pan nie ma, bo kuchnię odnawiam? - pytał celnik, otwartym tekstem sugerując, co mogłoby przyspieszyć odprawę firmowych odczynników.

(...)

Karol pamięta: to nie stres był najgorszy, ale godziny tłuczenia się w samochodzie, przejechane kilometry, no i bankiety, na których trzeba być. A wypić tam lubili wszyscy. Konferencje, ogniska i inne eventy - to był stały zestaw "zacieśniania relacji" z klientem. Na takim ognisku wiele rzeczy dało się załatwić. "Rep" mógł się dowiedzieć, że dyrektor fabryki rusza z dużym projektem i będzie potrzebował dostaw. A pan profesor uruchomił nowe laboratorium. - Wszyscy mówili: wy to macie fajnie, w kółko imprezy. A ja miałem cztery popijawy w tygodniu. Oszukiwałem, że dzisiaj tylko wino, albo lałem wodę do kieliszka. Jedyna grupa, której się nie dało oszukać, to weterynarze. Wszystkie spotkania z nimi to murowane popijawy - wspomina Karol.

Zapamiętał dobrze imprezę w mieście O.: - Panowie wzięli się za upijanie mnie. Krzyknąłem, że przyjechałem samochodem i chcę wrócić do hotelu. Na co oni: nie ma problemu, tu jest komendant policji. Ej, Józek, powiedz mu - zawołali. I wstaje facet, zatacza się, mówi: No, naprawdę jestem komendantem. Pij, chłopie, a w razie czego mówisz, że ode mnie z imprezy jedziesz.

gazeta.pl