sobota, 19 września 2020

Wszystko to dzieje się w czasie, gdy moc MbS w domu nigdy nie była tak słaba. Należy pamiętać, że tuż przed pełnym początkiem ostatniej wojny cen ropy, wywołanej przez Arabię Saudyjską, MbS urządził kolejną łapankę na swoich wysokich rangą przeciwników (poprzedni miał miejsce pod koniec 2017 roku w osławionym Ritz-Carlton w Rijadzie). 

W ostatniej potyczce wzięli udział książę Ahmed bin Abdulaziz, młodszy brat króla Salmana, oraz książę Mohammed bin Nayef, bratanek króla i były następca tronu. Nastąpiło to po licznych doniesieniach, że stan zdrowia 84-letniego obecnego króla Salmana jest bardzo zły, co spowodowało przepychankę między starszymi członkami królewskiego rodu o sukcesję. 

Należy też mieć na uwadze, że MbS nie zawsze był naturalnym następcą króla Salmana. Przed czerwcem 2017 roku (kiedy sukcesja została zmieniona na korzyść MbS), faworytem był książę Mohammed bin Nayef.

Zdolność MbS do polegania na wsparciu długoletniego kluczowego sojusznika Arabii Saudyjskiej - Stanów Zjednoczonych - również budzi poważne wątpliwości po drugiej wojnie cenowej ropy wywołanej przez Arabię Saudyjską w ciągu mniej niż pięciu lat, której celem było zniszczenie lub unieruchomienie amerykańskiego sektora ropy łupkowej. 

"Od czasu dojścia do władzy MbS był co najmniej współwinny litanii wielkich błędów, jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, w tym - ale nie tylko - prowadzonej przez Arabię Saudyjską wojny w Jemenie, przymilania się do Rosji w ramach kartelu OPEC+ oraz zabójstwa dysydenta saudyjskiego dziennikarza Jamala Khashoggi, które nawet CIA uznała za osobiste zamówienie MbS" – zaznacza portal oilprice.com.

Jednak ponad wszystko to, zdaniem USA, było zerwaniem podstawowego zaufania między tymi dwoma krajami, które zostało ustanowione w 1945 r. W porozumieniu zawartym między USA a Arabią Saudyjską w sprawie odcinka Bitter Lake Kanału Sueskiego. Porozumienie zawarte między prezydentem USA Franklinem D. Rooseveltem a ówczesnym królem Arabii Saudyjskiej, Abdulazizem, polegało na tym, że USA otrzymają wszystkie potrzebne im dostawy ropy tak długo, jak Arabia Saudyjska będzie miała ropę, w zamian za co USA gwarantowałoby bezpieczeństwo rządzącej dynastii Saudów. 

Po wojnie cenowej w latach 2014-2016 umowa ta uległa nieznacznej zmianie, aby uwzględnić amerykańskie oczekiwania, że dom Saudów zapewni, że Arabia Saudyjska nie tylko będzie dostarczać Stanom Zjednoczonym potrzebną im ropę tak długo, jak to możliwe, ale także że pozwoli amerykańskiej branży łupkowej na dalszy wzrost. 

Ostatnia wojna cenowa prowadzona przez Rijad spowodowała bankructwo wielu amerykańskich koncernów łupkowych.

energetyka24.com


Zaczęło się w okolicy przełomu 1989 r. od letniego studia telewizyjnego, gdzie Rewiński prowadził satyryczny cykl "Skauci piwni". Opowiadał on o niezwykłym letnim obozie skautowym, którego uczestnicy woleli raczyć się tytułowym piwem, niż chodzić na podchody i zdobywać sprawności.

Choć trudno w to uwierzyć, ekipa satyryków występujących w tym programie założyła partię polityczną. Już jej nazwa brzmiała jak jeden wielki żart: Polska Partia Przyjaciół Piwa. Ale ktoś musiał jednak wziąć ten swoisty happening na poważnie.

I nie było to kilka osób. Poparcie było na tyle duże, że nowo powstałe ugrupowanie trafiło po wyborach z 1991 roku do parlamentu pierwszej kadencji, zdobywając ponad 3 proc. głosów - nie obowiązywał wtedy jeszcze wymóg przekroczenia progu wyborczego. Taki wynik pozwolił wprowadzić do Sejmu 16 posłów, wśród których byli m.in.: ceniony dziennikarz Adam Halber czy mało jeszcze wówczas znany aktor Krzysztof Ibisz.

Jednym z ważnych postulatów partii było... zwalczanie alkoholizmu. Drogą do tego miało być promowanie piwa kosztem wódki.

W programie ugrupowania można było przeczytać: "Nie mamy złudzeń, że Polak stanie się abstynentem. Tylko niech nie pije wódki. Smaczne, chłodne, aromatyczne piwo tak samo może służyć do wznoszenia toastów (...) Przy piwie można wymienić poglądy, przy piwie łatwiej dojść do porozumienia, dogadać się. Dogadujmy się, bądźmy tolerancyjni, wyrozumiali i spolegliwi".

W jednym z wywiadów poseł PPPP, Jerzy Dziewulski wspominał: "Posłowie ze styropianowym rodowodem byli zszokowani. Już nie oni, tylko my byliśmy bohaterami newsów".

Sam Rewiński był dość aktywnym posłem, ale doprawdy trudno było stwierdzić, czy jego wystąpienia na trybunie sejmowej były poważnymi przemówieniami politycznymi, czy raczej monologami satyryka.

- Jesteśmy zatruwani ołowiem i stopień jego stężenia w powietrzu, jak również ilość spożywanego alkoholu wysokoprocentowego powodują, że jesteśmy społeczeństwem agresywnym, nietolerancyjnym i może temperatura na tej sali również jest wypadkową tego zjawiska - głosił z trybuny sejmowej.

Cała historia założonego przez niego ugrupowania wyglądała zresztą jak skecz kabaretu - jedna z frakcji, na które podzieliła się partia nazywała się Duże Piwo, a w międzyfrakcyjnych walkach kanapowej w gruncie rzeczy organizacji Rewiński został odsunięty od przywództwa przez Leszka Bubla.

wp.pl

piątek, 18 września 2020

Przed wyborami w 2016 roku Internet Research Agency – petersburska agencja propagandowa blisko związana z rosyjskim rządem – mogła wykupywać polityczne reklamy na Facebooku, płacąc za nie czasami w rublach i tworzyć fałszywe profile w mediach społecznościowych, które rozpowszechniały kontrowersyjne posty w takich sprawach jak podziały rasowe w Ameryce i traktowanie przez ten kraj imigrantów.

Jednak niektóre z tych drzwi zostały zamknięte.

Po fali krytyki jaka spadła na nie po wyborach w 2016 roku, Facebook, Twitter i należący do Google’a YouTube poświęciły dwa lata na usunięcie milionów dezinformujących postów i fałszywych kont kontrolowanych przez rosyjskich agentów. Firmy te ograniczyły również prokremlowskim mediom możliwość kolportowania swoich newsów w internecie.

Pierwszego września Facebook i Twitter ogłosiły, że nie rezygnują z ograniczania rosyjskich wpływów, likwidując kolejne konta i strony społecznościowe powiązane z Internet Research Agency, które za sprawą fałszywej witryny informacyjnej miały trafiać do postępowych wyborców.

Próbując wymknąć się polowaniu na fałszywe konta IRA wykorzystywała sztuczną inteligencję do tworzenia zdjęć nieistniejących ludzi, następnie budowała ich profile, które później promowały artykuły skierowane do lewicowych wyborców, podały obie firmy. Co jeszcze ciekawsze, IRA zatrudniała dziennikarskich free-lancerów do pisania artykułów dla fikcyjnej strony internetowej PeaceData, promującej wygodne dla Kremla tematy, takie jak ataki na przywódczynię białoruskiej opozycji, Swietłanę Cichanouską i amerykańską politykę zagraniczną wobec Wenezueli.

onet.pl


Taktyka mająca pogłębić podziały wśród Amerykanów i tak już straumatyzowanych przez pandemię i rekordowe bezrobocie, stanowi część wieloletnich działań rosyjskich władz, które siały zamieszanie przed wyborami prezydenckimi w 2016 r. Tym razem jednak ataki są o wiele bardziej wyrafinowane i szkodliwe: fejki stały się trudniejsze do wykrycia, więcej krajów prowadzi ukryte działania, mnóstwo amerykańskich grup kopiuje ich metody.

Niektóre z kłamliwych przekazów są dodatkowo wzmacniane przez media głównego nurtu i ważne postaci polityczne, w tym prezydenta Donalda Trumpa. W zeszłym tygodniu na przykład wykorzystał on swój wielki zasięg w mediach społecznościowych, aby twierdzić bez dowodów, że głosowanie korespondencyjne doprowadzi do "najbardziej nierzetelnych i sfałszowanych wyborów w historii".

Starania Doliny Krzemowej, aby położyć tamę nowym formom kłamstwa na razie, według badaczy i niektórych deputowanych, nie przynoszą skutków. A skala wyzwań tylko rośnie.

- W listopadzie będziemy mieli Superpuchar Dezinformacji. Przy okazji wyborów w USA pojawi się każda forma internetowego fałszerstwa – powiedział Graham Brookie, kierujący działem dochodzeń internetowych w think tanku Atlantic Council.

Gniew wobec niezdolności gigantów mediów społecznościowych do wygrania wolnej amerykanki z fejkami powracał podczas przesłuchania przed Kongresem prezesów wielkich firm z branży. Szef Facebooka Mark Zuckerberg próbował odeprzeć skargi, że jego firma zarabia na dezinformacji dotyczącej koronawirusa. Przewodniczący komisji antymonopolowej Izby Reprezentantów David Cicilline z Partii Demokratycznej jako przykład przytoczył to, że Facebookowi zajęło aż pięć godzin usunięcie zamieszczonego przez alt-prawicowy portal Breitbart filmu, w którym wbrew faktom twierdzono, że hydroxychlorochinina to lek na COVID-19. Zanim zniknął, post został obejrzany 20 mln razy i zebrał ponad 100 tys. komentarzy.

(...)

Od czasu wyborów 2016 r. Twitter i Facebook wydały kilkadziesiąt mln dolarów na nowe technologie i personel tropiący fałszywe treści i zapobiegający się ich rozsiewaniu. Stworzyły też przepisy przeciwko politycznym reklamom udającym zwykłe treści, zaktualizowały wewnętrzne reguły postępowania z mową nienawiści i w tym roku usunęły miliony fałszywych, ektremistycznych postów. W lipcu Twitter zbanował tysiące kont powiązanych ze skrajną teorią spiskową Qanon - była to jak dotąd największa akcja, która miała zatrzymać jej rozpowszechnianie.

Google ogłosiło w piątek kolejne przedsięwzięcie: od 1 września będzie spychać na gorsze pozycje w swoim algorytmie te strony, które rozpowszechniają zhakowane materiały oraz reklamodawców biorących udział w skoordynowanych kampaniach dezinformacji. Gdyby te zasady obowiązywały w 2016 r. ogłoszeniodawcy nie mogliby umieszczać zrzutów ekranowych emaili, które rosyjscy hakerzy wykradli ze sztabu Hillary Clinton.

Chociaż należą do najbogatszych firm świata, giganci internetowi nie są w stanie monitorować wszystkiego, co zostaje zamieszczone w ich sieciach. Firmy mają też sprzeczne opinie co do skali problemu oraz metod jego rozwiązania. Daje to siewcom dezinformacji szansę na wynajdowanie luk i słabych punktów w systemach obrony poszczególnych platform.

Momenty szczególnego napięcia w skali kraju takie jak kryzys zdrowotny oraz ruch Black Lives Matter dały sztukmistrzom dezinformacji kolejne pola, na których mogą operować, siejąc podziały.

Problemy w zapobieganiu temu są znaczne: zagraniczne kampanie nacisków ewoluowały, krajowe grupy kopiują ich techniki, sztaby polityków przyswoiły sobie niektóre ich strategie.

(...)

Jak wynika z oświadczeń firm, od października ub. r. Facebook, Twitter i YouTube usunęły co najmniej 10 kampanii skierowanych do odbiorców w USA i Europie, promujących fałszywe informacje, w których uczestniczyły konta powiązane z autorytarnymi krajami takimi jak Rosja, Iran i Chiny.

Ale według Kim rosyjska taktyka w USA ewoluuje szybciej niż platformy społecznościowe są w stanie to wykryć i zlikwidować konta. Tylko Facebook ma 2,6 mld użytkowników, w tym gigantycznym zbiorze szkodliwe podmioty mogą się łatwo ukryć.

W 2016 r. metody IRA były nieskomplikowane. Kupowała np. reklamy na Facebooku, płacąc rublami, produkowała tępe, łatwe do zidentyfikowania fejki albo logotypy polityczne.

Tym razem, jak mówi Kim, konta grupy operują na wyższym poziomie. Stały się lepsze w podszywaniu się pod kandydatów i partie. Tworzenie fałszywych organizacji walczących o jakąś sprawę zastąpiły podszywaniem się pod prawdziwe organizacje. Używają więcej pozornie apolitycznych, czysto komercyjnych kont, żeby poszerzyć zasięg, nie uruchamiając systemów ostrzegania, jakie stosują platformy.

Kreml już zdążył udoskonalić te metody za granicą. W paru europejskich głosowaniach (zwłaszcza wyborach do europarlamentu w ub. r. oraz katalońskim referendum niepodległościowym z 2017 r.) rosyjskie grupy próbowały nowych taktyk dezinformacyjnych obecnie wdrażanych przed listopadowymi wyborami. Twierdzą tak trzej ważni urzędnicy UE i NATO zaangażowani w analizę tych zjawisk.

(...)

Rosja zaczęła też bardziej otwarcie i bez skrępowania używać państwowych mediów, podobnie jak Chiny, których obecność w zachodnich mediach społecznościowych znacznie wzrosła od czasu ubiegłorocznych protestów w Hong Kongu. Zarówno Russia Today jak i chińska telewizja CGTN korzystają z szerokich zasięgów społecznościowych, żeby rozpowszechniać fałszywe wiadomości i jątrzące przekazy.

Wspierane przez Moskwę i Pekin media korzystały z popularności hasztagów związanych z pandemią oraz niedawnymi protestami Black Lives Matter, aby zalać Facebooka, Twittera i YouTube treściami podsycającymi podziały rasowe i polityczne.

Szczególnie agresywne były Chiny. Konta wysokiej rangi urzędników i ambasadorów promowały głównie na Twitterze teorie spiskowe, że USA stworzyły koronawirusa jako tajną broń biologiczną.

onet.pl

 

W komunikacie wyróżniono grupę hakerską Strontium (inna nazwa Fancy Bear), którą uznano za jedno z poważniejszych zagrożeń dla procesów wyborczych w USA. To rosyjski podmiot, jaki Microsoft już wcześniej powiązał z kampaniami mającymi na celu zakłócanie procesów demokratycznych w Stanach Zjednoczonych. „Zidentyfikowano ją (grupę - przyp. red.) jako główną organizację odpowiedzialną za ataki na kampanię prezydencką w 2016 roku” – czytamy w komunikacie firmy.

Cyberataki ze strony Strontium trwają od września 2019 roku do dnia dzisiejszego. Hakerzy podczas operacji – podobnie jak to miało miejsce 4 lata wcześniej – zbierają dane do logowania osób będących celem lub naruszają ich konta, aby w ten sposób móc następnie wykradać dane o znaczeniu wywiadowczym bądź zakłócać określone procesy i operacje.

Działania Strontium zostały wymierzone w ponad 200 organizacji, które są bezpośrednio lub pośrednio związane z nadchodzącymi wyborami oraz w podmioty polityczne działające na terenie Europy. Wśród nich znajdują się: konsultanci współpracujący z Demokratami i Republikanami, think tanki, takie jak The German Marshall Fund of the United States i inne organizacje wspierające, krajowe i stanowe organizacje partyjne w USA, brytyjskie partie polityczne, w tym The European People’s Party.

Kilkumiesięczna obserwacja kampanii hakerskiej pozwoliła specjalistom Microsoftu przypisać złośliwą działalność grupie Strontium. Analiza dodatkowo wykazała, że jej członkowie rozwinęli swoją taktykę od 2016 roku, wprowadzając nowe narzędzia oraz możliwości ukrycia operacji.

„W 2016 roku grupa polegała głównie na spear phishingu, aby przechwytywać dane uwierzytelniające ludzi” – wyjaśniają specjaliści. „W ostatnich miesiącach zaangażowała się w ataki /typu - red./ >brutalnej siły<”.

Ofiarami rosyjskich hakerów są między innymi pracownicy firmy SKDKnickerbocker, odpowiedzialnej za strategię kampanii Joe Bidena. Osoba zaznajomiona za sprawą, która pragnie pozostać anonimowa, wskazała dla agencji Reutera, że hakerzy nie uzyskali dostępu do sieci przedsiębiorstwa. „Są dobrze zabezpieczone, więc nie doszło do incydentu” – podkreśliła.

(...)

Microsoft, badając serię cyberataków na amerykańskie środowisko polityczne, zaobserwował również wysoką aktywność chińskiej grupy Zirconium. Jej głównym zadaniem było zdobycie informacji o organizacjach i podmiotach powiązanych z listopadowymi wyborami w Stanach Zjednoczonych. „Wykryliśmy tysiące ataków między marcem a wrześniem 2020 roku, które wywołały prawie 150 incydentów” – czytamy w komunikacie.

Cele Zirconium w ostatnich miesiącach można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą stanowią osoby ściśle związane z kampaniami kandydatów na prezydenta USA oraz ich sztabami. Przykładem mogą być nieudane operacje wymierzone w środowisko Joe Bidena, które odbywały się między innymi za pomocą fikcyjnych kont e-mail. „Grupa zaatakowała również co najmniej jedną prominentną osobę związaną wcześniej z administracją Trumpa” – wskazuje Microsoft.

Druga kategoria obejmuje wybitne osobistości zajmujące się sprawami międzynarodowymi oraz naukowców z ponad 15 uniwersytetów. Hakerzy uderzyli również w organizacje zajmujące się polityką, w tym Atlantic Council i Stimson Center.

„Zirconium używa tak zwanych błędów internetowych lub sygnałów nawigacyjnych w sieci Web, powiązanych z domeną, którą wykupiła i zapełniła treścią” – tłumaczą eksperci. „Następnie wysyła powiązany adres URL w treści wiadomości e-mail lub w załączniku na docelowe konto”.

Microsoft zidentyfikował także wysoką aktywność irańskich hakerów, działających w ramach grupy Phosphorus. Prowadzą oni głównie kampanie cyberszpiegowskie, które są wymierzone w szeroką gamę podmiotów powiązanych z interesami geopolitycznymi, gospodarczymi lub prawami człowieka w regionie Bliskiego Wschodu.

W ostatnim czasie hakerzy usiłowali uzyskać dostęp do kont osobistych lub służbowych osób zaangażowanych bezpośrednio lub pośrednio w wybory prezydenckie w USA. „Od maja do czerwca 2020 roku grupa Phosphorus bezskutecznie próbowała zalogować się na konta urzędników obecnej administracji oraz samego Donalda Trumpa” – podkreślają eksperci amerykańskiego giganta.

cyberdefence24.pl

czwartek, 17 września 2020


Zbyt daleko idąca odmienność była rzeczą na terenie dziewiętnastowiecznej wsi nie do przyjęcia. Dawało się ją łatwo wychwycić, bo w małej społeczności wszyscy wiedzieli o wszystkich prawie wszystko. Kiedy ktoś zbytnio zaczynał odstawać od reguł, wówczas padał ofiarą hejtu. Jeśli to nie przywoływało odstępcy do porządku, kończył jak Jagna z „Chłopów” Reymonta: „w postronkach, na gnoju, zbita do krwi, w porwanym odzieniu, pohańbiona na wieki”.

Współczesne "informacyjne wsie", inaczej niż przewidywał w 1962 r. McLuhan, narodziły się nie dzięki telewizji, lecz w ostatniej dekadzie za sprawą: Internetu, smartfonów oraz mediów społecznościowych. Te trzy instrumenty dały miliardom ludzi możność błyskawicznego przekazywania informacji oraz pozostawania w stałym kontakcie. Generując przy tym efekty uboczne. Po pierwsze użytkownicy nowych mediów uwielbiają epatować swymi opiniami. Po drugie używając: esemesów, twittów, czy nieco dłuższych wpisów na Facebooku można epatować jedynie w skondensowanej postaci. Z jednej strony nauczyło to ludzi lapidarności, z drugiej wiadomości udostępniane publicznie przenoszą nie tyle wiedzę (ją nie daje się niestety łatwo skondensować), lecz prosty ładunek emocjonalny. Jest on niczym kod binarny, czyli wszystko określa cyfra: „0” lub cyfra: „1”. Tym kodem zero-jedynkowym, jakim porozumiewają się komputery, zaczęli komunikować ludzie. Coś jest albo „super” i to się promuje albo „słabe” i to się hejtuje. Owa prawidłowość tyczy się każdego elementu otaczającej nas rzeczywistości: informacji, idei, poglądów, konkretnych osób, itd. Wszystkie byty podlegają regule zero-jedynkowej.

Rewolucja komunikacyjna anektowała w krajach demokratycznych stare podziały ideowo-polityczne na prawicę i lewicę. Sukcesywnie zmieniając je w nowoczesną polaryzację. Najbardziej widocznym jej efektem są „bańki informacyjne”. Prawdziwy fundament i jednocześnie mur graniczy między „wioskami”. W zależności od poglądów ludzie przyłączają się do konkretnej bańki i stopniowo w niej pogrążają. W zamian dostając jedynie takie informacje oraz idee, jakich oczekują. Nadążające za tą zmianą media tradycyjne: prasa, radia, telewizje skupiły się na wzmacnianiu trwałość murów otaczających wsie. W nowej normalności przecież tego oczekują odbiorcy. Informacje wywołujące u nich dysonans poznawczy są spychane na dalszy plan, przemilczane albo fałszowane. Ludzie o odmiennych poglądach zaszczuwani lub niedopuszczani do głosu. Tak buduje się coraz bardziej jednorodne światopoglądowo wspólnoty.

dziennik.pl

 

Jak zauważają autorzy podręcznika do ekonomii COREO niektóre krzywe statystyczne przypominają położony na płasko kij hokejowy. Przez długi czas biegnie niemal całkiem prosta linia. Dopiero pod koniec osi odciętych „kij” pnie się gwałtownie w górę.

Wskaźnik PKB również przypomina kij hokejowy, jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost PKB per capita od czasów Chrystusa do 1820 roku. Aby to zmierzyć, amerykański historyk gospodarki Angus Maddison wykonał iście benedyktyńską pracę. Dowiódł, że od roku 0 do 1820 globalny PKB na głowę wzrósł o około 50 proc.

W Europie było nieco lepiej, ale niewiele. Jak zauważa Johan Norberg współczesny mieszkaniec Mozambiku jest zamożniejszy od mieszkańca Europy Zachodniej w 1820 roku (przy uwzględnieniu siły nabywczej). W książce „Postęp” napisał, że gdyby nawet na początku XIX wieku lub we wcześniejszych stuleciach dochody były „(…) idealnie równo rozłożone na całym świecie (...) oznaczałoby to uniwersalną, skrajną biedę. Przez dużą część historii człowieka większość ludzi prowadziła żywot nędzarzy – porównywalny z żywotem współczesnych mieszkańców Haiti, Liberii czy Zimbabwe”.

Ubóstwo absolutne jest definiowane przez Bank Światowy jako życie za kwotę poniżej 1,9 dolara dziennie – przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej.

W 1820 roku jego wskaźnik grubo przekraczał 90 proc. populacji. Niemal każdy mieszkaniec świata żył zatem w biedzie czy wręcz nędzy. W 1920 roku spadł do ponad 75 proc., a w 1970 wynosił ponad 40 proc. Dziesięć lat później wynosił niecałe 40 proc., przy czym niemal połowa ludzkości cierpiała skrajną nędzę w krajach Azji i Afryki.

W kolejnych dekadach spadek globalnej nędzy okazał się oszałamiający. Jak pisze Norberg, w 2000 roku wskaźnik ubóstwa absolutnego według danych Banku Światowego spadł do ok. 20 proc., by w 2015 roku wynieść 8 proc.

(...)

Europejczycy i Amerykanie zdołali niemal całkowicie pokonać ubóstwo absolutne już w XIX i XX wieku (problemem pozostaje ubóstwo względne), jednak ostatnie kilkadziesiąt lat to przede wszystkim sukces gospodarczy krajów „egzotycznych” – najpierw Japonii, Korei Południowej, Tajwanu, Hongkongu czy Singapuru, a od reform gospodarczych w 1979 roku także i Chin (oraz Indii od otwarcia rynków w 1991 roku).

Skok cywilizacyjny tych krajów jest imponujący. Norberg przypomina, że od 1950 roku PKB Japonii wzrósł o 1100 proc., Indii o 500 proc., a Chin aż o 2000 proc.

(...)

Gwałtowność spadku globalnego ubóstwa w ostatnich dziesięcioleciach (podobnie jak protekcjonalne traktowanie przez Europejczyków państw „egzotycznych”) tłumaczy w znacznej mierze, dlaczego wykształceni ludzie wiedzą o niektórych sprawach na świecie mniej niż szympansy, jak zauważył szwedzki profesor Hans Rosling autor książki „Factfulness”. W znacznej mierze winne jest właśnie (przestarzałe) wykształcenie, a także media lubujące się w przedstawianiu czarnych wizji świata. W efekcie obraz świata wielu współczesnych w kwestii ubóstwa odzwierciedla raczej rzeczywistość lat 70. XX stulecia.

Jak pisze Max Roser, zdumiewający postęp w walce z ubóstwem nie przebił się do powszechnej świadomości. 52 proc. ankietowanych uznaje, że skrajne ubóstwo w ciągu ostatnich 20 lat na świecie wzrosło, a 28 proc. sądzi, że pozostało na tym samym poziomie (lub przyznało się do niewiedzy). Najwięcej prawidłowych odpowiedzi wśród badanych udzielili Chińczycy – co zrozumiałe w świetle rozwoju gospodarczego tego kraju w ostatnich dziesięcioleciach.

Oczywiście nie wszędzie sytuacja jest różowa. Jak podaje Bank Światowy połowa z 730 milionów cierpiących ubóstwo absolutne znajduje się w 5 krajach: Nigerii, Kongo, Bangladeszu, Etiopii i (mimo wszystko wciąż) Indiach. Norberg zauważa, że w 26 państwach – w tym 24 z Afryki Subsaharyjskiej – skrajna bieda dotyczy 4 na 10 osób.

obserwatorfinansowy.pl

środa, 16 września 2020


Adam Andruszkiewicz, wiceminister cyfryzacji, wsławił się dotychczas trzema rzeczami: ma stawiać maszty na biało-czerwone flagi (takie prawdziwe maszty, żadne tam maszty 5G), zdaniem wielu załatwił swojej żonie posadę w państwowej fundacji (zdaniem Andruszkiewicza - nie załatwił) oraz zapowiada od kilku już lat, że polski rząd rozprawi się ze złymi korporacjami cyfrowymi. YouTube, Facebook i Google ponoć bardzo boją się aktywności pana ministra.

Szkopuł w tym, że to rozprawianie się idzie powoli. Na co dowodem jest nowy projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Stanowić on w znacznej mierze będzie implementację unijnej dyrektywy. Rząd proponuje, by dostawcy platform udostępniania wideo musieli zgłosić, iż prowadzą działalność, Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Zgłoszenie to będzie miało na celu przede wszystkim umożliwienie polskim urzędnikom szybkie dotarcie do osób decyzyjnych w danej platformie, jako że będzie musiało zawierać dane do tzw. szybkiego kontaktu. Ponadto platformy będą musiały wdrożyć rozwiązania techniczne uniemożliwiające małoletnim widzom dostęp do przekazu zagrażającego fizycznemu, psychicznemu lub moralnemu rozwojowi dziecka. Chodzi przede wszystkim o to, by małolat nie mógł samodzielnie odpalić filmów porno oraz klipów, w których krew bryzga po ścianach.

(...)

Oczywiście ktoś teraz może powiedzieć, że przecież YouTube też będzie podlegał pod pewne wymogi, zbliżone do tych obowiązujących w Polsce, tyle że w Irlandii. I tak, i nie. Formalnie bowiem rzeczywiście niemal wszyscy cyfrowi giganci podlegają i będą podlegać pod prawo irlandzkie. W praktyce jednak to iluzja, o czym doskonale wiedzą wszyscy, którzy śledzą model ochrony danych osobowych w Europie. Po ponad dwóch latach od wejścia w życie RODO widać, że technologiczni giganci doskonale sobie poradzili z unijnymi przepisami i w najlepszym razie są w stanie przewlekać prowadzone wobec nich postępowania w nieskończoność.

Dziwnym trafem to właśnie w Irlandii swe europejskie siedziby mają Facebook (wraz z powiązanymi z nim Instagramem i WhatsAppem), Google, Twitter, Apple, Huawei oraz wiele innych znanych, choć może nie tak wielkich korporacji. I całkowitym przypadkiem to właśnie tam funkcjonuje jeden z najmniej wydolnych organów ds. ochrony danych osobowych w Europie. Do niedawna jego siedziba mieściła się w domu-bliźniaku, którego część zajmował sklepik sieci SPAR. Teraz irlandzki urząd się rozrósł. Ma już budżet równy temu, który posiada irlandzki związek wyścigów chartów.

dziennik.pl

Naukowcy analizują bezprecedensowe wysiłki rządu USA podejmowane w czasie II wojny światowej w celu zmobilizowania nauki do działania na rzecz wojny za pośrednictwem nowo utworzonego Biura Badań Naukowych i Rozwoju (Office of Scientific Research and Development, OSRD). OSRD zawarło ponad 2200 umów badawczo-rozwojowych z wykonawcami przemysłowymi i akademickimi, wydając na nie ok. 7,4 mld ówczesnych dolarów. Nakłady OSRD ponad dwukrotnie przekroczyły wcześniejsze wydatki rządu na badania naukowe. Naukowcy wskazują, że inwestycje te miały duży wpływ na kierunek i miejsce powstawania amerykańskich wynalazków oraz na zatrudnienie w sektorze zaawansowanych technologii przemysłowych, wprawiając w ruch siły wynikające z funkcjonowania w dużych skupiskach, które ukształtowały klastry technologiczne epoki powojennej.

Naukowcy korzystają z archiwalnych rejestrów w celu stworzenia zbioru danych dotyczących umów OSRD, zawierającego szczegółowe informacje nt. wykonawców oraz wynalazków i publikacji naukowych, których byli autorami. Łączą te dokumenty z danymi dotyczącymi pełnego rejestru patentów w Stanach Zjednoczonych oraz patentów zagranicznych. Porównują przedwojenne i powojenne patenty w różnych dziedzinach technologii, które otrzymały istotne wsparcie w związku z prowadzonymi działaniami wojennymi. Porównują także stosowanie tego typu patentów w USA i w innych krajach, a także porównują aktywność patentową w okręgach USA, które otrzymały duże i małe zastrzyki finansowe.

Badanie wskazuje na widoczną rozbieżność między USA a innymi krajami sojuszniczymi w ukierunkowaniu technologicznym patentów po II wojnie światowej. Do roku 1970 liczba opatentowanych w USA technologii, na których koncentrowały się badania wspierane przez OSRD, była o ponad 50 proc. większa niż w Wielkiej Brytanii i Francji.

Naukowcy dostrzegają również mocny wpływ na rozkład geograficzny krajowych wynalazków. Kiedy porównują oni okręgi i obszary technologiczne, na których najbardziej koncentrowało się finansowanie OSRD, z tymi, w których działalność badawcza była w mniejszym stopniu wspierana przez OSRD, odkrywają, że liczba wniosków patentowych gwałtownie wzrosła w czasie II wojny światowej, a po zakończeniu konfliktu spadła do poziomu sprzed wojny, by następnie na trwałe poszybować w górę, utrzymując stały wzrost. Wydaje się, że wzrost ten koncentrował się w okręgach, które już przed II wojną światową wykazywały znacznie więcej patentów w tych obszarach technologicznych. Naukowcy dochodzą do wniosku, że wysiłek badawczy z czasów wojny sam z siebie nie stworzył tych klastrów technologicznych, ale uruchomił siły, które doprowadziły do coraz większej kumulacji i pogłębiania się różnic w tworzeniu wynalazków w różnych częściach kraju.

Lokalne systemy badawcze wyrastały w lokalizacji i obszarach technologicznych, w których OSRD koncentrowało swoją działalność, w tym na uniwersytetach, w centrach badawczych finansowanych ze środków federalnych oraz prywatnej wynalazczości. W sektorze telekomunikacji oraz produkcji urządzeń i podzespołów elektronicznych, tj. branżach ściśle związanych z wojennym wysiłkiem badawczym, podwojenie liczby patentów OSRD w latach 40. XX w. skutkowało 60-65 proc. wzrostem zatrudnienia w latach 70. Wydaje się, że wsparcie OSRD zbudowało lokalny potencjał naukowy i technologiczny, co pozwoliło rozwijać lokalną innowacyjność po wojnie, a także przyczyniło się do stworzenia miejsc pracy w powiązanych branżach produkcyjnych.

obserwatorfinansowy.pl

Ani jedna duża marka odzieżowa nie zapewnia godziwych płac wszystkim pracownicom i pracownikom w łańcuchu dostaw - nawet jeśli ci pracują w nadgodzinach. Niemal wszystkie ukrywają adresy fabryk, w których produkowana jest ich odzież. Mają powody.

(...)

Wszyscy zatrudnieni w chińskich fabrykach, łącznie 490 osób, powiedzieli badaczom, że w ostatnim miesiącu wypracowali ponad 100 godzin nadliczbowych (średnio 122) - de facto wszyscy pracują więc na dwóch etatach. Godziwie zarobiły dwie z tych osób.

A do tego normy - czyli minimum pracy, jaką trzeba wykonać, żeby otrzymać wynagrodzenie w pełnej wysokości. Wyśrubowane tak, że większość pracownic i pracowników w trakcie standardowego ośmiogodzinnego dnia pracy jest w stanie zrealizować zaledwie 80 proc. - zostają więc po godzinach, rezygnują z przerw, a nawet wyjść do toalety. Wiele z nich pracuje 27, a nawet 30 dni w miesiącu.

"W jednej z najlepiej zarabiających branż pracownice na końcu łańcucha dostaw nadal wykonują niewolniczą pracę" - piszą autorzy opublikowanego w czwartek przez CCC raportu "Fashion Checker".

(...)

CCC postanowiło zapytać o wynagrodzenia 108 marek odzieżowych. W końcu to dzięki pracy szwaczek w krajach azjatyckich mogą powstać takie fortuny jak np. ta należąca do Amancio Ortegi - twórcy Zary, większościowego udziałowca Inditexu, do którego należy też m.in. Bershka, Pull & Bear czy Massimo Dutti - warta blisko 67 miliardów dolarów (około 251 miliardów złotych).

Odpowiedzi? Aż 35 koncernów nie udzieliło żadnej. Reszta odpowiedziała, ale do powiedzenia miały niewiele.

Spośród 108 marek aż 100 nie ujawniło żadnych informacji o wysokości płac u swoich poddostawców. To m.in. znane sieciówki: Adidas, H&M, Zara czy Primark, który w sierpniu otworzył swój pierwszy sklep w Polsce. Siedmiu z nich udało się dowieść, że godnie wynagradzanych jest do 25 proc. pracowników (m.in. Jack Wolfskin). Tylko jedna - Gucci - twierdzi, że co najmniej 50 proc. jego dostawców płaci swoim pracownicom i pracownikom godnie. Problem? Gucci nie udostępnia publicznie żadnych dowodów, przekonuje za to, że w 95 proc. swoją odzież produkuje we Włoszech. Gdzie dokładnie? Tego Gucci też nie podaje.

A skoro jesteśmy przy fabrykach, w których modowi giganci szyją swoją odzież: łącznie aż 102 marki nie chcą podać nawet ich nazw i adresów. Zrobiło to tylko sześć firm: Benetton, Esprit, Nike, Adidas, H&M i G-Star Raw.

wyborcza.pl

wtorek, 15 września 2020


Jak opisuje w swojej książce "Swiss Made" R. James Breiding, powstanie nowoczesnego przemysłu chemicznego zapoczątkował niejaki William Perkin w Londynie, w 1856 roku. Wynalazł wówczas moweinę, pierwszy syntetyczny barwnik.

W Wielkiej Brytanii jednak mało kto interesował się odkryciem Perkina, bo tamtejsze firmy miały łatwy dostęp do naturalnych barwników. Dla Szwajcarów jednak takie odkrycie było na wagę złota - jako kraj bez dostępu do morza, z handlem morskim zdominowanym przez Wielką Brytanię i Francję, Szwajcarzy mieli problemy z dostępem nie tylko do barwników, ale też drewna, metali, olejów czy paliw. Pewności dostaw nie było, a sytuacja rynkowa zmieniała się z dnia na dzień, m.in. ze względu na zawirowania wojenne.

Dlatego też, wyjaśnia Breiding, "od początku rewolucji chemicznej Szwajcarzy byli jednym z jej największych beneficjentów". I szybko odkryli nowe i o wiele ważniejsze zastosowania moweiny: farmaceutyczne i przemysłowe. Potem stosowano ją m.in. w środkach antybakteryjnych.

(...)

Inne wykorzystanie moweiny niż jako barwnik to był jednak dopiero początek innowacyjności w szwajcarskiej chemii. Jedną z immanentnych cech farmaceutyki w tym kraju była innowacyjność. Jak opisuje Breiding, Szwajcarzy nie starali się zastępować starych rzeczy nowymi, ale tworzyli zupełnie nowe zapotrzebowanie.

Tak było m.in. z valium, popularnym lekiem na uspokojenie. Konkurencja z USA w postaci Wallace Pharmaceuticals już w latach 50. pokazała lek uspokajający. Roche chciał stworzyć coś podobnego, ale tak, by nie naruszyć patentu Amerykanów. Po wielu latach pracy, w 1960 roku zarejestrowano w USA valium, które szybko stało się hitem:
  • Od 1969 do 1982 roku był to najczęściej przepisywany lek w USA.
  • W 1978 roku sprzedano rekordowe 2,3 mld tabletek.
  • Valium było pierwszym tzw. "blockbuster drugs", czyli bestsellerem wśród leków, który przynosił Roche'owi ponad miliard dolarów rocznie przez niemal 20 lat.
  • Roche odniósł też spektakularny sukces na innym polu: witamin. W 1933 roku firma odkupiła patent na syntezę witaminy C i miała go jako pierwsza na świecie.
Sukces polegał jednak nie na tym, że Roche pozyskał samą metodę i zaczął produkować witaminę C, ale stworzył coś, co dzisiaj nazwalibyśmy "synergią biznesową". Czyli: nawiązał współpracę z Nestle produkującym żywność. W ten sposób powstały "witaminizowane" czekolady i specjalne emulsje, popularne wśród dzieci. Nikt wcześniej nie oferował produktów na styku żywności i leków, których dzisiaj mamy całe zatrzęsienie.

W ten sposób Roche stworzył rynek suplementów i profilaktyki zdrowotnej, którego zresztą stał się potentatem. Jak opisuje Breiding w "Swiss Made", Szwajcarzy przodowali w produkcji witamin A, B1, B2 i K1 i oczywiście C, która to była ich flagowym produktem aż do lat 90. XX wieku.

(...)

Warto przy tym podkreślić, że cały ten rozwój dokonywał się bardzo szybko. Sandoz, przez lata lider farmaceutyki, który dziś jest częścią grupy Novartis, powstał w 1857 roku jako Kern&Sandoz i specjalizował się w produkcji barwników.

Jako pierwszy tylko na farmacji skupił się Hoffman-La Roche, założony w 1896 roku. Podobnie swój profil działalności zmieniło Ciba-Geigy, która na skutek fuzji z Sandozem w 2003 roku stała się Novartisem.

"U schyłku XIX wieku stało się jasne, że produkcja środków farmaceutycznych będzie doskonałym biznesem" - podkreśla Breiding. Szwajcarzy dostrzegli ten potencjał o wiele szybciej niż inni, dzięki czemu mogli łatwiej podbić globalny rynek.

Uczciwie jednak trzeba powiedzieć, że do tego dynamicznego rozwoju szwajcarskich firm farmaceutycznych przyczyniły się również wojny. Jak opisuje Breiding: "Wojna przyniosła także ogromne zapotrzebowanie na środki antyseptyczne, przeciwbólowe, przeciwzapalne, przeciwgorączkowe czy uspokajające".

"W latach 1913-1920 szwajcarski eksport środków chemicznych wzrósł siedmiokrotnie" - pisze Breiding. Tylko Sandoz wówczas zwiększył sprzedaż z 6 milionów franków w 1914 r. do 37 milionów franków w 1917 roku. I nic dziwnego, bo jak dodaje autor, w latach 30. XX wieku lekarze używali jeszcze około tuzina środków, w latach 60. było to już ponad 2 tys. medykamentów.

businessinsider.com.pl