niedziela, 15 sierpnia 2021


Afirmacja użycia siły w stosunkach międzynarodowych jest umacniana przez militaryzację pamięci o wojnie i demonstracje potęgi wojskowej. Tradycyjną dla nich okazję stanowią coroczne parady z okazji Dnia Zwycięstwa, organizowane 9 maja na placu Czerwonym w Moskwie. W świetle celów kremlowskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej uwagę zwraca też podsycana odgórnie karnawalizacja mitu wojennego, i to w tonie nierzadko jarmarcznym. 9 maja to już nie tyle dzień pamięci o największym konflikcie w historii i jego społecznych kosztach, ile okazja do manifestowania – niejednokrotnie w prymitywny sposób – dumy z potęgi państwa. To już nie przekaz „wojna nigdy nie powinna się powtórzyć”, lecz „skoro tamta wojna zakończyła się zwycięstwem, to kolejna – ewentualna – też się zakończy zwycięstwem”. Ostentacyjne epatowanie symboliką militarną i patriotyczną przez propagandę państwową prowadzi do banalizowania tematyki wojennej przez społeczeństwo i bezrefleksyjnego udziału w zideologizowanych rytuałach. Do coraz częstszych praktyk podczas parad i festynów 9 maja należą stylizowanie wózków dziecięcych na czołgi czy samoloty oraz przebieranie nawet kilkulatków za żołnierzy (co koresponduje z militaryzacją edukacji i wychowania dzieci i młodzieży – (...)). Odbywają się też rajdy samochodów przemalowanych w barwy wojskowe. Stopniowo (w drugiej dekadzie XXI wieku) miejsce odchodzących z przyczyn naturalnych weteranów zaczęli zajmować rekonstruktorzy. W 2015 r. pojawiły się rekonstrukcje w postaci pokazowych rozpraw z wrogiem, w tym korytarzy wstydu, gdzie „niemieccy jeńcy” są ostentacyjnie poniżani.

Tego rodzaju teatralne rytuały stanowią wyraz symbolicznej agresji. Jest ona dowodem na daleko idące przeformułowanie sensów związanych z rocznicą Zwycięstwa. W pierwszych latach powojennych przeważała „wstydliwa pamięć” o jego ogromnej cenie i tragicznych błędach sowieckiego kierownictwa. Od lat sześćdziesiątych dominowała formuła „święta ze łzami w oczach”, którego bohaterami byli weterani. Godziła ona dumę z dokonań ZSRR (komponent państwowy, odgórny, symbolizowany przez paradę) i żałobę po poległych (komponent ludzki, oddolny, symbolizowany przez wspomnienia żołnierzy). W latach dziewięćdziesiątych, w ramach rozliczeń z totalitaryzmem, zwycięstwo przedstawiano przede wszystkim jako osiągnięte przez naród nie tyle przy wsparciu państwa, ile pomimo błędów władz. Pod rządami Putina zostało ono natomiast wpisane w ciągłość tradycji tysiącletniego imperium i oddzielone od negatywnej pamięci o reżimie stalinowskim.

„Żywa pamięć” uczestników wojny i ich rodzin jest przy tym coraz bardziej zawłaszczana przez władze, w miarę upływu czasu i wymierania jej nosicieli. Na szczególną uwagę zasługuje cenzurowanie dyskusji o blokadzie Leningradu – sakralizowanego symbolu męczeństwa i poświęcenia 27 mln obywateli ZSRR. Jest to jedno z nielicznych obecnych w oficjalnej propagandzie świadectw tragedii ludności cywilnej, lecz podlega ono odgórnej stylizacji i reglamentacji. Podobnie jak władze sowieckie cenzurowały wszelkie niekanoniczne wypowiedzi na temat blokady, tak i obecnie Kreml nie dopuszcza do głosu narracji odważających monolityczny mit o niezłomności i heroizmie narodu połączonego organiczną wspólnotą z totalitarną władzą. Ukazuje on pomnikowych bohaterów zamiast żywych ludzi, odrzucając trudne kwestie (jak problem kanibalizmu w oblężonym mieście). Sugerowanie, że inny scenariusz rozwoju wydarzeń (np. ocalenie mieszkańców dzięki poddaniu Leningradu) był możliwy, i rozważania o odpowiedzialności sowieckiego kierownictwa za skalę tragedii uważa się nie tylko za bluźnierstwo, lecz także de facto przestępstwo. Jednocześnie dramat ludności miasta wprost zestawiany jest z Holocaustem, co służy Kremlowi do forsowania wspomnianych wyżej inicjatyw dotyczących redefinicji porządku globalnego.

OSW - Naprzód, w przeszłość! Rosyjska polityka historyczna w służbie „wiecznego” autorytaryzmu

Uwagę zwraca powtarzana przez władze przestroga, że nieuwzględnienie postulatów geostrategicznych Rosji, uzasadnianych jej wyjątkową rolą w historii XX wieku, może doprowadzić do powtórzenia się wojennej tragedii. Ostrzeżenie to wybrzmiewa na tle mniej lub bardziej zawoalowanych sugestii i gróźb, powtarzanych rytualnie przez część społeczeństwa, że FR „może powtórzyć” działania wojenne, jeśli zostanie do tego zmuszona. Wielka wojna ojczyźniana i zimna wojna, w połączeniu z bieżącą konfrontacją geopolityczną z Zachodem, zlały się zatem w jedną narrację o cyklicznie powracającym „wiecznym zagrożeniu z Zachodu”, który pragnie zniszczyć Rosję. W ten sposób Kreml ostatecznie przezwyciężył odwołujące się do idei kooperacji dziedzictwo Gorbaczowa i Jelcyna.

Mit Zwycięstwa organizuje zatem wyobrażenia o historii jako o ruchu nie linearnym, ale kolistym, powtarzalnym. Stanowi tym samym najpełniejszą ilustrację autorytarnej „polityki wieczności” – regularnego powrotu w propagandzie państwowej tych samych zagrożeń, tych samych wrogów, tych samych „patriotycznych” odpowiedzi. Z uwagi na swój sakralny, mesjanistyczny charakter wielka wojna ojczyźniana to niejako archetyp wszystkich późniejszych wojen „obronnych” toczonych przez ZSRR i Rosję (interwencje w bloku sowieckim i Afganistanie oraz konflikty współczesne, jak zajęcie Donbasu czy kampania w Syrii). Ich celem było każdorazowo odsunięcie od państwa arbitralnie definiowanych lub sztucznie kreowanych zagrożeń, również poprzez działania na odległych terenach, w ramach logiki wysuniętej obrony.

Tendencyjny przekaz o II wojnie światowej i wielkiej wojnie ojczyźnianej stosowano w ostatnim czasie przede wszystkim w rozpoczętej na przełomie lat 2013–2014 antyukraińskiej kampanii dezinformacyjnej, stanowiącej przygotowanie i uzasadnienie dla późniejszego ataku zbrojnego na ten kraj. Zaktualizowano wówczas ładunek emocjonalny wojennego leksykonu:  proeuropejskich Ukraińców nazywano najczęściej faszystami i nazistami, a szczególną propagandową siłę rażenia na arenie międzynarodowej miał mieć argument o rzekomym odradzaniu się wśród nich antysemityzmu i o planach pogromów. Unia Europejska i Stany Zjednoczone jakoby wspierały „odradzający się ukraiński nazizm” („banderyzm”) i próbowały zdestabilizować Rosję, rozniecając u jej granic kolejną „kolorową rewolucję”, tym razem „faszystowską”, oraz – rzekomo – planując militaryzację Krymu przez NATO. Wszystkie te działania miały uzasadniać interwencję prewencyjną FR. Jej agresja prezentowana była od początku jako mająca na celu obronę ogólnoludzkich wartości humanitarnych i wyzwolenie ludności rosyjskiej i rosyjskojęzycznej od rzekomego zagrożenia ze strony „nazistów”. Schizofreniczne przesłanie towarzyszące napaści na Ukrainę miało przy tym potwierdzać mit rosyjskiej niewinności – w myśl sprzecznych przekazów propagandowych „nie toczyła się żadna wojna i była ona całkowicie usprawiedliwiona”.

Europejskie aspiracje Ukrainy zostały potraktowane przez Kreml jako poważne zagrożenie dla realizacji interesów mocarstwowych Rosji na obszarze poradzieckim. Dokonując ataku, Moskwa faktycznie reaktywowała Breżniewowską doktrynę „ograniczonej suwerenności”, mającą niegdyś usprawiedliwiać interwencje zbrojne w sowieckiej strefie wpływów koniecznością obrony przed wrogą ideologią. Od początku było jasne, że Kreml traktuje działania militarne na Ukrainie de facto jako quasi-zimnowojenną „wojnę zastępczą” (proxy war) z Zachodem o dominację w tradycyjnej strefie wpływów Rosji. Aspiracje społeczeństwa ukraińskiego nie tylko zatem ignorowano (w myśl jałtańskiej wizji polityki międzynarodowej, w której społeczeństwa są przedmiotem, a nie podmiotem procesów politycznych), lecz także wpisano w mit odwiecznego zagrożenia ze strony Zachodu. Towarzyszyło temu dezawuowanie samej idei ukraińskiej państwowości, przy czym w argumentacji pobrzmiewały echa sowieckiej propagandy z przełomu lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku, uzasadniającej aneksje sąsiednich terytoriów. Wiosną 2014 r. Putin sugerował, że złamanie rosyjskich gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy zawartych w memorandum budapeszteńskim z 1994 r. wynikało z „przerwania ciągłości państwowości ukraińskiej” w wyniku „rewolucji”, co pozwalało podać w wątpliwość wszelkie zobowiązania Moskwy wobec Kijowa.

OSW - Naprzód, w przeszłość! Rosyjska polityka historyczna w służbie „wiecznego” autorytaryzmu

środa, 11 sierpnia 2021


Osiedle Jeziorna leży w granicach administracyjnych Siewierza, ale sprawia wrażenie nowej miejscowości tworzonej od podstaw. Przyglądając się budowie z bliska, można odnieść wrażenie, że to eksperyment, który szalony naukowiec postanowił wcielić w życie.

Powstało w szczerym polu, w pobliżu zalewu, z dala od innych zabudowań. Choć w linii prostej to zaledwie 3 km od centrum urokliwego Siewierza i 30 minut samochodem od centrum Katowic prowadzi do niego tylko jedna dziurawa droga.

Zaprojektowano je jako spokojne i przyjazne dla jego mieszkańców. Przewidziano sporo zieleni, skwerów, placyków, miejsca wypoczynku dla mieszkańców. Jest sklep, kawiarenka, gdzie można zamówić domowe racuchy, naprzeciw żłobka powstał plac zabaw, a rzut kamieniem dalej boisko do piłki nożnej i wybieg dla czworonogów. Nowa infrastruktura wciąż powstaje.

O tym, że w tym miejscu potrzebny jest samochód, przypomina tylko ogromny parking, który szczelnie wypełnia się pojazdami każdego popołudnia i pustoszeje dopiero rano dnia następnego. Jednak to, co miało być wielką zaletą tej lokalizacji, okazuje się teraz być jej przekleństwem.

Osiedle nie ma drogi rowerowej ani bezpiecznej przeprawy pieszej do centrum Siewierza. Dojazd na rynek autobusem, który kursuje co godzinę i objeżdża wszystkie okoliczne wioski, zajmuje ponad 40 minut, choć samochodem to pięć minut drogi.

Nie ma też bezpośredniego autobusu do większych miast - do Będzina i Katowic. Mieszkańcy, aby dotrzeć do pracy, szkoły, kina czy na większe zakupy skazani są na samochód.

onet.pl

Rada Unii Europejskiej zatwierdziła w czwartek sankcje sektorowe. Dotkną one takich gałęzi białoruskiej gospodarki, jak przemysł naftowy, tytoniowy i produkcja potażu, ale też systemu bankowości i obrony Białorusi. Eksport produktów z wymienionych sektorów gospodarki do UE ma zostać "ograniczony".

Nowe sankcje zakazują państwom członkowskim UE sprzedaży, dostarczania, przekazywania lub eksportu sprzętu, technologii lub oprogramowania, które mogą zostać wykorzystywane przez białoruskie władze w celu monitorowania sieci telefonicznych oraz internetu lub ich blokowania.

Analogiczny zakaz dotyczy też towarów podwójnego zastosowania, które władze Białorusi mogłyby wykorzystać do celów wojskowych, oraz produktów wykorzystywanych przez Białorusinów do produkcji towarów tytoniowych.

Białorusi ograniczono w czwartek także dostęp do rynków kapitałowych UE, a na terenie UE wprowadzono zakaz ubezpieczania i reasekuracji rządu białoruskiego oraz białoruskich organów i agencji państwowych. Europejski Bank Inwestycyjny zatrzymał też "wszelkie płatności lub transfery jakichkolwiek środków" w projektach sektora publicznego.

W tym tygodniu to już drugi zestaw sankcji nałożonych przez UE na Białoruś. W poniedziałek Bruksela zdecydowała o wpisaniu na listę osób objętych sankcjami 86 podmiotów, prawnych i fizycznych. Wygląda więc na to, że wyniesienie przez Aleksandra Łukaszenkę terroru na poziom międzynarodowy przez porwanie samolotu linii lotniczych Ryanair, do którego doszło 23 maja, poruszyło Unię Europejską na tyle, by po niemal sześciu miesiącach ciszy znów zacząć działać w sprawie reżimu Białorusi.

Samozwańczy - od czasu sfałszowanych wyborów w sierpniu ub.r. - prezydent Aleksander Łukaszenka jest tym dotknięty. W czwartek rano na propagandowym kanale w komunikatorze Telegram prowadzonym przez osobę z bliskiego otoczenia prezydenta ukazało się nagranie, z którego wynika, że Łukaszenka gotów jest na kolejne, radykalne kroki. Z wypowiedzi prezydenta skierowanej do Władimira Karanika, gubernatora Grodna, wynika, że bierze on pod uwagę wprowadzenie w kraju stanu wojennego. Miałaby to być odpowiedź na kolejne sankcje Zachodu. „Niech Karajew (asystent prezydenta ds. obwodu grodzieńskiego, dawniej szef MSW) zakłada generalski mundur. Ty też masz stopień generała. I do przodu. Będzie stan wojenny, jeśli to konieczne", grzmiał Łukaszenka.

O wadze sankcji i o tym, że dla reżimu są one bolesne, mówił dzisiaj doradca Swiatłany Cichanouskiej ds. międzynarodowych Franak Wiaczorka. Z jego wpisu w komunikatorze Telegram wynika, że Łukaszenka próbował zapobiec wprowadzeniu czwartego pakietu sankcji, posuwając się nawet do próby targów i negocjacji z UE.

„W zeszłym tygodniu szef MSZ Władimir Makiej spotkał się z dyplomatami i osobiście zadzwonił do ministra spraw zagranicznych UE. Obiecał uwolnienie, a właściwie przeniesienie do aresztu domowego Romana Protasiewicza i Sofii Sapiegi, dziennikarzy i jeszcze części innych więźniów politycznych w zamian za 'niespieszenie się z sankcjami'. Minął tydzień, ale widzimy, że nikt nie został zwolniony", podsumowuje Wiaczorka.

wyborcza.pl

Zakładając, że za atakiem na skrzynkę Dworczyka w istocie stały rosyjskie służby, łatwo sobie wyobrazić kilka scenariuszy tego, czemu uzyskawszy dostęp do korespondencji postanowiły to ujawnić, odcinając sobie możliwość dalszej inwigilacji rządzących Polską, zamiast dyskretnie nadal śledzić konto ministra.

Śmiało można bowiem założyć, że po tym co się stało nikt z władz RP nie będzie już korzystał z niezabezpieczonych kanałów komunikacji.

Już sam ten fakt podpowiada, że wrogie służby, które stały za atakiem hakerskim musiały ocenić, że korzyści płynące ze stopniowego ujawniania posiadanych informacji będą większe od pozbawienia się możliwości dalszego ich pozyskiwania.

Świadczyć to może albo o tym, że służby te doszły do wniosku, iż niczego istotnego tak naprawdę nie pozyskują (to nie znaczy jednak, że nie zyskałyby czegoś w przyszłości), albo też uznały, że posiadane materiały są w stanie jeszcze bardziej rozpalić - będącą obiektywnie w interesach Rosji - polsko-polską zimną wojnę domową. I w imię rozpalenia tej wojny warto spalić źródła.

Zważywszy jednak na fakt, iż wojna polsko-polska trwa w najlepsze bez dodatkowego jej rozniecania, to ujawnienie posiadanych aktywów nie wpisuje się w logikę działania rosyjskich służb. Chyba że oczywiście ujawnienie informacji uzyskanych w wyniku ataku hakerskiego ma zupełnie inny cel niż ten, który suflowany jest opinii publicznej jako podstawowy.

W języku rosyjskich służb specjalnych istnieje pojęcie operacji prikrytia, czyli takiej operacji służb specjalnych, której celem jest odwrócenie uwagi od innych bardziej istotnych działań tychże służb.

(...)

W wypadku rosyjskich służb trudno nie odnieść wrażenia, że czymś zdecydowanie poniżej ich możliwości i ambicji jest to, by głównym celem działania było publikowanie trzeciorzędnych plotek, które w sensie geostrategicznym nie mają żadnego znaczenia. Rzekomy wielki atak hakerski to więc na logikę nic innego jak operacja prikrytia. Skoro tak, to pytanie brzmi: co Rosjanie "przykrywają"?

Jeśli spojrzeć na polską politykę zagraniczną ostatnich lat to przykładów działań, które sprawiają wrażenie, jakby były realizowane jeśli nie wprost na rosyjskie zlecenie, to z korzyścią dla Rosji jest aż nadto.

W odniesieniu do Ukrainy Rosja wygrała na tym, że Polska w pewnym momencie uczyniła całość naszych relacji z Kijowem zakładnikiem kwestii wołyńskiej. Absolutna klęska polskiej polityki na kierunku białoruskim również sprawia wrażenie, jakby nasze błędy, zaniechania oraz całkowicie chybione analizy powstawały w Moskwie.

(...)

W stosunkach z Zachodem najpierw popsuliśmy sobie wizerunek wojną o nowelizację ustawy o IPN z Izraelem, skłóceniem się z Berlinem i Komisją Europejską, a teraz jeszcze równoczesną - ostentacyjną wręcz - wrogością w stosunku do nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Wszystko to blednie jednak w porównaniu z tym, co pojawiło się w ostatnich tygodniach, czyli narracją o Zachodzie, który rzekomo nas już zdradził lub lada dzień zdradzi, z czego logicznie płynącym wnioskiem jest to, że można się od tegoż Zachodu odwrócić.

Tezy takie pobrzmiewały do niedawna wyłącznie w ustach rodzimych obsesjonatów, którzy zakochali się w geopolityce. Ostatnio jednak taka narracja przebiła się już do jądra rządzącej formacji, czego zupełnie już nieodpowiedzialnymi przejawami były niedawne awanse w stosunku do skłóconej z Waszyngtonem Ankary oraz - a to już objaw jawnej aberracji - Pekinu.

Państwo, którego bezpieczeństwo zależy od Stanów Zjednoczonych, a które zaczyna wysyłać dwuznaczne sygnały pod adresem głównego konkurenta swojego sojusznika albo cierpi na schizofrenię, albo jest zinfiltrowane przez obcą - w tym wypadku rosyjską - agenturę. O tym wszystkim jednak z jakiegoś powodu się w Polsce nie mówi, bo opinia publiczna zajmuje się trzeciorzędnymi plotkami pochodzącymi z konta ministra Dworczyka. I to właśnie jest pierwsza, większa operacja prikrytia.

Ile w wyżej wymienionych wypadkach było zwykłej głupoty, a ile czegoś znacznie groźniejszego nie da się oczywiście ocenić, nie mając dostępu do najbardziej tajnych informacji.

Symptomatyczne jest jednak jedno. We wszystkich tych sprawach ci, którzy zadawali pytania, wyrażali niepokój lub choćby tylko apelowali o ostrożność i rozwagę byli wyzywani od "ruskich agentów". Trudno nie odnieść wrażenia, że to druga, wbudowana w pierwszą, operacja prikrytia.

onet.pl

środa, 4 sierpnia 2021


W niedzielę 20 czerwca ok. 21 czasu polskiego kurs Bitcoina rozpoczął ostre pikowanie. Wystarczyło kilkanaście godzin, by najpopularniejsza kryptowaluta straciła na wartości ok. 11%. W przeliczeniu na złotówki, w poniedziałek po południu płaciło się za Bitcoina mniej o ok. 16 tysięcy złotych w porównaniu do ceny z niedzieli. Sytuację tę powiązano z działaniami władz chińskiej prowincji Syczuan, które nakazały zaprzestanie produkcji Bitcoina.

Położona na południowym zachodzie Chin prowincja Syczuan znana jest jako zagłębie kopania kryptowalut. Jest to możliwe m.in. dzięki rozbudowanej energetyce wodnej. Jednakże najnowsza polityka chińskiego rządu przyniosła kres tej działalności. Pekin zamierza bowiem rozprawić się z kryptowalutami – widzi w nich zagrożenie dla stabilności finansowej państwa. Działania lokalnych władz w Syczuanie były narzędziem realizacji tejże strategii.

Decyzja syczuańskiego rządu nakazała zamknięcie wszystkich działających w prowincji farm Bitcoina dokładnie o północy 20 czerwca. Wywołało to spadek zapotrzebowania na moc w lokalnej sieci o ok. 8 GW. To równowartość dwóch elektrowni Turów pracujących pełną parą lub ekwiwalent całego polskiego projektu jądrowego.

Sytuacja ta wywołała – kolejną w historii kryptowalut – lawinę pytań o klimatyczny aspekt kopania tych środków. Temat ten został szeroko poruszony w tekście red. Daniela Czyżewskiego, który zauważył, że spodziewana energochłonność Bitcoina w 2021 roku wynosi 91 TWh. To mniej więcej dwukrotnie mniej energii elektrycznej niż w 2020 roku skonsumowała cała Polska. „Gdyby Bitcoin był państwem, zajmowałby 35. miejsce na świecie pod kątem zużycia energii” – pisał Czyżewski.

Co ważne, problem rośnie wraz ze wzrostem wartości Bitcoina. „Zdecentralizowana sieć Bitcoina polega na zwiększającej się liczbie komputerów do niej podłączonych. Bitcoin jest zatem tak naprawdę zaprojektowany, aby zachęcać do zwiększonego wysiłku obliczeniowego. Im więcej komputerów konkuruje o utrzymanie łańcucha blokowego, tym jest on bezpieczniejszy, ponieważ każdy, kto chce spróbować osłabić walutę, musi kontrolować i obsługiwać co najmniej taką moc obliczeniową, jak reszta górników razem wzięta. Gdy Bitcoin staje się bardziej wartościowy, wysiłek obliczeniowy poświęcony na jego utworzenie i utrzymanie - a tym samym zużyta energia - nieuchronnie wzrasta” – zaznaczano w kwietniu br. na Energetyka24.

Obecnie szacuje się, że kopalnie wykonują 160 trylionów obliczeń na sekundę - czyli 160 000 000 000 000 000 000. Większość energii potrzebnej na ten cel pochodzi z paliw kopalnych. Patrząc z tej perspektywy, działania chińskich władz można uznać nawet za korzystne dla klimatu.

energetyka24.com

Od końca sierpnia 2020 r. Mińsk konsekwentnie budował obraz Ukrainy jako państwa nieprzyjaznego, w pełni uzależnionego od mocodawców z USA, którzy w Kijowie umieścili jedno z centrów koordynujących działania przeciw Łukaszence. Oskarżono ją również o organizację przerzutu broni na Białoruś i wspieranie organizacji terrorystycznych.

Zaostrzająca się antyłukaszenkowska retoryka Kijowa doprowadziła do zamrożenia stosunków politycznych, choć Mińsk nie zrezygnował z wysyłania sygnałów o gotowości do dialogu. 5 czerwca premier Raman Hałouczenka stwierdził, że Białoruś jest za wznowieniem rozmów dwustronnych, jednak zależy to od postawy władz Ukrainy.

Znacznie bardziej wojownicze od oficjalnego stanowiska Mińska są komunikaty białoruskich mediów państwowych oraz opinie związanych z tamtejszą władzą politologów. Oprócz konsekwentnego dyskredytowania Kijowa – jako realizującego obce cele polityczne w regionie – zawierają one też pogróżki, że Białoruś może wesprzeć prorosyjskie środowiska na Ukrainie, m.in. godząc się na działalność mediów o takim profilu, objętych przez Kijów wewnętrznymi sankcjami. Narracja białoruskiego aparatu propagandowego jest zbliżona do przekazu większości mediów rosyjskich, przedstawiających Ukrainę jako państwo agresywne i sprzyjające odrodzeniu „banderyzmu”. Ta zbieżność treści świadczy o wspieraniu antyukraińskiej polityki Kremla.

(...)

Po sierpniowych wyborach prezydenckich Łukaszenka ostentacyjnie podkreślał wspólne działania z Rosją na rzecz poprawy bezpieczeństwa Państwa Związkowego. Były to m.in. ćwiczenia wojskowe, wzmocnienie ochrony granicy z Ukrainą oraz – przy współpracy z FSB – nasycenie jej punktami rozpoznania obszaru tego państwa. Nasiliła się również aktywność wywiadowcza KGB na terytorium południowego sąsiada, o czym świadczyło zatrzymanie przez SBU osób przekazujących informacje na temat potencjału militarnego. Towarzysząca temu intensyfikacja rosyjsko-białoruskiej współpracy wojskowej postawiła również na porządku dziennym kwestię potencjalnego wprowadzenia jednostek rosyjskich w ramach demonstracji siły. Taki scenariusz budzi zaniepokojenie władz w Kijowie, obawiających się wzięcia Ukrainy „w kleszcze”, co ułatwi Rosji kontynuowanie presji militarnej i psychologicznej. 11 maja szef SBU Iwan Bakanow oświadczył, że rozpatrywany jest scenariusz wtargnięcia sił zbrojnych FR z terytorium Białorusi. Z tego względu Ukraina wzmocniła ochronę granicy, zwiększając liczebność struktur służby granicznej oraz intensyfikując działania kontrwywiadowcze.

osw.waw.pl

O powojennych osiedleńcach w 1995 r. dla "Polityki" pisała Ewa Wilk: "Powszczepiani wyrokami historii w domostwa budowane cudzą ręką, wypuściwszy większość swoich dzieci w świat za lepszym życiem, zostają tu na zawsze na cmentarzach, gdzie »wieczne odpoczywanie« wypisane bywa i pruskim gotykiem, i cyrylicą, i rzymskim alfabetem".

Koniec II wojny światowej zakończył ponad 600-letni okres dominacji niemieckości w tej części Europy. Po 1945 r. Prusy Wschodnie zasiedlili wysiedleńcy z Kresów Wschodnich, repatrianci nazywani "Zabużanami". Ukraińcy wysiedleni przymusowo w 1947 r., ale też Białorusini, Romowie, Rosjanie i Polacy, którzy na ziemiach odzyskanych szukali nowych szans na godne życie. Na swojej ziemi pozostali nieliczni Niemcy, Mazurzy i Warmiacy. Setki tysięcy Niemców, a z nimi tysiące Mazurów uciekło za Odrę. Jedni, bo czuli się Niemcami, inni ze strachu, że tak jak Niemcy będą rozliczani za wojenne krzywdy. Zostawili za sobą pusty kraj. - Kilometrami żywej duszy - wspominają przesiedleńcy ze Wschodu.

"Ruszyły też za frontem wszelkie szumowiny" - pisał dla "Dookoła Świata" w 1956 r. Wojciech Giełżyński - "Szabrownicy, paserzy, handlarze, dezerterzy z milicji, pospolici zbrodniarze, niebieskie ptaki, przefarbowani konfidenci, którym w Polsce ziemia świerzbiała, ruszyli na żer mali złodziejaszkowie i wielkie kułackie ryby, kowboje i cwaniacy swojskiego chowu, kombinatorzy, męty. Jak szarańcza wpadli na zagospodarowane ziemie mazurskie. Szantażem. Prowokacją. Groźbą. Zbrodnią. Fałszywym oskarżeniem o współpracę z gestapo. Jak się dało. Byle chwycić ziemię. Byle ograbić. Byle zgarnąć to złote runo mazurskie, takie nęcące, takie bezbronne. Bo kto się miał opierać? Niedołężne staruszki słabo władające polską mową. Milicja? UB?"

W powojennej zawierusze władzy ludowej udało się zrobić to, czego Niemcom nie udało się przez ponad sześćset lat - zgermanizowali Mazurów, którzy "za Niemca" od zawsze czuli się Polakami, patriotami, którzy walczyli i przelewali krew za Polskę. Z dnia na dzień powiedziano im, że już Polakami nie są. Poczuli się więc Niemcami, którymi nigdy nie byli.

Podobnie stało się po drugiej stronie granicy w obwodzie kaliningradzkim, który do czasu II wojny światowej był częścią III Rzeszy, zaś po 1945 r. jako trofeum wojenne trafił w ręce Rosji. I tam historię napisano na nowo i po swojemu. Stalin podobno miał obsesję na punkcie tego skrawka pruskiej ziemi i własnoręcznie od linijki wyznaczył granice. Rosyjska eksklawa wciśnięta między Polskę i Litwę jest do dziś najbardziej tajemniczym skrawkiem starego kontynentu.

Sam Kaliningrad do 1987 r. był miastem zamkniętym i nikt spoza Rosji nie mógł tam wjechać. Do dziś aż 1/3 terenu obwodu jest wciąż zamknięta lub z ograniczonym dostępem dla turystów. Dekretem z 1946 r. na te od wieków pruskie, a nigdy ruskie ziemie przesiedlono 12 tys. rodzin. Milionową etniczną mieszanką nacji - często z odległych terenów ZSRR - zmilitaryzowano, tworząc tym samym najdalej wysuniętą na zachód twierdzę Rosji. Dziś aż 200 tys. z miliona mieszkańców obwodu to żołnierze.

Ale odizolowany od macierzy Kaliningrad, po tym, jak zamknięto mały ruch graniczny z Polską, jest uzależniony od drogich towarów z portu w Petersburgu. Od znajomego Rosjanina słyszę, że zwykła pizza w restauracji w Kaliningradzie nie kosztuje 20 zł, jak w Giżycku, tylko w przeliczeniu na złote aż 60. Kiedy między 2012 a 2016 mieszkańcy pogranicza mogli przemieszczać się z jednej na drugą stronę granicy jedynie z dowodem tożsamości, nawet 15 tys. Rosjan dziennie odwiedzało Polskę, która stała się wtedy ich oknem na świat.

Mały ruch graniczny napompował Rosjanami z obwodu kaliningradzkiego mazurskie kawiarnie, lodziarnie, sklepy z AGD i elektroniką, markety budowlane i ogrodnicze. Rosjanie przyjeżdżali też z tanimi papierosami, które sprzedawali z ręki do ręki na ulicy, w parku, pod większymi marketami. Za rzeką pieniędzy szły znajomości biznesowe, a także prywatne, czasami kończące się małżeństwem.

Młodzi Rosjanie z Kaliningradu deklarują, że bliżej im do Europy niż do Rosji i to Gdańsk, a nie Moskwa, w której nigdy nie byli, powinien być ich stolicą. Odrębność i izolacja obwodu kaliningradzkiego od Rosji sprawiły, że w latach 90. na fali pierestrojki, kiedy sypał się ZSRR, Kaliningrad chciał autonomii, a nawet niepodległości obwodu. Miało wtedy powstać piąte bałtyckie państwo. Moskwa nigdy się jednak na to nie zgodziła i nie zgodzi. Te 15 tys. kilometrów kwadratowych ziemi to jeden z cenniejszych strategicznie przyczółków imperium.

(...)

We wsi Ostre Bardo, do której prowadzi jeszcze do niedawna niewidoczna na mapach Google droga 512 wzdłuż granicy - młodych już nie ma wcale. Wszyscy wyjechali. Wnuki do dziadków przyjeżdżają tylko na święta i wakacje. Sołtys wsi Roman Drzewiecki boi się, że za 10 – 20 lat Ostre Bardo zniknie i nikt o tej wsi nie będzie pamiętać, - Bez młodych nie ma życia - tłumaczy.

onet.pl

Włochy, a konkretnie ogarnięta koronawirusem Lombardia miała być dla Rosjan pewnego rodzaju królikiem doświadczalnym i narzędziem propagandowym - jak wynika z raportu "La Repubblici". Z jednej strony Rosja pokazała się jako kraj pomagający innym państwom w kryzysie, a z drugiej strony misja miała służyć zebraniu informacji o walce z COVID-19 do późniejszego wykorzystania w Rosji. Miała także pomóc zebrać dane potrzebne do tego, aby jak najszybciej stworzyć szczepionki.

Wszystko odbyło się bardzo szybko. W sobotę 20 marca prezydent Rosji Władimir Putin zadzwonił do ówczesnego premiera Włoch Giuseppe Conte, a już w niedzielne popołudnie pierwszy odrzutowiec wystartował z dużej bazy pod Moskwą, żeby wieczorem wylądować na wojskowym lotnisku w Lombardii - pisała wtedy "La Repubblica".

Rosja przedstawiła stronie włoskiej listę 104 żołnierzy, którzy mieli służyć w Lombardii i wspierać region w walce z epidemią koronawirusa. Do listy dopisano ręcznie dla nazwiska światowej sławy wirusologów. Była to Natalia Pszenicznaję i Aleksandr V. Semenow. Nikt nie konsultował ich przyjazdu z włoskimi władzami. - Moim zadaniem było przekazanie rosyjskim lekarzom wiedzy na temat najlepszych metod opiekowania się pacjentami z ostrymi infekcjami dróg oddechowych oraz procedur walki z COVID-19 - mówiła Natalia Pszenicznaja.

106-osobową rosyjską misją do Lombardii dowodził generał Siergiej Kikot, który jest jednym z najlepszych na świecie ekspertów od wojny biologicznej. Zdaniem dziennika "La Repubblica" jego obecność we Włoszech była nieuzasadniona, biorąc pod uwagę cele, które deklarowała Rosja. Dziennik uważa, że miał on zdobyć tajne dane dotyczące walki z koronawirusem.

- Wysłanie rosyjskich lekarzy wojskowych można uznać za rodzaj rekonesansu służącego temu, by nasi wirusolodzy i epidemiolodzy mogli zbadać europejski wariant koronawirusa. Jeśli epidemia wybuchnie z taką siłą w naszym kraju, doświadczenie włoskie będzie niezwykle cenne - mówił rosyjski ekspert wojskowy Władisław Szurygin. Centrum misji stanowiło pięć furgonetek zaparkowanych na lotnisku pod Bergamo. Było tam pewnego rodzaju laboratorium, które miało służyć tylko i wyłącznie kontroli zakażeń wśród rosyjskiego personelu, tak przynajmniej twierdził generał Kikot. Laboratorium miało jednak satelitarny system szyfrowanej komunikacji, przez który Rosjanie mogli przekazywać Moskwie różnego rodzaju dane. Włosi nie mieli dostępu do tego systemu, a "La Reppublica" pisze też, że nie mieli pojęcia, co dokładnie działo się w rosyjskim laboratorium pod Bergamo.

Dziennik zwrócił uwagę na to, że specjaliści rosyjscy w rekordowym tempie przygotowali szczepionkę. Ogłoszono posiadanie preparatu 22 maja, tydzień po powrocie z Lombardii. "La Repubblica" apeluje, aby wyjaśnieniem działań Rosjan w Lombardii zajęła się parlamentarna Komisja Kontroli Służb Specjalnych.

gazeta.pl

sobota, 31 lipca 2021


Relacje komunistycznego Wietnamu z Chinami w ubiegłym stuleciu były złożonym zagadnieniem. Z jednej strony oba państwa łączyła marksistowsko-leninowska ideologia oraz doświadczenia ze wspólnej walki przeciwko Amerykanom. Podczas wojny wietnamskiej Chiny dostarczały walczącemu Wietnamowi uzbrojenie, wyposażenie wojskowe, a nawet żywność. Ponadto tysiące Chińczyków zostało skierowanych do pracy w Wietnamie Północnym, zastępując tym samym Wietnamczyków, których władze w Hanoi mogły wysłać do walki na Południu. Obecność Chin i obawa przed ich otwartym przystąpieniem do wojny działała odstraszająco na Amerykanów, którzy z tego powodu nigdy nie podjęli próby dokonania inwazji na Demokratyczną Republikę Wietnamu.

Przyjaźń pomiędzy komunistycznymi sąsiadami znalazła odpowiedni wyraz w życiu społecznym. Przez lata język chiński był jedynym językiem obcym, nauczanym w wietnamskich szkołach, które jednocześnie przypominały uczniom o ogromie chińskiej pomocy podczas wojny. Na dobrych relacjach cieniem kładło się wspomnienie burzliwej przeszłości, kiedy to Chiny próbowały podporządkować sobie Wietnam. Sam Ho Chi Minh dostrzegając słabość Francuzów i przewidując upadek kolonializmu przestrzegał przed potężnym sąsiadem z północy przypominając, iż kiedy ostatni raz Chińczycy wkroczyli do Wietnamu, to pozostali w nim przez tysiąc lat. Ponadto na przełomie lat 60. i 70. doszło na arenie międzynarodowej do wielu wydarzeń, będących niejako zapowiedzią dramatycznej przyszłości. Narastający rozłam pomiędzy ChRL a ZSRR doprowadził w 1969 r. do wybuchu konfliktu granicznego pomiędzy oboma mocarstwami, a następnie do zbliżenia pomiędzy Chinami i USA. W styczniu 1974 r. doszło do starcia pomiędzy siłami chińskimi a wojskami Wietnamu Południowego na Morzu Południowochińskim. W jego wyniku kontrolowane przez rząd w Sajgonie Wyspy Paracelskie zostały zajęte przez ChRL, co zaniepokoiło władze w Hanoi. Dla losów Chin oraz Wietnamu przełomowy okazał się być rok 1978. Wówczas to Wietnam został przyjęty do RWPG, a także podpisał traktat o przyjaźni i współpracy ze Związkiem Radzieckim. W grudniu tego roku wojska wietnamskie dokonały inwazji na sprzymierzoną z Chinami Kambodżę. Co prawda w czasie wojny wietnamskiej wojska północnowietnamskie wraz z Viet Congiem współdziałały z Czerwonymi Khmerami, to jednak po 1975 r. relacje pomiędzy tymi sojusznikami się pogorszyły, czego przejawem były zbrojne incydenty na pograniczu Wietnamu i Kambodży. Szczególnie krwawe było zajście w kwietniu 1978 r., kiedy to żołnierze Czerwonych Khmerów wymordowali ponad 3 tys. mieszkańców w rejonie Ba Chúc w południowym Wietnamie. Odpowiedzią Hanoi była błyskawiczna kampania wojskowa rozpoczęta 25 grudnia 1978 r., w wyniku której wojska Czerwonych Khmerów zostały rozbite, a ich przywódca Pol Pot musiał się salwować ucieczką do Tajlandii. Ponadto w rękach Wietnamczyków znalazło się blisko 10 tys. chińskich doradców wojskowych. Jakkolwiek obalenie reżimu Czerwonych Khmerów, odpowiedzialnego za liczne prowokacje oraz dokonanie w Kambodży ludobójstwa, mogło wydawać się uzasadnione, to jednak Pekin uznał działania Wietnamu za zagrożenie dla swojej strefy wpływów. W dniu 15 lutego 1979 r. Chiny oficjalnie ogłosiły wygaśnięcie podpisanego w 1950 r. chińsko-radzieckiego Traktatu o Przyjaźni, Sojuszu i Wzajemnej Pomocy. Jednocześnie chiński przywódca Deng Xiaoping zadeklarował plan ataku ChRL na Wietnam, które to działanie miało być swoistą nauczką dla niepokornego sąsiada.

Określana oficjalnie jako „kontratak w samoobronie” operacja rozpoczęła się 17 lutego 1979 r., kiedy to wojska chińskie uderzyły na Wietnam w 26 punktach wzdłuż liczącej blisko 770 km granicy. Od strony taktycznej chiński dowódca Yang Teh Chi zdecydował się na frontalne ataki piechoty poprzedzone w wielu wypadkach uderzeniami broni pancernej, przy wsparciu artyleryjskim. Szybko okazało się jednak, że tradycje sięgające Długiego Marszu, II wojny światowej oraz konfliktu w Korei okazały się niewystarczające aby pokonać przeciwnika.

Do odparcia najazdu Wietnamczycy użyli głównie lokalnej milicji granicznej, liczącej około 100 tys. ludzi. Władze Wietnamu celowo przy tym unikały wprowadzenia do działań regularnych sił, skierowanych do obrony wietnamskiej stolicy oraz stacjonujących w Kambodży. Wbrew pozorom broniące pogranicza wietnamskie formacje były dobrze wyszkolone, przy czym część obrońców miała doświadczenie zdobyte w trakcie wojny wietnamskiej. Siły te zostały zorganizowane w drużyny, o elastycznej strukturze oraz nastawieniu na wykonanie konkretnego zadania. Sposób prowadzenia walki przez obrońców zbliżony był do działań partyzantki. Wietnamczycy organizowali kontrataki oraz zasadzki, jak choćby w Muong Khoung, gdzie wraz z wysadzonym w powietrze mostem zniszczonych zostało 8 z 18 nacierających chińskich czołgów. Zdarzało się też, że wietnamskie oddziały dokonywały wypadów na drugą stronę granicy w celu eliminowania stanowisk wrogiej artylerii. Będący mistrzami kamuflażu Wietnamczycy znakomicie poruszali się w trudnym terenie, dysponując wsparciem artyleryjskim oraz stosując dodatkowe środki obronne w postaci pól minowych oraz przeszkód z zaostrzonych bambusowych tyczek.

Jak na ironię pod wieloma względami Wietnam dysponował lepszym wyposażeniem od swoich dawnych sojuszników. W rękach Wietnamczyków znalazło się bowiem uzbrojenie pochodzące z ZSRR oraz USA. Szczególnie przydatne okazały się kierowane pociski przeciwpancerne 3M6 Trzmiel (w kodzie NATO „Snapper”) oraz 9M14 Malutka („Sagger”). Ponadto każda wietnamska drużyna (w sile kompanii w wojskach anglosaskich) miała na wyposażeniu zestawy radiowe, których brakowało Chińczykom. Ci z kolei w dużej mierze musieli polegać na gońcach, a także na sygnałach wydawanych rękoma lub chorągiewkami. Chińskie problemy związane z brakiem środków łączności mogły zostać spotęgowane przez zakłócanie zastosowane przez siły radzieckie, o których wspominają źródła indyjskie. W toku działań wojennych niemal nieobecne było chińskie lotnictwo. Wietnam dysponował bowiem najbardziej rozbudowaną w dziejach wojen obroną przeciwlotniczą, w szczególności w okolicach Hanoi oraz Hajfongu, których to strzegły liczne wyrzutnie kierowanych pocisków ziemia-powietrze. Co prawda ta część wietnamskiego systemu obrony mogła zostać sforsowana (jak choćby w 1972 r.), to jednak ChRL brakowało odpowiedniego sprzętu oraz doświadczenia, aby podjąć się wykonania tak ambitnego zadania. Warto dodać, że w obawie przez zbrojnym odwetem ze strony ZSRR, najlepiej wyszkolone i wyposażone wojska chińskie zostały skoncentrowane na północy Chin.

Po 17 dniach zaciekłych walk wojska chińskie wdarły się na odległość 30 – 40 km w głąb Wietnamu, wkraczając do stolic północnych prowincji tego kraju. Zasadniczo podczas walk o ośrodki miejskie Wietnamczycy zastosowali taktykę znaną z pamiętnej bitwy o Dien Bien Phu. Polegała ona na wycofaniu wojsk z danego miasta na okoliczne wzgórza, z których ostrzeliwano wojska przeciwnika. Chińczycy co prawda ogłosili zajęcie stolic prowincji, ratując tym samym twarz, to jednak trudno uznać, aby w pełni opanowali i zabezpieczyli te kluczowe obiekty. Na terenie miast również dochodziło do gwałtownych starć, jak choćby w Lang Son, w którym wojska chińskie dopiero po 17 natarciach opanowały jeden z celów. Ostatecznie Chińczykom nie udało się wciągnąć do walki regularnych jednostek Ludowej Armii Wietnamu. W nielicznych przypadkach, w których żołnierze wietnamscy wsparli milicję graniczną (jak choćby podczas zwycięskich dla Chińczyków walk o miejscowość Dong Dang), najeźdźcom nie udało się rozbić najlepszych jednostek przeciwnika. Wobec braku możliwości realizacji tego celu, władze ChRL zadecydowały o wycofaniu swych wojsk z Wietnamu. W dniu 6 marca Pekin ogłosił, iż droga do Hanoi została otwarta, a także, że Wietnam otrzymał zasłużoną nauczkę. Walki zakończyły się 10 dni później, wraz z powrotem wojsk chińskich na terytorium Państwa Środka. Nie oznaczało to jednak końca konfliktu, trwającego jeszcze przez ponad dekadę, a którego przejawem były okazyjne starcia na granicy obu państw.

Liczba ofiar trwającej niespełna 4 tygodnie wojny pozostaje nieznana. Wietnam nie ujawnił swych strat wojskowych, podając jedynie, iż zginęło ok. 10 tys. jego cywilnych mieszkańców. Chińczycy utrzymują, iż liczba zabitych przez nich wietnamskich żołnierzy wyniosła łącznie 30 tys. W zależności od źródeł, liczba poległych chińskich żołnierzy określana jest jako 6 – 26 tys. Niektóre oszacowania podają, iż starty po obu stronach były wyrównane i wyniosły ok. 20 tys. poległych. Warto przy tym dodać, iż podczas wojny wietnamskiej w ciągu całego 1968 roku, będącego okresem najbardziej zaciętych walk, życie straciło około 17 tys. amerykańskich wojskowych.

Zwycięstwo w wojnie z 1979 r. zadeklarowały, zresztą nie bezpodstawnie, również władze wietnamskie. Stutysięczna wietnamska milicja graniczna zatrzymała blisko 250 tys. chińskich żołnierzy daleko od Hanoi, a ponadto wojska wietnamskie nie zostały wycofane z Kambodży, w której stacjonowały do września 1989 r. W dalszej perspektywie politycznie zyskały Chiny. ChRL, która określała Wietnam mianem „Kuby Wschodu”, zbliżyła się do państw ASEAN obiecując pomoc dla Tajlandii oraz Singapuru w przypadku wietnamskiej agresji. Chinom udało się też zawiązać swoistą międzynarodową koalicję, wspierającą partyzantkę walczącą z Wietnamczykami w Kambodży. Poprzez wojnę z Wietnamem Chińczycy wykazali również słabość Związku Radzieckiego, który nie był w stanie efektywnie wesprzeć swego wietnamskiego sojusznika. Ponadto Chiny zaczęły zaopatrywać oraz szkolić (m. in. w obozach w Peszawarze i w Xinjiang) tysiące mudżahedinów walczących w Afganistanie przeciwko ZSRR.

tupalski.eu

Pomimo, że Rosjanie mają bardzo dobre rozwiązania jeżeli chodzi o naziemne systemy Walki Elektronicznej (WE), to w przypadku lotniczych systemów WE przemysł nie jest w stanie jak na razie dostarczyć rozwiązań w odpowiedniej ilości. Sytuacja w tej dziedzinie jest określana jako „katastrofalna”.

O skali problemu może świadczyć fakt, że Rosjanie nie wprowadzili żadnej, lotniczej platformy Walki Elektroniczne od 1993 roku do 2016 roku. Tymczasem wcześniej, w nieco ponad trzydzieści lat zbudowano w Związku Radzieckim ponad siedemdziesiąt takich statków powietrznych na bazie samolotów: An-12, Tu-16 i Jak-28. Jako szczególnie udany uważa się wykorzystywany jeszcze do lat dziewięćdziesiątych lampowy system zakłóceń „Bukiet”, który zainstalowano na „odrzutowcach” Tu-16P i Jak-28PP.

Ten analogowy kompleks był podobno w stanie torować drogę własnemu lotnictwu uderzeniowemu paraliżując systemy radarowe przeciwnika nawet w odległości 600 km. Rosjanie dodatkowo w sposób ciągły go modernizowali. Pomimo, że był to system analogowy, to już w swoich wersjach z lat sześćdziesiątych mógł on działać automatycznie – analizując odbierane częstotliwości i odpowiednio dobierając zakłócenia. Na pokładzie każdego samolotu znajdowało się pięć generatorów, które specjaliści nazywali potocznie „garnkami”. Każdy z nich odpowiadał za zakłócenia odpowiednich długości fal: od 8 do 30 cm.

W latach siedemdziesiątych pojawiły się nowe rozwiązania – szczególnie jeżeli chodzi o systemy antenowe. Dawało to już możliwość tworzenia węższych charakterystyk antenowych, co zmniejszało straty mocy (skupiając ją na atakowanych „elektronicznie” celach), jak również ograniczało niepożądany wpływ zakłóceń na własny samolot i jego załogę (co wcześniej bywało problemem i wymagało ścisłego nadzoru medycznego nad pilotami i operatorami kompleksu). Te zmiany zostały wprowadzone na samolocie Jak-28PP, który poza „Bukietem” został doposażony w kompleks „Fasol”. Pozwalał on już tłumić nie tylko radary, ale również systemy dowodzenia i łączności.

W latach osiemdziesiątych technologia lampowa przestała być wystarczająca, szczególnie, gdy w państwach NATO zaczęto wprowadzać nowej generacji stacje radiolokacyjne z antenami ścianowymi i o szybko zmienianych parametrach (takich jak częstotliwość nośna sygnału, okres sondowania, długość fali, itd.). Uznano więc, że samoloty Tu-16P i Jak-28PP są już zupełnie nieprzydatne i na początku lat dziewięćdziesiątych wycofano je ze służby. Jak się później okazało był to duży błąd, ponieważ te statki powietrzne miały jeszcze duży potencjał modernizacyjny, a ponadto przez prawie ćwierć wieku nie wprowadzono nic w zamian.

Tymczasem wystarczyłoby jedynie wymienić bazę elementową zachowując samą koncepcje poszczególnych urządzeń. Tak zresztą zrobiono później w odniesieniu do kompleksu „Bukiet”, w którym od razu dokonano przejścia z systemów lampowych na mikroukłady (pomijając układy tranzystorowe).

Zmiana pokoleniowa w lotniczych systemach Walki Elektronicznej miała nastąpić dopiero w 2016 roku, gdy wprowadzono do wojsk lotniczych trzy kompleksy WE Ił-22PP „Porubszczyk”. Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że ilość ta w żadnym przypadku nie zaspokaja potrzeb rosyjskich sił zbrojnych – szczególnie podczas pełnowymiarowego konfliktu.

Sprawa jest o tyle dziwna, że zupełnie inaczej dzieje się na lądzie. Tam przez cały czas są wprowadzane nowatorskie rozwiązania, które w niektórych przypadkach rzeczywiście nie mają swoich odpowiedników w krajach zachodnich. 

(...)

Jak się jednak okazało największym problemem dla Rosjan nie był sam kompleks WE, ale znalezienie dla niego odpowiedniej platformy latającej. System „Porubszczyk” to zestaw zakłócający, który działa jeszcze w oparciu o starsze technologie, a więc wymaga samolotów o dużym udźwigu, znacznej objętości kadłuba i odpowiednim zapasie energetycznym.

Takie wymagania spełniał np. cywilny, czterosilnikowy, turbośmigłowy samolot Ił-18, ale Rosjanie nie mieli nowej wersji tego statku powietrznego. Dlatego musieli wykorzystać stare statki powietrzne, co obecnie wiąże się z dużymi problemami w ich operacyjnym wykorzystaniu. Dla potrzeb Walki Elektronicznej „poświęcono” trzy latające centra kontroli powietrznej Ił-22 „Bizon”, które zaczęto wprowadzać do służby już w 1971 roku. Ponad trzydziestopięcioletnie samoloty przeszły jednak remont kapitalny i po 2011 roku rozpoczęły się ich loty testowe. Zabudowany na ich bazie kompleks „Porubszczyk” przeszedł natomiast próby państwowe w 2015 roku. Rok później trzy wcześniejsze „Bizony”, a obecnie Ił-22PP, weszły do służby w rosyjskich siłach powietrznych.

Jak na razie nie są znane możliwości kompleksów „Porubszczyk”. W rosyjskich mediach kilkakrotnie pokazała się nawet informacja, że jest to po prostu znany wcześniej system „Bukiet”, w którym zastąpiono niektóre bloki nowymi układami elektronicznymi. Sami Rosjanie zresztą twierdzą, że nie jest to żaden skok technologiczny. Sprawa jest drażliwa, ponieważ Rosja uważa się za najlepszego na świecie producenta systemów WE. Każdego roku wielkość rosyjskiego rynku systemów i sprzętu Walki Elektronicznej przekracza 400 milionów dolarów, co wiąże się m.in. z przejęciem 7% światowego eksportu. Dodatkowo największy rosyjski producent systemów WE - koncern KRET lansuje się jako światowy, „intelektualny lider” w tej dziedzinie – i w kilku rozwiązaniach ma do tego pełne prawo.

defence24.pl