poniedziałek, 1 listopada 2021


W 1987 roku z Chin został wysłany pierwszy e-mail, w którym Chiny triumfalnie ogłosiły, że zza Wielkiego Chińskiego Muru są wstanie dotrzeć do każdego zakątka świata (...). Kilka lat później, w 1994 roku, w Chinach zaczęła na stałe funkcjonować sieć internetowa. Państwo Środka oficjalnie stało się siedemdziesiątym siódmym krajem na świecie podłączonym do sieci. Już rok później usługi internetowe zaczęły być udostępnianie zwykłym obywatelom, a w Pekinie powstała pierwsza firma, zajmująca się dostarczaniem internetu, Infohighway Information & Technology Co. LTD. Internet w Chinach rozrastał się w niewyobrażalnym wręcz tempie (ChinaDaily).

W 1994 roku, tuż po wprowadzeniu w Chinach internetu, korzystała z niego zaledwie garstka osób (w skali populacji wynosząca praktycznie 0%), podczas gdy na początku 2009 roku z sieci korzystało ok. 300 milionów ludzi, a pod koniec 2020 prawie 990 mln. Chińczyków (Statista, 2020). Wprowadzenie sieci oraz udzielenie obywatelom dostępu do niej, w krótkim tempie sprawiło, że zaczęły pojawiać się liczne serwisy internetowe. W tym okresie powstały wielkie firmy działające obecnie w obszarze nowoczesnych technologii i e-commerce, takie jak Alibaba (założona w Hangzhou w 1999 roku) i Tencent (założony w 1998 roku). W 1999 Tencent wydał pierwszą wersję komunikatora internetowego QQ, która do niedawna stanowiła najpopularniejszą platformę komunikacyjną w Chinach, z której na co dzień jeszcze w 2018 roku korzystało prawie 700 milionów ludzi. Obecnie najpopularniejszą platformą komunikacyjną jest WeChat (weixin). W 2020 roku na świecie założonych było ponad miliard dwieście milionów aktywnych kont w tej aplikacji (Statista, 2020). Założona w 1999 roku Alibaba z wykorzystaniem internetu zaczęła tworzyć jeden z największych serwisów e-commerce na świecie, konkurujący dzisiaj z Amazonem portal Aliexpress. W 2000 roku powstał chiński odpowiednik wyszukiwarki Google – Baidu. Jednocześnie władze dostrzegły w globalnej sieci zarówno wielką szansę na budowanie potęgi Chin, jak i wielkie zagrożenie. Niczym nieograniczony dostęp do sieci dla zwykłych ludzi stanowił poważne ryzyko dla utrzymania zastanego porządku politycznego oraz podtrzymania pożądanej przez partię ideologii. Rozpoczęto więc prace nad projektem Złotej Tarczy. Złota Tarcza (jindun gongchéng) to projekt, który miał zapewnić bezpieczeństwo w chińskiej sieci. Za jej wprowadzenie odpowiadało Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Narzędzie ma przede wszystkim służyć zapewnieniu bezpieczeństwa wewnętrznego oraz zewnętrznego kraju, zapobiegać szerzeniu treści szkodliwych, takich jak podjudzanie do popełnienia czynów zabronionych czy nawoływania do podjęcia prób dokonania przewrotu politycznego w państwie czy zmiany ustroju. Najwięcej kontrowersji narasta jednak wokół podprojektu Złotej Tarczy czyli tzw. Great Firewall of China (Fánghuo Chángchéng). Narzędzie służy do cenzurowania internetu w Chinach. Wykorzystywane jest także do blokowania zagranicznych portali internetowych takich jak Facebook czy YouTube (...).

instytutboyma.org

Warto przy tym przypomnieć, że każdy sprzęt dostarczany przez polski przemysł przechodzi wieloletnie badania państwowe, gdzie robi się wszystko aby potencjalnemu oferentowi pokazać, że nic nie znaczy i polska armia robi mu łaskę, że w ogóle z nim rozmawia. Oczywiście mamy wyjątek w postaci karabinka MSBS Grot, którego zakup 50 tysięcy sztuk podpisano na etapie wersji A0, która została całkowicie wycofana z WOT, wersja A1 uznawana przez jako niezbyt udana i dopiero wersja A3 ma spełnić oczekiwania użytkowników. W tym przypadku oczekiwania polityczne nie przeszkodziły podpisaniu wiążącej umowy przez MON na zakup sprzętu daleko odbiegającego od deklaracji producenta i produktów dostępnych na rynku za porównywalną cenę. Po drugiej stronie toru przeszkód dla polskich produktów, jest badanie wieży bezzałogowej ZSSW30. Mijają już 4 lata, a komisja nie podpisała protokołu z pozytywnego zakończenia badań, nie mówiąc już o podpisaniu umowy na zakup choćby pierwszych kilkudziesięciu egzemplarzy na Rosomaki, które od kilku lat stoją na placach w Siemianowicach i Gliwicach w oczekiwaniu na polskie wieże od konsorcjum HSW, które jest odpowiedzialne za cały projekt B+R. W odróżnieniu od tego sprzęt kupowany z zagranicy jak systemy rakietowe, samoloty, drony czy czołgi nie przechodzą żadnych badań, nie sprawdza się sprzętu pod kątem oczekiwań armii. Wszystko kupuje się „z półki”, płaci każdą cenę, której żąda producent i nie zawraca sobie głowy offsetem czy polonizacją.

Brak offsetu jest drugim grzechem ciężkim zakupu amerykańskich czołgów. 

(...)

Na koniec pozostaje kwestia rozmieszczenia nowo zakupionych czołgów. Przypominam, że od 2018 r. w ramach tworzenia 18 Dywizji Zmechanizowanej zlokalizowanej na wschód od Wisły zaczęto przesuwać z zachodniej Polski część czołgów Leopard A5 i A4, które miały być wzmocnieniem dla dotychczasowego parku czołgów z rodziny T-72. Przecież wraz z przesunięciem tego sprzętu trzeba było zbudować nowe zaplecze logistyczne i szkoleniowe w innej części kraju. Nie wyobrażam sobie, żeby w ramach oszczędności czołgiści z Wesołej mieli szkolić się w Żaganiu. Jednocześnie część czołgów T-72 została przesunięta do 11 Dywizji Kawalerii Pancernej, co oznacza również zapewnienie zaplecza logistycznego do tej starej generacji czołgów tam gdzie były już tylko Leopardy! Teraz dowiadujemy się, że 18 Dywizja Zmechanizowana otrzyma trzeci typ czołgów! Przecież to oznacza, że trzeba będzie tworzyć kolejne zasoby osobowe dedykowane amerykańskiemu sprzętowi. To są kolejne koszty powielające obecne zasoby. Nic nie słychać o tym aby konkretne Dywizje czy Brygady miały być wyposażone w jednakowe czołgi. To może oznaczać, że po raz kolejny, że wśród polityków w MON, słowo wyprzedza myśl, albo chodzi jedynie o efekt marketingowy, ….a potem „się zobaczy” i „jakoś to będzie”. Istnieje jeszcze możliwość, że po raz kolejny Leopardy zostaną cofnięte do 11 DKPanc., a stamtąd wrócą postsowieckie czołgi, ale to jeszcze bardziej obnaży bezsens wcześniejszych decyzji MON. Takie roszady nie mają zbyt wiele wspólnego z planowaniem i dostosowaniem zasobów do możliwości. Jak ma walczyć dywizja dysponując tak różnymi typami czołgów wymagającymi odrębnego zaplecza części zamiennych i kadry technicznej do utrzymania sprzętu w gotowości w trakcie pokoju jak i w czasie konflikt?. Nikt z oficjeli politycznych i wojskowych nie zająknął się słowem jak będzie zorganizowana dywizja z trzema typami czołgów. Ile czołgów mogłaby mieć Polska za te pieniądze, które zostały zmarnowane na dotychczasowych chaotycznych działaniach wewnątrz armii z tytułu relokacji sprzętu pancernego?

defence24.pl

Czy mogliśmy zrobić coś inaczej? Lepiej? - Moim zdaniem miarą polityki zagranicznej jest jej skuteczność. Co osiągnęliśmy na Białorusi, jakie cele zrealizowaliśmy? Śmiem twierdzić, że żadne. Przegraliśmy wszystko, co można było przegrać - uważa Witold Jurasz, były chargé d’affaires (szef misji dyplomatycznej niższej rangi niż ambasador) na Białorusi, obecnie dziennikarz portalu Onet. Od lat krytykuje on polską politykę zagraniczną na kierunku wschodnim, zwłaszcza białoruskim. Jego zdaniem nie jest ona dość realistyczna, a osoby za nią odpowiadające nie dość kompetentne, żyjące za bardzo w sferze pragnień, a nie faktów.

Według Jurasza kardynalnym błędem naszej polityki było od lat ignorowanie kontaktów z łukaszenkowską nomenklaturą. Tymi ludźmi, od których poparcia dyktator naprawdę jest zależny. - Ignorujemy fakt, że Łukaszenka to zwieńczenie systemu liczącego dziesiątki tysięcy ludzi, którym trwanie reżimu jest na rękę - uważa. - Przez ostatnie 20 lat trzeba było próbować ich kaptować, budować wpływy - dodaje były dyplomata. Sugeruje na przykład oferowanie wyjazdów na wartościowe kursy i szkolenia na Zachodzie, takie jak choćby MBA.

Zdaniem Jurasza w Polsce przyjęto błędne założenie, że ulica i protesty są w stanie doprowadzić do obalenia reżimu Łukaszenki. - To chyba efekt naszego mitologizowania Solidarności. Przeceniania jej realnego wpływu na obalenie rządów komunistycznych w Polsce. Tak jakby nie było bankructwa sowieckiej gospodarki, Ronalda Reagana, papieża, Michaiła Gorbaczowa, i wielkiego dealu na koniec - uważa były dyplomata.

- Teraz to wszystko jednak historia i zbędne dywagacje. Jest po sprawie. Straciliśmy Białoruś. Reżim zaszedł tak daleko, że nie ma szans na realny dialog. Nie ma do tego warunków. Możemy tylko czekać do jakiegoś kolejnego dużego przesilenia na arenie międzynarodowej. Przetasowania, które pozwoli wyrwać Białoruś z orbity Rosji. Może za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat wrócimy do gry. Na razie i tak nie jest źle, bo chociaż my znaleźliśmy się po właściwej stronie w nowej zimnej wojnie - uważa Jurasz.

- Nie podzielam poglądu, że polska polityka zagraniczna wobec Białorusi to jakaś całkowita katastrofa. Nie jest tak źle. Tego, co się stało na przestrzeni ostatniego roku, nikt nie przewidział. Nawet sam reżim czegoś takiego się nie spodziewał. Trudno więc oczekiwać innego efektu - mówi natomiast w rozmowie z Gazeta.pl Anatol Kotow, członek Narodowego Zarządu Antykryzysowego, jednego z głównych ciał białoruskiej opozycji. Odpowiada za sprawy zagraniczne i handel. Do 2020 roku pracował w białoruskiej administracji, ale w obliczu represji rzucił służbę cywilną. - Wasz podstawowy problem jest taki, że musicie grać zgodnie z prawem, zgodnie z zasadami, a gracie z reżimem, który żadnego prawa i zasad nie uznaje - dodaje.

Zdaniem Kotowa działania w rodzaju stworzenia BiełsatTV i fundowania stypendiów dla białoruskich studentów w Polsce, których celem było wspomaganie budowy społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi, to nie był błąd. - Jednak na większą skalę nie ma tym zainteresowania wśród Białorusinów. To nie docierało do szerokiego grona. Więc ta inwestycja nie stała się w pełni skuteczna - stwierdza Kotow. - Teraz cała ta polityka budowania społeczeństwa obywatelskiego już niezbyt ma sens. To mogło działać w miękkim autorytaryzmie, a na Białorusi zapanowało całkowite bezprawie. Jest już za późno - mówi opozycjonista.

gazeta.pl

sobota, 30 października 2021


Turbiny wiatrowe, panele fotowoltaiczne czy baterie do wszelkich pojazdów elektrycznych w większości zawierają w swoich składach metale rzadkie. Większość z nich pochodzi z kopalni na terenach Chin. Autor opisuje swoje śledztwo w Państwie Środka, w tym – masowe niszczenie środowiska i zatruwanie wód podczas wytwarzania metali rzadkich. Jest to tym bardziej paradoksalne, że m.in. wydobywa się tam ind, konieczny do produkowania paneli słonecznych. Podczas wydobycia tego metalu zdarzały się przypadki wylewania ton chemikaliów do rzeki Xiang. Innym przytoczonym przykładem były zniszczenia w środowisku naturalnym w prowincji Fujian w 2011 r. podczas wydobywania galu, który jest potrzebny do wytwarzania żarówek energooszczędnych. Autor opisuje również działania chińskiej firmy Baogang w mieście Baotou, który jest jednym z głównych graczy na rynku metali rzadkich. (...)

Problemem nie jest tylko wydobycie (niszczenie skorupy ziemskiej), ale często olbrzymie skażenie środowiska w porównaniu z “tradycyjnymi” surowcami. W przypadku kopalni węglowej, głównie wydobywamy po prostu węgiel, tak samo w przypadku ropy naftowej. Metale rzadkie, tak jak wskazuje nazwa, są rzadkie i nie występują samodzielnie. Są one powiązane z innymi pierwiastkami. Pitron sprawdził, że “trzeba oczyścić 8,5 tony skały, by wyprodukować kilogram wanadu, z 16 ton otrzymuje się kilogram ceru, z 50 ton – kilogram galu, a z zawrotnej ilości 1200 ton – nędzny kilogram jeszcze rzadszego metalu, jakim jest lutet”. (...)

Z roku na rok, proporcjonalnie do zapotrzebowania na nowe technologie i przechodzenie na źródła odnawialne, zapotrzebowanie na metale rzadkie będzie coraz gwałtowniej rosnąć – “w ciągu 10 lat produkcja energii wiatrowej będzie wzrastać siedmiokrotnie, a słonecznej fotowoltaicznej 44 razy”. W związku z tym, w przeciwieństwie do tego, co często się głosi, że przechodzenie na źródła odnawialne ograniczy etaty, według Międzynarodowej Agencji Atomowej, przejście na odnawialne źródła energii wykreuje 24 mln nowych miejsc pracy do 2050 r. (...)

Do lat 90. w wydobyciu metali rzadkich przodowały Stany Zjednoczone, dużą rolę odgrywała również Francja. Ze względu na koszty, a także sprzeciw obywateli tych krajów, Chiny przejęły rolę głównego producenta, stosując zarówno dumping ekonomiczny jak i dumping ekologiczny, ponieważ – jak zaznacza jeden z chińskich aktywistów przytoczonych w publikacji – “prace nad naprawą szkód wyrządzonych środowisku nie zostały wliczone do kosztów produkcji”. (...)

Pitron opisuje, jak Chiny, przyciągając zachodnich producentów metali (np. przez wolne strefy), wykorzystały to długofalowo do rozwoju nowych technologii i stały się jednym z kluczowych graczy w sektorze. (...)

Na Chińską Republikę Ludową patrzy się ze względu na zanieczyszczenia, a warto sobie uświadomić, że Chiny „są obecnie największym na świecie producentem energii ze źródeł odnawialnych, największym producentem urządzeń fotowoltaicznych, największą potęgą hydroelektryczną, największym inwestorem w energię wiatrową i największym rynkiem pojazdów wykorzystujących energię ze źródeł alternatywnych”. W 2020 r. Chiny miały wyprodukować 80-90 proc. wszystkich baterii do samochodów o napędzie elektrycznym. Sześć z dziesięciu największych producentów tego typu pojazdów pochodzi z Państwa Środka. (...)

Jednym z elementów polityki zagranicznej i gwarancji bezpieczeństwa państwa, jest zapewnienie ciągłego dostępu do kluczowych surowców. W przeszłości był to węgiel, który wyparła ropa naftowa, a ją obecnie wypierają metale rzadkie. Faktem jest, z czym nie sposób nie zgodzić się z autorem, że zielone technologie opierają się na nieskończonych źródłach, jak wiatr czy energia słoneczna, ale urządzenia, które je pozyskują są zbudowane z surowców, które już nieskończone nie są.

Wymienione surowce są podstawą uzyskiwanej energii. Państwa je wydobywające stają się coraz większymi graczami na arenie międzynarodowej, a te – i tak już potężne –  jak Chiny zwiększają swój potencjał. Naturalnie pozycja krajów-producentów ropy naftowej czy gazu ziemnego, jak np. Rosji (będzie to miało wpływ na stosunki z UE, w tym Polską), Kataru i Arabii Saudyjskiej, będzie stopniowo spadać na rzecz innych państw. (...)

Pitron przytacza komunikat Komisji Europejskiej, która ogłosiła, że “Chiny są najbardziej wpływowym krajem pod względem światowego zaopatrzenia w wiele surowców krytycznych”. Według tej unijnej instytucji, mają odpowiadać za pozyskiwanie aż 95 proc. metali rzadkich. Kolejnymi państwami, które są głównymi graczami w wydobyciu konkretnych metali są: Brazylia (90 proc. produkcji niobu), RPA (83 proc. irydu, rutenu, platyny), Demokratyczna Republika Konga (64 proc. kobaltu). Dzięki dużym zasobom prawdopodobnie będzie rosła pozycja takich państw jak: Chile, Boliwa, Peru oraz Gwinea, Burundi, Angola i Madagaskar.

obserwatorfinansowy.pl

piątek, 29 października 2021


W 2017 roku dziennikarskie śledztwo w Danii wykazało, że H&M tylko w tym kraju spala 12 ton, nowych, nigdy nieużywanych ubrań. H&M temu zaprzeczyło, ale to nie było pierwsze takie doniesienie. Wcześniej „The New York Times” opisywał, jak nowe, niesprzedane ciuchy są wrzucane do worków i cięte. „Przy tylnym wejściu na 35. ulicy, czekając na wywóz śmieci, leżały worki z ubraniami, które wydawały się nigdy nie być noszone. Aby mieć pewność, że nigdy nie będą noszone ani sprzedawane, ktoś pociął większość z nich nożami do pudełek lub brzytwą” – pisał dziennikarz NYT. Sprawa nie dotyczyła wyłącznie H&M – trochę dalej na tej samej ulicy znaleziono władowane do worków bluzy, spodnie i koszulki, które nie sprzedały się w sklepie sieci supermarketów Wallmart.

„Palenie i cięcie to dwa najczęstsze sposoby” – mówił w rozmowie z portalem Vox Tim Rissanen, profesor projektowania mody i zrównoważonego rozwoju w Tishman Environment and Design Center. „Trzecią opcją jest po prostu składowanie na wysypiskach, ale większość firm przeprowadza spalanie, aby móc twierdzić, że spalarnie wytwarzają energię. Na przykład Burberry upiera się, że przetwarza ubrania na energię, ale nie wspomina o tym, że energia odzyskiwana ze w ten sposób w najmniejszym stopniu nie rekompensuje energii, jaką trzeba było zużyć do produkcji ubrań” – tłumaczył.

W 2018 roku niemieckie media podały, że Amazon niszczy produkty zwracane przez konsumentów. Jedna z pracowniczek opowiedziała dziennikarzom, że dziennie musiała niszczyć produkty warte dziesiątki tysięcy euro. W tym roku brytyjskie ITV odkryło, że ten proceder dotyczy również magazynów w Szkocji. „Praktyka niszczenia niesprzedanych rzeczy nie jest nowa” – komentował Greenpeace UK. „Marki fast fashion od dawna palą i niszczą niesprzedane lub zwrócone ubrania. Tak naprawdę, wiele korporacji ma problem ze zbyt dużą produkcją. To często prowadzi do szokującego marnowania. Nadmierna produkcja zostawia ślad w środowisku”.

Odpowiedź na to pytanie jest wbrew pozorom wielowątkowa i trudna. Po pierwsze: produkcja ubrań emituje ogromne ilości CO2 do atmosfery, przyczyniając się do kryzysu klimatycznego. Im więcej ciuchów wytwarzamy, tym, oczywiście, wyższe emisje.

Na stronie Parlamentu Europejskiego możemy przeczytać, że przemysł odzieżowy jest odpowiedzialny za 10 procent globalnych emisji gazów cieplarnianych – to więcej niż łączne emisje z międzynarodowego ruchu lotniczego i żeglugi.

Europejska Agencja Środowiska wylicza, że produkcja wszystkich zakupionych w UE tekstyliów generuje rocznie 654 kg ekwiwalentu CO2 na osobę (CO2e to uniwersalna jednostka do pomiaru gazów cieplarnianych). Żeby pokazać skalę: średnia roczna emisja CO2 na osobę wynosi 5 ton. W UE produkcja i zużywanie tekstyliów jest na piątym miejscu największych źródeł emisji CO2 związanych z konsumpcją – tuż za transportem i produkcją żywności.

Organizacja World Research Institute podaje, że wyprodukowanie jednej pary jeansów generuje takie emisje, jak 130-kilometrowa trasa samochodem. Do wytworzenia jednej koszulki potrzeba aż 2,7 tys. litrów wody. To tyle, ile człowiek wypija przez dwa i pół roku.

(...)

Co więcej, EEA podkreśla, że do wytwarzania tekstyliów używa się 3,5 tys. substancji chemicznych. 750 z nich uznaje się za niebezpieczne dla ludzi, a 440 – szkodliwe dla środowiska. Przykład? Formaldehyd, który nadaje tkaninom gładkość. Jednocześnie może uczulać, a w większych stężeniach nawet przyczynić się do rozwoju nowotworów.

Szacuje się, że 20 proc. globalnego zanieczyszczenia wód jest związane z produkcją i farbowaniem ubrań.

Najgorzej jest m.in. w Bangladeszu, Etiopii, Indiach i Pakistanie. Czyli tam, gdzie marki fast fashion szyją swoje kolekcje. W samym Bangladeszu trzy rzeki są określane jako „biologicznie martwe”. Ścieki z produkcji ubrań tak je zanieczyściły, że praktycznie nie zawierają tlenu, więc żadne życie nie może się w nich rozwijać. Już kilka lat temu szacowano, że w 2021 roku przemysł odzieżowy wypuści do rzek w Bangladeszu prawie 350 m3 ścieków, pełnych m.in. ołowiu, arsenu i rtęci.

(...)

Chemiczne są nie tylko dodatki i farby, ale same materiały. Ponad połowę wyprodukowanych w 2019 roku materiałów stanowił poliester. Jest to syntetyczne włókno z tworzywa sztucznego wytwarzane w bardzo energochłonnym procesie. Bazą do jego produkcji jest ropa naftowa i jej pochodne. Dokładnie tak samo powstają plastikowe butelki. Alice Wilby, reprezentująca ruch Extinction Rebellion, mówiła w rozmowie z „The Independent”: „Użycie paliw kopalnych do produkcji poliestru niesie ze sobą inne szkodliwe problemy, w tym wycieki ropy, emisje metanu i utratę bioróżnorodności”. Poliester, podobnie jak inne syntetyki – rzadziej używane nylon i akryl – oczywiście nie jest biodegradowalny. Można go recyklować.

W takim razie może lepsza będzie naturalna bawełna? Odpowiedź brzmi: niestety nie. Z jej produkcją również wiąże się masa problemów – pracowniczych (o czym była mowa w pierwszej części tekstu) i środowiskowych. Przede wszystkim, uprawa bawełny pochłania ogromne ilości wody. Co więcej, na plantacjach wykorzystuje się w pestycydy i toksyczne chemikalia. Niektóre dane mówią o tym, że aż 1/6 światowego zużycia pestycydów dotyczy właśnie uprawy bawełny. „Bawełna jako uprawa sieje spustoszenie zarówno wśród ludzi, jak i planety, jeszcze zanim zostanie zamieniona w odzież” – mówiła w „The Independent” Alice Wilby. WHO potwierdza, że w krajach rozwijających się tysiące osób cierpi na powikłania związane z wdychaniem chemikaliów – nowotwory i poronienia.

oko.press

Wielkie imperia kolonialne nie mogłyby powstać bez zastępów "tubylczych" formacji wojskowych. Dzięki nim – żołnierzom rekrutującym się z arabskich, afrykańskich i azjatyckich ludów – europejskie potęgi poszerzały zamorskie terytoria, a następnie utrzymywały nad nimi panowanie. W różnych okresach i natężeniu wykorzystywali je między innymi Brytyjczycy, Niemcy, Włosi, ale przede wszystkim Francuzi.

Do 1914 roku zarządzane z Paryża terytoria, łącznie z metropolią, rozciągały się na powierzchni ponad 10 mln kilometrów kwadratowych, a zamieszkiwało je około 100 mln ludzi. W cieniu trójkolorowych sztandarów znalazły się między innymi polinezyjskie archipelagi, Madagaskar, znaczna część Indochin oraz większa część Afryki Zachodniej i Maghrebu. Pod nimi przeciwko chińsko-wietnamskim siłom w Tonkinie w latach 80. XIX wieku walczyli za Francję algierscy żuawi. Senegalscy strzelcy zaś u boku białych żołnierzy uczestniczyli w podboju Dahomeju i Madagaskaru w następnej dekadzie.

Kolonialne oddziały były dowodzone przez garstkę francuskich oficerów i podoficerów. Po dziesięcioleciach gromadzenia obserwacji podkomendnych z różnych podbitych nacji na początku XX wieku stworzyli oni klasyfikację "ras wojowników", czyli uszeregowali grupy etniczne wedle ich przydatności na polu walki.

"Tunezyjczycy są zniewieściali, Algierczycy męscy, ale to Marokańczycy są urodzonymi żołnierzami" – głosiło popularne powiedzenie wśród francuskich wyższych szarż. Jeszcze mniej subtelnie, w rasistowskim duchu epoki opisywano mieszkańców Afryki Subsaharyjskiej. Ogólnie uważano ich za prymitywne istoty – nadpobudliwe seksualnie, okrutne i niezdolne do racjonalnego myślenia. Niemniej w niektórych ludach dostrzegano większy potencjał niż w innych.

Wojskowi szczególnie cenili nacje z francuskiej Afryki Zachodniej, zamieszkujące tereny takich dzisiejszych państw, jak Senegal, Mali i Burkina Faso. Najwyżej w ich rankingu znajdowali się Bambarowie – jako "odważni i lojalni" – oczko niżej sklasyfikowano Wolofów – "inteligentnych, sprytnych, ale często próżnych". Ale innymi rekrutami, jak Tukulerzy lub Fulanie, też nie pogardzano. To z nich zaczęto już w latach 50. XIX wieku formować kolonialne oddziały zbiorczo określane mianem strzelców senegalskich.

Z punktu widzenia decydentów w metropolii takie rozwiązanie miało wiele korzyści. Przede wszystkim koszty wyszkolenia, wyekwipowania i żołdu dla czarnoskórego żołnierza były o połowę niższe niż w przypadku poborowego z Bretanii czy z Artois. Ponadto Afrykanie, co naturalne, dużo rzadziej padali ofiarą chorób tropikalnych. Dlatego Francuzi wykorzystywali strzelców senegalskich głównie do służby w garnizonach i kampanii na obszarze im najbliższym, tj. na terenie Afryki Zachodniej i Środkowej. Sporadycznie angażowano ich w operacje na innych frontach działań, na przykład w Maroku lub Madagaskarze.

gazeta.pl

Pierwsze poważne plany budowy pompowych magazynów energii powstały już w latach międzywojennych. Zespół inżynierów pod kierownictwem późniejszego prezydenta Gabriela Narutowicza proponował budowę elektrowni szczytowo-pompowych na górze Żar i w Niedzicy. Ambitne plany pokrzyżował Wielki Kryzys i II Wojna Światowa. Po wojnie energetyka rozwijała się w błyskawicznym tempie, a zużycie prądu rosło nawet o kilkanaście procent rocznie. Oprócz masowej budowy elektrowni węglowych wrócił pomysł gromadzenia nadwyżek prądu na czas największego zapotrzebowania. Większość elektrowni szczytowo-pompowych w Polsce pochodzi właśnie z tego okresu. Kryzys lat 80. XX wieku i późniejsza transformacja ograniczyły zużycie prądu znacznie poniżej wcześniejszych prognoz. Infrastruktura wybudowana w okresie PRL okazała się wystarczająca, a potencjał istniejących magazynów energii jest obecnie wykorzystywany tylko częściowo. Niektóre elektrownie wodne jak np. Niedzica są uruchamiane do pracy pompowej okazjonalnie, a ich zbiorniki pełnią głównie funkcję przeciwpowodziową.

Elektrownie szczytowo-pompowe to najczęściej spotykane magazyny energii elektrycznej na świecie. Na całym globie jest ich ok. 400 (działających lub w trakcie budowy) o łącznej mocy ponad 160 GW. Najwięcej (47 GW) znajduje się w Europie, następne miejsca zajmują Chiny, Japonia i USA. Podobnie jak w Polsce, w USA i w zachodniej Europie najwięcej powstało ich w latach 70. i 80. XX wieku.

Elektrownie szczytowo-pompowe pozostają jedną z najbardziej opłacalnych metod magazynowania prądu. Podczas procesu spuszczania wody odzyskuje się 70-85% włożonej energii. Raz wybudowany obiekt pozostaje w służbie co najmniej kilkadziesiąt lat, a koszty eksploatacyjne są stosunkowo niskie. Pod koniec czerwca PGE poinformowało o pomyśle wznowienia zawieszonej w 1982 roku budowy elektrowni w Młotach w Kotlinie Kłodzkiej. Koszt dokończenia obiektu o mocy 750 MW szacuje się na ok. 4 mld zł. To cena niższa niż dla bloku węglowego o tej samej mocy i nieco tylko wyższa od elektrowni na gaz ziemny. Po wyborach temat ucichł, być może z powodu obniżonych przez pandemię prognoz wzrostu gospodarczego.

Magazyn energii może posłużyć do stabilizacji pracy źródła wytwórczego. W niemieckim Gaildorf technologię szczytowo-pompową połączono z elektrownią wiatrową. Cztery górne zbiorniki o pojemności 40 000 m3 każdy stanowią jednocześnie fundament najwyższych w owym czasie turbin wiatrowych. Wiatraki o wysokości 246 metrów (niewiele wyższej od Pałacu Kultury) dostarczają energię do sieci lub w razie niskiego zapotrzebowania pompują wodę. Magazyn pozwala na pracę z maksymalną mocą przez cztery godziny bezwietrznej pogody. Dolny zbiornik na wodę znajduje się w położonej niżej dolinie rzeki Kocher.

wysokienapiecie.pl

Nagle uświadamiam sobie, że jestem tu już bardzo długo, więc czym prędzej zadaję pytanie, które od pewnego czasu krąży mi po głowie: czy Aldrin wciąż cierpi na depresję? Odpowiedź rozpoczyna z wahaniem.

– Nie, czasami… no… mam czegoś trochę dość i postanawiam uciec i nie zwracać uwagi, a potem jest mi trudno wrócić i znowu nabrać rozpędu. Ach. Hm. Chyba jest w tym jakaś kwestia upojenia sukcesem i przygnębienia porażką, i ona nigdy się nie skończy. Niektórzy są dość stabilni i radzą sobie z jednym i drugim. Na innych bardziej wpływają przytrafiające się sytuacje. A dostrzec jasną stronę gównianych sytuacji to wyzwanie!

Głęboki śmiech – Aldrin z rozbawieniem mruży powieki. Na moich oczach jakby młodniał o trzydzieści lat. Znów wytrąca mnie z równowagi jego szczerość.

– Jest taka cecha depresji, którą znają ci, co jej doświadczyli, że kiedy to się dzieje, wydaje ci się, że nigdy się nie skończy, i nie widzisz wyjścia. Gdybyś widział wyjście, tobyś z niego skorzystał. Ale jest tak, że nie masz pojęcia, jak miałbyś się z tego wydostać, i odmawiasz poczynienia kroków, o których na poziomie intelektualnym wiesz, że mogłyby pomóc. Lepiej się czujesz, dusząc się we własnym sosie. To nie jest naprawdę groźne, ale kłopotliwe. Bo oznacza, że nie mogę zapowiedzieć komuś z półrocznym wyprzedzeniem, że bardzo chętnie pojawię się na jego imprezie albo czymś tam. Nie mogę.

Andrew Smith - Księżycowy pył

To, co działo się w ciągu ostatnich tygodni i dzieje się nadal, sprawia, że wśród ekspertów od zjawisk klimatycznych zapanowała konsternacja – klimat wymyka się wszelkim teoriom i wyprzedza opracowane wcześniej modele. Pożary, ekstremalne upały, susza, powodzie i huragany. I wszystko niemal jednocześnie.

Podczas gdy w południowym Oregonie od tygodni szaleje pożar, zajmujący obszar 25 razy większy od Manhattanu, w Chinach nastąpił atak błyskawicznych powodzi, które niemal spustoszyły jedno z większych miast – Zhengzhou. Do dramatycznych wydarzeń doszło też w Rosji, gdzie ogłoszono stan wyjątkowy z powodu nie dających się ugasić pożarów. Władze postanowiły stworzyć sztuczny deszcz, zasiewając chmury jonami srebra.

Kilkaset osób ewakuowano z ich domów w rejonie miasta Oristano na Sardynii, gdzie od soboty szaleją pożary. Ogień zniszczył 10 tysięcy hektarów lasów i część domów. Zagrożenie pożarowe z powodu wiatru określono jako skrajne.

(...)

- Jesteśmy nieco zszokowani tym, co widzimy – powiedział Chris Rapley, profesor nauk o klimacie w University College London, cytowany przez „Financial Times”. - Następuje radykalna zmiana częstotliwości występowania ekstremalnych zdarzeń pogodowych - dodał.

Zdaniem klimatologów, jednym z czynników napędzających wiele z tych wydarzeń jest zmieniający się wzór prądu strumieniowego - szybko płynącego pasma powietrza, które rządzi pogodą na półkuli północnej. Staje się on wolniejszy i bardziej falujący, szczególnie w miesiącach letnich. Obecne modele zmian klimatycznych nie do końca uwzględniają te zmiany, stąd zaskoczenie spowodowane szybkością ich następowania.

Eksperci tłumaczą, że to zjawisko znane z j. ang. jako "planetary wave resonance" stoi za niedawną falą upałów w Ameryce Północnej, gdzie temperatury w zachodniej Kanadzie osiągnęły 49°C. Przyczyniło się również do ekstremalnych upałów w rosyjskim regionie Arktyki. Tam z kolei rozległe pożary wytwarzają toksyczny dym, który okrył miasto Jakuck, dotychczas znane jako jedno z najzimniejszych miast na świecie. Pożary spowodowały tam jedno z najgorszych na świecie zdarzeń zanieczyszczenia powietrza.

Świat ocieplił się średnio o 1,2°C od czasów przedindustrialnych, ale ocieplenie to jest nierównomiernie rozłożone, przy czym region arktyczny ociepla się około trzy razy szybciej niż reszta świata. Globalne ocieplenie ma również bezpośredni wpływ na opady i opady, ponieważ cieplejsze powietrze może zatrzymać więcej wilgoci — około 7 procent więcej wody na każdy 1C ocieplenia. Jest to jeden z powodów, dla których niedawne powodzie w Indiach i Chinach były tak niszczycielskie. 

onet.pl

czwartek, 28 października 2021


Koronnym dowodem wzajemnych zależności między cywilizacjami sprzed 3000 lat jest odnaleziony w latach 80. XX wieku wrak Uluburun. Statek ten „mógł rozpocząć swoją podróż w Egipcie lub Kanaanie (…) i po drodze zatrzymał się zapewne w Ugarit w północnej Syrii i na Cyprze. Kierował się wyraźnie na zachód, na Morze Egejskie, płynąc wzdłuż południowego wybrzeża Anatolii (współczesnej Turcji)” – opisuje Cline. Jednak to nie trasa jest w tym odkryciu najistotniejsza, a odnaleziony na pokładzie ładunek. Składał się on bowiem z towarów pochodzących właściwie z każdego zakątka ówczesnego świata. Z wraku wydobyto sztaby cyny pochodzącej z terenów dzisiejszego Afganistanu oraz cypryjskiej miedzi, heban z Nubii, kolorowe szkło z Mezopotamii, kananejskie naczynia, egipskie skarabeusze, miecze i sztylety z Italii i Grecji, kły hipopotamów i słoni, złote ozdoby, a nawet pojemnik na kosmetyki w kształcie kaczki…

(...)

„Nigdy w naszej historii nie istniała cywilizacja, która by ostatecznie nie upadła” – pisze historyk. Podsumowuje on czynniki, które inni badacze epoki wymieniają jako możliwe przyczyny gwałtownego nastania „wieków ciemnych”: zmiany klimatyczne, susze i głód; trzęsienia ziemi; masowe migracje – zarówno pokojowe, jak i najazdy tzw. Ludów Morza; przerwanie sieci handlowych. Cline zauważa, że przez wielki cywilizacje basenu Morza Śródziemnego musiały mierzyć się ze wszystkimi tymi przeciwnościami i wychodziły z nich obronną ręką. W XII wieku przed Chrystusem nastąpiło być może skumulowanie wszystkich tych czynników, co okazało się dla ówczesnych społeczeństw zbyt dużym wyzwaniem.

obserwatorfinansowy.pl

19 lipca 1989 r. Zgromadzenie Narodowe wybrało Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta RP. W ten sposób nad reformami w Polsce i – co ważniejsze z perspektywy globalnej – nad reformami w ZSRR otwarty został parasol. Tak planowano, choć nie brakowało momentów, w których ten plan mógł wylecieć w kosmos.

Idea, by wprowadzić do polskiej konstytucji instytucję prezydenta, nabrała treści podczas obrad Okrągłego Stołu. Był to jeden z kluczowych elementów nowego systemu władzy.

Opowiada o tym Andrzej Gdula, współpracownik gen. Jaruzelskiego. – Powiedzieliśmy, że chcemy wprowadzić urząd prezydenta. Na to Geremek zapytał: „Ale po co?”. Więc tłumaczyliśmy, że taka osoba zadba o stabilność.

I już wtedy wiadomo było, że będzie to stanowisko skrojone dla Wojciecha Jaruzelskiego.

– Michnik do mnie zagadał: „Ja mówię panu jak czekista czekiście: my się w życiu na Jaruzelskiego nie zgodzimy” – opowiada Gdula. – A ja na to: „To ja panu odpowiem jak czekista czekiście: jak nie Jaruzelski, to w ogóle nie skończymy tego stołu. Jaruzelski dla nas jest kamieniem węgielnym, na którym to się opiera. On jest gwarantem i dla nas, i dla sojuszników, że to wszystko pójdzie we właściwym kierunku”. Podszedł do nas Kuroń: „Weź Olka, przyjeżdżajcie do mnie do domu, ja tam będę z Geremkiem, przegadamy”. Pojechaliśmy. Przedstawiliśmy argumenty krajowe, międzynarodowe. Geremek wysłuchał: „Musicie zrozumieć, że my nie możemy generała poprzeć, żeby Solidarność, która przeszła stan wojenny, mogła to zaakceptować. Na to nie ma żadnych szans. Natomiast rozumiemy, że tego wymaga racja stanu. Ale będziecie mieli większość w Sejmie. Zrobicie to jedną ręką”.

Wydawało się to oczywiste. Kandydaci PZPR i tzw. stronnictw sojuszniczych mieli zagwarantowane 299 miejsc w Sejmie. To dawało w Zgromadzeniu Narodowym (460 + 100) bezpieczną większość, nawet zakładając, że cały Senat trafi w ręce opozycji.

Ale oczywiste być przestało już 4 czerwca wieczorem, gdy padła lista krajowa, a Solidarność wzięła cały niemal Senat.

Druga tura wyborów ten stan niepewności pogłębiła – mandaty z list PZPR i stronnictw sojuszniczych zaczęli brać kandydaci popierani przez Solidarność. Część z nich zaczęła deklarować, że nie poprze Jaruzelskiego. I nagle okazało się, że generał może głosowania w Zgromadzeniu Narodowym nie wygrać.

Teoretycznie wszystko szło zgodnie z planem. 23 czerwca, podczas pierwszego spotkania Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, przyjęto, że OKP nie będzie wysuwał własnego kandydata na prezydenta. Bomba wybuchła 30 czerwca. Podczas XIII Plenum KC PZPR Wojciech Jaruzelski ogłosił, że nie będzie kandydował na prezydenta i że wysuwa na to stanowisko Czesława Kiszczaka.

Jak do tego doszło? Musiało przecież zdarzyć się coś, co wpłynęło na taką decyzję. Andrzej Gdula: – Nagle przyszły pierwsze notatki, Pożoga to podpisywał, że w Solidarności rodzi się pomysł, żeby nie ten, co odpowiada za stan wojenny, ale ten, kto poprowadził tak skutecznie Okrągły Stół, był kandydatem na prezydenta. Czytałem to… I mówiłem sobie: chłopcy się bawią. Ale potem przyszła informacja, że Wałęsa publicznie powiedział, że w jego rozumieniu lepszym kandydatem na prezydenta byłby Czesław Kiszczak.

W takiej atmosferze rozpoczęło się XIII Plenum KC PZPR. I wtedy Jaruzelski wszystkich zaskoczył. – Na posiedzeniu plenarnym generał ni stąd, ni zowąd powiedział, że on rezygnuje z kandydowania na prezydenta – relacjonuje Andrzej Gdula. – Rezygnuje, ponieważ dochodzą go takie opinie, także od Wałęsy, że Czesław Kiszczak byłby lepszym prezydentem.

– Dlaczego generał tak wszystkich zaskoczył?

– Myślę, że chciał sprawdzić sytuację. Dlaczego tak sądzę? Po plenum zbierałem się do domu i wtedy zadzwonił do mnie szef jego gabinetu: „Natychmiast do szefa!”. Zjechałem, mój pokój był wyżej. I generał do mnie: „Słuchaj, wiem, że jest posiedzenie klubu OKP w Sejmie. Jedź, wyciągnij kierownictwo klubu, całe, i powiedz, że podjąłem taką decyzję, że jeśli oni uważają, oni, Wałęsa, że Kiszczak będzie lepszym kandydatem, to ja nie będę stał na drodze. Jedź, czasu nie ma”. Pojechałem. Oni obradowali, więc podałem kartkę, że proszę kierownictwo o spotkanie w pilnej  sprawie. Za chwilę wyszedł Geremek, po nim Kuroń i Michnik. I mówię, że generał prosił, żeby poinformować, żeby nie dowiadywali się z prasy, bo to za chwilę będzie huczało. Że jest jego decyzja, żeby zrezygnować. Że jeśli wy popieracie Kiszczaka, że Wałęsa to zgłaszał… Pierwszy odezwał się Adam Michnik, w obraźliwych słowach powiedział, co o nas myśli. Jacek Kuroń powiedział to w łagodnych słowach: „Andrzej, jakaś powszechna głupawka was opanowała. Czy wy zdajecie sobie sprawę, co to jest? My tłumaczyliśmy wam, dlaczego nie możemy popierać Jaruzelskiego, ale zdajemy sobie sprawę, jaka jest sytuacja. A ty przynosisz takie informacje!”. Geremek słuchał. A potem powiedział tak: „Proszę przekazać generałowi, że OKP nigdy nie poprze Kiszczaka. To jest niemożliwe. My też nie będziemy głosowali za Jaruzelskim. Ale rozumiemy, że dla dobra państwa, dla spokoju takie rozwiązanie jest konieczne. I waszą rolą jest, żeby przekonać pozostałych członków parlamentu, żeby dokonali właściwego wyboru”.

– A pan co na to?

– Odpowiedziałem Geremkowi, że ta decyzja to dlatego, że są sygnały od Wałęsy. Na to Geremek: „Wałęsa nie ma nic do gadania. To my będziemy w parlamencie decydować. Myśmy to przedyskutowali i absolutnie na takie rozwiązanie, żeby Kiszczak kandydował, się nie zgodzimy. Po prostu nie przyjmiemy go. To musicie kalkulować”.

– Jaruzelski – rozumieją, Kiszczak – sprzeciw.

– Absolutnie! Kuroń dodał: „Andrzej, wyobraź sobie: nowe rozdanie, tyle nadziei, nowa Polska. I policmajster zostaje prezydentem! Czy wyście stracili głowy? Ja nie mam nic do Kiszczaka, jego zasługi, Okrągły Stół, są bez dyskusji. Ale mowy nie ma, żeby on!”. I jak się z nimi żegnałem, to jeszcze Geremek mnie przytrzymał: „Niech pan powie generałowi, że my jako klub konkurencyjnego kandydata nie wystawimy”.

– Powiedział pan?

– Zaraz zadzwoniłem do generała i mówię mu: „Towarzyszu generale, jestem po rozmowie. Dwie informacje najważniejsze – że oni rozumieli, że kandydatem jest gen. Jaruzelski. I nie popieraliby tego w Sejmie, w głosowaniu, ale ze zrozumieniem by się odnosili. Wiedzą, że są wymogi państwa itd. I drugie – że absolutnie nie poprą Kiszczaka”. Generał tego wysłuchał i mówi: „No dobrze, to zadzwoń do Czesława i mu powiedz”. Ja na to: „Ja mam o tym powiedzieć?”. A generał: „Tak, ty. A kto był na rozmowach? Ja czy ty? Bierz telefon i powiedz mu to”.

– I zadzwonił pan?

– Zadzwoniłem. I powiedziałem. Że rozmowa była i że takie ustalenia. Na tym zakończyliśmy. Kiszczak chyba się na mnie obraził. Nawet nie powiedział dziękuję, tylko odłożył słuchawkę.

– A Kiszczak chciał być prezydentem?

– On nawet po tej rozmowie chciał, z Cioskiem się spotkał, z Wałęsą. Namawiali Wałęsę, żeby przekonał posłów OKP do głosowania na niego.

– To było 4 lipca. Wałęsa obiecał Kiszczakowi, że jakąś grupę posłów i senatorów OKP przeciągnie.

– Ale już wtedy były inne działania. Oczywiście, gdy zaczęły się wahania gen. Jaruzelskiego, poinformowano ambasadorów ważnych państw, USA, Związku Radzieckiego, że są takie przymiarki. I wtedy dostaliśmy zwrotną informację, że George Bush w trybie pilnym prosi o wizytę. I przyjechał do Polski 11 lipca, rozmawiał z Wałęsą, no a przede wszystkim z generałem.

Dziś, gdy za sukces polskiej dyplomacji uważa się to, że prezydent RP pogada 10 minut z prezydentem USA, gdzieś na korytarzu, między windą a WC, trudno pojąć, że George Bush przebywał w Polsce przez prawie trzy dni, w dniach 9-11 lipca 1989 r., w zasadzie tylko po to, by Jaruzelski został prezydentem.

tygodnikprzeglad.pl