sobota, 6 marca 2021


Na wstępie należy wyróżnić tezę, że strona rosyjska dąży do narzędziowego wykorzystania pandemii do swoich celów. W strategicznym ujęciu są nim rozbicie wspólnoty Zachodu oraz przyspieszenie przechodzenia do świata wielobiegunowego, widzianego przez pryzmat rosyjskich koncepcji. Estończycy podkreślają, że taki świat oczywiście jest mniej stabilny i pozwala sugerować występowanie napięć oraz nawet konfliktów zbrojnych. Jednakże, gwarantuje władzom w Moskwie większą zdolność do manewrowania pomiędzy zróżnicowanymi aktorami, zarządzając w tym celu rozwiniętym aparatem własnych służb specjalnych, służących Kremlowi nie tylko do klasycznego pozyskiwania danych wywiadowczych, ale również w znacznym stopniu do aktywnego wpływania na społeczeństwa innych państw, zgodnie z interesami strategicznymi samej Rosji. 

Przypominając, że działania psychologiczne są naturalnie wręcz wkomponowane w tamtejsze myślenie o prowadzeniu działań bojowych, wyróżnia się w raporcie szczególnie GU/GRU (Jednostka 54777) i zasoby wojskowego wywiadu w sferze op. PSYOPS, ale zaznaczając, że jest to podejście wysoce kompleksowe. Tym samym angażujące również zasoby SWR (Służba Wywiadu Zagranicznego) oraz FSB (Federalna Służba Bezpieczeństwa). Szczególnie, że celem są doktrynalnie decydenci polityczni, wojskowi i ich rodziny, cywilne populacje traktowane jako całość lub pozycjonowane względem podziałów etnicznych, religijnych, politycznych etc. Estończycy wręcz nie boją się podkreślić, że generalnie z założenia może chodzić o każdego na świecie, jeśli oczywiście Rosjanie będą widzieli w tym zakresie swój cel. Co więcej, nie zakładają oni jakiejś granicy i ograniczenia względem państw neutralnych, przyjaznych czy wrogich. Stąd też potrzeba tak rozbudowanych zdolności organizacyjnych, kadrowych oraz doktrynalnych do działań tego rodzaju. Utrzymywana jest również cały czas presja na państwa takie jak Estonia w perspektywie domeny cyber.

(...)

Narzędziami są i mają być wszelkie drogi do podgrzewania sporów wewnętrznych w innych państwach (silniejszych ekonomicznie), a także chociażby wprowadzanie nieufności względem podstaw walki władz z pandemią koronawirusa SARS-CoV-2. Tutaj pojawia się chociażby kazus prób dyskredytacji szczepień prowadzonych za pomocą środka stworzonego przez Oxford i AstraZenecę. Estoński wywiad wskazuje, że cyniczność działań Kremla nie jest niczym nowym, gdyż była wdrażana przy okazji zestrzelenia MH17 i śledztwa wokół tej sprawy, kwestii otrucia Aleksieja Nawalnego itp. I trzeba podkreślić niezmiernie ważne stwierdzenie, że nowe rozdanie w Waszyngtonie nie zmieni tej postawy w zakresie zmasowanych działań informacyjnych i nie tylko wobec przestrzeni transatlantyckiej.

Ta sama przysłowiowa "stabilność" aktywności rosyjskiej jest wskazywana przez estońskich analityków względem tzw. bliskiej zagranicy (w postrzeganiu rządzących na Kremlu). Dotyczy to chociażby animowania i utrzymywania napięć wobec konfliktów, które są użyteczne dla Rosji, począwszy od spraw walk na Ukrainie (gdzie Donbas ma być narzędziem uzyskania ostatecznie koncesji ze strony zmęczonych konfliktem władz w Kijowie), poprzez kwestię Naddniestrza, wywieranie presji na Gruzję poprzez Abchazję i Południową Osetię.

infosecurity24.pl

piątek, 5 marca 2021


Przez lata Gazprom był postrzegany w Rosji jako okręt flagowy rosyjskiej gospodarki oraz największe dobro narodowe, co znalazło wyraz w sformułowaniu „Gazprom to nasze wszystko” (eto nasze wsio). Taka ocena wynikała z potencjału największej firmy rosyjskiej: tworzyła ok. 8 proc. PKB, była największym pracodawcą, zatrudniającym 500 tysięcy pracowników, czołowym eksporterem i źródłem dochodów budżetowych. Dumą napawało wejście Gazpromu do pierwszej trójki największych pod względem kapitalizacji firm światowych i pierwsze miejsce na światowym rynku gazu.

Lata świetności to już jednak daleka przeszłość. Dynamiczny wzrost wartości rosyjskiej firmy przypadał na lata 2002-2008. Kapitalizacja Gazpromu zwiększyła się wówczas prawie 20-krotnie – z 18,5 mld dol. w 2002 roku do 342 mld dol. w czerwcu 2008 r., co czyniło go wówczas trzecim pod względem wartości rynkowej koncernem na świecie, po ExxonMobil i PetroChina. Ucieczka inwestorów zachodnich z moskiewskiej giełdy na skutek wojny Rosji z Gruzją w sierpniu 2008 roku zapoczątkowała gwałtowne załamanie notowań Gazpromu, pogłębione przez spadek cen ropy i gazu w wyniku światowego kryzysu gospodarczego. W ostatnich pięciu latach kapitalizacja Gazpromu kształtowała się w przedziale 52-66 mld dol. (wyjątkiem był rok 2019 z kapitalizacją 98 mld dol.), co sytuowało rosyjską firmę daleko poza pierwszą setką największych firm świata.

Gazprom stracił również wiodącą pozycję na rynku wewnętrznym. Był on najdroższą firmą w Rosji do kwietnia 2016 roku, wtedy to po raz pierwszy wyprzedził go koncern Rosnieft. W sierpniu 2016 roku Gazprom przesunął się na trzecie miejsce, wyprzedził go Sbierbank, a w ostatnich latach spadał nawet na piątą pozycję, ustępując Łukoilowi i Novatekowi (konkurent z rynku gazowego o niewspółmiernie mniejszym potencjale). Gazprom, który ma monopol eksportowy i transportowy, będąc właścicielem wszystkich gazociągów oraz 16 proc. światowych zasobów gazu i 71 proc. zasobów rosyjskich, od lat traci udział w rosyjskim wydobyciu. W latach 2001-2010 zmniejszył się on z 91,5 proc. do 77,2 proc., a w 2020 roku – do 65,5 proc., podczas gdy udział Novateku wzrósł z 4,5 proc. w 2005 roku do 13,4 proc. w 2017 i 16,8 proc. w 2020 roku.

Przy okazji podsumowań dwudziestu lat kierowania Gazpromem przez Aleksieja Millera i jego „ekipę petersburską” analitycy wskazują, że wydobycie gazu przez firmę spadło z 532,2 mld m3 w 2000 roku do 452 mld m3 w roku 2020, a głównym celem postawionym przed Gazpromem wiele lat temu, którego zresztą nie osiągnął, było wyeliminowanie zależności od Ukrainy, przez którą na początku XXI wieku transportowano przeszło 85 proc. rosyjskiego gazu eksportowanego na rynki europejskie. Włączając się w realizację celów geopolitycznych Rosji, Gazprom zaangażował się w wiele bardzo kosztownych inwestycji infrastrukturalnych w oderwaniu od rachunku ekonomicznego, interesów własnych i akcjonariuszy, a nawet wbrew nim. Negatywna ocena polityki inwestycyjnej, która zdaniem akcjonariuszy, pomnażając majątek, nie kreowała żadnej „wartości dodanej”, skutkowała coraz większym zadłużaniem się Gazpromu i spadkiem jego kapitalizacji.

Realia rynku gazowego zmieniały się na niekorzyść, a Gazprom budował ciągle nowe gazociągi. Zniknęła przewidywana wysoka dynamika wzrostu zużycia, pojawiła się za to duża konkurencja ze strony gazu skroplonego (LNG). W tym kontekście znany ekspert, prezes firmy konsultingowej East European Gas Analysis Michaił Korczemkin przywołuje prognozy Gazpromu z lat 2005-2010, pod którymi podpisał się jego prezes. Aleksiej Miller przewidywał, że produkcja gazu w Rosji wzrośnie do biliona metrów sześciennych (w 2020 produkcja wyniosła 692 mld m3), a do 2020 roku konsumpcja gazu w Europie zwiększy się o 200 mld m3. W praktyce odnotowano raczej stagnację, a w ostatnich trzech latach spadek. Zużycie wyniosło 522 mld m3 w 2010 roku, 524 mld m3 w 2015 i 530 mld m3 w roku 2020. Plany inwestycyjne opierały się na mocno zawyżonych przewidywaniach.

Czas pokazał, że prognozy były błędne, a mimo to plany budowy gazociągów rozrosły się do rozmiarów jeszcze większych niż te z lat 2005-2010. Sytuację dodatkowo w znaczący sposób pogarsza dynamiczny rozwój przez lata ignorowanego przez Gazprom rynku LNG. Wypiera on tradycyjny gaz rurociągowy. Na głównym europejskim rynku eksportowym Rosji import LNG osiągnął w 2019 roku 108 mld m3 , co stanowiło 28 proc. całego importu. W 2020 roku udział ten mógł się zwiększyć do przeszło 33 proc. Mimo sytuacji znacząco in minus odbiegającej od prognoz, w ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba gazociągów stale rosła. W latach 2010-2012 budowano Nord Stream 1, w latach 2012-2014 South Stream (zaniechany), w latach 2014-2019 Siłę Syberii, w latach 2017-2019 Turecki Potok, a w latach 2018-2020 Nord Stream 2.

obserwatorfinansowy.pl

Rok 2021 będzie wiązał się z dalszym promowaniem tzw. cyrkulacji dualnej, jak to określa Pekin. Z jednej strony będzie kładziony nacisk na pobudzanie popytu wewnętrznego (przez kreowanie miejsc pracy, poprawę zabezpieczenia społecznego i wzrost klasy średniej), a z drugiej – na tworzenie warunków ułatwiających inwestycje zagraniczne i zwiększających produkcję zorientowaną na eksport.

W ostatnich miesiącach szczególnie wzmacniano drugi filar obiegu dualnego, co było widoczne chociażby w korzystnej zmianie w listach negatywnych dla inwestorów czy dalszym promowaniu specjalnych stref. Zmalała liczba branż z ograniczeniami, a poszerzyła się lista sektorów, w których inwestycje są szczególnie pożądane (z 1108 w 2019 r. do 1235 w 2020 r.). Kontynuowano koncepcję stref wolnego handlu, transgranicznych stref handlu elektronicznego oraz eksperymentalnie otwarto strefę usług w Pekinie. W minionym roku Chiny utworzyły 46 nowych stref e-handlu (aż siedem w Guangdong), trzy nowe obszary wolnego handlu – w Pekinie, Hunan i Anhui, a także poszerzono strefę w Zhejiang. Terytoria te oferują wiele zachęt dla przedsiębiorstw, takie jak obniżki podatków lub usprawnioną odprawę celną.

Najwięcej emocji wywołał ogłoszony w czerwcu plan otwarcia portu wolnego handlu w Hainan. Tym sposobem stworzono największą specjalną strefę ekonomiczną w Chinach, w której zniesiono cła importowe, obniżono stawki podatku dochodowego dla specjalistów oraz zredukowano do 15 proc. podatek od osób prawnych. Ponadto wprowadzono wiele korzystnych polityk, szczególnie w dziedzinie technologii, opieki zdrowotnej i handlu. W lutym wejdzie w życie tzw. specjalna lista negatywna dla tego terytorium, która wprowadzi dalsze środki promujące otwarcie kluczowych obszarów, takich jak telekomunikacja, edukacja, usługi, przemysł przetwórczy i wydobywczy.

obserwatorfinansowy.pl

czwartek, 4 marca 2021


Nie zastanawiało pana, dlaczego Papierzowi i jego grupie tak łatwo poszło opanowanie MSZ?

– Sam sobie zadaję pytanie, jak to możliwe, że człowiek po tylu skandalach dalej jest tym, kim jest. Po tej Bułgarii… Przecież on nie jest w MSZ od 2015 r. Był wiceministrem, teraz jest dyrektorem generalnym. Znajduję na to jedną odpowiedź – Polska jest totalnie zinfiltrowana przez różnego rodzaju służby, i to raczej nie nasze. Bo my nie mamy służb, to są amatorzy. Nie wierzy pan? To coś panu opowiem. Po odejściu z MSZ na początku sierpnia 2019 r. zacząłem pracę na Uniwersytecie w Jyväskylä. Akurat wtedy zaczyna się tam Rajd Finlandii.

Słynne fińskie szutry!

– W internecie jest z tego okresu informacja, że Finowie aresztowali funkcjonariuszy ABW, którzy przemalowali swój samochód i chcieli sobie pojeździć po tych rajdowych trasach. OK, mogę się jedynie domyślać, że ludzie z ABW przyjechali do Jyväskylä zobaczyć, co tam robię, w ramach ochrony kontrwywiadowczej. Jeśli tak było, nie mam o to pretensji, to ich obowiązek. Tylko żeby zrobić z siebie takich… – nie mam słów po prostu – to już trzeba naprawdę… Bo jak macie, panowie, zadanie, obojętnie, czy związane ze mną, czy nie, to zróbcie swoje i wyjeżdżajcie! A nie samochodem po trasie rajdowej jeździć i jeszcze dać się aresztować i zdekonspirować! Przecież jak Finowie się zorientowali, że jakiś obcy samochód po trasie jeździ, to podnieśli alarm i policja ten samochód zgarnęła. Kiedy przeczytałem o tej „przygodzie”, pół dnia pokładałem się ze śmiechu.

tygodnikprzeglad.pl

Przykład Republiki Białorusi pokazuje, że Chiny wciąż traktują współpracę w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku w kategoriach eksperymentu, a nie strategicznego zaangażowania w gospodarki partnerów. Mimo przedstawienia ambitnej wizji specjalnej strefy ekonomicznej Wielkiego Kamienia Pekin nie jest gotowy ani na bardziej efektywne popychanie Mińska w stronę reform według modelu chińskiego (porównywalne do działań podejmowanych w ostatnich latach wobec Białorusi przez UE czy MFW), ani na szerokie subsydiowanie niewydolnej białoruskiej gospodarki. Niezadowolenie RB wynika z tego, że w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku Chiny nie mają atrakcyjnej oferty gospodarczej dla już uprzemysłowionych państw na średnim poziomie rozwoju. Białorusi zaproponowany został zestaw instrumentów wypracowany m.in. w Afryce, odpowiadający na potrzeby krajów rozwijających się. Dodatkowo Pekin jest gotowy do transferu wyłącznie nisko zaawansowanych technologii (m.in. związanych z branżą chemiczną i przemysłem ciężkim), które nie zapewniają Białorusi realnego impulsu modernizacyjnego. W sferze politycznej dotychczasowa współpraca obu państw wskazuje na brak strategicznych ambicji Pekinu w Europie Wschodniej. Chiny nie zdecydowały się na aktywną rywalizację z dominującą na Białorusi Rosją. Ochłodzenie stosunków z Ukrainą wskazuje, że akceptują pretensje Kremla do własnej strefy wpływów w regionie Europy Wschodniej. Gospodarcze i strategiczne znaczenie Mińska jest wciąż zbyt niewielkie, by Pekin ryzykował konflikt z Moskwą, z którą współpracuje intensywnie na arenie globalnej. Strona białoruska natomiast coraz częściej okazuje swoje rozczarowanie faktem, że współpraca gospodarcza z ChRL nadal nie stanowi efektywnej przeciwwagi dla relacji z głównymi partnerami wśród państw UE oraz z Rosją.

OSW - Partnerstwo niestrategiczne. Stosunki białorusko-chińskie

Jaki jest sens wprowadzania w Polsce podatku cukrowego tylko od napojów?

– Faktycznie wokół tematu narosło dużo kontrowersji. Jednak na bazie doniesień z innych krajów, a ponad 30 państw ma już podobne rozwiązania, widać, że obłożenie ich podatkiem może się przyczynić do zmniejszenia spożycia cukru. A jego mniejsza ilość w diecie to też mniejsze ryzyko otyłości, pośrednio też chorób niezakaźnych, cywilizacyjnych, z cukrzycą na czele. Co zresztą widać już na przykładzie Berkeley w Kalifornii, gdzie dzięki podatkowi cukrowemu i odpowiedniej edukacji spożycie tego typu napojów w ciągu trzech lat spadło o 52%.

Dlaczego w takim razie podatkiem cukrowym objęto także napoje z substancjami słodzącymi innymi niż cukier?

– To również ma charakter prozdrowotny. Celem jest ograniczenie konsumpcji napojów energetycznych z dodatkiem słodzików, tauryny i kofeiny, które bez problemu mogą dostać nawet najmłodsi. Dodatkowo ważne jest pokazanie braku społecznej akceptacji dla faktu, że napój słodzony równa się woda. Jeżeli kolorowe napoje są w cenie wody, wybór często pada właśnie na nie.

Zgoda, tyle że cukier (i jego pochodne) dodawany jest teraz praktycznie do wszystkiego.

– Niestety, cukier jest nawet tam, gdzie najmniej się go spodziewamy, czyli m.in. w wędlinach i konserwach, a także wszelkich sosach, w tym ketchupach i musztardach. Choć można go spotkać też w pieczywie – dodawany jest dla koloru albo lepszej trwałości, bo wtedy, jak wiadomo, towar dłużej poleży na sklepowej półce.

W puszce gotowej zupy może być nawet pięć łyżeczek cukru, a w szklance soku pomarańczowego – sześć.

– Jeszcze gorszy może się okazać sok marchewkowo-owocowy, w którym marchewka pojawia się jedynie w nazwie, chyba dla ukrycia ilości cukru. Podobnie jest z napojami mlecznymi, np. jogurtami smakowymi, gdzie w jednym opakowaniu można znaleźć ponad 11 łyżeczek. Czasami dzieci na śniadanie dostają taki jogurt z płatkami śniadaniowymi, w których porcji znajdziemy nawet siedem łyżeczek cukru. Ale warto uważać też na inne produkty – nawet do konserwowego groszku czy kukurydzy dodaje się cukier! Podobne przykłady można zresztą mnożyć. Przy czym warto wiedzieć i to, że cukier cukrowi nierówny. Pomidory, które w rzeczywistości są jagodami, czyli owocami, umownie tylko nazywane warzywami, same w sobie również zawierają cukier. Jednak jest go niewiele – 2,6 g na 100 g, czyli objętość pół łyżeczki.

Niby są etykiety…

– …ale kto je w ogóle czyta! Badanie przeprowadzone przez Inquiry Market Research z 2014 r. pokazało, że ok. 21,7% Polaków. Mało! Wśród moich pacjentów nie więcej niż jedna trzecia.

A gdyby nawet, to kto je tam rozumie!

– Pełna zgoda, ale problem jest bardziej złożony. Po pierwsze, jest nim sama klasyfikacja etykiet – co do zasady polega na tym, że wyliczamy składniki w zależności od procentu ich zawartości w produkcie. Na samym początku to, czego jest najwięcej. Ale jeżeli właśnie cukru jest najwięcej, a producent nie chce do tego do końca się przyznać, da jako pierwszy składnik mąkę czy mleko. Niech stanowi dajmy na to 50% produktu. Po czym dorzuci trzy różne rodzaje cukru, każdy po 20%, tak że łącznie będzie go 60%, i w ten sposób fakt ten ukryje. Po drugie, producenci mają już ok. 60 określeń cukru na etykietach. Cukier, cukier puder, cukier brązowy, miód, agar, sacharoza, glukoza, fruktoza, syrop glukozowy, glukozowo-fruktozowy, melasa trzcinowa, buraczana, karmel, ekstrakt słodu jęczmiennego, choć mogą to być też maltoza, ksyloza, dekstroza oraz dekstryny i maltodekstryny. Wystarczy poczytać skład płatków śniadaniowych bądź innych słodyczy. Najzdrowsze i zarazem najdroższe wydają się stewia, ksylitol, erytrytol, mannitol i sorbitol.

A który jest najbardziej zgubny?

– Fruktoza, która pojawia się we wszystkich produktach z dodatkiem cukru, bo cukier stołowy to w połowie glukoza, a w połowie fruktoza.

Ale dlaczego?!

– Ponieważ ma inny szlak metaboliczny niż glukoza, podobny zresztą do metabolizmu alkoholu. Fruktoza omija szlak insulinowy i bezpośrednio przedostaje się do wątroby. A przez to powoduje jej stłuszczenie, zwłóknienie, stany zapalne, z czasem martwicę. To coraz powszechniejszy problem, bo z uszkodzeniem wątroby do lekarzy zgłaszają się już nawet dzieci!

Ale przecież fruktoza to jeden ze składników owoców.

– Nazwa fruktoza pochodzi z łacińskiego fructus, czyli owoc. Tak! Ale fruktoza w owocach nie jest szkodliwa, bo jest powiązana z błonnikiem. Kiedy dociera do jelit, żywi najpierw bakterie jelitowe, które są dla nas bardzo korzystne. A dopiero potem przedostaje się do krwiobiegu. Jeżeli z kolei wypijemy cukier – najgorsza forma – to szybko trafi on do wątroby, omijając bakterie jelitowe.

Innym problemem jest to, że fruktoza, by zostać zmetabolizowana, musi najpierw pobrać energię, co spowalnia naszą przemianę materii. A to oznacza, że w mniejszym stopniu pobudza hormony sytości, w tym leptynę. Czyli produktów, które mają jej w składzie dużo, możemy zjeść więcej, a przez to większy jest przyrost tkanki tłuszczowej.

Tyle ciało, a jak fruktoza wpływa na pracę mózgu?

– Powoduje upośledzenie funkcji poznawczych i pamięci. Do tego stopnia, że szczury na diecie z większą ilością cukru mają problemy z nauką i większe trudności z pokonaniem labiryntu, w porównaniu ze szczurami na regularnej diecie. Podobne badania są zresztą prowadzone na ludziach; ich efekty są zbliżone. Ostatnie analizy pokazały, że regularne wypijanie napojów zawierających fruktozę powoduje wzrost ryzyka depresji – o ok. 25%.

Pech w tym, że to jednocześnie cukier, który najbardziej lubimy.

– Trudno się dziwić, w końcu fruktoza jest siedem razy słodsza od tradycyjnego cukru.

Ale to nadal nie tłumaczy, dlaczego smak słodki jest przez nas tak pożądany – jakie mechanizmy tu działają?

– Cukier silnie wpływa na system nagrody i motywacji. Bardziej stymuluje układ przyjemności, kiedy uwalniany jest koktajl hormonów szczęścia – dopaminy, serotoniny i endorfin. Potwierdzają to badania rezonansem magnetycznym – pokazują, że obszary mózgu odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności są po zjedzeniu czegoś słodkiego bardziej pobudzone niż po zażyciu twardych narkotyków!

Zresztą także inne eksperymenty dowiodły, że cukier to na tyle silny bodziec, że może śmiało konkurować z twardymi narkotykami – szczury, które były uzależnione od kokainy, częściej wybierały wodę z cukrem niż tę z rozpuszczonym narkotykiem.

To może tłumaczyć ochotę na cukier, ale dlaczego z czasem potrzebujemy go coraz więcej?

– Kiedy system przyjemności jest pobudzany regularnie, to stopniowo, nieodwracalnie obumierają receptory dopaminowe. Podnosi się zakres tolerancji na słodkie. Żeby więc osiągnąć podobny stopień pobudzenia, organizm potrzebuje coraz silniejszego bodźca i domaga się większych dawek cukru.

Dlaczego w ogóle faworyzujemy tak niezdrowy nawyk?

– To atawizm. Słodki smak jest utożsamiany z bezpieczeństwem. Przecież jeśli noworodkom podać wodę z dodatkiem glukozy, od razu przestają płakać. Poza tym mamy zakodowane w genach, że jedzenia może zabraknąć, więc chodzi i o to, by zmaksymalizować liczbę zjadanych kalorii. W końcu nie wiadomo, kiedy pożywienie będzie ponownie dostępne.

Tyle że coraz częściej mówi się już nie tylko o gęstości kalorycznej, ale i o gęstości sensorycznej.

– W tym przypadku liczy się już nie tyle zaspokajanie głodu, ile dostarczenie zmysłom odpowiedniej dawki przyjemności. Najlepszym tego przykładem jest tuż po sytym obiedzie ochota np. na serniczek.

„Mimo uczucia sytości zmysły domagają się odrobiny ekscytacji”, tak pisze pan w książce.

– A to dlatego, że w psychodietetyce rozróżniamy dwa style jedzenia. Wisceralne: jemy po to, by się najeść, napełnić żołądek, tak jedzą zwierzęta. I sensoryczne, kiedy pobudzamy przyjemność na różnych obszarach. W takim wypadku nie wystarczy zjeść cokolwiek gdziekolwiek.

Ale do słodkiego ciągnie nas o wiele więcej.

– To również automatyzm, tym bardziej że ponad 95% naszych zachowań jest nawykowe, a słodycze – co pokazują liczne analizy – często pojawiają się w sytuacjach, które są powtarzalne. Szczególnie wieczorem, kiedy nie mamy już energii, żeby cokolwiek kontrolować.

Idąc dalej tym tropem, można się uzależnić od cukru?

– Tak, choć wcześniej uważano, że to tylko termin kulturowy. Teraz są już na to naukowe dowody. Około 15% społeczeństwa uważa się za uzależnione od jakiegoś rodzaju żywności, najczęściej tej z dodatkiem cukru. Badania pokazują, że wpływ na to mogą mieć obciążenia genetyczne i zmiany biochemiczne, ale także czynniki społeczne.

Kiedy w takim razie mówimy o uzależnieniu od cukru?

– Gdy powtarzamy daną czynność mimo świadomości jej negatywnego wpływu na zdrowie. Kiedy pojawia się nieodparta chęć, wręcz przymus, a czynność ta szybko staje się nawykowa, co upośledza życie zarówno fizyczne, jak i psychiczne oraz społeczne.

A jak odróżnić, czy to jeszcze zachcianka lub nawyk, czy może już uzależnienie?

– Bardzo prosto. Kiedy mam zachciankę, od czasu do czasu, to kiedy ją zaspokoję, czuję przyjemność, ekscytację, spokój, relaks, ukojenie. Natomiast jeśli jest to nawyk, to po słodycze sięgam często, z przyzwyczajenia, bez wyraźnej potrzeby. Po ich zjedzeniu, w przeciwieństwie do zachcianki, pojawiają się negatywne odczucia. Coraz mniej wiary w siebie, bo przecież często obiecuję sobie, że to już więcej się nie powtórzy… Z czasem przechodzi to w uzależnienie – mimo świadomości, że ma to na mnie zgubny wpływ, nie mogę przestać. W tym momencie dobrze jest poszukać pomocy specjalisty.

A cukier sam w sobie jest niebezpieczny?

– Nie, wszystko zależy od jego ilości. Bo przecież jest on niezbędnym paliwem dla organizmu. Potrzebnym przede wszystkim do prawidłowej pracy mózgu. Jest tak konieczny, że jesteśmy w stanie go wytarzać nawet z białka i tłuszczów w przypadku niedoborów z diety.

To ile cukru nam potrzeba?

– Według WHO do 10% kaloryczności diety, czyli 50 g dziennie. To równowartość czterech łyżek cukru lub dwóch łyżek miodu. Choć naukowcy z Wielkiej Brytanii zalecają nawet mniej, do 5%.

A średnio ile go zjadamy?

– Statystyczny Polak nawet 51,1 kg rocznie! Co gorsza, dzieci w Polsce jedzą najwięcej cukru w Europie. Te poniżej 10. roku życia aż 95 g dziennie, czyli 19 łyżeczek. Gorzej jest tylko w Stanach Zjednoczonych: 170 g dziennie, czyli 34 łyżeczki cukru.

Nic dziwnego, że dietetycy biją na alarm. Jak w takim razie leczyć cukroholików?

– Nie wystarczy przestać jeść cukier czy pójść na detoks. W autorskim modelu zmiany nawyków żywieniowych FitMind proces zmiany podzieliłem na pięć kroków.

Na początku chcę zatrzymać proces – jak toniemy, musimy złapać się tratwy, czegokolwiek. Potem odzyskać kontrolę nad zachowaniem – wejść na tratwę, uspokoić oddech. Następnie zmienić zachowanie – szukamy łódki zamiast tratwy. I dopiero wtedy przychodzi czas na wejście w indywidualny model żywieniowy. Skupienie na diecie i większej aktywności fizycznej. Po przejściu tych czterech kroków płyniemy już w stronę brzegu. Następuje krok piąty, najważniejszy – utrzymanie nawyku, bo przecież mieszkamy nadal na terenie zalewowym. Budujemy wały przeciwpowodziowe, montujemy system alarmowy.

Czyli?

– Stale nad sobą pracujemy. Bo zanim nowe zachowanie wejdzie w krew, to – według niektórych badań – potrzeba około miesiąca na każdy rok złego nawyku. Czyli jeśli ktoś 10 lat był słodyczoholikiem, to po przejściu czterech kroków będzie potrzebował jeszcze ok. 10 miesięcy, by utrwalić inny sposób myślenia i działania.

tygodnikprzeglad.pl

Tak oto obóz władzy, prący kadencję do przodu niczym czołg, coraz bardziej przypomina człowieka grzęznącego w bagnie. Jeszcze daje radę unosić nogi, jeszcze uporczywie posuwa się do przodu, ale wolniej i wolniej, zapadając się powolutku w maź, która zbliża się ku ustom. Wróży to jak najgorzej nie tylko podatkowi od reklam, choć tak pięknie domknąłby system redystrybucji, który udało się zbudować.

Sednem bowiem całej sprawy był zapis mówiący, iż przy tej okazji powstanie Fundusz Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, zasilany częścią pieniędzy ściąganych za sprawą nowej daniny. Wedle szacunków miało to oznaczać pozyskiwanie do nowego funduszu (jedynie od mediów) ok. 240 mln złotych rocznie. Sporo, acz byłaby to kolejna kropla w całym systemie redystrybucji.

Już teraz ogarnięcie go nie prezentuje się wcale tak łatwo. Jest więc Narodowy Instytut Wolności. W najbliższych latach będzie on rozdysponowywał rocznie ok. 100-140 mln zł, otrzymywanych z budżetu państwa oraz składek wpłacanych do Funduszu Wspierania Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego przez operatorów gier hazardowych. Podobną kwotę przekazała na różne cele w roku 2019 Polska Fundacja Narodowa. Do tego dochodzą granty rozdzielane przez poszczególne ministerstwa oraz dość swobodnie rozdysponowywane fundusze spółek skarbu państwa, za pośrednictwem własnych fundacji. Już w tym momencie mamy z pół miliarda złotych. Od pięciu lat przytłaczająca większość tej sumy wędruje wspomnianymi kanałami do środowisk związanych z obozem władzy. Do tego trzeba dorzucić drogi pośrednie, takie jak np. zarobki krewnych oraz znajomych, którymi obsadzono wszelkie możliwe etaty w spółkach, urzędach oraz instytucjach podległych państwu. Na to nakładają się jeszcze wydatki reklamowe spółek skarbu państwa kierowane przede wszystkim do mediów związanych z obozem władzy. Ile całościowo rozdziela wśród „swoich” ten formalny i mniej formalny system redystrybucji pieniądza trudno policzyć, acz są to miliardy złotych.

dziennik.pl

Ci, którzy znali Chruszczowa, uważali tego nieokrzesanego, nieobliczalnego i impulsywnego człowieka za prostaka o ograniczonych zdolnościach i ambicjach. To właśnie ta opinia pozwoliła mu przetrwać za Stalina, który traktował go z życzliwą wyrozumiałością; dzięki temu Chruszczowa nie spotkał los towarzyszy znacznie inteligentniejszych, ale postępujących niezręcznie wobec dyktatora. „Mój mały Marks! – zakpił raz z niego Stalin, stukając go fajką w głowę. – Pusto tu!” Chruszczow był maskotką Stalina; w rzeczywistości jednak dręczyła go taka sama paranoja, a pod pozorami niezręczności krył się przebiegły i niezwykle ambitny człowiek.

Chruszczow krytycznie oceniał traktowanie Mao przez Stalina i postanowił zdystansować byłego szefa, stawiając stosunki z Pekinem na nowej płaszczyźnie. Zamierzał być życzliwym mentorem i skierować chłopskiego buntownika ku bardziej oświeconej formie marksizmu. Grał także rolę dobrotliwego patrona; zezwolił na potężny transfer technologii do setek fabryk i zakładów przemysłowych, budowanych w Chinach z radziecką pomocą finansową. W pierwszych latach po śmierci Stalina do Chin wysłano rozlicznych doradców w każdej dziedzinie, od energii atomowej po budowę maszyn; około dziesięciu tysięcy chińskich studentów uczyło się w Związku Radzieckim. Jednakże pekińscy przywódcy – zamiast okazać wdzięczność – uznali tę hojność za coś, co im się należy; targując się, prosząc i przekonując, starali się uzyskać jeszcze większą pomoc gospodarczą i wojskową. Chruszczow się poddał. Przeliczywszy się z siłami, musiał teraz skłonić towarzyszy w Moskwie do zatwierdzenia pakietu pomocy znacznie przekraczającej to, na co Związek Radziecki było stać.

Starał się, jak mógł, by zadowolić Pekin, oczekiwał więc wiele w zamian. Mao natomiast traktował go z pogardą, widząc w nim prostackiego, niedojrzałego parweniusza. Punkt zwrotny nadszedł w 1956 roku, gdy Chruszczow – nie konsultując tego wcześniej z Mao – potępił zbrodnie dawnego władcy w tajnym referacie przedstawionym na zjeździe partii. Przewodniczący pochwalił przemówienie Chruszczowa, wyczuł bowiem, że osłabi ono władzę Moskwy w bloku komunistycznym, nigdy jednak tego Chruszczowowi nie wybaczył, ponieważ uznał destalinizację za podkopywanie także jego własnej władzy, co wynikało z faktu, że uważał się za pępek świata i z tej pozycji wszystko interpretował. Potępienie Stalina oznaczało podważanie pozycji Mao, który nieustannie porównywał się do radzieckiego dyktatora, mimo że miał do niego długą listę pretensji. Mao uważał także, że tylko on zajmuje na tyle wysokie stanowisko moralne, iż wolno mu osądzać błędy i osiągnięcia Stalina. Co więcej, atak na Stalina mógł ułatwić zadanie Amerykanom. Przede wszystkim jednak wystąpienie przeciwko Stalinowi oznaczało, że dopuszczalna jest także krytyka Mao. Tajne przemówienie Chruszczowa dało amunicję tym, którzy obawiali się rosnącej władzy Przewodniczącego i pragnęli powrotu do kolektywnego kierownictwa. Na ósmym zjeździe partii we wrześniu 1956 roku ze statutu partii usunięto odwołanie do „myśli Mao Zedonga”, pochwalono zasadę kolektywnego kierownictwa i potępiono kult jednostki. Ograniczony tajnym referatem Chruszczowa Mao nie miał wyboru i musiał przystać na te działania; sam się zresztą do nich przyczynił w miesiącach poprzedzających zjazd. Równocześnie jednak Przewodniczący czuł się obrażony i prywatnie nie krył gniewu.

Frank Dikotter - Wielki głód

środa, 3 marca 2021


BiznesAlert.pl: Czy chińska transformacja energetyczna odbywa się rzeczywiście, czy jest to jedynie działanie propagandowe?

Jakub Jakóbowski: Chiny mierzą się z podobnym problemem w dziedzinie energetyki co Polska, mianowicie większość energii elektrycznej jest produkowanej w elektrowniach węglowych. Chińska transformacja energetyczna, którą Pekin wdraża od kilku lat, ma być oparta na atomie oraz odnawialnych źródłach energii. Taki tandem jest spowodowany również ambicjami eksportowymi związanymi z tymi technologiami. Chiny w ostatnich latach realizują szeroko zakrojony program energetyki jądrowej, również w oparciu o własne reaktory trzeciej generacji.

Sama chińska transformacja energetyczna jest związana z kilkoma praktycznymi wymiarami. Pierwszym jest problem złej jakości powietrza w chińskich miastach. Ten problem urósł w ostatnich latach do rangi politycznej, ponieważ społeczeństwo wywierało na władze bardzo dużą presję. Nie chodziło tutaj tylko o presję związaną z elektroenergetyką, ale również z efektywnością energetyczną całej chińskiej gospodarki. Drugim wymiarem jest aspekt przemysłowy. Chiny liczą na duży udział swoich technologii i jądrowych i OZE w globalnym rynku transformacji energetycznej. Już teraz udział chińskich producentów fotowoltaiki czy elektrowni wiatrowych jest spory i cały czas rośnie. Na trzecim miejscu umiejscowiłbym cel związany z neutralnością emisyjną i celami klimatycznymi. Chiny są sygnatariuszem porozumienia paryskiego, a także zadeklarowały osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2060 roku, jednak w mojej opinii jest to cel trzeciorzędny jeżeli chodzi o transformację energetyczną tego państwa.

Chińska agenda transformacji jest szczegółowo wyłożona w szeregu dokumentów o znaczeniu strategicznym różnych resortów. Dodatkowo wsparcie sektora OZE od kilku lat jest bardzo silne ze strony władz. Nie można więc powiedzieć, że to działania pozorowane. Jednak dominują inne motywacje niż w przypadku Europy, gdzie cel neutralności węglowej jest związany z szeroko rozumianą troską o klimat.

Jaka będzie przyszłość węgla w gospodarce chińskiej?

Węgiel odgrywa szczególna rolę w gospodarce chińskiej, zwłaszcza w kontekście jej stymulowania. Odchodzenie od węgla w Chinach, zgodnie z wieloma strategiami, miało polegać na zmniejszaniu podaży mocy generowanej z elektrowni zasilanych tym paliwem. Jednak, obserwując rzeczywiste działania, do tego nie dochodzi i Chiny są tutaj bardzo niespójne. W ostatnich latach nasiliła się walka instytucji rządowych odpowiedzialnych za przeprowadzenie transformacji z różnymi wpływowymi grupami lobby przemysłowego, zwłaszcza na poziomie prowincji. Te grupy traktują energetykę węglową jako źródło swojej konkurencyjności względem innych producentów, sama budowa nowych elektrowni to sposób na pobudzanie gospodarki. W praktyce więc, pomimo nakazów Pekinu do redukcji energetyki węglowej, poszczególne prowincje otwierają nowe moce węglowe. To widać zwłaszcza w czasie różnych kryzysów gospodarczych, również w obecnym, kiedy pomimo agendy odchodzenia od węgla nadal oddaje się do użytku nowe bloki węglowe. Kiedy w gospodarce dzieje się źle, Pekin przymyka oko na te działania, bo liczy na dalsze wzrosty PKB. Obecnie w Chinach budowane jest ok. 100 GW nowych mocy, planowane jest kolejne 150 GW. To jest główny paradoks odchodzenia od węgla w Chinach. Z jednej strony mamy realne działania polegające na wsparciu innych nieemisyjnych technologii jak atom czy OZE, a z drugiej strony w czasach kryzysów gospodarczych Pekin i prowincja stawiają na jeszcze większą podaż mocy z węgla.

biznesalert.pl

Specjaliści Graphika kampanię informacyjną (nazwaną przez nich „Spamouflage”), promującą prochińską retorykę oraz antyamerykańskie nastroje, pierwszy raz zidentyfikowali we wrześniu 2019 roku. Wówczas działania prowadzone były głównie na YouTube’ie, Twitterze oraz Facebooku. Z czasem operacja nadbierała rozpędu oraz rozszerzano zakres tematyczny propagowanych treści (np. rozpoczęto głoszenie haseł związanych z COVID-19). Powstały również materiały wideo w kliku językach, w tym angielskim.

Pomimo podjęcia działań przez platformy internetowe sieć kont wykorzystywanych podczas kampanii przetrwała i ewoluowała – wskazują specjaliści w raporcie „Spamouflage Breakout”. Obecnie operacja znacznie się rozszerzyła, a treści promowane przez prochińskie konta zaczęły docierać do „wpływowych osób” w mediach społecznościowych, które dodatkowo wzmacniają propagowaną retorykę.

Specjaliści wskazują, że przesłanie publikowanych materiałów jest jednoznaczne. Ich celem jest promowanie Chin przy jednoczesnym wzmacnianiu antyamerykańskich nastrojów. Tematem jest nie tylko pandemia koronawirusa, ale także wydarzenia na świecie oraz w Azji, w tym np. sytuacja na Tajwanie czy w Hongkongu.

(...)

Analiza kampanii pokazała, że zyskuje ona rozgłos i „publiczność”, która staje się szeroka. Obejmuje ona przede wszystkim użytkowników z Ameryki Łacińskiej, Pakistanu, Wielkiej Brytanii czy Hongkongu. Zdaniem specjalistów Graphika to wszystko sprawia, że „Spamouflage” staje się trwałą i coraz bardziej agresywną operacją w internecie, z nadal ograniczoną, ale stale rosnącą zdolnością do angażowania prawdziwych użytkowników.

Do tej pory o sile operacji decydowały fikcyjne konta. Jednak obecnie rozpowszechniane materiały są dodatkowo wzmacniane przez rzeczywiste osoby w mediach społecznościowych. W szczególności niebezpieczne jest ich promowanie przez użytkowników ze środowiska politycznego oraz biznesu. Przykładem może być minister spraw zagranicznych Wenezueli Jorge Arreaz czy były członek brytyjskiego parlamentu George Galloway, którzy przyczynili się bezpośrednio do zwiększenia zasięgu kampanii.

Co więcej, analiza „Spamouflage” ujawniła zmiany w taktyce działania. Do tej pory operacja była prowadzona w oparciu o fikcyjne konta. Obecnie obejmuje to również fałszywe profile, które mają swoim wyglądem i opisem wzbudzać poczucie wiarygodności oraz autentyczności wśród pozostałych użytkowników internetu. Niektóre konta udają np. amerykańskich biznesmenów czy chińskich komentatorów politycznych. To właśnie tego typu profile są głównym „motorem napędowym” kampanii.

(...)

Co więcej, setki razy w ostatnich miesiącach treści udostępniane przez fikcyjne profile na Twitterze były wzmacniane przez chińskich dyplomatów. Specjaliści wskazują, że nie ma dowodów na to czy robili to świadomie, ale odkryte dowody sugerują, że to przejaw państwowej sieci propagandowej, która jest wspierana przez rząd w Pekinie.

Z perspektywy Stanów Zjednoczonych zagrożenie jest szczególne, ponieważ operacja informacyjna „nabiera coraz bardziej agresywnego i konfrontacyjnego tonu wobec USA”. W raporcie podkreślono, że publikowane w sieci filmy przedstawiały Amerykanów w negatywnym świetle, w tym prezentując same Stany Zjednoczone jako państwo łamiące prawo, hegemoniczne, dręczone konfliktami społecznymi oraz przegrywające walkę z COVID-19. Przykładowo, sześć anglojęzycznych materiałów wideo wspominało w nagłówku o „wojnie domowej”, a w dwóch nazywano Stany Zjednoczone „największym zagrożeniem” dla pokoju na świecie.

cyberdefence24.pl

W ramach chińskiego programu stworzenia rodzimej szczepionki przeciw COVID-19 powstało kilkanaście preparatów, spośród których pięć zakwalifikowano do trzeciej fazy badań klinicznych. Wszystko wskazuje na to, że charakteryzują się one niższą skutecznością niż produkty zachodnich firm farmaceutycznych. W tym samym czasie władzom udało się opanować rozpowszechnianie się koronawirusa i – mimo wzrostu zachorowań na przełomie roku – wydaje się, że sytuacja wciąż znajduje się pod ich kontrolą. Chiny dysponują obecnie pewną pulą szczepionek, jednak nie są pewne ich jakości i prawdopodobnie mają ich za mało, by uzyskać zbiorową odporność. Można spekulować, że zaszczepienie zbyt dużej grupy ludzi w kraju mogłoby grozić ujawnieniem niewystarczającej skuteczności preparatów. Oznacza to zbyt duże ryzyko polityczne, którego Pekin nie podejmie na arenie wewnętrznej, jeżeli nie zmusi go do tego sytuacja pandemiczna. Systematycznie rosnący zapas wyprodukowanych szczepionek daje jednak przywództwu ChRL pole do działań na arenie międzynarodowej, gdzie prowadzi ono aktywną promocję chińskich technologii i dąży do rozbudowy swoich wpływów politycznych i gospodarczych kosztem Zachodu.

Do 29 stycznia chińskie szczepionki dopuściło do obrotu 12 państw: Turcja, Azerbejdżan, Serbia, Węgry, Brazylia, Egipt, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Seszele, Jordania, Pakistan i Indonezja (...). W obecności mediów zaszczepili się nimi prezydenci Turcji, Indonezji, Seszeli, premier Jordanii, minister zdrowia Serbii oraz minister rozwoju Uzbekistanu. Ukraina, Czarnogóra oraz Bośnia i Hercegowina są gotowe do rozmów z chińskimi dostawcami. Do tej pory ujawniono, że kilkanaście rządów złożyło zamówienia na co najmniej 400 mln dawek szczepionek od dwóch tamtejszych firm – Sinovac (nazwa handlowa preparatu: CoronaVac) oraz Sinopharm (nazwa handlowa preparatu: BBIBP-CorV).

(...)

Równocześnie Pekin wzmógł akcję dezinformacyjną dotyczącą szczepionek konsorcjum Pfizer–BioNTech oraz Moderny. Powielane są doniesienia rosyjskiej propagandy na temat rzekomych zgonów osób zaszczepionych w Norwegii i Niemczech. Kładzie się też duży nacisk na fakt, że chińskie preparaty zostały opracowane w technologii dezaktywowanego wirusa, stosowanej już od ponad stu lat, a technologia mRNA jest nowa. Wydaje się, że celem tych działań jest nie tylko opóźnienie programu szczepiennego w państwach rozwiniętych, lecz także zniechęcenie krajów trzeciego świata do zakupu zachodnich preparatów, gdy staną się one już dla nich dostępne.

Chińscy producenci bardzo oszczędnie informują o wynikach badań klinicznych – jeżeli opublikowali do tej pory własne rezultaty, to tylko z pierwszej lub drugiej fazy testów. Także same procedury badań wykonywanych w państwach trzeciego świata i w samej ChRL budzą wątpliwości co do ich standardów – zwłaszcza doboru ochotników oraz kryteriów oceny skuteczności. Często zaszczepienie uznawane jest za skuteczne nawet wtedy, gdy u pacjenta wystąpiły objawy zakażenia wirusem, ale nie wymagał on hospitalizacji. Jedyne wyniki z trzeciej fazy testów, które zostały opublikowane w całości, pochodzą z Brazylii, gdzie przeprowadzał je uznany w świecie medyczny Instytut Butantan. Sprawdzał on preparat firmy Sinovac z udziałem 12 tys. ochotników (w żadnym innym kraju poza ChRL ich liczba nie przekroczyła 2 tys.). Według ostatecznego raportu szczepionka CoronaVac chroni w 50,4% przed zachorowaniem objawowym, co zgodnie ze standardami WHO ledwo kwalifikuje ją do masowego użytku – rekomendowana jest skuteczność nie mniejsza niż 70%. Sam producent przytacza rezultaty badań z Indonezji, gdzie testy kliniczne miały wykazać skuteczność 65,3% (1600 ochotników), i Turcji – 91,2% (choć w tym przypadku podano wyniki tylko dla grupy 1322 ochotników, mimo że w badaniu wzięło udział 7371 osób). Żadna z uznanych instytucji nie opublikowała jeszcze pełnych rezultatów testów klinicznych szczepionki firmy Sinopharm, ale producent twierdzi, że jej skuteczność wynosi 79,3%. Wcześniej wynik 86% (31 tys. ochotników) miały wykazać jej badania w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, jednak i tutaj przyjęto zasadę, że preparat uznaje się za skuteczny, jeżeli chory nie wymagał hospitalizacji. Ponieważ szczepionki Sinopharmu i Sinovacu opracowano w podobnej technologii, istnieją podejrzenia, że rzeczywista skuteczność obu produktów będzie podobna.

osw.waw.pl