sobota, 30 kwietnia 2022


Od czasu rosyjskiej inwazji na Ukrainę ChRL znajduje się w trudnej sytuacji międzynarodowej. Wojna i bezprecedensowe sankcje nałożone na Moskwę przyspieszają polaryzację na świecie. Globalny system sojuszy amerykańskich zadziałał skutecznie i doszło nie tylko do konsolidacji NATO, lecz także do nawiązania współpracy pacyficznych sojuszników USA – jak Japonia i Australia – z partnerami europejskimi. Dostarczyły one również pomoc Ukrainie, co musi budzić obawy w Pekinie, że w wypadku konfliktu na Indo-Pacyfiku będą mogły liczyć na wsparcie członków NATO. Chińska propaganda od początku wojny powiela rosyjską narrację, że odpowiedzialność za nią ponoszą Sojusz i Waszyngton. ChRL nie rezygnuje z dalekosiężnych celów strategicznych w regionie, lecz przebieg agresji na Ukrainę oraz reakcja Zachodu wymagają od niej zaakceptowania nowych realiów. Pekin musi przede wszystkim uznać, że pozostająca jego priorytetem inkorporacja Tajwanu nie nastąpi w przewidywalnej przyszłości za pomocą lokalnej „operacji specjalnej”, ale oznaczałaby duży konflikt międzynarodowy, do którego w najbliższym czasie Armia Ludowo-Wyzwoleńcza (ALW) nie będzie przygotowana. Dostrzeżenie tego faktu już zaowocowało relatywnym zmniejszeniem aktualnej liczby i intensywności incydentów w Cieśninie Tajwańskiej.

Inwazja na Ukrainę to pierwszy poważny test globalnych ambicji ChRL i FR wyłożonych we wspólnej deklaracji z Pekinu 4 lutego br., gdzie strony nie tylko uznały za symetryczne zagrożenie dla wzajemnego bezpieczeństwa istniejące i tworzące się w Europie i Indo-Pacyfiku sojusze, lecz także zgłosiły słabo zawoalowane pretensje do przywództwa w świecie. Dokument sugeruje, że ChRL w regionie Indo-Pacyfiku, a FR na Starym Kontynencie będą dążyć do przebudowy architektury bezpieczeństwa. Na obydwu kierunkach chodzi o: osłabienie istniejących sojuszy regionalnych budowanych po II wojnie światowej przez USA; wypchnięcie wojsk amerykańskich; pozostawienie Europy i Indo-Pacyfiku otwartych na – odpowiednio – rosyjską i chińską presję polityczną i militarną; zapobieżenie ewentualnemu powstaniu wspólnego obozu państw obu regionów świata, który mógłby w przyszłości skierować się przeciwko de facto sojuszowi Pekinu i Moskwy. ChRL, podejmując działania na Indo-Pacyfiku, stosuje na obecnym etapie środki odmienne od rosyjskich, co utrudnia rozpoznanie zbieżności celów na oddalonych od siebie kierunkach geograficznych. Pekin, poza próbami rozwiązania kwestii tajwańskiej, kontynuuje jednak również starania na rzecz osłabiania amerykańskiego systemu sojuszy w regionie oraz budowę zaplecza dla operacji na Pacyfiku, którą miałaby przeprowadzić wciąż rozbudowywana Marynarka ALW.

Większość państw Indo-Pacyfiku patrzy na wojnę na Ukrainie z niepokojem, ponieważ martwi się, że siłowa zmiana granic lub wasalizacja suwerennego państwa może zostać w przyszłości wykorzystana przez ChRL do przebudowy porządku międzynarodowego w regionie. Skutkowało to nie tylko przyłączeniem się kilku z nich do sankcji przeciwko FR, lecz także nasileniem się ich kontaktów z Waszyngtonem, co – jak obawia się Pekin – może zaowocować nowymi porozumieniami obronnymi. W odpowiedzi na rozwój sytuacji politycznej w regionie Chiny zintensyfikowały dyplomację, lecz ich działania są w dużej mierze natury defensywnej i – poza posunięciami względem niektórych państw wyspiarskich południowego Pacyfiku – nie można mówić o poszerzaniu wpływów. W wielu miejscach ChRL spotyka się również z podejrzliwością miejscowych elit politycznych oraz zwiększoną aktywnością Waszyngtonu i jego sojuszników.

Wojna na Ukrainie wywołała kryzys w relacjach japońsko-rosyjskich, ale też zdynamizowała regionalną rywalizację chińsko-japońską. Tokio wysłało Kijowowi pomoc humanitarną i niekoncesjonowany sprzęt wojskowy (niepotwierdzone doniesienia prasowe mówią, że wkrótce przekaże również broń), a także szybko wprowadziło sankcje na Moskwę, która w odpowiedzi zerwała rozmowy dotyczące formalnego traktatu pokojowego. Rosyjskie śmigłowce wojskowe naruszyły japońską przestrzeń powietrzną, przeprowadzano również manewry na administrowanych przez FR Wyspach Kurylskich. Zmiany w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa Japonii zaczęły jednak zachodzić jeszcze przed inwazją na Ukrainę i wynikają z przekonania, że aneksja Tajwanu będzie tylko pierwszym etapem ekspansji ChRL, a jego terytorium stanie się dla Pekinu punktem wyjścia do ataku na sporne wyspy Senkaku (chiń. Diaoyu) i archipelag Riukiu. Dlatego zachowanie przez Tajwan de facto niepodległości to priorytet strategiczny Tokio.

Przyjęty w zeszłym roku projekt budżetu Japonii zakłada skokowy wzrost wydatków na obronę: znacznie przekroczyły one poziom 1% PKB – do tej pory psychologiczną barierę dla społeczeństwa – a Tokio nie ukrywa, że docelowo mają osiągnąć 2% PKB. Tamtejsze elity polityczne zaczęły otwarcie – ustami emerytowanych polityków z byłym premierem Shinzō Abe na czele – twierdzić, że bezpieczeństwo i status quo w Cieśninie Tajwańskiej stanowią żywotny interes Japonii. Pojawiają się także hasła o bezwzględnej potrzebie przyjęcia amerykańskiej broni jądrowej. Mimo dementi z Waszyngtonu i Tokio wciąż słychać opinie o konieczności przyłączenia się do AUKUS (Australia, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone) lub pogłębionej współpracy z tym formatem. Tym samym już w pierwszych tygodniach rosyjskiej napaści na Ukrainę doszło do uruchomienia zaskakujących i dalece niekorzystnych dla Pekinu procesów o strategicznym ciężarze, obejmujących najsilniejszego sąsiada i rywala Chin, tj. Japonię.

Pierwszoplanowym celem ChRL jest przejęcie kontroli na Tajwanem, co pozwoliłoby na osiągnięcie szeregu celów politycznych, strategicznych i gospodarczych. „Zjednoczenie Tajwanu z macierzą” odgrywa nie mniejszą rolę w politycznej mitologii Komunistycznej Partii Chin (KPCh) niż „zbieranie ziem ruskich” w imaginarium Kremla. Odzyskanie terenów utraconych w „wieku upokorzeń” to jeden z głównych postulatów KPCh od początków jej istnienia. Przygotowywanie do zbrojnego – jeżeli zajdzie potrzeba – przejęcia tych terytoriów stanowi również element masowej mobilizacji w kraju oraz źródło legitymizacji wewnętrznej partii. Poza politycznym, Tajwan ma dla ChRL, której granice morskie są zamknięte przez tzw. pierwszy łańcuch wysp[4], kluczowe znaczenie strategiczne. Opanowanie go pozwoliłoby Marynarce ALW na wyjście na otwarty Pacyfik i ocean światowy. Jest też ważnym ośrodkiem gospodarczym (22. gospodarka świata w 2021 r.) i rozwoju nowoczesnych technologii (największy w skali globu przemysł półprzewodników). Przemiany społeczno-polityczne zachodzące na wyspie od końca lat osiemdziesiątych XX wieku zaowocowały przy tym powstaniem odrębnej tożsamości jej mieszkańców, co przekreśla perspektywę pokojowego zjednoczenia i otwiera drogę do zbrojnego rozstrzygnięcia przyszłości Tajwanu.

Dotychczasowy przebieg inwazji FR na Ukrainę i porażka planu szybkiego obalenia tamtejszych władz zmusi kierownictwo KPCh do przeprowadzenia ewaluacji swojej strategii, ale nie zmiany celów wobec Tajwanu. Rosyjscy decydenci w sposób zideologizowany i błędny ocenili postawy społeczeństwa ukraińskiego i jego determinację do obrony niepodległości, co każe przywódcom ChRL przemyśleć, czy ich założenia wobec Tajwańczyków nie są równie chybione. Także sankcje nałożone na Rosję – przerastające oczekiwania jej i Pekinu – z pewnością zmusiły szefostwo KPCh do uznania, że siłowe przejęcie Tajwanu będzie miało szeroki kontekst międzynarodowy.

Determinacja Waszyngtonu do obrony istniejącego porządku międzynarodowego, w tym na Pacyfiku, znalazła swój wyraz w powstaniu porozumienia AUKUS we wrześniu 2021 r., które obejmuje m.in. współpracę przy tworzeniu australijskiej floty okrętów podwodnych z napędem jądrowym. Również aktywność władz japońskich względem Tajwanu oraz wypowiedzi medialne prezydenta Bidena, że Stany Zjednoczone mają obowiązek obrony wyspy[5], pokazały, że ewentualny konflikt z Tajpej prawdopodobnie szybko przekształci się w otwartą wojnę z USA i ich sojusznikami. Ponadto czysto wojskowe doświadczenia z walk na Ukrainie stanowią ostrzeżenie, że modernizowana i szybko adaptująca się do prowadzenia asymetrycznego konfliktu armia tajwańska to poważny przeciwnik, który będzie mógł liczyć na wsparcie z zagranicy. W tej sytuacji priorytetem Pekinu jest rozbicie lub przynajmniej zapobieżenie rozszerzaniu się amerykańskich inicjatyw obronnych w regionie oraz – w ramach antycypacji konfliktu morskiego ze Stanami Zjednoczonymi – uzyskanie baz na zachodnim Pacyfiku, aby skutecznie odizolować Tajwan na wypadek wojny.

ChRL uważa, że każdy sojusz obronny na Indo-Pacyfiku będzie skierowany przeciwko niej i wykorzystany przez USA do ograniczenia jej wzrostu. Od czasu rosyjskiego ataku na Ukrainę działania chińskiej dyplomacji koncentrują się na zapobieganiu angażowaniu się państw i organizacji regionalnych w sankcje przeciwko Moskwie. Pekin obawia się bowiem, że Waszyngton mógłby wykorzystać oburzenie inwazją do zintegrowania i wzmocnienia sieci mniejszych sojuszy w jeden pakt obronny, nazywany w chińskiej propagandzie „indo-pacyficznym NATO”. Przedstawiciele ChRL na każdym kroku powtarzają, że sankcje są nielegalne oraz szkodzą światowej gospodarce i odbudowie po pandemii COVID-19.

(...)

Rosnące zaangażowanie USA na obszarze Indo-Pacyfiku i wynikające z niego zmiany w regionalnym krajobrazie politycznym niepokoją ChRL. Widać też wzrost aktywności Australii i Japonii. Głównym wyzwaniem dla Pekinu pozostaje natomiast ewentualność wypracowania przez Stany Zjednoczone wspólnego frontu z Europą i NATO w sprawie Ukrainy czy wzmocnienia swoich sojuszy na Indo-Pacyfiku. Waszyngton ostrzega, że Chiny „poniosą konsekwencje”, jeśli dostarczą Rosji pomoc w inwazji lub w omijaniu sankcji. Niemniej nawet jeśli deklaracja ta powstrzyma je przed takimi krokami, to nie będzie oznaczać zerwania głębokich więzi strategicznych Pekinu z Moskwą, a w dalszej perspektywie – wręcz pogłębi współpracę dwustronną, ponieważ agresja na Ukrainę tylko uwypukliła strukturalne zależności między zdolnościami Rosji do odbudowy wpływów w Europie i potencjałem ChRL do ekspansji na Indo-Pacyfiku. Dlatego kierownictwo KPCh postrzega działania Zachodu mające na celu osłabienie Kremla lub obalenie Władimira Putina jako nakierowane równocześnie na zdławienie wzrostu i wpływów Chin.

W międzyczasie Pekin koncentruje się na wzmocnieniu relacji z dotychczasowymi partnerami. Jest to podyktowane nie tylko oporem pozostałych państw regionu, lecz także konsternacją KPCh. Ta zaś bierze się stąd, że zarówno dotychczasowy przebieg wojny rosyjsko-ukraińskiej, jak i reakcje USA oraz ich sojuszników drastycznie odbiegają od zakładanych. Zgodnie z narracją propagandową partii „Zachód chyli się ku upadkowi”, a u podstaw polityki zagranicznej „państw kapitalistycznych” leżą krótkowzroczne interesy dużych korporacji, więc silny i kosztowny odzew krajów zachodnich dziwi nie mniej niż słabość armii FR. Ten stan rzeczy sprawia, że niepotrafiący wyjść poza dotychczasowy paradygmat myślenia przywódcy ChRL utracili na jakiś czas pewność siebie. Brak pomysłu na wyjście z trudnej sytuacji międzynarodowej maskuje się aktualnie aktywnością dyplomatyczną, ale nie przynosi ona wymiernych rezultatów, nie licząc sukcesu w postaci umowy z Wyspami Salomona. Próby osłabienia stosunków Filipin czy Korei Południowej, ale też mniejszych państw regionu, z USA są skazane na niepowodzenie. Wynika to z szoku, jaki wywołały napaść Rosji oraz podważanie przez nią suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy, co stanowiło dla tych krajów niebezpieczny precedens. Zmiana sytuacji nie doprowadzi jednak do rewolucji w zakresie chińskich celów, lecz co najwyżej do reewaluacji środków, możliwości i strategii. Obecnie – ze względu na napięty okres polityczny przed planowanym na jesień XX Zjazdem KPCh – w partii nie ma przestrzeni na taką debatę, ponieważ nałożyłaby się na nią rywalizacja frakcji przed najważniejszą w perspektywie najbliższych pięciu lat roszadą personalną w ChRL.

osw.waw.pl

Pomimo tego, że kilka rzeczy się w tej wojnie Ukraińcom udało. Choćby obrona strategicznie ważnego lotniska w Hostomelu.

Ukraińcom "udało się" bardzo wiele nawet pomimo tego, że ich armia została ofensywą rosyjską zaskoczona. Ale kilka operacji udało się też Rosjanom: szybkie dojście do Kijowa na północy czy do Chersonia. Rozbicie desantu w Hostomelu świadczy o czymś innym: o tym, że Ukraińcom udaje się szybko reagować na zagrożenia, ich pętla decyzyjna, jak określa się to w wojsku, jest funkcjonalna.

Są elastyczni?


Tak. Spójrzmy np. na obronę Czernihowa siłami brygady pancernej czy utwardzanie obrony na kierunku charkowskim. Trzeba pamiętać, że to było miejsce rozmieszczenia tej brygady, ale sam wybór miejsca stałej dyslokacji dobrze świadczy o ukraińskim dowodzeniu i świadomości operacyjnej. Ale walczą bardzo ostrożnie.

W ich sytuacji chyba trudno inaczej?

Ale to nie jest zarzut. Ofensywa, którą wyprowadzili na kierunku południowo-wschodnim, zablokowanie ruchu i przejścia Rosjan w stronę Kijowa – to wszystko zadziałało. Gorzej jest w kwestii Donbasu. Tu nie jestem tak optymistyczny. Nie znamy ukraińskich strat, nie mamy informacji, a rosyjskie można włożyć między bajki. Ale napór trwa i Rosjanie przesuwają się do przodu. Nie jest to jeszcze to, co w wojsku określa się "włamaniem", ale strona ukraińska ma tam poważne problemy. Kierunek ze strony Iziumu jest zbieżny z kierunkiem z Rubiżnego, gdzie – moim zdaniem – Rosja rozmieściła główne siły.

Oskrzydlą ukraińskich obrońców?

Jeszcze nie. Z mediów wiemy o uderzeniu z kierunku Iziumu i dalej na wschód – z rejonu Gorłowki, a może nawet jeszcze głębiej. Ale rosyjski głównodowodzący teatru działań gen. Aleksandr Dwornikow chyba tego tak nie zaplanował. Co dobrze o nim świadczy jako o dowódcy.

Dlaczego?

Ponieważ mając pod dowództwem 60-80 tys. żołnierzy, dokonanie oskrzydlenia kotła, którego obwód miałby między 1200-1500 km, przy ukraińskich siłach obliczanych na min. 40-50 tys. żołnierzy, z czego część sił znalazłaby się na zewnątrz kotła, to oskrzydlenie tego kotła, nawet jeśli udałoby się je zamknąć, za bardzo rozciągnęłoby linie atakujących. Ukraińcy moim zdaniem bez problemu by to rozkawałkowali i zniszczyli. Dlatego gen. Dwornikow nie zaplanował dwustronnego oskrzydlenia. Wojska rosyjskie nacierają z kierunku północnego i północno-wschodniego na pozycje Ukraińców, spychając je w kierunku swoich sił w rejonie Gorłowki i Rubiżnego.

Czyli – co za niespodzianka – Rosjanie jednak nie są idiotami?

Oczywiście, że nie. Pewnie, atakują szerokim frontem, ale dlatego, że mają tę taktykę przećwiczoną. Dwornikow robi dokładnie to, czego uczono rosyjskich dowódców. Nie ma w tym finezji, ale przy dużej przewadze artyleryjskiej jest to taktyka skuteczna. Być może artyleria rosyjska nie działa tak skutecznie jak manewrująca, wykonująca rajdy artyleria ukraińska, ale ma zdecydowaną przewagę. Po stronie ukraińskiej jeszcze do niedawna "walczył teren", ale teraz, kiedy skończyły się intensywne deszcze, Rosjanie mogą rozwinąć natarcie frontem o szerokości ok. 250 km.

A Ukraińcy…

… walczą od dwóch miesięcy. Nie znamy strat ich brygad, ale możemy założyć, że niektóre z nich sięgają 60, może nawet 70 procent, więc są na granicy rozbicia. Oczywiście, trzyma ich wola walki, odwody ukraińskie cały czas walczą, ale mimo to Rosjanie idą do przodu. Powoli, ale skutecznie. Przy czym pamiętajmy, że rosyjskie ugrupowanie jest bardzo zwarte. Nawet jeśli stracą siły, to mogą się zatrzymać. Nie ma takich rajdów, jakie pamiętamy z pierwszego miesiąca wojny. To nie jest coś, co nazywam "zakażeniem krwi", gdzie do przodu suną wąskie, czerwone linie atakujących, które Ukraińcy sprawnie atakowali i niszczyli ze skrzydeł. To jest klasyczne, rosyjskie uderzenie: szerokim frontem, bez zagrożenia skrzydeł i tyłów. W każdej chwili mogą się zatrzymać i ustabilizować front.

To czego powinniśmy się spodziewać? Bitwy jak na łuku kurskim? Szerokich natarć pancernych? Rajdów?

Zupełnie nie. To jest to, czego oczekiwano: ruszających falami setek atakujących czołgów. Brakuje tylko patetycznej muzyki. No nie. Tak się dzisiaj działać nie da.

Dlaczego?

Choćby dlatego, że te "setki czołgów" trzeba wcześniej ześrodkować, zająć rubieże. A to wszystko działoby się w zasięgu ukraińskiej artylerii mającej ogromną przewagę w rozpoznaniu. Nie dałoby się tego tak przygotować pod lufami ukraińskich artylerzystów, wspieranych przez NATO, a któregoś dnia po prostu ruszyć na gwizdek w stronę wschodzącego krwawo słońca. Najlepiej pod patetyczną muzykę Aleksandrowa. Wiesz, "Wstawaj strana ogromnaja, idi na smiertnyj boj/Z faszistskoj siłoj tiomnuju/Z proklatuju ordoj". No nie. Tak to nie działa.

To jak będzie to wyglądało?

Rosjanie zaczęli tę wojnę batalionowymi grupami bojowymi. Zastosowali więc taktykę NATO-wską czy raczej amerykańską, ale adaptując ją twórczo do własnych rozwiązań. Zastosowali batalionowe grupy bojowe (BGB) – ale atakujące rzutami, a nie walczących zadaniowo. Uderza pierwsza BGB, tworzy warunki do walki drugiej grupie, która ją wspiera, obchodzi ugrupowanie przeciwnika, wykonując manewr. Rosjanie zrobili to inaczej: chcieli walczyć BGB, ale zachowując zdolność do kolejnych rzutów, wprowadzanych do walki przez naczelne dowództwo. Te działania były ze sobą niespójne, BGB były niszczone przez artylerię. Dziś Rosjanie walczą nie tyle BGB, co zgrupowaniami pułkowymi, o wiele większymi. A pozostałe elementy tworzone są zadaniowo – według doraźnych potrzeb. Na początku trzymali się BGB bardzo ściśle, ale to nie zgrało. Teraz działają większymi związkami, mniej elastycznymi, ale skuteczniejszymi w codziennym naporze na ukraińską obronę. Jednym słowem, od dowódców rosyjskich wymaga się mniejszej autonomiczności, ale silniejszego parcia na przeciwnika. Przy czym trzeba podkreślić, że Rosjanie bardzo poprawili współdziałanie artylerii i wojsk pierwszego rzutu.

Czyli też wyciągają wnioski?

Tak. Generał Dwornikow bardzo dobrze koordynował działania rosyjskie w Syrii. Współdziałanie rodzajów broni: artylerii, wojsk lądowych, lotnictwa, wojsk specjalnych itp. Tu widać jego rękę. Działania rosyjskie są koordynowane o wiele lepiej niż w pierwszym miesiącu wojny. Stąd większa skuteczność w natarciu na dość wyczerpane ukraińskie brygady.

To w ogóle jest ciekawe. Na początku wojny nie było jednego głównodowodzącego, prawda?

Tak. To wskazuje, że operacja była zarządzana bezpośrednio z Kremla. Rosjanie na początku naprawdę działali, jakby to była specjalna operacja wojskowa: cele są polityczne, ale realizowane przez wojsko. Tak było co najmniej przez pierwsze dwa tygodnie. A teraz jest tzw. dowódca na teatrze działań. Rozkazy tworzą sztaby, ale w wojsku dowodzenie jest jednoosobowe. Jeżeli dokonujemy projekcji siły na teatrze walk, to wyznaczamy dowódcę, odpowiedzialnego za wykonywanie rozkazów. Oczywiście istnieje logistyka w kraju, pilnująca tego, by Dwornikow dostawał to, czego potrzebuje. A on skupia się tylko na dowodzeniu. Przedtem takiego dowódcy nie było. Rozkazy płynęły z Kremla, a realizować mieli dowódcy poszczególnych armii.

Czyli na Rosjanach zemściły się duchy poprzedniego systemu: centralne planowanie i sterowanie działaniami?

Tak. To nie była pętla decyzyjna, tylko zarządzanie z Kremla. Z tego wynikał brak koordynacji działań. Ugrupowania, które miało przejść przez Sumy, Charków czy Czernihów, utknęły. Dopiero później zaczęły się przemieszczać pod Kijów, usiłując otoczyć stolicę od zachodu. Ale to wyglądało słabo.

I tak Rosjanie nie domknęli pętli dookoła Kijowa.

Moim zdaniem nigdy nie byli w stanie tego zrobić. Tymi siłami, które mieli, domknięcie pętli dookoła tak wielkiej metropolii, przy utrzymywaniu odwodów ukraińskich w postaci brygad zmechanizowanych, zmotoryzowanych i co najmniej jednej brygady pancernej. Sił starczyło Rosjanom ledwo ledwo na wstępne okrążenie miasta. A gdzie drugi pierścień?

Jak to "drugi"?

Pierwszy do okrążenia. A drugi, skierowany na zewnątrz, do powstrzymywania kontrnatarcia, mający nie dopuścić do przerwania wewnętrznego. Nie ma mocnych: Rosjanie ledwo domknęli wewnętrzny, nie mieli możliwości stworzenia jeszcze zewnętrznego. To była polityczna wizja, niemożliwa do realizacji przy takiej woli walki, oporze i przewadze informacyjnej Ukraińców. To było od początku skazane na niepowodzenie. Tym bardziej, że duża część sił, mająca iść na Kijów, utknęła…

… pod Czernihowem?

I Sumami. Obrona Czernihowa to kapitalna historia. Ale tam nie walczyła jedna brygada pancerna. Jej okrążenie nie było do końca szczelne. To kwestia zasobów: brygada potrzebuje paliwa, amunicji, wsparcia. Rosjanie nigdy nie zamknęli brygady pancernej spod Czernihowa w kotle. Co nie zmienia faktu, że ich postawa była epicka w rozumieniu filmowym, a nawet heroiczna. Zatrzymali najbardziej elitarne jednostki pancerne armii rosyjskiej. Ta brygada, dowodzona przez płk Łeonida Chody, zapisała się złotymi zgłoskami w historii wojskowości. Brygada do samego końca prowadziła obronę aktywną, było ją stać na punktowe kontrataki. To jest coś niesamowitego.

(...)

A skoro o dowódcach: dlaczego tak wielu wysokich oficerów ginie z rąk Ukraińców? Nie ma dnia, żebyśmy nie mieli informacji o śmierci kolejnego kapitana, podpułkownika czy innego majora.

Z mediów słyszymy o tym, że Rosjanie mają niskie morale i dowódcy muszą ich batem gonić do walki. Przepraszam za określenie: bullshit. Jak chcesz jednym człowiekiem zagnać do walki całą brygadę? To nie tak, że ich majorzy czy pułkownicy muszą ich kopać w tyłki. Problem leży gdzie indziej: w słabej łączności i braku systemu zarządzania polem walki. Wielu oficerów, majorów, podpułkowników i pułkowników ma doświadczenie z Gruzji, Syrii czy nawet drugiej wojny czeczeńskiej. Oni się przyzwyczaili, że dowodzą, patrząc swoimi oczami. Mało tego – przyzwyczaili swoich podwładnych, że ich dowódca nie jest na stanowisku dowodzenia kilka kilometrów dalej, tylko w zasięgu głosu. I tak walczą. Ale tam nie było rozpoznania radioelektronicznego, namierzającego ich telefony czy radiostacje, nie było krążących dookoła wojsk specjalnych, sprawdzających, gdzie ci dowódcy są. Czy choćby dobrze wyposażonych i znakomicie wyszkolonych snajperów wojsk specjalnych, którzy tych oficerów najzwyczajniej w świecie odstrzeliwują. Pomijam już kuriozalną zmianę mundurów, gdzie przywrócono pagony. Ale wracając: mając doświadczenie, wyniesione z konfliktów o zupełnie innej intensywności, robią to samo. A kiedy przestają, to przestaje działać dowodzenie, bo podwładni…

… są przyzwyczajeni, ze dowódca jest z nimi. Rutyna gubi.

Owszem. Zła rutyna gubi. Całe lata pracowałem z Amerykanami. Tam mogło się zdarzyć, że podpułkownik, dowódca batalionu, znalazł się z żołnierzami pierwszego rzutu. Ale to znaczyło, że coś poszło bardzo źle. Przy czym nie zdarzało się, że w jednym miejscu, w linii, pojawili się dowódca i jego zastępca. A w Ukrainie jest tak, że często pojawiały się komunikaty o śmierci dowódcy i jego zastępcy. To jest szkolny błąd! Jeśli dowódca jedzie na pierwszą linię, to zastępca pozostaje na stanowisku dowodzenia. Osobne pytanie jest o to, czy Rosjanie w ogóle rozwijają stanowiska dowodzenia szczebla batalionowej grupy bojowej. To też nie jest tak, jak sobie wyobrażamy stanowisko dowodzenia: kilka namiotów, dużo urządzeń łączności. Stanowisko może być mobilne. W wypadku pułku czołgów to będzie wóz dowódcy i pojazd łączności. Pytanie, w którym miejscu ugrupowania są. Była np. zasadzka ukraińska w Browarach, gdzie zatrzymano artylerią pułkową grupę taktyczną i zginął dowódca. A ostrzelano czołgi z przodu! Czyli z przodu jechał dowódca.

To jest przyzwyczajenie do starej formy dowodzenia: w razie czego jestem z wami i błyskawicznie wydam rozkaz. A na zachodzie dowódca nie ma stałego miejsca. On powinien być w takim miejscu, z którego da się najlepiej dowodzić. Ale Amerykanie mają także obrazowanie pola walki w czasie rzeczywistym. Za czasów mojej służby był to system Blue Force Tracker. Używaliśmy go np. w Afganistanie. Był montowany w MRAP-ach czy Rosomakach. To był system wyglądający jak nieduży laptop. Dzięki niemu dowódca wiedział, gdzie są jego jednostki, np. pluton, gdzie jest sąsiednia kompania i jeśli wykryto przeciwnika i oznaczono go, to on też pojawiał się na mapce. A Rosjanie tego nie mają. A zresztą… po co mażą farbą swoje czołgi i transportery?

Po co?

Żeby wiedzieć, który sprzęt jest ich, a który – ukraiński! Nie mają systemu obrazowania pola walki i to jest cały klucz. Kiedy zobaczyłem czołgi i transportery z wymalowaną literą "Z", to wiedziałem, że idzie wojna. To był sygnał dla każdego analityka.

IFF (Identification Friend or Foe – system identyfikacji "swój-obcy") robione farbą. Rany boskie!

Potem pojawiła się literka "V". Oceniam, że literkę "V" miały wojska drugiego rzutu, kierowane na Kijów. Dlaczego? Kiedy pojawiły się kolumny z literą "V", to Ukraińcy błyskawicznie poinformowali, żeby meldować pojawienie się kolumn z tym znakiem: chcieli w pierwszej kolejności niszczyć swoją artylerią i innymi środkami te kolumny, kierujące się na Kijów. Rosjanie nie mają systemu obrazowania pola walki i znakują się jak przed pierwszą wojną. Dla analityków nie było to wielka zagadka. Jeśli walczymy na tym samym sprzęcie, a nie mamy systemu identyfikacji IFF, to jakoś odróżniać się musimy, prawda?

o2.pl

W dziedzinie uzbrojenia czołgowego HSW SA ma tradycje, o których mało kto pamięta, a które sięgają roku 1953, gdy Polska uruchomiła licencyjną produkcję czołgów T-34/85. Armaty do nich, w ówczesnej nomenklaturze noszące nazwę S-6, produkowała właśnie HSW. Legendarnych czołgów (a więc i armat do nich) wyprodukowano w Polsce, także na eksport, ok. 1400, luf 85 mm – znacznie więcej. Równolegle w tym okresie produkowano także inne typy uzbrojenia artyleryjskiego, haubice ciągnione 122 mm (M-30, czyli S-1), armaty przeciwpancerne 85 mm (D-44, oznaczana jako S-7), armaty przeciwlotnicze 85 (KS-12, znana jako S-3) i 100 mm (ta ostatnia, typu KS-19, w latach produkcji w HSW, czyli 1956-1959, nosząca kryptonim S-9, dysponowała lufą o długości ponad 6 metrów). Prawdziwym przebojem HSW w dziedzinie armat czołgowych była, produkowana aż do lat 90., armata D-10T kal. 100 mm do czołgów T-54/T-55 mająca lufę o długości ponad 5,6 metra. 

Czołgów tego typu wyprodukowano w Polsce ok. 5 tysięcy, armat i luf do nich – na pewno nie mniej niż 6-7 tysięcy, ale trudno brać pełną odpowiedzialność za tę liczbę; ówczesne informacje na temat skali produkcji i kierunków sprzedaży były ścisłą tajemnicą. Jeśli ktoś nie wie: czołgów z tej rodziny wyprodukowano łącznie ok. 95 tysięcy, używane są one do dziś w wielu krajach, toteż od czasu do czasu pojawiają się zamówienia na części do nich, w tym lufy…

Serię licencyjnych wdrożeń sprzętu artyleryjskiego budowanego w oparciu o wschodnie (radzieckie) licencje i technologie zamknęła w 1983 r. haubica 2A31, stanowiąca uzbrojenie pływającej sh 122 mm 2S1 Goździk, będącej wciąż na uzbrojeniu Sił Zbrojnych RP i zastępowanych przez znacznie potężniejszy i nowocześniejszy system Regina/Krab.

Do czasu transformacji ustrojowej w 1989 r. Huta Stalowa Wola była jednym z bardziej liczących się producentów sprzętu artyleryjskiego, niezwykle cenionym przede wszystkim za najwyższą jakość wykonania i niezawodność swoich wyrobów. Choć w latach PRL nie było mile widziane odwoływanie się do tradycji II Rzeczypospolitej, ówczesna pozycja HSW jednoznacznie nawiązywała do tradycji Zakładów Południowych, zbudowanych w Stalowej Woli w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego. Jednym zdaniem: budowę ZP rozpoczęto wyrębem dziewiczego lasu 20 marca 1937 r.,  już  7 kwietnia 1938 r. na zakładowej strzelnicy przestrzelano pierwsze zmontowane w ZP działa kal. 100 mm, wiosną 1939 r. ruszyła produkcja seryjna haubic 100 mm (16 szt. miesięcznie) oraz armat 75 i 105 mm, 14 czerwca 1939 r. ukończone i wyposażone Zakłady uroczyście otworzono i poświęcono, a 14 września zostały one zajęte przez Niemców i po niedługim czasie włączone do Hermann Goering Werke jako Werk Stalowa Wola.

defence24.pl

Szerszy obszar basenów kaspijskich, obejmujący zarówno pola lądowe, jak i morskie, jest ostrożnie szacowany na około 48 miliardów baryłek ropy naftowej i 8,3 trylionów metrów sześciennych gazu ziemnego w potwierdzonych i prawdopodobnych rezerwach. Rosja odegrała kluczową rolę w manipulowaniu zmianą statusu prawnego obszaru basenów kaspijskich. Udział Iranu w całkowitych dochodach z całego terenu Morza Kaspijskiego został zmniejszony z podziału 50-50 z ZSRR, którym cieszył się od pierwotnego porozumienia zawartego w 1921 roku (o "prawach połowowych") i zmienionego w 1924 roku, aby objąć "wszelkie odzyskane zasoby", do zaledwie 11,875%. 

Przed odkryciem Chalous oznaczało to, że Iran straci w przyszłości co najmniej 3,2 bln USD przychodów z tytułu utraconej wartości produktów energetycznych w ramach wspólnych zasobów Morza Kaspijskiego. Biorąc pod uwagę najnowsze szacunki Iranu i Rosji, liczba ta będzie teraz znacznie wyższa.

Wcześniej Iran i Rosja szacowały, że w Chalous znajduje się około 3,5 biliona m3 gazu. Odpowiadało to około jednej czwartej z 14,2 bln m3 rezerw gazu znajdujących się na ogromnym irańskim polu gazowym South Pars, które stanowi już około 40% szacowanych na 33,8 bln m3 rezerw gazu i około 80% produkcji gazu w Iranie. 

Obecnie jednak, w wyniku dalszych badań przeprowadzonych przez Rosję, odkrycie w Chalous postrzegane jest zasadniczo jako bliźniacze pole, oddalone od siebie o dziewięć kilometrów, przy czym "większe" Chalous posiada 5,9 bilionów m3 gazu, a "mniejsze" Chalous posiada 1,2 bilionów m3, co daje łącznie 7,1 bln m3 niebieskiego paliwa. W związku z tym nowe dane dotyczące Chalous dają Iranowi łączne rezerwy gazu ziemnego w wysokości 40,9 bln m3, podczas gdy Rosja - przez długi czas posiadacz największych rezerw gazu na świecie - ma oficjalnie nieco poniżej 48 bln m3. Ta rosyjska liczba nie była jednak przez wiele lat weryfikowana pod kątem zużycia, marnotrawstwa i degradacji pól gazowych. Według rosyjskich źródeł rezerwa gazu wynosiła około 38,99 bln m3 na koniec 2020 roku. W związku z tym, znalezisko w Chalous czyni Iran największym posiadaczem rezerw gazu na świecie.

energetyka24.com

W jednej z tabel Ministerstwo Finansów musi raportować do Brukseli deficyt podmiotów, które wchodzą w skład sektora centralnego finansów publicznych według definicji europejskiej, której nie da się oszukać, a nie są ujmowane w statystykach krajowych używanych w oficjalnym budżecie państwa.

Podobne dane raportują wszystkie kraje. Od 2020 r. skala wyprowadzania wydatków do funduszy bez kontroli parlamentu poza konstytucyjną definicją "budżetu państwa" przyjęła ogromną skalę.

Z dostępnych danych wynika, że z 27 krajów w UE, aż 20 z nich w swoim systemie finansów publicznych nie ma jednostek pozabudżetowych lub jeżeli są, to nie generują one istotnego deficytu i zadłużenia poza kontrolą parlamentu. Są to wręcz instytucje dochodowe, zasilające budżet dodatkowymi środkami. Tylko w sześciu krajach takie jednostki są deficytowe, ale średnio to zaledwie 0,3 proc. PKB.

Łącznie z danymi sprawozdawczymi i prognozą Ministerstwa Finansów w latach 2020-2022 fundusze poza kontrolą parlamentu w Polsce (m.in. Polski Fundusz Rozwoju i fundusze przy Banku Gospodarstwa Krajowego) wygenerowały deficyt w skali ok. 8 proc. PKB. To dziesięciokrotnie więcej, niż średnio w pozostałych krajach generujących deficyt poza budżetem. Łączny dług tych funduszy poza kontrolą parlamentu na koniec 2021 roku to już kwota prawie 290 mld zł, 1/5 prawdziwego długu raportowanego do Brukseli.

Znacznie gorzej jest jednak w tym roku. W przesłanych tabelach do Brukseli, MF pokazało aktualny szacunek deficytu na 2022 r. Pierwsza zła informacja to fakt, że rząd prognozuje wzrost prawdziwego deficytu, tego raportowanego do Komisji Europejskiej z ok. 49 mld zł w 2021 r. do 128 mld zł w 2022 r., czyli ponad 2,5-krotnie więcej. Porażające jest jednak coś innego. Chodzi mianowicie o to, że ponad 72 proc. (czyli już prawie 3/4) tego prawdziwego deficytu jest generowane w jednostkach poza konstytucyjną definicją "budżetu państwa". Finanse publiczne w Polsce stały się więc jakimś kadłubkiem, niebotyczną fikcją.

money.pl

- Eksperci, którzy szacują inflację wyżej, niż jest ona oficjalnie podawana, mają zastrzeżenia do metody jej obliczania. W koszyku inflacyjnym nie ma np. kosztów związanych z nabyciem mieszkania ani cen surowców, które mają wpływ na wszystkie produkty z koszyka zakupowego. Uwzględnienie tych czynników zmieniłoby znacząco wynik.

Ci eksperci, czy oni opracowali może swoją metodę obliczania inflacji? Jako statystyk z wykształcenia, mający wieloletnie doświadczenie mogę również usiąść z kuzynem, kumplem z wojska i sąsiadem i po zlustrowaniu sytuacji w kilku sąsiednich sklepach policzyć inflację. Z pewnością to nie będzie lepszy wskaźnik, niż podaje GUS.

Można oczywiście dyskutować nad udoskonaleniem oficjalnej metody liczenia inflacji, ale nie podważałbym całkowicie tego, co podaje GUS. Nikt na razie lepszej metody nie opracował.

- To ile w końcu wynosi ta inflacja?

(Westchnięcie) Tyle, ile podaje GUS! Tylko proszę stosować dla konsumentów inflację konsumpcyjną CPI, dla przemysłu wskaźnik PPI, a dla całej gospodarki deflator PKB (jest to miernik poziomu cen w całej gospodarce - red.).

Mówiąc już o konkretach, to znamy dane o inflacji konsumenckiej dla marca – mamy wzrost miesięczny cen o 3,3 proc., czyli do poziomu o 11 proc. wyższego niż przed rokiem.

- Dlaczego tak trudno jest prawidłowo oszacować wskaźnik inflacji? Ministerstwo Finansów w założeniach do ustawy budżetowej na ten rok wskazało, że średnioroczna inflacja będzie na poziomie 3,3 proc. Tymczasem inflacja jest ponad trzykrotnie wyższa.

Problem z określeniem poziomu inflacji polega na tym, że z jednej strony czynniki, które do tej pory stymulowały inflację, jak ceny surowców, ale też po części związane z kursem walut, powinny powoli ustępować. Trudno bowiem zakładać, by po obecnie bardzo wysokim poziomie cen surowców mogło być jeszcze gorzej. Skala przyszłego możliwego wzrostu tych cen będzie już ograniczona.

To samo dzieje się z wyceną złotego, która w pewnym momencie zaczęła być bardzo słabnąca. Ale znowu, od tamtego najniższego poziomu ona już nie słabnie. Mam na myśli moment, kiedy euro było po 5 zł, zaraz po tym, kiedy Rosjanie napadli na Ukrainę. To trwało zaledwie chwilę. Dziś euro jest po 4,6 zł. Takie ceny już widzieliśmy pod koniec ubiegłego roku. Wówczas euro było po 4,6-4,7 zł.

Nawet jeśli będziemy na tym płaskim poziomie, dynamika wzrostu nie będzie już duża. To bez wątpienia wpłynie na obniżenie inflacji.

- A co w tej łamigłówce inflacyjnej teraz jest tą największą niewiadomą?

Będą to bez wątpliwości zmiany w cenach żywności. Na rynku żywności będzie prawdziwe szaleństwo i nie ma w tych słowach żadnej przesady. Na razie popyt jest bilansowany podażą, bo producenci żywności operują jeszcze na ubiegłorocznych zbiorach i mają w magazynach towary, modląc się, by kupić jeszcze gdzieś surowce po umiarkowanych cenach. To szaleństwo cenowe, które nas dopiero czeka, będzie pchane nie tylko niską podażą samego surowca, ale również ceną wytworzenia go na miejscu produkcji. Koszty produkcji rolnej - w tym szczególnie nawozów - zdrożały nie o 20-30 proc., ale o 300 proc. w stosunku do ubiegłego roku. Ceny nawozów to 1/3, a czasem nawet połowa kosztu wytwarzania np. zbóż.

Czeka nas głód?

Niektórzy porównują tę sytuację do arabskiej wiosny z 2011 r., podczas której w krajach Afryki Północnej zabrakło w magazynach żywności. Ludzie się wtedy zbuntowali i wyszli na ulice. Tamtejsze władze miały dosłownie przyłożony nóż do gardła. W Egipcie, by uspokoić sytuację, kilkuset wichrzycieli dostało karę śmierci.

Chce pan powiedzieć, że Europa nie ma zapasów żywności, nie poradzimy sobie z kryzysem i będą zamieszki?

Wytwarzamy sporo żywności na własne potrzeby, ale problemy z produkcją przyjdą do nas z różnych kierunków. Przykładowo, już dzisiaj główny producent soi na świecie - Brazylia - zgłasza problemy z wytwarzaniem tego surowca.

Większość drobiu, który zjadamy w Europie, karmiona jest śrutą sojową, która jest odpadem poprodukcyjnym. Jeśli soja stanie się trudno dostępna - bo już jest dużo droższa niż rok temu (przed wojną na Ukrainie tona tego surowca kosztowała 1,7 tys. zł, a obecnie jest to już 3 tys. zł - red.) - to wzrosną bardzo ceny drobiu i jaj. To będzie szło wieloma kanałami…

(...)

I w sumie co z tego wszystkiego wychodzi?

Że nie wiemy, jak szybko będzie ustępował efekt surowcowy, który napędzał do tej pory inflację, ani tego, jak szybko będzie następował teraz efekt żywnościowy.

Ten przedział niepewności inflacyjnej będzie w Polsce się wahał, dając w szczycie inflacyjnym wynik pomiędzy 13 a 15 proc. w stosunku do roku ubiegłego.

I niekoniecznie, jak prognozuje NBP, szczyt ten nastąpi w czerwcu tego roku. Może być on przesunięty o kilka miesięcy, na sierpień, może wrzesień, czyli już po rozliczeniu tegorocznych zbiorów. Jednak to, czy będzie to 12, czy 14 proc., jest już bez większego znaczenia.

money.pl

piątek, 29 kwietnia 2022


– Wygląda na to, że Rosjanie posuwają się do przodu w okolicach Izjumu i to jest niepokojące – stwierdził jeden z ukraińskich ekspertów.

Poprzez to miasto armia inwazyjna chce okrążyć od północy Ukraińców w Donbasie i zamknąć pierścień w okolicach Kramatorska oraz Słowianska. – Nawet jeśli Rosjanie zdobędą jakaś wioskę, Ukraińcy natychmiast kontratakują. Rosjanie nawet nie mają czasu odpocząć i już muszą cofać się – opisuje jednak dziennikarzom walki jeden z anonimowych, zachodnich przedstawicieli.

Z informacji ukraińskiego sztabu generalnego wynika, że walki koncentrują się w Donbasie oraz w pobliżu Zaporoża, które też atakuje rosyjska armia.

– Może Putin i wygra kilka bitew. Ale wojnę już przegrał – stwierdził były ambasador USA w Moskwie Michael McFaul. Zarówno on, jak i Ukraińcy wskazują na lawinowo rosnące dostawy zachodniej broni i sprzętu do Kijowa. Doradca biura prezydenta Ołeksij Arestowycz uważa, że już na przełomie czerwca i lipca przezbrojona ukraińska armia będzie mogła przejść do ofensywy. Z kolei ukraiński ekspert Iwan Stupak ostateczną fazę walk przenosi na wrzesień.

– W rosyjskiej armii najpierw załamią się oficerowie średniego szczebla, widzący na polu walki głupotę dowództwa, straty i przewagę zachodniej broni. Po nich przyjdzie kolej na żołnierzy – też z powodu strat – uważa.

Na razie Rosji zaczyna brakować wyszkolonych lotników. – Patrzcie, jakich pilotów bierzemy do niewoli: zastępca dowódcy pułku (lotniczego), dowódca eskadry. A gdzie są młodsi oficerowie: porucznicy, kapitanowie? Wygląda na to, że tam nie ma kto latać – mówił generał ukraińskiej służby bezpieczeństwa SBU Ołeksandr Petrulewicz.

Mimo to walki są coraz intensywniejsze. – Spotkań (dyplomatów) może być, ile chcecie. Ale wojna zakończy się dopiero, gdy Rosja zdecyduje się ją zakończyć – powiedział CNN sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres po rozmowach z Putinem. A dzień przed spotkaniem z Guterresem rosyjski prezydent zapewniał: – Mam nadzieję, że uda nam się znaleźć porozumienie na ścieżce dyplomatycznej.

„Celem Rosji jest kapitulacja Ukrainy, rozwiązanie wszystkich wybieralnych organów władz (łącznie z lokalnymi). Stworzenie nowej konstytucji i zakazanie w niej działalności ugrupowań demokratycznych” – ogłosił amerykański ambasador przy OBWE Michael Carpenter. Według niego na okupowanych przez Rosję terenach już „powinny być stworzone nowe organy władzy, a plany Rosji i nową konstytucję opracowują kremlowscy urzędnicy i tzw. separatyści”.

Decyzje w tej sprawie chyba zapadły wraz z mianowaniem nowego przedstawiciela Rosji ds. Doniecka i Ługańska, obecnego zastępcy szefa prezydenckiej administracji Siergieja Kirijenki. W latach 90. był premierem, nazywanym ze względu na młody wiek „Kinder Niespodzianką”. Po jego wizycie w Doniecku pojawiły się informacje, że separatystyczne quasi-państewka zostaną bezpośrednio włączone do Rosji. Tak przynajmniej twierdzi kolaboracyjny burmistrz cały czas niepokonanego Mariupola – miasto ma zostać przyłączone do obwodu rostowskiego.

Jednocześnie inny kolaborant Kiriłł Stremousow z Chersonia (mianowany przez okupantów zastępcą szefa „wojskowo-cywilnej administracji regionu”) zaprzeczył, by szykowano referendum o utworzeniu kolejnego separatystycznego tworu „Chersońskiej Republiki Ludowej”. Zapowiedział za to, że „nie ma mowy, by Chersoń wrócił do Ukrainy”. Jego wystąpieniu towarzyszyła kolejna już proukraińska manifestacja mieszkańców, podczas której Rosjanie ranili co najmniej cztery osoby.

Stremousow przed wojną był blogerem i nieudanym politykiem. Startował w wyborach parlamentarnych w 2019 roku, ale dostał tylko 1,7 proc. głosów. Teraz zapowiada, że od 1 maja na okupowanych terenach zostanie wprowadzony rubel, choć ukraińska hrywna pozostanie w obiegu przez cztery miesiące.

rp.pl

– Witalij, weź porąb trochę drewna, zaprosiłem Polaka na kawę.

Nie zapraszam do domu, tylko na podwórko, bo na początku marca odcięli nam wszystkie media. Prądu i gazu wciąż nie ma. Wodę czerpiemy ze studni i gotujemy tu pod trzepakiem. Parę cegieł, żelazny ruszt, kładziesz garnek na palenisku i woda się zagotuje. Ta kuchenka nas uratowała.

A to sąsiedzi z mojego batalionu, kochani ludzie. Batalionem nazywam wszystkich z bloku, którzy ratowali Buczę. Każdy jak umiał. Jeden szukał jedzenia, drugi rąbał drewno, trzeci szedł do studni. Ponad dwa tygodnie byliśmy zupełnie sami. Najpierw ewakuowali szpital, potem administrację, potem cywilów. My zostaliśmy. I pomagaliśmy naszej armii, ale o tym po śniadaniu.

Nazywam się Jewhen Oleksienko, mam 52 lata. W Buczy wołają na mnie Kolombo.

Pytasz, czy w Buczy da się żyć? A gdzie indziej? Bucza to jest moje miasto, tu się urodziłem, moja żona też. I nasze dwie dziewczynki. Dlaczego miałbym uciekać? Tam, za 400 metrów, jest szkoła, w której się uczyłem. Dalej Instytut Pedagogiczny, który najpierw ukończyłem, a potem nauczałem w nim historii. Na cmentarzu leży ojciec, dziad, a teraz kum, którego zamordowali za jedno zdjęcie w telefonie zniszczonej kolumny rosyjskiej. Gdy przyszli Ruscy, ani razu nie zszedłem do piwnicy. Nie zamierzałem uciekać. Bo gdyby tak wszyscy wyjechali? Czy przyjechałbyś pytać o przyszłość?

Kuchenkę pod trzepakiem najtrudniej rozpalić, kiedy pada. Przed wojną przygotowanie śniadania zajmowało dziesięć minut, za okupacji nawet godzinę. Ale czasu akurat mieliśmy pod dostatkiem. Ledwie się ściemniło, szliśmy spać. Nawet świeczek nie zapalaliśmy, bo strzelali do okien, w których się świeciło. Wstawaliśmy o świcie i szukaliśmy jedzenia. Mam starszą matkę, mieszka cztery kilometry stąd, co kilka dni zanosiłem jej coś do jedzenia.

Brałem taczkę i szedłem, zwykle ze trzy godziny krążyłem. Sklepy zrujnowane, półki puste, bo Ruscy obrabowali. Na szczęście ludzie, jeszcze za ewakuacji, wyrzucali jedzenie do śmietników. Cuchnęło, ale zdarzały się puszki. Bez chleba da się przeżyć. Schudłem w ten wojenny miesiąc dziewięć kilogramów. Trzeciego tygodnia było najciężej, wyjadałem karmę dla psów.

Przez Ruskich cofnęliśmy się do poprzedniego wieku.

Pod koniec lat osiemdziesiątych dwa lata służyłem w obwodzie irkuckim, Okręg Wojskowy Transbaikalia. I tak poznałem taktykę Rosjan, bo oni całkowicie replikują armię sowiecką. Nie zdziwiło mnie, gdy najpierw zaczęli bombardować Gostomel. Usłyszeliśmy pierwsze wybuchy, a potem ruskie helikoptery. Lądowali z trzech stron. Zdałem sobie sprawę, że jest ich wiele. Następnego dnia około dziewiątej rano zaatakowali Buczę. Słychać było nasze działo przeciwlotnicze. Nadleciała fala ich samolotów transportowych.

Cały dzień siedzieli na lotnisku. Nasi zdali sobie sprawę, że trzeba zniszczyć pas, by Ruscy nie mogli lądować i nasza artyleria zaczęła strzelać. Ogień krzyżowy. My ich, oni nas. Tam gdzie były Zakłady Antonowa wszystko zrównali z ziemią. Domy, szkołę, przedszkole i klub. W jeden dzień. A później kanonada daleko od nas, pistolety i karabiny maszynowe, ale też broń wielkokalibrowa. Potrafię rozpoznać ze słuchu. Zorientowałem się, że przyjechały BMP, wozy bojowe piechoty i transportery opancerzone.

Przejęli miasto. A ja wciąż chodziłem po ulicach i miałem ich na oku. Na własne oczy widziałem, jak koło drugiej po południu 30-letni facet szedł ulicą, jakieś pięćdziesiąt metrów od punktu kontrolnego, przy którym stał transporter opancerzony. Kazali mu się zatrzymać. A on na to, że idzie do sklepu. Strzał w powietrze. Więc zaczął wracać. Zabili. Za zdanie, które im się nie spodobało.

Zobaczyłem też kobietę, około 45 lat, szła już po godzinie policyjnej, która zaczynała się w Buczy o szesnastej. Zastrzelili ją bez ostrzeżenia, tuż przy sklepie.

Ruscy łapali mnie osiem razy. Cztery razy rozebrali do pasa. Szukali siniaków i nacjonalistycznych tatuaży. Dzięki Bogu, puszczali. Rozmawiałem z tymi młodzieńcami, bo to prawie dzieci były, prawie codziennie. Kiedy zapytałem, dlaczego tutaj przyszli, powiedzieli, że przybyli nas uwolnić od Amerykanów. Mówię: „Mam paszport Ukrainy, moja żona jest Ukrainką, mój sąsiad jest Ukraińcem. Gdzie są Amerykanie? Gdzie widzicie w Buczy Amerykę?” „Jesteście pod rządami Ameryki”, odpowiadali.

Oni za Amerykę mają wszystko, co nie jest Rosją.

Gdyby wiedzieli, że jestem Kolombo i co robię, mogło być różnie.

To Anatolij Fiodoruk, burmistrz miasta tak mnie kiedyś nazwał, bo prowadzę firmę ochroniarską. O, patrz, burmistrz stoi tam przy wejściu do cerkwi, chodźmy się przywitać. Dzień dobry, ile trupów dziś wyciągnęli?

Ciała były wszędzie. Na początku nasi chłopcy zbierali je i sami grzebali. Potem, jak orki ostrzelały samochód wiozący zmarłych, strach było ryzykować. Życia byśmy sąsiadom nie zwrócili.

Jeden diakon, młody człowiek imieniem Michał, codziennie przychodził do kościoła, sprawdzić, co się tutaj dzieje. I zobaczył rękę wystającą z ziemi. Okazało się, że to masowy grób.

Chodź, podejdziemy bliżej. Codziennie wolontariusze wyjmują ciała, pakują w czarne worki i wysyłają do identyfikacji do Kijowa. Zrób zdjęcie, tylko nie wpadnij do rowu.

Czwartego dnia okupacji Ruscy zaczęli zbierać ciała zabitych. Zwykle po ciemku, żeby ludność cywilna tego nie widziała. Mieliśmy godzinę policyjną od godziny szesnastej, w zasadzie o tej porze nikt nie mógł być na ulicy. Wzięli koparki, nie wiem, czy zabrali je naszym, czy przywieźli swoje, i wykopali rowy o szerokości 10-13 metrów i długości dwudziestu metrów. Doły były puste przez dwa dni. A później je zasypali.

Gdy wyszli Rosjanie, rozpoczęła się ekshumacja. Okazało się, że łącznie w Buczy zginęło ze czterysta osób. Jak na razie! Ludzie mówią, że w tych dołach pogrzebali nawet kilkadziesiąt osób, a wciąż przecież wyciągają! Ale to tylko w tej części miasta, nie wiadomo, ile trupów jest w całej Buczy. Znajdą się następne masowe groby, jestem pewien.

Dlaczego tak mówię? Wiem, co widziałem. W pierwszym tygodniu było niewiele zwłok. Jeden, dwa trupy przy mojej ulicy. Może cztery trupy na kilometr. Poruszałem się tylko po centrum, nie byłem głupi, żeby jechać na ulicę Jabłońską. Tam rządziła banda Czeczenów, Kadyrowcy niezwykle okrutni, zrównali wszystko z ziemią, strzelali do ludzi dla zabawy. W naszej części miasta byli Białorusini i Rosjanie, dziwnie to zabrzmi, ale było lżej. Mniej trupów. Gdy odeszli Białorusini i weszli kolejni Rosjanie, liczba zwłok wzrosła.

Dobrze, że marzec był zimny, bo trupy leżały cztery tygodnie. Jak brat mojego przyjaciela, Denis. Miał 32 lata, znaleźliśmy go na drodze, obok leżał motocykl. Ciało okryte było płachtą z banneru reklamowego. Długo go szukaliśmy, bo nie miał głowy. Kolega rozpoznał go po tenisówkach, rękawiczkach i kluczach do mieszkania. W ciele rany po strzałach z bliska, kaliber 35. Szukaliśmy go ponad 30 dni.

Głowy jeszcze dłużej. To, co z niej zostało, kawałek szyi i dolna szczęka leżały w rowie niedaleko.

Źle się czujesz? Chcesz fajkę?

Mam paczkę, choć nie palę. Przed wojną kosztowała euro, teraz dziesięć. Niebieskie camele chodzą po 800 hrywien, prawie 30 euro. Davidoffy – 900 hrywien. Za paczkę, nie za sztangę. Za okupacji Buczy nie wychodziłem bez fajek w kieszeni. To najlepsza waluta w czasie wojny. Sklepy zrujnowane, apteki ograbione. Za fajki można było dostać jedzenie. Sąsiadowi tak się chciało palić, że za dwie paczki oddał mi rower.

Objeżdżałem na rowerze punkty kontrolne wroga, tak żeby mnie nie nakryli, bo zabierali rowery, potem jeździli na nich z karabinami maszynowymi i strzelali w powietrze. Raz, w czasie godziny policyjnej, przyjechała grupka ruskich na parking koło bloku i rozwalali karabinem maszynowym samochody. Niszczyli wszystko. Sklepy, infrastrukturę, bloki.

Pieszo mogłem zrobić trzy kilometry, na rowerze nawet dziesięć. Wszystko, co zobaczyłem, raportowałem do Sił Zbrojnych Ukrainy. Ruscy stali w tej części Buczy, które nazywamy Warszawą, bo leży przy Trasie Warszawskiej, która prowadzi z Kijowa do Lublina. Wybrali sobie domy i zamieszkali w nich. Jechałem i zapamiętywałem, jaki mają sprzęt.

Chodź. Tutaj stał transporter opancerzony, tam bojowy wóz piechoty. Żeby przekazać informacje naszym, wracałem do domu i wchodziłem na dach, bo w ogóle nie było zasięgu. Na dachu łapałem kreskę. Wysyłałem smsy, dzwonienie było niebezpieczne. Pisaliśmy sobie wiadomości o warzywach. Żeby Ruscy się nie połapali. Po Buczy jeździł ich specjalny samochód z obrotową anteną i łapał słowa: „Rosjanie, samochody, transportery opancerzone…”. Jakbyś ich użył, od razu by przyjechali po ciebie. Zakodowaliśmy też nazwiska, bo mojego przyjaciela zastrzelili po jednej wiadomości ze zdjęciem zniszczonego rosyjskiego sprzętu, już mówiłem.

Dlatego pisałem: „Na ulicy takiej i takiej znalazłem 10 ogórków”, i nasi już wiedzieli, że dziesięć wozów opancerzonych stoi w danym miejscu. A jak widziałem czołgi, to pisałem „Pięć bakłażanów pod Warszawą”. Transportery opancerzone typu BTR nazywaliśmy pomidorami. Najwięcej oczywiście było nasionek, czyli piechoty. Wyobraź sobie taką wiadomość: „Dwanaście nasionek leży przy skrzyżowaniu Dworcowej i Szewczenki”.

A potem przysłali mi zdjęcie pojazdu. Miałem sprawdzić, czy taki jest w Buczy, czy nie. Przez dwa dni łaziłem, nie było. Chodziło o Sołncepioka. Straszna maszyna, wyrzutnia. Grad to przy nich rozrywka dla dzieci. Sołncepiok może zrównać z ziemią całą ulicę w dwadzieścia sekund. Ponowne naładowanie zajmuje pół minuty. W końcu przyjechał do Buczy. Znaleźliśmy go, przekazaliśmy informację. Sołncepiok nie dotarł do Kijowa. Warto było ryzykować.

Patrz na tamten dom, wciąż wisi bandaż na klamce.

Jak Ruskie przyszli, to ustanowili zasadę – jeśli masz biały bandaż albo jakiś biały materiał na drzwiach, to znaczy cywil. Na początku takich mieszkań nie tykali. Mieli dosyć opuszczonych domów, by rabować. W budynku, w którym mieszkam, jest dwadzieścia mieszkań, tylko trzy były zamieszkałe. Resztę splądrowali.

W Buczy mieliśmy cztery fale. Każda trwała siedem do dziesięciu dni. Zwykle pod koniec służby tutaj, zbierali się w grupki 7-8 osób, podchodzili do wejścia i wyłamywali drzwi, nieraz razem z ościeżnicą. Niektórzy mieli profesjonalny sprzęt albo po prostu walili siekierą. W każdym mieszkaniu byli kilka minut. Szukali złota, biżuterii, pieniędzy, nasza hrywna ich nie interesowała, tylko obce waluty. Kradli telefony, komputery, karty pamięci. No i alkohol, i jedzenie.

Z początku, jak zaczynali rabować, to się nawet cieszyliśmy, wiadomo było, że następnego dnia odejdą. A potem wkradała się niepewność, czy następni nie będą gorsi?

Długo tu będziemy po nich sprzątać. Ale posprzątamy. Rozejrzyj się, widzisz jakiegoś trupa? Śmieciarki wywożą gruz. Służby naprawiają wodociągi. Wróci prąd.

Ludzie wyszli z domów, chcą do pracy, choć nic nie działa. Tamci pod urzędem stoją w kolejce do rejestracji po pomoc finansową. Wszystkie centra handlowe, które były w Buczy, splądrowane. Market Epicentrum spalony.

Niedaleko Epicentrum leży małe renault clio, a pod nim limonka. Limonki? Tak tu mówimy na granaty. Ruski zostawiali ładunki wybuchowe też w domach: pod krzesłami, stołami. Ruskie skurwysyny. Kim trzeba być, żeby umieścić ładunek w pralce?

No właśnie, co z przyszłością, pytasz?

Moja teściowa chciała zasadzić ziemniaki na poletku pod Buczą. Nie jest jasne, czy można sadzić. Wszędzie pełno min. Mówię, niech mama przyjedzie do nas, jest pod blokiem ogródek, sprawdziliśmy, czysto, ziemia się nada. Za trzy, cztery dni teściowa przyjedzie, będziemy mieli swoje ziemniaki. Marzenie takie młode ziemniaki. Na razie jemy, co dają nam z pomocy humanitarnej.

W święta spotkaliśmy się w cztery pary, bo razem spędziliśmy też czas okupacji. Sąsiedzi z naszego batalionu z żonami. Kobiety upiekły ciasta. Udało się zdobyć jajka, zrobiliśmy pisanki. Przez całe święta staraliśmy się nie rozmawiać o Rosjanach.

oko.press

Dyktatura na Białorusi jest przyczyną dobrego samopoczucia jej obywateli. Takie oświadczenie złożył Aleksander Łukaszenko, przemawiając do pracowników PGR-u w obwodzie homelskim. Wystąpienie można obejrzeć w serwisie Telegram.

Łukaszenko powiedział do słuchającego do tłumu, że Białoruś otworzyła swoje granice przed katolicką Wielkanocą na kilka dni, aby ludzie z Polski, Litwy i Łotwy mogli odwiedzić mogiły bliskich. Władze sąsiednich krajów zabroniły swoim obywatelom podróżowania na Białoruś — powiedział Łukaszenko — ponieważ mogliby oni pojechać na Białoruś po sól, która nie jest dostępna w ich ojczyznach.

— Ludzie przychodzą do nas, kupują sól. Oni nie mają soli! Wielki, bogaty Zachód, ale soli nie ma! I cokolwiek ludzie mówią o tym, że Białorusini żyją normalnie, oni po prostu nie wypuszczają ich z domu. Na tym polega ta cała demokracja! — powiedział Łukaszenko.

Białoruski prezydent przypomniał również, że często jest krytykowany za ustanowienie dyktatury w kraju. — Dzięki Bogu mamy dyktaturę. Zawsze mnie krytykowali: dyktatura i dyktatorstwo. Ale w tej dyktaturze mamy porządek. Gdybyśmy nie mieli dyktatury, bylibyśmy traktowani jak żebracy — powiedział Łukaszenko.

onet.pl

– Prawdziwi neurolodzy raczej nie będą się wypowiadać na ten temat, ponieważ uczy się ich, by nie wypowiadali się na temat osób, które nie są ich pacjentami – powiedział DW John Hardy, neurogenetyk z brytyjskiego Instytutu Badań nad Demencją. Hardy podkreśla, że jest neurogenetykiem, a nie neurologiem, ale badał choroby mózgu. – Moim zdaniem nie ma dowodów na parkinsonizm – powiedział. – Nie wyglądał dobrze…, ale żadna choroba Parkinsona.

Ray Chadhuri, neurolog z Uniwersytetu Londyńskiego, zgadza się z tą oceną. – Patrząc na ten krótki film, nie mogę znaleźć żadnych dowodów na to, że Putin cierpi na chorobę Parkinsona – powiedział Chadhuri w wywiadzie dla DW.

Choroba Parkinsona i parkinsonizm są niezwykle trudne do zdiagnozowania i można je wykryć jedynie poprzez dokładne badanie neurologiczne – wyjaśnia Chadhuri. – Opuchlizna na twarzy lub drżenie mogą mieć wiele przyczyn, a ja nie widziałem drżenia.

Caroline Rassell, dyrektor zarządzająca Parkinson's UK, poproszona o ocenę widea z Putinem, zaznacza, że choroba Parkinsona jest chorobą złożoną, charakteryzującą się ponad 40 objawami, od fizycznych po psychiczne, dlatego niemożliwe jest postawienie diagnozy na podstawie 12-minutowego nagrania wideo. – Każda osoba jest dotknięta w inny sposób – mówi Rassell. – Ponieważ nie ma ostatecznego testu diagnostycznego, chorobę można potwierdzić dopiero po zbadaniu przez neurologa lub specjalistę. Spekulacje w mediach i internecie nie są pomocne. 

gazeta.pl

Bitwa o Donbas jest bitwą na wyniszczenie. Krwawą i mozolną. Ukraińcy nie mają tutaj możliwości wpuszczania Rosjan w głąb swojego terytorium i późniejszego kąsania ich od boków, tak jak w pierwszej fazie wojny na północy Ukrainy. Nie mają tak zwanej głębokości, a Rosjanie ewidentnie nie mają zamiaru powtarzać tamtych błędów i działają bardziej metodycznie. Ukraińcom zostaje zażarte stawianie oporu, a gdy już nie da się go dłużej stawiać, to cofanie się o kilka kilometrów w rejon nowej miejscowości i nowych przygotowanych pozycji. I od początku.

Z każdą kolejną miejscowością siły obu stron są jednak coraz bardziej przetrzebione. I tu jest kluczowa kwestia - kto szybciej straci siły. Atakujący zawsze ponosi cięższe straty niż broniący. Nawet trzykrotnie. Taka jest natura wojny. Nie sposób jednak wiarygodnie ocenić, dla kogo ponoszone obecnie straty wieszczą porażkę. Na jak długo Rosjanom starczy zasobów na mozolne parcie naprzód, a na jak długo Ukraińcom na zażartą obronę pod ogniem rosyjskiej artylerii. Ci drudzy twierdzą, że agresor ponosi katastrofalne straty, ale niezależna weryfikacja takich twierdzeń jest niemożliwa. Jest mało nagrań i zdjęć z rejonu walk, gdzie już od dawna nie ma cywili, a żołnierze dbają o zachowywanie tajemnicy. Okazjonalnie pojawiają się relacje jakoby od żołnierzy, którzy opisują zaciętość walk i poważne straty po obu stronach. Jest ewidentne, że Rosjanie tracą wiele pojazdów opancerzonych, ale nie brakuje też ujęć ukraińskich okopów zasłanych ciałami żołnierzy.

Jeśli wierzyć Rosjaninowi Igorowi Girkinowi, najprawdopodobniej byłemu oficerowi FSB, który z ramienia Rosji wszczynał wojnę w Donbasie 2014 i do dzisiaj ma tam bardzo dobre kontakty, sytuacja wygląda gorzej dla rosyjskiego wojska. Opisywaliśmy szczegółowo jego ogląd sytuacji. Po prostu Rosjanie mają mieć za mało sił, żeby przy takim ukraińskim oporze osiągnąć cel strategiczny w postaci zajęcia całego Donbasu. Najpewniej zdołają się posunąć jeszcze do przodu, ale nie odnieść upragnione zwycięstwo. W podobnym tonie wypowiada się więcej osób związanych z rosyjskim wojskiem i propagandą. Na przykład korespondent Aleksandr Sładkow, działający obecnie w Donbasie. Na swoim profilu na Telegramie w wisielczym tonie napisał 29 kwietnia, że podczas walk rosyjskie i separatystyczne oddziały wykazują "nadmierny heroizm". - Jak mówi stare powiedzenie, czyjś heroizm to efekt błędnych kalkulacji kogoś innego - napisał Sładkow. I dodał, że choć oddziały atakujące Ukraińców (według jego słów "nazistów") od południa z rejonu Doniecka robią, co mogą, wykazując się "heroizmem", to nie mają szans się przebić. Ironizuje też, że wydawało mu się, iż podczas ofensyw nie próbuje się pokonać umocnionego przeciwnika, mając do dyspozycji takie same siły jak on.

gazeta.pl