środa, 9 lutego 2022


"Wspólne manewry wojsk białoruskich i rosyjskich na Białorusi pełnią kilka funkcji, ale najważniejsza z nich to demonstracyjny nacisk na Zachód, by przyjął ultimatum Moskwy" - przekonuje w rozmowie z PAP białoruski ekspert ds. bezpieczeństwa Andrej Parotnikau.

Możemy rozszerzyć linię frontu (potencjalnego konfliktu z Ukrainą – PAP) jeszcze o tysiąc kilometrów – to jest sygnał, który wysyła Rosja przez manewry na Białorusi - mówi PAP Andrej Parotnikau. Jednocześnie analityk ocenia, że na razie nie wygląda na to, by Rosja przygotowywała się do pełnoskalowego ataku. Wygląda to raczej na presję, której elementem są same manewry, przerzut wojsk z Dalekiego Wschodu, demonstracyjne nieudzielanie informacji na temat manewrów, liczebności, miejsc dyslokacji, itd. - zaznacza białoruski analityk.

Jak mówi, inicjatorem manewrów był Alaksandr Łukaszenka, któremu zależało na tym, by „zabezpieczyć się” na czas lutowego referendum w sprawie zmiany konstytucji. Obecność rosyjskich wojsk w jego rozumieniu niweluje ryzyko protestów oraz zachodniego ataku, w który on naprawdę wierzy - ocenia Parotnikau, dodając, że Rosja wolała, by te manewry odbyły się w marcu. Moskwa zyskuje jeszcze jedno - wciąga Łukaszenkę głęboko w swoją grę, uniemożliwiając mu występowanie, jak wcześniej w pozie gwaranta bezpieczeństwa w regionie. Mińsk traci możliwość prowadzenia jakiejś niezależnej polityki - wskazuje rozmówca PAP.

Od pewnego czasu Łukaszenka mówi o wojnie praktycznie w każdym swoim wystąpieniu, zapewniając, że w jej przypadku Białoruś stanie po stronie Rosji. Według jego wersji to Zachód zagraża Białorusi, żeby dopiec Rosji. Napaść na Białoruś - według jego narracji - może także Ukraina, którą od pewnego czasu przedstawia wyłącznie jako „sterowaną przez USA”.

To nie jest blef, a wypowiedzi, które obrazują jego stan psychiczny. On rzeczywiście jest gotowy do konfliktu, a – jak można sądzić z publikacji w mediach oficjalnych, wojskowi przynoszą mu na biurko to, co on chce słyszeć i czytać. Np. informacje o tym, że Zachód i NATO są słabe, a w przypadku konfliktu Białoruś wraz z Rosją w ciągu czterech dni dojdzie do Kanału La Manche - wyjaśnia Parotnikau.

W przypadku Rosji, jak mówi, chodzi o „demonstrację gotowości do eskalacji” i granie nią. Co będzie z rosyjskimi wojskami na Białorusi po zakończeniu manewrów? Wszystko wskazuje na to, że Mińsk chce, żeby Rosjanie zostawili tutaj jeden z dwóch dywizjonów systemu rakietowego S-400. W tym celu na rotacyjnej zasadzie mógłby tu zostać personel do obsługi. Jeśli zaś chodzi o Rosję, to oczywiście ona jest zainteresowana pozostawieniem tu swoich sił ze względów geopolitycznych - zaznacza ekspert.

Władze białoruskie zapowiedziały, że rosyjskie wojska po zakończeniu manewrów opuszczą Białoruś. Z kolei w mediach pojawiały się przecieki, że wojskowi z Rosji wybierają się tam nawet na 9 miesięcy. Militarnej potrzeby pozostawiania tu wojsk nie ma. Można sobie wyobrazić tylko jeden cel, w którym Rosja miałaby to zrobić, a mianowicie - by zapewnić +bezpieczny+ transfer władzy - mówi rozmówca PAP.

Parotnikau zwraca uwagę, że polityka informacyjna dotycząca trwającego obecnie 'sprawdzianu sił reagowania” i mających się rozpocząć 10 lutego manewrów różni się od doświadczeń z poprzednich lat. Np. z ubiegłorocznych manewrów Zapad-2021. Wtedy informowano o liczebności wojsk, sprzętu. Teraz tego nie wiemy, co - moim zdaniem - jest demonstracyjnym elementem nacisku na Zachód - podsumowuje.

dziennik.pl

wtorek, 8 lutego 2022


Istotnym łącznikiem gospodarczym Rosji z większością krajów tej części świata są migranci zarobkowi. Wedle danych przedstawionych w pierwszej połowie stycznia br. przez generał porucznik policji Walentinę Kazakową szefową Głównej Dyrekcji ds. Migracji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rosji podczas rozmowy z Interfax, przeszło 82 proc. zagranicznych pracowników legalnie pracujących w Federacji Rosyjskiej pochodzi z Uzbekistanu, Tadżykistanu i Kirgistanu.

Jak wynika z bazy danych statycznych Banku Światowego w 2020 r. otrzymane przekazy pieniężne odgrywały szczególnie dużą rolę w przypadku gospodarek Kirgistanu i Tadżykistanu. W odniesieniu do tego pierwszego ich wielkość odpowiadała ponad 31 proc. wartości PKB kraju, w Tadżykistanie prawie 27 proc.. Na trzecim miejscu w regionie –  ok. 11,6 proc. uplasował się Uzbekistan. W przypadku Kazachstanu i Turkmenistanu wielkość otrzymanych przekazów względem PKB nie przekraczała 0,3  proc.

Uzasadnione wydają się być obawy ekspertów przedstawione na łamach tadżyckiego portalu Asia-Plus. Ekonomista Bachridin Karimow, wskazuje na to, że w przypadku poważnych sankcji nałożonych na Rosję mogłoby dojść do zmniejszenia dochodów pracujących w Rosji obcokrajowców. Osłabienie rosyjskiego rubla w krajach silnie uzależnionych od przekazów migrantów z Rosji może prowadzić do deprecjacji walut lokalnych, zmniejszenia konsumpcji i dochodów budżetowych. Ekspert zauważa, że w przypadku gdyby Rosję odłączono od globalnego systemu bankowego ucierpią na tym również sektory bankowe w krajach silnie z nią związanych gospodarczo. 

Politolog Amiri Zamona, wskazuje, że straty Rosji podczas ewentualnej wojny z Ukrainą mogą sprzyjać eskalacji napięć w Azji Środkowej. Mowa tu między innymi o relacjach tadżycko-kirgiskich, stosunkach Tadżykistanu z Afganistanem.

Politolog dostrzega zagrożenia w postaci pogorszenia się sytuacji na lokalnym rynku pracy. Nie wyklucza, że uśpione dotychczas „radykalne komórki”, które obecnie odstrasza „czynnik rosyjski” będą próbowały dojść do władzy. W jego ocenie również Chiny mogą wykorzystać sytuację, co przyspieszy ich ekspansję w regionie. Politolog stwierdził nawet: „Obawiam się, że coraz bardziej będziemy rzucać się w ich ramiona”.

wnp.pl

Już po wylądowaniu w Moskwie francuskiego prezydenta spotkała niemiła niespodzianka. Nikt z rosyjskich władz nie przywitał Emmanuela Macrona na lotnisku Wnukowo. Przed samolotem nie czekała na niego kolumna pojazdów i został zmuszony do przejścia przez terminal portu lotniczego. Zanim udał się na Kreml, przybył do ambasady Francji, co zrodziło spekulacje, że musiał jeszcze oczekiwać na przyjęcie przez prezydenta Rosji.

Władimir Putin powitał swojego gościa na Kremlu. Z daleka, nie przez podanie ręki, którą początkowo trzymał w kieszeni, ale przez pomachanie ręką. Do wielogodzinnej rozmowy politycy zasiedli przy olbrzymim stole o długości 4 m. Media mogły ją obserwować jedynie przez krótką chwilę.

Przepaść, jaka dzieliła przywódców, szybko zwróciła uwagę internautów. W mediach społecznościowych pojawił się szereg teorii i komentarzy. Jedna z nich stanowi, że rosyjski prezydent jest przewrażliwiony pod względem bezpieczeństwa i obawia się zakażenia koronawirusem. Przy podobnym stole zasiadł wcześniej premier Węgier Viktor Orban, który przyjechał do Rosji w ubiegłym tygodniu. Jednak Władimir Putin nie unikał bliskiego kontaktu z przewodniczącym ChRL Xi Jinpingiem podczas wizyty w Pekinie.

onet.pl

czwartek, 20 stycznia 2022


W piątek 14 stycznia w prestiżowym "Frankfurter Allgemeine Zeitung" ukazał się artykuł wprost już krytykujący politykę SPD w stosunku do Nord Stream 2. Komentator FAZ Reinhard Veser stwierdził w tekście, że stosunek partii kanclerza Olafa Scholza do NS2 jest "irracjonalny", a budowa zarówno Nord Stream, jak i Nord Stream 2 były od początku wymierzone w Ukrainę. Niemiecka zgoda na Nord Stream ponad głową Polski "może i zostałaby zapomniana", gdyby Berlin po napaści Rosji na Ukrainę prowadził konsekwentną politykę w stosunku do Moskwy. Zamiast tego Niemcy niezmiennie popierały projekt Nord Stream 2, czym jedynie zachęciły Rosję do dalszej agresji.

W podobnym duchu o niemieckiej polityce wschodniej i konkretnie Nord Stream 2 napisało też "Sueddeutsche Zeitung", w którym pojawia się pytanie "jak długo jeszcze prezydent USA będzie mógł i będzie chciał prostować oczywisty błąd, który popełniły Niemcy, popierając gazociąg".

Głosy FAZ i "Sueddeutsche Zeitung" są znaczące, ale największe wrażenie robi chyba list otwarty grupy 73 czołowych ekspertów i politologów, który ukazał się w "Die Zeit". Jego autorzy stwierdzają, że tezy Rosji o tym, że czuje się zagrożona, są, biorąc pod uwagę rosyjski potencjał nuklearny oraz fakt, iż Moskwa dysponuje trzecimi pod względem wielkości siłami konwencjonalnymi na świecie, całkowicie nieuzasadnione. Rosja, według podpisanych pod listem, uważa, że "ma prawo prowadzić wojny i okupować inne państwa", otwarcie łamać "zasady współżycia międzynarodowego" oraz zastraszać swoich przeciwników. To Rosja wreszcie stoi za atakami hakerskimi oraz różnorakimi kampaniami nienawiści.

Autorzy listu zauważają, że Rosja prowadzi politykę agresji nie od wczoraj, ale już od 1992 r., tj. od chwili interwencji w Naddniestrzu i zarzucają rządowi Niemiec, że od tego czasu — przez 30 lat — nie reagował na "rewanżyzm Moskwy", a co więcej przez swoje błędne decyzje przyczyniał się do ośmielania Rosji, by ta stawała się coraz bardziej agresywna. Decyzja o budowie Nord Stream, w ocenie autorów listu, "utorowała drogę" do napaści Rosji na Ukrainę w 2014 r. Napaść ta była skutkiem "niemieckiej bierności wobec rosyjskiego neoimperializmu", który nie ogranicza się przy tym do Ukrainy, bo Rosja rości sobie prawa do "ograniczania suwerenności" państw takich jak Szwecja i Finlandia (chodzi o rosyjskie groźby w stosunku do Sztokholmu i Helsinek, ilekroć te rozważają członkostwo w NATO — przypis red.).

Niezwykle istotne i wręcz przełomowe w niemieckim sposobie myślenia o Rosji są słowa autorów listu, którzy stwierdzają, że "zbrodnie hitlerowskich Niemiec na terenie dzisiejszej Rosji w latach 1941-1944 nie uzasadniają niechęci Niemców do reakcji na rewanżyzm i nihilizm Kremla na gruncie prawa międzynarodowego. Zwłaszcza wtedy, gdy – jak w przypadku Ukrainy – chodzi o rosyjską inwazję na uznane międzynarodowo terytorium innego narodu, który również padł ofiarą dawnych niemieckich wysiłków ekspansjonistycznych".

Autorzy listu stwierdzają, że "nie można zaakceptować ciągłego demonstracyjnego łamania podstawowych zasad ONZ, OBWE i Rady Europy" przez Rosję i domagają się "gruntownej korekty niemieckiej polityki w stosunku do Rosji" oraz do "likwidacji przepaści między publiczną retoryką a rzeczywistą praktyką w polityce wschodniej Berlina". Na końcu zaś wzywają do stosowania wobec Rosji polityki "powstrzymywania" (terminem tym określano politykę Zachodu wobec Sowietów w okresie zimnej wojny – przypis red.) oraz do stosowania wobec Rosji sankcji.

onet.pl

Komisarz Unii Europejskiej ds. konkurencji Margrethe Vestager dała w czwartek najmocniejszy jak dotąd sygnał, że Gazpromowi, moskiewskiemu monopoliście w eksporcie gazu, grozi kolejna runda działań antymonopolowych ze strony Brukseli.

Zazwyczaj małomówna, Vestager tym razem ujawniła swój tok myślenia w sprawie, która będzie miała duże znaczenie polityczne. Powiedziała, że Moskwa wydaje się manipulować rynkiem, w sytuacji, gdy ceny energii gwałtownie rosną, a Rosja zmasowała wojska na granicy z Ukrainą.

– To rzeczywiście zastanawiające, że firma ogranicza podaż, w sytuacji rosnącego popytu. To dość rzadkie zachowanie na rynku – powiedziała dziennikarzom i dodała, że dostała już "wiele odpowiedzi" w jej dochodzeniu w sprawie praktyk Gazpromu.

Kolejna poważna rozprawa antymonopolowa z Unią byłaby bólem głowy dla prezydenta Rosji Władimira Putina. Chociaż Gazprom uniknął grzywny od Komisji Europejskiej w prawnym sporze w 2018 r., został zmuszony do wprowadzenia szeroko zakrojonych zmian w swoim modelu biznesowym "dziel i rządź" i otrzymał zakaz dzielenia rynku w sposób, który pozwolił mu naliczać drastycznie rozbieżne ceny dla europejskich nabywców.

Oprócz zwiększonej presji ze strony europejskich organów ochrony konkurencji Josep Borrell, główny dyplomata Unii Europejskiej, podkreślił również, że nadzieje Rosji na przesyłanie gazu bezpośrednio do Niemiec gazociągiem Nord Stream 2 zależą od jej zachowania na Ukrainie.

– Z pewnością funkcjonowanie tej infrastruktury będzie zależało również od rozwoju wydarzeń na Ukrainie i postawy Rosji – powiedział, dodając, że przyszłość gazociągu, który ma zostać zatwierdzony przez niemieckich regulatorów jeszcze w tym roku "jest z pewnością związana z sytuacją militarną na Ukrainie".

– Ale jeśli Rosja złagodnieje i nic się nie wydarzy, wtedy decyzja jest w rękach regulatora – powiedział.

(...)

Szukając wyjaśnienia dla gwałtownego wzrostu cen gazu, Fatih Birol, szef Międzynarodowej Agencji Energii, również wskazuje palcem na Gazprom.

– Widzimy silne elementy »sztucznego napięcia« na europejskich rynkach gazu, co wydaje się wynikać z zachowania kontrolowanego przez państwo rosyjskiego dostawcy gazu – powiedział.

Rosja ogłosiła w zeszłym roku, że zwiększy dostawy do Europy, gdy zapełni własne rezerwy, ale tak się nie dzieje. Zamiast tego, gaz w rurociągu Jamał z Syberii do Niemiec od ponad trzech tygodni płynie w odwrotnym kierunku, z Niemiec do Polski.

"Sugeruje to, że choć Gazprom podobno spełnia wymagania europejskich odbiorców, to powstrzymuje potencjalne dostawy z rynku spotowego z powodów geopolitycznych lub ekonomicznych (aby utrzymać wysoką cenę), albo z obu tych powodów", napisał Mike Fulwood, starszy pracownik naukowy Oxford Institute for Energy Studies.

onet.pl

"Kto najwięcej skorzystałby na tych zamieszkach? Prawdopodobnie USA i Zachód. Kazachstan graniczy zarówno z Chinami, jak i z Rosją, a strategicznym celem administracji (prezydenta USA Joe) Bidena jest powstrzymanie Chin i Rosji. Gdy Kazachstan pogrąży się w chaosie, wpłynie to na stabilność całego regionu" – twierdzi cytowany przez "Global Timesa" analityk z Chińskiej Akademii Nauk Społecznych (CASS) Su Chang. Chińscy komentatorzy wyrażają również zadowolenie z wysłania w czwartek do Kazachstanu "sił pokojowych" kierowanej przez Rosję Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ros. ODKB). Tokajew wezwał ją na pomoc w związku z – jak sam to określił – "zewnętrzną agresją" na jego kraj.

"Analitycy odnotowują, że wysłanie wojsk ODKB jest nie tylko prawowite, ale również konieczne, by odstraszyć nikczemnych terrorystów, siły ekstremistyczne i zewnętrzne, które szukają zysku w tych niepokojach" – podał "Global Times". Według eksperta ds. chińskich z Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW) dr. Michała Bogusza narracja chińskich władz wpisuje się w schemat często wykorzystywany przez reżimy komunistyczne do tłumaczenia buntów. Władze przyznają, że istniało podłoże socjoekonomiczne protestów, ale przekonują, że zostało ono wykorzystane przez wrogie, zagraniczne siły.

"Tak samo tłumaczyła partyjna propaganda protesty w Hongkongu w 2019 roku. Tam miały to być problemy mieszkaniowe, które zostały wykorzystane przez +brudne ręce+ CIA i MI6. W Kazachstanie problemy miał spowodować Covid-19, ale to znowu wrogie siły, wrogie Chinom i Rosji, skorzystały z okazji, aby wywołać zamieszki. Podobną narrację miała też propaganda PRL o protestach w Polsce" – ocenił na swoim blogu Bogusz. "Oczywiście utożsamienie protestujących z zagranicznymi wrogami, szpiegami lub terrorystami (albo wszystkim naraz) ma służyć uzasadnieniu użycia przemocy. W wypadku Kazachstanu +bratniej pomocy+ krajów Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB), zdominowanej przez Rosję" – podkreślił analityk OSW.

PAP

wtorek, 11 stycznia 2022


(...) kiedy prezydent Franklin Delano Roosevelt po zaangażowaniu się nieznanych mu Węgier, ciągle z nazwy królestwa, w wojnę wzywa do siebie specjalizującego się w regionie doradcę i pyta:

FDR: Jak się nazywa król?
Doradca: Węgry nie mają króla.
FDR: To kto nimi rządzi?
Doradca: Regent, admirał Miklós Horthy.
FDR: Admirał? Więc mają potężną flotę?
Doradca: Nie mają floty. Nie mają nawet dostępu do morza.
FDR: Wojny często toczą się z przyczyn religijnych. Jaka tam panuje religia?
Doradca: Katolicyzm, panie prezydencie. Ale admirał Horthy jest protestantem.
FDR: Może więc ten admirał wypowiedział nam wojnę z powodu roszczeń terytorialnych?
Doradca: Węgry mają roszczenia terytorialne wobec Rumunii.

Bogdan Góralczyk - Węgierski syndrom Trianon

Panuje opinia, że w tej globalnej rywalizacji przewagę zdobyły Chiny. Chińscy kierowcy, zachęcani przez państwowe dotacje, kupują około połowy wszystkich nowych pojazdów elektrycznych sprzedawanych na świecie, a przemysł w tym kraju zbudował największą na świecie infrastrukturę do produkcji akumulatorów. Wiodące rozwiązania techniczne stosowane w akumulatorach, określane skrótami NMC (akumulatory niklowo-manganowo-kobaltowe) i LFP (akumulatory litowo-żelazowo-fosforanowe), zostały wprawdzie wynalezione w Stanach Zjednoczonych, ale Chiny wyprzedziły USA i wszystkich innych w komercyjnym wdrażaniu tych osiągnięć. Po osiągnięciu odpowiedniej skali produkcji akumulatorów i pojazdów elektrycznych ambicją Chin jest sprzedawanie chińskich pojazdów reszcie świata. To kolejny etap w planie globalnej dominacji.

Amerykańska Tesla, największa na świecie firma produkująca pojazdy elektryczne, także zakotwiczyła się w Chinach. Jej Gigafactory 3, gdzie montuje swoje auta i zestawy akumulatorów, znajduje się w Szanghaju. Tesla Model 3 sedan jest najlepiej sprzedającym się pojazdem w Chinach.

Pekin zdecydował, że nabywcy crossovera Tesla Model Y SUV będą kwalifikować się do dotacji państwowych. Tesla może sprzedawać nawet 40 proc. swoich nowych pojazdów w Chinach. Jednak w ocenie wielu obserwatorów Tesla, operując tam, hoduje w Chinach konkurencję dla samej siebie. Twórcy nowych generacji chińskich aut elektrycznych i akumulatorów mogą pracować nie gdzie indziej lecz właśnie w Gigafactory 3.

"Europa może w przyszłości zobaczyć, jak jej producenci samochodów masowo przenoszą produkcję do Chin", powiedział 2,5 roku temu Simone Tagliapietra, analityk ds. energii w Fondazione Eni Enrico Mattei. Budowanie samochodów elektrycznych w Chinach ma sens dla firm, ponieważ to tam jest większość klientów i pozwala im uniknąć wysokich ceł na importowane pojazdy. Dzięki temu zakłady produkcyjne znajdą się też bliżej łańcucha dostaw akumulatorów, które stanowią około 40 proc. wartości samochodów elektrycznych. "Ma sens, aby produkować pojazdy elektryczne tam, gdzie produkowane są akumulatory", skwitował Tagliapietra.

Według firmy konsultingowej Wood Mackenzie, około dwóch trzecich światowych mocy produkcyjnych dla akumulatorów litowo-jonowych znajduje się w Chinach. Największym graczem w tej branży na świecie jest chińska firma CATL. Jej najbliższymi rywalami są japoński Panasonic (PCRFY) i południowokoreański Samsung SDI. Szacuje się, że Europa posiada zaledwie 1 proc. udziałów w tej produkcji. Nawet jeśli podejmie wielki wysiłek i uruchomi zakłady produkcyjne akumulatorów, to może napotkać inne bariery. Chiny w ciągu ostatnich kilku lat blokowały dostawy kluczowych zasobów, które są wykorzystywane do budowy ogniw elektrycznych, takich jak lit i kobalt.

Według raportu Securing America’s Future Energy, Pekin przejął znaczną część globalnej produkcji surowców mineralnych wykorzystywanych przez ten przemysł. Chiny zakontraktowały około dwóch trzecich produkcji kobaltu z Demokratycznej Republiki Konga, światowego lidera w produkcji tego metalu. Zakontraktowały 67 proc. produkcji litu zarówno w Chile, jak i Australii, a także 41 proc. planowanej produkcji w Argentynie.

Chiny już teraz produkują znacznie więcej baterii do pojazdów elektrycznych niż jakikolwiek inny kraj, a ich plany na rok 2030 są zdumiewające. Według Benchmark Mineral Intelligence, Chiny chcą mieć do tego czasu moce produkcyjne do wytwarzania energii 2078 GWh w akumulatorach. W porównaniu Europa ma mieć 554 GWh, zaś Ameryka Północna, w tym Kanada i Meksyk - 382. W całych Stanach Zjednoczonych poziom ten wynosi obecnie 41 GWh, głównie za sprawą Gigafactory Tesli w Reno, w Newadzie, i przewiduje się wzrost do około 128.

mlodytechnik.pl

W ostatnim kwartale 2020 roku stany i rząd federalny USA złożyły wiele pozwów przeciwko firmom Big Tech Google i Facebook, zarzucając im nadużywanie ich pozycji. Pozwy pojawiły się po trwającym rok dochodzeniu kongresowym, którego kulminacją było lipcowe przesłuchanie, podczas którego prezesi Mark Zuckerberg z Facebooka, Sundar Pichai z Google'a, Jeff Bezos z Amazona i Tim Cook z Apple'a zeznawali przed Kongresem. Teraz w trwających już procesach będą musieli tłumaczyć się, jak ich firmy wyeliminowały lub pokonały konkurencję, tłumiąc innowacje, degradując prywatność konsumentów i/lub doprowadzając do wzrostu cen dla reklamodawców, a w konsekwencji konsumentów.

Facebook obecnie ma ogromny pozew złożony wspólnie przez Federalną Komisję Handlu i 46 stanów. Zarzuca się w nim Facebookowi, że "nielegalnie utrzymuje" swój monopol na obszarze sieci społecznościowych. Jeśli chodzi o kupione przez niego aplikacje Instagram i WhatsApp, to zarzuty skupiają się na tym, że nie tyle się rozwijał, ile eliminował potencjalną konkurencję, nabywając te serwisy. Firmom, których nie mógł kupić, jak np. Vine, odciął dostęp do zasobów sieciowych Facebooka, do których inne firmy normalnie miały dostęp. Eksperci nie wykluczają, że sąd może ostatecznie nakazać oddzielenie WhatsAppa i Instagrama od Facebooka.

Departament Sprawiedliwości i dwanaście stanów oskarżają Google o monopolistyczne praktyki w dziedzinie wyszukiwania zasobów sieciowych. Głównie chodzi o systemy mobilne. Android jest związany z Google'em natomiast Apple otrzymuje od potentata wyszukiwarkowego wielkie kwoty za utrzymanie w systemie iOS wyszukiwarki Google jako domyślnej. Te wielkie pieniądze odcinają dostęp konkurencji. Inny pozew zarzuca Google, że daje wyższy ranking w wynikach wyszukiwania własnym pakietom produktów niż ofercie konkurentów. Wymaga to od marek płacenia Google za reklamy, jeśli chcą się pojawić wyżej w wynikach wyszukiwania. Jest jeszcze pozew stanu Teksas dotyczący reklam na stronach internetowych, a ściśle dominacji Google’a także w tej dziedzinie.

mlodytechnik.pl

Jakub Wiech: - Czy mamy Nową Jałtę i nowy podział świata?

Dr Witold Sokała: Nową Jałtę – nie. Nowy podział świata – tak. Jałta była podziałem świata dokonanym przy zielonym stoliku, a obecny podział świata kształtuje się bardzo spontanicznie, nikt go nie ustala, nikt nie podpisuje jawnych czy tajnych porozumień o globalnym zasięgu. Natomiast bez wątpienia, po okresie chaosu zwanym czasami „pauzą strategiczną”, wyłania się z tego zamieszania nowy ład międzynarodowy. Z grubsza – oparty znów na rywalizacji strategicznej Zachodu i Wschodu, tyle, że centrala bloku wschodniego jest teraz w Pekinie.

- Z polskiej perspektywy Jałta kojarzy się głównie ze zdradą sojuszników, m.in. przez USA. Czy teraz Amerykanie zdradzili nas ponownie?

Nie. USA realizują swoją politykę, co jest naturalne w krajach demokratycznych, gdzie wyborcy płacą ekspertom i politykom, by realizowali interesy tych właśnie podatników i miejscowego biznesu, nie zaś krajów trzecich. Natomiast kraj wiążą pakty międzynarodowe – i jeśli one zostaną naruszone, to wtedy można mówić o zdradzie. Ale niczego takiego po stronie Stanów Zjednoczonych nie dostrzegam. Widzę natomiast pewien deficyt myślenia politycznego po stronie części polskich ekspertów i opinii publicznej, polegający na myśleniu życzeniowym względem USA. Życzylibyśmy sobie, żeby Ameryka broniła naszych interesów. A gdy tak nie jest, strzelamy focha. Ten deficyt był widoczny szczególnie przy porozumieniu amerykańsko-niemieckim w sprawie Nord Stream 2. Sam wolałbym, żeby Zachód blokował ten gazociąg, natomiast Amerykanie podjęli pewną decyzję, z ich punktu widzenia logiczną, polegającą na przyznaniu Niemcom pierwszeństwa w polityce europejskiej. Zdjęcie z agendy sporu o Nord Stream 2 było bez wątpienia korzystne z perspektywy zarówno Waszyngtonu jak i Berlina. To był gest w założeniu proniemiecki, ale bynajmniej nie prorosyjski. Moskwę zresztą pewnie ucieszył tylko częściowo, bo towarzyszące mu mocne oświadczenia, informujące światową opinię publiczną, że Rosja ma w zwyczaju wykorzystywać gaz jako broń, spowodowały na Kremlu wściekłość i ostre reakcje. Tak więc, zdrady bym się tu nie doszukiwał. Jeśli jednak mówimy o pewnej nielojalności, to spójrzmy też z drugiej strony – bo Polska wykonała po drodze szereg gestów, które sojusznik amerykański mógł odczytać jako nieprzyjazne. Mam tu na myśli między innymi wyjazd pana ministra Raua do Chin i towarzyszące mu wyraźne sygnały, że Polska może być zainteresowana ściślejszymi więzami z ChRL, także natury strategicznej, na co strona chińska zareagowała czarną polewką. O ile z jednej strony rozumiem pewną grę ze strony Warszawy na rzecz przekształcenia relacji z Waszyngtonem w bardziej partnerskie, o tyle sposób wykonania tego jest przeciwskuteczny. Podważa naszą wiarygodność, powoduje też zdenerwowanie po stronie części amerykańskiej elity politycznej.

- A czy takie ruchy, jak sprawa TVN, nie są próbą wykorzystania naszych aktywów właśnie do tego, by Amerykanie siedli z Polakami do partnerskich negocjacji?

Powtórzę: cel zbożny. Dążenie do poprawy relacji z USA w kierunku mniej wiernopoddańczych, a bardziej podmiotowych jest słuszne. Natomiast sposób, miejsce i czas – fatalne. Myślę, że wybór pola sporu był motywowany polityką wewnętrzną, bo elektoratowi partii rządzącej każdy atak na TVN się podoba. Ale sprawa w relacjach międzynarodowych jest nie do wygrania. U Amerykanów nic w ten sposób nie zyskamy, za to narazimy na szwank wspólne interesy. I to my na tym stracimy. Amerykanie bez współpracy z Polakami sobie poradzą. Ale dla nas byłaby to strata fundamentalna, alternatywą jest bowiem dryf w rosyjską strefę wpływów. A to byłby nie tyle przeskok z deszczu pod rynnę, co skok w przepaść.

- Czy Amerykanie nie skaczą z kolei w przepaść zawierając porozumienie z Niemcami? Czy nie jest to powtórka błędów z kadencji Obamy?

Z pewnym niepokojem obserwuję politykę amerykańską dotyczącą Rosji, ale wydaje mi się, że gdybym był Amerykaninem, to sam bym próbował działać podobnie. Są to kroki zmierzające do pewnego resetu – i tu faktycznie można doszukiwać się analogii do polityki Obamy. Jednakże bardzo zmieniły się okoliczności. USA zidentyfikowały Chiny jako największe wyzwanie następnych dekad, a z tej perspektywy Rosja jest tylko pewnym zasobem. Wielu Polakom pewnie by się marzyło jakieś asertywne uderzenie w Rosję, ale z punktu widzenia globalnej rywalizacji z Chinami, patrząc całkiem na zimno, to ono nie jest Stanom do niczego potrzebne, przynajmniej teraz. Nie sądzę oczywiście, by Waszyngton wierzył, że da się w pełni przeciągnąć Rosjan na stronę amerykańską, ale być może uda się zapewnić przynajmniej ich neutralność. I to jest racjonalne. Ale pozostaje pytanie, czy sposób działania przybliża USA do celu? Nie wiem, nie znamy przecież wszystkich aspektów tych relacji. Z pewnością Amerykanie mają w zanadrzu szereg narzędzi, którymi naciskają lub mogą naciskać na Rosję, podejrzewam też, że liczą się z przesileniem wewnątrz rosyjskiej elity władzy. A żeby je wykorzystać, to trzeba mieć kontakty, pracować z ludźmi, którzy mogą przy następnych rozdaniach wypłynąć. Bo na jakąkolwiek pedagogikę względem kleptokratycznej ekipy obecnych władców Kremla to z pewnością nie ma co liczyć, pewne luzowanie też przecież nie spowoduje, że wpadną oni w objęcia Zachodu.

- Czy dla obecnej polityki USA względem Europy Środkowej była jakaś alternatywa, polegająca na kierunku innym niż scedowanie odpowiedzialności za region na Niemcy? Np. opcja w postaci Trójmorza?

Z przykrością to powiem, ale moim zdaniem nie. Nie sądzę nawet, by ekipa Trumpa traktowała ten projekt jako realną alternatywę dla Unii Europejskiej. To była raczej gra na zdekomponowanie i osłabienie UE oraz na zablokowanie lądowych połączeń między Chinami a Zachodnią Europą, czyli w gruncie rzeczy – wiadomych i niemiłych Amerykanom projektów mocarstwa od Kanału La Manche po Władywostok. W sytuacji, kiedy nastąpił zwrot w polityce Waszyngtonu i Berlina, przygotowywany przecież jeszcze za Trumpa, i mamy poprawę relacji unijno-amerykańskich, to Stanom Zjednoczonym przestało zależeć na blokowaniu współpracy Europy Zachodniej z Chinami. Co więcej, Amerykanie znaleźli partnera w Europie, który naprawdę dysponuje potencjałem. Patrząc z perspektywy Waszyngtonu, Niemcy to sprzymierzeniec, który ma zdolności polityczne, gospodarcze, wywiadowcze, wizję rozwoju Unii (abstrahuję w tym momencie od ocen jakości tej wizji) – to dość oczywiste, że USA będą chciały się z RFN dogadać co do Europy, w zamian za niemiecką pomoc w rywalizacji z Chinami. I ta pomoc już ma miejsce – przecież niemiecka fregata rakietowa popłynęła już w bezprecedensowy rejs na Morze Południowochińskie, dołączając na tym newralgicznym akwenie do sił amerykańskich i brytyjskich. To symboliczny gest, Berlin wybrał stronę w nowej, zimnej wojnie.

energetyka24.com

Innymi słowy, konserwatyści zazwyczaj utrzymują kontakty z innymi konserwatystami, a liberałowie zazwyczaj wchodzą w interakcje z innymi liberałami. Tworzy to egzogenną „komorę pogłosową” lub „komorę echa” (tzw. echo chamber) o wysokim stopniu homofilii, w ramach której użytkownicy zadają się z innymi podobnie myślącymi użytkownikami i wzajemnie powtarzają swoje opinie. Algorytmy platform społecznościowych mogą zaostrzyć homofilię, łącząc ze sobą użytkowników o podobnych poglądach i nie łącząc ze sobą osób o przeciwstawnych poglądach. Prowadzi to do wytworzenia endogennej „komory pogłosowej” lub „komory echa” (określanej też jako „bańka informacyjna” lub „bańka filtrująca”).

Jedno z naszych głównych ustaleń dotyczy roli „komór echa” w rozpowszechnianiu dezinformacji. Kiedy występowanie „komór echa” i zakres homofilii są ograniczone, dezinformacja nie rozprzestrzenia się zbyt daleko. Dana treść będzie krążyła do momentu, aż trafi na nią użytkownik, który się z nią nie zgadza. Taka osoba następnie sprawdzi daną treść pod kątem zgodności z faktami i ujawni jej fałszywość, jeśli zawiera ona nieprawdziwe informacje. Tego rodzaju weryfikacja prawdziwości treści dyscyplinuje innych użytkowników, którzy będą w jej wyniku bardziej skłonni do samodzielnego sprawdzenia prawdziwości artykułów przed ich udostępnieniem. I odwrotnie, gdy poziom homofilii jest wysoki i występują rozległe egzogenne lub endogenne „komory echa”, wówczas użytkownicy o podobnych przekonaniach zadają się głównie ze sobą i mając tego świadomość rzadziej sprawdzają prawdziwość udostępnianych treści. W rezultacie dezinformacja rozprzestrzenia się w sposób wirusowy.

Kolejny ważny wniosek z naszej analizy dotyczy roli platform społecznościowych w rozpowszechnianiu dezinformacji. Dla platform, które chcą zmaksymalizować zaangażowanie użytkowników – w postaci liczby kliknięć lub udostępnień treści na stronie – „komory echa” mogą być bardzo korzystne. Gdy dana platforma społecznościowa poleca jakieś treści grupom, które z największym prawdopodobieństwem będą się z nimi zgadzać, istnieje większe prawdopodobieństwo, że te treści zostaną przyjęte w sposób pozytywny i mniejsze prawdopodobieństwo, że zostaną one zweryfikowane i odrzucone (jeśli zawierają nieprawdziwe informacje), co ostatecznie zwiększać będzie zaangażowanie użytkowników. Ten efekt zaangażowania użytkowników może prowadzić do powstawania endogennych „komór echa”, co udokumentowano na przykładzie Facebooka.

Nasze ustalenia wskazują, że powstanie „komór echa” i wirusowe rozprzestrzenianie się dezinformacji są bardziej prawdopodobne, gdy dane artykuły zawierają skrajne treści. Gdy udostępniane treści nie mają charakteru politycznego, tak jak np. zdjęcia ślubne lub filmy dotyczące gotowania, platforma społecznościowa nie ma silnej motywacji do tworzenia baniek informacyjnych, a nawet może zdecydować się na samodzielne sprawdzenie prawdziwości danego artykułu i usunięcie dezinformacji.

Tak samo jest w sytuacji, gdy użytkownicy platformy mają umiarkowane przekonania ideologiczne. Dzieje się tak, ponieważ tzw. wirusowe rozprzestrzenianie się treści jest mniej prawdopodobne w przypadku treści umiarkowanych lub wśród użytkowników o umiarkowanych poglądach ideologicznych. Tymczasem w przypadku kontrowersyjnych treści politycznych lub silnej polaryzacji przekonań w danej społeczności, platforma społecznościowa nie tylko uzna tworzenie „komory echa” za korzystne w celu zmaksymalizowania zaangażowania użytkowników, ale jeszcze zrobi to bez weryfikowania prawdziwości danego artykułu.

Innymi słowy, optymalny algorytm platformy społecznościowej polega na rekomendowaniu skrajnych treści, które pasują najbardziej skrajnym użytkownikom, przy jednoczesnym stosowaniu „bańki informacyjnej”, która zapobiega rozprzestrzenianiu się danych treści poza ich grupę docelową. Chociaż takie endogenne „komory echa” są korzystne dla platform społecznościowych, w przypadku treści o charakterze politycznym prowadzą one do wirusowego rozprzestrzeniania się dezinformacji.

obserwatorfinansowy.pl