czwartek, 11 czerwca 2020
- Ale – żeby przesłanie było jasne – pan nie deprecjonuje znaczenia innowacji dla wzrostu gospodarczego?
Lee Vinsel: Oczywiście, że nie.
- Zatem są one motorem tego wzrostu?
Od lat 50 i 60 XX w. ekonomia szczegółowo opisuje ich znaczenie w tym aspekcie. Z jednej strony są dla niego bardzo ważne, z drugiej go nie wywołały, gdyż to kapitalizm jako system poprzedzał innowacje. Przyjrzyjmy się angielskiej wsi w XVIII w. Produktywność zaczęła tam rosnąć jeszcze na długo przed wynalezieniem silnika parowego. Odkrycie znaczenia innowacji dla gospodarki sprawiło, że rządy na całym świecie faktycznie uznały je za narzędzie realizacji swojego głównego celu, czyli wzrostu PKB. Moim zdaniem jednak próby stymulowania innowacyjności w gospodarce zazwyczaj nie działają. Innowacje są ważne dla rozwoju, ale nie są wszystkim.
- Co konkretnie rządy robią nie tak, jak powinny?
Budują szklane domy, czyli te różnorakie centra, czy też parki innowacyjności i, licząc że tam ona rozkwitnie, hojnie wspierają rozwój start-upów.
- To naprawdę błąd?
Nie ma dowodów na to, że te działania przekładają się na większą innowacyjność. Co więcej, większość badań pokazuje, że prawdziwe innowacje współcześnie pojawiają się raczej w dużych firmach z tradycjami niż w tych dopiero raczkujących.
- Ale to młode firmy rozwijają potencjalnie przełomowe technologie takie, jak blockchain.
Blockchain to jedna z najbardziej przereklamowanych technologii, jakie powstały! Owszem, zmienia sposób archiwizowania i przetwarzania danych w bankach, ale pod względem wpływu na gospodarkę i społeczeństwo wciąż znacznie ustępuje wynalezieniu bankomatów. Jeśli natomiast chodzi o oparte na blockchainie kryptowaluty, to uważam, że jeśli zostałby ogłoszony konkurs na najbardziej bezużyteczny wynalazek, miałyby szansę na zwycięstwo. Są przydatne tylko, jeśli handlujesz narkotykami, albo pierzesz brudną forsę.
- Jak na kogoś, kto wykłada teorię innowacji na uczelni wyższej, jest pan dość krytyczny. Czy są jakieś innowacje, które zyskały pańskie uznanie?
Oczywiście, że tak. Na przykład drony i samojezdne pojazdy mają ogromny potencjał do zrewolucjonizowania rynku dostaw, co ma niebanalne znaczenie dla polityki klimatycznej.
- A smartfon nie jest przełomowym wynalazkiem?
Na pewno zmienił dużo w tym, jak wygląda nasza codzienność i zachowania społeczne, ale czy zwiększył naszą produktywność w istotnej mierze? Ostatnie dekady to globalnie raczej okres zastoju produktywności i spowolnienia wzrostu PKB. Możliwe jednak, że pozytywne skutki niektórych innowacji dopiero się ujawnią, w miarę, jak ludzie nauczą się z nich produktywnie korzystać. Proszę uwierzyć, ja nie jestem przeciwnikiem innowacji, lubię różnego rodzaju nowinki. Staram się jednak innowacji nie fetyszyzować.
- Widziałem opakowanie czajnika, na którym producent podkreślał, że gwizdek sygnalizuje gotującą się wodę, jakby to była jakaś wyjątkowa właściwość tego czajnika. To objaw zwykłej głupoty, czy właśnie tej fetyszyzacji?
(Śmiech) Pozycjonowanie zupełnie zwyczajnych produktów jako superinnowacyjnych to dzisiaj powszechna praktyka rynkowa. Wspomniał pan o smartfonach i ich też to dotyczy. Tim Cook, prezes Apple, z wielką werwą i ekscytacją informował kiedyś publiczność, że nowy iPhone będzie dostępny także w kolorze leśnej zieleni.
- Niesamowite!
Tak, brzmiał jakby ogłaszał ponowne nadejście Chrystusa na Ziemię. Ale ten typ marketingu jest całkiem racjonalny z punktu widzenia firm – wiedzą, że kapitał poszukuje dzisiaj miejsc, w których osiągnie największe zwroty giełdowe. Skuteczne przedstawienie siebie jako innowacyjnej firmy to wyższe ceny akcji, nawet jeśli firma nie przynosi realnego zysku. Firmy pokroju Ubera, czy Tesli mają dzisiaj inwestorów-fanów, którzy kupują ich akcje, mimo że nie ma fundamentów pozwalających wierzyć w ich nadzwyczajną wartość.
- Uber nie jest rewolucyjną firmą?
Nie w takim stopniu, w jakim za taką uchodzi. Owszem, wprowadził rozwiązania zwiększające wygodę pasażerów, ale ta dysrupcja nie ma dla całej gospodarki jakiegoś rewolucyjnego oddziaływania. Ponadto to firma, która aby działać, musi dopłacać do biznesu. Uber za pomocą różnych kodów rabatowych i promocji płaci swoim klientom, żeby korzystali z jego aplikacji. To nie jest model biznesowy, którego można się spodziewać po rzekomej „firmie przyszłości” i mam wątpliwości co do tego, jak długo może on funkcjonować. Kolejnym problemem związanym z fetyszyzacją innowacji jest właśnie brak długofalowej perspektywy. Młodzi start-up’owcy nie myślą o swoich biznesach jako o przedsięwzięciach na całe życie. Mają pomysł, chcą znaleźć inwestora, rozwinąć go i sprzedać. Nie są skłonni poświęcać się swoim firmom całkowicie.
- Zapominają też chyba, że obok e-biznesów istnieją także zwykłe biznesy – że zamiast tworzyć kolejną aplikację na smartfona, można np. otworzyć sieć zakładów fryzjerskich.
Owszem, tyle, że do stworzenia aplikacji niewiele trzeba – niewiele doświadczenia, wiedzy, kapitału. Każdy poważniejszy biznes wymaga tych rzeczy, a zdobycie ich zabiera czas. Nic dziwnego, że jak pokazują badania, przedsiębiorcy osiągają sukces najczęściej w wieku ok. 40 lat, a nie 18, czy 19, czyli nie w wieku obecnych start-up’owców. Inwestor Peter Thiel płaci młodym ludziom za to, żeby rzucali szkołę i zakładali firmy w Dolinie Krzemowej, tylko czy my potrzebujemy faktycznie tych wszystkich nowych aplikacji? Może lepiej, żeby w tej szkole zostali, zdobyli wiedzę i założyli potem bardziej złożone przedsiębiorstwa?
- Obsesja na punkcie innowacyjności ma jeszcze jakieś negatywne strony?
Tak. Prowadzi do zaniedbywania tego, co uchodzi za nieinnowacyjne. Zaniedbujemy np. infrastrukturę, o czym w USA np. świadczy opłakany stan mostów, dróg, czy linii metra. Zaniedbujemy także całe klasy społeczne, ludzi, których nazywam „konserwatorami” czyli tych, którzy nie wymyślają co prawda nowych produktów, ale dzięki którym świat się kręci. Woźny, pracownik fizyczny, policjant, elektryk, itd. Ich pensje są niskie, gdyż społeczeństwo postanowiło wynagradzać głównie innowatorów. Im mniej „innowacyjna” praca, tym gorzej wyceniania. Dochodzi to tego, że niektórzy ludzie nie zarabiają nawet na tyle dużo, by opłacić rachunki.
obserwatorfinansowy.pl
Coraz więcej wskazuje na to, że wirus rozprzestrzeniał się w Wuhan na długo przed tym, jak namierzono jako ognisko słynny już targ z dzikimi zwierzętami. Ciekawą analizę – ale niedopuszczoną jeszcze do publikacji w czasopiśmie naukowym – wykonali naukowcy z Harvard Medical School. Przestudiowali zdjęcia satelitarne parkingów przy sześciu szpitalach w Wuhan. Do obserwacji i porównań wybrali okres od 9 stycznia 2018 do 30 kwietnia 2020. Przeanalizowali też, jak często Chińczycy wpisywali do najpopularniejszej w tym kraju wyszukiwarki internetowej Baidu słowa kluczowe związane z objawami koronawirusa: kaszel, biegunka. Przeanalizowali trendy wyszukiwania od kwietnia 2017 do maja 2020, tak by mieć również dla porównania dane z sezonów zwyczajnej grypy.
Efekt tych analiz? Specjaliści z Uniwersytetu Harvarda zauważyli wzmożony ruch pod obserwowanymi szpitalami w Wuhan już pod koniec lata 2019. W tym czasie nasiliło się poszukiwanie w Baidu hasła "biegunka". To była zmiana nieprzystająca ani do zwykłych schematów sezonu grypowego, ani niepowiązana jeszcze z nasilonym wyszukiwaniem hasła "kaszel". Ten objaw zaczął być częściej wpisywany do wyszukiwarki dopiero później, w tym samym czasie, gdy mocno wzrosło obłożenie szpitali.
Liczba samochodów pojawiających się na szpitalnych parkingach zaczęła rosnąć od sierpnia 2019 aż do końca roku i ogłoszenia lockdownu w Wuhan. Od stycznia 2018 zdarzały się w analizowanych przez naukowcach danych skoki obłożenia szpitali, ale było to w normalnym okresie grypowym, nie pod koniec lata. I nigdy nie było aż takich wzrostów jak w 5 z 6 szpitali między wrześniem a październikiem 2019. Towarzyszyło temu nasilenie trendów wyszukiwania "kaszel" i "biegunka" w Baidu. Naukowcy wzięli pod uwagę, że nasilenie się ruchu na parkingach mogło też wynikać z igrzysk wojskowych. Ale skok wyszukiwania haseł związanych z objawami choroby zaczął się kilka tygodni wcześniej.
Rzecznik chińskiego ministerstwa spraw zagranicznych wyśmiała ustalenia zespołu analityków z Uniwersytetu Harvarda jako absurdalne i doradziła, żeby wstrzymać się z pochopnymi wnioskami. Naukowcy zastrzegają, że ich metody mają swoje niedoskonałości i ograniczenia, m.in. zachmurzenie, które uniemożliwiało analizę wielu zdjęć satelitarnych, trzeba też było wybrać tylko te szpitale, które mają mniej zadrzewione parkingi. Ale, jak tłumaczą w podsumowaniu prac, takie alternatywne narzędzia do monitorowania rozprzestrzeniania się chorób były już stosowane np. przy śledzeniu chorób zakaźnych w Ameryce Łacińskiej (analiza zapełnienia szpitalnych parkingów). A jeśli chodzi o wyszukiwanie słów kluczowych, specjaliści z Uniwersytetu Harvarda przeanalizowali dla porównania nie tylko Baidu, ale też wyszukiwania w Google w momencie nasilania się epidemii w USA . I wyniki były porównywalne. – W naszej pracy – piszą w podsumowaniu - stawiamy tezę, że wirus krążył jeszcze zanim namierzono targ zwierząt jako ognisko. I że zanim wirus został wychwycony, mógł już rozejść się po świecie.
sport.pl
wtorek, 9 czerwca 2020
Agnieszka Legucka: Pandemia w Rosji od samego początku była bardzo upolityczniona. Widać to teraz, kiedy pomimo stałego przyrostu zarażonych i trzeciego miejsca na podium pod względem liczby zarażonych na świecie, podejmowane są decyzje o znoszeniu obostrzeń oraz odmrożeniu gospodarki. Obecnie w Rosji choruje ponad 230 tys. ludzi. Od początku pandemii zaraziło się przeszło 430 tys. ludzi. Nie przeszkadza to władzy w głoszeniu sukcesu w walce z pandemią.
- Czemu ma służyć taka polityka?
Tak jak wspomniałam na początku, władza wykorzystuje pandemię do celów politycznych. Z jednej strony, kiedy w połowie marca zaczynała się w Rosji pandemia i pojawiali się pierwsi rosyjscy zakażeni głoszono, że atutem Rosji na tle reszty państw europejskich, takich jak Włochy, Hiszpania czy Francja, jest dobre przygotowanie do sprawnego poradzenia sobie z pandemią. Mówiono, że jest gotowa i nic jej nie zagraża. Czas jednak brutalnie zweryfikował tę gotowość.
Trzeba pamiętać, że pandemia pojawiła się w najgorszym z możliwych momentów dla Putina. Od początku roku byliśmy świadkami wydarzeń, które zmierzały do realizacji projektu, który nazywa się „Putin Forever”, czyli dania Władimirowi Putinowi prawnej możliwości rządzenia praktycznie dożywotnio. Zmieniono premiera w technokratę, który nie jest ani charyzmatyczny ani specjalnie samodzielny, natomiast jest gwarantem posłuszeństwa wobec Kremla. Wprowadzono pod obrady Dumy kwestie zmiany w konstytucji, mimo że Putin zapewniał, iż żadnych zmian nie wprowadzi. Na końcu miało odbyć się ogólnonarodowe głosowanie. Z tym, że to głosowanie miało mieć charakter jedynie niewiążącego plebiscytu. Z punktu widzenia prawa, poprawki wprowadzone przez Dumę, zostały zaakceptowane przez rosyjski Sąd Konstytucyjny, który uznał, że są one zgodne z ustawą zasadniczą.
Głosowanie było jednak potrzebne, aby pokazać, że Putin wciąż ma zaufanie i poparcie Rosjan.
- Wtedy jednak przyszła pandemia i zmieniła plany.
Tak, pandemia wywróciła plany Putina. Chociaż bardziej zaszkodziło mu jego zachowanie w czasie jej trwania. Na początku tej kampanii propagandowej były głosy, że Rosja potrzebuje silnego przywódcy, który poprowadzi kraj przez złe czasy. Wytykano słabość zachodnim przywódcom, pokazując Putina jako człowieka, który niczego się nie lęka i nie dopuści do pojawienia się takiego problemu w Rosji.
Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Kiedy wirus szalał w Rosji, zakażeń przybywało w zastraszającym tempie i trzeba było szybkich i stanowczych decyzji, Putin ukrył się w swojej podmoskiewskiej daczy w Nowo Ogariowie, skąd „dowodził” walką z pandemią. A dowodził w taki sposób, że przerzucił odpowiedzialność na władze regionalne. To władze regionalne miały podejmować decyzje w sprawie obostrzeń i zarządzania kryzysowego i brać ryzyko na siebie. Putin w tym czasie, obawiając się o swoje zdrowie, siedział w „bunkrze”, jak jego daczę zaczęli nazywać Rosjanie. To zachowanie doprowadziło do rekordowo niskich wskaźników zarówno poparcia, jak i zaufania do Putina. Nawet podczas podnoszenia wieku emerytalnego w 2018, te wskaźniki nie były tak niskie jak teraz. To wynika również z faktu, że w rosyjskiej kulturze politycznej od wieków szanowana jest siła i zdecydowanie. Putin, mimo że zawsze propagandowo był kreowany na takiego polityka, w dobie kryzysu i duchowej potrzeby społeczeństwa ukrył się i zrzucił z siebie odpowiedzialność.
Nie działa również teraz metoda stosowana w kryzysach w latach 2008-2009 i 2014-2015. Wtedy machina propagandowa skierowała całą winę na Zachód, promując w społeczeństwie poczucie oblężonej twierdzy. Wtedy to faktycznie działało, dziś jednak ta formuła całkowicie się wyczerpała. Rosjanie widzą, że Zachód sam ma problemy (nagłaśniane w początkowej fazie pandemii przez rządowe rosyjskie media), ale widzą też, że skala pomocy państwa jest tam znacznie większa. W krajach zachodnich na różnoraką pomoc dla ludności w wyjściu z kryzysu przeznacza się od kilkunastu do kilkudziesięciu procent PKB. W Rosji ma w dotychczasowych pakietach pomocowych dla gospodarki i obywateli przeznaczono ledwie 2,8 procent PKB.
biznesalert.pl
Dolina Krzemowa to słynne kalifornijskie zagłębie firm z sektora nowych technologii kojarzące się z dobrze płatnymi i pożądanymi na rynku miejscami pracy dla wykwalifikowanych informatyków. Ale ma ono także drugą twarz. Oto algorytmy pisane przez tychże dobrze opłacanych pracowników umożliwiają zlecanie prac, które nie są trudne, ale których z różnych powodów nie są w stanie wykonać komputery, nisko opłacanym pracownikom z całego świata. To tzw. ghost work, czyli praca widmo (nawiązanie do pojęcia „ghostwriter”, czyli „pisarz widmo” określający osoby, które piszą książki w imieniu znanych osób i zwykle nie podpisują się pod swoją pracą). Jak to wygląda w praktyce?
Oto autorzy publikacji (jej polski tytuł to „Praca widmo: Jak powstrzymać Dolinę Krzemową przed tworzeniem nowego, globalnego marginesu społecznego”) podają przykład takiej giełdy prostych prac organizowanej przez Amazon i nazywanej MTurk (skrót od Amazon Mechanical Turk, czyli Mechaniczny Indyk Amazon-u – nawiązanie do XVII w. historii o rzekomej maszynie do grania w szachy, która okazała się być przebranym człowiekiem).
Gray i Suri opisują mechanizm działania tej strony internetowej przez historię jednej z osób, która za jej pośrednictwem zarabia pieniądze, niejakiej Joan z Houston w stanie Texas. Joan od 2012 r. pracuje w domu, ponieważ musi się opiekować 81-letnią matką. Nie mogąc wychodzić na dłużej z domu, ma ograniczone możliwości zarobkowania. Dlatego zdecydowała się na ofertę MTurka.
Jej praca polega na ocenianiu czy zdjęcia wrzucane przez użytkowników platform takich jak Twitter czy Match.com są obraźliwe, czy zawierają na przykład wulgarne albo obsceniczne obrazy (algorytmy częściowo mogą tę pracę wykonać, ale potrzebują wiele przykładów ludzkiej pracy, by się „nauczyć” jak rozpoznawać co jest na zdjęciu).
Mając lata praktyki w takiej pracy, Joan jest w stanie zarobić w ten sposób ok. 40 dol. za dziesięciogodzinny dzień pracy, czyli ok. 4 dol. – 16 zł za godzinę. To mniej więcej tyle, ile wynosi minimalna stawka godzinowa za pracę w Polsce. Jak na standardy jednego z najbogatszych krajów świata nie jest to wysoka płaca. Dlatego wiele tego typu prac wykonują osoby z biedniejszych krajów, na przykład Indii.
Amerykańscy klienci i kierowcy Uber-a mogą sobie nie zdawać sprawy z tego, że ich kurs zależy od pracy wykonanej przez internet przez osobę znajdującą się na innym kontynencie. Autorzy podają hipotetyczny przykład kierowcy Uber-a, który zgolił brodę. Uber wymaga przed rozpoczęciem pracy zrobienia sobie „selfie” przez kierowców, aby potwierdzić ich tożsamość (to tzw. Uber’s Real-Time ID Check).
Po zgoleniu brody przez taksówkarza system komputerowy nie będzie już w stanie ocenić, czy na obu fotografiach będzie ta sama osoba. Dlatego do takiej szybkiej oceny zatrudnia się osoby przez internet za pomocą na przykład oprogramowania zwanego CrowdFlower. Od oceny takiej osoby zależy czy kierowca Uber-a otrzyma kolejny kurs.
obserwatorfinansowy.pl
Produkcja mięsa jest bardzo nieefektywna, zważywszy, że prawie 50 proc. światowych zbiorów zbóż czy soi przeznaczana jest na produkcję pasz. Bezpośrednia konsumpcja roślin uprawnych to zaledwie 37 proc. uzyskiwanych zbiorów. Jak podaje FAO (Food and Agriculture Organization of the United Nations) do otrzymania jednego kilograma żywej wagi wołowiny potrzeba aż siedmiu kilogramów ziarna, a w przypadku trzody chlewnej czterech kilogramów. Jeśli ma to być mięso wołowe gotowe do spożycia to potrzebne jest aż 25 kg ziarna i nawet 15 tys. litrów wody.
Z punktu widzenia dostarczanych kalorii produkcję mięsa można uznać za marnotrawstwo, bo zwiększa liczbę dostępnych kalorii zaledwie o 7 proc. Co więcej, mięso w krajach rozwiniętych konsumowane jest w nadmiarze – między 200 a 250 g dziennie, podczas gdy rekomendacje żywieniowe ONZ mówią o 80-90 gramach. Można więc powiedzieć, że bez produkcji mięsa można wykarmić z upraw roślin prawie dwa razy większą populację ludzi niż obecnie.
Produkcja mięsa to też znaczne szkody dla środowiska. Około 30 proc. ziemi jest związane z produkcją mięsną. Tymczasem globalny areał ziemi kurczy się wskutek zmian klimatycznych i urbanizacji. W roku 1970 na jednego mieszkańca świata przypadało średnio 0,38 ha, w połowie obecnego wieku będzie to tylko 0,15 hektara. Rolnictwo zużywa aż 70 proc. dostępnych źródeł wody (poza deszczówką). Intensyfikacja upraw powoli osiąga swoje granice, choć zastosowanie technologii cyfrowych może zmniejszyć zużycie pasz w hodowli zwierząt o około 10 proc. Rośnie natomiast odporność chwastów na środki chemiczne, a stosowane antybiotyki w hodowli powodują odporność na nie coraz większych populacji ludzkich. Warto zauważyć, że 80 proc. antybiotyków „konsumuje” inwentarz żywy (dane z USA). W dodatku jego hodowla odpowiada za 18 proc. emitowanych gazów cieplarnianych – to więcej niż transport morski, lotniczy i lądowy razem wzięte.
Produkcja mięsa to ogromny biznes należący do globalnego łańcucha produkcji żywności o równowartości 10 proc. światowego PKB. W rozwiniętym rolnictwie pracuje 30 mln osób, które w 2018 roku wyprodukowały paszę o wartości około 600 mld dolarów w 2018 roku. Wg firmy konsultingowej Kearney (...) wartość całego rynku mięsa wyniosła w przybliżeniu bilion dolarów. To ponad 50 mld zabijanych zwierząt lądowych rocznie, co przekłada się na 327 mln ton mięsa.
obserwatorfinansowy.pl
Raporty służb sanitarnych na temat używania metamfetaminy podczas ataku na Polskę, który zaczął się 1 września i wywołał drugą wojnę światową, wypełniają we fryburskim Archiwum Wojskowym cały segregator. Są to swobodnie przemieszane relacje i opisy, o których absolutnie nie można powiedzieć, by były wyczerpujące czy też reprezentatywne. Jednak niczym więcej nie dysponował też Ranke, który na początku wojny został mianowany doradzającym fizjologiem wojskowym w Nadzorze Sanitarnym Armii. Planowych badań nie było – bowiem środek nie został zastosowany planowo, lecz samowolnie, na podstawie decyzji danego dowódcy, oficera sanitarnego lub pojedynczego żołnierza.
Na przykład z 3 Dywizji Pancernej, która przekroczyła Wisłę koło Grudziądza, skręciła w kierunku Prus Wschodnich, a stamtąd uderzyła na Brześć, napłynął opis: „Często euforia, poprawienie uwagi, wyraźne zwiększenie wydolności. Robota pali się w rękach, niesamowite działanie pobudzające i poczucie świeżości. Po przepracowaniu całego dnia zlikwidowanie przygnębienia, powrót do normalnego nastroju”. Wojna jako zadanie do wykonania – narkotyk wydawał się pomagać pancerniakom. Nie zastanawiali się zanadto nad kwestią, czego w ogóle szukają w obcym kraju, lecz po prostu sumiennie wykonywali swoją robotę, nawet jeśli realizacja zadania oznaczała zabijanie ludzi. „Wszyscy rześcy i żwawi, znakomita dyscyplina. Lekki stan euforii i podwyższony zapał do działania. Intelektualne ożywienie, stan pobudzenia. Żadnych wypadków. Długi okres działania. Po zażyciu czwartej tabletki podwójne i kolorowe widzenie” – donoszono. W ich łamiącym prawo międzynarodowe ataku, który w rezultacie umożliwił późniejsze zbrodnie nazistowskie, już wkrótce upojonym zwycięstwem mężczyznom towarzyszyły nawet lekkie, najwyraźniej odbierane jako przyjemne halucynacje. „Uczucie głodu ustępuje. Szczególnie korzystne jest także występowanie ożywionego zapału do pracy. Efekt jest tak jednoznaczny, że nie może być tylko przywidzeniem” .
Norman Ohler - Trzecia Rzesza na haju
niedziela, 7 czerwca 2020
Historia obecnych zamieszek w amerykańskich miastach zaczyna się w 1619 r., gdy pierwszy piracki statek „Biały Lew” przywozi do brytyjskiej kolonii w Jamestown w Wirginii pierwszych 20 niewolników z Afryki. Angielscy piraci odbili ten ładunek piratom portugalskim. Nie wiemy, kim byli porwani.
Nie wiemy też, ile osób zostało porwanych w Afryce i przewiezionych do Ameryki Północnej później. Historycy oceniają, że tylko w XVIII w. było to 6-7 mln zdrowych, młodych i silnych osób, bo tylko takie brali porywacze. Starsi i małe dzieci byli zabijani na miejscu, nie mieli bowiem żadnej wartości.
Niewolnicy byli traktowani jako przedmioty. Rodziny były rozbijane, gdy właścicielowi opłacało się sprzedać ich członków oddzielnie. Niewolnicy mogli być bezkarnie torturowani i mordowani. Nie byli edukowani, chyba, że wymagało tego ich stanowisko pracy. Mieli dokładnie tyle samo praw i byli traktowani dokładnie tak samo, jak młotek czy żelazko - narzędzia pracy, przy pomocy których pracowali.
W pierwszej konstytucji USA, dla celów podatkowych i do obliczania reprezentacji danego stanu w Kongresie, czarnoskóra osoba została zapisana jako 3/5 białej osoby. Oznacza to, że amerykańskie prawo stwierdzało, że 10 białych osób było wartych tyle, co 17 czarnych osób.
Jest prawdą, że przez kolejne 300 lat Amerykanie stopniowo rezygnowali z oficjalnego rasizmu. Na początku XIX w. zdelegalizowany został w USA handel niewolnikami z Afryki, ale nadal kwitł handel nimi wewnątrz kraju. Zaledwie 160 lat temu, przed wybuchem wojny secesyjnej, w USA mieszkały 4 mln niewolników. Połowa z nich pracowała przy uprawie bawełny na plantacjach na Południu.
(...)
Każdy starszy czarnoskóry Amerykanin pamięta czasy, gdy w wielu stanach USA nie wolno mu było usiąść w autobusie obok białego, zjeść z nim lunch w restauracji, ani skorzystać z tej samej toalety.
(...)
Wojna secesyjna, po której niewolnictwo zostało w USA ostatecznie zdelegalizowane, nie zakończyła bowiem wcale systemowego rasizmu. Wiele stanów USA nadal rozdzielało czarnych i białych.
Tzw. prawa Jima Crowa wprowadzane przez wiele hrabstw, miast i stanów na Południu USA faktycznie przedłużały system prawnego rasizmu. Utrzymywane tam były oddzielne pomieszczenia dla różnych ras. Razem z czarnymi osobami traktowani byli tak także Indianie, lepiej mieli się tylko biali. Czarni byli zniechęcani do brania udziału w wyborach. Wiele stanów wprowadziło np. niewielki podatek od głosowania, który skutecznie ograniczał udział bardzo biednych czarnych. W innych miejscach wprowadzono np. obowiązek sprawdzenia umiejętności czytania, który był nie do przejścia dla byłych niewolników i ich potomków, którzy nie mieli możliwości ukończenia żadnej szkoły.
(...)
Według historyków pomiędzy rokiem 1882 i 1967 w USA wykonano co najmniej 4743 lincze. Zginęło w nich 3,4 tys. czarnych i 1,2 tys. białych. Mamy dużo materiału historycznego na ten temat, bowiem wiele linczów odbywało się publicznie, brały w nich udział całe rodziny, wykonywano fotografie sprzedawane potem jako pocztówki, a przebieg egzekucji był opisywany w lokalnych gazetach.
Po wielkiej rewolucji społecznej lat 60. lincze w USA w zasadzie się zakończyły. W zasadzie, bo co pewien czas wciąż o nich słyszymy. W 1981 r. dwóch członków KKK zamordowało przypadkowo spotkanego czarnego nastolatka w Alabamie. Zostali złapani i skazani, a proces cywilny doprowadził do bankructwa lokalny oddział KKK.
W 1998 r. członkowie organizacji białych rasistów zamordowali przypadkowego czarnego przechodnia w w Teksasie. 49-letni ojciec trójki dzieci został przywiązany liną do pick-upa i był ciągnięty za autem tak długo, aż zmarł.
(...)
Według statystyk „The Washington Post” w ciągu ostatnich 20 lat z ręki policjantów zostało zastrzelonych 1252 czarnoskórych i 2385 białych Amerykanów. Afro-Amerykanie stanowią jednak zaledwie 13 proc. populacji USA. Oznacza to, że od policyjnej kuli ginie 30 Afro-Amerykanów i 12 białych na milion obywateli. A dane te obejmują jedynie użycie broni przez policję, a więc nie będzie tu uwzględniona śmierć George’a Floyda. To nie jest przypadek ani wypadek przy pracy, to systemowy problem.
onet.pl
Władze utrzymują, że w efekcie bezprecedensowej ścisłej kwarantanny połowy populacji Chin i kosztem ogromnych strat gospodarczych epidemia w kraju jest pod kontrolą. Mimo wykrywania kolejnych ognisk zakażenia wskazują one, że potrafią je w miarę szybko izolować. Chociaż ze względu na właściwości SARS-CoV-2 nie da się uniknąć kolejnych zakażeń, jak do tej pory władze skutecznie zapobiegają niekontrolowanemu wzrostowi liczby zachorowań. Niemniej, mimo że sytuacja epidemiczna wydaje się na tle wielu innych państw opanowana, szereg wątpliwości budzą oficjalne informacje o liczbie zakażeń. Niezależnie od nieprecyzyjnego charakteru ujawnionych danych z bazy NUTO /12 maja amerykański portal Foreign Policy ujawnił bazę danych chińskiego Narodowego Uniwersytetu Technologii Obronnych (NUTO), w której zarejestrowano 640 tysięcy przypadków COVID-19 z 230 miast ChRL (obecnie jest ona niedostępna)/ wskazują one, że skala kryzysu wciąż jest większa, niż przyznają to władze. Kwestia wiarygodności danych jest też elementem międzynarodowej krytyki pod adresem ChRL, zwłaszcza ze strony Stanów Zjednoczonych. Alarmująca jest decyzja o przebadaniu wszystkich mieszkańców Wuhan, która zapadła po wykryciu oficjalnie tylko kilku nowych przypadków. W północno-wschodnich prowincjach radykalne działania wiążą się także z rosnącymi obawami, że nowe ogniska zachorowań mają związek z przypadkami przywleczenia koronawirusa z Rosji i Korei Północnej, której władze twierdzą, że nie odnotowały ani jednego przypadku COVID-19. Niezależnie od zamknięcia granicy istnieje niebezpieczeństwo, że utrzymujący się od lat proceder przemytu ludzi i towarów między historyczną Mandżurią a Rosją i KRLD pozwala na niekontrolowany powrót obywateli ChRL. Dlatego wydaje się, że Pekin dąży do utworzenia z północno-wschodnich prowincji bufora chroniącego resztę kraju. Lokalne władze podjęły działania w celu zwiększenia kontroli społecznej, m.in. wyznaczyły nagrody finansowe za wskazanie osób, które nielegalnie przedostały się do Chin.
Niezależnie od obiektywnych kosztów gospodarczych i społecznych, jakie generuje pandemia, kierownictwo Komunistycznej Partii Chin (KPCh) stało się zakładnikiem ogłoszonej w lutym „wojny ludowej“ przeciwko COVID-19. Władze założyły, że przebieg epidemii nowego koronawirusa będzie podobny do epidemii SARS w 2003 r. i podjęły działania, które sprawdziły się 17 lat wcześniej. Trzeba podkreślić, że było to założenie racjonalne, wynikające w dużej mierze z braku informacji o charakterze nowego wirusa – dopiero z czasem okazało się, że SARS-CoV-2 ma inną charakterystykę epidemiczną niż SARS-CoV odpowiedzialny za epidemię SARS. Wraz z błędami z początków kryzysu w styczniu br. przyczyniło się to do globalnego rozprzestrzenienia się SARS-CoV-2, a jego eliminacja w Chinach, mimo poniesionych kosztów ekonomicznych i wyrzeczeń ludności, jest coraz mniej pewna. Podważa to autorytet i legitymizację KPCh, która wpadła w pułapkę własnej narracji z początków epidemii. Odpowiedzią władz jest wzmożenie kampanii propagandowej, która ma za zadanie przekonać obywateli, że pod przywództwem KPCh uda się szybko i całkowicie wyeliminować zagrożenie, tak jak to miało miejsce w przypadku SARS. Stąd też spektakularne akcje masowego testowania mieszkańców Wuhan – ich celem jest pokazanie społeczeństwu, ale też międzynarodowej opinii publicznej, determinacji władz w zwalczaniu pandemii. Ponadto podejmowane są działania mające stymulować dyscyplinę i jedność społeczną, m.in. poprzez akcentowanie zewnętrznego charakteru zagrożeń epidemiologicznych czy mobilizację społeczeństwa w aktywnej ich eliminacji – wspomniane już masowe testy czy akcja pomocy władzom w wyłapywaniu nielegalnych reimigrantów.
Wycofanie się KPCh z przyjętej polityki całkowitej eliminacji koronawirusa i adaptacja strategii wielu innych państw, które zakładają konieczność powrotu do w miarę normalnego funkcjonowania społeczno-gospodarczego bez pełnego usunięcia SARS-CoV-2 do czasu opracowania i dystrybucji skutecznej szczepionki, wydają się w tej chwili niemożliwe. Podważyłoby to wizerunek i legitymizację KPCh, nadszarpnięte już przez błędy w początkowym etapie kryzysu oraz narastającą krytykę międzynarodową, której nie powstrzymała propagandowa kampanii pomocy dla zagranicy. Mobilizacja społeczna wokół przywództwa partii jest najważniejszym i bezalternatywnym wymiarem polityki społecznej w ChRL, obecnie istotnie wzmocnionym przez pandemię. Od utrzymania tego kierunku uzależniona jest pozycja władz, a w perspektywie stabilność państwa. Stąd kontynuacja dotychczasowej narracji propagandowej, której będą towarzyszyć pokazowe i drastyczne działania przeciwepidemiczne. Poważnym oraz narastającym problemem pozostaje ochrona i odbudowa wizerunku państwa na arenie międzynarodowej. Dodatkowy wymiar nadają kryzysowi rosnące napięcia w stosunkach z wieloma partnerami, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Wydaje się, że to dlatego Pekin zdecydował się na pozorne ustępstwo, jakim jest zgoda na dochodzenie w ramach WHO, mimo że przed sesją WHA zgłaszał względem niego stanowczy sprzeciw. Xi Jinping w swoim wystąpieniu stwierdził jednak, iż ChRL zgadza się na międzynarodowe „obiektywne i bezstronne” dochodzenie, ale dopiero po wygaśnięciu pandemii. Jego zdaniem ma to być „kompleksowy przegląd” światowej reakcji na COVID-19, który „zsumuje wszystkie doświadczenia i błędy”. Wydaje się, że Pekin zakłada, iż dochodzenie niekoncentrujące się na działaniach chińskich władz wskaże także na szereg zaniedbań i błędów innych państw, co osłabi odpowiedzialność ChRL. WHO z zasady unika zresztą krytykowania konkretnych państw członkowskich w obawie, że w przyszłości te nie będą współpracować. W samej organizacji Pekin ma wciąż wpływy dzięki poparciu bloku państw rozwijających się, a WHO może również rozciągnąć dochodzenie na kilka lat. W międzyczasie zgodę na dochodzenie można przedstawiać jako dowód transparentności, a fakt jego prowadzenia przez WHO będzie blokował inne inicjatywy niezależnego śledztwa.
osw.waw.pl
piątek, 5 czerwca 2020
W tzw. keynesowskim modelu funkcjonowania gospodarki bezrobocie i inflacja są jak dzieci na huśtawce: gdy jedno opada, drugie idzie w górę. W telegraficznym skrócie, gdy brakuje pracy, tym mniejszy nacisk na płace i ceny, a gdy spada bezrobocie, tym wyższe szanse na wzrost płac, a z nimi cen.
Pół wieku temu ekonomiści pochyleni w uznaniu dla geniuszu Keynesa zastygli jednak w zdumieniu, ponieważ w USA huśtawka stanęła w miejscu. Inflacja rosła solidarnie z bezrobociem, co nazwano stagflacją. Profesor Arthur Okun – za prezydenta Johnsona szef bardzo wpływowej Rady Doradców Ekonomicznych prezydenta (CEA) – spróbował pomóc kolegom w ich poznawczym nieszczęściu. Uznał, że jeśli czynniki przestały się huśtać naprzemiennie, to czemu ich nie połączyć? Stworzył w ten sposób indeks dyskomfortu ekonomistów zadziwionych, że coś oczywistego przestało nagle działać.
Później, dla zachowania powagi, lecz także dla lepszego oddania istoty rzeczy ukuto nową nazwę i dziś jest to wskaźnik niedoli (misery index) tworzony z prostej sumy wartości wskaźnika inflacji i wskaźnika bezrobocia. Oba zjawiska są zmorą ludzi, więc im jego wartość wyższa, tym dla nas gorzej.
Wskaźnik ma oczywiste walory poznawcze, a ze względu na swą prostotę został ulubionym narzędziem amerykańskich polityków. Gdy za prezydentury Geralda Forda jego wartość podskoczyła do 12,66, w zwarciach kampanijnych posługiwał się nim pretendent do prezydentury – Jimmy Carter. Potem korzystał z niego Ronald Reagan wytykający Carterowi, że za kadencji tego drugiego amerykański indeks niedoli doszedł do niemal 20 punktów.
obserwatorfinansowy.pl
W chińskich realiach jest to zupełnie naturalne - oficjalny wskaźnik tempa wzrostu PKB nie tyle jest miarą ekonomiczną, co pełni funkcje polityczno-propagandowe. Nie jest daną "wyjściową", lecz "wejściową". To podmioty gospodarcze (i zapewne statystycy) dostosowują wynik do celu postawionego przez władzę, często działając z pominięciem ekonomicznej motywacji, co w dłuższej perspektywie musi odbić się czkawką. Wynik 6,1 proc. jest przyczyną a nie konsekwencją działalności gospodarczej. W przypadku Chin wyjątkowo dobrze widać, że PKB jest miarą ilościową a nie jakościową - to że PKB jest wyższy wcale nie musi zawsze oznaczać, że jest lepiej.
Szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę, jak ten cel się osiąga. Najprostszym sposobem jest naturalnie pompowanie w gospodarkę długu. Tyle że władze czy firmy nierzadko zadłużają się, by sfinansować nieracjonalne inwestycje, np. dalszą rozbudowę (i tak niewykorzystywanych) mocy produkcyjnych. Na koniec 2019 r. skala zobowiązań z tytułu total social financing - najszerszej miary finansowania gospodarki publikowanej przez Ludowy Bank Chin - wzrosła do 251,3 bln juanów, czyli 254 proc. PKB, o 7 p.proc. więcej niż rok wcześniej. Z kolei szersze dane Banku Rozrachunków Międzynarodowych (BIS) wskazują, że w połowie roku zadłużenie Państwa Środka sięgnęło 261,5 proc. PKB, a z szacunków Institute of International Finance wynika, że może nawet przekraczać 300 proc. PKB.
bankier.pl
Dwadzieścia lat jak Putin rządzi na Kremlu.
Adam Eberhardt: I do roku 2024 bez ciemnych chmur na horyzoncie.
A potem?
W Rosji w ciągu 100 lat może nie zmienić się nic tylko po to, by następnie w ciągu roku zmieniło się wszystko.
Teraz się właśnie zmienia. Szast, prast i jest nowy premier oraz zapowiedź zmian w konstytucji.
Czyli zmienia się bardzo dużo, żeby wszystko zostało po staremu.
Miedwiediew musiał odejść, bo był nielojalny?
Wręcz przeciwnie, był niesłychanie lojalny, rzez osiem lat jako premier, także przez cztery lata jako prezydent.
Który nawet nie próbował kandydować na drugą kadencję, tylko oddał fotel Putinowi.
Były takie mechanizmy kontroli, że gdyby Miedwiediewowi przez myśl przeszło zdradzenie Putina, to słono by za to zapłacił i on, i jego rodzina. Ale mu przez myśl nie przeszło, co zostało docenione.
Jak to, właśnie został zmuszony do dymisji.
Niechęć do Miedwiediewa w społeczeństwie rosła z roku na rok i w normalnych okolicznościach zostałby zdymisjonowany dużo wcześniej. Przetrwał tyle lat właśnie dlatego, że Putin doceniał jego lojalność i utrzymując go na stanowisku okazywał wdzięczność. Teraz zresztą też nie zostawia go samego, tylko mianuje wiceszefem Rady Bezpieczeństwa.
To tylko ciało doradcze.
Nic nie jest tylko ciałem doradczym, jeśli na jego czele stoi Władimir Putin.
A nowy premier, pan ze skarbówki?
Michaił Miszustin został wyciągnięty z kapelusza. On rzeczywiście przez dziesięć lat był szefem Federalnej Służby Podatkowej, ale to urzędnik właściwie dotąd w Rosji nieznany, niemedialny i pozbawiony charyzmy. Wiemy o nim tyle, że w prasie da się znaleźć sporo informacji o jego udziale w oszustwach VAT. Ta nominacja to potwierdzenie, kto realnie rządzi Rosją i jaskrawe przeciwieństwo społecznych oczekiwań na zmiany.
W każdym kraju zmiana premiera jest poważnym wydarzeniem.
A w Rosji jest głównie pożywką dla kremlinologów, którzy na tej podstawie będą zapewne kreślić nowe scenariusze sukcesji, ale w najmniejszym stopniu nie zmienia ona systemu władzy.
A propos sukcesji…
To wszystkie rozważania są przedwczesne. Od 20 lat co chwila pojawiały się nazwiska Sobianina, Naryszkina, Jakunina czy Iwanowa jako następców Putina i znikały równie szybko, jak się pojawiały. To Putin sam wskaże swojego następcę, to on go wykreuje i namaści w zamian za bezpieczeństwo swoje i najbliższych oligarchów.
dziennik.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)