niedziela, 27 marca 2022


"Ryza papieru w sklepie kosztuje 2 tys. rubli. Zawiera 500 arkuszy. Okazuje się, że arkusz A4 jest nie tylko czterokrotnie droższy od rubla, ale kosztuje też więcej niż akcja Sbierbanku na giełdzie w Londynie. Mówienie, że Putin zamienił ruble i rosyjskie akcje na papier, jest obrazą dla papieru" - napisał na Twitterze rosyjski przedsiębiorca Michaił Chodorkowski. W 2004 roku był on uważany za najbogatszego człowieka w Rosji.

O sytuacji w Rosji napisał również redaktor naczelny "Meduzy", która przekazuje najświeższe wiadomości z Rosji. "Zabrakło im papieru w regionalnych urzędach pocztowych w Woroneżu, a teraz poczta jest zmuszona do ręcznego pisania telegramów (w Rosji wciąż tak jest) i wezwań sądowych - na starych ogłoszeniach prasowych. Oto zawiadomienie sądowe wydane w mieście Nowaja Usman" - napisał na Twitterze Kevin Rothrock, dołączając do wpisu zdjęcie.

Jak podaje portal newslv.ru, limity na papier obowiązują m.in. we Władywostoku. "Jedna paczka papieru na osobę. Przepraszamy za niedogodności" - można przeczytać w sklepach sieci Chitay-Gorod.

Przedstawiciel sieci wyjaśnia, że ten środek ostrożności podjęto ze względu na braki papieru i nie wiadomo, kiedy sieć wycofa się z tego rozwiązania. Wcześniej portal podawał, że papier staje się "nowym cukrem", który tak trudno jest dostać w Rosji. Wskazuje również, że są osoby, które kupują papier, aby na nim zarobić. W instytucjach budżetowych pracownicy są już oficjalnie proszeni o oszczędzanie cennego zasobu dla drukarki.

Jak podaje ura.news, podobnie sytuacja przedstawia się w innych regionach Rosji. W Czelabińsku cena papieru wzrosła kilkukrotnie w ciągu dnia. W sklepach Tiumeń za ryzę papieru trzeba zapłacić tysiąc rubli. Z kolei w Jekaterynburgu nie ma już papieru. Ostatnia paczka została sprzedana za 500 rubli.

gazeta.pl

sobota, 26 marca 2022


Rośnie liczba państw deklarujących brak woli przechodzenia na ruble w płatnościach za dostawy gazu z Rosji. 25 marca stosowne oświadczenia w tej sprawie złożył kanclerz Niemiec Olaf Scholz oraz prezydent Francji Emmanuel Macron. Co więcej, niemiecki minister finansów wezwał firmy energetyczne do nieprzechodzenia na inne waluty w rozliczeniach za dostawy gazu, czyli pozostanie przy dolarze i euro. Wcześniej wolę utrzymania dotychczasowych mechanizmów rozliczeniowych zadeklarowały Włochy, Austria, Słowenia i Polska. Minister finansów Rosji Anton Siłuanow oświadczył z kolei, że Rosja liczy na to, iż zachodni partnerzy dostosują się do zmian w mechanizmach rozliczeniowych i dodał, że rubel nie jest mniej wiarygodny od zachodnich walut.

25 marca Unia Europejska i Stany Zjednoczone podpisały porozumienie o zakupach 15 mld m3 gazu w 2022 r. (surowiec ma być dostarczany przez amerykańskie koncerny w formie skroplonej). Umowa przewiduje zwiększenie zakupów do 50 mld m3 do 2030 r. Poza tym UE przystąpiła do prac nad regulacjami dotyczącymi wspólnych zakupów gazu i zasad magazynowania (omówienie propozycji KE w analizie Komisja Europejska za wspólnymi zakupami gazu).

25 marca niemiecki Bundestag przyjął ustawę o magazynowaniu gazu. Regulacje nakładają na właścicieli infrastruktury obowiązek zapełnienia magazynów gazowych do konkretnych poziomów w poszczególnych okresach roku: do 1 sierpnia – co najmniej 65%, do 1 października – co najmniej 80%, do 1 grudnia – co najmniej 90%. Poza tym ustawa nakłada obowiązek, by 1 lutego stan zapełnienia magazynów nie był niższy niż 40%.

Europejska Organizacja Badań Jądrowych (CERN) podjęła decyzję o wstrzymaniu współpracy ze Zjednoczonym Instytutem Badań Jądrowych (ZIBJ), w tym ze wszystkimi jednostkami instytucjonalnymi tej organizacji na terenie Rosji i Białorusi. ZIBJ jest międzyrządową organizacją międzynarodową, utworzoną 26 marca 1956 r. przez 11 państw, a jej siedziba znajduje się w mieście Dubna w obwodzie moskiewskim.

Szwajcaria dołączyła do grona państw nakładających sankcje na inwestycje w sektor energetyczny Rosji.

Kolejne firmy zachodnie wycofują się z działalności w Rosji. 25 marca decyzję w tej sprawie ogłosiła szwedzka spółka Spotify, która jest jednym z najbardziej popularnych na świecie serwisów streamingowych.

Chiński koncern Sinopec wstrzymał negocjacje w sprawie nabycia udziałów w dużym kompleksie petrochemicznym, który ma zostać wybudowany na rosyjskim Dalekim Wschodzie (niedaleko Amurskiego Zakładu Przetwórstwa Gazu, którego pierwsze trzy linie produkcyjne uruchomiono w 2021 r.). Projekt jest realizowany przez rosyjski koncern energetyczny Sibur, a wielkość wkładu inwestycyjnego po stronie chińskiej miała wynieść do 500 mln dolarów. Jednym z mniejszościowych udziałowców spółki jest Giennadij Timczenko, który jest obecnie objęty unijnymi, brytyjskimi i amerykańskimi sankcjami.

25 marca rubel znów nieznacznie się umocnił. Na koniec dnia na moskiewskiej giełdzie wartość 1 dolara wyniosła 96 rubli (w ciągu dnia notowania spadały nawet do poziomu 92 rubli), jednak na rynkach globalnych 26 marca rano płacono 104 ruble za dolara. Trend wzrostowy utrzymują ceny ropy. Na koniec dnia cena surowca marki Brent w kontraktach majowych wzrosła do 119,8 dolara za baryłkę. Ceny gazu podlegają wahaniom w ciągu aukcji dziennych, ale zasadniczo utrzymują się na relatywnie stabilnym poziomie. 25 marca na koniec tygodnia spadły do poziomu 1120 dolarów za 1000 m3. Dla porównania 18 marca ceny gazu na hubie TTF wyniosły ok. 1140 dolarów za 1000 m3.

Komentarz

Decyzje dotyczące dostaw gazu podjęte podczas szczytu Rady Europejskiej w Brukseli nie są dla Rosji krytyczne w horyzoncie krótkoterminowym. Uzgodniony między Brukselą i Waszyngtonem wolumen dostaw (15 mld m3) nie będzie stanowić znaczącego wyzwania dla pozycji Rosji na europejskim rynku gazowym w najbliższych miesiącach, a nawet latach. W 2021 r. eksport rosyjskiego gazu do UE wyniósł bowiem 155 mld m3, licząc łącznie dostawy systemem rurociągowym oraz w postaci skroplonej.

Podejmowane obecnie w UE działania mogą mieć natomiast negatywne konsekwencje dla Rosji w horyzoncie długoterminowym. Istotne znaczenie mają w tym kontekście nie tylko plany Brukseli dotyczące zwiększenia do 2030 r. zakupów LNG z USA do 50 mld m3 rocznie, ale przede wszystkim plany redukcji importu surowców energetycznych z Rosji przez poszczególne państwa europejskie. Jednoznaczne zapowiedzi w tej sprawie złożyły m.in. Niemcy, które są największym rynkiem eksportowym dla Gazpromu. Niemiecki minister gospodarki oświadczył, że realizacja obecnych założeń polityki dywersyfikacji umożliwiłaby Berlinowi rezygnację z zakupu rosyjskiego gazu do połowy 2024 r.

Poza tym istotnym ograniczeniem dla rosyjskiej polityki gazowej będą regulacje dotyczące obowiązków magazynowania gazu na terenie UE. Planowane rozwiązania znacząco ograniczą Gazpromowi, który jest właścicielem i najemcą znaczących powierzchni magazynowych w Europie, możliwość arbitralnego decydowania o zapełnianiu magazynów, a tym samym wpływania na poziom cen na europejskich rynkach gazowych.

Kolejne oświadczenia państw europejskich kontestujące decyzję Kremla o stosowaniu rubla w rozliczeniach za dostawy rosyjskiego gazu wskazują na to, że Moskwie trudno będzie wdrożyć nowe rozwiązania w życie. Choć 25 marca rosyjskie władze wyjaśniły, że dyrektywa Władimira Putina dotyczyła tylko kontraktów Gazpromu, to nadal nie jest jasne, jak ma wyglądać jej realizacja w praktyce (23 marca prezydent Rosji polecił, by bank centralny i rząd przygotowały stosowne procedury w terminie jednego tygodnia).

Doniesienia o decyzji koncernu Sinopec potwierdzają, że sankcje wprowadzane przez państwa zachodnie tworzą bariery inwestycyjne również dla państw trzecich, znajdujących się w gronie krajów „przyjaznych” z perspektywy Moskwy. Co więcej, stanowisko chińskiej firmy wskazuje też na to, że poparcie polityczne ze strony Pekinu niekoniecznie musi przekładać się na gotowość udzielania wsparcia ekonomicznego wobec Rosji.

osw.waw.pl

W trzydziestej dobie wojny nie nastąpiły znaczące zmiany w sytuacji na froncie. Strona ukraińska potwierdziła zajęcie przez wroga zachodniej części Mariupola (wcześniej Rosjanie zajęli wschodnią i południową część miasta), jednostki rosyjskie weszły także do Sławutycza, na północ od Kijowa. Na wszystkich kierunkach Siły Zbrojne Ukrainy mają jednak powstrzymywać natarcie przeciwnika i utrzymywać wyznaczone rubieże. Sztab Generalny po raz kolejny informował o rosyjskich stratach w ludziach (m.in. o śmierci dowódcy 49. Armii Ogólnowojskowej Południowego Okręgu Wojskowego gen. Jakowa Rezancewa) i wyposażeniu, problemach z ich uzupełnieniem oraz utrzymaniem dyscypliny. Armia rosyjska miała się skupić na przegrupowaniu jednostek i ściągnięciu nowych sił (w tym dodatkowych pododdziałów artylerii) w rejony graniczące z Ukrainą, a także zwiększyć wykorzystanie bezzałogowych statków powietrznych (zmniejszając równocześnie aktywność lotnictwa załogowego). Nowymi celami uderzeń rakietowych były Dowództwo Sił Powietrznych w Winnicy, gdzie miało dojść do znacznych uszkodzeń infrastruktury oraz skład uzbrojenia i amunicji koło Żytomierza.

Zastępca szefa sztabu Dowództwa Wojsk Lądowych gen. bryg. Ołeksandr Hruzewycz poinformował, że armia ukraińska skutecznie się broni, a wróg sprawia wrażenie zdezorientowanego. Nie wykluczył użycia przez Rosję broni masowego rażenia, zaznaczył jednak, że nie ma dowodów, by coś takiego przygotowywała. Twierdzenia, że agresorowi może zabraknąć rakiet i amunicji, uznał za nieprawdziwe. Podkreślił, że intensywność bombardowań i ostrzału, zwłaszcza ukraińskich obiektów wojskowych, jest bardzo duża i nic nie wskazuje na jej zmniejszenie, armia ukraińska ma jednak potencjał przeciwdziałania. Zdaniem Hruzewycza Rosjanie nie mają możliwości zdobycia Kijowa, do czego musieliby zgromadzić siły 3–5 razy większe od tych, którymi obecnie dysponują.

(...)

Pojawiają się informacje, że 29 marca planowane jest przerzucenie z Syrii w okolice Homla około 200 najemników z szyickiego ugrupowania zbrojnego Hezbollah. Strona rosyjska miała uzgodnić wysłanie łącznie 800 ludzi, których żołd ustalono na 1,5 tys. dolarów miesięcznie. Biuro rekrutacyjne mieści w syryjskim mieście Al-Kusajr w Syrii, a cztery dodatkowe utworzono w Aleppo, Jabrud i As-Sajjida Zajnab oraz w Libanie.

Główny Zarząd Operacyjny Sztabu Generalnego FR ocenił, że siły ukraińskie wzmocniło ponad 6,5 tys. zagranicznych ochotników. Przypomniano, że osoby te nie będą traktowane jak żołnierze armii przeciwnej i w przypadku dostania się do niewoli nie przysługuje im status jeńca wojennego. Według tego samego źródła 23 tys. ochotników z Rosji i 37 innych państw wyraziło chęć wzięcia udziału w walkach na Ukrainie, ale zrezygnowano z ich pomocy. Władze tzw. republik ludowych, do których miało zostać skierowane wsparcie, stwierdziły, że jego nie potrzebują.

Rosyjskie siły okupacyjne podejmują wysiłki na rzecz rusyfikowania zajętych terytoriów. Na obrzeżach Mariupola pod szyldem prowadzenia działań humanitarnych otworzono delegaturę rosyjskiej partii politycznej Jedna Rosja. W jej siedzibie kolportowane są materiały propagandowe, wydawane są także karty SIM operatora komórkowego Phoenix, który działa na okupowanym terytorium Donbasu od 2014 r. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego okupant przygotowuje się do wprowadzenia do obiegu rubli rosyjskich, które mają zastąpić ukraińską hrywnę na zajętych terytoriach obwodów chersońskiego i zaporoskiego. Przy udziale rosyjskiej Gwardii Narodowej trwa tłumienie oporu społecznego w Chersoniu, Heniczesku i Melitopolu. W Sławutyczu rosyjskie wojska, aby rozpędzić antyrosyjską manifestację strzelały w powietrze i użyły granatów hukowych.

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy poinformowała, że od 24 lutego zatrzymała ponad 350 osób należących do rosyjskich grup rozpoznawczo-dywersyjnych. Do największych sukcesów zaliczono likwidację grupy dywersyjnej w Kijowie, która próbowała podszyć się pod oddział ukraińskiej obrony terytorialnej, zdemaskowanie ponad dziesięciu agentów rosyjskich służb zaangażowanych w pomaganie siłom wroga w obwodzie ługańskim, zatrzymanie członków sieci wywiadowczych, którzy gromadzili informacje o sprzęcie walki elektronicznej i bezzałogowych statkach powietrznych ukraińskich jednostek wojskowych, zneutralizowanie próby włączenia agentury do składu władz Zaporoża.

Po pierwszej wymianie jeńców strona rosyjska oświadczyła, że w przyszłości będzie się ona odbywać na zasadzie „parytetowej” (żołnierze za żołnierzy, marynarze za marynarzy, pogranicznicy za pograniczników). Strona ukraińska podkreśla, że Rosjanie nie rozważają możliwości wydania więzionych czternastu merów miast.

Zdaniem prezydenta Turcji Recepa Erdoğana Ukraina jest skłonna do kompromisu co do czterech z sześciu rosyjskich wymogów. Chodzi rzekomo o rezygnację z członkostwa w NATO i uznania rosyjskiego jako języka oficjalnego. Według niego są pewne postępy w sprawie demilitaryzacji (aczkolwiek nie ma chodzić o całkowite rozbrojenie Ukrainy) i gwarancji bezpieczeństwa, Kijów odrzuca natomiast wymóg uznania aneksji Krymu oraz republik separatystycznych w Donbasie. Z kolei według ministra spraw zagranicznych Dmytra Kułeby nie osiągnięto konsensusu w sprawie żadnego punktu.

26 marca dwoma korytarzami humanitarnymi ewakuowano 7331 osób, w tym z Mariupola 2,8 tys. osób. Na 26 marca zaplanowano otworzenie dziesięciu korytarzy. Ponadto ukraińskie koleje zapewniają transporty ewakuacyjne na trasach z Kijowa do Lwowa, z Charkowa do Lwowa i Użhorodu, z Dniepru do Czopu, z Kramatorska do Lwowa i z Odessy do Użhorodu.

Według szacunków Kijowskiej Szkoły Ekonomiki, powstałych na podstawie informacji z Ministerstwa Infrastruktury, straty poczynione w ukraińskiej infrastrukturze od 24 lutego wynoszą 63 mld dolarów. Od początku wojny zniszczono lub uszkodzono m.in. 8265 odcinków dróg (27,5 mld dolarów), 4431 budynków mieszkalnych (13,5 mld dolarów), osiem cywilnych lotnisk (6,8 mld dolarów), 138 szpitali (2,5 mld dolarów) oraz 378 placówek oświatowych (601 mln dolarów). W ocenie Biura Prezydenta Ukraina w ciągu miesiąca otrzymała blisko 4 mld dolarów wsparcia zagranicznego. Według informacji służby celnej Ukraina od początku wojny otrzymała 138 tys. ton pomocy humanitarnej, przywiezionej przez ponad 3 tys. pojazdów.

Ministerstwo Polityki Rolnej poinformowało o rozpoczęciu kampanii siewnej w jedenastu obwodach. Planowane są zasiewy 6 mln ha gatunkami jarymi (mniej o 1,7 mln ha niż w ubiegłym roku). Ponadto już zostało zasianych 7,7 mln ha zbóż ozimych oraz 1,2 mln ha ozimego rzepaku. Ministerstwo prognozuje mniejszy obszar upraw dla gatunków przeznaczonych głównie na eksport (kukurydza i słonecznik), a większy dla tych, które są ważne dla bezpieczeństwa żywnościowego państwa (jęczmień i owies).

Według informacji Straży Granicznej RP od początku wojny do Polski wyjechało 2,27 mln osób. 25 marca granicę przekroczyło 30,5 tys. (spadek o 6,4% w porównaniu z poprzednim dniem).

Komentarz

Treść wystąpienia gen. Hruzewycza wskazuje, że dowództwo Sił Zbrojnych Ukrainy zaczęło dostrzegać możliwe negatywne skutki dotychczasowej linii propagandowej, zgodnie z którą armia rosyjska nie będzie w stanie dłużej prowadzić aktywnych działań wojennych ze względu na wszechstronne wyczerpanie sił i środków. Za szczególnie niebezpieczne należy uznać wprowadzenie jej w ostatnim tygodniu do przekazu amerykańskiego i brytyjskiego. Armia ukraińska ma dysponować wszystkim, co jest jej potrzebne (liczba czołgów w Siłach Zbrojnych Ukrainy miała wręcz wzrosnąć w związku ze zdobyczami wojennymi), a brakuje jej wyłącznie przenośnych wyrzutni przeciwpancernych i przeciwlotniczych (dotychczas miała ich otrzymać odpowiednio 17 tys. i 2 tys.). 

Informacje medialne o prowadzeniu skutecznej ukraińskiej kontrofensywy nie znajdują dotychczas potwierdzenia w oficjalnych źródłach ukraińskich, które zwykły nagłaśniać najdrobniejsze sukcesy. Kampania medialna podkreślająca słabość agresora oraz siłę i sukcesy armii ukraińskiej może zmniejszyć presję społeczną na władze mocarstw zachodnich, aby te dostarczyły Kijowowi ciężkie uzbrojenie i sprzęt wojskowy, o które coraz usilniej apeluje. W ramach zachodniego „lend-leasu” dla Ukrainy miałyby się znaleźć nie tylko systemy obrony powietrznej i samoloty bojowe, lecz także uzbrojenie wojsk lądowych (w tym czołgi), co oznacza, że także w tym segmencie wyposażenia obrońcy zaczęli odczuwać straty.

Rosyjski resort obrony rozpoczął nową fazę operacji dezinformacyjnej. Jej przedmiotem jest rozpowszechnianie zawyżonych strat przeciwnika oraz kolportowanie informacji o całkowitym rozbiciu większości sił ukraińskich. Przekaz jest skierowany głównie do własnego społeczeństwa zaniepokojonego skutkami trwającego konfliktu i ma uspokoić nastroje poprzez wskazanie na rzekome zwycięstwo Rosji.

Informacje pochodzące ze Służby Bezpieczeństwa Ukrainy świadczą o narastającej aktywności rosyjskiej agentury i przerzucanych grupach dywersyjnych na zapleczu sił ukraińskich. Nowym sposobem ich działania jest podszywanie się pod oddziały ukraińskiej obrony terytorialnej, które wykorzystując zaufanie ludności cywilnej, mogą – poprzez podawanie fałszywych informacji – doprowadzić do wywołania paniki czy też z zaskoczenia niszczyć infrastrukturę obronną.

osw.waw.pl

piątek, 25 marca 2022


Początkowo Rosjanie wysłali do walki około 180 tysięcy żołnierzy, w tym 120 batalionowych grup taktycznych, czyli podstawowych związków uderzeniowych rosyjskiego wojska. Mniej więcej 700-800 ludzi, 10 czołgów, 40 transporterów opancerzonych i artyleria każda. Tyle ewidentnie nie wystarczyło. – Rosjanie nie mają już rezerw i sił do przeprowadzania ofensyw na większą skalę – ocenia Muzyka. Te ograniczone posiłki, jakie przysłali w ciągu ostatniego miesiąca, ewidentnie nie przeważyły szali. 

- Chcąc coś zmienić, najpierw mogliby zaangażować w wojnę absolutnie wszystkie oddziały swoich regularnych wojsk lądowych. Zostało im ich jeszcze teoretycznie trochę, choćby na przykład cała dywizja z Obwodu Kaliningradzkiego - mówi Muzyka. Rosjanom zostało jeszcze mniej więcej 30 procent całych wojsk lądowych. Muzyka zaznacza jednak, że istotna część z tych jeszcze nieużytych sił jest rozmieszczona w miejscach newralgicznych dla Rosjan. Jak na przykład właśnie Obwód Kaliningradzki. Wobec napiętej sytuacji, zwłaszcza w relacjach z NATO, najpewniej nie zdecydują się ich ruszyć. - Można szacować, że w praktyce i przy maksymalnym wysiłku, do walk mogliby skierować  dodatkowych 20-30 batalionowych grupach taktycznych, wobec około 120 już walczących w Ukrainie. Nie wydaje mi się jednak, żeby to były posiłki, które przeważyłyby szalę - stwierdza Muzyka. 

- Działaniem, które na pewno znacząco zmieniłoby sytuację, byłaby mobilizacja. Czyli powołanie pod broń rezerwistów, uzbrojenie ich w sprzęt wyciągnięty z magazynów, przyśpieszone przeszkolenie i rzucenie na front - mówi analityk. Zakładając, że broni się około 300 tysięcy Ukraińców, to do zdecydowanego przełamania ich obrony trzeba by mieć trzy-cztery razy tyle Rosjan. Czyli mobilizacja musiałaby objąć blisko milion ludzi, wobec około 200 tysięcy już walczących. - Tak to przynajmniej powinno wyglądać zgodnie ze sztuką - stwierdza Muzyka. 

Problem w tym, że taka mobilizacja na wielką skalę byłaby trudna politycznie. Kreml nieustannie przekonuje, że "operacja specjalna" w Ukrainie idzie zgodnie z planem i zwycięstwo jest nieuchronne. Na razie trwa więc mobilizacja skryta. Na małą skalę. - W niektórych regionach Rosji, raczej tych biednych i odległych, powoływani są rezerwiści i ogłaszane są intratne finansowo oferty podpisania kontraktu na krótką, roczną służbę, konkretnie w Ukrainie. Tylko to wszystko na małą skalę i raczej w celu uzupełnienia poniesionych strat - mówi Muzyka. 

Mobilizacji na dużą skalę nie dałoby się ukryć przed społeczeństwem. Wymagałaby decyzji politycznej na najwyższym szczeblu i odpowiedniego przygotowania ludzi przez propagandę. Do tego oznaczałaby duże obciążenie dla gospodarki i tak już mocno nadwyrężonej sankcjami. Setki tysięcy mężczyzn musiałoby przestać pracować, trzeba by zabrać z przemysłu ogromne ilości ciężarówek i innych pojazdów, a kolej musiałaby zostać sparaliżowana przez rekwizycje lokomotyw oraz wagonów i przejazdy ogromnej ilości eszelonów. Trzeba by jeszcze jakoś te masy ludzi zaopatrzyć w żywność w stopniu choćby podstawowym.

- Mobilizacja byłby ogromnym wysiłkiem logistycznym. Zebranie tych niecałych 200 tysięcy ludzi do obecnej inwazji zajęło Rosjanom prawie rok. Zebranie teraz dodatkowych kilkuset tysięcy, nawet zakładając skrócenie do absolutnego minimum przeszkolenia i robienie tego w wielkim pośpiechu, oznaczałoby na pewno miesiące - uważa Muzyka. Co więcej, jakość tych dodatkowych oddziałów byłaby na pewno niska. Słabo wyszkoleni i zmotywowani ludzie na sprzęcie zalegającym w magazynach w większości od czasów ZSRR. - Straty w walce na pewno byłby horrendalne, a logistyka by ledwo dawała radę. Bo już teraz rosyjscy żołnierze miejscami chodzą głodni i proszą cywilów o jedzenie - stwierdza analityk.

gazeta.pl

Sytuację, w jakiej znalazło się państwo i społeczeństwo białoruskie, można opisać następującymi słowami: stabilność bez wolności i demokracji prędzej czy później prowadzi do wojny. I chociaż Białoruś sama nie rozpoczęła tej wojny, stała się jej nieodłączną uczestniczką, narzędziem, a zarazem ofiarą, ponieważ Białorusini nie zdołali obronić własnej wolności. Choć właściwie należałoby powiedzieć, że zrezygnowali z tego, nie widząc sensu wolności. Z przykrością trzeba stwierdzić, że dla wielu obywateli republiki wolność nadal pozostaje czymś obcym i niebezpiecznym, a rosyjska agresja – zjawiskiem bliskim i zrozumiałym. Problem polega prawdopodobnie także na tym, że człowiek pozbawiony wolności zaczyna tracić też zdolność do myślenia.

Może się tak zdarzyć, że w przyszłości wojna zostanie przeniesiona na terytorium Białorusi. Jest to również rodzaj nauczki za iluzoryczne nadzieje na demokratyczne zmiany w kraju w latach 2020-2021 wiązane z reżimem Władimira Putina. Taki rozwój wypadków wydaje się nieunikniony, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że Moskwa grozi zniszczeniem całej Europy Wschodniej.

Nie ulega wątpliwości, że obecna sytuacja geopolityczna jest ostatnią fazą istnienia systemu stworzonego przez Alaksandra Łukaszenkę. Bez względu na to, jak zakończy się wojna na Ukrainie, władze i społeczeństwo czeka głębokie zamieszanie gospodarcze i polityczne. Najgorszą ze wszystkich opcji dla Białorusi byłoby przeznaczenie przez Rosję wszelkich możliwych środków na prowadzenie wojny na wyniszczenie. Białoruski reżim nie będzie w stanie opierać się zaangażowaniu republiki w bezpośrednią agresję przeciwko Ukrainie. Utrzymanie dynamiki wojny jest dla Putina koniecznością. A im dłużej będzie trwała rosyjska agresja na Ukrainie, tym bardziej niszczące (politycznie i ekonomicznie) będą jej konsekwencje dla Białorusi.

belsat.eu

Marcin Ludwik Rey: - Jestem łowcą trolli. Prorosyjskich. Mogę złapać dwóch dziennie. Analitycy mówią, jak ważna jest walka z ich agitacją, ale kończą na akademickich dyskusjach.

Jacek Gądek: - A pan?

Przed obecną inwazją Rosji na Ukrainę tylko zawstydzałem zdemaskowanych ludzi. Teraz staram się już zadawać cywilną śmierć. Trzeba im podnosić koszt bycia rosyjską onucą. Jeśli ktoś robi z siebie onucę, to musi zapłacić za tę zabawę.

Zabawę?

W nienawiść. Onuce wylewają swoje frustracje. Bardzo często są na swojej świętej wojnie urojonej. Powody są różne. Robią to pod wpływem dziwacznych teorii spiskowych. Myślą, że walczą o słuszną sprawę, bo na przykład rząd światowy jest zły, ale na świecie jest jeden szlachetny wyjątek: Putin, który jest na wojnie z Zachodem. Mnóstwo antyszczepionkowców przerzuciło się na bycie onucą. Są też panslawiści, wedle których patriotyzm polski nie istnieje, a oni uważają się za patriotów wielkiej słowiańskiej metaojczyzny - tak jak komuniści byli internacjonalistami, a nie Polakami.

Dobrym przykładem jest pani hejterka, największa antyukraińska w Polsce, Jolanta Lamprecht - na co dzień nauczycielka w szkole podstawowej w Sosnowcu. Prowadzi profil "Ukrainiec NIE jest moim bratem" na Facebooku.

Tropił pan ją od lat?

Z pomocą innych ludzi. Jednego dnia dostaję nawet 150 wiadomości o prorosyjskim trollach do zdemaskowania. Sam tego nie przerobię. Ludzie, nawet jeśli jesteście inteligentami, to musicie zejść czasami do tego szamba. Bo jak nie, to szambo wybije i zaleje wasze eleganckie biblioteki. Trzeba się wykłócać z ludźmi głupszymi od siebie i ich demaskować, bo rozsieją swoje brednie.

Lepiej z idiotą nie dyskutować, bo sprowadzi do swojego poziomu i wygra doświadczeniem. Tak mówi porzekadło.

Mamy wojnę - w Ukrainie kinetyczną, a u nas informacyjną. Na wojnie nieaktualne są maksymy obowiązujące wśród kulturalnych ludzi: "nie dyskutować z idiotami", "nie kopać gówna" - to dziś nieaktualne. Ukraińcy muszą strzelać do rosyjskiego mięsa armatniego, do tych często ogłupiałych ludzi albo przymuszonych do walki 20-latków. A my jesteśmy szczęśliwcami, bo możemy jedynie schodzić do antyukraińskiego i prokremlowskiego szamba, którym podsiąka nasz kraj. Wszędzie w Europie są ludzie, których Kreml przekręcił na swoich żołnierzy informacyjnych. Trzeba ich neutralizować bezwzględnie, w granicach prawa, ale aż na sam skraj tych granic.

Ogłosił pan właśnie, że pani nauczycielka prowadzi antyukraińskich profili "Ukrainiec NIE jest moim bratem". Jakim cudem ktoś tak niepozorny może być ruską onucą?

(...)

Namierzanie pani Jolanty Lamprecht to długa historia. Założyłem profil "Rosyjska V Kolumna w Polsce" pół roku po Majdanie, pod koniec 2014 r. Na Facebooku - i to w dniu pseudo-referendum na Krymie - pojawił się też jej antyukraiński profil - miał 70 tys. uczestników na starcie. Pani kupiła paczkę followersów, na co trzeba mieć budżet. Od początku było podejrzenie, ale nie pewność, że ta pani go prowadzi. Zauważyłem zbieżności między treściami na jej profilu hejterskim i jej profilu osobistym: te same zdania i związki frazeologiczne.

Zdradziła się w dość prymitywny sposób.

Tak. I to wskazuje, że prawdopodobnie ktoś jest naprowadzany przez Rosjan, niż prowadzony. To ważne rozróżnienie. Prowadzony, czyli dostaje polecenia, jak w filmach szpiegowskich - to niezmiernie rzadkie. Naprowadzany, czyli pośrednio nakłaniany lub podgrzewany do działań, do których już wcześniej miał skłonność. Patrząc na aktywność tego profilu przez osiem lat, to trzeba by zatrudnić parę osób do tworzenia aż tyle treści, więc pani pewnie nie działała samotnie, ale miała współpracowników.

Ten antyukraiński profil siał nienawiść przez lata…

…ale przez ostatnie dwa lata przerzucił się na działalność antyszczepionkową. O ile wcześniej źle o Ukraińcach pani pisała co godzinę, to wtedy raz na trzy dni. Jakby się wypaliła. Do intensywnego hejtowania Ukraińców wróciła nie po inwazji i początku napływu uchodźców, tylko trzy tygodnie przed,. Jakby otrzymała polecenie w ramach rosyjskich przygotowań do napaści.

Takie hejtowanie jest prymitywne. Zachód w sferze informacyjnej ma jednak przewagę nad Rosjanami, skoro znał plany Kremla na długo przed inwazją. I tak obezwładniał kremlowską propagandę.

Zachód ma widocznie porządną agenturę w Rosji, więc co na Kremlu wymyślili, to Zachód szybko ujawniał, nim Rosjanie zdążyli zrealizować. Nie mylmy jednak walki wywiadów z wpływaniem na opinię publiczną. Jestem żuczkiem i zajmuję się tym drugim.

Zresztą, samo wpływanie na opinię nie jest celem Rosjan. W nosie mają opinię zwykłych ludzi i mediów - traktują nas jako pas transmisyjny do skłaniania władz państwowych do zachowań korzystnych dla Rosji.

Przykład?

W Polsce bardzo mocna jest agitacja antyukraińska. W znacznie mniejszym stopniu prorosyjska, jak w innych państwach, ale właśnie antyukraińska i to z niechęcią do Ukraińców starają się przeniknąć do polityków.

W Polsce jest historyczny grunt do takiej agitacji. Prawda?

W związku z ludobójstwem na Wołyniu, które ukraińscy nacjonaliści popełnili w II wojnie światowej. Sprawa Wołynia między Polską a Ukrainą jest niezałatwiona, więc resentyment wobec Ukraińców istnieje. Rosjanie, gdy chcą rozpalić konflikt społeczny, rzadko kreują go z niczego, ale wykorzystują już istniejący. Jak skłócić Polaków i Ukraińców? Każdy odpowie: przywołując Wołyń. I tak Rosjanie robią. Aktywność rosyjskich onuc w Polsce konfliktujących nas z Ukraińcami można było zauważyć na krótko przed Majdanem - jesienią 2013. Przed nową pełnoskalową inwazją było podobnie.

Zawczasu rozgrzewano konflikt?

To "podgotowka" - tak się to określa po rosyjsku. Trafiało to na podatny grunt, bo u kresowiaków, a raczej ich potomków, ból i pamięć wciąż są żywe.

To najczęściej dobrzy ludzie z potworną traumą.

Kresowiacy nie mają złych intencji, bo temat pamięci Wołyniu oba państwa traktują po macoszemu. Ofiary nie są upamiętnione jak należy. Rodziny ofiar nie wiedzą, gdzie są kości ich bliskich - ten ból trzeba zrozumieć. Do tego dołączyli zwyczajni nacjonaliści, niekoniecznie z pochodzeniem kresowym.

Kresowiacy stają się czasami narzędziem Rosjan. Skrzywdzeni i wykorzystywani ludzie, którzy chcą dobrze?

Widzę tu analogię z Marszem Niepodległości: kierownictwo tego marszu stało się Ruchem Narodowym, a potem częścią Konfederacji - to cyniczni politycy. Ale tłum idący w marszu to w ogromnej części zwykli ludzie o patriotycznym sercu, którzy nie bardzo przemyśleli, za kim kroczą w tym pochodzie. Finalnie z tego powstała Konfederacja, która dziś szczuje przeciwko uchodźcom.

Wracając do kresowiaków: wystarczy im przypomnieć o braku ekshumacji i podsunąć jakieś materiały. Część roi, że może Rosja teraz odbije Lwów i nam go odda. A to służy Moskwie. Cel Rosjan jest taki, by spin doctor partii rządzącej albo ważnej partii opozycyjnej zauważył, że rośnie nastrój antyukraiński i powiedział to swojemu decydentowi, że warto się dostosować, aby wykorzystać taki elektorat, albo przynajmniej nie zantagonizować go. Nawet jeśli dzięki temu do ugrania byłoby 1-2 proc., to i taki procent w wyborach może być rozstrzygający.

Roman Giertych pisze o teorii, wedle której propozycja Jarosława Kaczyńskiego misji pokojowej w Ukrainie oznaczałaby udział Polski w rozbiorze Ukrainy do spółki z Rosją i Węgrami. Tomasz Lis uznaje słowa szefa MSZ Rosji Siergieja Ławrowa z podobną sugestią za potwierdzenie pisząc: "Należy oficjalnie zapytać i dowiedzieć się, czy władza PiS ustaliła z Moskwą rozbiór Ukrainy". Pan wierzył, gdy to czytał?

Roman Giertych jest celebrytą opozycji - mam do niej pretensje o to, że przygarnęła byłego szefa Młodzieży Wszechpolskiej. Panowie Giertych i Lis - proszę mi wybaczyć - pierdzielicie jak potłuczeni, a Rosjanie się z tego cieszą.

Na szczyt mediów i poniekąd do polityk wdarł się jednak przekaz, że Polska być może planuje rozbiór Ukrainy. Rosjanie dopięli swego?

Rosyjska narracja o rozbiorze Ukrainy rękami Polaków ma skłócić Polaków z Ukraińcami. Dla każdego jasne powinno być, że chodzi o to, aby Ukraińcy zwątpili w intencje przyjaciela. Lis i Giertych wpisali się w rosyjską propagandę i to w krytycznym dla Ukrainy czasie, a dla Polski bardzo ryzykownym. Przecież Rosja - ustami Dmitrija Miedwiediewa - wydaje pomruki o "denazyfikacji" Polski, co jest oczywistą groźbą agresji.

PiS oskarża PO o to, że jest partią Putina. A PO oskarża PiS o putinizację Polski. A w Moskwie klaszczą?

Ani PiS, ani PO nie są prokremlowskie i nie knują z Rosją. Jarosław Kaczyński nie jest agentem Putina. Antoni Macierewicz też nie jest prorosyjski. Co prawda PiS popełnia błędy, które przysłużyły się Rosji - jak spotkania z Marine Le Pen i Matteo Salvinim - ale wynika to ze złej kalkulacji politycznej. Jarosław Kaczyński i Donald Tusk są patriotami, choć popełniają błędy. Jaki z Kaczyńskiego pomocnik Putina, skoro Polska śle broń do walki z Rosją? Podobną brednią jest zarzucanie Tuskowi, że jest powiązany z Putinem.

Kiedyś rozmawiałem z kolegą z Rumunii. - U nas w Rumunii mamy dwie partie spenetrowane przez Rosjan, które słusznie oskarżają się o bycie spenetrowanymi przez Rosjan. A ty w Polsce masz dwie antyrosyjskie partie, które niesłusznie oskarżają się o prorosyjskość. Zazdroszczę - mówił mi. Miał rację.

TVP zaczęła jednak oskarżać Tuska, że może być... wspólnikiem Putina.

TVP powinna bić w Putina, a nie w Tuska bić Putinem.

(...)

Konfederacja wpisuje się w oczekiwania Kremla?

Konfederacja jest ogromnie szkodliwa. Można rozmawiać z szeregowanymi konfederatami i poddawać ich terapii, ale z kierownictwem Konfederacji - nie. Tę organizację należy po prostu zwalczać. Janusz Korwin-Mikke wprost reprezentuje rosyjskie interesy. Był na Krymie i legitymizował jego aneksję przez Rosję. Był z ludźmi ze "Zmiany" w Czeczenii na imprezie propagandowej. Koło Korwina stale kręci się Rosjanka Lilia Moszeczkowa - działaczka partyjna, która jechała z nim na Krym. To ona prowadzi Korwina - to ewidentne.

Spójrzmy na posła Grzegorza Brauna. Nakręca hejt i jest cytowany w Rosji przez RIA Novosti i "Komsomolskają Prawdę". Jest dla Rosji skarbem. Dwa lata temu spotkał się z Leonidem Swiridowem, czyli byłym korespondentem mediów rosyjskich w Warszawie, wydalonym przez ABW za działalność szpiegowską.

Konfederacja oficjalnie chce pomagać uchodźcom z Ukrainy, ale nie chce "przywilejów" dla nich. Co to właściwie oznacza?

Konfederacja to miejsce, w którym agitacja antyukraińska przekładała się na politykę. Obrzydliwe. Cóż z tego, że Krzysztof Bosak pojawi się w telewizji ze wstążka ukraińską w klapie marynarki, skoro przez lata w jego formacji aż kipiało od agitacji antyukraińskiej, a on z tego czerpał pożytki polityczne?

Ich przekaz, że pomagamy, ale bez przywilejów, wpisuje się w hejt rosyjskich onuc w sieci, że Ukraińcy zabiorą Polakom miejsc pracy i łóżka w szpitalach. Rosyjskie trolle kolportują też ostrzeżenia, by nie zapraszać Ukrainek do domów, bo zabiorą Polkom mężów. Obrzydliwe szambo. I prorosyjskie trolle, i Konfederacja próbują wygasić pospolite ruszenie solidarności polskiego społeczeństwa wobec Ukrainy, ten wielki odruch serca.

Rosjanie są najlepsi na świecie w walce informacyjnej?

Są pierwsi - razem z Chinami. Na zdjęciach z Rosji widzimy, jak Putin przy długim stole przyjmuje dwóch najważniejszych wojskowych: ministra obrony Siergieja Szojgu i szefa sztabu gen. Walerija Gierasimowa.

Szojgu w wojsku nigdy nie służył, zajmował się budowlanką…

…ale już Gierasimow jest bystry. Zwłaszcza jeśli chodzi o walkę informacyjną. Sformułował teorię zarządzania refleksyjnego. Najlepszym porównaniem jest bilard. Są kule, kij uderza kijem w kulę, ta uderza w drugą, a ona w trzecią i czwartą, która wpada do łuzy. Kij to treść tworzona przez wojska informacyjne Rosji, opublikowana w Internecie przez fałszywe profile. Rosjanie mogą ją opublikować w Rosji, w Indiach, przekopiują gdzieś w USA, a potem jakiś zachodni czy polski portal z własnej woli przekopiuje informację nie zdając sobie sprawy, jakie jest realne źródło.

Rosjanie stosują astroturfing (pozorują oddolne zainteresowanie), by nakręcać zainteresowanie realnych ludzi. Algorytmy sieci społecznościowych zauważają ruch wokół tematu, więc promują go na wallach. Treść rozklejają już prawdziwi internauci, którzy się zainteresowali, bo temat trafił w ich poglądy. Temat rozchodzi się w jakimś środowisku politycznym. Przenika do mediów z tego obozu, działacze partyjni przejmują go i dezinformacja może dotrzeć do decydentów politycznych. To bardzo pośrednia droga dotarcia.

Ktoś panu zarzuci, że zawsze widzi pan na starcie rosyjską machinę, więc promuje pan teorię spiskową.
To żaden spisek, tylko opracowanie gen. Gierasimowa, które jest elementem rosyjskiej doktryny wojskowej. Rosjanie mają do tego podręcznik.

W tej idei nie chodzi o to, by Rosjanie sterowali czyimiś ruchami. Wiedzą, jak funkcjonuje obieg informacji, a ten jest prosty - każdy z nas stara się pisać takie rzeczy i w taki sposób, by inni się zainteresowali i szerowali. Rosjanie w działalności dezinformacyjnej wymierzonej w Zachód wykorzystują zasady rynkowe. Produkują treści i starają się nimi zainteresować ludzi na Zachodzie, a jak ktoś je ładnie podchwytuje, to mu ślą więcej. Czasami zaszczycą kogoś zaproszeniem do zwiedzenia Moskwy albo koktajlem w swojej ambasadzie. Idea jest taka, aby rosyjski przekaz był rozpowszechniany spontanicznie, aż któraś bila w końcu wpadnie do łuzy.

A zwyczajna agentura jest istotna w plenieniu prorosyjskiej narracji?

W Polsce rozsadnikiem rosyjskiej narracji jest Partia Zmiana - powołana celowo, by realizować interesy Kremla. Sklecił ją Mateusz Piskorski z różnych organizacji - jedną z nich była Falanga, marginalna faszystowska organizacja Bartosza Bekiera, która wegetowała od lat, aż przylgnęła do Aleksandra Dugina, kremlowskiego ideologa imperializmu.

Mają kontakt w Rosji?

Kontakty są na niskim poziomie. Jeśli spojrzymy, z kim współpracują polscy rozsadnicy rosyjskiej narracji, to się okaże, że to zazwyczaj nie służby Kremla (choć zapewne bywa i tak), ale dziwne organizacje lub szemrani biznesmeni. Przykład: Aleksander Usowski - krętacz biznesowo-polityczny i stalinista, nawet nie z Rosji, a z Witebska na Białorusi. O nim wiemy, bo hakerzy włamali się do jego komputera i ujawnili tysiące e-maili, ale to tylko jeden z wielu na tym rynku dywersji informacyjnej. Pokazało się, że Usowski płacił po kilkaset dolarów za organizowanie w Polsce demonstracji poparcia dla aneksji Krymu i autonomii Donbasu. To było bardzo niskobudżetowe. Usowski chciał mieć zdjęcia i informacje z każdej pikiety i z tym materiałem chodził z kolei do Konstantina Małofiejewa, który finansował wojnę o Donbas i próbował dostać więcej pieniędzy, niż zainwestował.

Kto jest w Polsce najsilniejszym proputinowskim ośrodkiem?

Na tym polega problem, że nie ma takiej jednej osoby. To polska charakterystyka: nie mamy polskiej Marine Le Pen jak Francuzi. A "Zmiana" to plankton polityczny, malutka nigdy niezarejestrowana partyjka. Ten proputinowski rak w Polsce jest wielopostaciowy. Dużo przerzutów, ale brak głównego guza. Polska jest potwornie trudnym terenem dla rosyjskiej dywersji, ale musimy wycinać przerzuty, nim zdołają się rozsiać. To jak w domu: sprzątać należy na bieżąco, a nie dopiero, kiedy zrobi się bałagan.

A we Francji?

Francja jest zeżarta prorosyjskimi poglądami. Przeciętny Francuz nawet pod wpływem tego, co ogląda w głównych telewizjach, uważa, że w Ukrainie jest wojna domowa, a właściwie to NATO doprowadziło do konfliktu. We Francji Rosjanom się udało.

gazeta.pl

Jak pisze "Business Ukraine Magazine", żadna inna światowa armia nie straciła we współczesnej historii aż tylu dowódców wysokiego szczebla i to w tak krótkim czasie. Według dziennikarzy i analityków mogą to być największe straty wśród rosyjskich dowódców od czasu II wojny światowej.

W ostatnich dniach informowano także o śmierci innych rosyjskich wojskowych. Zginęli m.in.:

  • generał porucznik Andriej Mordwiczow (dowódca 8. Armii Południowego Okręgu Wojskowego Federacji Rosyjskiej), 
  • pułkownik Siergiej Suchariew (odpowiedzialny za jedną z najkrwawszych bitew podczas wojny w Donbasie w 2014 roku),
  • Oleg Mitiajew (generał elitarnej 150. dywizji strzelców zmotoryzowanych),
  • kpt. I stopnia Andriej Palij (zastępca dowódcy rosyjskiej Floty Czarnomorskiej)
  • generał dywizji Magomed Tuszajew, 
  • generał dywizji Witalij Gierasimow,
  • generał dywizji Andrij Kolesnikow,
  • generał dywizji Andriej Suchowiecki,
  • pułkownik Andriej Zacharow,
  • pułkownik Serhij Porochnia,
  • pułkownik Igor Nikołajew,
  • podpułkownik Jurij Agarkow,
  • pułkownik Mychaił Sofronow.  

gazeta.pl

czwartek, 24 marca 2022


Łukasz Cieśla, Onet: W rosyjskim wojsku panuje chaos i nie wiadomo, czy Rosja wyznaczyła dowódcę odpowiedzialnego za prowadzenie wojny w Ukrainie. Tak, zdaniem mediów z USA, sytuację postrzegają amerykańscy urzędnicy i eksperci. To słuszna ocena?

Gen. Mieczysław Cieniuch: Rosjanie rzeczywiście mają bałagan w systemie dowodzenia, który jest podstawą prowadzenia każdej operacji, nawet takiej o charakterze pokojowym. Dzieje się tak, bo w przypadku wojny w Ukrainie Rosjanom już pierwszego dnia wysiadł ich wielki system informatyczny, który budowali latami za ciężkie miliardy rubli. Mam na myśli zarządzanie polem walki, których w przypadku wojsk NATO określamy z języka angielskiego jako BMS — battlefield managment system. W Rosji miał on miejscową nazwę. W każdym razie ten system miał umożliwić przekazywanie szybkich informacji na poszczególne szczeble dowodzenia, w szczególności na te najniższe.

Do tej pory raczej publicznie się o tym nie mówiło. Na ile awaria tego systemu pokrzyżowała Rosjanom plany błyskawicznej inwazji w Ukrainie?

Ta informacja może się nie przebiła, ale można było ją wyszukać. Najważniejsze jest to, że na samym początku Rosjanie stracili absolutnie kluczowe narzędzie do sprawnego dowodzenia swoimi wojskami oraz do rozpoznania pola walki. Założenie było takie, że dzięki temu budowanemu latami systemowi informacja będzie szła do żołnierzy szybko, sprawnie i co równie ważne — w sposób tajny. Skoro jednak ten system natychmiast zawiódł, Rosjanie z konieczności zaczęli używać systemów opartych na radiostacjach, w tym również analogowych. Dlatego Ukraińcy mogli łatwo zakłócać ich rozmowy, podsłuchiwać i nagrywać. Dzięki temu co pewien czas ujawniają rozmowy rosyjskich żołnierzy i w mojej ocenie są to prawdziwe dialogi Rosjan. Ukraińcy częściowo znają też rozkazy rosyjskich dowódców.

(...)

Polska armia i wojska NATO mają sprawny system BMS?

NATO jak najbardziej tak, natomiast w Polsce też były problemy z jego wdrożeniem. Trwały przetargi i prawdę mówiąc nie wiem, czy został on już w pełni wdrożony. Pewny jestem tego, że bez sprawnego BMS, bez przeszkolenia w jego użytkowaniu żołnierzy zwłaszcza tych z najniższych szczebli, z batalionu, czy kompanii, prowadzenie współczesnej wojny jest prawie niemożliwe. Teraz widzimy to na przykładzie Rosji. Pododdziały jej wojska nie prowadzą działań w rozproszeniu, gromadzą się wokół swoich dowódców i są łatwym celem dla broniących się.

(...)

Jak pan ocenia rosyjski plan na tę wojnę?

Rosja miała mało realistyczny plan szybkiego zajęcia Kijowa, który został oparty na błędnej ocenie sytuacji zwłaszcza w obszarze zdolności Ukraińców do podjęcia działań obronnych. W czasie wojny istotny jest trójkąt zależności między władzą, narodem i siłami zbrojnymi. W tym trójkącie przeciwnik zawsze stara się szukać luk lub je stworzyć, żeby zakłócić te relacje. W przypadku Ukrainy ten trójkąt jest bardzo silny. Relacje w Ukrainie między tymi trzema komponentami są prawie idealne. Rosjanie uznali, że Ukraińcy nie będą się bronić, że przystąpią do kolaboracji. Nieprawidłowo ocenili też reakcję międzynarodową na ich agresję.

Rosja napadła na byłą republikę radziecką, na sąsiednie państwo, które — w teorii — powinna doskonale znać. Jak Rosjanie mogli tak przestrzelić w ocenie sytuacji?

Początkowy plan Rosji był zapewne częściowo oparty na własnej propagandzie. Na takiej "wiedzy" stworzyli więc błędne założenia. Nie jest tajemnicą, że w Rosji przepływ informacji pomiędzy najwyższymi osobami w państwie, a społeczeństwem nie przebiega jak w normalnym państwie demokratycznym. U nas informacja idzie z dołu do góry, władze słyszą, jakie są nastroje społeczne. Tymczasem w Rosji, od lat, tzw. góra mówi, co chce usłyszeć, a doły to podchwytują jako swoje oczekiwania i marzenia. Taki mechanizm prowadzi do powstania alternatywnej rzeczywistości. Sądzę, że władze Rosji uwierzyły w obraz, które same wykreowały, że Ukraina jest słabym, niespójnym państwem, politycznie rozdyskutowanym, podzielonym na wschód i zachód, a jej armia będzie niegotowa do jakiegokolwiek działania. Ta operacja, po okresie zastraszania i gromadzenia wojsk na granicy, w założeniu miała potrwać kilka dni. Głównym celem była zmiana władzy w Kijowie, parada zwycięstwa i szybkie rozwiązanie problemu. Jednak rzeczywistość jest zupełnie inna. Po aneksji przez Rosję Krymu w 2014 r., po tym jak Ukraina wtedy szybko się poddała, jak przeżyła traumę i wstyd, jej społeczeństwo się skonsolidowało. Siły zbrojne zrozumiały, że tylko ciężka praca i nakłady finansowe dadzą rezultaty. W efekcie zwyciężyło poczucie, że casus Krymu nie może się powtórzyć.

Może więc to Rosja jest bardzo słaba, skoro nie potrafiła trafnie ocenić sytuacji, a potem zaczęła wojnę, która obnażyła jej liczne braki?

Nie powiedziałbym, że Rosja jest słaba. Po prostu wybrała się nie na tę wojnę. Rzeczywistość, czyli duży opór Ukraińców, reakcja międzynarodowa zwyczajnie ją zaskoczyły. Cele polityczne i militarne miały być osiągnięte małym nakładem sił, ale tak się nie stało.

"Tylko ten argument przemówi do Putina". Tak mówi były szef Agencji Wywiadu

Władimir Putin przejdzie teraz do planu B i będzie dążył głównie do podbicia wschodniej części Ukrainy? Armia rosyjska jest w stanie zrealizować taki cel?

Celem Rosji jest doprowadzenie do upadku niepodległego państwa ukraińskiego. Czy to się odbędzie przez podbicie jedynie wschodnich regionów, czy poprzez oderwanie całej lewobrzeżnej Ukrainy wzdłuż Dniepru, to się okaże. Na pewno Rosja chce jak najwięcej, by do późniejszych rozmów pokojowych usiąść w jak najlepszej sytuacji. Nie odpowiem teraz, co Rosji się uda, a co nie. Wojna to jest takie zdarzenie, w którym jest wiele różnych czynników. Matematyczna ocena byłaby mylna, ponieważ wiele zmiennych jest związanych m.in. z psychiką pojedynczych żołnierzy i niewielkich pododdziałów oraz oddziałów, z przygotowaniem dowódców i wieloma innymi kwestiami. Jeśli więc ktoś w Rosji twierdził, że w ciągu trzech dni wejdzie do Kijowa, popełniał błąd megalomanii.

(...)

Ukraińcy od wielu dni apelują o zamknięcie nieba, a kontrolę na nim miałyby objąć wojska NATO. Zdaniem Ukraińców to szybko zakończyłoby wojnę. Pana zdaniem to realny pomysł?

Łatwo rzucić taką koncepcję, jednak trudniej z jej realizacją. W praktyce ukraińskie niebo musiałoby być patrolowane przez samoloty wojsk NATO. Nie sądzę, by Rosjanie się na to zgodzili. To zapewne doprowadziłoby do otwartej konfrontacji zbrojnej Zachodu z Rosją. Moim zdaniem ten pomysł jest więc mało realny. Można innymi środkami uzyskać ten sam efekt, czyli realnie wesprzeć Ukraińców. Konieczne jest dalsze dostarczanie im środków obrony przeciwlotniczej, a może i samolotów bojowych. Poza tym Rosja wcale nie ma wielkiej przewagi na ukraińskim niebie. Jest to kolejne zaskoczenie, ale ten stan wynika ze słabości rosyjskiego lotnictwa. Jest takie powiedzenie, że błędów strategicznych nie naprawisz rozwiązaniami taktycznymi. Błędem strategicznym w mojej ocenie jest fakt, że rosyjskie lotnictwo jest na tyle przestarzałe i niezmodernizowane, że nie może precyzyjnie operować na dużych wysokościach. Dlatego Ukraińcy najczęściej strącają rosyjskie Su-25, które muszą atakować z niskiej wysokości, żeby być precyzyjne i trafiać w obiekty na ziemi. Kiedy już pojawiają się na niskiej wysokości, są łatwym celem dla Stingerów czy polskich Piorunów. Dodam, że rosyjskie lotnictwo jest na tyle przestarzałe, że podobną sytuację jak teraz, mieliśmy 40 lat temu w Afganistanie. Wyrzutnie Stinger obsługiwane przez Afgańczyków strącały wówczas tyle rosyjskich Su-22 i Su-25, że Rosjanie przestali panować w przestrzeni powietrznej Afganistanu.

Zapewne obaj zgodzimy się, że Władimir Putin sam z siebie się nie cofnie. Co musi się stać, aby wojna się skończyła?

Tak, Putin nie odpuści, bo to byłby jego koniec. Będzie dążył do dalszej eskalacji. Jednak w miarę upływu czasu będzie weryfikował swoje cele. Jeśli on i jego otoczenie uznają, że nie mogą osiągnąć megalomańskich celów, Putin w pewnym momencie ogłosi, że chciał osiągnąć właśnie to, co osiągnął do tej pory. Stwierdzi wówczas, że jest gotowy do rozmów pokojowych. To kiedy Putin dojdzie do takiego wniosku, w dużej mierze zależy od sankcji i nacisku Zachodu. Jeśli ten przysłowiowy Zachód wytrzyma, jeśli utrzyma lub zaostrzy sankcje, odbije się to na gospodarce Rosji i jej zdolności do prowadzenia wojny. Bez logistyki, która szwankuje od samego początku, Rosja zbyt wiele nie zrobi. Z kolei Ukraina może liczyć na pomoc zewnętrzną i moim zdaniem powinna być ona jak największa. Istotną rolę dla dalszych losów wojny odgrywa również kwestia motywacji i woli walki — bardzo wysokiej u Ukraińców, niskiej wśród rosyjskich żołnierzy.

Z czego wynikają niskie morale w rosyjskiej armii?

W tym konflikcie, po stronie Rosji, walczą żołnierze młodzi, nieprzygotowani, wielu z nich jest zwyczajnie zmęczonych po wcześniejszych kilku miesiącach spędzonych na zimowym poligonie. Mają wszystkiego dosyć, czują się oszukani, bo przecież w Rosji napompowano ich informacją, że idą walczyć z nazistami i banderowcami. Są też poborowi, słyszę, że pod Czernihowem na północy Ukrainy pojawili się właśnie słuchacze szkoły wojskowej. Czyli młodsi specjaliści, którzy żołnierzami są może od kilku miesięcy. Oni nie są przygotowani do wojny. Naprzeciwko siebie mają zawodową armię ukraińską, po wojnie na Donbasie oraz zdeterminowanych cywilów, którzy wstąpili do obrony terytorialnej. To wszystko prowadzi do olbrzymiego rozczarowania po stronie żołnierzy rosyjskich. Co innego im mówiono, co innego ich spotkało. Do tego dochodzą wspomniane kłopoty z systemem dowodzenia i zaopatrzeniem w paliwo i żywność. W efekcie widzimy filmiki z jeńcami rosyjskimi, którzy skarżą się, że zwyczajnie są głodni i nie chcą walczyć.

onet.pl

Według władz USA do 18 marca Rosja użyła przeciwko Ukrainie około 1000 pocisków balistycznych, samosterujących i przeciwlotniczych. Od początku wojny Rosja wykorzystuje głównie lądowe pociski balistyczne Toczka-U o zasięgu 120 km oraz Iskander-M o zasięgu 500 km. Na mniejszą skalę Rosja korzysta też z morskich pocisków samosterujących Kalibr o zasięgu 1500 km i różnych pocisków przenoszonych przez bombowce (rzekomo również typu Kindżał). Pomimo ponoszonych strat i problemów należy przypuszczać, że Rosja jest daleka od wyczerpania całości swojego arsenału pocisków kierowanych. Najintensywniej wykorzystano je pierwszego dnia agresji, głównie przeciwko lotniskom cywilnym i wojskowym, choć skala ataku (160 pocisków) była mniejsza od spodziewanej. Celami ataków rakietowych Rosji coraz częściej stawały się następnie największe miasta Ukrainy. Rośnie też wykorzystanie baz na Białorusi do ataków Iskanderami na aglomerację Kijowa oraz pocisków Toczka na wschodzie i północy dla wsparcia operujących tam sił Rosji. Trudno jest przy tym ocenić doniesienia o skuteczności ukraińskich systemów S-300W1 do zwalczania pocisków balistycznych i S-300PS/PT do walki z pociskami samosterującymi Rosji.

(...)

Państwa wschodniej flanki NATO mają ograniczone własne zdolności obrony przeciwrakietowej, nie posiadają ich lub są w trakcie ich pozyskiwania (Rumunia i Polska). Ze względu na wzmocnioną obecność w regionie sił NATO w celu odstraszania Rosji Sojusz wzmacnia obronę przeciwrakietową i przeciwlotniczą wschodniej flanki. 8–9 marca państwa NATO posiadające sprawdzone systemy przeciwrakietowe Patriot (PAC) zapowiedziały wysłanie części swoich baterii do Europy Środkowej w celu ochrony sił Sojuszu. USA rozmieściły już dwie baterie PAC we wschodniej Polsce, zaś Niemcy i Holandia są w trakcie rozmieszczenia swoich baterii na Słowacji. Kroki NATO są w istocie podobne – ale już w większej skali – do tych, które zastosowano w ramach wzmocnienia obrony Turcji systemami PAC i SAMP/T w związku z wojną domową w Syrii. Nie mniej istotna z punktu widzenia możliwości śledzenia przez NATO tras lotu rosyjskich pocisków samosterujących jest sojusznicza flota 14 samolotów wczesnego ostrzegania E-3A AWACS. Każdy dyżur trzech takich maszyn daje obraz sytuacji w całym regionie i wgląd w przestrzeń powietrzną do 400 km na wschód od granic NATO. Rozpoznanie zagrożeń rakietowych zapewniają NATO także ciężkie drony RQ-4D AGS. Można też przypuszczać, że niektóre aspekty obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej Sojuszu w rejonie Morza Bałtyckiego są obecnie koordynowane z krajami partnerskimi NATO – Finlandią oraz Szwecją (która posiada zestawy PAC).

pism.pl

O przygotowaniach wojsk tureckich do wojny informował rosyjski poseł w Krymie Afanasij Nagoj. Turcja chciała odbić Astrachań i włączyć go w strefę swoich wpływów, odciąć Rosję od Morza Kaspijskiego, a także otworzyć sobie drogę do ekspansji na Powołże i Azję Średnią. Turcy rozpoczęli pochód od budowy kanału między Donem i Wołgą, co dało by im możliwość użycia swojej floty na M. Kaspijskim. W związku z ogromem prac, wkrótce zaprzestali budowy kanału i Kasim-pasza postanowił przeciągnąć flotę po lądzie do Wołgi, co spowodowało bunty jego wojska. Miejscowi murowie, którzy przeszli na stronę Turków, obiecali po zwycięstwie dać swoim podwładnym zdobyte statki z Wołgi i transport był kontynuowany. Turcy musieli jednak swoje ciężkie działa odprawić z powrotem do Azowu. Duża armia turecka licząca kilkanaście tysięcy janczarów pod dowództwem Kasima-paszy i chana krymskiego Dawlet-Gireja rozpoczęła spław rzeką Don z Azowa. 16 września 1569 wojska krymsko-tureckie osiągnęły Astrachań, gdzie rozbiły obóz. Załoga twierdzy, jak i ludność postanowiły podjąć obronę. Bez artylerii oblężniczej Kasim-pasza nie zdecydował się na bezpośredni szturm twierdzy. Zaczął budować niedaleko twierdzy astrachańskiej swój obóz umocniony, gdzie zamierzał przezimować i czekać na posiłki od sułtana. Załoga Astrachania i ludność mężnie broniła twierdzy, ostrzeliwali Turków z dział, wykonywali wypady z twierdzy na wojska przeciwnika. Turcy nie mogli pokonać okrążonych mimo burzenia ścian twierdzy, wykonywania podkopów i podziemnej wojny minowej. Wiadomość o zimowaniu spowodowała bunt wśród Turków, nie posiadających zapasów na zimę. Wojsko nie chciało w okresie zimowym szturmować twierdzy po lodzie. Wzrost buntu powodowały działania Dawlet Gireja. Obawiał się on możliwości pozostania Turków na terenie Powołża, tym samym uzależnienie jego chanatu od Imperium Osmańskiego. W tym czasie Kasim-pasza otrzymał wiadomości o zbliżaniu się wojsk rosyjskich w sile ok. 30 tys. pod dowództwem wojewody W. S. Sierebrianego do Astrachania. Zapadła decyzja o zaprzestaniu oblężenia i odejściu w kierunku Donu.

Armia turecka wycofując się szła przez północno kaukaskie stepy, gdzie straciła na skutek głodu i działalności partyzanckiej Czerkiesów ok. 70% stanów. W 1570 sułtan Selim przestał rościć pretensje do Astrachania. Turcja więcej nie próbowała zawojować Powołża. Dała możliwość swojemu wasalowi Dawlet Girejowi wojować z Moskwą na tym terenie. Turcja poniosła klęska pod Astrachaniem jak i później klęskę swej floty pod Lepanto w 1571 r.

Chan krymski nie pogodził się z klęską. Dawlet Girej dążył do rewanżu. W 1571 ze 120 tysięczną armią dotarł do Moskwy, ograbił ją i spalił, z wyjątkiem Kremla. W 1572 ponowił wyprawę na Moskwę, ale został zatrzymany przez wojska rosyjskie. W 1580 Krymsko-nogańskie wojska próbowały kolejny raz zawojować Astrachań.

pl.wikipedia.org

środa, 23 marca 2022


Każde społeczeństwo jest jak piramida, jeśli chodzi o to, jak blisko są ludzie przywódcy i jak mogą na niego wpływać. W demokracjach piramida jest płaska, o ostrym kącie podstawy i rozwartym kącie wierzchołka, podczas gdy w autokracjach (monarchiach absolutnych, tyraniach) kąt wierzchołka jest bardzo ostry, a kąty podstaw są tylko trochę poniżej 90 stopni. Nasze społeczeństwo jest typowym przykładem takiej wyniesionej piramidy autokratycznej.

Około 80 proc. populacji stanowi jej podstawę. Są to zazwyczaj ludzie, którzy żyją skromnie lub są po prostu biedni. Świat oglądają raczej w telewizji niż w internecie, nigdy nie podróżują za granicę. Są naturalnie antyamerykańscy, nawet jeśli nigdy nie byli w Ameryce. Ten antyamerykanizm rodzi się z zazdrości, bo wiedzą bardzo mało. Często ich obraz świata jest zawinięty w teorie spiskowe, pseudohistorię i inne dziwne wyobrażenia. Są bierni i chociaż są niezadowoleni ze swojego życia, zazwyczaj są posłuszni autorytetom.

W obecnej sytuacji większość tych ludzi - około 70 proc. - popiera wojnę Putina w Ukrainie. Wierzą w krwiożerczych antyrosyjskich banderowców i zły Zachód, któremu Rosja się przeciwstawia. Ale nie są fanatykami w tej kwestii. Woleliby nie wysyłać swoich dzieci na wojnę i chcieliby uniknąć trudów wojny. Jest bardzo niewielu ludzi, którzy są entuzjastami wojny. Ci, którzy zgłaszają się na ochotnika do walki, robią to z biedy i rozpaczy, bo ich życie jest niespełnione.

Drugi poziom piramidy to 18-19 proc. populacji. Są to ludzie dobrze wykształceni i kulturalni, którzy powszechnie korzystają z internetu, wyjeżdżają za granicę i dobrze znają świat. Wielu z nich ma źródła dochodu niezależne od władzy. Inni, wręcz przeciwnie, pracują w państwowych korporacjach i biurokracji, służąc przywódcom, ale nie będąc ich częścią.

Ci ludzie są często, choć nie zawsze, zamożni. Mogą mieć nawet mały domek na Łotwie czy w Bułgarii, a nawet mieszkanie na tzw. Lazurce, czyli na Lazurowym Wybrzeżu. Ci ludzie dobrze rozumieją świat, a wielu z nich ma silne zasady moralne i ceni wolność. Inni, przeciwnie, sprzedają swój talent władzom i w zamian za milczenie otrzymują sowite pensje na uniwersytetach, w biurokracji i firmach związanych z władzą.

Wśród tej grupy około 70 proc. nie aprobuje obecnej wojny, co publicznie wyraża w taki czy inny sposób. Sporo osób z tej grupy jest wstrząśniętych ostatnimi wydarzeniami i zmienia swoją lojalność wobec władz na moralny sprzeciw wobec nich, rezygnując z pracy w urzędach publicznych czy np. państwowych środkach masowego przekazu. Jednak nie wszyscy lojaliści tak postępują. Aktorka Czułpan Chamatowa jest przykładem protestującej większości w tej grupie, podczas gdy dyrygent Walerij Giergijew jest przykładem lojalnej mniejszości.

Wreszcie wierzchołek piramidy — 1-2 proc. populacji — to miejsce dla głównych beneficjentów obecnego systemu rosyjskiego. Ci ludzie są w pełni oddani władzy. Są dobrze wykształceni i wszystko rozumieją, nie mają mieszkań, ale rezydencje na Zachodzie, duże depozyty w zagranicznych bankach (od Szwajcarii po Zjednoczone Emiraty Arabskie) i pracę w międzynarodowym biznesie.

Są to najwyżsi rangą urzędnicy, szefowie korporacji państwowych, deputowani Dumy i senatorowie Rady Federacji, gubernatorzy i wielogwiazdkowi generałowie armii, FSB czy GRU. Sprzedali swoją wolność Putinowi, a w zamian otrzymali bogate i beztroskie życie. Są bezwarunkowymi wykonawcami jego woli — nie z powodów ideologicznych, ale czysto egoistycznych. Są wśród nich ideolodzy tacy jak Aleksander Dugin i Anton Wajno, ale nie jest ich wielu. A co najważniejsze, mają oni różne pomysły i próbują je realizować dzięki swojemu "dostępowi do człowieka".

Teraz w tej "elitarnej" grupie panuje terror i frustracja. Główne słowa, które słyszysz w biurach Kremla, na Łubiance i w kancelarii prezydenta na placu Starym, to: "Oszukali nas".

Wojną rosyjsko-ukraińską Putin położył kres ich dolce vita, czyniąc ich pieniądze i wille w najlepszych miejscach na świecie niedostępnymi i wymagając od nich jeszcze większej lojalności. Tymczasem ich współudział czyni wielu z nich zbrodniarzami wojennymi, którzy staną przed sądem w Hadze. Nie taka była ich umowa z Putinem.

Na domiar złego stoją oni przed widmem większego terroru, jeśli obecny reżim, odrzucony przez cały świat, będzie kontynuował swoją agresję — albo przed perspektywą zredukowania się do nuklearnego popiołu. To nie jest przyszłość, którą wyobrażają sobie właściciele jachtów, kolekcji rolls-royce'ów i lamborghini, arcydzieł malarstwa i przytulnych willi wśród toskańskich winnic.

onet.pl