środa, 10 marca 2021


W grudniu 2020 r. prezydent Władimir Putin podpisał pakiet ustaw zaostrzających przepisy dotyczące m.in. organizacji pozarządowych, zgromadzeń publicznych i cenzury w mediach. Jest to jeden z elementów wyznaczających nową jakość w polityce wewnętrznej Kremla – rosyjski autorytaryzm de facto porzucił pozorowanie procedur demokratycznych na rzecz zwiększonej kontroli i represji.

Ustawy są wyrazem niepokoju rządzących, wywołanego pandemią, kryzysem gospodarczym, niekorzystnymi trendami w nastrojach społecznych, a także zmniejszającym się wpływem propagandy państwowej na obywateli. Władze obawiają się przede wszystkim o przebieg wyborów parlamentarnych zaplanowanych na wrzesień 2021 r. Lęk ten podsyciły masowe protesty na Białorusi, uważanej do niedawna za stabilny reżim autorytarny. Poza instrumentami prawnymi zwalczaniu oponentów ma służyć neosowiecka retoryka „oblężonej twierdzy”, w tym ostrzeżenia o planach obcej ingerencji w wybory. Prawdopodobne jest jednak, że przyjęta strategia okaże się kontrproduktywna i jedynie podsyci narastające niezadowolenie elektoratu.

(...)

Do obowiązujących od 2012 r. ustaw dotyczących „organizacji pozarządowych – agentów zagranicznych” (podmiotów zajmujących się „działalnością polityczną” i „finansowanych z zagranicy”) dodano możliwość odgórnego narzucania takiego statusu dwóm nowym kategoriom podmiotów. Pierwszą z nich są osoby fizyczne. O ile przepisy obowiązujące od 2019 r. pozwalały objąć tym statusem dziennikarzy i blogerów, o tyle od 2021 r. jako „agenci” mogą zostać zakwalifikowani ludzie „zajmujący się polityką w interesach obcego państwa lub jego obywateli lub organizacji zagranicznej”. Osoby fizyczne o statusie „agentów” m.in. nie będą mogły być mianowane na urzędy w administracji państwowej i na szczeblu municypalnym (władze planują też de facto odsunąć je od stanowisk obsadzanych w drodze wyborów – zob. dalej). Drugą kategorią podmiotów, które będą mogły być objęte statusem „agenta” są organizacje niezarejestrowane jako osoby prawne. Dotychczas taki mniej sformalizowany rodzaj działalności stanowił jedną z częściej wykorzystywanych furtek pozwalających omijać restrykcyjne przepisy wymierzone w „agentów”.

(...)

Choć wolność zgromadzeń, przede wszystkich pokojowych protestów przeciwko władzy, była w Rosji od dawna coraz bardziej ograniczana, to jednak istniały luki w prawie umożliwiające jeśli nie skuteczną organizację demonstracji, to – niekiedy – skuteczne dochodzenie praw w sądzie. Jedną z takich furtek były indywidualne i zbiorowe pikiety, niewymagające zgody władz. Nowe przepisy likwidują ją poprzez: rozszerzenie definicji „zgromadzenia publicznego”; poszerzenie katalogu drobiazgowych wymagań (w tym finansowych) co do sposobu organizacji zgromadzeń; ułatwienie ich delegalizacji bądź odwoływania przez organy administracji; ograniczenia praw dziennikarzy relacjonujących ich przebieg. Przepisy faktycznie likwidują wolność zgromadzeń w Rosji, a możliwość organizacji wszelkich form publicznego protestu będzie w myśl prawa uzależniona od uprzedniej zgody urzędników i drobiazgowo reglamentowana.

Wprowadzono kolejne obostrzenia dotyczące przekazu informacyjnego, mające utrudnić działalność niezależnych środków masowego przekazu. Przewidziano prawną możliwość blokowania (lub spowalniania pracy) takich serwisów jak Facebook, Twitter czy YouTube, jeśli będą one „dyskryminować” podmioty rosyjskie (w praktyce może to dotyczyć sytuacji, gdy na przykład – w ramach walki z dezinformacją – będą usuwać materiały rozpowszechniane przez kremlowskich propagandystów).

Zaostrzono kary za „oszczerstwo”, tym samym znacząco rozszerzając możliwości karania internautów za krytykę władz (implicite regulacje dotyczą m.in. oskarżeń o korupcję). Kilkukrotnie podniesiono też wysokość grzywien za „zamieszczanie obraźliwych treści w Internecie”. Ustawa ta została propagandowo przedstawiona jako akt „przeciwko chamstwu urzędników” (pogardliwe wypowiedzi urzędników różnych szczebli pod adresem współobywateli wywoływały w ostatnich latach oburzenie społeczne), jednak jej przepisy mają charakter uniwersalny, a definicja „obraźliwego” charakteru wypowiedzi internautów jest bardzo pojemna.

(...)

Rozszerzono możliwość zakazywania operatorom danych ujawniania danych osobowych - w tym majątkowych - funkcjonariuszy publicznych, zakazano też rozgłaszania informacji na temat czynności operacyjno-śledczych. Ustawa wydaje się przede wszystkim reakcją na wycieki informacji kompromitujące rosyjskie służby specjalne w ostatnich latach. Ma ona utrudniać prowadzenie niezależnych śledztw dotyczących łamania prawa przez urzędników i przedstawicieli struktur siłowych, w tym przestępstw korupcyjnych i stosowania przemocy wobec pokojowych demonstrantów. Jej intencją jest też uniemożliwienie zbierania danych o funkcjonariuszach służb specjalnych zaangażowanych w operacje w Rosji i poza jej granicami, których cel stanowi m.in. likwidacja osób uznawanych za niebezpieczne dla reżimu.

osw.waw.pl

Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow podczas konferencji prasowej po rozmowach z Josepem Borrellem pozwolił sobie na stwierdzenie, że Rosja nie traktuje UE jako wiarygodnego partnera oraz na kilka innych dość uszczypliwych, ale mieszczących się w kanonie dyplomacji (która – dodajmy - polega nie ma mówieniu prawdy, ale na prezentowaniu swojego stanowiska) uwag pod adresem państw Unii.

Równocześnie Rosja, dokładnie w trakcie trwania wizyty, wydaliła trzech dyplomatów z państw UE, którzy jakoby naruszyli zasady, obserwując demonstracje w obronie Aleksieja Nawalnego, co jest oczywiście nieprawdą, gdyż normą w świecie współczesnych stosunków międzynarodowych jest to, że dyplomaci obserwują demonstracje. Ich wydalenie w dniu wizyty Josepa Borrella było rzecz jasna ze strony Rosji wyraźną ostentacją.

(...)

Doradca kolejnych ministrów spraw zagranicznych PiS Przemysław Żurawski vel Grajewski stwierdził, że wizyta szefa unijnej dyplomacji w Moskwie będzie odebrana jako "przyzwolenie na niedemokratyczne działania Rosji". Powyższe jest o tyle dziwne, że Borrell dokładnie na temat demokracji i praw człowieka publicznie się wypowiadał.

Dziennikarka i ekspertka Maria Przełomiec stwierdziła z kolei, że Rosjanie porozmawiali z Borrellem jak "z kompletnie nieprzygotowanym, żałosnym naiwniakiem". Jeszcze dalej idzie portal TVP Info, który piórem skądinąd mającego dużą wiedzę o Rosji Grzegorza Kuczyńskiego, stwierdza, że Rosja "upokorzyła UE" (już nie Borrella, a całą Unię).

Poseł PiS do Parlamentu Europejskiego Kosma Złotowski w licytacji na to, kto powie coś najostrzejszego, licytował jeszcze wyżej stwierdzając, że Borrell "stracił nie tylko twarz, ale i wiarygodność", a Jacek Saryusz–Wolski apelował, by szefa unijnej dyplomacji "nigdy więcej" nie wysyłać do Moskwy.

(...)

Wszystkich przebił jednak dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Sławomir Dębski, który stwierdził, że wizyta Borrella, podważa wiarygodność szefa... niemieckiej dyplomacji Heiko Massa, bowiem ten popierał pomysł wizyty Borrella w Moskwie (...).

Jeśli podsumować powyższe glosy, to wyłania się z nich obraz szefa unijnej dyplomacji (skądinąd byłego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego i ministra spraw zagranicznych Hiszpanii) jako człowieka albo niepoważnego, albo cierpiącego na demencję. Unia Europejska to zaś "miękiszony".

(...)

Żaden z komentujących, powtarzając słowa Ławrowa, które padły podczas konferencji prasowej, nie przytacza tego, co mówił z kolei Borrell, który apelował w imieniu UE o zwolnienie Aleksieja Nawalnego oraz domagał się śledztwa w sprawie jego otrucia. Obrazowi rzekomo upokorzonego Borrella nieco by to bowiem przeczyło. Absolutnie żaden z komentujących nie dostrzegł też tego, że szef rosyjskiej dyplomacji kilka razy mówił o unijnych sankcjach wobec Rosji, co też nieco zmienia obraz relacji, które w odbiorze komentatorów związanych z PiS są takie, że UE się do niczego nie nadaje i tylko ustępuje Rosji, a w rzeczywistości są takie, że UE konsekwentnie stosuje wobec Rosji sankcje ekonomiczne.

(...)

Polskie komentarze na temat wizyty Borrella nie mają nic wspólnego z przebiegiem samej wizyty. Polska była, wspólnie z Rumunią i państwami bałtyckimi, w ogóle przeciwna temu, by Borrell pojechał do Moskwy. Trudno nie odnieść wrażenia, że ponieważ szef unijnej dyplomacji nie posłuchał polskich uwag, dla wielu w Warszawie jego wizyta była klęską niejako z zasady.

Polska tymczasem widząc, że jest niemal osamotniona (towarzystwo Rumunii i państw bałtyckich tego nie zmienia) zamiast dalej protestować w sytuacji, gdy było już jasne, że protesty na nic się nie zdadzą, powinna była zabiegać o to, by kilka polskich postulatów zostało wpisanych do agendy Borrella, a jeszcze lepiej – sporządzić notatkę, przekazać ją i spowodować, by została przeczytana i wzięta pod uwagę. Notatkę o tym jak wizytę przygotować tak, aby nie doszło w trakcie jej trwania do niepotrzebnych incydentów i by mieć przygotowane reakcje na wszelkie możliwe rosyjskie prowokacje. Tego drugiego nie zrobiliśmy, bo takiej notatki nie umiemy napisać, do agendy nie mamy nic do wpisania, a jak mamy to nikt naszego głosu i tak nie bierze pod uwagę, bo jedyne co mamy do zaproponowania to, by z Rosją w ogóle nie rozmawiać.

W dyplomacji, jak i w każdej innej działalności człowieka, protestowanie i mówienie "nie, bo nie” jest proste. Wystarczy powiedzieć swoje, nadąć się i wyjść. Dyplomacja zaczyna się z kolei albo wówczas, gdy te nasze protesty odnoszą skutek, a nie są jedynie kwitowane wzruszeniem ramion, albo wówczas, gdy zamiast protestować bez żadnego skutku, umiemy wpływać na rzeczywistość. (...)

Dyplomacja jest jak opera. Owszem liczą się stroje i inscenizacja, ale jednak libretto, muzyka i głosy liczą się bardziej. Polska zachowuje się tymczasem jak ubogi krewny, który obejrzawszy stroje i dekoracje na scenie, wydał już opinię na temat spektaklu nim ten miał w ogóle swą premierę. Przy okazji zaś dał do zrozumienia głównemu śpiewakowi na scenie, że ten fałszuje i powinien co najwyżej śpiewać w lokalnej tancbudzie. Zapewne nie przeszkodzi nam to oczekiwać, by Borrell w przyszłości słuchał naszych rad ze szczególną życzliwością.

/Głosy antyunijne, to typowy festiwal "szybkich" wrażeń i opinii publikowanych na Twitterze - red./

onet.pl

– W polskiej konstytucji powinien znaleźć się zapis, że wykluczona jest adopcja dziecka przez osobę pozostającą w związku jednopłciowym. Dla bezpieczeństwa dziecka, dla jego prawidłowego wychowania, dla szerzenia dobra dziecka, taki zapis powinien istnieć – ogłasza w kampanii prezydent Andrzej Duda.

Portale informacyjne chwilę później wysyłają do swoich użytkowników pilne "pushe" z tym newsem. Twitter się grzeje. O sprawę od razu jest pytany konkurent Dudy, czyli Rafał Trzaskowski.

Kilka dni wcześniej "Rzeczpospolita" ujawnia, że prezydent ułaskawił pedofila, który przez wiele lat znęcał się nad własną córką. Na Dudę spada fala krytyki. Kandydat PiS broni się, mówiąc o tym, że wniosek poparła matka i prześladowana dziewczyna. Atakuje przy okazji "Fakt", który ujawnił kolejne szczegóły sprawy.

– Co się dzieje? Czy ten koncern, Axel Springer z niemieckim rodowodem, który jest właścicielem gazety "Fakt”, chce wpłynąć na wybory prezydenckie w Polsce? Tak? Niemcy chcą wybierać w Polsce prezydenta? To jest podłość. Nie zgadzam się na to – grzmiał Duda na wiecu w Bolesławcu.

– To była typowa zagrywka w stylu Bielana – tłumaczy były polityk prawicy. I dodaje: – To bardzo proste: jak masz kłopoty, znajdź fikcyjny problem, w którym twój przeciwnik poczuje się niekomfortowo. Mówiąc w skrócie, wywołaj wojnę.

(...)

W kampanii prezydenckiej wymyśloną przez Bielana Albanią były "Niemcy" i "LGBT". Zresztą ten drugi temat pojawił się w kampanii już wcześniej. Sztab Andrzeja Dudy odgrzał go po wejściu do bitwy o prezydenturę Rafała Trzaskowskiego, który szybko zaczął zyskiwać w sondażach.

Orkiestra PiS zaczęła wówczas grać homofobiczną melodię na kilku fortepianach.

Z jednej strony był sam prezydent ("LGBT to neobolszewizm"), z drugiej zagończycy w stylu posła Przemysława Czarnka (to ten od stwierdzenia, że ludzie LGBT "nie są równi ludziom normalnym", obecny minister edukacji), z trzeciej TVP z Jackiem Kurskim na czele.

– Bielan i Kurski mają dwa różne sposoby myślenia i działania. Kurski betonuje elektorat PiS, Bielan sięga po tę "górkę". Czyli Kurski broni, a Bielan atakuje. Nie odwrotnie – słyszymy od związanego z opozycją eksperta od strategii politycznych.

– Bo TVP tylko z pozoru jest ofensywna. Ona atakuje w sensie przekazu, ale jej celem jest obrona wyborców Prawa i Sprawiedliwości przed propagandą anty-PiS. Z kolei zadaniem Adama Bielana jest robienie dziur w murze przeciwnika – dodaje ekspert.

Bielan, który formalnie był rzecznikiem sztabu Dudy, sam czynnie brał udział w rozsiewaniu odpowiedniego przekazu. Chętnie pojawiał się w mediach. Im bliżej wyborów, tym częściej i ostrzej.

17 czerwca, wywiad dla Gazeta.pl: – Pan prezydent porównał do neobolszewizmu określoną, skrajnie lewacką ideologię nazwaną "ideologią LGBT" (…), zgodnie z którą należy pokazywać, np. w miejscach publicznych, swoje genitalia – wypala Bielan

– Ze zdziwieniem słuchałam ostatnio jego wywodów na temat LGBT. On nigdy nie miał takich poglądów – mówiła Onetowi Joanna Kluzik-Rostkowska, kiedyś w PiS, z którego w 2010 r. odeszła m.in. razem z Bielanem.

– On był absolutnie człowiekiem centrum. Misiek Kamiński był zdecydowanie bardziej konserwatywny. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości – dodaje.

Bielan razem z Michałem Kamińskim tworzył osławiony duet spin doktorów, który walnie przyczynił się do podwójnej wygranej PiS w 2005 r. M.in. dzięki nim partia stworzyła rząd, a Lech Kaczyński został prezydentem.

Ci, którzy znają obu polityków, są zgodni: to Michał rzucał pomysłami jak z rękawa, Adam umiał je perfekcyjnie wcielić w życie. Obaj byli wtedy europosłami. Razem pracowali, razem uczyli się fachu od najlepszych (m.in. w USA), prywatnie się przyjaźnili.

Bielan był chrzestnym jednej z córek Kamińskiego, z kolei Kamiński został świadkiem na ślubie Bielana. Razem spędzali wakacje.

(...)

– Jest jednym z najlepszych w Polsce specjalistów od kampanii. I choć brzmi to jak komplement, to w moich ustach nim nie jest, bo służy złej sprawie. Ale służy jej dobrze – słyszymy od Michała Kamińskiego.

Więcej o Bielanie mówić nie chce. Od dawna nie rozmawiają. Ich drogi zaczęły się rozchodzić po 2010 r.

Do tamtego momentu ich polityczne kariery szły właściwie równolegle. Obaj w 1997 r. jako dwudziestokilkulatkowie zostali posłami AWS.

W kolejnych wyborach w 2001 r. uzyskali mandaty już z list PiS. Trzy lata później znaleźli się w Europarlamencie, a w 2005 r. razem świętowali wspomnianą już podwójną wiktorię Prawa i Sprawiedliwości.

I była to ich ostatnie wspólne zwycięstwo. W 2007 r. władzę przejęła Platforma Obywatelska. W 2010 r. po katastrofie smoleńskiej przyspieszone wybory prezydenckie wygrał Bronisław Komorowski, pokonując Jarosława Kaczyńskiego.

Prezes PiS, jako kandydat w żałobie po stracie brata, prezentował łagodne oblicze pod hasłem "Polska jest najważniejsza".

Jego emanacją miał być sztab. To Adam Bielan miał wpaść na pomysł, by kampanią kierowała kobieta, Joanna Kluzik-Rostkowska. Rzecznikiem sztabu został umiarkowany poseł PiS Paweł Poncyljusz.

Po wyborach okazało się, że Kaczyński chce zerwać z kampanijnym, przyjaznym wizerunkiem. W siłę zaczęli rosnąć u jego boku jastrzębie: Jacek Kurski i Antoni Macierewicz.

– To był czas, kiedy Antoni Macierewicz opowiadał już o ognistych kulach w kontekście katastrofy smoleńskiej. Nie chcieliśmy w czymś takim uczestniczyć. Adam Bielan całkowicie do tej naszej centrowej grupy pasował – mówi Joanna Kluzik-Rostkowska.

onet.pl

wtorek, 9 marca 2021


Dla władz ChRL kwestia pochodzenia pandemii COVID-19 ma przede wszystkim wymiar polityczny, dlatego kierownictwo KPCh rozpostarło ścisłą kontrolę nad badaniami dotyczącymi jej źródeł oraz związaną z tym współpracą międzynarodową, w tym odnośnie do tego, jakie dane i kiedy mogą być przekazywane zespołowi WHO. Jednocześnie Chiny kategorycznie odrzucają zarzuty o utrudnianie śledztwa. Po doświadczeniach z SARS z lat 2002–2003 rząd wprowadził nowy system zapobiegania rozprzestrzenianiu się chorób zakaźnych, który miał już nigdy nie dopuścić do wybuchu podobnej epidemii. Również zwrot autorytarny w ChRL pod rządami Xi Jinpinga jest w dużym stopniu usprawiedliwiany właśnie koniecznością zwiększenia sprawności systemu politycznego i zdolności państwa do reagowania w sytuacjach kryzysowych. W tej sytuacji uznanie Chin za źródło kolejnego światowego paraliżu zdrowotnego jest nie do zaakceptowania przez Pekin. Jak dotąd odmówiono WHO m.in.: (1) wglądu do surowych danych z początkowych tygodni pandemii w Wuhan, w tym z listopada 2019 r. – Pekin oficjalnie twierdzi, że do pierwszego zakażenia doszło na początku grudnia i odrzuca oskarżenia o zaniedbania w inicjalnej fazie pandemii; (2) przeprowadzenia wywiadów z pierwszymi chorymi; (3) dostępu do ok. 200 tys. próbek zebranych w mieście w kluczowym dla śledztwa okresie. Za promowaniem przez chińskie media i ekspertów tezy o przywleczeniu koronawirusa z zagranicy na mrożonkach stoi także presja polityczna.

Wstrzemięźliwe wnioski grupy eksperckiej wyrażone w czasie konferencji prasowej, ale też po wyjeździe z ChRL, wpisują się w oczekiwania Pekinu, co wydaje się podyktowane chęcią utrzymania chociaż częściowej kooperacji ze stroną chińską. W szeregu wywiadów prasowych podkreślano, że wyjazd do Wuhan miał charakter wstępny, a śledztwo epidemiczne wymaga jeszcze długich i drobiazgowych badań. Eksperci przyznają jednak również, że uzyskane w ChRL informacje nie pozwalają na odpowiedzi na podstawowe pytania, a zakres działań zespołu na miejscu był wyznaczony przez stronę chińską. Niemniej uznają wyjazd za sukces, ponieważ pozwolił on podtrzymać obustronną współpracę, co daje nadzieję na dalsze badania. Wszystko wskazuje na to, że eksperci WHO poszli na kilka ustępstw: (1) zgodzili się nie wykluczać hipotezy lansowanej przez Pekin o przywleczeniu wirusa z zagranicy na mrożonkach; (2) zredukowali prawdopodobieństwo hipotezy, że doszło do wydostania się patogenu z laboratorium w Wuhańskim Instytucie Wirusologicznym; (3) tylko w pośredni sposób wskazali, że pierwsze infekcje musiały wystąpić wcześniej niż na początku grudnia.

Duże upolitycznienie kwestii pochodzenia SARS-CoV-2 sprawia, że przeprowadzenie w przewidywalnej przyszłości rzetelnego śledztwa w tej sprawie nie będzie możliwe. Badanie źródeł pandemii COVID-19 może w najbardziej sprzyjających warunkach zająć klika lat i przynieść rezultaty tylko przy pełnej współpracy strony chińskiej oraz w przypadku otrzymania swobody działania na terytorium ChRL czy państw graniczących z nią. Źródło wirusa SARS-CoV-1, odpowiedzialnego za wybuch epidemii SARS w 2002 r., udało się poznać dopiero w grudniu 2017 r., kiedy eksperci z Wuhańskiego Instytutu Wirusologicznego przy współpracy z WHO zidentyfikowali w jednej z jaskiń w prowincji Junnan kolonię nietoperzy z rodziny podkowcowatych (Rhinolophidae) jako endemicznych nosicieli patogenu. W związku z obecną sytuacją wewnętrzną w ChRL oraz rosnącymi napięciami między nią a częścią państw zachodnich, z USA na czele, nie można jednak oczekiwać od strony chińskiej transparentności. Pekin aktualnie dysponuje także większymi wpływami na arenie międzynarodowej niż w okresie epidemii SARS. Już 12 lutego br. dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus oświadczył, że „wszystkie hipotezy [dotyczące źródeł SARS-CoV-2] są na stole”. Dał w ten sposób do zrozumienia, że będzie dążył do uznania przypuszczenia o przywleczeniu koronawirusa do Wuhan z zagranicy za równoważne z główną hipotezą o jego endemicznym pochodzeniu – z regionu południowych Chin. W reakcji na tę wypowiedź liczni eksperci i politycy zachodni zaczęli podważać zdolność WHO do przeprowadzenia obiektywnego dochodzenia.

osw.waw.pl

Już nie tylko same Chiny fortyfikują oraz wzmacniają kontrolowane wyspy w spornych rejonach Azji Południowej i Wschodniej. Według Asia Maritime Transparency Initiative wojsko wietnamskie inwestuje w przygotowania obronne w rejonie Wysp Spratly. Według analityków wszystkie wietnamskie instalacje wojskowe w rejonie Wysp Spratly, Zachodniej Rafy i Wyspy Sin Cowe ulegają szybkim przeobrażeniom. Oczywiście nie można ukrywać, że tego rodzaju inwestycje obronne są skierowane wobec rosnącej presji polityczno-wojskowej. Strona wietnamska chce je tym samym przygotować do zagrożenia płynące z możliwości przeprowadzenia na nie wrogich desantów, ale też prób nałożenia blokady. Co więcej, sugeruje się również wzmacnianie zdolności odstraszania poprzez zapewnienie sobie na wspomnianych wyspach również elementów ofensywnych, pozwalających razić wrogie cele.

W tym kontekście mowa jest przede wszystkim o możliwym ulokowaniu w spornym obszarze systemów artylerii rakietowej wyposażonych w izraelskie pociski EXTRA (EXTended Range Artillery). Wietnam, obok Azerbejdżanu i oczywiście samego Izraela ma być odbiorcą produktu oferowanego przez koncern IMI (Israeli Military Industries). Rakiety mają pozwalać na rażenie celów oddalonych o 130-150 km, za pomocą 120-125 kg głowicy bojowej. Przypomnieć należy, że Wietnamczycy trenować mieli również szybką dyslokację w sporne rejony wysp rosyjskich kompleksów K-300P Bastion-P, potrafiących razić cele nawodne na dystansie do 300 km. Rakietowe inwestycje Wietnamu mają pozwolić na blokowanie swobody operacyjnej strony chińskiej, zarówno jeśli chodzi o komponenty lądowe rozlokowane na wyspach kontrolowanych przez Pekin, ale też działania okrętów należących do Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.

Zauważono także, że Wietnamczycy zwiększyli liczbę stanowisk mogących służyć jako miejsca dyslokacji systemów obrony przeciwlotniczej. Sugeruje się, że na wyposażeniu strony wietnamskiej mają być w tym przypadku przede wszystkim starsze kompleksy S-125 Peczora-2TM (SA-3 Goa), które miały podlegać procesom modernizacyjnym prowadzonym w ostatnich latach. Pytaniem otwartym pozostaje nasycenie tamtejszych placówek oraz obiektów wojskowych bezzałogowymi statkami powietrznymi. Wietnamskie siły zbrojne miały dotychczas eksperymentować z BSP pochodzenia izraelskiego, białoruskiego, ale również próbując rozwijać własne konstrukcje w oparciu o kooperację ze wspomnianymi Białorusinami. 

Zgodnie z analizą dostępnych zdjęć satelitarnych, analitycy pracujący dla Asia Maritime Transparency Initiative zauważają, iż Wietnam rozpoczął szereg nowych prac infrastrukturalnych. Dotyczą one instalacji systemów obrony wybrzeża, a także schronów i bunkrów oraz tuneli podziemnych. Dodatkowo można zaobserwować rozwój budynków administracyjnych, zwiększających zapewne możliwości przyjęcia na wysepki większego kontyngentu żołnierzy wietnamskich. Sygnalizuje się także budowę wież, zapewne związanych z potrzebami coraz wydajniejszych narzędzi komunikacyjnych i wywiadu sygnałowego SIGINT. Wietnamskie wojsko dokonuje również prac nad zwiększeniem kamuflażu zbudowanych obiektów, poprzez rekultywację roślinności. Modernizacje i ulepszenia są odnotowywane nie tylko w przypadku wysp, ale też obiektów lokowanych na sztucznych platformach umocowanych na rafach (podobne platformy są w wykorzystaniu Chińczyków).

defence24.pl

Priorytetem polityki międzynarodowej władz KPCh jest przede wszystkim sprawa Tajwanu oraz eskalujące spory na Morzach Południowo- i Wschodniochińskim. Warto również mieć na uwadze nabierające kształtu porozumienie Indii, Japonii, Australii i USA, w ramach formatu Quadrilateral Security Dialogue (QUAD), konsolidujące się w celu powstrzymywania ekspansji chińskiej. Układ ten uderza w BRICS, ponieważ Indie są jego państwem rdzeniowym, co osłabia organizację tworzoną z inicjatywy Chin. Ponadto powstanie tak silnej struktury może usztywnić stanowisko Japonii w sporze o wyspy Senkaku/Diaoyu. Niemniej jednak, coraz bardziej asertywna postawa Pekinu najpewniej będzie przybierała na sile, wykładniczo wraz ze wzrostem potęgi, bowiem zgodnie z założeniami paradygmatu realistycznego, a przede wszystkim zgodnie z doktryną Legizmu, która zajmuje bardzo ważną rolę w kulturze strategicznej Państwa Środka, każde państwo świadome wzrostu swojej siły stara się poszerzać wpływy geopolityczne. Natomiast, chaos charakteryzujący współczesne środowisko międzynarodowe wyraźnie niepokoi Pekin, bowiem chińska gospodarka osiągała największy wzrost w okresie „jednobiegunowej chwili”, czyli dominacji USA. Ogólnie rzecz ujmując, zjawisko chaosu w filozofii politycznej Chin, stanowi antytezę pożądanej harmonii. I jeśli przyjmiemy tezę, że „z chaosu wyłania się nowy porządek”, który określiłby „liderów” na arenie międzynarodowej, co byłoby pożądane przez Pekin, to w przypadku porażki w konfrontacji z hegemonem (USA), KPCh mogłaby utracić władzę w państwie. W długich dziejach Chin, okresy chaosu poprzedzały zmianę dynastii, a za taką należy uznać KPCh, która w 1949 r. zjednoczyła państwo. Utrata władzy często równoznaczna jest z utratą terytoriów, a tych „jedność” w kulturze chińskiej jest elementem dumy narodowej.

instytutboyma.org

W najbardziej radykalnych komunach kolektywowi trzeba było oddać prywatne działki, ciężkie narzędzia i zwierzęta hodowlane. Często nie pozwalano ludziom zatrzymać nic poza podstawowymi, niezbędnymi rzeczami. Li Jingquan, przywódca Syczuanu, oznajmił: „Nawet gówno należy skolektywizować!”. W odpowiedzi chłopi starali się uratować tyle swojej własności, ile się dało. Zabijali zwierzęta, ukrywali ziarno i sprzedawali majątek. Na samym początku ruchu Hu Yongming, rolnik z wilgotnej, pagórkowatej północno-wschodniej części Guangdongu, zabił cztery kurczaki, a następnego dnia trzy kaczki. Potem przyszła pora na trzy suki, a po jakimś czasie także szczenięta. W końcu zjedzono również kota. Wielu rolników robiło to samo – zjadali drób i zwierzęta domowe. W wioskach w Guangdongu najpierw jedzono kurczaki i kaczki, potem zaś świnie i krowy. Miejscowi urzędnicy, zainteresowani liczbami, wyliczyli, że wraz z nastaniem komun spożycie samej tylko wieprzowiny i warzyw wzrosło o sześćdziesiąt procent, ponieważ w obawie przed kolektywizacją chłopi zjadali produkty ze swych prywatnych działek. W Guangdongu krążyło powiedzenie: „Co zjesz, to twoje, czego nie zjesz, to każdego”.

Podobny scenariusz zdarzał się w miastach, choć próby stworzenia komun miejskich na ogół zarzucano i powrócono do nich dopiero po paru latach. W pierwszych tygodniach października 1958 roku w jednej tylko dzielnicy Kantonu w bankach podjęto ponad pół miliona juanów. W Wuhanie doszło do bankowej paniki: w ciągu dwóch dni od powołania komuny Wschód podjęto jedną piątą wszystkich oszczędności. Niektórzy robotnicy w niewielkich przedsiębiorstwach sprzedawali nawet maszyny
do szycia, od których zależało ich utrzymanie, inni zrywali w domach podłogi i sprzedawali jako drewno opałowe. Obawiając się konfiskaty oszczędności, skąpi niegdyś ludzie zaczynali oddawać się hojnej konsumpcji. Zwykli robotnicy kupowali kosztowne gatunki papierosów i inne towary luksusowe; niektórzy wydawali ekstrawaganckie bankiety. Plotki podsycały zbiorowe lęki: mówiono, że w niektórych wioskach każdemu wolno mieć jedynie koc, a wszystko poza tym jest wspólne: „nawet ubrania mają numery”.

W dążeniu do zwiększenia produkcji i realizacji wyższych zadań produkcyjnych konfiskowano także domy; komuna potrzebowała przecież cegieł na planowane na papierze stołówki, zbiorowe sale sypialne, żłobki i domy starców. Jak widzieliśmy, w Machengu najpierw burzono domy na nawóz, a tendencja ta pogłębiła się z nadejściem komun ludowych. W całym kraju mieszkańcy wsi musieli zacząć mieszkać wspólnie po kilka rodzin, a część trafiła do prowizorycznych szop. Niechętnym rolnikom mówiono, że „ci, którzy się nie wyprowadzą, nie otrzymają przydziału ziarna”. W niektórych wsiach wyburzanie starych domów uzasadniono wspaniałymi wizjami nowoczesności. W komunie Guishan zburzono trzydzieści domów, by zrobić miejsce na utopijny plan, zgodnie z którym brukowane ulice i wieżowce miały zastąpić polne drogi i lepianki. Nie zbudowano ani jednego nowego domu, więc część rodzin musiała zamieszkać w dawnych chlewach lub opuszczonych świątyniach, gdzie deszcz padał do środka przez dziurawy dach, a wiatr wiał przez szpary w ścianach wykonanych ze słomy i gliny. „Zniszczenie mego domu jest jeszcze gorsze niż wykopanie kamienia nagrobnego mego przodka!”, płakał pewien rolnik. Mało kto jednak odważył się narzekać. Większość stała w milczeniu, czasami we łzach, gdy lokalny kierownik przechodził, nie mówiąc ani słowa i tylko wskazując palcem domy do wyburzenia.

W powiecie Dianjiang w Syczuanie jedenastoosobowa grupa chodziła po wsiach, podpalając setki słomianych chat. Głoszone wówczas hasło brzmiało: „Zniszczyć słomiane domy w jeden wieczór, zbudować dzielnice mieszkaniowe w trzy dni, zbudować komunizm w sto dni”. Niektóre wsie całkowicie opustoszały, choć jakoś nigdzie nie udało się wyjść poza etap destrukcji. Domy burzono także dlatego, by oddzielić mężczyzn od kobiet w wielkim dążeniu do ścisłego zdyscyplinowania wsi. W Jingningu w Gansu podczas Wielkiego Skoku na rozkaz szefa prowincji Zhang Zhonglianga zniszczono około dziesięciu tysięcy domostw. Pozbawieni dachu nad głową ludzie najczęściej trafiali nie do sal sypialnych, jak przewidywały modelowe komuny, ale na ulice, bez środków do życia.

Frank Dikotter - Wielki głód

sobota, 6 marca 2021


U schyłku drugiej dekady XXI w. w kategoriach truizmu postrzega się znaczenie bezprecedensowego wzrostu potęgi Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL), której siła ekonomiczno-polityczna realnie rzutuje na szeroko pojęte środowisko bezpieczeństwa w skali światowej. Globalny wymiar chińskich interesów stanowi wyzwanie przede wszystkim dla Stanów Zjednoczonych, starających się utrzymać status hegemona we współcześnie obowiązującym, aczkolwiek chwiejącym się systemie światowym. W oczywisty sposób przekłada się to na wymiar regionalny, gdzie ekspansja ekonomiczna Chin aktywizuje podmioty polityczne ulokowane w obszarze zaangażowania gospodarczego Pekinu, które coraz wyraźniej pozycjonują się względem nowego globalnego gracza. Zjawisko to nie wynika z faktu rzekomego ukonstytuowania się nowego bipolarnego ładu światowego, czy wiążącej się z tym konieczności dokonania wyboru pomiędzy Pax Americana a Pax Sinica, czyli koncepcji forsowanej w mediach oraz popularnonaukowym dyskursie (...), a z powstania na danym etapie próżni, w której mocarstwa regionalne starają się nakreślać granice stref wpływów, zgodnych z subiektywną wizją nowego policentrycznego ładu światowego. Zatem globalna gra nie toczy się o restrukturyzację obecnego systemu zdominowanego przez Stany Zjednoczone, a raczej stanowi przejaw jego końca, czego dowodzi przesunięcie się rdzenia planowania strategicznego z obszaru Atlantyku na Pacyfik oraz wzrost potęgi graczy regionalnych (...). Jednym z symptomów przesilenia w ładzie światowym jest eskalacja konfliktu azersko-ormiańskiego, toczącego się w bezpośredniej strefie wpływów Moskwy (zacieśniającej współpracę z Pekinem), przy aktywnym udziale Turcji, wyraźnie kwestionującej status Rosji jako gwaranta bezpieczeństwa w regionie. Mając powyższe na uwadze, skala zaangażowania Chin na terytorium Azerbejdżanu i Armenii winna być rozpatrywana przez pryzmat relacji w trójkącie Chiny-Rosja-Turcja. Takie zjawisko prowokuje pytanie, czy współcześnie władze KPCh dysponują wystarczającą siłą i środkami oraz wolą, aby bronić podjętych inwestycji oraz wpływać na stabilizację środowiska bezpieczeństwa w regionie?

(...)

W swoim ogólnym założeniu projekt BRI (Belt and Road Initiative) przewiduje budowę sieci korytarzy transportowych komunikujących Chiny z chłonnymi rynkami Europy, jak i również zdobywanie rynków wzdłuż budowanej trasy oraz pozyskiwanie surowców z Afryki i Bliskiego Wschodu. Strategia ta w wymiarze zewnętrznym stanowi imperatyw z punktu widzenia upłynnienia nadwyżek towarów eksportowych „Made in China” (...), natomiast w kontekście wewnętrznym ma zapewnić aktywizację gospodarczą zachodniej i centralnej części kraju (...). Nie ulega wątpliwości, że jest to najbardziej śmiały projekt geopolityczny początku XXI wieku, przy czym należy mieć na uwadze, że tego typu inwestycje obwarowane są wysokim stopniem ryzyka z racji permanentnej niestabilności politycznej regionów jego implementacji, szczególnie w dobie przesilenia w ładzie światowym. W tym konkretnym przypadku chodzi o nitkę Transkaspijskiego Korytarza Transportowego przebiegającą przez trudny geopolitycznie obszar, w którym ścierają się interesy Armenii i Azerbejdżanu. 

(...)

Permanentna niestabilność Kaukazu Południowego (również Azji Centralnej) jest bezpośrednią konsekwencją upadku ZSRR, i powstałej w związku z tym próżni bezpieczeństwa na obszarze poradzieckim (...). Państwa regionu dotychczas opierające swoją gospodarkę i politykę zagraniczną na relacjach z Moskwą, zmuszone zostały niemalże z dnia na dzień do budowy od podstaw własnych struktur polityczno-ekonomicznych. O skali ówczesnego wyzwania stanowił fakt, że wypracowanie modus vivendi w tak zróżnicowanym kulturowo–etnicznie regionie przy braku mocno zaangażowanego lidera wydaje się mało realne, a wręcz nieprawdopodobne. 

(...)

W tym miejscu należy podkreślić istotę chińsko-rosyjskiej współpracy na terenie postradzieckim, gdzie Pekin porusza się z niezwykłą ostrożnością, stale sondując reakcje Moskwy na podjęte działania ekonomiczne, w szczególności w Azji Centralnej. Władze KPCh, przede wszystkim nie negują roli Rosji jako podmiotu kształtującego stan bezpieczeństwa w regionie, a jasno deklarowana aprobata takiego statusu zaspokaja ambicje polityczne Moskwy. Dodatkowym atutem „strategicznego partnerstwa” jest bezpieczeństwo północnych granic Państwa Środka, co umożliwia skupienie uwagi na pozostałych kierunkach geograficznych. Tego typu dyplomacja obnaża charakterystyczny schemat działań Pekinu, który wyraźnie dystansuje się od przyjęcia roli gwaranta bezpieczeństwa, koncentrując się na działaniach polityczno-ekonomicznych (szerzej – soft power). Taka strategia umożliwia ograniczenie kosztów związanych z utrzymywaniem sił i środków na terytoriach sojuszników, buduje pokojowy wizerunek państwa na arenie międzynarodowej, a „przy okazji” pozwala spokojnie prowadzić interesy, parafrazując Deng Xiaopinga „bogacić się”. Nawiasem mówiąc, podobną metodę zastosowano wobec Stanów Zjednoczonych, których marynarka wojenna (US Navy) jest gwarantem wolności żeglugi morskiej – ponosząc z tego tytułu znaczne koszty – będącej najtańszym, co za tym idzie najczęściej wykorzystywanym środkiem transportu towarów. Przykładowo, tranzyt drogą morską w 2016 r. stanowił 94% globalnego wolumenu wymiany handlowej (...), a jako że Chiny są największym eksporterem i drugim importerem produktów na świecie, to korzyści z tego tytułu wydają się być oczywiste.

(...)

„Chcesz się wzbogacić, wybuduj drogę” – zgodnie z tą maksymą Pekin realizuje jeden z najbardziej śmiałych projektów geopolitycznych XXI w. Projekt, który spędza sen z powiek waszyngtońskiej administracji, przy czym stanowi szansę na rozwój państw położonych w głębokim interiorze Eurazji. Niewątpliwie koncepcja BRI jest główną determinantą chińskiego zaangażowania na Kaukazie Południowym, jednakże warunkiem sine qua non jej dalszego rozwoju jest stabilne środowisko bezpieczeństwa. Rzecz jasna tego typu konflikty na trasie BRI zdecydowanie sprzyjają amerykańskiej strategii powstrzymywania wzrostu potęgi Chin. Innymi słowy, Pekinowi do dalszego rozwoju korytarzy transportowych potrzebny jest pokój, natomiast Waszyngton, z jednej strony zyskuje na niestabilności z dala od swoich granic, spowalniając rozwój kluczowego projektu geopolitycznego przeciwnika, z drugiej korzysta na tym, że Turcja kwestionując pozycję Rosji w jej bezpośredniej strefie wpływów, nieco oddala Ankarę w sensie politycznym od Moskwy. Z tym że, należy podkreślić, że Turcja rozgrywa własną geopolityczną grę, próbując nakreślić tzw. „czerwoną linię” wpływów w myśl policentrycznej wizji przyszłego ładu światowego. Zatem, czy Chiny na danym etapie budowy potęgi mogą, lub czy będą miały wolę wpłynąć na stabilizację bezpieczeństwa w regionie, w którym zaznaczmy nadal prymat wiedzie Rosja?

/W 2025 roku widzimy, próbę utworzenia korytarza transportowego łączącego Azerbejdżan z jego enklawą w Nachiczewaniu, przez teren Armenii - ale pod egidą Donalda Trumpa, a nie Chin - red./

instytutboyma.org

Na wstępie należy wyróżnić tezę, że strona rosyjska dąży do narzędziowego wykorzystania pandemii do swoich celów. W strategicznym ujęciu są nim rozbicie wspólnoty Zachodu oraz przyspieszenie przechodzenia do świata wielobiegunowego, widzianego przez pryzmat rosyjskich koncepcji. Estończycy podkreślają, że taki świat oczywiście jest mniej stabilny i pozwala sugerować występowanie napięć oraz nawet konfliktów zbrojnych. Jednakże, gwarantuje władzom w Moskwie większą zdolność do manewrowania pomiędzy zróżnicowanymi aktorami, zarządzając w tym celu rozwiniętym aparatem własnych służb specjalnych, służących Kremlowi nie tylko do klasycznego pozyskiwania danych wywiadowczych, ale również w znacznym stopniu do aktywnego wpływania na społeczeństwa innych państw, zgodnie z interesami strategicznymi samej Rosji. 

Przypominając, że działania psychologiczne są naturalnie wręcz wkomponowane w tamtejsze myślenie o prowadzeniu działań bojowych, wyróżnia się w raporcie szczególnie GU/GRU (Jednostka 54777) i zasoby wojskowego wywiadu w sferze op. PSYOPS, ale zaznaczając, że jest to podejście wysoce kompleksowe. Tym samym angażujące również zasoby SWR (Służba Wywiadu Zagranicznego) oraz FSB (Federalna Służba Bezpieczeństwa). Szczególnie, że celem są doktrynalnie decydenci polityczni, wojskowi i ich rodziny, cywilne populacje traktowane jako całość lub pozycjonowane względem podziałów etnicznych, religijnych, politycznych etc. Estończycy wręcz nie boją się podkreślić, że generalnie z założenia może chodzić o każdego na świecie, jeśli oczywiście Rosjanie będą widzieli w tym zakresie swój cel. Co więcej, nie zakładają oni jakiejś granicy i ograniczenia względem państw neutralnych, przyjaznych czy wrogich. Stąd też potrzeba tak rozbudowanych zdolności organizacyjnych, kadrowych oraz doktrynalnych do działań tego rodzaju. Utrzymywana jest również cały czas presja na państwa takie jak Estonia w perspektywie domeny cyber.

(...)

Narzędziami są i mają być wszelkie drogi do podgrzewania sporów wewnętrznych w innych państwach (silniejszych ekonomicznie), a także chociażby wprowadzanie nieufności względem podstaw walki władz z pandemią koronawirusa SARS-CoV-2. Tutaj pojawia się chociażby kazus prób dyskredytacji szczepień prowadzonych za pomocą środka stworzonego przez Oxford i AstraZenecę. Estoński wywiad wskazuje, że cyniczność działań Kremla nie jest niczym nowym, gdyż była wdrażana przy okazji zestrzelenia MH17 i śledztwa wokół tej sprawy, kwestii otrucia Aleksieja Nawalnego itp. I trzeba podkreślić niezmiernie ważne stwierdzenie, że nowe rozdanie w Waszyngtonie nie zmieni tej postawy w zakresie zmasowanych działań informacyjnych i nie tylko wobec przestrzeni transatlantyckiej.

Ta sama przysłowiowa "stabilność" aktywności rosyjskiej jest wskazywana przez estońskich analityków względem tzw. bliskiej zagranicy (w postrzeganiu rządzących na Kremlu). Dotyczy to chociażby animowania i utrzymywania napięć wobec konfliktów, które są użyteczne dla Rosji, począwszy od spraw walk na Ukrainie (gdzie Donbas ma być narzędziem uzyskania ostatecznie koncesji ze strony zmęczonych konfliktem władz w Kijowie), poprzez kwestię Naddniestrza, wywieranie presji na Gruzję poprzez Abchazję i Południową Osetię.

infosecurity24.pl

piątek, 5 marca 2021


Przez lata Gazprom był postrzegany w Rosji jako okręt flagowy rosyjskiej gospodarki oraz największe dobro narodowe, co znalazło wyraz w sformułowaniu „Gazprom to nasze wszystko” (eto nasze wsio). Taka ocena wynikała z potencjału największej firmy rosyjskiej: tworzyła ok. 8 proc. PKB, była największym pracodawcą, zatrudniającym 500 tysięcy pracowników, czołowym eksporterem i źródłem dochodów budżetowych. Dumą napawało wejście Gazpromu do pierwszej trójki największych pod względem kapitalizacji firm światowych i pierwsze miejsce na światowym rynku gazu.

Lata świetności to już jednak daleka przeszłość. Dynamiczny wzrost wartości rosyjskiej firmy przypadał na lata 2002-2008. Kapitalizacja Gazpromu zwiększyła się wówczas prawie 20-krotnie – z 18,5 mld dol. w 2002 roku do 342 mld dol. w czerwcu 2008 r., co czyniło go wówczas trzecim pod względem wartości rynkowej koncernem na świecie, po ExxonMobil i PetroChina. Ucieczka inwestorów zachodnich z moskiewskiej giełdy na skutek wojny Rosji z Gruzją w sierpniu 2008 roku zapoczątkowała gwałtowne załamanie notowań Gazpromu, pogłębione przez spadek cen ropy i gazu w wyniku światowego kryzysu gospodarczego. W ostatnich pięciu latach kapitalizacja Gazpromu kształtowała się w przedziale 52-66 mld dol. (wyjątkiem był rok 2019 z kapitalizacją 98 mld dol.), co sytuowało rosyjską firmę daleko poza pierwszą setką największych firm świata.

Gazprom stracił również wiodącą pozycję na rynku wewnętrznym. Był on najdroższą firmą w Rosji do kwietnia 2016 roku, wtedy to po raz pierwszy wyprzedził go koncern Rosnieft. W sierpniu 2016 roku Gazprom przesunął się na trzecie miejsce, wyprzedził go Sbierbank, a w ostatnich latach spadał nawet na piątą pozycję, ustępując Łukoilowi i Novatekowi (konkurent z rynku gazowego o niewspółmiernie mniejszym potencjale). Gazprom, który ma monopol eksportowy i transportowy, będąc właścicielem wszystkich gazociągów oraz 16 proc. światowych zasobów gazu i 71 proc. zasobów rosyjskich, od lat traci udział w rosyjskim wydobyciu. W latach 2001-2010 zmniejszył się on z 91,5 proc. do 77,2 proc., a w 2020 roku – do 65,5 proc., podczas gdy udział Novateku wzrósł z 4,5 proc. w 2005 roku do 13,4 proc. w 2017 i 16,8 proc. w 2020 roku.

Przy okazji podsumowań dwudziestu lat kierowania Gazpromem przez Aleksieja Millera i jego „ekipę petersburską” analitycy wskazują, że wydobycie gazu przez firmę spadło z 532,2 mld m3 w 2000 roku do 452 mld m3 w roku 2020, a głównym celem postawionym przed Gazpromem wiele lat temu, którego zresztą nie osiągnął, było wyeliminowanie zależności od Ukrainy, przez którą na początku XXI wieku transportowano przeszło 85 proc. rosyjskiego gazu eksportowanego na rynki europejskie. Włączając się w realizację celów geopolitycznych Rosji, Gazprom zaangażował się w wiele bardzo kosztownych inwestycji infrastrukturalnych w oderwaniu od rachunku ekonomicznego, interesów własnych i akcjonariuszy, a nawet wbrew nim. Negatywna ocena polityki inwestycyjnej, która zdaniem akcjonariuszy, pomnażając majątek, nie kreowała żadnej „wartości dodanej”, skutkowała coraz większym zadłużaniem się Gazpromu i spadkiem jego kapitalizacji.

Realia rynku gazowego zmieniały się na niekorzyść, a Gazprom budował ciągle nowe gazociągi. Zniknęła przewidywana wysoka dynamika wzrostu zużycia, pojawiła się za to duża konkurencja ze strony gazu skroplonego (LNG). W tym kontekście znany ekspert, prezes firmy konsultingowej East European Gas Analysis Michaił Korczemkin przywołuje prognozy Gazpromu z lat 2005-2010, pod którymi podpisał się jego prezes. Aleksiej Miller przewidywał, że produkcja gazu w Rosji wzrośnie do biliona metrów sześciennych (w 2020 produkcja wyniosła 692 mld m3), a do 2020 roku konsumpcja gazu w Europie zwiększy się o 200 mld m3. W praktyce odnotowano raczej stagnację, a w ostatnich trzech latach spadek. Zużycie wyniosło 522 mld m3 w 2010 roku, 524 mld m3 w 2015 i 530 mld m3 w roku 2020. Plany inwestycyjne opierały się na mocno zawyżonych przewidywaniach.

Czas pokazał, że prognozy były błędne, a mimo to plany budowy gazociągów rozrosły się do rozmiarów jeszcze większych niż te z lat 2005-2010. Sytuację dodatkowo w znaczący sposób pogarsza dynamiczny rozwój przez lata ignorowanego przez Gazprom rynku LNG. Wypiera on tradycyjny gaz rurociągowy. Na głównym europejskim rynku eksportowym Rosji import LNG osiągnął w 2019 roku 108 mld m3 , co stanowiło 28 proc. całego importu. W 2020 roku udział ten mógł się zwiększyć do przeszło 33 proc. Mimo sytuacji znacząco in minus odbiegającej od prognoz, w ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba gazociągów stale rosła. W latach 2010-2012 budowano Nord Stream 1, w latach 2012-2014 South Stream (zaniechany), w latach 2014-2019 Siłę Syberii, w latach 2017-2019 Turecki Potok, a w latach 2018-2020 Nord Stream 2.

obserwatorfinansowy.pl

Rok 2021 będzie wiązał się z dalszym promowaniem tzw. cyrkulacji dualnej, jak to określa Pekin. Z jednej strony będzie kładziony nacisk na pobudzanie popytu wewnętrznego (przez kreowanie miejsc pracy, poprawę zabezpieczenia społecznego i wzrost klasy średniej), a z drugiej – na tworzenie warunków ułatwiających inwestycje zagraniczne i zwiększających produkcję zorientowaną na eksport.

W ostatnich miesiącach szczególnie wzmacniano drugi filar obiegu dualnego, co było widoczne chociażby w korzystnej zmianie w listach negatywnych dla inwestorów czy dalszym promowaniu specjalnych stref. Zmalała liczba branż z ograniczeniami, a poszerzyła się lista sektorów, w których inwestycje są szczególnie pożądane (z 1108 w 2019 r. do 1235 w 2020 r.). Kontynuowano koncepcję stref wolnego handlu, transgranicznych stref handlu elektronicznego oraz eksperymentalnie otwarto strefę usług w Pekinie. W minionym roku Chiny utworzyły 46 nowych stref e-handlu (aż siedem w Guangdong), trzy nowe obszary wolnego handlu – w Pekinie, Hunan i Anhui, a także poszerzono strefę w Zhejiang. Terytoria te oferują wiele zachęt dla przedsiębiorstw, takie jak obniżki podatków lub usprawnioną odprawę celną.

Najwięcej emocji wywołał ogłoszony w czerwcu plan otwarcia portu wolnego handlu w Hainan. Tym sposobem stworzono największą specjalną strefę ekonomiczną w Chinach, w której zniesiono cła importowe, obniżono stawki podatku dochodowego dla specjalistów oraz zredukowano do 15 proc. podatek od osób prawnych. Ponadto wprowadzono wiele korzystnych polityk, szczególnie w dziedzinie technologii, opieki zdrowotnej i handlu. W lutym wejdzie w życie tzw. specjalna lista negatywna dla tego terytorium, która wprowadzi dalsze środki promujące otwarcie kluczowych obszarów, takich jak telekomunikacja, edukacja, usługi, przemysł przetwórczy i wydobywczy.

obserwatorfinansowy.pl