czwartek, 26 maja 2022


Na tej wojnie prawda umarła na długo przed oddaniem pierwszego strzału. Nie dziwię się żadnej ze stron, że ubiła ją już na samym początku. Rosja od zawsze używała kłamstwa jako strategii porozumiewania się ze światem zewnętrznym, a od 1917 r. bolszewicy zaczęli stosować propagandę jako formę komunikacji ze społeczeństwem. Ukraińcy musieli po prostu dotrzymać im kroku, a że kraj od wieków lat znajdował się pod silnym wpływem Rosji, w sztuce kłamstwa okazali się uczniami, którzy w tej wojnie chwilami nawet przerastają profesorów.

Jeśli przed rosyjską ofensywą rozgarnięty dziennikarz miał czas na właściwą interpretację i korygowanie dezinformacji na miarę swoich możliwości, to z chwilą rozpoczęcia działań zbrojnych fala wydarzeń i idących za nimi kłamstw przygniotła nas wszystkich.

Szybko zrozumiałem, że w tej nowej sytuacji jestem zdany tylko na jedną dziennikarską technikę. O ile wciąż czytałem wszystkie oficjalne komunikaty zaangażowanych w wojnę stron, to rzadko kiedy im wierzyłem. Podawana przez Ukrainę liczba 206 (na dzień dzisiejszy) strąconych rosyjskich samolotów? Równie prawdopodobna jak załóżmy 100 lub 300. Podobnie z liczbami serwowanymi przez Rosjan. Podawane przez obie strony kolejne daty i kierunki zmasowanych ofensyw? Wsadźmy to między bajki – żadne profesjonalne wojsko nie publikuje takich informacji. I tak dalej, i jeszcze więcej.

Co więc pozostaje dziennikarzowi, kiedy wszyscy kłamią? Musi zdać się jedynie na to, co sam zobaczy, dotknie, usłyszy. Nie zawsze dotrze do wszystkich informacji, bo żadnej ze stron nie zależy, aby go do nich dopuścić, ale jeśli będzie wystarczająco blisko, dotrze do wystarczającej ich liczby, aby złożyć z nich wiarygodny obraz sytuacji.

Dlatego właśnie kiedy Rosjanie stali pod Kijowem, byłem w Kijowie, zbierając informacje w Irpieniu i innych przyfrontowych miejscowościach. Kiedy działania przeniosły się do Donbasu, pojechałem tam, aby zbierać informacje w Siewerodoniecku, Bachmucie, Barwinkowie, pod Limaniem, w Kramatorsku, czy we frontowych wsiach, których nazw nie mogę nawet ujawnić ze względu na bezpieczeństwo przebywających tam żołnierzy.

Co tam widzę i czego się dowiaduję? Zacznę od historii z mojego pierwszego dnia pobytu na Donbasie, którą jakimś cudem udało mi się sfilmować, a która dobrze oddaje rzeczywistość na miejscu. Jechaliśmy do Barwinkowa, miejscowości oddalonej o 15 km od rosyjskich pozycji. Nagle nad naszymi głowami zobaczyliśmy dwa rosyjskie myśliwce Su-25. Instynktownie włączyłem kamerę, aby uchwycić ich przelot, a następnie huk i potężną chmurę dymu nad Barwinkowem, którą spowodowała eksplozja. Zanim dojechaliśmy do miasta widzieliśmy jeszcze ostrzał tych samych lub innych myśliwców, flary, kolejne eksplozje, a także byliśmy zatrzymywani przez wojsko, które kazało nam kryć się w okopach.

Wtedy już jechaliśmy do Barwinkowa polnymi drogami, bo główne były zablokowane. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się przy dużym stawie, aby zapytać o drogę mężczyznę, który jak gdyby nigdy nic łowił tam ryby. Okazał się świetnym doradcą – poinformował nas, którą drogą jechać, a którą nie, bo zaminowana. Zapytałem go, czy nie boi się łowić tych ryb, skoro wokół strzelają. Machnął ręką: „Tu tak zawsze, człowiek przywyka”.

Nie czekaliśmy na tę historię tygodniami lub choćby dniami. Zdarzyła się dlatego, że po prostu znaleźliśmy się blisko frontu. I zdarzała się – w różnych odmianach – także w innych miejscach. Zbliżając się do Siewierodoniecka nie musieliśmy ustalać precyzyjnych planów, żeby sfotografować wojnę. Tuż przed miastem zobaczyliśmy chmurę dymu po eksplozji i po prostu pojechaliśmy na azymut. Rosyjski pocisk uderzył w centrum medyczne w pobliskim Lisiczańsku. Filmowaliśmy rozwijający się pożar bez zakłóceń, bo ludzie przywykli do kolejnych eksplozji, a straż pożarna przestała tu funkcjonować.

Oto codzienność przyfrontowych miejscowości w Donbasie. To wszystko trwa od tygodni, każdego dnia. Front albo tkwi w miejscu, albo powoli przesuwa się w kierunku terytoriów kontrolowanych przez Ukraińców. Spotykam żołnierzy bezpośrednio w strefach działań zbrojnych, ale także poza nimi – na stacjach benzynowych, u wulkanizatora, przy kawomatach. Te rozmowy są niezwykle cenne i zawsze układają się w ten sam obrazek.

Żołnierz: "Jest ciężko. Atakują artylerią, a my nie mamy za bardzo czym odpowiadać. Zachodni sprzęt? Owszem, czekamy".

Żołnierz: "Walą artylerią. Wczoraj spuścili fosfor na las. Las się spalił razem z naszym sprzętem".

Medyk: "Najwięcej przypadków to ciężkie i wielokrotne urazy kończyn, związane z atakami artyleryjskimi".

Skąd tyle artylerii? Rosjanie nie są głupi. Szybko pojęli, że zaplanowany na kilka dni blitzkrieg nie ma szans powodzenia. Dlatego po fiasku pod Kijowem postawili na sprawdzone metody. Dowodzenie przejął gen. Aleksander Dwornikow i zaczął robić dokładnie to, czym kilka lat wcześniej wygrał w Syrii – bez żadnych finezyjnych manewrów, niespodziewanych oskrzydleń i błyskawicznych wypadów zaczął po prostu mielić pozycje przeciwnika zmasowanym ogniem artyleryjskim z dodatkiem lotnictwa.

Widziałem skutki jego działań w syryjskich Homs i Aleppo. Olbrzymie połacie tych miast były po prostu do szczętu wyburzone. Czułem się tam, jakbym znalazł się Warszawie po powstaniu 1944 r. W Ukrainie nie widziałem jeszcze niczego podobnego, ale przecież Dwornikow dopiero zaczął.

Na takie „zmiękczone” artylerią pozycje rzuca się piechotę. Trzy kroki w przód, dwa w tył – to daje jeden do przodu. Wolno, bo wolno, ale Rosjanom się nie spieszy. Mają czas.

Skutek? Może Rosjanom nie udała się przeprawa przez Doniec w celu okrążenia Siewierodoniecka od północy, ale za to idą od południa od strony Popasnej. Owszem, za cenę sporych strat, ale Ukraińcy też się wykrwawiają. Nie muszę mówić, gdzie jest więcej ludzi i który kraj wciąż posiada ogromne możliwości rekrutacyjne wśród Buriatów, Kałmuków, Tuwińców, Jakutów i mieszkańców wielu innych pogrążonych w biedzie republik, którzy bilet do wojska kojarzą głównie z możliwością znacznej poprawy swojej sytuacji bytowej. Nie muszę też mówić, gdzie ludzkie życie nie znaczy nic w porównaniu z osiąganymi celami wojennymi.

Z dnia na dzień jestem zatrzymywany na tej samej drodze i informowany, że już nią nie przejadę, bo stoją tam Rosjanie. Z dnia na dzień widzę kolejne autokary z ludźmi wywożonymi ze wsi w rejonie Iziumu, Limania, Barwinkowa. Z dnia na dzień widzę kolejne elementy zniszczonej przez rosyjskie ostrzały infrastruktury oraz zakładów produkcyjnych.

A potem wracam do Polski.

Kiedy byłem tu poprzednio, niedługo po wycofaniu się Rosjan spod Kijowa, media zachwycały się faktem, że wycofanych z północy żołnierzy przerzucono prosto na wschód, co znaczy, że od dwóch miesięcy bez wytchnienia znajdują się w walce. Tak jak gdyby Ukraińcy pojechali w tym czasie na wakacje. A ja znam chłopaków, którzy walczą nieprzerwanie od pierwszego dnia rosyjskiej ofensywy.

W tym samym czasie ukraińscy wojskowi pokazywali dziennikarzom ziemianki, w których żyli rosyjscy żołnierze pod Kijowem. Owszem, ukraińscy żołnierze nie funkcjonują w tak fatalnych warunkach, ale możecie mi wierzyć, że miejsca, w których żyją, to żaden Ritz. Widziałem chłopców, którzy w środku dnia wracali z pozycji do zapylonych podpiwniczeń, kładli się na ułożonych w rzędy materacach i niemal natychmiast zasypiali. I tak od miesięcy.

Nie chcę przytaczać niewiele mających wspólnego z rzeczywistością wypowiedzi polskich oficerów i specjalistów ds. wojskowości, bo wiem, że są świetnymi specjalistami, z których wiedzy sam korzystam, ale widzę, że nie będąc na miejscu i oni ulegają zamętowi informacyjnemu. Wiem, z czego to wynika – siłą rzeczy każdy z nas skłania się bardziej ku źródłom ukraińskim niż rosyjskim i na nich opiera swoje analizy. Tylko musimy pamiętać, że Ukraina jest na wojnie, która obejmuje nie tylko sferę militarną, ale i informacyjną.

onet.pl

Kreml zmierza do inkorporacji okupowanych na Ukrainie terytoriów. Tym razem w Rosji nie będzie euforii, jak po aneksji Krymu, a raczej strach i umacnianie putinowskiego totalitaryzmu.

Trwa rosyjska próba zajęcia pozostającej pod kontrolą Ukrainy części Donbasu – ofensywa w kierunku Siewierodoniecka i Bachmutu. W ten sposób Moskwa realizuje plan minimum: zajęcia Donbasu i wybrzeża azowskiego oraz utworzenia połączenia lądowego na Krym. Rosyjskie wojska zajęły obszar ok. 81 tys. km kw. Razem z zajętym w 2014 r. Krymem i kontrolowanymi przez tzw. separatystów fragmentami obwodów donieckiego i ługańskiego, obecnie rosyjskiej okupacji poddane jest ok. 125 tys. km. kw. Ukrainy. Osiem lat temu anektowane tereny zamieszkiwało ok. 5,5 mln. ludzi. Zajęte w tym roku ziemie może zamieszkiwać obecnie powyżej 2 mln. Precyzyjne określenie liczby ludności i powierzchni terytorium jest, z powodu walk, trudne.

Strefa okupowana jest już podobnej wielkości co Węgry czy Bułgaria. Rosjanie muszą coś zacząć robić. Wybrać model dla zajmowanych terenów. Dla Putina dziś to kluczowa kwestia, bo musi jakoś uzasadnić Rosjanom, po co zaczął wojnę i czemu z jej powodu ponoszą ogromne koszty.

Kilka dni przed 9 maja w okupowanym i wciąż walczącym Mariupolu pojawił się Siergiej Kirijenko. Ten były premier z czasów rządów Borysa Jelcyna miał niesłuszną opinię kremlowskiego liberała. Razem z Dmitrijem Miedwiediewem był uznawany za umiarkowanego, liberalnego i skupiał się na gospodarce. Miedwiediew produkuje dziś średnio raz na kilka tygodni ostre, szowinistyczne tyrady ciskając gromy na Ukrainę, Polskę, Zachód i wygrażając światu. Tak jakby próbował nadrobić czas stracony w liberalnym kąciku Kremla. Kirijenko wchodzi w krąg najbardziej zaufanych ludzi Putina. Jeden i drugi nie byli nigdy liberałami, lecz kremlowskimi oportunistami. Grali swoje role. Z gołębi, szybko zamienili się w jastrzębie.

Kirijenko zastąpił niedawno Dmitrija Kozaka i jest nowym nadzorcą Donbasu. I nie tylko, bo odpowiada za całość okupowanych na Ukrainie terytoriów i ich przyszłość. Kirijenko nadzoruje również wojenną propagandę. To ekipie spin-doktorów i PR-owców, którzy dla niego pracują, Rosja zawdzięcza agresywne wzmożenie propagandy wojennej: narracja o wojnie z całym Zachodem i coraz częściej padające w telewizji słowa odmawiające Ukraińcom prawa do państwa i narodowości. To wreszcie on zajął się na poważnie promocją idei jednoczenia „rosyjskich” ziem pod hasłem walki z faszyzmem.

– Symbol walki z faszyzmem, sztandar zwycięstwa, ma teraz jeszcze jeden symbol, babcię Anię – mówił w Mariupolu Kirijenko na odsłonięciu pomnika babci z czerwonym sztandarem, kolejnego PR-owskiego pomysłu w poszukiwaniu symboliki wojny.

Zmiana nadzorcy terenów okupowanych będzie miała dla nich ogromne znaczenie. Poprzedni kremlowski „szef” Donbasu, Dmitrij Kozak, miał za zadanie przymusić Ukrainę do przyjęcia porozumień mińskich i rosyjskich warunków autonomii regionu. Zaczęła się wojna i tamten projekt wylądował w koszu. Kirijenko stoi w kremlowskiej hierarchii wyżej od Kozaka, a poza tym jest specem od operacji wizerunkowych i zarządzania kryzysowego. Wprawdzie Rosjanie raczej nieszczególnie wspominają jego zarządzanie, kiedy w 1998 r. jako premier doprowadził do eskalacji kryzysu finansowego. Teraz jednak ma inne zadanie. Ma przygotować aneksję okupowanych terytoriów. I przedstawić ją, jako wielkie zwycięstwo idei Putina.

Według informacji portalu Meduza i jego źródeł na Kremlu, do 11 września ma być przygotowana seria referendów. Prawdopodobnie odbędą się 11 września, w tzw. wspólny dzień głosowania. Razem z wyborami regionalnymi w Rosji. Jednocześnie miałby się odbyć referenda w tzw. DRL i ŁRL, separatystycznej Osetii Południowej, oraz na terenach zajętych w czasie obecnej inwazji. Dodatkowo miałby się odbyć plebiscyt o połączeniu z Rosją na Białorusi. Białoruski plebiscyt byłby oczywiście możliwy po złamaniu oporu Alaksandra Łukaszenki, który jest w coraz większej desperacji i wywołanych sankcjami kłopotach. Jego zależność od Rosji jest całkowita, ale z niepodległości łatwo nie zrezygnuje.

Dlatego białoruski plebiscyt prędzej będzie dotyczył jakiejś formy pogłębienia integracji w ramach Związku Białorusi i Rosji, a nie akcesji do Federacji Rosyjskiej. Co innego Donbas i zajęte obecnie tereny ukraińskich obwodu donieckiego, ługańskiego, zaporoskiego, chersońskiego, charkowskiego i kawałka mikołajowskiego. Na razie rosyjska okupacja jest tam brutalna. Prowadzone są „filtracje” ludności. Bardzo aktywnie działają grupy FSB i GRU zajmujące się wyszukiwaniem osób aktywnych społecznie (byłych żołnierzy, członków i sympatyków partii, dziennikarzy, pracowników administracji, nauczycieli i osób aktywnych w internecie, lokalnych patriotów itp.). To przygotowania do obezwładnienia aktywności politycznej i oporu na okupowanych terenach.

Podobną rolę pełni pospieszna degradacja ekonomiczna: celowe zniszczenia wojenne, rabunek i uzależnianie ludności od rosyjskiej pomocy humanitarnej. Pojawiają się informacje, że Rosjanie obiecują, że niedługo koszmar się skończy, bo „nastanie Rosja”. Do obiegu wprowadzany jest rosyjski rubel, choć mieszkańcy nie chcą go przyjmować. Równocześnie nie ma przygotowań do ogłoszenia lokalnych klonów republik separatystycznych.

Mimo to Putin odpisał dziś poprawki do dekretu z 2019 roku, który dał mieszkańcom DRL i ŁRL prawo do ubiegania się o obywatelstwo Rosji w trybie uproszczonym. Od dziś ten „przywilej” mają też mieszkańcy obwodu chersońskiego i zaporoskiego.

Kiedy w 2014 r. Rosjanie zajmowali bezpośrednio Krym i pośrednio Donbas, jasne było, jakie są ich plany. Referendum na Krymie i aneksja do Federacji Rosyjskiej oraz zbudowanie dwóch para-państw pod całkowitą kontrolą Moskwy, ale z iluzją niezależności: Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych. Zarówno referendum, jak i „niepodległość” separatystów były doskonale wcześniej przygotowane za pomocą propagandy, działań służb specjalnych i od strony logistycznej. Była wymyślona symbolika dla DRL/ŁRL, byli wytypowani ludzie, którzy przejęli w Doniecku i Ługańsku władzę. Dziś w Chersoniu, Mariupolu nie widać takich działań, albo są one znikome. Nie widać przygotowań do ogłoszenia „Chersońskiej Republiki Ludowej”, ani „Noworosji”. Są za to typowe działania okupacyjne i systemowe represje wobec ludności. Widać również działania, które sugerują, że okupowane ziemie będą po prostu wcielone do Rosji. I nie będzie to model krymski – z propagandowym wzmożeniem i zainfekowaniem ludności wizją „rosyjskiego świata”. Nie, na okupowanych ziemiach Rosjanie aneksję przeprowadzą brutalnie, siłowo i bez zachowywania pozorów. Tak, jak to robili w 1944 i 1945 r.

Najprawdopodobniej na terenach ukraińskiego obwodu donieckiego i ługańskiego najpierw rosyjskie władze wywieszą flagi DRL i ŁRL (jak robią to obecnie), a potem ziemie te wraz z separatystycznymi republikami wejdą w skład Rosji. W przypadku obwodu chersońskiego odbyć by się to mogło w drodze narzuconego referendum. Po formalnej aneksji Rosjanie zapewne będą chcieli przeprowadzić wielką operację przesiedleńczą. Praktykowali ją już na Krymie po 2014 r. Tylko, że tam odbyła się mniej więcej dobrowolnie i dotyczyła głównie administracji i służb. Krymscy urzędnicy, czy policjanci (do niedawna ukraińscy) otrzymali atrakcyjne finansowo propozycje pracy w głębi Rosji, a na Krym przyjechały tysiące Rosjan. W przypadku nowo anektowanych ziem nie będzie dobrowolności. Już odbywa się wywożenie np. mieszkańców Mariupola.

Jeśli aktywne działania bojowe trochę się wyciszą, na zajęte ziemie przyjadą rosyjscy osadnicy – np. z Kaukazu Północnego. Te plany brzmią ładnie, ale pamiętać trzeba, że 24 lutego Putin chciał znacznie więcej i wydawało się, że ma Kijów w zasięgu ręki. Również dzisiejsze plany szybkiej aneksji zajętych terenów do Rosji, za dwa-trzy miesiące mogą być nieaktualne. Nie wiadomo, jaki wpływ na ten proces będzie miała dynamika wojny.

Nie wiadomo, jak rozwinie się ukraiński ruch oporu. Jest jasne, że Ukraińcy nie oddadzą swojej ziemi, zwłaszcza kiedy wiedzą co ją czeka. Nawet jeśli Rosja za wszelką cenę ogłosi swoje panowanie nad Chersoniem i Mariupolem, to jej południowo-zachodnia granica będzie stale krwawić i to długo. Okupacja i aneksja będzie wymagała gigantycznego wysiłku logistycznego, sił okupacyjnych i choćby minimalnego wysiłku odbudowy zniszczonych miast. Rosji nie stać na takie wydatki bez zaprowadzenia rządów całkowicie totalitarnych w całym kraju. I to jest właśnie perspektywa, jaka może czekać Rosję po wywieszeniu trójkolorowych flag na południowym wschodzie Ukrainy.

belsat.eu

23 maja białoruskie media państwowe opublikowały list Alaksandra Łukaszenki do Sekretarza Generalnego ONZ António Guterresa. Łukaszenka próbuje w nim przekonać Guterresa, że Białoruś nie jest ani agresorem (wobec Ukrainy), ani zdrajcą (wobec Rosji), ale zawsze opowiadała się za pokojem. W liście przedstawiono ogólny zarys kremlowskiego stanowiska wobec wojny na Ukrainie: odpowiedzialność za konflikt ponoszą państwa zachodnie, a podstawowymi środkami deeskalacji powinno być zaprzestanie dostaw broni (chodzi o dostawy na Ukrainę) i sprzeciw wobec ograniczeń handlowych (chodzi o sankcje).

W swoim liście Łukaszenka stwierdził, że sekretarz generalny ONZ może przyczynić się do pokojowego rozwiązania rosyjsko-ukraińskiego konfliktu. Zdaniem Łukaszenki, można to osiągnąć na drodze globalnych negocjacji z udziałem wszystkich czołowych światowych przywódców. Proces ten powinien zaowocować „jasnymi i przejrzystymi porozumieniami w sprawie zasad nowego porządku światowego”.

Ponadto Łukaszenka zaznacza, że Białoruś jest otwarta na szerokie współdziałanie ze wszystkimi państwami, strukturami integracyjnymi i organizacjami międzynarodowymi: – Białoruś jest gotowa do bezpośrednich spotkań i wszelkiej innej pracy z każdą zainteresowaną stroną w celu zapewnienia pokoju oraz możliwości życia i rozwoju dla przyszłych pokoleń!

Pomimo niejasnych sformułowań, główne przesłanie listu Łukaszenki jest bardzo przejrzyste: chce on pozbyć się opinii współwinnego agresora w wojnie z Ukrainą i przełamać swoją międzynarodową izolację. Dlatego deklaruje gotowość do „bezpośrednich spotkań i wszelkiej innej pracy”.

Tekst listu został opublikowany 23 maja. Jednak, jak podaje rządowa agencja informacyjna BiełTA, przedstawiciel Białorusi przy ONZ Walancin Rybakou przekazał dokument António Guterresowi już 18 maja. Daty te z pewnością nie są przypadkowe.

Według agencji BiełTA Rybakou spotkał się z Guterresem w przeddzień posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie kryzysu żywnościowego. Dyskusja dotyczyła eksportu ukraińskiego zboża, które zostało zablokowane w ukraińskich portach w wyniku rosyjskiej agresji. Już na początku maja Guterres wyraził opinię, że dla rozwiązania problemu bezpieczeństwa żywnościowego konieczne jest ponowne wprowadzenie nawozów z Białorusi i Rosji na rynek światowy. 19 maja przedstawiciel Białorusi Rybakou podczas wystąpienia w ONZ powiedział, że zniesienie sankcji będzie ważnym krokiem w kierunku zapewnienia międzynarodowego bezpieczeństwa żywnościowego.

20 maja The Wall Street Journal poinformował, że Rada Bezpieczeństwa ONZ postanowiła rozważyć możliwość tranzytu kolejowego ukraińskiego zboża przez Białoruś. Zdaniem autorów artykułu władze USA proponują zawieszenie sankcji wobec białoruskiego sektora potasowego na sześć miesięcy, jeśli Mińsk zgodzi się na taki tranzyt. Polegałoby to na transporcie zboża z Ukrainy koleją przez Białoruś do portu w Kłajpedzie na Litwie. Z artykułu nie wynika jasno, czy zezwolenie na tranzyt zboża będzie jedynym warunkiem usunięcia sankcji nałożonych na białoruski potas, czy też będą istniały dodatkowe wymagania.

Biały Dom nie zareagował na publikację – ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył podanym w nim informacjom. Milczą także władze w Kijowie i krajach Unii Europejskiej. Z kolei białoruskie siły demokratyczne ostro skrytykowały ten pomysł.

Dopiero po ukazaniu się artykułu w The Wall Street Journal Mińsk rozpowszechnił informację o spotkaniu Rybakowa z Guterresem, podczas którego sekretarzowi generalnemu przekazano list od Łukaszenki. Białoruskie MSZ podało, że na spotkaniu omówiono między innymi kwestię presji sankcyjnej. Komunikat prasowy MSZ był bardzo krótki i nie zawierał żadnych informacji na temat treści listu Łukaszenki. List został jednak opublikowany 23 maja.

Można tylko spekulować, co było powodem tego opóźnienia. Warto jednak zauważyć, że publikacja listu miała miejsce przed rozpoczęciem rozmów Łukaszenki z Putinem w Soczi. Nie można wykluczyć, że w ten sposób Mińsk chciał odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia co do ewentualnych samodzielnych porozumień z Zachodem i pokazać, że w liście do ONZ Łukaszenka rzeczywiście broni idei Putina dotyczących „nowego porządku światowego”.

Nie jest to pierwsza podjęta w ostatnim czasie próba nawiązania kontaktu z Zachodem w celu normalizacji stosunków i złagodzenia sankcji. W związku z porażką rosyjskiego blitzkriegu na Ukrainie i pogorszenia się sytuacji międzynarodowej Rosji, Łukaszenka zmienił swoją retorykę z otwarcie agresywnej na bardziej pokojową. Mińsk zaczął wysyłać na Zachód ostrożne sygnały, że jest gotowy do zawarcia pokoju.

Podczas posiedzenia białoruskiej Rady Bezpieczeństwa 7 kwietnia Łukaszenka powiedział, że Białoruś została „bezpodstawnie i bezzasadnie” uznana za „wspólnika agresora” i mówił o znaczeniu „punktowej dyplomacji”. Według Pawła Łatuszki, przewodniczącego białoruskiego opozycyjnego Narodowego Zarządu Kryzysowego, podczas zamkniętej części spotkania Łukaszenka zlecił KGB nawiązanie kontaktów z kolegami z krajów europejskich i polecił ministrowi spraw zagranicznych Białorusi Uładzimirowi Makiejowi odbudowę stosunków z ministerstwami spraw zagranicznych państw zachodnich.

Tydzień po spotkaniu media podały, że Makiej wysłał do europejskich dyplomatów list, w którym wezwał UE do podjęcia dialogu (chociaż fotokopia listu wskazuje na to, że został on napisany przed posiedzeniem Rady Bezpieczeństwa). Makiej argumentował w liście, że Białoruś nie jest zaangażowana w działania wojenne na Ukrainie i nie da się wciągnąć w tę wojnę. Stwierdził, że w stosunkach między Mińskiem a Brukselą nastąpiła niemal „epoka lodowcowa”, a to nie leży w interesie Europy. Makiej wezwał do porzucenia „oskarżeń, szufladkowania, porywczej retoryki i jednostronnych środków zapobiegawczych oraz wezwał do ponownego rozważenia paradygmatu, który określi przyszłość stosunków Białoruś-UE”.

W tym samym czasie miało miejsce kilka wydarzeń, które można uznać za demonstrację przez Mińsk chęci poprawy stosunków z Zachodem. 14 kwietnia Białoruś ogłosiła wprowadzenie ruchu bezwizowego dla obywateli Litwy i Łotwy. W marcu zwolniono sześć osób zamieszanych w sprawę TUT.by, a przewodnicząca Związku Polaków na Białorusi Andżelika Borys została umieszczona w areszcie domowym.

Co więcej, wkrótce po publikacji listu Makieja pojawiły się pogłoski o tajnych negocjacjach w sprawie złagodzenia sankcji, prowadzonych rzekomo przez byłego ministra spraw zagranicznych Białorusi Siarhieja Martynawa. Chodziło o porozumienie: uwolnienie 300 więźniów politycznych w zamian za przywrócenie tranzytu potasu przez port w Kłajpedzie. Wciąż jednak nie ma potwierdzenia samego faktu prowadzenia takich negocjacji.

Bruksela nie zareagowała publicznie na list Makieja. Jednak fakt, że poufny dokument trafił do mediów, dowodzi, że europejscy dyplomaci sceptycznie odnieśli się do apelu Makieja i nie widzą dla tej inicjatywy żadnych perspektyw.

Później białoruskie MSZ stwierdziło, że nie ma złudzeń w tej kwestii, jednak reakcja niektórych dyplomatów była „może nie pozytywna, ale na pewno konstruktywna”.

– To znaczy, że niektórzy odebrali sygnał – zapewniali rzecznicy MSZ.

Choć tak naprawdę ta „konstruktywna” reakcja niektórych dyplomatów nie miała żadnych konsekwencji.

Pod koniec kwietnia portal niezależnej gazety Nasza Niwa pod warunkiem zachowania anonimowości opublikował wypowiedź europejskiego dyplomaty, który stwierdził, że jeśli Łukaszenka chce zmienić negatywny stosunek do Białorusi w Brukseli, powinien wykonać wyraźny gest w kierunku własnego społeczeństwa. Według dyplomaty, Łukaszenka musi uwolnić co najmniej tysiąc więźniów politycznych, a także wycofać wojska rosyjskie z terytorium Białorusi (lub przynajmniej zagwarantować, że z jej terytorium nie będą nanoszone ataki na Ukrainę). Chociaż nawet to, jak powiedział dyplomata, nie doprowadzi automatycznie do zniesienia sankcji.

– Sankcje zostaną całkowicie zniesione tylko wtedy, gdy Alaksandr Łukaszenka porozumie się ze społeczeństwem obywatelskim w sprawie zmian demokratycznych – powiedział.

List Łukaszenki i list Makieja mają jedną wspólną cechę: władze białoruskie nie oferują nic w zamian za „normalizację” stosunków i złagodzenie sankcji. Po prostu zapewniają, że nie mają nic wspólnego z agresją na Ukrainę i próbują przekonać Zachód, że sankcje są złym rozwiązaniem.

A jednocześnie prezentują zupełnie sprzeczne stanowisko.

– Nasza sprawa jest słuszna i prędzej czy później i tak zwyciężymy – powiedział Łukaszenka podczas rozmów z Putinem w Soczi, podsumowując dyskusję na temat sytuacji na Ukrainie.

Choć już samo sformułowanie o „naszej sprawie” wprost przeczy zapewnieniom, że Białoruś nie ma nic wspólnego z agresją na Ukrainę.

To samo dotyczy konkretnych przypadków. Uwolnieniu niektórych pracowników TUT.by i przeniesieniu do aresztu domowego Andżeliki Borys nie towarzyszyło zawieszenie represji. Wręcz przeciwnie, podczas spotkania 19 kwietnia Łukaszenka skrytykował siły bezpieczeństwa za rzekome zapomnienie lekcji z 2020 roku. Prokurator Generalny Białorusi Andrej Szwed na tym samym spotkaniu wyraził ubolewanie z powodu niskiego wskaźnika ujawniania spraw karnych dotyczących ekstremizmu (czyli spraw politycznych) oraz skarżył się na biurokrację i bezczynność.

W rezultacie w następnych miesiącach represje tylko się nasiliły. Odbyły się masowe aresztowania przedstawicieli niezależnych związków zawodowych, aresztowanie redaktora naczelnego gazety Nowy Czas Aksany Kołb, wszczęto sprawę przeciwko gazecie Biełorusy i Rynok, zatrzymano adwokatów Alaksandra Danilewicza i Witala Brahinca, zlikwidowano księgarnię wydawnictwa „Januszkiewicz”. Ponadto 17 maja Łukaszenka podpisał ustawę rozszerzającą zakres stosowania kary śmierci.

Istnienie dwóch przeciwstawnych linii w polityce oficjalnego Mińska wskazuje na niemożliwą do pokonania przepaść między pragnieniami a możliwościami reżimu Łukaszenki. Chce on poprawić stosunki z Zachodem i doprowadzić do zniesienia sankcji, ale nie jest w stanie przeciwstawić się Kremlowi w kwestii ukraińskiej i nie może zrezygnować z masowych represji w kraju. Łukaszenka postrzega oba kroki jako bezpośrednie zagrożenie dla swojego reżimu. Dlatego też powrót w stosunkach Białorusi z Zachodem do sytuacji sprzed 2020 roku jest niemożliwy.

Jedyne, na co Łukaszenka może liczyć w tej sytuacji, to sprzyjająca koniunktura międzynarodowa, która pozwoli na zawarcie konkretnego porozumienia – takiego jak to opisane przez The Wall Street Journal. Jednak szanse na takie rozwiązanie pozostają bardzo niewielkie, ponieważ tranzyt zboża raczej nie będzie jedynym warunkiem zamrożenia sankcji. Ponadto Kremlowi nie podobają się samodzielne porozumienia Białorusi.

belsat.eu

Rimmer uważa, że jakkolwiek przejęcie pełnej kontroli nad Mariupolem przez Rosjan jest znaczące, nie pokazuje nic nowego, jeśli chodzi o rosyjską taktykę. - To jest coś, czego mogliśmy się spodziewać, bo Rosjanie mają przytłaczające siły artyleryjskie. Używają ich w bardzo sowieckim stylu, prowadząc potężny ostrzał artyleryjski, bez żadnego manewrowania w zachodnim stylu. Oni po prostu rozbijają wszystko po drodze, idąc stopniowo, powoli do przodu. Oczywiście oznacza to przy okazji bardzo dużą liczbę ofiar - wyjaśnia Rimmer.

Wskazuje, że zgodnie z tą taktyką prowadzona jest również ofensywa w Donbasie, która powoli, ale jednak posuwa się naprzód i Rosjanie zajmują kolejne obszary. Profesor uważa, że zajęcie Donbasu może dać Władimirowi Putinowi sposobność na wycofanie się z wojny. - Putin może zaoferować rozejm, mówiąc, że robi to w celu powstrzymania dalszego rozlewu krwi. Na potrzeby własnego społeczeństwa stworzy narrację, że "naziści zostali pokonani", że zagrożenie dla Rosji zostało usunięte. Oczywiście dla Ukrainy sytuacja, w której nadal miałaby rosyjskie wojska na znacznej części swojego terytorium, byłaby bardzo trudna - mówi. Jak dodaje, Ukraina musi mieć nadzieję, że takie zagranie Putina nie osłabi spójności jej sojuszników, bo mogą się wówczas pojawić głosy, że potrzebujemy pokoju za wszelką cenę, a Ukraina pokoju za wszelką cenę nie może zaakceptować.

Profesor Rimmer wskazuje, że choć Wielka Brytania i USA popierają ukraińskie stanowisko, iż skutkiem wojny musi być całkowite wypchnięcie rosyjskich wojsk z terytorium Ukrainy, to, w jaki sposób realistycznie mogłoby to nastąpić, jest zupełnie inną kwestią.

- To musiałaby być długa wojna na wyniszczenie. Ukraina musiałaby spowodować duże i bolesne straty Rosji, by zmieniły się w niej warunki i powstała sytuacja, w której czułaby, że musi się wycofać, na przykład gdyby wskutek wewnętrznej rewolty Putin został zastąpiony albo opinia publiczna w Rosji zaczęłaby naprawdę rozumieć, co się dzieje. Ale to są bardzo optymistyczne i odległe scenariusze - zastrzega Rimmer.

PAP

"Rosyjska doktryna przewiduje przeznaczenie sił powietrznodesantowych do jednych z najbardziej wymagających operacji. Liczący 45 tys. żołnierzy VDV składa się głównie z zawodowych żołnierzy kontraktowych. Jego członkowie mają elitarny status i otrzymują dodatkowe wynagrodzenie. Był wykorzystywany w misjach, do których lepiej nadaje się cięższa piechota pancerna, a w trakcie kampanii poniósł ciężkie straty. Zróżnicowane wyniki odzwierciedlają prawdopodobnie strategiczne błędy w zarządzaniu tym potencjałem oraz fakt, że Rosja nie zdołała zapewnić sobie przewagi powietrznej" - dodano.

"Rosyjskie siły powietrznodesantowe od początku inwazji były mocno zaangażowane w kilka znaczących porażek taktycznych. Dotyczy to m.in. marcowej próby ataku na Kijów przez lotnisko Hostomel, trwającego od kwietnia zastoju na osi Izium oraz ostatnich nieudanych i kosztownych przepraw przez rzekę Doniec" - ocenia brytyjski wywiad w codziennym raporcie wywiadowczym.

"Niewłaściwe wykorzystanie VDV w Ukrainie pokazuje, że znaczące inwestycje Putina w siły zbrojne w ciągu ostatnich 15 lat doprowadziły do powstania niezrównoważonych sił zbrojnych. Nieprzewidzenie ukraińskiego oporu i wynikające z tego samozadowolenie rosyjskich dowódców doprowadziło do znacznych strat w wielu najbardziej elitarnych jednostkach rosyjskich" - zakończył swoją ocenę brytyjski MON.

onet.pl

środa, 25 maja 2022


W poniedziałek, 23 maja, cena kontraktów na czerwcową dostawę megawatogodziny gazu w notowaniach na giełdzie ICE spadła do 83 euro. Tak tanio nie było od 22 lutego, czyli od drugiego dnia wkroczenia rosyjskich wojsk do Donbasu, jeszcze przed oficjalnym atakiem na samą Ukrainę. We wtorek co prawda kurs gazu odbił w górę do 86 euro, ale to wciąż poziomy niższe od obowiązujących przez długi czas. Przez dwa ostatnie miesiące ceny oscylowały wokół 100 euro.

Powodów spadku jest kilka. Pierwsza sprawa to działające na wysokich obrotach europejskie terminale LNG. Te w Portugalii, Hiszpanii, we Francji, Włoszech, Holandii, Grecji, pływający terminal na Litwie i polski terminal LNG w Świnoujściu przyjmują ostatnio wiele statków wypełnionych gazem. Podawaliśmy ostatnio, że hiszpańskie gazociągi transportujące gaz do Francji wykorzystywane są na maksimum potencjału, rekordy bije terminal w Świnoujściu.

Dostawcy z całego świata mają silną motywację, by gazowce przekierowywać właśnie tu, bo europejskie ceny są bardzo wysokie. To pomaga wypełniać magazyny i zwiększać podaż na rynku, a w konsekwencji obniżać ceny. Polska, choć gaz nie płynie już Gazociągiem Jamalskim ze strony Białorusi, to płynie rewersem z Niemiec i właśnie z gazoportu.

Mamy magazyny już w 91 proc. pełne gazu, podczas gdy rok temu o tej samej porze wystarczyło dla bezpieczeństwa gospodarki tylko 48 proc. W Unii wypełnienie wynosi 43 proc. i rośnie, podczas gdy rok temu wynosiło 36 proc. Docelowo w UE ma osiągnąć jednak poziom 80 proc., ale to dopiero 1 listopada. Dla porównania w ub.r. 1 listopada magazyny w Unii wypełnione były w 77 proc., więc różnica jest niewielka. Na kolejne zimy wypełnienie ma być jednak 90-procentowe. Wielka Brytania ma już obecnie 93 proc. pojemności magazynów zajęte przez gaz.

Skoro gazu Europa ma już w magazynach więcej niż rok temu, a przy tym zapewniła sobie dostawy morzem, to popyt będzie stopniowo spadał. Kupujący stoją już w lepszej pozycji niż jeszcze niedawno i nie muszą godzić się na każdą cenę. A do tego gaz z Rosji płynie do większości krajów normalnym strumieniem.

Mimo że pierwotnie Komisja Europejska wskazywała, że rosyjski dekret o płatnościach rublami jest sprzeczny z sankcjami i z umowami zawartymi z Gazpromem, to potem okazało się, że formalne obejście sankcji jest możliwe i akceptowane przez Komisję Europejską. Wystarczy założyć konto w euro i dolarach w Gazprombanku, gdzie potem następuje wymiana na ruble.

I to najwyraźniej działa. Rosyjski wicepremier Aleksander Nowak powiedział w czwartek, że ok. połowa z 54 nabywców gazu z Europy otworzyła już konta rublowe. Oczywiście konta są w euro i dolarach, ale potem te euro i dolary automatycznie zamieniane są na ruble.

Ten wybieg pozwolił na utrzymanie napływu gazu z Rosji do Europy, więc rynek przestał się tak bardzo obawiać niedoboru podaży. Na płatności w rublach sprzeczne z kontraktem nie zgodziły się Polska oraz Bułgaria i gaz już tam z Rosji nie płynie. Potencjalne odcięcie zgłasza też Finlandia, gdzie gaz nie dopływa już od 21 maja. Jednak magazyny europejskie są coraz bardziej wypełnione, a rynki połączone interkonektorami na gazociągach, co zmniejsza ryzyko niedoborów w najbliższej przyszłości.

businessinsider.com.pl

"Morski wymiar wojny był do tej pory przedmiotem znacznie mniejszej uwagi, ponieważ początkowo wydawał się być co najmniej nierówną walką, w której rosyjska marynarka wojenna w pełni wykorzystywała swoją przewagę" – pisze Lawrence Freedman, jeden z najbardziej szanowanych brytyjskich strategów wojskowych.

Jednak teraz warto się temu przyjrzeć. Nie tylko dlatego, że Ukraina zdołała zadać rosyjskiej marynarce wojennej zaskakujące straty, takie jak zniszczenie okrętu Moskwa, flagowego okrętu rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Także z powodu ogromnego znaczenia eksportu ukraińskiego zboża drogą morską dla światowego zaopatrzenia w żywność.

Przed wojną Ukraina eksportowała za granicę około 75 proc. zboża uprawianego w kraju, co stanowiło około 20 proc. przychodów Ukrainy z eksportu. 90 proc. tego eksportu, zarówno zboża, jak i nasion oleistych, odbywało się drogą morską. Obecnie nie jest to możliwe ze względu na rosyjską blokadę. Przed wojną Ukraina była drugim co do wielkości eksporterem zboża na świecie po USA, z wynikiem 60 mln ton.

Pod koniec kwietnia Kijów zaczął obchodzić rosyjską blokadę i przewozić zboże koleją do Rumunii, by stamtąd wysyłać je przez czarnomorskie porty. Jednak i to zostało uniemożliwione przez Rosjan, którzy celowo zbombardowali most na południe od Odessy, aby odciąć to połączenie.

Obecnie Ukraina nadal posiada 30 mln ton zboża o wartości około 15 mld dol., których nie może wyeksportować. Jedyne ukraińskie zboże, które obecnie trafia za granicę, to to, które Rosja ukradła i które teraz nielegalnie sprzedaje.

Nie ma wystarczającej liczby pociągów towarowych, aby całkowicie przenieść eksport na tory i obsługiwać go np. przez granicę z Polską. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że Ukraina ma inne rozstawy torów niż UE, dlatego towary przewożone w wagonach kolejowych muszą być najpierw przeładowywane.

Coraz częściej pojawiają się głosy, by przerwać rosyjską blokadę morską, a tym samym zatrzymać dławienie ukraińskiej gospodarki przez Moskwę. Brytyjczycy dostarczyli już Ukraińcom nowoczesne pociski przeciwokrętowe, które mają trzymać rosyjskie okręty na dystans, a Dania właśnie zgodziła się dostarczyć lądowy system Harpoon do zwalczania okrętów.

(...)

Na początku maja były admirał marynarki wojennej i były głównodowodzący NATO James Stavridis przewidywał, że Morze Czarne może stać się kolejnym frontem w wojnie.

Jest jednak mało prawdopodobne, by Ukrainie udało się zapewnić swobodę żeglugi bez pomocy międzynarodowej. Może to być jednak zadanie dla NATO. "Morze Czarne to w większości wody międzynarodowe. Okręty wojenne NATO mają więc prawo pływać prawie wszędzie, gdzie chcą, włączając w to wody terytorialne Ukrainy, jak również jej 200-milową strefę" – pisze Stavridis w komentarzu dla Bloomberga. "Pozostawienie tych wód Rosjanom nie ma sensu" – dodaje.

Sekretarz Generalny ONZ António Guterres wezwał kilka dni temu do utworzenia korytarza humanitarnego na Morzu Czarnym, aby zapobiec kryzysowi żywnościowemu w krajach Trzeciego Świata. Stavridis proponuje system eskorty zarówno dla ukraińskich, jak i międzynarodowych statków handlowych na trasie łączącej Odessę z Morzem Śródziemnym przez Bosfor: "Byłoby to rozwiązanie podobne do operacji "Ernest Will", która zapewniała eskortę statkom handlowym w Zatoce Perskiej podczas wojny irańsko-irackiej w latach 80." - pisze Stavridis.

NATO do tej pory unikało takiego posunięcia, aby nie prowokować Rosji. Z podobnego powodu Sojusz nie ustanowił strefy zakazu lotów nad Ukrainą. Jednak zdaniem stratega wojskowego Freedmana istnieją istotne różnice między strefą zakazu lotów a zapewnieniem swobody żeglugi na wodach międzynarodowych i ukraińskich.

"Byłoby to coś zupełnie innego pod względem celu i realizacji" – pisze Freedman. "Zasada swobody żeglugi jest ważna zarówno w regionie Indo-Pacyfiku, jak i tutaj" – zaznacza Freedman. Państwa zachodnie często prowadzą tzw. operacje wolności żeglugi na Morzu Południowochińskim, aby dać do zrozumienia, że nie akceptują chińskich roszczeń do tego obszaru, które są sprzeczne z prawem międzynarodowym.

"Operacja ta miałaby miejsce na wodach międzynarodowych i ukraińskich i nie ma żadnego uzasadnionego powodu, aby zakłócać swobodny przepływ statków handlowych. Rosja nie ogłosiła nawet formalnie blokady morskiej" – podkreśla Freedman.

Po ustanowieniu strefy zakazu lotów każdy samolot wojskowy, który znajdzie się w ograniczonej przestrzeni powietrznej, może zostać zestrzelony. Dla porównania, eskorta na morzu ma znacznie bardziej defensywny charakter. "Siły morskie eskorty nie byłyby nastawione na inicjowanie bezpośrednich konfrontacji morskich" – pisze Freedman.

Innymi słowy, ochrona polegałaby głównie na tym, że Rosja, atakując eskortowane statki handlowe, musiałaby ryzykować uderzenie w okręty wojenne innych państw, które mogłyby zareagować na taką agresję.

Trudno byłoby prowadzić taki system eskorty, w skład którego musiałyby wchodzić także trałowce, jako operację NATO, ponieważ wymagałoby to jednomyślności w Sojuszu. Bardziej realistyczna jest koalicja chętnych państw, w skład której mogliby wejść niektórzy partnerzy z NATO oraz inne kraje, takie jak Egipt, które są szczególnie uzależnione od dostaw ukraińskiego zboża.

O takiej "koalicji chętnych" rozmawiał właśnie litewski minister spraw zagranicznych Gabrielius Landsbergis ze swoją brytyjską odpowiedniczką podczas wizyty w Londynie. – Byłaby to niewojskowa misja humanitarna i nie można jej porównać do strefy zakazu lotów – powiedział Landsbergis "Guardianowi". – W tym schemacie okręty wojenne lub samoloty zapewniłyby, że transporty zboża mogłyby bezpiecznie opuścić Odessę i dotrzeć do Bosforu bez interwencji Rosji – dodał. Landsbergis argumentował, że NATO nie powinno brać udziału w tej operacji.

Brytyjska minister spraw zagranicznych Liz Truss powiedziała po spotkaniu z Landsbergisem, że Wielka Brytania weźmie udział w operacji z własnymi okrętami wojennymi, jeśli uda się rozwiązać kwestie praktyczne, takie jak usunięcie min z portu w Odessie oraz wyposażenie Ukrainy w broń dalekiego zasięgu w celu ochrony portu przed rosyjskim atakiem. Niezbędne jest także, aby Turcja przynajmniej zgodziła się na taką misję, ponieważ traktat z Montreux daje temu krajowi prawo do odmowy przepuszczenia okrętów wojennych przez Bosfor.

onet.pl

wtorek, 24 maja 2022


Siły rosyjskie kontynuują presję na obrońców, konsekwentnie szturmując, ostrzeliwując i bombardując ich pozycje na styku obwodów charkowskiego, donieckiego i ługańskiego. Nie rezygnują z dążeń do okrążenia całości zgrupowania ukraińskiego w rejonie Siewierodoniecka – umacniają się na południe od drogi Lisiczańsk–Bachmut (w trójkącie Wasyliwka–Łypowe–Trypilla) i przygotowują kolejne próby desantu przez rzekę Doniec. Wyprowadziły także uderzenie w kierunku leżącej w obwodzie donieckim miejscowości Łuhanśke, pomiędzy Popasną a Gorłówką. Obrońcy odpierają większość ataków, ich sukcesem zakończyły się kilkudniowe boje o Toszkiwkę na południe od Lisiczańska. Poza Donbasem w dalszym ciągu dominują ostrzał i bombardowania pozycji oraz zaplecza wojsk ukraińskich. Celami uderzeń rakietowych po raz kolejny były obiekty infrastruktury kolejowej w obwodzie dniepropetrowskim (Pawłohrad i Synelnykowe). Najeźdźcy mają wprowadzać nowe jednostki z Rosji do obwodu charkowskiego, na Krym (m.in. systemy obrony powietrznej S-400) i na Białoruś (skierowany do obwodu brzeskiego dywizjon rakietowy z systemami Iskander).

Sekretarz obrony USA Lloyd Austin poinformował o wynikach spotkania ministrów obrony ponad 40 państw wspierających Ukrainę. 20 krajów zapowiedziało dostawy uzbrojenia i sprzętu wojskowego, a pozostałe – pomoc w zakresie szkolenia i modernizacji. Szef Pentagonu podziękował Czechom za przekazane Kijowowi śmigłowce bojowe, czołgi i wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków rakietowych, a Danii – za decyzję o dostarczeniu przeciwokrętowych pocisków manewrujących krótkiego zasięgu Harpoon wraz z wyrzutniami. W zakresie dostaw uzbrojenia artyleryjskiego Austin wymienił Grecję, Norwegię, Polskę i Włochy, a koordynacji pomocy wojskowej dla Ukrainy – Wielką Brytanię. Przedstawiciele władz w Kijowie podkreślają, że do pokonania przeciwnika potrzeba szybkich dostaw wszystkich kategorii ciężkiego uzbrojenia w dużych ilościach.

Reżim Alaksandra Łukaszenki wciąż zapewnia bezpieczeństwo wojskom rosyjskim przebywającym na Białorusi. Siły Zbrojne RB przedłużyły ćwiczenia („sprawdzian sił reagowania”) przy granicy z Ukrainą, Polską i Litwą co najmniej do 28 maja. Pomimo wydłużenia czasu szkolenia na poligonach armia białoruska nadal nie jest przygotowana do ofensywnych operacji wojskowych, a jej aktywność ma zapewnić oddziałom rosyjskim osłonę przed ewentualnymi wypadami ukraińskich grup dywersyjnych.

Władze kolaboranckie obwodu chersońskiego zapowiedziały, że w najbliższym czasie zwrócą się do Federacji Rosyjskiej z prośbą o utworzenie bazy wojskowej, co ma „uniemożliwić ponowne przejęcie obwodu chersońskiego przez nazistowski rząd w Kijowie”. Potwierdza to, że najeźdźcy wciąż nie mają pomysłu na ostateczną organizację zarządzania terytoriami okupowanymi i skłaniają się ku utrzymaniu na nich administracji wojskowej. Świadczy o tym informacja, że w obwodach chersońskim i zaporoskim powołano 19 rosyjskich komendantur wojskowych, mających „utrzymać porządek” w zajętych miejscowościach.

Blokada dróg wyjazdowych z okupowanej południowej Ukrainy na tereny kontrolowane przez siły ukraińskie nasiliła korupcję w siłach agresora. Rosjanie domagają się łapówek od ludzi, którzy chcą opuścić Melitopol czy Enerhodar. W obwodzie zaporoskim mają one sięgać od 20 do 40 tys. hrywien. Proceder ten nie wywołuje reakcji rosyjskiego dowództwa, które nie podejmuje działań na rzecz usunięcia z dróg kolumn pojazdów oczekujących na okazję do przedostania się na obszar znajdujący się pod kontrolą Kijowa.

Szef samozwańczej tzw. Donieckiej Republiki Ludowej (DRL) Denys Puszylin oznajmił, że wszyscy ukraińscy jeńcy wojenni wzięci do niewoli w Mariupolu znajdują się na terytorium opanowanym przez siły rosyjskie. Zapowiedział, że na obszarze tzw. DRL zostanie zorganizowany „międzynarodowy trybunał” mający osądzić rzekome zbrodnie przeciwnika. Strona rosyjska nie zajęła w tej sprawie oficjalnego stanowiska, a nieliczni przedstawiciele tamtejszych władz wzywają do przeprowadzenia pokazowego procesu. Z kolei prezydent Wołodymyr Zełenski stwierdził, że oczekuje, iż obrońcy Mariupola wrócą do domu w ramach wymiany jeńców, która ma się odbyć pod auspicjami Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża i ONZ. Zastrzegł, że fizyczna likwidacja żołnierzy przez Rosjan będzie skutkować zerwaniem jakichkolwiek rozmów pokojowych.

Sąd w Kijowie skazał pierwszego rosyjskiego żołnierza na karę dożywotniego pozbawienia wolności za zabicie ukraińskiego cywila. Prokurator generalna Ukrainy Iryna Wenediktowa poinformowała, że na procesy dotyczące popełnionych zbrodni czeka kolejnych 48 wojskowych agresora przebywających w miejscowych więzieniach. W sumie organy ścigania wszczęły względem rosyjskich żołnierzy ok. 13 tys. postępowań karnych w sprawach związanych z okrucieństwem i przemocą wobec ludności cywilnej.

Komentarz

Zapowiedź przywódcy separatystów dotycząca utworzenia „międzynarodowego trybunału” dla wziętych do niewoli ukraińskich żołnierzy świadczy o chęci stworzenia wrażenia symetryczności działań ludzi walczących po obu stronach frontu, a tym samym próbie zrelatywizowania zbrodni wojennych popełnianych przez najeźdźców. W zamyśle Rosjan pokazowy proces wytypowanej grupy żołnierzy pułku Azow ma skutecznie odwrócić uwagę od procesów rosyjskich wojskowych toczących się na Ukrainie. Jednocześnie przedstawienie obrońców Azowstali jako zbrodniarzy wojennych reprezentujących poglądy neonazistowskie służyć będzie utwierdzeniu rosyjskiego społeczeństwa w przekonaniu o zasadności decyzji Kremla o przeprowadzeniu tzw. specjalnej operacji wojskowej mającej na celu „denazyfikację” Ukrainy.

Spotkanie ministrów obrony państw wspierających militarnie Ukrainę nie przyniosło przełomu w kwestii zwiększenia zakresu dostaw ciężkiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Szef Pentagonu uchylił się od odpowiedzi na pytanie o przekazanie wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych (MLRS), których oczekiwał Kijów. Jedyne novum stanowi decyzja Kopenhagi o wysłaniu Ukraińcom rakiet przeciwokrętowych, lecz obecnie ma ona wymiar przede wszystkim symboliczny. Dania dysponowała dwiema bateriami pocisków Harpoon Block IC (łącznie cztery wyrzutnie kołowe z czterema zasobnikami na każdej) o zasięgu 124 km, które wycofała ze służby w 2003 r. – nie ma zatem pewności, czy rakiety są jeszcze sprawne. Za wysoce prawdopodobne należy uznać, że sojusznikom chodziło o dokonanie wyłomu w dotychczasowej polityce nieprzekazywania Kijowowi zachodniego uzbrojenia stricte ofensywnego, a do duńskich wyrzutni – stanowiących podstawową część donacji – z czasem dostarczone zostaną nowe rakiety (prawdopodobnie RGM-84L-4 Harpoon Block II) z USA lub Wielkiej Brytanii. Tym sposobem armia ukraińska zyska szansę na zadanie istotnych strat rosyjskiej Flocie Czarnomorskiej i przełamanie blokady Odessy.

osw.waw.pl

W ciągu trzech miesięcy wojny nastrój rosyjskich elit zdążył się kilkakrotnie całkowicie zmienić. Na początku marca Meduza pisała, że większość oficjeli na Kremlu i w rządzie po prostu nie wiedziała, co robić — i była przerażona tym, jak sankcje wpłyną na ich karierę i życie. Nieco później rozpoczął się "zryw patriotyczny" — w kwietniu wielu rządzących publicznie wzywało do wojny aż do "zwycięskiego końca".

Obecnie — trzy miesiące po rozpoczęciu inwazji — w ocenach tego, co się dzieje, znów dominuje pesymizm. — Żyć jak dawniej nie można, o rozwoju nie ma mowy. Ale jakoś żyć się da — szary import, handel z Chinami i Indiami — mówi Meduzie źródło bliskie rządowi.

Jednak Kreml nadal nie widzi realnego scenariusza, w którym władze mogłyby zakończyć walki w Ukrainie — i utrzymać swoje notowania. Meduza pisała już, że w tygodniach po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę na Kremlu zaczęto opracowywać strategie, jak to osiągnąć — ale nic nie wymyślono.

"Zadowolonych z Putina prawdopodobnie nie ma już wcale. Przedsiębiorcy i wielu członków rządu jest niezadowolonych z faktu, że prezydent rozpoczął wojnę, nie myśląc o skali sankcji — z takimi sankcjami nie da się dobrze żyć. "Jastrzębie" nie są zadowolone z tempa "operacji specjalnej". Uważają, że możliwe jest bardziej zdecydowane działanie".

Tak nastroje wśród rosyjskich elit opisał rozmówca Meduzy z kręgów bliskich Kremla. Potwierdziły to dwie inne osoby bliskie administracji prezydenckiej, a także dwaj rozmówcy zbliżeni do rządu.

Źródła bliskie prezydenckiej administracji wyjaśniają, że stanowisko "jastrzębi" (przede wszystkim tzw. siłowików) jest proste: "Zgodnie z ich rozumowaniem, jeśli się coś zaczęło — nie można pokazać słabości. Trzeba działać ostrzej". Przez "ostrzej" rozumieją szeroką mobilizację rezerwistów i wojnę "do zwycięstwa" — najlepiej do zdobycia Kijowa.

Jednak według rozmówców Meduzy, na Kremlu nie są gotowi na powszechną mobilizację. Jeszcze w kwietniu źródła Meduzy bliskie administracji prezydenta, powołując się na wyniki zamkniętych badań socjologicznych, twierdziły, że nawet Rosjanie, którzy popierają "operację specjalną", nie są gotowi sami walczyć — ani wysyłać na front swoich krewnych.

Jednocześnie źródła podają, że "partia pokoju" — reprezentowana przez największych biznesmenów i większość urzędników cywilnych — również jest niezadowolona z działań Putina, ponieważ nie widzi żadnych realnych kroków z jego strony w celu osiągnięcia pokoju z Ukrainą. Z drugiej strony, dostrzega liczne trudności w gospodarce.

"Problemy [w Rosji w związku z wojną] są już widoczne, a w połowie lata po prostu zacznie się sypać z każdej strony: transport, medycyna, nawet rolnictwo. Nikt się nie spodziewał aż takiej skali" — doprecyzowuje rozmówca Meduzy z kręgów rządowych.

Dodaje, że przed rozpoczęciem wojny nikt na Kremlu nie brał pod uwagę możliwości całkowitego embarga na import rosyjskiego gazu i ropy przez kraje europejskie. Takie embargo jest wciąż dyskutowane, ale według rozmówców Meduzy, prezydent i "wojownicza" część jego otoczenia wciąż nie wierzą, że te groźby Zachodu zostaną zrealizowane.

Putin po prostu nie chce myśleć o problemach gospodarczych, które są oczywiste dla większości urzędników, a już szczególnie nie chce łączyć ich z wojną — podkreślają w rozmowie z agencją Meduza dwa źródła bliskie administracji prezydenta.

Ten punkt widzenia został również wyrażony publicznie przez prezydenta. Na przykład gubernator obwodu kaliningradzkiego Anton Alichanow na spotkaniu z prezydentem tak tłumaczył upadek przemysłu budowlanego: "Po rozpoczęciu specjalnej operacji wojskowej nastąpiło czasowe przerwanie połączeń logistycznych. Nadal dużo kupowaliśmy za granicą i skupialiśmy się na tranzycie przez terytorium sąsiednich państw. Trochę czasu zajęło nam dostosowanie zapasów do nowych realiów. Zostało to już zrobione".

W odpowiedzi Putin kilkakrotnie podkreślał, że trudności nie powinny być przypisywane wojnie: "W tym przypadku nie powinno się mówić o naszej specjalnej operacji wojskowej. W latach 2020-2021 miała miejsce recesja i nastąpił zauważalny spadek w budownictwie. Dlatego też specjalna operacja wojskowa w Donbasie nie ma z nią absolutnie nic wspólnego".

onet.pl

Europa musi uczyć się na błędach z przeszłości i zadbać o to, by żadna ze stron nie została upokorzona, gdy Rosja i Ukraina będą negocjować pokój - wypalił niedawno Emmanuel Macron.

W tym momencie żadna ze stron nie powinna być upokarzana ani wykluczana, jak to miało miejsce w przypadku Niemiec w 1918 roku - dodał francuski prezydent, nawiązując do traktatu wersalskiego, którego postanowienia były dla Niemiec niezwykle dotkliwe politycznie, militarnie i gospodarczo.

Na tym jednak nie koniec. Z wywiadu Wołodymyra Zełenskiego dla włoskiej telewizji RAI mogliśmy się dowiedzieć, że w swoim dążeniu do nieupokarzania żadnej ze stron konfliktu francuski prezydent posunął się do sugerowania swojemu ukraińskiemu odpowiednikowi istotnych ustępstw terytorialnych względem Rosji. Wszystko po to, aby "pomóc Putinowi wyjść z wojny z twarzą".

Pałac Elizejski stanowczo zdementował słowa Zełenskiego, jakoby Macron namawiał ukraińskiego prezydenta do oddania Kremlowi części swojego terytorium, ale i Kijów bardzo twardo wyraził swoje stanowisko w tej kwestii.

Chcemy, żeby rosyjska armia opuściła nasze ziemie. To nie my jesteśmy na rosyjskiej ziemi. Nie pomożemy Putinowi zachować twarzy, płacą za to naszym terytorium. To byłoby niesprawiedliwe - powiedział Zełenski w rozmowie z telewizją RAI.

A skoro jesteśmy już przy Włochach, to premier Mario Draghi po spotkaniu z amerykańskim prezydentem Joe Bidenem wypowiedział warte odnotowania i refleksji słowa.

Zgodziliśmy się co do tego, że musimy kontynuować wspieranie Ukrainy i wywieranie presji na Moskwę, ale również, że musimy zacząć zadawać sobie pytanie, jak wypracować pokój - ocenił szef włoskiego rządu.

Ludzie chcą myśleć o możliwości zawieszenia broni i wznowieniu wiarygodnych negocjacji. Taka jest dzisiaj sytuacja. Musimy się głęboko zastanowić, jak na to odpowiedzieć - dodał Draghi.

Włoski polityk nie wspomniał ani o tym, kim są domagający się szybkiego wypracowania pokoju "ludzie" - Włosi? Ukraińcy? Światowa opinia publiczna? - ani czym w jego ocenie są „wiarygodne negocjacje", ani o tym, że w przeszłości negocjacje pokojowe z Rosjanami skończyły się próbą otrucia dwóch przedstawicieli strony ukraińskiej.

W bardzo podobnym tonie do Draghiego wypowiadał się ostatnio niemiecki kanclerz Olaf Scholz, który przeprowadził z Putinem 75-minutową rozmowę telefoniczną. "W Ukrainie musi jak najszybciej dojść do zawieszenia broni" - napisał po niej na Twitterze.

W obliczu powagi sytuacji militarnej i konsekwencji wojny w Ukrainie, zwłaszcza w Mariupolu kanclerz Niemiec wezwał prezydenta Rosji do jak najszybszego zawieszenia broni, poprawy sytuacji humanitarnej i postępów w poszukiwaniu dyplomatycznego rozwiązania konfliktu - doprecyzował rzecznik niemieckiego rządu Steffen Hebestreit.

W słowach zarówno francuskiego prezydenta, jak i włoskiego premiera czy niemieckiego kanclerza na pierwszy rzut oka nie ma niczego niewłaściwego. Zgodzimy się, że chyba wszyscy chcieliby końca wojny w Ukrainie. Żaden ze wspomnianych polityków otwartym tekstem nie stanie przeciwko Ukrainie, bowiem oznaczałoby to ni mniej, ni więcej a polityczne samobójstwo. Między wierszami można jednak z powyższych wypowiedzi sporo wyczytać. Po pierwsze, padają w momencie, gdy Rosja utknęła w Donbasie i nawet realizacja "planu minimum", jakim stało się oderwanie tych terenów od Ukrainy, jest niepewna. Po drugie, ani Macron, ani Draghi, ani Scholz nie mówią o tym, że warunkiem sine qua non zawarcia pokoju jest wycofanie się rosyjskich wojsk z terytorium Ukrainy. Wreszcie po trzecie, wszyscy trzej politycy popełniają podstawowy błąd w relacjach z Rosją i Putinem - jako pierwsi chcą wyjść z propozycją rozmów, negocjacji, szeroko rozumianego dialogu.

Perfekcyjnie wyjaśniła to nie tak dawno estońska premier Kaja Kallas.

Jeśli teraz myślimy "OK, zaoferujmy coś Rosji", ale wtedy w praktyce dostaną coś, czego nie mieli wcześniej - stwierdziła w jednym z telewizyjnych wywiadów. Po czym przeszła do niezwykle celnej diagnozy kremlowskiego stylu negocjacji, opisanego niegdyś przez byłego szefa radzieckiej dyplomacji Andrieja Gromyko.

Po pierwsze, żądaj wszystkiego. Nie proś, tylko żądaj czegoś, co nigdy nie było twoje. Po drugie, stawiaj ultimata, formułuj groźby. Po trzecie, nie ustępuj nawet o cal w negocjacjach, ponieważ na Zachodzie zawsze będą ludzie, którzy coś ci zaoferują. Wtedy, w końcowym rozrachunku, będziesz mieć jedną trzecią albo nawet połowę czegoś, czego nie miałeś wcześniej. Musimy mieć to na uwadze przez cały czas - podsumowała Kallas.

(...)

Teraz rodzą się dwa zasadnicze pytania. Pierwsze: Zachód, zwłaszcza kraje "starej UE", tego nie rozumie, czy jedynie udaje, że nie rozumie? I pytanie drugie: jeśli Zachód udaje, że nie rozumie kremlowskiego modus operandi, to jakie interesy mu przyświecają i co chce dla siebie ugrać? Jako że drugi scenariusz jest znacznie prawdopodobniejszy, więc warto zrozumieć logikę, która idzie za takim sposobem działania czołowych europejskich polityków.

Po pierwsze, ani Paryż, ani Rzym, ani Berlin nie chcą destabilizacji sytuacji na Kremlu. Niezależnie, czy mówimy o obaleniu Putina, ogólnokrajowej rewolucji czy rozłamie na szczytach władzy i Rosji pogrążonej na lata albo nawet dekady w chaosie. Putin jest geopolitycznym bandytą, a na krajowym podwórku krwawym i bezwzględnym dyktatorem, ale jest już dobrze znany i przez ponad dwie dekady Zachodowi udawało się jakoś z nim żyć. Niestety z naciskiem na „jakoś", bo w tym układzie to Putin robił, co chciał, a Zachód patrzył na jego działania przez palce. Dlatego lepszy znany i zły Putin niż jedna, wielka niepewność.

Po drugie, wspomnianym trzem państwom bardzo zależy na stabilizacji sektora energetycznego w Unii Europejskiej. Koniec dramatycznych i pospiesznych poszukiwań alternatyw dla rosyjskich źródeł energii oraz kres spekulacji cenami gazu i podbijania wartości baryłki ropy to scenariusz, który byłby mile widziany przez Macrona, Draghiego i Scholza. A ponieważ Rosja nigdy nie zagrażała bezpośrednio ich krajom i ich społeczeństwom, (ewentualne?) wystawienie rachunku za utrzymanie dawnego status quo Ukrainie nie powinno nikogo dziwić.

Po trzecie, Francja, Niemcy i Włochy są od lat mocno związane z Rosją i rosyjskim rynkiem gospodarczo. Im dotkliwsze i im dłuższe sankcje na Kreml za inwazję na Ukrainę, tym większe straty dla francuskich, niemieckich i włoskich firm. To oczywiste, że przywódcy tych państw woleliby "jakiś" pokój między Ukrainą i Rosją, po którym można byłoby znieść i/lub złagodzić przynajmniej część nałożonych w ostatnim kwartale sankcje gospodarczych.

Po czwarte, kryzys żywnościowy. Mało kto zdaje sobie sprawę i bardzo mało miejsca poświęcane jest temu tematowi w unijnej debacie publicznej, ale reperkusje rosyjsko-ukraińskiego konfliktu mocno odczują też kraje Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Ich bezpieczeństwo żywnościowe w dużym stopniu zależy od dostaw (zwłaszcza zboża) z Ukrainy i Rosji. Załamanie tego łańcucha dostaw - a z tym muszą się dzisiaj mierzyć - może w najgorszym rozrachunku oznacza nawet klęskę głodu. To przełożyłoby się na masową migrację ludności do Europy. Włosi, Francuzi i Niemcy, jako potencjalne miejsca docelowe takiej migracji, chcą tego scenariusza za wszelką cenę uniknąć.

Wreszcie argument piąty, na który zwrócił ostatnio uwagę Ralph Gert Schöllhammer w "The Wall Street Journal", a mianowicie przearanżowanie politycznego układu sił w Europie i Unii Europejskiej w przypadku sukcesu Ukrainy. Zwycięska Ukraina jeszcze mocniej przyspieszyłaby w kierunku akcesji do Unii Europejskiej. Wspomagana funduszami z UE i Stanów Zjednoczonych, zdołałaby się odbudować i w perspektywie dziesięciu, może piętnastu, lat miałaby szanse do UE przystąpić. To natomiast oznaczałoby wielką geopolityczną zmianę we Wspólnocie.

Unia Europejska jest zbudowana wokół Niemiec i Francji, a oba kraje zazdrośnie broniły swojej pozycji najważniejszych graczy w Europie. Politycy we Francji i Niemczech są świadomi, że UE z Ukrainą mogłaby prowadzić do konkurencyjnej (wobec osi Paryż - Berlin - przyp. red.) osi Warszawa - Kijów, a to coś, czego ani Francja, ani Niemcy nie chcą. Ukrainie politycznie i kulturowo bliżej do Polski niż Niemiec, co oznaczałoby, że niemieckie wpływy w UE mogłyby się istotnie zmniejszyć i zostać zastąpione rosnącą pozycją Europy Wschodniej - czytamy w "WSJ".

gazeta.pl

- W książce "Wysadzić Rosję" opisywał pan państwo, w którym służby bezpieczeństwa zrosły się ze światem przestępczym, stały się właściwie mafią totalną i przejęły władzę. Czyli rzeczywistość, w której to nie państwo ma służby, ale służby mają państwo. Czy pana zdaniem to jest nadal aktualne? Po dwóch dekadach?

Zdecydowanie. Nawet jeszcze bardziej niż wówczas. Teraz kontrola służb nad państwem jest absolutna. Społeczeństwo obywatelskie zniszczono. Nie ma właściwie żadnych mediów niezależnych od władzy. Nie ma realnej opozycji wewnętrznej. Oligarchowie, których wskazuje się czasem na Zachodzie jako ważnych ludzi, ponieważ mają pieniądze, tak naprawdę już od dawna nie są żadnymi oligarchami. Nie liczą się, jeśli chodzi o władzę. Służby podporządkowały sobie ich w latach 2000-2004. Tak zwani oligarchowie mogą mieć pieniądze, bo się im na to pozwala. Pełnią określoną funkcję i przechowują fundusze realnie należące do ludzi służb. To im udało się przejąć w Rosji władzę totalną, a na czele tego wszystkiego stoi pułkownik KGB, były szef FSB, Władimir Putin.

- Skoro władza w Rosji to służby bezpieczeństwa, to wobec tego Putin rzeczywiście jest liderem, trzymającym to wszystko mocną ręką, czy raczej wysuniętym z cienia figurantem?

Jest liderem. Bez dwóch zdań. Doprowadził do zmian w konstytucji, które tak naprawdę dają mu dożywotnią władzę. Jednak jednocześnie jest reprezentantem pewnego środowiska. Co oznacza, że nie jest niezastąpiony. Te wszystkie podszyte nadzieją analizy w zachodnich mediach, że może Putin umrze zaraz na jakąś chorobę, to Rosja się uspokoi. Bzdura. Władza nadal pozostanie w rękach tego samego kręgu ludzi, którzy są współodpowiedzialni za to, co się dzieje. Pojawi się ktoś inny na miejsce Putina i tyle.

Żeby coś się realnie zmieniło, to Rosja musiałaby doznać takiej klęski, jakiej doznały nazistowskie Niemcy w 1945 roku. Totalnej. Takiej, która doprowadziłaby do całkowitego zawalenia się obecnego systemu. Wszystko inne będzie oznaczało tylko kosmetyczne zmiany. Bądźmy przy tym szczerzy. Choć kibicuję Ukraińcom, to odniesienie przez nich takiego zwycięstwa nad Rosją nie jest realne.

- Z drugiej strony jest też już ewidentne, że Rosja nie jest w stanie odnieść totalnego zwycięstwa nad Ukrainą. Ta wojna będzie się przedłużać, zginą jeszcze tysiące rosyjskich żołnierzy, będą ginąć rezerwiści i poborowi. Sytuacja ekonomiczna się znacznie pogorszy. Czy to nie podkopie władzy służb?

Nie. Tu są dwie kwestie. Po pierwsze Putin i jego ludzie mają gdzieś, ilu Rosjan zginie. Zabijanie własnych obywateli nigdy nie było dla nich problemem. W końcu w 1999 roku zabili 300 Bogu ducha winnych cywilów w fałszywych zamachach, żeby móc wszcząć II wojnę w Czeczenii, która doprowadziła do jeszcze większej liczby ofiar. Ba, przecież teraz w Ukrainie rosyjskie wojsko zabija na ogromną skalę ludzi, których sam Kreml uznaje za Rosjan. Przecież Charków, Mariupol czy Chersoń to miasta, gdzie nie tylko większość ludzi rozmawiała po rosyjsku, ale po prostu byli etnicznymi Rosjanami, którzy osiedlili się tam w czasach ZSRR, czy wcześniej ich rodziny za caratu. Kreml nie ma problemu z zabijaniem ich tysiącami.

Po drugie Rosjanie nie są narodem do końca racjonalnym. Jako Rosjanin muszę to stwierdzić z pewnym smutkiem. W Rosji nigdy nie było demokracji, silnego społeczeństwa obywatelskiego. Jest za to wyuczona pasywność i wieki oddziaływania państwowej propagandy, która zakorzeniła w Rosjanach przekonanie o ich wyjątkowości. Że Rosji z zasady należy się bycie imperium, wielkość i posłuch na świecie. Ukraina, Białoruś czy Polska to są państwa i narody pomniejsze, albo wręcz właściwie zbiory ludzi niezasługujące na takie miano. Nawet od wykształconych i teoretycznie światowych ludzi można usłyszeć: "No ale wiesz, tak szczerze ta Ukraina, to tak naprawdę co to za państwo? Gdzie tam jakaś literatura i kultura? Jakich oni mieli wielkich poetów? Nie to, co Tołstoj, Dostojewski...".

I na tym sentymencie z pełną świadomością gra władza. Ba, im więcej ofiar na Ukrainie, tym bardziej można tę wojnę porównywać do Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Wielki wysiłek, wielka ofiara, pokonywanie wielkich przeciwności, konieczność wielkich wyrzeczeń dla wielkiego celu. Rosjanie sami z siebie nie stwierdzą, że to nie ma sensu. Nie zaakceptują, że nie należy im się wielkość i że nie są wyjątkowi.

- No ale jednak ich armia jakoś nie jest w stanie zgnieść tej nic nieznaczącej Ukrainy. To nie daje do myślenia?

Może i komuś daje, ale tu mamy kolejną kwestię - władzy co do zasady nie obchodzi to, co myślą ludzie. Kontrola służb nad państwem jest totalna.

- Z tego, co pan mówi, wyłania się obraz bezwzględnie skutecznych i przebiegłych radzieckich/rosyjskich służb. Tylko jakoś totalnie pomyliły się one w kwestii oceny Ukraińców przed inwazją. Może w innych kwestiach też się mylą i ta ich kontrola nie jest taka absolutna?

Tak, popełnili poważny błąd. Tylko to jest coś, co przydarza się praktycznie każdym służbom. Rosjanie mają tradycję niedoceniania przeciwnika i przeceniania własnej siły. Choćby pierwsza wojna czeczeńska. Pomimo tego po trupach, które ich nie obchodzą, docierają do celu. Mogą sobie na to pozwolić, bo kontrolują państwo.

Moje twierdzenie o tej totalnej kontroli bierze się z tego, że to nie jest coś, co się stało w ciągu kilku ostatnich lat. To jest proces, który zachodził stopniowo od 1917 roku, kiedy utworzono radzieckie służby bezpieczeństwa. O tym jest moja nowa książka, która zostanie wydana w Polsce w sierpniu ("Od Dzierżyńskiego do Putina. Służby specjalne Rosji w walce o dominację nad światem 1917-2036", wydawnictwo Rebis - red.). Ludzie służb stopniowo, z pewnym niepowodzeniami, ale uparcie dążyli przez prawie wiek do przejęcia władzy w Rosji. Moim zdaniem wydarzeniem o wielkim znaczeniu było stworzenie za rządów w KGB Jurija Andropowa tak zwanego Korpusu Oficerów Aktywnej Rezerwy. Chodziło o to, że oficerowie służb byli skrycie delegowani na stanowiska w strukturach władzy cywilnej, zakładach, instytutach, wszędzie. To się działo przez dekady. W każdej strukturze państwa umieszczono ludzi służb, którzy stopniowo pieli się do góry i wspierali się nawzajem. Do tego dochodziły rzesze ludzi, których zwerbowali na współpracowników.

Kiedy rozpadło się ZSRR i zniknęła partia, okazało się, że cały kraj jest w obezwładniający sposób przeżarty przez ludzi służb. Liberałowie, demokraci i reformatorzy przez dekadę próbowali skierować Rosję na inny kurs, stworzyć realną demokrację, ale nie zdawali sobie sprawy z tego, w jakiej rzeczywistości działają. Było już za późno. Ludzie służb byli wszędzie - funkcjonowali jak mafia i w znacznej mierze zrośli się ze światem przestępczym. W 1999 roku ostatecznie osiągnęli zwycięstwo, kiedy ich człowiek, Władimir Putin, został wyznaczony na prezydenta w zamian za ustępującego Borysa Jelcyna. Zatwierdzenie tej decyzji w wyborach w 2000 roku było techniczną formalnością. Do dzisiaj nikt tej potędze nie zagroził, wręcz przeciwnie, ona się tylko umacniała.

- Skoro mają tak totalną kontrolę, to po co wszczęli wojnę z Ukrainą? Przecież to w długiej perspektywie gospodarcza degradacja Rosji, a co za tym idzie - zagrożenie dla majątków ludzi służb?

Gdyby to były jakieś pospolite bandziory, którym chodzi tylko o pieniądze, to nie byłoby w ogóle problemu. Można byłoby ich kupić w ten czy inny sposób i mieć spokój.

- No to co innego? Realizacja imperialnych ambicji, odbudowa ZSRR siłą? Czy Putin naprawdę może wierzyć w to, co obywatelom sprzedaje propaganda?

Wydaje się oczywiste, że Putin chce zagarnąć Ukrainę. Zniszczyć państwo ukraińskie i to, co po nim zostanie, włączyć do Rosji. Najprościej przekonać do tego obywateli poprzez wmówienie im, że ziemie ukraińskie zawsze należały do Rosji, bo nie ma czegoś takiego jak naród ukraiński czy język ukraiński. Tylko czy Putin szczerze w to wierzy, czy to wyrachowana polityka? Pewnie po trochu to i to.

Trudno w ogóle rozmawiać w kategoriach "szczerości" czy "autentyczności", kiedy chodzi o oficera KGB, które całe życie służy swojej organizacji. Na pewno instrumentalne wykorzystanie rosyjskiego nacjonalizmu, stało się wygodnym wytłumaczeniem tego, co się teraz dzieje. Tylko tu docieramy do starego dylematu jeszcze z czasów Stalina. Czy generalissimus był komunistą, czy imperialistą, czy po prostu psychopatą? Dla tych, których zamordował, tak naprawdę nie miało to znaczenia.

- No ale to jeszcze raz. Wszczynanie wojny z Ukrainą wydaje się nieracjonalne, ponieważ prowadzi w długiej perspektywie do osłabienia Rosji, a więc stwarza ryzyko dla władzy służb.

Próbujemy szukać racjonalności opartej o nasze postrzeganie świata. Tego, co w naszym mniemaniu jest ważne. Tymczasem Rosja nie jest do końca racjonalna w naszym rozumieniu. Ludziom na Kremlu od początku do końca chodzi o jedno: utrzymanie totalnej kontroli. To, czy tysiące obywateli zginą, czy ich sytuacja finansowa znacznie się pogorszy, nie ma znaczenia, jeśli to umocni ich władzę nad państwem. Analizowanie motywów Kremla może nastręczać problemów, bo współczesna Rosja jest pierwszym państwem w historii, gdzie totalną kontrolę sprawują służby bezpieczeństwa.

- No ale jak tak mało udana wojna może im pomóc, a nie zaszkodzić?

Jest właściwie pewne, że Putin liczył na inny jej przebieg. Właściwie każdy polityk, który wszczyna wojnę agresywną, liczy na szybkie i łatwe zwycięstwo, a nie odległe, niepewne i krwawe. Nie spodziewał się też na pewno tak silnej i zdecydowanej reakcji Zachodu. Ale wykonanie kroku wstecz nie wchodzi w grę. Kiedy jesienią i zimą rosyjskie wojska gromadziły się na granicy Ukrainy, Kreml krzyczał pod adresem Zachodu "słuchajcie nas!" i przedstawiał swoje żądania. Liczył pewnie na to, że ten Zachód ustąpi. Tylko tym razem powiedziano "sprawdzam". Ponieważ krok wstecz nie wchodził w grę, zapadła decyzja o wojnie.

Teraz, jeśli Ukraińcy zdołają w końcu zatrzymać rosyjskie wojsko, staniemy w obliczu kolejnego szantażu Kremla. Tym razem jądrowego. Znów Kreml zakrzyczy "słuchajcie nas!" i przedstawi swoje żądania. Czy Zachód będzie miał dość woli, aby znów powiedzieć "sprawdzam", by zmusić Putina do wykonania kroku wstecz, którego on absolutnie nie chce wykonać? Moim zdaniem staniemy przed tym dylematem w ciągu kilku miesięcy.

gazeta.pl