„Gdzie jest policja?” – pytał dziennikarz z Nowego Jorku John Mullaly w wydanej w 1853 r. książce „The Milk Trade in New York and Vicinity” („Handel mlekiem w Nowym Jorku i okolicach”). Mullaly cytował w niej raporty lekarzy, z których wynikało, że tysiące dzieci umierało rocznie tylko w Nowym Jorku z powodu pełnego bakterii i celowo zanieczyszczanego mleka. Kto je zanieczyszczał?
Ci, którzy je produkowali! Jak opisuje autorka w publikacji, której polski tytuł to „Drużyna od trucizn”, popularną praktyką było dodanie pół litra letniej wody do litra mleka, oczywiście już po tym jak z mleka ściągnięto śmietankę. Następnie do takiego płynu dodawano gips albo kredę, aby wyglądem bardziej przypominało prawdziwe mleko. Często na wierzch dokładano także puree z mózgów cieląt, gdyż podobne ono było do warstwy śmietanki, która znajdowała się na powierzchni prawdziwego mleka.
Producenci oczywiście robili to, by więcej zarobić. Nie musieli się obawiać kary, ponieważ fałszowanie i zanieczyszczanie jedzenia nie było wówczas w USA przestępstwem i nie było za nie żadnej kary. Dlatego wraz z odkrywaniem nowych substancji chemicznych w XIX w. producenci żywności od razu testowali, czy są w stanie dzięki ich dodaniu do swoich produktów zarobić więcej.
Problem psującego się mleka rozwiązali, dodając do niego formaldehyd, substancję wykorzystywaną do balsamowania zwłok (formaldehyd dodawano także do mięs). Sprawa nie dotyczyła tylko USA, ale wszystkich krajów rozwiniętych. Już w 1830 r. renomowany brytyjski magazyn medyczny „Lancet” ostrzegał, że miliony dzieci w kraju są regularnie podtruwane tym, co jedzą.
Niewiele to dało, bo jeszcze w 1857 r. w Bradford, w hrabstwie Yorkshire 21 osób zmarło po zjedzeniu cukierków z arszenikiem. Co prawda, cukiernik dodał truciznę przez przypadek, bo miał zamiar dodać gips. Ale istotne jest to, że widząc, iż jego pracownicy zaczynają się pokładać, co sugerowało, iż mieli do czynienia z trucizną, cukiernik i tak zdecydował się wystawić cukierki na sprzedaż.
I nie poniósł za to żadnej kary, ponieważ wówczas w Wielkiej Brytanii, podobnie jak w USA, sprzedawanie niebezpiecznego dla zdrowia jedzenia nie było przestępstwem. Co prawda, furia opinii publicznej po tym incydencie doprowadziła do tego, że w 1860 r. w Wielkiej Brytanii uchwalono „Prawo o zapobieganiu zanieczyszczaniu jedzenia i picia” (ang. Act for Preventing Adulteration in Food and Drink), ale w wyniku lobbingu producentów żywności największą karą jaka mogła spotkać biznesmenów-trucicieli była grzywna w wysokości… 5 funtów, wartych tyle co 446 funtów obecnie, czyli ok. 2100 zł. Jaki był skutek takiego podejścia do sprawy?
W 1887 r., a więc prawie trzy dekady później, amerykański chemik Jesse Park Battershall wydał w USA książkę o amerykańskim rynku żywności. Podał w niej na przykład, że przetestował 198 próbek sprzedawanych cukierków i 115 z nich były skażone niebezpiecznymi truciznami, głównie arszenikiem i chromianem ołowiu (substancje te były w barwnikach). Produkty nie tylko zawierały trujące składniki, ale prawie w ogóle nie miały tych składników, które podane były przez producenta.
W 1882 r. rządowi chemicy wykazali, iż goździki w sprzedaży w ogóle nie zawierały goździków. Zamiast tego klienci kupowali spalone i pokruszone muszle. Z kolei sprzedawany w sklepach pieprz to były głównie drobinki węgla i trociny. Im bardziej popularny produkt, tym częściej był zanieczyszczany. W 1892 r. w USA ustalono, iż 87 proc. sprzedawanej kawy składa się nie tylko z kawy, a w jednej z próbek nie znaleziono w ogóle kawy. Producenci nauczyli się formować mieszankę, składającą się z mąki, melasy, drobnych śmieci i trocin, w grudki przypominające kawę.
obserwatorfinansowy.pl




