środa, 16 września 2020
Adam Andruszkiewicz, wiceminister cyfryzacji, wsławił się dotychczas trzema rzeczami: ma stawiać maszty na biało-czerwone flagi (takie prawdziwe maszty, żadne tam maszty 5G), zdaniem wielu załatwił swojej żonie posadę w państwowej fundacji (zdaniem Andruszkiewicza - nie załatwił) oraz zapowiada od kilku już lat, że polski rząd rozprawi się ze złymi korporacjami cyfrowymi. YouTube, Facebook i Google ponoć bardzo boją się aktywności pana ministra.
Szkopuł w tym, że to rozprawianie się idzie powoli. Na co dowodem jest nowy projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Stanowić on w znacznej mierze będzie implementację unijnej dyrektywy. Rząd proponuje, by dostawcy platform udostępniania wideo musieli zgłosić, iż prowadzą działalność, Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Zgłoszenie to będzie miało na celu przede wszystkim umożliwienie polskim urzędnikom szybkie dotarcie do osób decyzyjnych w danej platformie, jako że będzie musiało zawierać dane do tzw. szybkiego kontaktu. Ponadto platformy będą musiały wdrożyć rozwiązania techniczne uniemożliwiające małoletnim widzom dostęp do przekazu zagrażającego fizycznemu, psychicznemu lub moralnemu rozwojowi dziecka. Chodzi przede wszystkim o to, by małolat nie mógł samodzielnie odpalić filmów porno oraz klipów, w których krew bryzga po ścianach.
(...)
Oczywiście ktoś teraz może powiedzieć, że przecież YouTube też będzie podlegał pod pewne wymogi, zbliżone do tych obowiązujących w Polsce, tyle że w Irlandii. I tak, i nie. Formalnie bowiem rzeczywiście niemal wszyscy cyfrowi giganci podlegają i będą podlegać pod prawo irlandzkie. W praktyce jednak to iluzja, o czym doskonale wiedzą wszyscy, którzy śledzą model ochrony danych osobowych w Europie. Po ponad dwóch latach od wejścia w życie RODO widać, że technologiczni giganci doskonale sobie poradzili z unijnymi przepisami i w najlepszym razie są w stanie przewlekać prowadzone wobec nich postępowania w nieskończoność.
Dziwnym trafem to właśnie w Irlandii swe europejskie siedziby mają Facebook (wraz z powiązanymi z nim Instagramem i WhatsAppem), Google, Twitter, Apple, Huawei oraz wiele innych znanych, choć może nie tak wielkich korporacji. I całkowitym przypadkiem to właśnie tam funkcjonuje jeden z najmniej wydolnych organów ds. ochrony danych osobowych w Europie. Do niedawna jego siedziba mieściła się w domu-bliźniaku, którego część zajmował sklepik sieci SPAR. Teraz irlandzki urząd się rozrósł. Ma już budżet równy temu, który posiada irlandzki związek wyścigów chartów.
dziennik.pl
Naukowcy analizują bezprecedensowe wysiłki rządu USA podejmowane w czasie II wojny światowej w celu zmobilizowania nauki do działania na rzecz wojny za pośrednictwem nowo utworzonego Biura Badań Naukowych i Rozwoju (Office of Scientific Research and Development, OSRD). OSRD zawarło ponad 2200 umów badawczo-rozwojowych z wykonawcami przemysłowymi i akademickimi, wydając na nie ok. 7,4 mld ówczesnych dolarów. Nakłady OSRD ponad dwukrotnie przekroczyły wcześniejsze wydatki rządu na badania naukowe. Naukowcy wskazują, że inwestycje te miały duży wpływ na kierunek i miejsce powstawania amerykańskich wynalazków oraz na zatrudnienie w sektorze zaawansowanych technologii przemysłowych, wprawiając w ruch siły wynikające z funkcjonowania w dużych skupiskach, które ukształtowały klastry technologiczne epoki powojennej.
Naukowcy korzystają z archiwalnych rejestrów w celu stworzenia zbioru danych dotyczących umów OSRD, zawierającego szczegółowe informacje nt. wykonawców oraz wynalazków i publikacji naukowych, których byli autorami. Łączą te dokumenty z danymi dotyczącymi pełnego rejestru patentów w Stanach Zjednoczonych oraz patentów zagranicznych. Porównują przedwojenne i powojenne patenty w różnych dziedzinach technologii, które otrzymały istotne wsparcie w związku z prowadzonymi działaniami wojennymi. Porównują także stosowanie tego typu patentów w USA i w innych krajach, a także porównują aktywność patentową w okręgach USA, które otrzymały duże i małe zastrzyki finansowe.
Badanie wskazuje na widoczną rozbieżność między USA a innymi krajami sojuszniczymi w ukierunkowaniu technologicznym patentów po II wojnie światowej. Do roku 1970 liczba opatentowanych w USA technologii, na których koncentrowały się badania wspierane przez OSRD, była o ponad 50 proc. większa niż w Wielkiej Brytanii i Francji.
Naukowcy dostrzegają również mocny wpływ na rozkład geograficzny krajowych wynalazków. Kiedy porównują oni okręgi i obszary technologiczne, na których najbardziej koncentrowało się finansowanie OSRD, z tymi, w których działalność badawcza była w mniejszym stopniu wspierana przez OSRD, odkrywają, że liczba wniosków patentowych gwałtownie wzrosła w czasie II wojny światowej, a po zakończeniu konfliktu spadła do poziomu sprzed wojny, by następnie na trwałe poszybować w górę, utrzymując stały wzrost. Wydaje się, że wzrost ten koncentrował się w okręgach, które już przed II wojną światową wykazywały znacznie więcej patentów w tych obszarach technologicznych. Naukowcy dochodzą do wniosku, że wysiłek badawczy z czasów wojny sam z siebie nie stworzył tych klastrów technologicznych, ale uruchomił siły, które doprowadziły do coraz większej kumulacji i pogłębiania się różnic w tworzeniu wynalazków w różnych częściach kraju.
Lokalne systemy badawcze wyrastały w lokalizacji i obszarach technologicznych, w których OSRD koncentrowało swoją działalność, w tym na uniwersytetach, w centrach badawczych finansowanych ze środków federalnych oraz prywatnej wynalazczości. W sektorze telekomunikacji oraz produkcji urządzeń i podzespołów elektronicznych, tj. branżach ściśle związanych z wojennym wysiłkiem badawczym, podwojenie liczby patentów OSRD w latach 40. XX w. skutkowało 60-65 proc. wzrostem zatrudnienia w latach 70. Wydaje się, że wsparcie OSRD zbudowało lokalny potencjał naukowy i technologiczny, co pozwoliło rozwijać lokalną innowacyjność po wojnie, a także przyczyniło się do stworzenia miejsc pracy w powiązanych branżach produkcyjnych.
obserwatorfinansowy.pl
Ani jedna duża marka odzieżowa nie zapewnia godziwych płac wszystkim pracownicom i pracownikom w łańcuchu dostaw - nawet jeśli ci pracują w nadgodzinach. Niemal wszystkie ukrywają adresy fabryk, w których produkowana jest ich odzież. Mają powody.
(...)
Wszyscy zatrudnieni w chińskich fabrykach, łącznie 490 osób, powiedzieli badaczom, że w ostatnim miesiącu wypracowali ponad 100 godzin nadliczbowych (średnio 122) - de facto wszyscy pracują więc na dwóch etatach. Godziwie zarobiły dwie z tych osób.
A do tego normy - czyli minimum pracy, jaką trzeba wykonać, żeby otrzymać wynagrodzenie w pełnej wysokości. Wyśrubowane tak, że większość pracownic i pracowników w trakcie standardowego ośmiogodzinnego dnia pracy jest w stanie zrealizować zaledwie 80 proc. - zostają więc po godzinach, rezygnują z przerw, a nawet wyjść do toalety. Wiele z nich pracuje 27, a nawet 30 dni w miesiącu.
"W jednej z najlepiej zarabiających branż pracownice na końcu łańcucha dostaw nadal wykonują niewolniczą pracę" - piszą autorzy opublikowanego w czwartek przez CCC raportu "Fashion Checker".
(...)
CCC postanowiło zapytać o wynagrodzenia 108 marek odzieżowych. W końcu to dzięki pracy szwaczek w krajach azjatyckich mogą powstać takie fortuny jak np. ta należąca do Amancio Ortegi - twórcy Zary, większościowego udziałowca Inditexu, do którego należy też m.in. Bershka, Pull & Bear czy Massimo Dutti - warta blisko 67 miliardów dolarów (około 251 miliardów złotych).
Odpowiedzi? Aż 35 koncernów nie udzieliło żadnej. Reszta odpowiedziała, ale do powiedzenia miały niewiele.
Spośród 108 marek aż 100 nie ujawniło żadnych informacji o wysokości płac u swoich poddostawców. To m.in. znane sieciówki: Adidas, H&M, Zara czy Primark, który w sierpniu otworzył swój pierwszy sklep w Polsce. Siedmiu z nich udało się dowieść, że godnie wynagradzanych jest do 25 proc. pracowników (m.in. Jack Wolfskin). Tylko jedna - Gucci - twierdzi, że co najmniej 50 proc. jego dostawców płaci swoim pracownicom i pracownikom godnie. Problem? Gucci nie udostępnia publicznie żadnych dowodów, przekonuje za to, że w 95 proc. swoją odzież produkuje we Włoszech. Gdzie dokładnie? Tego Gucci też nie podaje.
A skoro jesteśmy przy fabrykach, w których modowi giganci szyją swoją odzież: łącznie aż 102 marki nie chcą podać nawet ich nazw i adresów. Zrobiło to tylko sześć firm: Benetton, Esprit, Nike, Adidas, H&M i G-Star Raw.
wyborcza.pl
wtorek, 15 września 2020
Jak opisuje w swojej książce "Swiss Made" R. James Breiding, powstanie nowoczesnego przemysłu chemicznego zapoczątkował niejaki William Perkin w Londynie, w 1856 roku. Wynalazł wówczas moweinę, pierwszy syntetyczny barwnik.
W Wielkiej Brytanii jednak mało kto interesował się odkryciem Perkina, bo tamtejsze firmy miały łatwy dostęp do naturalnych barwników. Dla Szwajcarów jednak takie odkrycie było na wagę złota - jako kraj bez dostępu do morza, z handlem morskim zdominowanym przez Wielką Brytanię i Francję, Szwajcarzy mieli problemy z dostępem nie tylko do barwników, ale też drewna, metali, olejów czy paliw. Pewności dostaw nie było, a sytuacja rynkowa zmieniała się z dnia na dzień, m.in. ze względu na zawirowania wojenne.
Dlatego też, wyjaśnia Breiding, "od początku rewolucji chemicznej Szwajcarzy byli jednym z jej największych beneficjentów". I szybko odkryli nowe i o wiele ważniejsze zastosowania moweiny: farmaceutyczne i przemysłowe. Potem stosowano ją m.in. w środkach antybakteryjnych.
(...)
Inne wykorzystanie moweiny niż jako barwnik to był jednak dopiero początek innowacyjności w szwajcarskiej chemii. Jedną z immanentnych cech farmaceutyki w tym kraju była innowacyjność. Jak opisuje Breiding, Szwajcarzy nie starali się zastępować starych rzeczy nowymi, ale tworzyli zupełnie nowe zapotrzebowanie.
Tak było m.in. z valium, popularnym lekiem na uspokojenie. Konkurencja z USA w postaci Wallace Pharmaceuticals już w latach 50. pokazała lek uspokajający. Roche chciał stworzyć coś podobnego, ale tak, by nie naruszyć patentu Amerykanów. Po wielu latach pracy, w 1960 roku zarejestrowano w USA valium, które szybko stało się hitem:
- Od 1969 do 1982 roku był to najczęściej przepisywany lek w USA.
- W 1978 roku sprzedano rekordowe 2,3 mld tabletek.
- Valium było pierwszym tzw. "blockbuster drugs", czyli bestsellerem wśród leków, który przynosił Roche'owi ponad miliard dolarów rocznie przez niemal 20 lat.
- Roche odniósł też spektakularny sukces na innym polu: witamin. W 1933 roku firma odkupiła patent na syntezę witaminy C i miała go jako pierwsza na świecie.
W ten sposób Roche stworzył rynek suplementów i profilaktyki zdrowotnej, którego zresztą stał się potentatem. Jak opisuje Breiding w "Swiss Made", Szwajcarzy przodowali w produkcji witamin A, B1, B2 i K1 i oczywiście C, która to była ich flagowym produktem aż do lat 90. XX wieku.
(...)
Warto przy tym podkreślić, że cały ten rozwój dokonywał się bardzo szybko. Sandoz, przez lata lider farmaceutyki, który dziś jest częścią grupy Novartis, powstał w 1857 roku jako Kern&Sandoz i specjalizował się w produkcji barwników.
Jako pierwszy tylko na farmacji skupił się Hoffman-La Roche, założony w 1896 roku. Podobnie swój profil działalności zmieniło Ciba-Geigy, która na skutek fuzji z Sandozem w 2003 roku stała się Novartisem.
"U schyłku XIX wieku stało się jasne, że produkcja środków farmaceutycznych będzie doskonałym biznesem" - podkreśla Breiding. Szwajcarzy dostrzegli ten potencjał o wiele szybciej niż inni, dzięki czemu mogli łatwiej podbić globalny rynek.
Uczciwie jednak trzeba powiedzieć, że do tego dynamicznego rozwoju szwajcarskich firm farmaceutycznych przyczyniły się również wojny. Jak opisuje Breiding: "Wojna przyniosła także ogromne zapotrzebowanie na środki antyseptyczne, przeciwbólowe, przeciwzapalne, przeciwgorączkowe czy uspokajające".
"W latach 1913-1920 szwajcarski eksport środków chemicznych wzrósł siedmiokrotnie" - pisze Breiding. Tylko Sandoz wówczas zwiększył sprzedaż z 6 milionów franków w 1914 r. do 37 milionów franków w 1917 roku. I nic dziwnego, bo jak dodaje autor, w latach 30. XX wieku lekarze używali jeszcze około tuzina środków, w latach 60. było to już ponad 2 tys. medykamentów.
businessinsider.com.pl
poniedziałek, 14 września 2020
Mateusz Ratajczak, Wirtualna Polska: Była wojna o technologie, będzie wojna o odpowiedzialność? Za wirusa, za epidemię.
Dr Michał Bogusz, Ośrodek Studiów Wschodnich: W kwestii sporu na linii Zachód-Chiny jedno się nie zmienia. To jest oczywista niechęć i oczywista, stała rywalizacja. Cała reszta jest tylko elementem gry.
I koronawirus stał się elementem tej potyczki. Z jednej strony Chiny wybielają siebie i swoje błędy na początku epidemii, z drugiej Donald Trump wyciąga działa i wielokrotnie podkreśla, skąd wirus przywędrował i kto był "źródłem problemu". Nie wspomina przy tym o swoich pomyłkach. Tymczasem oczywiście w tej sprawie obie strony popełniły błędy.
Popełnić błędy to jedno, ale oskarżenie jest jasne: Chiny tuszowały sprawę, a gdyby tego nie robiły, to cały świat zareagowałby lepiej.
I jest w tym wiele prawdy. Nie jest tajemnicą, że Pekin z jednej strony uspokajał, a z drugiej masowo wykupywał środki indywidualnej ochrony personelu medycznego, co zachwiało dostawami na całym świecie. A przyszedł moment, że to reszta świata potrzebowała tego sprzętu. W tym czasie chińskie przedsiębiorstwa i chińska diaspora na świecie już dawno były po zakupach.
Nie jest tajemnicą, że wyniki badań chińskich naukowców nad DNA wirusa zostały przekazane światu tydzień po ich opracowaniu. I to w czasie, gdy zagraniczne laboratoria już same tego dokonały.
Nie jest też tajemnicą, że "chińscy specjaliści", którzy mieli pomagać dość szybko wyjechali, a na pierwszej linii frontu walki z wirusem w większości nigdy się nie znaleźli.
Za to są sygnały, że jednym z ich celów było zbliżenie się do laboratoriów, do wyników badań w krytycznych instytutach walczących z koronawirusem. Można było oczekiwać, że pokażą europejskim lekarzom, jak się walczyć z epidemią, a nie będą chcieli zdobywać informacji o postępie badań.
W mediach za to chińscy eksperci pytali wprost: dlaczego nie zamykacie kraju, dlaczego działacie tak późno?
I nie uważa pan, że to jest wspaniały obrazek propagandowy? My - Chiny, radzimy sobie i znamy odpowiedź na ten i wiele innych problemów. Oni - Zachód, są w kryzysie, nie potrafią się na nic zdecydować.
I to jest doskonały obrazek nie tylko dla propagandy wewnętrznej, ale również dla krajów, które nie do końca są w stanie zdecydować z kim wolą współpracować.
(...)
Światowej zgody po epidemii nie powinniśmy się spodziewać?
Zdecydowanie nie. Chiny zawsze traktowały Zachód podejrzliwie i zawsze żyły w przekonaniu, że to Zachód jest największym zagrożeniem dla trwałości władzy Komunistycznej Partii Chin (KPCh). I do dziś chińscy politycy żyją w przekonaniu, że długotrwałym celem Zachodu jest zniszczenie partii.
I epidemia tego nie zmieniła. Choć przecież Zachód najpierw wysyłał sprzęt medyczny do Chin, pomagał na początku roku.
Nie, to spojrzenie się nie zmieni. Można od kilku lat zaobserwować inną zmianę. KPCh przez lata była nastawiona defensywnie, na odpieranie ataków i działania wewnętrzne. To się zmieniło po kryzysie finansowym 2008 roku. Pokazał on, że finansowe podwaliny świata zachodniego nie są trwałe. KPCh uznała, że walka o dominację jeszcze się nie skończyła.
I sądzę, że epidemia będzie kolejną zachętą. Jestem przekonany, że w ciągu najbliższych kilku lat Chiny jeszcze bardziej wyjdą do świata ze swoim modelem rozwoju, także modelem politycznym.
A co w tym Zachodzie jest takiego złego, że Chiny traktują nas konfrontacyjnie?
Jesteśmy zagrożeniem. Świadczy o tym na przykład trwałość systemów politycznych w Europie. To jest coś, co w Chinach budzi ogromne obawy. Na Zachodzie władza wymienia się cyklicznie, dynamicznie. Przychodzą kryzysy, ale podwaliny zachodniego modelu państwa nie zmieniają się. To znaczy, że partia - każda partia - jest tylko chwilą na długiej osi czasu istnienia państwa.
W Chinach państwo to partia, a partia to państwo. Co by się stało, gdyby podobnie zaczęli myśleć Chińczycy? Jak nie rządy tych, to rządy innych. W kraju, w którym ta sama organizacja rządzi od ponad siedmiu dekad, to może budzić obawy. I budzi. Zachód - w ocenie Pekinu - może im dać tylko "ideologiczną zarazę", która odwróci obywateli od partii.
Przez tyle lat żadna "ideologiczna zaraza" z Zachodu do Chin nie dotarła, więc skąd te obawy?
Ależ z ich perspektywy ona była! Protesty na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 roku to właśnie - w ich ocenie - zaraza. To, co dzieje się od roku w Hongkongu, to jest w ich ocenie dokładnie to samo.
Proszę mi powiedzieć, po co Chinom cenzura? Dlaczego obywatele Chin nie mogą oglądać zagranicznych kanałów, dlaczego nie mogą korzystać z zagranicznych serwisów, dlaczego nie mają dostępu do map z całego świata? To zapobieganie. To obrona przed myślami z Zachodu. Partia boi się, że utraci kontrole nad sposobem myślenia Chińczyków.
Epidemia to zresztą dobry moment, by "wycisnąć więcej". Są sygnały, że część osób została poddana kwarantannie tylko po to, aby ograniczyć ich aktywność publiczną. Teraz trwa próba przekształcenia kryzysu w sukces polityczny. A to może nawet wzmocnić reżim.
Chiny chcą się dziś pokazywać jednak inaczej. Z przodu jest biznesowa twarz Pekinu, są wielkie firmy technologiczne, są innowacje, są miasta wieżowców. Gdy zwiedzałem Shenzen to trudno mi było uwierzyć, że chodzę po byłej wiosce rybackiej. Wieżowiec na wieżowcu, auto elektryczne na aucie elektrycznym. A do tego szpitale budują w 10 dni. I w pewnym momencie wpuścili nawet dziennikarzy do centrum epidemii.
I szybko zostali wycofani.
Chiński sukces gospodarczy odbije się Chińczykom czkawką. Wielki wzrost gospodarczy z ostatnich lat oparty jest na kosmicznym zadłużaniu się. I skala tego zadłużenia z każdym rokiem rośnie. Większość wzrostu gospodarczego PKB jest wygenerowana przez gigantyczne inwestycje infrastrukturalne.
Gdy inwestycje się skończą, to skończy się wzrost gospodarczy. Zresztą Chiny pod tym względem doszły już do ściany.
Gdy wybudujemy autostrady pomiędzy gospodarczymi ośrodkami w Niemczech i Polsce to zakładamy, że ta inwestycja się nam zwróci - nie poprzez opłaty na drodze, ale przez wymianę gospodarką, przez mobilność pracowników, przez szybki transport towarów. Chiny są w punkcie, gdy autostrady budują teraz już pomiędzy wioskami.
Może myślą przyszłościowo?
Pompują inwestycje, bo inaczej sami sobie odetną prąd. Mówił pan o szpitalach i budowie w 10 dni. Gdy pierwszy raz byłem w Chinach to byłem również zafascynowany. Fascynacja mija, gdy się spędzi trochę czasu w tych budynkach. Średni okres przydatności budynku wynosi 20 lat. Po tym czasie powinien zostać rozebrany i zbudowany na nowo. Liczba niedoróbek jest wręcz niesamowita.
Przykłady? Po pewnym czasie zauważa się dopiero, że jesteśmy na północy Chin, gdzie są niskie temperatury, a okna mają tylko pojedyncze szyby. Zimą to czuć. Zauważa się, że system kanalizacji notorycznie się zatyka. Tu coś odpada, tu czegoś nie ma.
Zachwyty są zrozumiałe, ale… to często jest iluzja. Globalne znaczenie chińskiej gospodarki jest oczywiście duże. Ale nie ulegajmy mitom, które Pekinowi bardzo pasują. Mitem jest, że to oni pokazują, jak się żyje dobrze.
Chiny doskonale wiedzą, że ich model rozwoju gospodarczego nieuchronnie zmierza ku końcowi. Rozumieją, żeby uniknąć "odcięcia" przez Zachód, muszą wskoczyć na wyższy poziom w łańcuchach dostaw, muszą zmienić swoje miejsce w międzynarodowej układance. Tylko wtedy mogą być zabezpieczeni. Dziś mogą tylko z roku na rok inwestować więcej.
Ale to wąż zjadający własny ogon, kiedyś dojdzie (...) do kresu możliwości.
I jak oni widzą swoją rolę na świecie?
Chcą wpływać na cały świat i mieć decydujący głos. To jest ich bezpieczeństwo. W innym układzie po pandemii może nowym motorem napędzającym produkcję będą Indie? Lub niektóre kraje afrykańskie? Skoro raz fabryki mogły powstawać w Chinach, to mogą też gdzieś indziej. Dlatego Pekin chce decydować o losach świata, by takie zmiany go nie zaskoczyły i aby miał nad nimi kontrolę.
Ale wojen nikomu nie wypowiadają. Konfliktów zbrojnych nie planują.
Nie muszą. Wystarczy, że będą odgrywać coraz większą, a w końcu dominującą, rolę w światowych organizacjach. To jest dobry punkt wyjścia do kształtowania rzeczywistości pod siebie.
Światowe organizacje i agencje? Nie brzmi to… groźnie.
Handel, patenty i normy w jednej ręce? Wręcz przeciwnie. Konflikt, o którym rozmawiamy, dotyczy tego, kto będzie kształtował standardy i normy. Na razie skupiliśmy się na standardach politycznych, etycznych, moralnych, ale przecież są jeszcze normy gospodarcze, normy techniczne.
Przy produkcji najzwyklejszego tostera do spełnienia są dziesiątki wymagań technicznych. Dotyczących temperatury, bezpieczników, jakości plastiku, metalu. Ten, kto o tym decyduje, wpływa na świat gospodarczy.
(...)
Chiny cieszą się, gdy widzą to, co się dzieje w tej chwili w USA i Europie? Cieszą się nie pod względem ludzkim, ale politycznym.
Wręcz przeciwnie. Są przerażeni.
Przerażeni? Przecież cały czas rozmawiamy o tym, że chcą dominować. Problemy świata zachodniego to dobry moment, by wyjść do przodu.
Są przerażeni tym, że Zachód obudzi się gospodarczo i zacznie przenosić produkcję z Chin w inne rejony świata lub po prostu do siebie. Epidemia koronawirusa pokazała, że produkty - które określilibyśmy mianem strategicznych - to także najprostsze maski chirurgiczne, to przyłbice, to podstawowy sprzęt medyczny. Do tej pory nie przeszkadzało nam, że produkowane są w Chinach. Dziś każdy kraj na świecie zastanawia się, jak zabezpieczyć produkcję u siebie.
Są przerażeni tym, że Zachód może chcieć dywersyfikować źródła dostaw. Są przerażeni tym, jak bardzo maleje popyt na chińskie produkty. Są przerażeni tym, że świat będzie przenosił część miejsc pracy w inne regiony. To dla Pekinu, wciąż budującego swoje znaczenie gospodarcze, jest ogromny problem.
Z drugiej strony nie można ukrywać, że dla Pekinu część procesów dotykających Zachód jest korzystna. Pekin jest przekonany, że Zachód w kryzysie, to Zachód mniej zdolny do zmian, mniej chętny do nich. Kluczowe jest w jakim stanie Zachód wyjdzie z kryzysu.
Chyba możemy się zgodzić, że w tym przekonaniu o kryzysie Zachodu jest trochę racji. I mówimy o tym w momencie, gdy w USA i w wielu krajach Europy trwają regularne zamieszki na ulicach.
Świat Zachodu jest w… permanentnym kryzysie od zawsze. W II wieku przed naszą erą problemem Rzymu było to, że młodzież zaczyna czytać greckich filozofów. A podziwianie nagich rzeźb było już dla niektórych pewnym sygnałem, że nadchodzi kres cywilizacji zachodniej.
Wcześniej sam Platon w Grecji był przekonany, że młodzież, która zajmuje się czytaniem i pisaniem, a nie zapamiętywaniem tradycyjnych tekstów, jest skazana na zagładę.
Cywilizacyjnie jesteśmy przekonani, że jest nam źle i lepiej to już było?
Odrobinę tak. Zachód jest u podstaw zbudowany na kryzysach - każdy kolejny kryzys przynosi rozwój, odnowę, zmianę. Zachód rozwija się poprzez kryzysy. W Azji, a właściwie to w kulturach konfucjańskich, standardem jest za to usztywnienie, konserwowanie obecnego stanu rzeczy.
Dlatego z grzebaniem świata zachodniego byłbym ostrożny. Oczywiście, przeżywamy kryzysy i nie można udawać, że tak nie jest. Nie jest to jednak sytuacja nowa.
(...)
Napięte stosunki na linii Zachód - Chiny nie prowadzi jednak do wojny. Taka wizja nawet się nie pojawia na całe szczęście.
Nie, nie. Nie prowadzi też raczej do sytuacji bliskiej zimnej wojnie, chociaż na pewnych szczeblach ona ma miejsce. Sądzę, że to będzie raczej wyścig kolosów na glinianych nogach, które walczą ze swoimi problemami. Ten, kto rozwiąże pierwszy swoje problemy, wygra.
Jednego nie rozumiem. Skoro w ciągu trzech dekad Chiny nieustannie się rozwijają, to - przynajmniej w teorii - powinna się tam pojawić klasa wykształcona, klasa sukcesu, która chce czegoś więcej. Powinni tam być ludzie, którym kamera na każdym skrzyżowaniu, a tak przecież jest w wielu miastach, nie odpowiada. Jeżdżą po świecie, widzą inną rzeczywistość. Nie powiem, że to ludzie, którzy będą żądać demokracji, ale chociaż demokratyzacji swojego życia.
Popełnia pan błąd wielu dyplomatów i wielu prezydentów USA.
Nie brzmi to źle.
Odwołuje się pan do iluzji, którą elity na Zachodzie stworzyły za prezydentury Richarda Nixona. I ta iluzja polega na tym, że rozwój i wzrost bogactwa w pewnym momencie doprowadzi właśnie do demokratyzacji Chin. I to nie była iluzja bezpodstawna: to scenariusz Tajwanu, to scenariusz Korei Południowej czy Malezji.
Po wielu latach spędzonych w Chinach stworzyłem dla siebie takie określenie jak kolonizacja wewnętrzna. A to właśnie na niej oparty jest sukces Chin, w tym sukces gospodarczy.
Kolonizacja wewnętrzna?
Dzięki systemowi paszportyzacji wewnętrznej, czyli z chińskiego hukou, powstała grupa 300-350 mln osób, które nie mają prawa osiedlić się w mieście i nie mają tam żadnych praw obywatelskich. To była grupa najtańszych pracowników, którzy naprawdę pracowali za przysłowiową miskę ryżu. To migrujący mieszkańcy wsi.
Hukou powstał niemal 60 lat temu i miał być sposobem na kontrolowanie populacji w miastach. W czasie reform gospodarczych stał się jednak systemem gigantycznego wyzysku. Migrujący robotnicy nie mieli długo nawet opieki medycznej, ich dzieci nie mają dostępu do publicznej szkoły.
Formalnie nie powinni byli w ogóle opuszczać swojego miejsca zamieszkania na dłużej niż kilka tygodni. Opuścili je jednak, bo żyli w gigantycznej biedzie, więc migrują i podejmują pracę.
Chińska klasa średnia, o której pan mówi, zbudowała się w oparciu o wyzysk tych ludzi. Stało się to głównie w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. Gwarancją tego systemu jest KPCh, która co prawda od lat opowiada się za zmianami, ale zmiany następują powoli. Klasa, która miałaby podnieść rękę na władze, wzbogaciła się dzięki tej władzy.
(...)
I klasa średnia nie przeciwstawi się gwarantowi układu, który zapewnia źródło zarobków.
Trudno spekulować, kiedy się to może zmienić. Na dziś to fantazje.
Chiny zbudowały wokół siebie wiele mitów, które przykrywają prawdę o tym kraju. Jest mit planowania i myślenia o przyszłości, ale również mit firm prywatnych, mit innej gospodarki prywatnej.
W Chinach nie ma własności prywatnej środków produkcji, więc gdy mówimy o firmach, to co najwyżej mówimy o prywatnym zarządzaniu nimi, a nie o byciu właścicielem. Nie ma wolnego rynku, a jedynie wykorzystanie elementów wolnorynkowych. Nie ma kapitalizmu, ponieważ nie ma prywatnej własności ziemi. Odebranie zarządzającemu firmy nie stanowi problemu.
Więc o jakiej własności mówimy? Gdy ktoś sprzedaje udziały w firmie, to realnie sprzedaje tylko udział w prawie zarządzania i czerpania zysku z tej firmy. Na żadnym etapie nie był jednak prawdziwym właścicielem w naszym rozumieniu tego słowa.
wp.pl
niedziela, 13 września 2020
Katarzyna Barczyk: Pierwszą akcją SBU, która w ostatnich latach mocno przebiła się do mediów, było „zmartwychwstanie” Arkadija Babczenki – rosyjskiego dziennikarza, który miał zostać zastrzelony w Kijowie. Służby sfingowały całą sprawę, by powstrzymać prawdziwych zamachowców. Mieliśmy też serię zabójstw przywódców donieckich separatystów. Początkowo, gdy tzw. Doniecka Republika Ludowa czy Rosja oskarżały ukraińskie służy o te zamachy, mało kto w to wierzył. Czy taka skuteczność oznaczałaby, że ukraińskie służby poradziły sobie z rosyjską infiltracją?
Płk Grzegorz Małecki: Tutaj głosy są podzielone, ale w moim przekonaniu najgorsze mają za sobą. Niewątpliwie mają bardzo poważne sukcesy i wydaje mi się, że w ostatnich latach problem został w dużej mierze przezwyciężony. To oczywiście zawsze będzie zagrożenie, bo realia społeczne, historyczne, bo wzajemne przenikanie się wpływów, oddziaływanie gospodarcze, kulturowe – to zawsze będą czynniki ryzyka. Ale choćby ostatnia akcja, która zakończyła się zatrzymaniem wagnerowców na Białorusi, pokazuje, że sytuacja się poprawiła.
Ukraińskie służby miały zaoferować konkretnym najemnikom – którzy byli zaangażowani w wojnę w Donbasie, mieli też udział m.in. w zestrzeleniu malezyjskiego boeinga MH-17 – pracę przy ochranianiu pól naftowych w Wenezueli. Plan miał zakładać, że podczas lotu z Mińska do Stambułu samolot awaryjnie wyląduje w Kijowie – a tam najemnicy zostaną zatrzymani. To była akcja brawurowa, ale ostatecznie nieudana.
Według mnie ona była w pełni udana.
Ale nie doprowadzono jej do końca – najemnicy nie wylądowali w Kijowie, nie zostaną osądzeni. W ukraińskich mediach spekulowano, że doszło do przecieku ze strony kogoś z administracji prezydenta. Pana zdaniem administracja Zełeńskiego przeszkadza w działaniu służb?
Nie posunąłbym się do takiego twierdzenia. Przede wszystkim mamy za mało danych. Widzę jednak zasadność tych spekulacji, bowiem wydaje się wysoce prawdopodobne, że finał tej operacji był inny niż pierwotnie planowano. Są podstawy do takiego myślenia. Jedną z tych podstaw, o których nie było głośno w Polsce, jest niezaprzeczalny fakt, że bodajże 6 sierpnia, a więc tydzień po zatrzymaniu wagnerowców w Mińsku, niespodziewanie do dymisji podał się szef HUR (Główny Zarząd Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy - red.) Wasyl Burba. Daje to podstawy do spekulacji, że sytuacja ta musiała wywołać bardzo poważne niezadowolenie w aparacie bezpieczeństwa.
(...)
Jak pan zareagował na pierwszą informację o tym, że na Białorusi zatrzymano rosyjskich najemników? Wszyscy wydawali się wówczas zdezorientowani, gubili się w domysłach.
Ja się też gubiłem, nie będę udawał, że przyszedł mi do głowy ten pomysł.
Od razu pojawiały się wrzutki w rosyjskich mediach o ukraińskich służbach, ale nikt tego nie traktował poważnie, podobnie jak wcześniej, przy likwidacji donieckich separatystów.
Tym bardziej pokazuje to wysoki poziom profesjonalizmu tych służb. To, że sprawa nie wyszła wcześniej jest dowodem na to, że poradziły sobie przynajmniej w części z problemem rosyjskiej infiltracji. Rosjanie nie rozpoznali tego problemu, nie zapobiegli mu. Akcja była przygotowana profesjonalnie i szczelnie. Dowodzi to tego, że służby ukraińskie są profesjonalne, a z drugiej strony – że Rosjanie nie są aż tak sprawni.
Z kolei kilka dni po informacji o tym, że sprawa wagnerowców to operacja ukraińskich służb, w mediach rosyjskich pojawiła się wiadomość, że w Rosji zatrzymano grupę osób mających działać na zlecenie SBU. Ich misja miała polegać na porwaniu i przewiezieniu na Ukrainę donieckiego separatysty – nie wskazano, o kogo dokładnie chodzi. Byłaby to druga „wpadka” ukraińskich służb w krótkim czasie.
Po pierwsze, to są tylko media rosyjskie, które jak wiadomo nie są bardzo wiarygodne. Po drugie, operacja wagnerowska nie była porażką. Uważam, że główne cele zostały zrealizowane: po pierwsze, Rosjanie zostali skompromitowani, po drugie – wagnerowcy podczas „rozmów kwalifikacyjnych” z ukraińskimi agentami dostarczyli informacji o swoich działaniach na Donbasie. Po trzecie pokazano profesjonalne, niekonwencjonalne metody działania. To, że do zatrzymania ostatecznie nie doszło – było w gruncie rzeczy decyzją polityczną. To, że dzisiaj władze oficjalnie dementują udział służb należy do standardowych praktyk w takich przypadkach.
Pamiętajmy, że za skuteczność finalną służb odpowiadają politycy. To, czy kogoś zatrzymujemy, stawiamy przed sądem, czy np. próbujemy go przewerbować, zneutralizować, czy w jakiś sposób skompromitować – to nie są decyzje służb, lecz polityków, decydentów.
Z czego więc w tym przypadku mogła wynikać decyzja?
To jest mój domysł, ale wydaje się, że w tym przypadku politycy mogli zdecydować, że nie chcą doprowadzać do zaostrzenia oficjalnych relacji między Ukrainą i Rosją, a postawienie tych ludzi przed sądem doprowadziłoby do zaognienia kryzysu. A wiemy, że toczą się rozmowy w sprawie Donbasu, jest napięta sytuacja na Białorusi – być może uznano, że obecnie koszty takich działań będą wyższe niż zyski.
Czym innym jest bieżący, taktyczny interes służb – czym innym jest interes polityczny państwa. One mogą być zbieżne, ale czasami są obok siebie. W tym przypadku interesem operacyjnym służby specjalnej byłoby przeprowadzenie tej operacji do końca. A interes państwa najwyraźniej został zdefiniowany inaczej.
Akcja, o którą pani pyta, była według mnie pewną formą odwetu ze strony Rosjan, chcieli zrobić wrażenie medialne. Myślę, że to próba odgryzienia się. I to taka nie najwyższych lotów. W pewnym sensie stanowi pośrednie potwierdzenie, że operacja Ukraińców ich bardzo zabolała.
Wracając do rozbieżności pomiędzy interesem służb a interesem państwa – wydaje się, że podobnie było w ubiegłym roku, gdy służby w brawurowy sposób zatrzymały i przywiozły z Donbasu do Kijowa Wołodymyra Cemacha. Cemach miał być jednym z kluczowych świadków ws. zestrzelenia MH17 – w czasie, gdy do tego doszło, miał dowodzić obroną przeciwlotniczą w Śnieżnem. Tymczasem niedługo po akcji, w której ukraińskie służby przelały krew, Cemach znalazł się na liście wymiany jeńców między Kijowem a Moskwą.
Jeśli rządzący politycy decydują, że potrzebny im jest ktoś, jako zakładnik, bo mają wyższy cel – długofalowy czy krótkofalowy, w każdym razie – przynoszący większe i ważniejsze efekty, to taką decyzję podejmują. W realiach państwa, w których służby są podległe kontroli i koordynacji rządu, tak się właśnie dzieje. Służby wykonują konkretne, dokładnie określone zadania. W momencie, gdy działają samodzielnie, istnieje ryzyko, że może dojść do kolizji między celami egzekutywy a celami służb specjalnych.
Za bezpieczeństwo państwa, wbrew być może pewnemu utrwalonemu przekonaniu opinii publicznej, nie odpowiadają służby. Za bezpieczeństwo państwa odpowiada rząd. Służby są aparatem władzy, który ma pomóc bezpieczeństwo państwa zapewnić. Na przykładach ukraińskich widzimy, jak wygląda służebna rola służb wobec aparatu państwa. Służby mają wykonać trudną, niewdzięczną, tajną, ryzykowną robotę po to, by rząd mógł zrealizować swoje cele polityczne.
(...)
Obserwując spektakularne i zaskakujące akcje ukraińskich służb dziwi, jak w kilka lat wybiły się na taką pozycję – jeszcze jakiś czas temu mało kto powiedziałby, że profesjonalizm kojarzy im się ze służbami specjalnymi Ukrainy.
I to nie są sprawy zamknięte, to dynamicznie zmieniająca się rzeczywistość.
Pokazuje to też to, o czym wspomnieliśmy – że Rosja nie jest w obszarze postradzieckim wszechmocna. Wydaje się, że wszyscy mamy w tyle głowy przeświadczenie, że Kreml jeśli coś pochwyci, to już nie puści. A tu okazywałoby się, że służby ukraińskie wybiły się na niepodległość.
Rosja celowo utrwala ten obraz, bo jest w jej interesie – działa odstraszająco. A państwa i społeczeństwa zachodnie po prostu temu ulegają. Metoda na to, by poradzić sobie z Rosjanami, to bycie bardziej ofensywnymi niż oni i Ukraińcy to pokazują. Z Rosjanami trzeba grać na ostro. I my, jako państwa zachodnie, na tym polu moglibyśmy się uczyć od Ukraińców.
Będąc szefem Agencji Wywiadu bardzo intensywnie zabiegałem o zacieśnienie relacji ze służbami ukraińskimi, bo one mają nam bardzo dużo do zaoferowania. Mogą nas nauczyć myślenia Rosjan, bo znają ich lepiej, bo przez wiele lat byli częścią tego samego organizmu państwowego, a obecnie mają doświadczenia walki z nimi, które dla nas byłyby bezcenne.
Poza tym po tych zdarzeniach, z których wynika, że najprawdopodobniej poradzili sobie z penetracją rosyjską, powinniśmy jako wspólnota euroatlantycka zacieśnić współpracę. Nieufność wobec Ukraińców ciągle się utrzymuje w służbach wielu państw EU-NATO. Dobrze by było, by wyciągnąć wnioski i przejść z poziomu oficjalnego na poziom operacyjny, wspólnych przedsięwzięć, dzielenia się wiedzą, doświadczeniem, umiejętnościami.
Jak jest teraz? Nie ma takiej wymiany doświadczeń?
Jest na dużo niższym poziomie niż mogłaby być. Wydaje mi się, że Ukraińcy pokazali, że wykonali kawał dobrej roboty i są gotowi, by być partnerami dla służb zachodnich.
onet.pl
sobota, 12 września 2020
PAP: Co mogło sprawić, że Gierek zlekceważył to zagrożenie, jakie może nieść z sobą fala strajków? Czy tak pewnie się czuł na stanowisku?
Prof. Jerzy Eisler: Ważna wydaje mi się tutaj cecha charakteru Gierka, o której nie często się mówi. Poza wszystkim był on człowiekiem leniwym, nie za bardzo lubił pracę. To był jeden z tych polityków, którzy najlepiej czują się na salonach, dyplomatycznych przyjęciach. Myślę, że było mu bardzo przyjemnie, kiedy odwiedzał prezydenta Stanów Zjednoczonych w Białym Domu jako oficjalny gość, a także podczas wizyt u prezydenta Francji Valéry’ego Giscarda d’Estaing, kiedy był równorzędnym partnerem podczas rozmów. Zresztą d’Estaing również przyjeżdżał do Polski, do ośrodka w Arłamowie. Gierek był także człowiekiem o dość ograniczonych horyzontach intelektualnych, chociaż mówiono, że był inżynierem. Może i był inżynierem, ale matury nie miał. To nie był człowiek wykształcony, który stopniowo piąłby się do góry.
Nie wiemy też jeszcze jednej ważnej rzeczy, a pewnie i długo nie będziemy o niej wiedzieć – myślę tutaj o powiązaniach Gierka ze Związkiem Sowieckim i z sowieckimi służbami specjalnymi, ale nie w okresie, kiedy był I sekretarzem KC PZPR, lecz jeszcze dużo wcześniej: gdy był działaczem belgijskiej partii komunistycznej w pierwszych powojennych latach. Wystarczy przypomnieć, że kiedy Nikita Chruszczow przyleciał do Warszawy w październiku 1956 r., aby zablokować powrót do władzy Władysława Gomułki, to wśród towarzyszy najwierniejszych Kremlowi wymieniał sowieckiego marszałka, a jednocześnie polskiego ministra obrony narodowej Konstantego Rokossowskiego, a także Zenona Nowaka i Franciszka Jóźwiaka – dwóch tzw. natolińczyków sympatyzujących z twardym, moskiewskim nurtem – oraz Edwarda Gierka właśnie, który był od trzech miesięcy zaledwie członkiem Biura Politycznego KC PZPR, a od marca 1956 r., a zatem od siedmiu miesięcy, sekretarzem KC PZPR. Na jakiej zasadzie Chruszczow uważał zatem, że Gierek jest niezawodnym przyjacielem ZSRS, a także zaliczał go do grona czterech najbardziej prosowieckich polskich towarzyszy? Niestety bez swobodnego dostępu do sowieckich materiałów przechowywanych dzisiaj w rosyjskich archiwach – a na szybki dostęp się nie zanosi – nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania.
Oczywiście gdyby na podstawie tych materiałów okazało się, że Gierek był lojalnym człowiekiem Moskwy, to ten cały mit dobrego polskiego gospodarza w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, a wcześniej dobrego gospodarza na Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, zostałby bardzo poważnie podważony czy wręcz trzeba by go było odrzucić.
Gdyby latem 1980 r. Gierek rzeczywiście był wielkim i przenikliwym politykiem, a za takiego chciał uchodzić, nie popełniłby takich błędów, jakie jednak popełnił. Polsce jednak te popełnione przez niego błędy przyniosły wiele pozytywnych zmian – strajk w Gdańsku i wielu innych częściach kraju zakończył się sukcesem protestujących, niedługo potem powstała "Solidarność", a dziewięć lat później Tadeusz Mazowiecki stworzył pierwszy niekomunistyczny rząd w dziejach powojennej Polski.
(...)
Czy obóz władzy wykorzystał strajki do odsunięcia Gierka od władzy? Czy możemy pokusić się o tezę, że gdyby nie wybuchły strajki, to Gierek utrzymałby się na stanowisku I sekretarza?
To bardzo ciekawe pytanie, a rzadko stawiane. Oczywiście nie znamy jednoznacznej odpowiedzi "tak/nie", ale wydaje mi się, że ten stan głębokiego i permanentnego kryzysu mógłby trwać dłużej, choć nie pokuszę się o zgadywanie, o ile dłużej.
Zawsze się śmieję, że w statucie PZPR zapisano, że I sekretarza KC PZPR wybiera zjazd partii. Jednak nigdy, w całej historii PZPR, nie zdarzyło się, aby I sekretarza KC wybrano w ten sposób – Bolesław Bierut umarł, pełniąc funkcję I sekretarza, natomiast jego następcy byli zmieniani w sytuacji kryzysowej lub wybierani na zasadzie tymczasowości na kilka, kilkanaście miesięcy, tak jak np. Stanisław Kania, który był I sekretarzem od września 1980 do października 1981 r.
Czy bez tych strajków Gierka by odsunięto od władzy? Wydaje mi się to mało prawdopodobne. W historii PRL możemy jednak zauważyć tę łączność między społecznymi buntami, takimi jak Czerwiec '56, Grudzień '70 i Sierpień '80, a zmianami na stanowisku I sekretarza KC PZPR. Te zmiany dokonywały się albo w trakcie tych polskich miesięcy, jak w Grudniu '70, albo niedługo po nich, jak to się stało w 1956 r., kiedy kilka miesięcy po buncie w Poznaniu, ale w środku kryzysu Października ’56, władzę objął Władysław Gomułka. Gierek z kolei przestał być I sekretarzem kilka dni po podpisaniu Porozumień Sierpniowych.
Ten system nie posiadał innych mechanizmów przeprowadzenia zmiany, to było wręcz wpisane w jego istotę. Dobrze, że w 1980 r. mogło się to dokonywać bezkrwawo i bez ofiar niewinnych ludzi, bo wcześniej było inaczej.
dziennik.pl
piątek, 11 września 2020
Jednak największym sprzymierzeńcem futerkowców jest o. Tadeusz Rydzyk. Rzeczkowski tłumaczy to prosto: szef Radia Maryja sprzymierzy się z każdym, kto ma pieniądze i wpływy, a przy tym wypowiada się o nim w samych superlatywach. Kimś takim jest właśnie Szczepan Wójcik.
Obaj są sobie bardzo potrzebni. O. Rydzyk zapewnia hodowcom parasol polityczny, ale także mocne wsparcie w swoim środowisku. Szczepan Wójcik i jego bliski współpracownik Marek Miśko to stali goście na antenie TV Trwam. Zdarza się, że gdy są na antenie, o. Rydzyk dzwoni do studia, przekazuje im wyrazy uznania i nazywa „odważnymi ludźmi”.
A później wspólnie dywagują na temat, który przejmuje ich najmocniej: ideologii gender.
Bo sojusz między Rydzykiem a Szczepanem Wójcikiem dotyczy także spraw światopoglądowych. Obaj są przekonani co do prawdziwości pewnego karkołomnego ciągu przyczynowo-skutkowego. Ich zdaniem aktywiści walczący o zakaz hodowli norek w dalszej kolejności będą żądać zakazu hodowli kur i krów. Równocześnie – jak twierdzą Rydzyk i Wójcik – każdy aktywista dąży do rewolucji kulturowej, której elementem ma być adopcja dzieci przez małżeństwa homoseksualne oraz nieograniczony dostęp do aborcji. A więc: od zakazu produkcji futer do gejowskich małżeństw i aborcji na życzenie.
Ponadto Wójcik wsławił się ostatnio teorią, jakoby tzw. ideologia LGBT mogła zniszczyć polskie rolnictwo. Wyprodukował też dwa filmy wyświetlane w TV Trwam: „Gender. Tęczowa rewolucja” oraz „Zmierz. Ofensywa ideologii gender”. O. Rydzyk uważa, że obie produkcje powinien obejrzeć każdy, komu leży na sercu los ojczyzny.
onet.pl
wtorek, 1 września 2020
Gdy wróciła na statek Apollo, zszokowały ją piekielne zmiany, które na nim zaszły. W styczniu 1974 roku Hubbard wydał rozporządzenie Flag Order 3434RB, w którym ustanowił specjalny program o nazwie „Siły Projektu Rehabilitacyjnego” (Rehabilitation Project Force, w skrócie RPF). Jego celem miała być rehabilitacja tych spośród członków Sea Org, którzy mieli słabe statystyki lub których podejrzewano o nieprzychylne myśli na temat Hubbarda lub jego technik. Ponieważ program ten dawał drugą szansę osobom, które w przeciwnym razie zostałyby zwolnione, Hubbard uważał, że stanowi on element jego oświeconych metod zarządzania ludźmi, którego jedynym celem jest „odkupienie win”. Gdy więc Hana Eltringham znalazła się na pokładzie, zastała kilkudziesięciu członków załogi zakwaterowanych w znajdującej się pod pokładem starej ładowni dla bydła oświetlonej pojedynczą żarówką. Jej mieszkańcy spali na poplamionych materacach na podłodze i ubierali się w czarne robocze kombinezony. Nie wolno im było rozmawiać z nikim spoza ich grupy. Jedli rękami z wiadra pełnego resztek ze stołu, wpychając sobie jedzenie do ust, jakby umierali z głodu.
Pomimo ciągłej niepewności i ostrych kar wielu spośród członków Sea Org wspomina okres spędzony na pokładzie statku Apollo jako czas niezrównanej przygody, przepełniony poczuciem misji oraz naznaczony szczególnym braterstwem, którego mogli już nigdy więcej nie doświadczyć. Choć Hubbard bywał dość przerażający i mało racjonalny, a do tego jeszcze komicznie napuszony, wciąż podążały za nim rzesze wiernych wielbicieli. Osoby znające go nieco bliżej widziały w nim wielkodusznego i troskliwego przywódcę, który dzięki potężnej osobowości potrafił utrzymać w ryzach nie tylko statek, ale i całą stworzoną przez siebie flotę, organizację i religię. Karen de la Carriere, pochodząca z Wielkiej Brytanii młoda audytorka, wspominała, że widziała kiedyś, jak Hubbard nawrzeszczał w swoim gabinecie na jednego członków załogi. Gdy skulonemu ze strachu nieszczęśnikowi w końcu pozwolił odejść, obrócił się na krześle i z rozbawieniem puścił oko do Karen. „Zrozumiałam wtedy, że on całkowicie nad sobą panuje – opowiadała. – To wszystko było wyreżyserowane, tak aby osiągnąć pożądany efekt”.
Lawrence Wright - Droga do wyzwolenia
Człowiek, którego Sidney Gottlieb zatrudnił do kierowania tą operacją, George Hunter White, wyróżniał się nawet na tle olśniewającego zespołu MK-ULTRA: nawiedzonych chemików, bezdusznych asów wywiadu, ponurych oprawców, hipnotyzerów, speców od elektrowstrząsów oraz nazistowskich lekarzy. White był ambitnym agentem Federalnego Biura ds. Narkotyków (Federal Bureau of Narcotics, FBN) i wiódł wystawne życie w mrocznym świecie zbrodni. Kiedy Gottlieb zaproponował mu pracę polegającą na prowadzeniu "bezpiecznego domu" CIA, w którym miałby aplikować LSD niczego nie podejrzewającym gościom, a następnie odnotowywać wyniki, skwapliwie skorzystał z okazji. Wyobrażał sobie, że będzie to jeszcze jeden szalony epizod w długiej serii jego sekretnych wyczynów. I nie zawiódł się, a nawet przeżył więcej, niż się spodziewał.
(...)
Ci dwaj mistrzowie zakulisowych działań nie mogli się chyba bardziej od siebie różnić - White był napędzanym adrenaliną libertynem o sadystycznych skłonnościach, który rzadko trzeźwiał i uwielbiał życie na marginesie społeczeństwa, gdzie królowała przemoc, podczas gdy Gottlieb był naukowcem i żywił się jogurtem. W tamtym momencie jednak świetnie do siebie pasowali. Szef programu MK-ULTRA szukał kogoś, kto potrafi sobie radzić w niebezpiecznych sytuacjach oraz naginać i łamać prawo, udając, że je egzekwuje, White zaś umiał i jedno, i drugie. I o wiele więcej.
Obracając się w podejrzanych kręgach, dysponował bogatym zasobem potencjalnych uczestników eksperymentów z narkotykami, był przyzwyczajony do brutalnego traktowania ludzi i można było na nim polegać, jeśli chodzi o dochowanie tajemnicy. A ponieważ nadal pracował w FBN, Agencja mogła się wyprzeć wszelkich powiązań z nim, gdyby coś poszło nie tak. Te zalety czyniły z niego idealnego współpracownika.
Gottlieb testował już LSD na ochotnikach i niczego nie podejrzewających ofiarach, a teraz przymierzał się do wprowadzenia tego narkotyku do szpitali i na uczelnie medyczne w celu prowadzenia kontrolowanych eksperymentów. Żeby zaś się przekonać, jak na ten specyfik zareagują zwykli ludzie, postanowił otworzyć "bezpieczny dom" na terenie Stanów Zjednoczonych, gdzie poddawałby testom tutejszych "zbędnych". Wielu z tych, których White sprowadzał do konspiracyjnego lokalu przy Bedford Street 81, było narkomanami, drobnymi przestępcami i innymi wyrzutkami, co do których można było z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładać, że nie poskarżą się na to, co im się przytrafiło.
(…)
Kompleks mieszkalny przy Bedford Street miał się stać czymś wyjątkowym: "bezpiecznym domem" CIA w samym sercu Nowego Jorku, miejscem, do którego niczego nie podejrzewający obywatele będą zwabiani i ukradkiem odurzani narkotykami - a wszystko to w imię walki z komunizmem. Lokal konspiracyjny składał się z dwóch sąsiadujących ze sobą mieszkań, tak że sprzęt do inwigilacji umieszczony w jednym pozwalał obserwatorom rejestrować to, co działo się w drugim. Gottlieb miał już "bezpieczne domy" za granicą, gdzie mógł do woli podawać ludziom narkotyki, a teraz dysponował podobnym również w Nowym Jorku.
Tamtej jesieni White zaczął grasować po Greenwich Village w poszukiwaniu ludzi, z którymi się zaprzyjaźniał i którym następnie aplikował ukradkiem LSD lub inne narkotyki. Wymyślił sobie pseudonim - Morgan Hall - oraz dwa fałszywe życiorysy. "Udawał na zmianę marynarza ze statku handlowego lub członka artystycznej bohemy i zadawał się z najróżniejszymi postaciami z półświatka, z których wszystkie miały do czynienia z działalnością przestępczą, na przykład z narkotykami, prostytucją, hazardem i pornografią - napisano w pewnym sprawozdaniu dotyczącym kariery White'a. - To właśnie wcielając się w postać artysty, usidlił większość ofiar MK-ULTRA".
Stephen Kinzer - Doktor Śmierć
Wcześniej w Pradze – na festiwalu literatury, który odbywał się w osuszonym teatrze nad Wełtawą – rozmawialiśmy o Hrabalu i jego sławnej książce "Obsługiwałem angielskiego króla" z 1971 roku. Widziałem jej ekranizację, po czym i tak ją przeczytałem. Tym, co mnie uderzyło, była paralela z modelową stadniną w Hostau. Bohater Hrabalowego klasyka, Jan Dziecię, wraz z najazdem przez hitlerowskie oddziały zostaje wprowadzony przez Lizę, Niemkę sudecką, w tajniki czystości krwi. Dzięki Lizie on, słowiański chłopak („żółte jak słoma włosy i […] niebieskie oczy”), dochrapał się pozycji kelnera w idyllicznym hotelu górskim z ogrodem pełnym posągów teutońskich wojowników i innych rasowych Germanów o rogatych hełmach. „Liza z dumą rozwodziła się […], że jest to pierwszy europejski ośrodek hodowli uszlachetnionych ludzi”. Jan Dziecię serwuje puchary mleka potężnym pannicom chłopskiego pochodzenia, a wina reńskie i mozelskie pełnej krwi żołnierzom SS. Potem uświadamia sobie, że dziewczyny wchodzą do pokoi hotelowych z tego samego powodu, jak „kiedyśmy chodzili z krową do buhaja albo z kozą do rozpłodowego kozła”.
Nie była to groteskowa fantazja: groteską była rzeczywistość, którą stworzył Himmler. To on przyznał specjalne urlopy oficerom SS na rozmnażanie się w urokliwych hotelikach górskich. „Każda wojna to upuszczenie najlepszej krwi” – napisał Himmler w Październiku 1939 roku w swoim „rozkazie płodzenia”. Trzeba zrekompensować straty w ludziach, a najbardziej intensywny udział w stosunkach płciowych przypadał niemieckiej elicie rasowej – oddziałom SS.
Tę samą linię prezentowała „mała wojna” Hitlera przeciwko środkom antykoncepcyjnym i aborcji. „To my decydujemy o życiu seksualnym” – powiedział Führer. A także: „Naród nie wyginie z powodu utraty mężczyzn, lecz jeśli zabraknie kobiet – tak”.
Klacze były najważniejsze.
Oczywiście, że budziły śmiech wszystkie premie macierzyńskie i medale dla kobiet, które przekroczyły propagowaną docelową liczbę czworga dzieci na rodzinę: „Bądźcie dzietni jak Hitler” – szeptano. Ale Magda Goebbels ze swoim sześciorgiem dzieci spełniała jednak funkcję wzorowej supermatki. A w ramach esesmańskiego programu Lebensborn niezamężne matki, tak zwane narzeczone Führera, mogły w spokoju karmić piersią swoje niemowlęta i się nimi opiekować. Z powodu panującej obsesji na punkcie blondwłosych/ modrookich egzemplarzy to Skandynawia doświadczyła największego zagęszczenia tych esesmańskich porodówek; najsłynniejsze ze wszystkich dwunastu tysięcy dzieci Lebensbornu, które były „chrzczone” w rytuale przyłożenia sztyletu, to piosenkarka zespołu ABBA Anni-Frid.
Frank Westerman - Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny
Subskrybuj:
Posty (Atom)





