sobota, 11 stycznia 2020


Jakub Bodziony: Kto wygra wybory w Izraelu i dlaczego Benjamin Netanjahu?

Konstanty Gebert: Dlatego, że 12 lat jego rządów to okres rosnącej prosperity, za którą wystawiono jednak słony rachunek. Izrael stał się społeczeństwem ogromnych nierówności ekonomicznych, a w kraju są grupy, które żyją w biedzie, a nawet nędzy. Być młodym w izraelskich wielkich miastach to dramat, bo ludzi nie stać nie tylko na wynajęcie mieszkania, ale nawet na kawę w sieciówce.

To gdzie ta prosperity?

Bo kraj jako całość fenomenalnie poszedł na przód. Jest bezpiecznie, zamachy terrorystyczne zdarzają się naprawdę rzadko. I Netanjahu nie jest politykiem, który lubi wojenki.

Naprawdę? Myślę, że wielu Polaków ma inne zdanie.

Bo w Polsce Netanjahu to wszystko co niedobre. On bardzo rozsądnie uważa, że na wojnach giną wyborcy, a ich rodziny tego nie lubią. Dlatego należy ich unikać.

To ostatnia eskalacja napięć pomiędzy Tel Awiwem i Palestyną nie służy premierowi? Po raz kolejny w stronę Izraela zostały odpalone rakiety.

Hamas rozkosznie tłumaczył, że to była pomyłka. Potem stwierdzili, że stało się z to powodu niepogody, a ostatnia wersja zakładała, że rakiety odpaliły się automatycznie. Proszę pamiętać, że to Hamas wyniósł Netanjahu do władzy w wyborach w 1996 roku, po zamordowaniu premiera Icchaka Rabina.

Pokonał wtedy Szymona Peresa.

Peres przegrał o włos ze względu na straszliwą kampanię terroru ze strony Hamasu. Bomby wybuchały w autobusach, barach, restauracjach. Izraelczycy uwierzyli, że pokój z Palestyńczykami oznacza zagrożenie terrorystyczne. To było zresztą łatwe do empirycznego zweryfikowania – więcej Izraelczyków zginęło w zamachach terrorystycznych po podpisaniu pokoju niż przed. Netanjahu od początku mówił, że żadnego pokoju za jego życia nie będzie.

I to służy również Hamasowi?

Tak, bo jeżeli po izraelskiej stronie jest partner, który nie chce rozmawiać, to znaczy, że Hamas ma rację, że jedyną drogą jest walka zbrojna.

Hamas porozumiał się z Netanjahu?

W żadnym wypadku, ale obie strony mają interes w tym, żeby się nie pogodzić. Spadające rakiety wzmacniają narrację jednych i drugich. Izraelski premier nie chce wojny, ale oskarża swojego głównego wyborczego rywala generała Benny’ego Gantza o to, że byłby zbyt miękki wobec Arabów. Za każdym razem, kiedy rośnie zagrożenie ze strony arabskiej, takie argumenty padają na podatny grunt.

To może Bibi ma rację?

Przeciwko premierowi startują trzej generałowie, wszyscy byli szefami sztabu generalnego, a jeden był ministrem obrony. Dwóch z nich służyło pod Netanjahu, a on twierdzi, że są niewiarygodni w swoim stanowisku wobec Arabów. To groteskowy argument.

Czy zagrożenie jest realne?

Rakiety Hamasu są niesterowalne i na ogół, zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, spadają na puste pola albo do morza. Pech chciał, że jedna z nich trafiła w dom w wiosce Miszmeret, na północ od Tel Awiwu. Mieszkała tam wieloosobowa rodzina; siedmioro rannych w tym dwójka dzieci. Ślepa przemoc ze strony Arabów, to ukonkretnienie największego lęku Izraelczyków. Hamas wysłał bardzo wyraźny sygnał do izraelskiego elektoratu: będzie wam lepiej pod Bibim. To po cholerę ryzykować z Gantzem i jego koalicją biało-niebieskich?

kulturaliberalna.pl

Wojna spadła na Słowiańsk, podobnie jak na inne miasta Donbasu, niczym grom z jasnego nieba. Choć już wcześniej w regionie było niespokojnie. Pod koniec lutego 2014 roku demonstranci na Majdanie doprowadzili do tego, że ówczesny prezydent Wiktor Janukowycz uciekł z kraju. W tym czasie rozpoczęły się już protesty na Krymie, a w niedługim czasie Rosjanie anektowali półwysep. Prorosyjskie protesty wybuchały też w innych częściach kraju, w szczególności w Donbasie. Demonstranci w Doniecku i Ługańsku szturmowali budynki administracji regionalnej. 13 marca w Doniecku doszło do starć, w rezultacie których został zabity proukraiński aktywista.

(...)

12 kwietnia to w Słowiańsku zaczęło się dziać i szybko te wydarzenia przyćmiły zamieszki w Doniecku i Ługańsku. Tego dnia dwudziestu zamaskowanych i uzbrojonych ludzi zajęło budynek Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, z którego uczynili swoją siedzibę. Następnie ruszyli na komisariat policji i opróżnili jego zbrojownię – dwadzieścia karabinów, czterysta pistoletów i amunicję. Część rozdali demonstrantom zebranym na placu Rewolucji Październikowej, jak wówczas nazywał się plac Jedności. Wokół miasta pojawiły się posterunki, a zamaskowani ludzie przejęli od ukraińskiej armii bojowe wozy. Jak się okazało w ciągu następnych dni, to był oddział pod dowództwem Rosjanina Igora Girkina o pseudonimie „Striełkow”. Słowiańsk stał się startowym punktem, od którego rozkręciła się wojna we wschodniej Ukrainie.

(...)

Już następnego dnia po pojawieniu się uzbrojonych ludzi w Słowiańsku, doszło do kolejnych wydarzeń. Merem miasta ogłosił się wówczas 49-letni Wiaczesław Ponomariow, który do wojny handlował mydłem. Chodził w jeansach, czarnej bluzie z kapturem i czapce bejsbolówce tego samego koloru.

Nowe władza szukała wrogów wśród mieszkańców, którzy niechętnie na nią patrzyli. Zaczęły się zniknięcia, areszty i zabójstwa.

holistic.news

sobota, 30 listopada 2019


Niewystarczająco ogrzane mieszkania sprzyjają rozwojowi chorób układu oddechowego, układu krążenia, alergiom czy zaburzeniom hormonalnym, wpływają także na zdrowie psychiczne. W skrajnych przypadkach stan ubóstwa energetycznego może prowadzić nawet do śmierci. Według szacunków dr Grzegorza Libora z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Śląskiego zawartych w opracowaniu Ubóstwo energetyczne – śmiertelność i jej koszt, w którym przeanalizował on dostępne dane pod kątem wpływu ubóstwa energetycznego na życie Polaków i stan gospodarki, w 2017 r. na skutek zimna w Polsce zmarło ponad 35 tys. ludzi. 

Najwięcej osób z powodu zimna umiera w województwie mazowieckim i śląskim, najmniej natomiast w województwie opolskim oraz lubuskim. Dane te nie pokrywają się jednak z danymi dotyczącymi skali ubóstwa energetycznego w poszczególnych województwach, wyliczonymi przez Instytut Badań Strukturalnych dla 2014 roku. – Wykorzystanie do pomiaru ubóstwa energetycznego miary obiektywnej (LIHC) prowadzi bowiem do koncentracji osób żyjących w ubóstwie energetycznym głównie w województwie opolskim oraz na wschodzie Polski. Wykorzystanie miary subiektywnej skutkuje z kolei wzrostem odsetka takich osób w województwach zachodnich. Powyższe dane wymagają jednak uwzględnienia liczby ludności każdego województwa z osobna. Wówczas okaże się, że najwięcej osób umiera z powodu zimna w województwie łódzkim i świętokrzyskim, najmniej w podkarpackim oraz pomorskim. Powyższy rozkład jest już nieco bliższy rozkładowi skali ubóstwa energetycznego przy zastosowaniu miary LIHC. W każdym województwie dostrzec można jednak tendencję, bądź co bądź naturalną, do wzrostu liczby zgonów wraz z wiekiem, również jeśli chodzi o zgony z zimna – wyjaśnia dr Libora.

(...)

Ekspert wyliczył także, ile kosztują budżet przedwczesne zgony wywołane zimnem. „Przyjmując za koszt utraconego przedwcześnie życia wskaźnik, którym posłużono się w raporcie Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, a więc 1,57 mln euro, okazuje się, że koszt zgonów spowodowanych zimnem w Polsce wynosi około 54 mld euro, tj. ponad 213 mld złotych, zakładając jednak, że wszystkie zgony spowodowane zimnem miały charakter przedwczesny, a jeden taki zgon równa się kilkunastu latom życia. Oczywiście podane kwoty są kwotami maksymalnymi dla wartości waluty z 2010 roku. Tym samym koszt zgonów spowodowanych zimnem, w przeliczeniu na 1 mieszkańca Polski, wynosi 1509 euro tj. prawie 6 tysięcy złotych” – czytamy w analizie.

/Metodologia wyników nie jest przejrzysta w tym przypadku - red./

gazetaprawna.pl

Grzegorz Sroczyński: Przecież reklamować wódki nie wolno.

Krzysztof Brzózka: Ale piwo wolno! Ustawa z 2001 roku dopuściła reklamy piwa, bo panowało przekonanie, że jeśli Polacy zaczną pić więcej piwa, to będzie korzystne dla zdrowia publicznego. "Zamiast wódki, chętniej będziemy sięgać po piwo. Wzrośnie kultura picia". Takie były wtedy tytuły w gazetach. "Zmieńmy strukturę spożycia alkoholu, więcej piwa, mniej wódki". Tak to uzasadniano. Sam wtedy tak uważałem.

I?

To jest bzdura. Powstało masę badań, które pokazują, że piwo i wódka są napojami komplementarnymi. W Polsce takie badania robiła prof. Zofia Mielecka-Kubień z Akademii Ekonomicznej w Katowicach.

Napoje komplementarne?

Chodzi o to, że piwo ciągnie za sobą wódkę. Niech pan spojrzy na dane: gdy rośnie spożycie piwa, prawie jednocześnie rośnie krzywa spożycia wódki.

Bo?

Tak jak z narkotykami - od miękkich do twardych, mocniejszych. Dzisiejsi maturzyści to piwosze, ale za chwilę piwo przestaje wystarczać. Potrzebne są coraz większe dawki alkoholu.

Biznes wódczany jest szczęśliwy, gdy piwo się reklamuje, bo wiedzą, że im też będzie sprzedaż rosła. Byliby wściekli, gdyby w ogóle zakazano reklamy napojów alkoholowych. Ale dzięki śpiewce o "kulturze picia", przekonywaniu w mediach, że jak zwiększymy spożycie piwa, to Polacy przestaną się upijać, udało się reklamy alkoholu dopuścić.

Reklamy piwa powodują wzrost spożycia?

Też. Ale biznesowi nie tylko o to chodzi. Dzięki zalewowi reklam jesteśmy narodem najbardziej zsocjalizowanym z alkoholem. Traktujemy alkohol jak normalny produkt spożywczy. Podobnie działa na nas obecność wódki w każdym spożywczaku i na każdej stacji benzynowej. Kupę kasy idzie na wyraźną ekspozycję. Chodzi nie tylko o to, żeby się alkohol sprzedał, ale też o ważny efekt wizerunkowy: alkohol ma być czymś zwyczajnym.

I jakie to ma skutki?

Światopoglądowe. To wpływa na przekonania, które wyznajemy jako społeczeństwo. Przyzwyczajeni do obecności alkoholu na każdym kroku, wszelkie próby ograniczenia sprzedaży traktujemy jak dziwaczne pomysły. Każda zmiana przepisów w Polsce, nawet delikatna próba ograniczenia sprzedaży alkoholu, wywołuje jazgot mediów i obywateli. "To napaść na wolność, to powrót peerelu".

Biznes alkoholowy wydał mnóstwo pieniędzy, żebyśmy obecność flaszki wódki na każdej stacji benzynowej traktowali niemal jak element praw człowieka. Polacy na puncie dostępności wódki maja podobnego fioła jak Amerykanie na punkcie dostępności broni.

Alkohol na stacjach benzynowych to kolejny ponury skandal. Odwiedzają mnie cudzoziemcy i łapią się za głowę. "Krzysztof, jak to możliwe, że wy na to pozwalacie!?". Oczywiście nie ma dowodów, że wypadki powodują kierowcy, którzy kupili wódkę na stacji. Nie sądzę, żeby tak było. Cała diabelska szkodliwość tej sytuacji polega na czymś innym. Stacje paliw są tak naprawdę melinami z alkoholem, świetnie skomunikowanymi i czynnymi całą dobę. Dla wszystkich ze skłonnością do picia ma to efekt psychologiczny.

Jaki?

Jeśli kierowca zatrzymuje się pod zwykłym sklepem z alkoholem, to wiadomo, po co to robi. Musi podjąć jasną decyzję: "Chcę kupić wódkę". A jak się zatrzymuje na stacji paliw, to jest to mniej ostentacyjne. Kupuje paliwo, a przy okazji: "Poproszę jeszcze małpkę cytrynówki albo wiśniówki".

Proszę zwrócić uwagę, że kolorowe małe buteleczki na wielu stacjach stoją na wysokości wzroku. To nie jest przypadkowe, biznes wódczany wydaje ciężkie miliony na zbadanie, jak działa umysł człowieka ze skłonnością do picia.

Kobieta płaci za paliwo, przy okazji weźmie taką małpkę do torebki. "Ja przecież nie piję wódki, tylko kolorową nalewkę" - tłumaczy potem sama sobie. Bo nie zatrzymała się przecież pod sklepem z alkoholem, tylko po benzynę, a ta małpka to nic wielkiego. Szatański pomysł.

Małpki?

No oczywiście. Niech pan spojrzy rano na trawnik pod blokiem. Buteleczki leżą wszędzie. W Polsce sprzedaje się półtora miliarda rocznie. Ich perfidia polega na tym, że są poręczne.

Pojawiły się 10 lat temu - jeden z Polmosów wpadł na pomysł, żeby wrócić do opakowań 100 ml i wystawić je z ceną 5 zł. Zawojowali rynek. Przemysł alkoholowy postawił wtedy na strategię wciągania w picie kobiet, ale ze wszystkich badań im wychodziło, że kobiece picie wódki jest u nas czymś kulturowo nietolerowanym. I jeśli już - kobiety chcą to robić dyskretnie. Więc wymyślili opakowanie, które dobrze leży w dłoni i mieści się do torebki. A jak ruszyli ze sprzedażą okazało się, że na małpki łapią się wszyscy: kobiety, mężczyźni, dzieci.

Są dwa piki sprzedażowe małpek: 6.30 do 8 rano, a potem po 17-tej. Czyli przed pracą i po pracy. Mężczyzna dzięki małpce może sobie dziabnąć przed robotą, kiedyś kupował piwo, ale małpka łatwiej wejdzie za pazuchę. Niech pan zwróci uwagę, że ludzie w pociągach już nie piją piwa, tylko dyskretnie pociągają z małpek. To po prostu ułatwia picie.

gazeta.pl

Grzegorz Sroczyński: Co się dzieje?

Krzysztof Brzózka: Innym spada, nam rośnie. Francja wraca z dalekiej podróży, w 1980 roku mieli 19 litrów na głowę, teraz - poniżej 12 litrów, Włosi z 16 litrów zeszli do 7 litrów na głowę, Niemcom też spożycie spada, w niedzielę jak wszystko jest zamknięte, to wódki się nie kupi, nawet Rosja w ostatnich latach zanotowała spadek, bo Putin się przeraził, że mężczyźni żyją średnio 64 lata i wprowadził ograniczenia.

Spożycie gigantycznie rosło na Litwie, ale wymordowali ten trend zakazując reklam i zamykając sklepy z alkoholem między 22 a 6 rano. Natomiast Polska z 8 litrów wskoczyła na 11. Pijemy już więcej niż piliśmy w peerelu.

Dlaczego?

Bo jesteśmy jedynym krajem w Europie, który - przy naszym sposobie picia - ma tak liberalne przepisy. Pokutuje u nas pogląd, że w walce z nadmiernym piciem najskuteczniejsza jest profilaktyka, a nie zakazy. Zakazy rzekomo nie działają.

A działają?

Oczywiście. Biznes alkoholowy produkuje nie tylko alkohol, ale też informacje. Fake newsy. Od lat lobbyści pakują nas w ślepą uliczkę: tylko profilaktyka działa, inwestujmy w edukację, róbmy pogadanki, lekcje w szkołach o złym wpływie alkoholu. I oni to chętnie sfinansują, bo tacy są odpowiedzialni.

Oni?

Firmy wódczane. Psycholog społeczny Thomas Babor zebrał dane z całego świata i udowodnił, że sama profilaktyka kompletnie nie działa. Może pan wydać na to dowolne kwoty, ale jeśli nie będzie to połączone z przykręceniem śruby biznesowi alkoholowemu, ograniczeniem reklam, ograniczeniem liczby punktów sprzedaży - są to pieniądze wyrzucone w błoto. Gdyby tak było, że sama wiedza wystarcza, to nie byłoby tylu uzależnionych lekarzy, farmaceutów, chemików. Największe korzyści z profilaktyki antyalkoholowej finansowanej przez przemysł alkoholowy ma ten przemysł.

W Polsce alkohol jest wszędzie. Stacje benzynowe, budy 24 h, sklepy spożywcze, reklamy telewizyjne. Jeden punkt sprzedaży przypada na 275 mieszkańców. To oznacza, że w zasadzie każdy blok mieszkalny ma swoją budę z alkoholem albo knajpę.

Pijemy ponad 11 litrów czystego alkoholu na głowę według miary WHO (Światowej Organizacji Zdrowia), czyli w grupie powyżej 15 roku życia. Wkrótce osiągniemy poziom 12 litrów. Powyżej tej bariery rusza proces degradacji społecznej.

Degradacji?

WHO ustaliło taką granicę. Zbadali, że kiedy spożycie przekracza 12 litrów na dorosłego, wtedy przestaje rosnąć długość życia i jednocześnie rośnie liczba zwolnień lekarskich.

W Polsce długość życia po 1989 roku rosła, teraz ten trend został zatrzymany. I wśród innych przyczyn - takich jak smog, stres, choroby onkologiczne - jest też alkohol. Po przekroczeniu granicy 12 litrów na głowę, długość życia zacznie nam spadać.

Kiedy to się stanie?

Mniej więcej za trzy lata.

gazeta.pl

W niedawnym wystąpieniu szef Sztabu Generalnego sił zbrojnych Rosji generał Walerij Gierasimow sformułował program przygotowań do wojny na dużą skalę - pisze w poniedziałkowej niezależnej "Nowej Gaziecie" komentator wojskowy Paweł Felgenhauer.

Publicysta analizuje wystąpienie Gierasimowa podczas konferencji na temat przyszłości rosyjskiej strategii wojennej, która odbyła się 2 marca w Akademii Nauk Wojskowych. Podobnie jak niedawno amerykański dziennik "New York Times", tak i Felgenhauer porównuje tezy Gierasimowa z jego wystąpieniem na analogicznej konferencji w 2013 roku, w którym mówił on o metodach wojny hybrydowej i które nazwano na Zachodzie "doktryną Gierasimowa".

Sześć lat później nowy wykład Gierasimowa "należy uznać za znacznie zmodyfikowaną, w warunkach coraz bardziej napiętej globalnej konfrontacji z Zachodem, nową +doktrynę Gierasimowa+" - ocenia Felgenhauer. Zwraca uwagę na zmianę tonu i zauważa, że "do oficjalnych dokumentów powróciła retoryka z czasów kulminacji zimnej wojny": Stany Zjednoczone i ich sojuszników nazywa się "agresorami" i "prawdopodobnymi przeciwnikami", tak jak 50 lat temu.

"Sztab generalny przez wszystkie poprzednie lata +opracowywał koncepcje dotyczące neutralizowania działań agresywnych+" - relacjonuje wystąpienie Gierasimowa komentator "Nowej Gaziety". Z wystąpienia wynika, że odpowiedź Rosji będzie opierać się na działaniach nazwanych przez Gierasimowa "strategią aktywnej obrony" i "kompleksem działań uprzedzających w celu zneutralizowania zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa".

Felgenhauer uważa, że analogiczną koncepcję "aktywnej obrony" rozwijał przez 40 lat Sztab Generalny ZSRR. Również i teraz koncepcja zakłada "rozlokowywanie jednocześnie sił powstrzymywania zarówno jądrowego, jak i niejądrowego". Poprzednią "strategię Gierasimowa", która "kładła akcent na działania hybrydowe", komentator nazywa "umiarkowaną" i ocenia, że teraz nie jest już przydatna. "Oczywiście, pozostają w arsenale wszelkie +środki asymetryczne, polityczne, gospodarcze, informacyjne i inne środki pozawojskowe+" - pisze, cytując wypowiedzi Gierasimowa. Teraz jednak, zgodnie z przytoczonymi słowami szefa Sztabu Generalnego zasadniczą treść strategii wojskowej "stanowią kwestie przygotowania do wojny i jej prowadzenia przez siły zbrojne".

"W ciągu sześciu lat wszystko powróciło na swoje miejsce, jak w dawnym dobrym radzieckim podręczniku wojskowym, z którego uczono kiedyś obecnych najwyższych dowódców" - komentuje Felgenhauer.

Ekspert zwraca uwagę na słowa Gierasimowa o tym, że Rosja powinna zapewnić sobie "przewagę techniczną, technologiczną i organizacyjną nad wszelkim potencjalnym przeciwnikiem". Podkreśla, że szef sztabu wskazał na konieczność zaopatrywania armii we wszelki niezbędny sprzęt jeszcze w czasie pokoju, ponieważ - jak mówił Gierasimow - stopień komplikacji współczesnego uzbrojenia raczej nie pozwala na uruchomienie produkcji w szybkim tempie w czasie, gdy konflikt zbrojny już się rozpocznie.

Zdaniem Felgenhauera koncepcje te oznaczają, że "siły zbrojne Rosji powinny mieć przewagę nad połączonymi siłami pozostałej ludzkości". Właśnie takie cele przyświecały radzieckiemu sztabowi generalnemu - przypomina komentator. Jak dodaje, cel ten został osiągnięty pod koniec lat 80. XX wieku, jeśli chodzi np. o ogólną liczbę czołgów czy głowic jądrowych. Wówczas jednak ZSRR nie wytrzymał zbyt wielkiego napięcia gospodarczego i społecznego.

forsal.pl

Inicjacyjny charakter I wojny światowej dla pokolenia rewolucyjnych konserwatystów wiązał się także ze zderzeniem ich przedindustrialnych wyobrażeń z brutalną i dotychczas nieznaną rzeczywistością rodzącej się w okopach nowoczesnej, przemysłowej wojny. To w czasie Wielkiej Wojny po raz pierwszy pojawiły się w powietrzu samoloty i sterowce, piechotę wspierały czołgi, a rozpylane nad okopami gazy bojowe przerażały zarówno szeregowych żołnierzy, jak i ludność cywilną. Te apokaliptyczne okoliczności uświadomiły wracającym z frontu, że powrót do świata przedindustrialnego jest już niemożliwy. Wojna oznaczała ostateczny triumf społeczeństwa przemysłowego. Tego pochodu nie dało się zatrzymać, lecz można było się do niego odnieść.

Rewolucyjni konserwatyści uznali zatem, że liberalizm jest destrukcyjny przez swój indywidualizm dewastujący tradycyjne wspólnoty, ale jego osiągnięcia techniczne mogą być użyteczne w tworzeniu nowego porządku, zbudowanego dzięki erupcji nacjonalistycznej świadomości.

(...)

Współcześnie alt-prawica również nie ucieka od nowych technologii, zaprzęgając technikę w służbę głoszenia i popularyzacji swoich idei. Ich głównym narzędziem stał się Internet, gdzie toczy się wojna o dusze i serca internautów. Pierwszym (a z pewnością najbardziej rozpoznawalnym) żołnierzem alternatywnej prawicy jest brytyjski konserwatywny katolik, a zarazem zdeklarowany gej, Milo Yiannopoulos. Zanim został zbanowany na Twitterze, jego wpisy śledziło ponad 388 tys. użytkowników, a na Instagramie ma obecnie 387 tys. obserwujących. Yiannopoulos nie lubi się ograniczać. Ostro atakuje feminizm („to rak”), islam („to AIDS”), gra także własną orientacją seksualną (jego cykl wykładów na uniwersytetach nosi nazwę Dangerous Faggot Tour, dosłownie „Trasa niebezpiecznej cioty”). Yiannopoulos jest znakomitym przykładem tego, jak Internet może stać się skutecznym narzędziem promowania alt-prawicowych poglądów zgodnie ze starą, medialną zasadą: „Nieważne, jak mówią, ważne, by nie przekręcili nazwiska”.

Nie mniejszą popularnością w alt-rightowym Internecie cieszy się chociażby irlandzko-kanadyjski youtuber i radykalny libertarianin Stefan Molyneux, właściciel niezależnego Freedomain Radio, w którym wypowiada się na tematy związane z polityką, krytycznie odnosząc się m.in. do feminizmu i multikulturowości, widząc w nim narzędzie „białego ludobójstwa” (white genocide). Molyneux jest postacią bardzo kontrowersyjną, oskarżaną o budowanie wokół siebie czegoś na kształt sekty. Wszystko przez promowany przez niego tzw. deFOOing. Molyneux namawia swoich nastoletnich słuchaczy do zrywania wszelkich relacji z rodzicami, jeśli stosowali oni wobec nich przemoc w dzieciństwie, choćby to był tylko klaps. Sam Molyneux promuje peaceful parenting, powstrzymujący się nawet od krzyczenia na własne dzieci.

(...)

Alt-rightowy Internet to jednak przede wszystkim oddolna aktywność tysięcy internautów na łamach portali takich jak 4chan, 8chan czy Reddit, gdzie promują oni swoje poglądy za pomocą internetowych memów. Z tychże źródeł pochodzą choćby przeróżne wariacje związane z popularną Żabą Pepe (Pepe the Frog) przedstawianą jako Donald Trump, nazista, członek Ku-Klux-Klanu lub generał Augusto Pinochet; obrazki przedstawiające krzyżowca krzyczącego „Deus Vult!”, stanowiące aluzję do antyislamskich nastrojów wśród alternatywnej prawicy; wreszcie graficzne przedstawienia „przejażdżek helikopterem” (helicopter rides), nawiązujące do sposobów zabójstw działaczy opozycji lewicowej w Chile i sugerujące ewentualną aprobatę do podobnych działań w USA.

(...)

W przypadku alternatywnej prawicy również mamy do czynienia z ideowym patchworkiem, gdzie pod jedną etykietą funkcjonują poglądy nieraz ze sobą sprzeczne. Do tego samego worka są wrzucani neonaziści, biali nacjonaliści/supremacjoniści, neopoganie, monarchiści, chrześcijańscy fundamentaliści, paleokonserwatysći, libertarianie, protekcjoniści ekonomiczni czy neokonfederaci. Łączy ich, podobnie jak w przypadku rewolucyjnych konserwatystów, jedynie nienawiść do demoliberalnej Ameryki i jej haseł afirmujących mniejszości etniczne, seksualne, religijne itd.

klubjagiellonski.pl

czwartek, 31 października 2019


Ukraiński ruch nacjonalistyczny, w tym jego banderowski odłam – najbliższy ideowo-politycznie niemieckiemu nazizmowi – od lat 90. XX w. jest przedstawiany na Ukrainie jako ruch narodowowyzwoleńczy. Podobnie było w latach 40. Utworzona w 1929 r. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów za głównego wroga uważała Polaków i II Rzeczpospolitą. W jej materiałach propagandowych na drugim po Polakach miejscu wymieniano Żydów, a na trzecim ZSRR („moskiewską komunę”). Dlatego ofiarami działalności terrorystycznej OUN przed 1939 r. byli prawie wyłącznie Polacy. Wyjątek stanowił radziecki konsul we Lwowie Aleksiej Majłow – zastrzelony 21 października 1933 r. w gmachu konsulatu przez bojówkarza OUN. W 1941 r., kiedy w agresji na ZSRR wzięły udział złożone z nacjonalistów ukraińskich bataliony Nachtigall i Roland oraz tzw. grupy pochodne OUN, ostrze ich terroru skierowało się przeciwko Żydom. Doszło wtedy do dwóch wielkich pogromów we Lwowie (30 czerwca-2 lipca oraz 25-27 lipca 1941 r.), w których zginęło 7 tys. osób, oraz kilkudziesięciu pogromów w innych miejscowościach. Wsparcia Niemcom w Zagładzie udzieliły też w latach 1941-1942 formacje ukraińskiej policji pomocniczej, do których zaciągali się głównie członkowie OUN. Największą zbrodnią nacjonalistów ukraińskich – popełnioną w latach 1943-1944 przez banderowską frakcję OUN i utworzoną przez nią Ukraińską Powstańczą Armię – było ludobójstwo na Polakach zamieszkujących Wołyń i Małopolskę Wschodnią (100-130 tys. ofiar).

Jednak ofiarami OUN i UPA – o czym ich gloryfikatorzy nie chcą pamiętać – stali się także Ukraińcy. Nie mogło być inaczej, ponieważ rzeczywistym celem inspirowanego ideologią faszystowską ruchu nacjonalistycznego było utworzenie państwa totalitarnego, monopartyjnego i homogenicznego narodowościowo. Państwa o hierarchicznej strukturze społecznej podporządkowanej wodzowi, tak samo jak we włoskim i niemieckim pierwowzorze. To miała być Ukraina wcale nie niepodległa, samostijna – tym hasłem szermowano, by zdobyć poparcie naiwnych – lecz faszystowska. Oba odłamy OUN, banderowski i melnykowski, nie miały przy tym nic przeciw temu, by taka Ukraina była niemieckim protektoratem. Zginąć więc musieli również ci Ukraińcy, którzy stali na drodze do osiągnięcia tego celu: komuniści, antyfaszyści.

Ukraińskie ofiary OUN i UPA zawsze należały do najgłębiej skrywanych tajemnic ruchu nacjonalistycznego. Zarówno podczas wojny, jak i później – kiedy ukraińska emigracja nacjonalistyczna w Kanadzie przystąpiła do tworzenia mitu walki narodowowyzwoleńczej. Główne dzieło tej emigracji – wielotomowe wydanie Litopysu (Kroniki) UPA – zawiera jedynie materiały propagandowe i wspomnienia kombatantów UPA, gloryfikujących i fałszujących swoją działalność. To samo można powiedzieć o twórczości „naukowej” banderowskich kombatantów, czyli takich dziełach jak „Ukrajińska Powstańśka Armija” Petra Mirczuka, „UPA” Mykoły Łebedia czy „Istoriji ukraińśkoho wijska” Łwa Szankowśkiego. Podają one jedynie wybrane przykłady działań OUN i UPA, akcji, w których ginęli wyłącznie czerwoni partyzanci i enkawudziści, ale nie popełniano żadnych zbrodni na cywilach. Ten nurt dominuje obecnie w historiografii i polityce historycznej Ukrainy.

tygodnikprzeglad.pl

- Dyktatura to nasza marka - powiedziała rzeczniczka prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenki Natalia Ejsmant w wywiadzie dla telewizji ONT. Wyjaśniła, że w niestabilnych czasach na świecie może wzrosnąć popyt na dyktaturę, rozumianą jako "porządek, dyscyplinę i spokojne życie".

- Dlatego, że za tym słowem w dzisiejszym naszym rozumieniu przede wszystkim widzimy, porządek, dyscyplinę, absolutnie normalne i spokojne życie. Wydaje mi się, że tak często wypowiadamy to słowo, że dyktatura to już nasza marka - powiedziała Ejsmant.

- "Dyktatura" to bardzo ciekawe słowo, tak różnie jest odbierane - dodała. "(...) Często używamy tego słowa w całkowicie różnym sensie. Czasem z pewnym zabarwieniem satyrycznym. A czasami wydaje mi się, że dzisiaj, w 2019 r., słowo dyktatura nabiera jakiegoś pozytywnego zabarwienia" - mówiła przedstawicielka prezydenta Białorusi.

polsatnews.pl

wtorek, 29 października 2019


Obserwatorfinansowy.pl: Prezentuje Pan hipotezę, że gdyby Polska po wojnie była kapitalistyczna, to niekoniecznie osiągnęłaby sukces. Czy dobrze rozumiem?

Dr Marcin Piątkowski: Często bezwiednie zakłada się, że gdyby po 1945 r. Polska nie dostała się w sferę wpływu ZSRR, to jako kraj kapitalistyczny rozwinęłaby się jak nigdy dotąd. Sądzę jednak, że sukces takiej alternatywnej Polski wcale nie byłby pewny, z tych samych powodów dla których nasza gospodarka nie potrafiła dogonić Zachodu przez 500 lat wcześniej. Głównym hamulcem rozwoju był oligarchiczny system społeczno-gospodarczy, który służył tylko wąskim elitom i blokował rozwój większości społeczeństwa.

Taka szkodliwa struktura społeczna byłaby najprawdopodobniej odtworzona po 1945 r, tak jak ją odtworzono po 1918 r. Dopiero PRL dokonał społecznej rewolucji, wyeliminował stare, oligarchiczne i często jeszcze feudalne elity i po raz pierwszy w historii stworzył społeczeństwo inkluzywne, dając wszystkim, szczególnie tym najsłabszym, szanse na rozwój.

Zdaje się, że elity wyeliminowała już II Wojna Światowa, w trakcie której mordowano polską inteligencję, polską arystokrację i polskich przedsiębiorców.

To oczywiście wielka tragedia narodowa, ale elity te funkcjonowały w ramach systemu, który szkodził rozwojowi gospodarczemu. II RP to wielki sukces patriotyczny, ale porażka gospodarcza, bo poziom dochodu Polaka w stosunku do Zachodu w 1938 r. był niższy niż w 1913 r. Praktycznie nigdy nie mieliśmy też rodzimych przedsiębiorców, a w czasie II RP nie powstała żadna duża firma prywatna!

Zaraz – a Lilpop, Łukasiewicz i inni?

Jeden był imigrantem, a biznes drugiego skończył się wraz z jego śmiercią. Polscy przedsiębiorcy w XIX w. i w XX w. przed II Wojną Światową stanowili mniejszość. Większość przemysłowców na naszym terytorium stanowili Niemcy, Żydzi oraz inni imigranci. Było tak nie bez powodu. To wielowiekowej świadomej polityki szlachty polskiej, która od XIV w. tworzyła i utrwalała w Polsce oligarchiczny system polityczno-gospodarczy. Mieszczaństwo i chłopstwo to siły, które uznawała za potencjalnie wrogie, a nie chciała, by ktokolwiek zagroził jej uprzywilejowanemu statusowi. Wobec tego chłopstwu zabrała wolność osobistą, a mieszczaństwu polskiemu utrudniała, jak mogła prowadzenie interesów.

Na początku XVI wieku zabroniono np. polskim kupcom eksportu zboża, oddając go w ręce Niemców i Holendrów, a do końca XVIII w. kupiectwo było uznawane za zajęcie haniebne, które szlachcica mogło pozbawić tytułów. Szlachta wiedziała jednak, że z samego chłopstwa nie wyżyje, więc sprowadzała kupców i przemysłowców z zagranicy, pozwalając im działać w specjalnych rewirach. Oddanie biznesu w ręce mniejszości, które nie miały siły politycznej, było sposobem na czerpanie zysków bez ryzyka utraty władzy i zmiany systemu. Oto jeden z powodów, dlaczego przez 500 lat, aż do wybuchu największej wojny światowej w dziejach nie udało nam się osiągnąć sukcesu gospodarczego.

Przecież po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. nasza gospodarka – z problemami – ale ruszyła, czy nie tak?

Ruszyła wszędzie w Europie, tylko w Polsce mniej niż gdzie indziej. Elity arystokratyczne były zbyt mocno historycznie zakorzenione i uprzywilejowane, by Polska mogła się zmodernizować w dwadzieścia lat. Były uprzywilejowane tak mocno, że nie potrafili zmienić tego nawet reformatorsko nastawieni przywódcy niepodległej Polski, zachłyśnięci przecież socjalizmem i egalitaryzmem. Upraszczając, cały dorobek II RP to Gdynia, której odpowiedniki budujemy dzisiaj za unijne pieniądze raz na kwartał, niedokończony Centralny Okręg Przemysłowy, który nie wiadomo, czy przetrwałby na wolnym rynku i dwie potiomkinowskie reformy rolne, które niczego nie zmieniły, bo mimo całej propagandy rozparcelowano mniej niż 10 proc. ziemi. Elity wciąż trzymały się mocno. Odsetek ludzi idących na studia wynosił w 1938 r. zaledwie 1,2 proc. i dziwnym trafem na studia szły dzieci z bogatych rodzin. Dzisiaj ten wskaźnik to 55 proc. Dzisiejsi polscy przedsiębiorcy, w przeciwieństwie do tych sprzed 1939 r., noszą mało szlacheckie nazwiska i są, z kilkoma wyjątkami, prawdziwymi „self-made menami”.

Zorientowani wolnorynkowo ekonomiści uważają PRL za stratę czasu i marnowanie zasobów. Niesłusznie?

Realny socjalizm świetnie sobie radził przez pierwsze 15 lat istnienia: do 1960 r. Polska rozwijała się równie szybko, jak na przykład Hiszpania. Dopiero później PRL wpadł w stagnację i skończył się gospodarczą katastrofą. Gdyby PRL skończył się w 1960 r. a nie w 1989 r., to mielibyśmy o nim całkiem dobre zdanie, podobnie jak dzisiaj mówi się o autorytarnym sukcesie Singapuru, Tajwanu czy Korei Południowej. PRL miał jednak jedną wielką zaletę: otworzył na oścież polskie społeczeństwo, zlikwidował przywileje klasowe, wyedukował, uprzemysłowił i unowocześnił społeczeństwo. Dla przykładu, już w 1960 r. na uniwersytetach studiowało 7 proc. Polaków, prawie tyle samo, ile w kilkakrotnie bogatszej Francji. PRL również oderwał od archaicznego rolnictwa prawie 30 proc. społeczeństwa i przeniósł do przemysłu, 30-krotnie przekraczając COP-u (chociaż jakoś nikt nie zamierza budować pomników np. Hilaremu Mincowi).

Krótko mówiąc, PRL stworzył inkluzywne, otwarte, egalitarne społeczeństwo, które stało się fundamentem polskiego bezprecedensowego sukcesu po 1989 r.

Jaka więc była rola reform po 1989 roku?

Zasługą reformatorów po 1989 r. było wykorzystanie pozostawionego po PRL ludzkiego potencjału, uwolnienie gospodarki od wcześniejszych absurdów, i włączenie nas w nurt rozwoju globalnego. Byliśmy jak łódka w martwym dorzeczu Amazonki, która po 1989 r. nagle znów uzyskała łączność z nurtem. Wreszcie mogliśmy zarabiać i się bogacić.

obserwatorfinansowy.pl

Ludzki mózg nie radzi sobie zbyt dobrze z wykonywaniem wielu zadań jednocześnie. Przeciwnie, ewolucyjnie jesteśmy zaprogramowani na skupianie się na jednej rzeczy i odcinanie uwagi od innych, mniej istotnych. Dlatego jeśli odrabiający lekcje nastolatek będzie zarzekał się, że absolutnie nie przeszkadza mu jednoczesne dyskutowanie z przyjacielem na komunikatorze, to nie jest to prawda. Dowiedli tego uczeni z Uniwersytetu Stanforda w swoim badaniu przeprowadzonym z udziałem 100 studentów tej uczelni. Podczas wykonywania kilku zadań jednocześnie ich sprawność umysłowa spadała, zwłaszcza w zakresie zapamiętywania informacji i selekcji tych najważniejszych.

Tylko jedna grupa ludzi wyróżnia się na plus w kwestii podzielności uwagi - to dorosłe kobiety. Dowiedli tego naukowcy z University of Glasgow, którzy przeprowadzili dwa bardzo ciekawe eksperymenty z udziałem grupy 120 kobiet i tylu samo mężczyzn. W pierwszym teście badani siedzieli przed komputerami, a na monitorach pojawiały się różne figury geometryczne. Zadaniem badanych było je jednocześnie liczyć i segregować pod względem kształtu. Naukowcy w ten sposób chcieli sprawdzić, jak sprawnie w umysłach kobiet i mężczyzn następuje "przełączanie" pomiędzy liczeniem a rozpoznawaniem kształtów. Okazało się, że u obu płci w miarę upływu czasu wykonywania zadania szybkość tego "przełączania" pomiędzy funkcjami w mózgu spadała, jednak u mężczyzn znacząco szybciej - pod koniec eksperymentu odpowiadali oni 77 proc. wolniej niż na początku, podczas gdy kobiety 69 proc. wolniej. Wygląda na to, że kobiecy mózg sprawniej radził sobie z wykonywaniem dwóch zadań wymagających skupienia. Jak podkreśla dr Gijsbert Stoet, współautor tego badania, różnica może nie jest duża, ale może kumulować się podczas wykonywania pracy przez cały dzień.

Drugi eksperyment przyniósł jeszcze ciekawsze rezultaty. Kobiety i mężczyźni dostali w nim zadania z życia wzięte - mieli w ciągu ośmiu minut zlokalizować restaurację na mapie, wykonać proste obliczenie, porozmawiać przez telefon i znaleźć zgubione na podwórku klucze. Naukowcy wiedzieli, że zrobienie tego wszystkiego w osiem minut jest niemożliwe, było to więc zadanie na określanie priorytetów, planowanie, wyznaczanie optymalnej trasy poszukiwań kluczy. Co się okazało? Kobiety osiągnęły lepsze rezultaty. Może dlatego, że więcej czasu przeznaczały na przemyślenie swoich działań i efektywnego wykorzystania czasu niż mężczyźni, którzy przystępowali do wykonywania zadań impulsywnie i chaotycznie. Widać to było zwłaszcza w zadaniu poszukiwania kluczy. Dr Gijsbert opisuje, że mężczyźni kręcili się często po podwórku bez żadnego planu, podczas gdy kobiety poruszały się po z góry zaplanowanej trasie, na przykład zwężającymi się kręgami - to bardzo skuteczna strategia poszukiwania terenu.

Zdolności do organizowania czasu i sprawnego zarządzania zadaniami są imponujące, ale jeśli dodamy do nich ogromną dozę empatii i rozumienia cudzych intencji, kobiety wyrastają na prawdziwe superbohaterki w domu czy w miejscu pracy. Dzisiaj bowiem w najbardziej nowoczesnych miejscach pracy w cenie są tak zwane kompetencje miękkie - zdolności komunikacyjne, negocjacyjne, radzenie sobie ze stresem oraz inteligencja emocjonalna. W tych aspektach kobiety nie mają sobie równych. Większy poziom emocjonalnej empatii wśród kobiet niż u mężczyzn zaznacza się już w wieku nastoletnim - dowiedli psycholodzy z uniwersytetu w Walencji. Najważniejsze jest to, że - jak wykazali badacze z Uniwersytetu Wiedeńskiego - kobiety w stresie potrafią współdziałać, a ich zdolność do empatii rośnie - w odróżnieniu od mężczyzn, którzy w silnym stresie są częściej egocentryczni i samolubni. To dlatego panie bardziej sprawdzają się w rozwiązywaniu sytuacji kryzysowych, nie mają problemu z proszeniem o pomoc i przyjmowaniem jej.

gazeta.pl