sobota, 1 czerwca 2019
Kaja Puto: Więźniowie polityczni, represje wobec dziennikarzy, wojna na Ukrainie. To Rosja, którą znamy z mediów. Z twojej książki – Buszujący w barszczu – wynika jednak, że współczesna rosyjska kontrkultura kwitnie, jakby chodziło o jakiś Nowy Jork. Jak to jest możliwe w kraju, w którym ciężko działać w partii opozycyjnej?
Konstanty Usenko: W Rosji zawsze tak trochę było, i w XIX wieku, i w czasach Związku Radzieckiego. Ciężko ogarniać naraz te dwie rzeczywistości, kiedy siedzi się w jakiejś politycznie zaangażowanej księgarni, oglądając progresywną młodzież w jednym z wielu kreatywnych zagłębi, wpatrując się w dziesiątki kulturalnych ofert każdego dnia czy widząc internetową infrastrukturę tego wszystkiego. I nie mówię tutaj tylko o Moskwie i Petersburgu – oddolna niezależna kultura kwitnie dziś też w głębi Rosji, w Kazaniu, Jekaterynburgu, Nowosybirsku, Tomsku czy Władywostoku.
Przyjezdni nie mogą się w tym wszystkim odnaleźć – z jednej strony wiedzą o Sencowie czy Pussy Riot, a z drugiej przyjeżdżają do miast tętniących życiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, wszędzie coś się dzieje, a na ulicach nie wiszą wcale portrety Putina i w porównaniu do poprzednich lat coraz mniej widać nawet nacjonalistyczne slogany. Niewiele ma to wspólnego ze światem kreowanym przez oficjalne rosyjskie kanały TV – trochę tak jak w Polsce, gdzie można przeżyć mały szok kulturowy, oglądając TVP Info, a potem zaglądając do Planu B. Tylko że to nasze TVP Info to jakiś przaśno-surrealistyczny kabaret, a rosyjskie kanały federalne emitują propagandę w wersji hi-tech z nakoksowanymi prezenterami-szołmenami w kreacjach za jakąś kosmiczną kasę, to taka perfidna kreacja rzeczywistości w 6D. Ale młode pokolenie Rosjan telewizji nie ogląda, nazywa ją „zombojaszczikiem”, czyli „zombiepudełkiem”. Tworzy własną kulturę w internecie. Te dwa równoległe światy współistnieją ze sobą.
W ogóle się nie przenikają?
Do pewnego stopnia tak, jasne, bo ważne tematy społeczne trafiają do mainstreamu, coraz częściej nawet i do federalnych kanałów. Panuje w nich dziś jakieś chaotyczne pomieszanie kontekstów, trochę jak w radiowej Trójce, gdzie po Szydłowskiej na antenę wpieprza się Cejrowski. Funkcja wentylu bezpieczeństwa w rosyjskich mediach robi się coraz bardziej zauważalna, ale widać też wymianę pokoleniową wśród copywriterów pracujących w mediach.
Zmienia się spojrzenie na sprawy społeczne na lokalnym szczeblu (dissowanie oligarchów – tych złych rzecz jasna – zawsze jest w trendzie), ale też sprawy obyczajowe. Siła rażenia dyskursu feministycznego sprawia, że nawet wśród działaczek Jednej Rosji pojawiają się nagle osoby nieśmiało mrugające okiem w tę stronę. Ale żadnym fejkiem nie są nowe kolumny z felietonami np. na łamach pisma „Ogoniok”, rosyjskiej mieszanki „Przekroju” i „Polityki”, opiniotwórczego inteligenckiego pisma z długimi tradycjami. Prowadzą je młode dziennikarki, które piętnują seksizm w rosyjskim życiu publicznym. Udało im się wywołać gorącą debatę po mundialu, kiedy pojawiło się mnóstwo obrzydliwych komentarzy na temat romansów Rosjanek z przyjezdnymi kibicami. Jeszcze parę lat temu takie debaty możliwe byłyby tylko w wąskich kręgach albo w feministycznych zinach.
krytykapolityczna.pl
Obraz sprzedano za 432,5 tys. dol. (równowartość ok. 1,6 mln zł), co przebiło oczekiwania ekspertów 45-krotnie. „Portret Edmonda Belamiego” został wygenerowany za pomocą algorytmu i bazy składającej się z 15.000 portretów namalowanych pomiędzy XIV a XX wiekiem.
To pierwszy obraz namalowany przez sztuczną inteligencję, który został sprzedany w jednym z najważniejszych domów aukcyjnych na świecie.
Sztuczna inteligencja została zaprojektowana przez paryski kolektyw artystyczny Obvious, który interesuje się łączeniem właśnie sztucznej inteligencji ze sztuką. „Chcieliśmy pokazać, że algorytmy są w stanie emulować kreatywność” – powiedział Hugo Caselles-Dupre z Obvious.
Na obrazie zamiast podpisu znalazło się równanie, które zostało wykorzystane do wygenerowania obrazu.
bankier.pl
wtorek, 28 maja 2019
Jednak kluczową różnicą względem zimnej wojny nie jest koniecznie brak spójnej strategii, ale fakt, że dziś to nie Związek Radziecki/Rosja jest głównym przeciwnikiem USA, tylko Chiny. Układ INF, choć jest umową dwustronną, obowiązuje obydwie strony globalnie. Zresztą na życzenie Amerykanów i ich sojuszników. Sowieci chcieli ograniczyć obowiązywanie umowy do teatru europejskiego, ale nie zgodził się na to Waszyngton, obawiając się przeniesienia napięć do Azji.
Rosjanie rakiet więc nie przenieśli, ale wyzwania strategiczne i tak przeniosły się w końcu do Azji. Dziś pociski o zasięgu od 500 do 5500 kilometrów, których Amerykanie zgodnie z układem INF posiadać nie mogą, stanowią 95% chińskiego arsenału. Pozwala to Pekinowi względnie niskim nakładem sił i kosztów zagrażać amerykańskim instalacjom i statkom w regionie Azji i Pacyfiku. Waszyngton tymczasem musi wydawać grube miliardy na utrzymanie niszczycieli rakietowych czy bombowców strategicznych, aby zapewnić sobie odpowiednią projekcję siły. Wypowiedzenie układu INF otwiera przed amerykańskimi sztabowcami zupełnie nowe perspektywy – niekoniecznie związane z rozmieszczeniem w Azji pocisków z głowicami nuklearnymi, o czym nikt nie mówi. Ale traktat zakazywał również posiadania pocisków z konwencjonalnymi ładunkami.
krytykapolityczna.pl
poniedziałek, 27 maja 2019
Stany Zjednoczone może nie są prymusem na polu walki o czyste środowisko, ale mają w tej dziedzinie pewne osiągnięcia. Jednym z nich jest redukcja przemysłowych zanieczyszczeń powietrza o 60 proc. w latach 1990–2008. Wynik – znaczący sam w sobie – należy docenić tym bardziej, że dotyczy okresu wzmożonej produkcji i szybkiego rozwoju gospodarczego w USA. Udało się go osiągnąć w stosunkowo prosty sposób: zaostrzając przepisy z zakresu ochrony środowiska. Bardziej restrykcyjne regulacje wymusiły na przemyśle wdrożenie bardziej ekologicznych metod produkcji.
(...)
– Ludzie często uważają, że obecnie przemysł emituje mniej zanieczyszczeń, bo zmniejszyła się skala produkcji. Tymczasem produkcja w 2008 r. była wyższa o 30 proc. w stosunku do wskaźników z roku 1990 – komentuje wyniki badania prof. Reed Walker. – Inni z kolei twierdzą, że nieekologiczna produkcja, np. hutnicza, została przeniesiona do Meksyku, Chin i innych krajów, a na miejscu pozostał jedynie przemysł wysokich technologii, generujący mniej zanieczyszczeń. Tymczasem fakty są inne: producenci wytwarzają te same produkty, ale podjęli odpowiednie kroki, by uczynić procesy produkcji bardziej przyjaznymi dla środowiska – mówi naukowiec.
Z kolei prof. Shapiro przypomina, że w latach 60. i 70. ubiegłego wieku popularne były obawy dotyczące zbliżającej się katastrofy ekologicznej. Uważano wówczas, że miasta takie, jak Los Angeles czy Nowy Jork niebawem staną się niezdatne do życia z powodu dramatycznego poziomu zanieczyszczenia powietrza. Tymczasem wskaźniki zanieczyszczeń, zamiast poszybować zgodnie z prognozami, zaczęły się gwałtownie obniżać. – Dowody wskazują, że kluczową rolę w tym procesie odegrały regulacje środowiskowe, które wymusiły wdrożenie ekologicznych metod produkcji – twierdzi prof. Shapiro.
smoglab.pl
„Mam wrażenie, że ktoś robi z naszych dzieci zombie. Komu na tym zależy?”, pyta mężczyzna koło pięćdziesiątki na filmie na YouTube. Mówi powoli, akcentując każde słowo. Przed nim zasłuchana sala. Za nim logo wrocławskiego centrum medycyny alternatywnej i transparent ogłaszający usługi uzdrowiciela terapii „naturalnej”.
„Jest przygotowywane wszystko, żeby ten naród wynarodowić – kontynuuje mówca. – Chore dzieci nie będą stanowiły mocnego kręgosłupa narodowego. (…) A skąd się biorą te autystyczne dzieci? W 2025 r. ponad połowa populacji chłopców będzie autystyczna”, przepowiada, powołując się na „ekspertów”. I dodaje: „Musimy zdobywać doświadczenie, którego nie dostaniemy na uczelni, bo programy uczelniane są spacyfikowane przez koncerny”.
Tytuł filmiku brzmi „Ratujmy dzieci!”. Przemawiający nazywa się Hubert Czerniak i jest lekarzem medycyny z aktywnym prawem wykonywania zawodu.
Wykształcenie medyczne ma również dr Jerzy Jaśkowski, który – poza głoszeniem szkodliwości szczepień – znany jest z internetowych filmików z serii „Świat jest inny”, w których m.in. odradza kobietom używanie szamponów i podpasek oraz – powołując się na „niezależnych ekspertów z Kanady” – przekonuje, że komory gazowe nie istniały. W przeciwieństwie jednak do Huberta Czerniaka Jaśkowski od 23 października zeszłego roku nie ma prawa wykonywania zawodu lekarza.
Poza wykształceniem medycznym Czerniaka i Jaśkowskiego łączy jeszcze jedno – obaj są zagorzałymi przeciwnikami szczepionek, głoszącymi wszechobecny spisek polityków, firm farmaceutycznych i naukowców, których nazywają „urzędnikami siedzącymi w kieszeni karteli farmaceutycznych”. Rzecz jasna, „utytułowani urzędnicy” stoją w opozycji do „niezależnych ekspertów”, którzy – jako jedyni – „mają odwagę głosić niewygodną prawdę”. Antysystemowa retoryka Czerniaka łączy się z faktem, że jest on kandydatem do parlamentu z ramienia Kukiz’15 – mimo deklarowanego obrzydzenia do partii politycznych.
Czerniak i Jaśkowski są gwiazdami polskiego ruchu antyszczepionkowego, kojarzonego przede wszystkim ze Stowarzyszeniem Stop NOP, któremu przewodniczy Justyna Socha. W tekście „Lekarze niszczeni za wierność zasadom etycznym”, dostępnym na stronie organizacji, Jerzy Jaśkowski jest przedstawiany jako ofiara „nagonki” i „zastraszania” zorganizowanego przez Naczelną Radę Lekarską. „Przed sądami lekarskimi w 2015 r. toczyło się kilkanaście postępowań w sprawie lekarzy, którzy wypowiadali się krytycznie o szczepieniach – czytamy w artykule, którego autorką, jak większości tekstów na stronie, jest Justyna Socha. – Konsekwencją dla nich może być upomnienie lub nagana, a w bardziej drastycznych przypadkach lekarz może zostać zawieszony lub stracić prawo wykonywania zawodu”.
Sama Justyna Socha jest z zawodu agentką ubezpieczeniową. Podobnie jak Hubert Czerniak startowała w wyborach parlamentarnych w 2015 r. z list Kukiz‘15. To ona jest autorką obywatelskiego projektu ustawy przewidującej zniesienie obowiązku szczepień ochronnych dla dzieci. Mimo przestróg i protestów środowisk medycznych projekt 4 października został skierowany do dalszych prac po pierwszym czytaniu.
tygodnikprzeglad.pl
Zgodnie z oczekiwaniami w nowym europarlamencie zagości dużo więcej prawicowych populistów niż w poprzedniej kadencji. Naprawdę świetnie poszło im jednak tylko w Polsce i na Węgrzech, gdzie PiS i Fidesz otrzymały kolejno 45,56% oraz 52,3% głosów. Nawet we Francji i we Włoszech zwycięskie Zjednoczenie Narodowe Marine le Pen oraz Liga Matteo Salviniego (a także Ruch Pięciu Gwiazd) uzyskały poparcie mniejsze, niż przepowiadały sondaże.
Gorzej, niż się spodziewano, poszło też prawicowym populistom w Hiszpanii, Estonii, Danii oraz Holandii – Duńska Partia Ludowa straciła trzy mandaty i została w parlamencie z jednym, a Partia Wolności Geerta Wildersa straciła wszystkie cztery. O sukcesie nie mogą też mówić populiści z krajów niemieckojęzycznych. Choć AfD zdobyła więcej mandatów niż w wyborach z 2014 roku (kiedy była jeszcze dziwaczną zbieraniną gospodarczych libertarian i przeciwników euro), 11% to bardzo marny wynik, zważywszy na to, że w czasie zamieszek w Chemnitz szybowali w okolicę dwudziestki. W Austrii z kolei współrządzącej FPÖ zaszkodził skandal finansowy – w eurowyborach wylądowała na trzecim miejscu z wynikiem 17,2%, choć to i tak stosunkowo niski wymiar kary, biorąc pod uwagę treść opublikowanych przez prasę taśm z przewodniczącym Strache.
Można przypuszczać, że ogólny wynik populistów ograniczyła największa od dwudziestu lat frekwencja, która wyniosła 50,5% – niemal o dziesięć punktów procentowych więcej niż w 2014 roku. Wtedy do eurowyborów wyjątkowo mobilizował się zazwyczaj radykalny, eurosceptyczny elektorat.
Eurowybory potwierdziły też rozkład powojennych duopolów partyjnych. Tradycyjne partie socjaldemokratyczne i konserwatywne w wielu krajach poniosły porażki. Łączny wynik Europejskiej Partii Ludowej (EPP) to blisko 25%, a Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (S&D) to 20% – w ich przypadku najmniej w historii. Widać to wyraźnie w Niemczech, gdzie SPD i CDU/CSU straciły nawet połowę swoich wyborców, a także we Francji, gdzie Partia Socjalistyczna i neogaullistowscy Republikanie uzyskali wyniki jednocyfrowe.
O sukcesie mogą za to mówić Zieloni (Greens-EFA) oraz wszelakiej maści twory liberalno-progresywne, które w większości zasilą Porozumienie Liberałów i Demokratów na rzecz Europy (ALDE). W Niemczech ze swoim 20,5% Zieloni rozbili bank, wskakując na drugie miejsce, podobnie było w Irlandii i Finlandii. We Francji, Luksemburgu i Danii zajęli trzecie miejsca, a w Austrii, Szwecji i Belgii (łącząc rezultaty partii flamandzkiej i walońskiej) uzyskali wyniki dwucyfrowe.
„Zielona fala”, jak nazywają ten świetny rezultat europejskie media, to zasługa głównie młodych wyborców: np. w Niemczech wśród osób głosujących po raz pierwszy to właśnie ta partia zwyciężyła, i to z trzykrotną przewagą nad drugą w kolejności CDU. Ale sukces Zielonych wyraźnie ogranicza się do bogatej Europy Północno-Zachodniej.
Nie można tego powiedzieć z kolei o liberałach, którym nieźle poszło też w naszym regionie: w Czechach progresywna Partia Piratów zadebiutowała w eurowyborach z mocnym trzecim miejscem (a zwyciężyło ANO, które jest częścią ALDE, aczkolwiek nie stroni od elementów prawicowego populizmu), na Słowacji zaś nieoczekiwanie zwyciężył komitet Progresywna Słowacja/Razem, z którym związana jest nowa prezydentka Zuzanna Čaputova. Kiepsko za to u nas poszło Wiośnie.
O porażce nie może też do końca – zważywszy na zawirowania, jakich w ostatnich miesiącach doświadczyła Francja – myśleć Macron, który depcze Le Pen po piętach.
W niektórych krajach wybory wygrały z kolei tradycyjne partie socjaldemokratyczne – tak wydarzyło się na Malcie, w Portugalii, Holandii (gdzie wystąpił tzw. efekt Timmermansa – popularnego lidera Partii Pracy) oraz Hiszpanii (gdzie socjaliści zyskali świetne 32,8%).
(...)
Ostatecznie odchodzi więc w przeszłość podział Europy na socjaldemokratyczną klasę robotniczą i konserwatywne mieszczaństwo, które wybiera chadecję. Umacnia się za to nowy: na wielkomiejskie, progresywne i silnie sfeminizowane mieszczaństwo (głosujące na Zielonych czy nowe ruchy progresywne) i nacjonalizujący prekariat z mniejszych ośrodków, do których docierają prawicowi populiści. To oczywiście uproszczenie, które pomija lokalne niuanse – w skali Europy jest jednak uprawnione.
Widać też wyraźnie, że motorem reakcji na prawicowy populizm stał się strach przed katastrofą klimatyczną. To temat, który zdominował w ubiegłym roku debaty publiczne wielu krajów UE. Ekologia to jednak nie wszystko: w wielu krajach zielone ugrupowania i ruchy formułują dla swoich wyborców – na przekór prawicowym populistom – opowieść o Europie otwartej, sprawiedliwej społecznie i tolerancyjnej. To samo robią progresywni liberałowie. Jedni i drudzy prezentują zupełnie inne podejście niż tradycyjne partie, które w obliczu sukcesów populistów często kończą w defensywie i są „za, a nawet przeciw”.
krytykapolityczna.pl
środa, 22 maja 2019
Z mojej zawodowej wiedzy wynika, że narody nie istniały od zawsze, więc można przypuszczać, że nie będą trwały wiecznie. Sam badałem starsze i mniejsze od narodów wspólnoty etniczne zwane przez historyków i antropologów plemionami. Wiem, jaką rolę w utrzymywaniu ich spójności odgrywał symbol wspólnego terytorium („nasza ziemia”) oraz mit pokrewieństwa łączącego ogół współplemieńców ze sobą nawzajem, z plemiennym królem (o ile taki był) i z boskim opiekunem plemienia postrzeganym jako naturalny lub adopcyjny praojciec ludu. Archetypy plemiennej mitologii miały długi żywot i nieraz kołatały się w świadomości narodowej aż po XiX i XX w., czego dobrymi przykładami są słowa Roty Marii Konopnickiej, a także trwający w polszczyźnie nawyk określania wojny domowej jako konfliktu bratobójczego.
Polityczna organizacja plemion została w Europie zniszczona przez państwa. Chrześcijańska monarchia nie mogła współistnieć ze strukturami, które groziły rozsadzeniem jej jedności. W dodatku plemiona były matecznikami pogańskiego kultu. Nie umiemy jednak określić, jak przebiegał i jak długo trwał proces wykorzeniania plemiennych więzi. Więź narodowa – etniczny korelat średniowiecznej państwowości – kształtowała się bardzo powoli, chociaż jej zarodki uchwytne są dość wcześnie w środowisku elity politycznej. Wśród historyków, podobnie jak wśród socjologów, przeważa opinia, że nowoczesny naród, obejmujący poczuciem wspólnoty ponad klasowymi i politycznymi podziałami wszystkich, którzy uznają się za dzieci tej samej ojczyzny, ukształtował się po obaleniu barier stanowych, czyli pod koniec XVIII i w XIX w. A co z narodem po nowoczesności?
Bliski kres narodów, wieszczony przez postmodernistyczną myśl europejską, nie jest prognozą wysnutą z historycznej, socjologicznej lub ekonomicznej wiedzy, lecz typowym proroctwem. Kto chce, niech wierzy; ja jestem sceptyczny.
Moim lewicowym i euroentuzjastycznym przyjaciołom skłonnym do wiary w bliski koniec narodów doradzałbym nade wszystko ostrożność. Rozpad Związku Radzieckiego, a niezadługo potem rozpad Jugosławii potwierdzają wielką żywotność narodowych wspólnot, emocji i konfliktów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że Ukraina odłączyła się od Rosji, a Bośnia od Serbii wiedzione ekonomiczną racjonalnością. Było raczej przeciwnie. Czystki etniczne na Bałkanach lub jatki w Czeczenii to, rzecz jasna, nieszczęścia, zbrodnie, humanitarne katastrofy, nie wyciągamy jednak z tego wniosku, że świadomość narodowa to wyłącznie źródło nieszczęść.
(...)
Po upadku Związku Radzieckiego i tryumfach globalizacji świat stał się mniej przewidywalny, niż był w drugiej połowie XX w. Nie ma już dwubiegunowego ładu pod nadzorem supermocarstw, które dzieliły między siebie strefy wpływów i nie pozwalały na takie konflikty, których nie mogłyby kontrolować. Globalny kapitał finansowy wyrwał się spod kontroli państw, nawet tych najpotężniejszych, a spekulacje destabilizują gospodarkę w USA i w Europie. W połączeniu z deregulacją dyktowaną względami doktrynalnymi i z kryzysem polityki społecznej wprowadza to w życie codzienne zamożnych dotychczas krajów dramatyczną niepewność jutra i nowe napięcia społeczne. Wszystko to prawda, ale naród nie jest kategorią ekonomiczną. Zamęt w gospodarce nie musi spowodować zniknięcia narodów. Istniały one przed Keynesem i będą istnieć po Friedmanie.
krytykapolityczna.pl
Dlaczego tak chętnie zatrudniano dzieci?
Bo były szybkie i zwinne. Bo łatwiej od dorosłych przestawiały się na fabryczny tryb pracy. Bo prościej było je uformować, dyscyplinować i karać. Bo się błyskawicznie uczyły prostych, powtarzalnych czynności. A przede wszystkim - były najtańsze.
I można z nimi zrobić, co się chce?
Właściwie tak, bo traktowano je po prostu jak surowiec. Chciałam "Dziećmi rewolucji" uświadomić czytelników, że w trakcie rewolucji przemysłowej dzieci traktowano jak węgiel, stal czy bawełnę. Postęp dokonał się w dużej mierze dzięki ich łzom i krwi. Warto o tym, zachwycając się cywilizacyjnym progresem, pamiętać.
Są jakieś szacunki o liczbie pracujących dzieci?
W czasach rewolucji przemysłowej dzieci i młodociani stanowili połowę wszystkich pracowników, więc skala była ogromna. Dzieci kopały węgiel, pracowały w fabrykach włókienniczych, czyściły kominy, sprzątały, obsługiwały maszyny. Kilkulatki trafiające do fabryk zostawały w nich potem często już jako dorośli pracownicy.
Były wręcz zawody, w których dzieci dominowały.
Małoletni pomocnicy kominiarzy byli na porządku dziennym, bo któż lepiej niż mały chłopiec zmieści się w przewodzie kominowym, który trzeba oskrobać z sadzy?
Nie dało się bez nich?
Dało, bo i wtedy, i dzisiaj nie było konieczne zatrudnianie dzieci. Można było produkcję organizować tylko z udziałem dorosłych, ale chęć ekspresowego zysku w imię postępu była silniejsza. I ubodzy rodzice nie mieli tu w związku z tym wiele do powiedzenia. Z badań jasno wynika, że kiedy rodzicom w wiktoriańskiej Anglii zaczynało się nieco lepiej powodzić, natychmiast zabierali dzieci z pracy i często wysyłali je do szkoły. Wystarczy podnieść pensje rodziców czy opiekunów, żeby znacząco ograniczyć pracę dzieci.
Dlaczego napisałaś tę książkę?
Bo to jest ważna historia, którą trzeba opowiedzieć. Ale też historia, która się właściwie nie skończyła, o czym doskonale wiedzą wszystkie organizacje zajmujące się wyzyskiem dzieci. Różnica jest tylko taka, że obecnie to się nie dzieje w Europie, ale w Azji, Afryce i Ameryce Południowej, gdzie dzieci pracują w warunkach niewolniczych, podobnie jak te w wiktoriańskiej Anglii. Różnica jest może taka, że ich eksploatacja jest dzisiaj paradoksalnie trudniejsza do zwalczenia niż kiedyś.
Nie przeszkadza nam, kiedy kupujemy ubrania w światowych sieciówkach odzieżowych szyte przez dzieci. Oburzają nas tylko raz na jakiś czas wypadki w dziecięcych fabrykach, o których się dowiadujemy z mediów.
Dokładnie tak samo było dwieście lat temu. W książce piszę o wypadku w kopalni, po którym wydobyto na powierzchnię kilkadziesiąt ciał dzieci. I nagle wszyscy byli w szoku. Jak to możliwe? Skąd dzieci w kopalni? Zaczęły się tym interesować media, opinia publiczna, w końcu sama królowa Wiktoria, która wysłała specjalną komisję do zbadania sprawy. A dzisiaj? Kiedy kilka lat temu zawaliła się w Bangladeszu fabryka, nagle wszyscy byli wstrząśnięci informacją, że pracują tam dzieci szyjące dla globalnych odzieżowych marek.
Nikt nic nie wiedział, jak w twojej książce.
Znamy to doskonale: firma ma kontrahenta, a kontrahent kolejnego kontrahenta. Dlatego właśnie "Dzieci rewolucji" są opowieścią bardzo współczesną. Opowieścią nie tylko o eksploatacji dzieci, ale także o sile słowa, bo zmiana zaczyna się od głośnego mówienia o problemie, od domagania się swoich praw, od opowieści o swoim doświadczeniu. I może to mieć potem rozmaite reperkusje, jak historia jednego z bohaterów mojej książki, Roberta Blincoe, która najprawdopodobniej zainspirowała Charlesa Dickensa do napisania "Olivera Twista", mającego - z racji wielkiej popularności - niebagatelny wpływ na zmianę mentalności i postrzegania najbiedniejszych.
gazeta.pl
Po inspirację wystarczy rzut oka za ocean. Poziom rozwoju gospodarczego liczony jako PKB na głowę wcale nie przesądza o poziomie życia. Kanada jest pod tym względem wyraźnie biedniejsza od USA – różnica między nimi to 13 tys. dolarów (między Polską a Niemcami 20 tys.). Kanada nie posiada też czołowych globalnych koncernów, a mimo to mało który Kanadyjczyk marzy o uczynieniu ze swojego kraju drugich USA. To raczej Amerykanie miewają kompleksy wobec Kanadyjczyków, chociażby z powodu ogólnodostępnej, sprawnie działającej służby zdrowia. Wszystkie kompleksowe wskaźniki dobrobytu społecznego pokazują, że to w Kanadzie żyje się lepiej.
Według najpopularniejszego, czyli Human Development Index (HDI), Kanada wyprzedza USA o jedno oczko, choć w tym wskaźniku poza PKB na głowę brane są pod uwagę tylko dwa inne czynniki – średnia długość życia oraz wskaźnik skolaryzacji. Dużo bardziej kompleksowy jest Better Life Index OECD, który mierzy poziom życia aż w 11 obszarach, a na każdy z nich składa się kilka dodatkowych wskaźników. Także według OECD życie w Kanadzie jest na wyższym poziomie niż w USA, choć zarówno pod względem dochodów, jak i miejsc pracy to te drugie wyraźnie górują. Kanada wyprzedza za to USA w niemal wszystkich ważnych dla życia obszarach (poza warunkami mieszkaniowymi): jest tam lepiej pod względem edukacji, bezpieczeństwa, stanu środowiska, aktywności obywatelskiej, relacji społecznych, możliwości łączenia pracy z życiem prywatnym, satysfakcji z życia i oczywiście poziomu zdrowia publicznego.
Doskonałym przykładem tego, że PKB na głowę nie przesądza o poziomie życia w kraju, jest też… Polska. Choć pod względem PKB per capita zajmujemy 45 miejsce, to wskaźnik HDI plasuje nas na 33 miejscu na świecie. Wyprzedzamy chociażby dużo bogatsze od nas kraje arabskie. Także według Better Life Index wyprzedzamy niektóre zamożniejsze od nas kraje, np. opisywaną wyżej Koreę Południową oraz Portugalię, a niewiele brakuje nam do Włochów. Choć w poziomie dochodów wypadamy fatalnie, ciągną nas w górę edukacja oraz bezpieczeństwo, które są na poziomie najlepszych. Nieźle wypadamy też w poziomie zdrowia, za to dużo gorzej w warunkach mieszkaniowych czy stanie środowiska.
Innym krajem, w którym poziom życia jest wyraźnie wyższy niż wskazywałby na to PKB na głowę, jest Słowenia. Według Better Life Index pod względem poziomu życia ten alpejski kraj niewiele ustępuje Francji, choć pod względem PKB na głowę traci do niej aż 10 tys. dolarów. Słoweńcy również fatalnie wypadają pod względem dochodów, za to pod względem warunków mieszkaniowych, edukacji, zdrowia i bezpieczeństwa są w ścisłej światowej czołówce.
Niski PKB na głowę jest główną przyczyną fatalnych warunków życiowych w krajach ubogich, jednak od pewnego poziomu przestaje on wywierać kluczowy wpływ na ogólny poziom życia. Gdy dochody coraz większej części społeczeństwa są już odpowiednio wysokie, ich wzrost przestaje być realnie odczuwalny. Kate Pickett i Richard Wilkinson w Duchu równości określili ten poziom na 20 tys. dolarów na głowę. To było jakąś dekadę temu, ale nie wydaje się, żeby obecnie próg ten był wyższy niż 30 tys. dolarów.
W 2018 r. PKB na głowę w Polsce wyniósł 32 tys. dolarów, więc najpewniej przekroczyliśmy już granicę, poza którą inne czynniki wpływają na poziom życia w większym stopniu niż poziom rozwoju gospodarczego. Oczywiście to wcale nie znaczy, że powinniśmy zupełnie machnąć ręką na doganianie pod względem PKB zachodu Europy. Czas jednak wreszcie zatroszczyć się o te obszary, które rzeczywiście decydują o tym, jak dobrze nam się żyje. Przez lata otaczaliśmy kultem wzrost gospodarczy, napędzani mrzonką o „dogonieniu Niemców”, tymczasem kluczowe usługi publiczne leżały odłogiem. Nakłady na służbę zdrowia są w Polsce jednymi z najniższych w UE, komunikacja zbiorowa na prowincji niemal nie istnieje, podobnie jak mieszkalnictwo komunalne. Zresztą cały sektor publiczny jest koszmarnie niedoinwestowany, czego efektem kolejne protesty grup zawodowych.
Gdybyśmy podnieśli dochody finansów publicznych do poziomu średniej unijnej (czyli z 41 proc. PKB do 45 proc.), nasz sektor publiczny zyskałby ok. 80 mld złotych co roku. Za taką kwotę można podnieść finansowanie służby zdrowia do 6 proc. PKB, wyraźnie podnieść zarobki nie tylko nauczycieli, ale też pracowników socjalnych, sądowych, szeregowych urzędników i wielu innych grup, których dochody od lat nie nadążają za ogólnym wzrostem płac, wprowadzić program mieszkaniowy z prawdziwego zdarzenia, a nie atrapę, rozwinąć komunikację zbiorową w całym kraju i rozpocząć podpinanie do centralnego ogrzewania wszystkich budynków ogrzewanych piecami powodującymi smog.
krytykapolityczna.pl
poniedziałek, 20 maja 2019
W latach 90. do Niemiec wyemigrowało z przyczyn ekonomicznych wielu mieszkańców Śląska. W tamtych czasach większość czasu przesiadywałem na śląskich podwórkach, więc miałem okazję obserwować okazjonalne przyjazdy tych świeżo upieczonych emigrantów w rodzinne strony. Pomimo że jeszcze kilka lat wcześniej byli zwyczajnymi kolegami lub sąsiadami, jako rezydenci Niemiec wielu z nich zmieniło się nie do poznania. Patrzyli z góry na niedawnych osiedlowych towarzyszy, niczym biali kolonialiści na tubylców, a odpowiedzi na liczne pytania o niemieckie realia poprzedzali grymasem politowania. Mówili z silnym niemieckim akcentem, choć nie było możliwości, by w parę lat stracili rodzimy. W wypowiedzi co rusz bez przyczyny wplatali niezrozumiałe dla nas niemieckie słowa, choć za Odrą niejeden tamtejszy Turek lub Marokańczyk zawstydziłby ich znajomością niemieckiego. Generalnie na każdym kroku dawali nam odczuć, że oni są już kimś innym (czytaj: lepszym).
Obecnie polscy gastarbeiterzy już nieco ochłonęli i da się z nimi normalnie porozmawiać, za to kompleks niższości widać wśród mieszkańców Polski. Naszym narodowym sportem jest śledzenie tego, jak Niemcy przedstawiają Polaków – jeśli tylko zrobią to niewłaściwie, rozpoczyna się wirtualna burza.
Każdy komentarz niemieckiego polityka dotyczący polityki Polski jest pieczołowicie wychwytywany, opisywany w prawicowych pismach i okraszany komentarzem, że oto znów Niemcy wtrącają się w nasze sprawy. Nie przeszkadza to tym samym osobom nieustannie komentować niemiecką politykę imigracyjną albo wyśmiewać liberalizm współczesnych Niemek i Niemców. Nic tak nie rozgrzewa polskiej dumy jak wspomnienia nielicznych zwycięstw nad Niemcami albo przeżywanie jeszcze rzadszych zwycięstw nad niemieckimi drużynami sportowymi. Mimo to na polskich ulicach dominują niemieckie pojazdy, bo przecież nie będziemy jeździć „francuzem”, a najpopularniejszym modelem wśród polskich patriotów jest Volkswagen Golf.
krytykapolityczna.pl
Bohaterka dokumentu Granta Baldiwna „Just eat it – A food waste story” – pracownica pewnej firmy cateringowej – postanowiła z mężem przeprowadzić doświadczenie. Przez pół roku nie kupowali jedzenia i żywili się wyłącznie wyrobami, które zwykle trafiłyby albo już trafiły na śmietnik. Wynik eksperymentu poruszył społeczeństwo, w którym ok. 70 proc. osób jest uznawanych za otyłych (co kosztuje ok. 150 mld dol. rocznie dodatkowych wydatków na leczenie), a jednocześnie ok. 15 proc. doświadcza głodu z przyczyn finansowych. Film pokazał bowiem proces marnotrawstwa żywności na ogromną skalę zarówno na farmach produkujących żywność, jak i w gospodarstwach domowych.
Nie tylko w USA co roku wyrzuca się do kosza wyroby spożywcze warte miliardy dolarów. Zgodnie z danymi Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) w świecie marnuje się rocznie ok. 1,6 mld ton żywności wartej ok. 750 mld dolarów (na Unię Europejską przypada ponad 140 mld euro strat). Codziennie marnotrawi się 35-40 proc. wytwarzanego pożywienia, a jednocześnie na uprawy rolne zużywa 71 proc. zużycia wody.
Za 60 proc. tych strat odpowiadają Stany Zjednoczone i Europę.
(...)
Żywność marnuje się na każdym etapie łańcucha dostaw – od wytwarzania i przetwórstwa (u rolników, hodowców czy w zakładach przetwórczych) poprzez dystrybucję (hurtową i detaliczną) po konsumpcję w domach. Ogromna ilość produktów spożywczych marnuje się podczas transportu i przechowywania. To dotyczy przeważnie krajów słabiej rozwiniętych, gdzie zanim produkty dotrą od rolnika do konsumenta, zepsuciu ulega 50-70 proc. produkcji. Bo brakuje przechowalni, chłodni, nie ma przetwórstwa. Jak wynika z najnowszego Światowego Indeksu Bezpieczeństwa Żywnościowego, opracowywanego przez Economist Intelligence Unit, w ten sposób najwięcej jedzenia (niemal 19 proc.) marnuje się w ogarniętej głodem Ghanie czy Malawi. Według FAO w krajach biednych marnotrawstwo na etapie produkcji wynika z niskiej wydajności rolnictwa i hodowli, ograniczonych możliwości przechowywania i braku infrastruktury do transportu. Im bogatszy kraj, tym większy odsetek przypada na dalsze etapy łańcucha dostaw. W najbogatszych krajach ponad 50 proc. jedzenia marnuje się w domach.
obserwatorfinansowy.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)

