wtorek, 16 kwietnia 2019
Czy istnieje tradycyjny polski model rodziny?
Piotr Szukalski, demograf i gerontolog, profesor Uniwersytetu Łódzkiego, członek Komitetu Nauk Demograficznych i Komitetu Prognoz PAN: Musimy zdać sobie sprawę z tego, że badacze zjawisk społecznych często żyją w świecie fikcji. A jedną z jej składowych jest mit o rodzinie wielopokoleniowej jako rdzennie tradycyjnej. Ten mit obalił już Peter Laslett, brytyjski historyk oraz demograf, który prowadził badania w latach 60. i 70. w Wielkiej Brytanii – w swoich pracach zrekonstruował model rodziny, cofając się o setki lat. Okazało się, że mieszkanie pod jednym dachem wielopokoleniowych rodzin nie było częstym zjawiskiem. Młodzi zakładali własne gospodarstwa – tak na Zachodzie, jak i w Polsce. Więc inne myślenie o naszej przeszłości jest ideologizowaną fikcją.
Ale mieszkająca razem rodzina, w której obok mamy i taty są też dzieci i dziadkowie, często stawiana jest nam za wzór.
To model żywcem wyjęty z PRL, wymuszony koniecznością, niemający wiele wspólnego z wolnym wyborem. Najzwyczajniej w świecie brakowało mieszkań i w popularnym M3 musieli się zmieścić wszyscy. Perspektywa ostatnich dekad jest dla wielu z nas jedynym punktem odniesienia. Za oczywisty uznajemy wzór rodziny z okresu dwudziestolecia międzywojennego lub właśnie z PRL. Często brakuje nam szerszego spojrzenia, więc wyciągamy mylne wnioski. Choćby na temat wieku zawierania małżeństw. Nie brakuje opinii ostrzegających przed skutkami coraz późniejszego podejmowania tej decyzji. Tymczasem dopiero ok. 2005 r. osiągnęliśmy wiek zawierania małżeństw, jaki dominował w międzywojniu. To lata PRL, gdy ludzie bardzo wcześnie decydowali się na ten krok, zmienił naszą perspektywę.
Czy to oznacza, że każdy element tradycyjnej rodziny można podważyć?
Istnieją pewne stałe podstawy w jej pojmowaniu albo społecznym myśleniu o niej: tak być powinno. Po pierwsze – rodzina to instytucja, która musi bazować na związku małżeńskim. Choć i tu trzeba zrobić małe zastrzeżenie co do formy małżeństwa. Na ziemiach polskich do 1945 r. istniały trzy porządki legislacyjne – był to spadek po zaborach, bo niestety dwudziestolecie międzywojenne nie wprowadziło jednolitego prawa cywilnego. I tak w dawnym zaborze rosyjskim nie było możliwości zawarcia małżeństwa w urzędach stanu cywilnego (USC). Były więc małżeństwa wyznaniowe, które rodziły skutki cywilnoprawne. Inaczej było już w Krakowie czy Poznaniu, gdzie składano śluby również lub jedynie przed urzędnikiem. Drugi wyznacznik rodziny to postulat, by zakładać ją jak najwcześniej.
Czyli kiedy?
Gdy mężczyzna, mający być jedynym zarabiającym, osiągnie samodzielność ekonomiczną i będzie w stanie utrzymać rodzinę. I tu znów ściera się kilka wzorców. Bo po wojnie, w PRL, względną finansową niezależność osiągano dość wcześnie. Jednocześnie w Łodzi od pokoleń było wiele kobiet aktywnych zawodowo. Włókniarki pracowały po kilkanaście godzin dziennie, utrzymując domy. Na ich ciężkiej pracy wyrosło wiele tamtejszych fortun. Trzecia wytyczna dotycząca rodziny mówi o tym, że w rodzinie powinno być jak najwięcej dzieci. Ale nie oszukujmy się, nawet nasze prababki i pradziadowie w międzywojniu stosowali metody regulacji poczęć, jak stosunek przerywany czy dłuższy okres karmienia piersią. Były to metody zawodne, ale świadczą o tym, że mało kto kierował się wyłącznie myśleniem „co Bóg da”. Czwarty element sprowadza się do tego, że rodzinę, a zwłaszcza małżeństwo, powinniśmy tworzyć dożywotnio, będąc razem na dobre i na złe.
forsal.pl
Diametralnie odmienną perspektywę na to, co znaczy być biednym w XXI wieku, podsuwają dwie inne wydane niedawno książki: Not a Crime to Be Poor (Być biednym to nie zbrodnia) Petera Edelmana, profesora polityki społecznej z uniwersytetu Georgetown, który służył w administracji Billa Clintona i odszedł na znak protestu, gdy w 1996 roku prezydent podpisał ustawę o reformie systemu opieki społecznej, oraz The Poverty of Privacy Rights (Ubóstwo prawa do prywatności), napisana przez profesor prawa Khiarę M. Bridges.
Ludzie biedni, a szczególnie biedne kobiety, jak piszą autorzy tych książek, są aż nazbyt widoczni – nieustannie obserwowani, nadzorowani, karani grzywnami i zamykani w więzieniach. Wpadają w pułapkę społecznego panoptykonu, który dopuszcza i zachęca do poddawania ich ciągłemu dozorowi. Państwo bierze ich na cel i żywi się ich kosztem, próbując łatać dziury budżetowe niezliczonymi opłatami, grzywnami i mandatami, które wymierza „wyrzutkom”. Człowiek bez pieniędzy jest automatycznie uznawany za potencjalnego przestępcę, a wobec machiny państwa pozostaje zupełnie bezbronny. Według obojga autorów być biednym znaczy niemal całkowicie utracić podstawowe prawa obywatelskie kojarzone z tym, co starsze pokolenia nazwałyby burżuazyjnym indywidualizmem.
Książkę Not a Crime to Be Poor otwiera wstrząsający przypadek Very Cheeks z Bainbridge w stanie Georgia. Zaczęło się od mandatu na 135 dolarów za to, że przednie koła jej samochodu przetoczyły się za linię znaku „stop”. Gdy zjawiła się w sądzie, nakazano jej wpłacić od razu całą kwotę. Tłumaczyła, że jest bezrobotna i opiekuje się umierającym ojcem, więc sędzia dał jej trzy miesiące na zapłacenie mandatu, obejmując ją na ten czas tak zwanym „nadzorem kuratorskim”, i odesłał ją do innego biurka. Tam okazało się, że rachunek urósł do 267 dolarów: 105 dolarów dla firmy zewnętrznej, której sąd zleca pełnienie nadzoru, a do tego 27 dolarów na „stanowy fundusz pomocy ofiarom wypadków drogowych”.
Powiedziano jej, że 50 dolarów z tej kwoty musi wpłacić gotówką na miejscu – w przeciwnym razie trafi do aresztu. Nie dysponowała jednak nawet taką kwotą, więc by zebrać potrzebną gotówkę, jej narzeczony oddał w zastaw drobną biżuterię i kosiarkę do trawy. Vera Cheeks pozostała pod nadzorem kuratorskim, a spóźnienie się choćby z jedną wpłatą oznaczało automatyczny powrót do aresztu. Tylko dlatego, że nie było jej stać na zapłacenie mandatu, z obywatelki cieszącej się pełnią praw w jednej chwili stała się dłużniczką władz stanowych. Prywatny podwykonawca śledził każdy jej ruch, a od więziennej celi dzielił ją jeden czek bez pokrycia.
Edelman wymienia zaskakująco długą listę opłat, jakie władze stanowe i miejskie nakładają na biednych. Skazani za przestępstwa płacą za pobyt w areszcie, za badania laboratoryjne, za obsługę administracyjną, a nawet za pracę prokuratorów, którzy prowadzili ich sprawę. Obowiązkowe kursy i terapie (na przykład dla osób, które prowadziły pojazd pod wpływem alkoholu) mogą kosztować powyżej 30 dolarów za sesję. Elektroniczny monitoring osób zwolnionych z aresztu i oczekujących na proces kosztuje 14 dolarów dziennie. W stanie Georgia za spalenie suchych liści bez zezwolenia wymierza się nawet 500 dolarów kary.
(...)
Pewnemu bezdomnemu z Sacramento w Kalifornii, który sypiał pod mostem, policja wystawiła 190 wezwań do sądu (niemal wyłącznie za nocowanie pod gołym niebem i „rozbijanie obozu”). Ostatecznie zasądzono mu grzywny na łączną kwotę 104 tysięcy dolarów, których oczywiście nie mógł zapłacić. Gdy w 2016 roku zmarł na raka, jego nazwisko widniało na trzydziestu siedmiu nakazach aresztowania. W jaki sposób służy to bezpieczeństwu publicznemu?
Szczególnie szokuje, jak często i jak słono trzeba płacić prywatnym przedsiębiorstwom za wyznaczony przez sędziego „dozór”. Kto nie jest w stanie wpłacić całej kwoty, automatycznie trafia do aresztu. W Ferguson w stanie Missouri grzywna za „zarośnięty i zachwaszczony” (czyli: niespełniający średnioklasowych standardów przyzwoitości) trawnik przed domem może wynieść 531 dolarów. W stanie Michigan każdy mandat może zostać powiększony o wyssaną z palca opłatę, choćby 500 dolarów na koszty utrzymania siłowni dla pracowników sądu. Chociaż konstytucja gwarantuje prawo do obrońcy z urzędu, w czterdziestu trzech stanach podsądnych obarcza się kosztami takiego adwokata. W Południowej Dakocie stawka wynosi 92 dolary za godzinę. Płacą nawet ci, których sąd uniewinnił – a niezdolność do wniesienia opłaty sama w sobie jest złamaniem prawa.
krytykapolityczna.pl
Dokument, do którego dotarła "Wyborcza" i Radio ZET, oznaczony jako Zlecenie nr 2, przewiduje jednak, że w okresie kampanii wyborczej wykonawca firma Elchupacabra stworzy miesięcznie 1 tys. "wątków tematycznych", za każdy z nich otrzyma 20 zł, oraz zapewni im aktywność na poziomie 5 tys. "wpisów automatycznych" w miesiącu. Cena za jeden wpis to 2 zł. W czasie obowiązywania umowy Duda zyskał w sondażach 15 punktów proc. w stosunku do swojego kontrkandydata Bronisława Komorowskiego.
Komentując umowę z Elchupacabra Szefernaker zwraca uwagę, że, sztab Andrzeja Dudy współpracował z wieloma firmami. "Na początku kampanii kandydat był mało znaną osobą, więc podejmowaliśmy działania pozytywne dotyczące zbudowania wizerunku. Dziś trudno mi określić, z jakich powodów. Trzy i pół roku po zawarciu tej umowy nie odpowiem dokładnie na pytanie, co kryje się pod konkretnym sformułowaniem w jednym z wielu zleceń" - czytamy w dzisiejszej "Wyborczej" i na stronie Radia ZET.
Jak całą sprawę komentują specjaliści? - Co trzecia reakcja na Facebooku pod postami najbardziej znanych polskich polityków to reakcja z konta fejkowego lub przejętego od właściciela. To, co się dzieje na polskim politycznym Facebooku, jest klasyczną dezinformacją - stwierdza Anna Mierzyńska, socjolożka zajmująca się analizowaniem funkcjonowania polityki w sieci.
onet.pl
Rządzący II RP uczynili bardzo wiele, żeby wyeliminować najbardziej wartościowych oficerów. Proces ten trwał lata i przybierał różne oblicza. Po przejęciu władzy przez sanację sukcesywnie usuwano ze służby osoby, które rozpoczynały swe kariery w armiach zaborczych. Jednocześnie promowano legionowych weteranów, bez oglądania się na ich umiejętności. Od początku lat trzydziestych dominująca w obozie władzy koteria pułkowników zadbała aby o awansie decydowały znajomości i powiązania towarzyskie. Na dokładkę masowo delegowano oficerów na stanowiska w administracji. Służąc w armii zostawali: ministrami, wojewodami, starostami, a także prezesami przedsiębiorstw państwowych. Do zajmowania się doskonaleniem umiejętności militarnych nie mieli głowy, a nawet chęci.
Za to znakomicie odnajdowali się w podlizywaniu najpierw Piłsudskiemu, a potem jego następcom. Gdy w 1938 r. na łamach „Dziennika Wileńskiego” Stanisław Cywiński rzekomo obraził pamięć Marszałka gen Stefan Dąb-Biernacki natychmiast posłał oficerów, żeby pobili felietonistę. Demonstrując tak, jak kocha osobę nieżyjącego już wodza. Ten sam generał we wrześniu 1939 r. otrzymał dowództwo armii „Prusy”, stanowiącej główny odwód polskich sił. Je zadaniem było powstrzymywać marsz niemieckich wojsk na Warszawę, kiedy Armia „Łódź” rozpocznie odwrót. Kluczowa sekwencja zdarzeń wyglądała następująco. Dowodzący Armią „Łódź” gen Juliusz Rómmel, kiedy 4 września Niemcy przełamali front nie potrafił zapanować nad podległymi mu jednostkami, po czym porzucił podkomendnych i uciekł do Warszawy. Wówczas do akcji powinna wejść Armia „Prusy”. Jednak po pierwszym kontakcie z wrogiem gen Stefan Dąb-Biernacki przebrał się w cywilne ubranie i także zwiał. Na najważniejszym odcinku frontu dowodzenie powierzono niekompetentnym tchórzom. „Lepiej mieć lwa na czele owiec, niż owcę na czele lwów” – lubił powtarzać Napoleon Bonaparte.
W przypadku kampanii wrześniowej można mówić wręcz o dowodzeniu przez stado baranów. Na północy dowódca Armii „Pomorze” gen. Władysław Bortnowski już trzeciego dnia wojny doznał załamania nerwowego i nie potrafił przez następne dni wydać żadnego rozkazu. Na południu gen Kazimierz Fabrycy po pierwszych klęskach porzucił swoją armię „Karpaty”. Nawet Naczelny Wódz 7 września postanowił opuścić Warszawę, ewakuując się do Brześcia wraz ze sztabem, choć nie istniało tam żadne zapasowe stanowisko dowodzenia. Swoją decyzją marszałek Rydz-Śmigły pozbawił się możliwości realnego wpływania na działania, podległych mu armiami. Zamiast koordynować trwający na całym froncie odwrót, spotęgował ogromny chaos. Na tym tle zyskująco prezentowała się sylwetka dowódcy armii „Poznań” gen Kutrzeby. Nie dość, że potrafił utrzymać kontrolę nad podległymi mu dowódcami i jednostkami, to jeszcze wykazywał się samodzielnością, dużą odpornością psychiczną i talentem militarnym. W tym kontekście najbardziej zaskakuje, że posiadając tyle zalet udało mu się tak wysoko awansować w przedwrześniowej armii i nikt zawczasu go z niej nie usunął.
dziennik.pl
Ekonomista Thomas Palley uważa właśnie przenoszenie produkcji za granicę za cechę wyróżniającą obecną fazę globalizacji. Nazywa to „ekonomią barki”: fabryki przemieszczają się między poszczególnymi krajami, szukając sposobów na obniżenie kosztów. Powstała cała infrastruktura prawna i polityczna stworzona po to, aby wspierać przeniesioną za granicę produkcję, której owoce są następnie importowane do kraju eksportującego kapitał. Palley słusznie uważa offshoring za celową politykę międzynarodowych korporacji, mającą na celu osłabienie krajowej siły roboczej i zwiększenie zysków.
Zdolność przedsiębiorstw do globalnej alokacji miejsc pracy zmienia charakter dyskusji o „korzyściach z handlu”. W rzeczywistości nie ma już bowiem żadnej gwarancji „korzyści”, nawet w dłuższej perspektywie czasowej, dla tych krajów, które eksportują technologie i miejsca pracy.
Pod koniec życia Paul Samuelson, autorytet amerykańskiej ekonomii i współautor słynnego twierdzenia Stolpera-Samuelsona o handlu przyznał, że jeśli kraje takie jak Chiny połączą zachodnią technologię z niższymi kosztami pracy, to handel z nimi doprowadzi do obniżenia płac na Zachodzie. Prawdą jest, że obywatele Zachodu będą mieli dostęp do tańszych towarów, ale możliwość zakupu żywności o 20 procent taniej w dyskontach typu Wal-Mart niekoniecznie zrekompensuje obniżenie wynagrodzeń. Na końcu tunelu wolnego handlu nie czeka zatem żaden „garnek złota”. Samuelson zastanawiał się nawet, czy „drobna nieefektywność” nie jest aby rozsądną ceną za ochronę tego, co „warto produkować” u siebie.
W 2016 roku „The Economist” przyznał, że „bilans krótkoterminowych kosztów i korzyści” wynikających z globalizacji jest „bardziej złożony niż zakładają to podręczniki”. W latach 1991–2013 udział Chin w światowym eksporcie wytwórczym wzrósł z 2,3 proc. do 18,8 proc. Niektóre kategorie amerykańskiej produkcji przemysłowej zostały całkiem wyeliminowane. Autorzy tekstu sugerują, że Stany Zjednoczone zyskają jednak „w ostatecznym rozrachunku”. Jednak na korzyści trzeba będzie poczekać „kilkadziesiąt lat”, a i wówczas nie rozłożą się równomiernie.
krytykapolityczna.pl
sobota, 6 kwietnia 2019
Dobrym przykładem jest Gdańsk, gdzie Paweł Adamowicz, długo funkcjonujący prezydent zaczynał jako modelowy przedstawiciel liberalnego technokraty związanego z Platformą Obywatelską. Głośno protestował przeciw obywatelskiej partycypacji: że przecież po to dostaje mandat, żeby go mieszkańcy mogli rozliczyć, a nie żeby musiał męczyć obywateli współrządzeniem, a oni jemu mieli przeszkadzać… I nagle Adamowicz odkrywa – między innymi pod wpływem ruchów miejskich – że trzeba zacząć kooptację, jeśli nie personalną, to na pewno ideową.
I co sprowadziło na niego oświecenie? Dobre wyniki tych niepartyjnych, oddolnych ruchów?
Był jeszcze drugi czynnik, strukturalny. Są bowiem problemy, które złożonością wykraczają poza możliwość zarządzania technokratycznego. Dla Gdańska takim przełomem było podtopienie miasta w 2016 roku, kiedy dwie osoby zginęły. Okazało się też, że system zbudowany przez ekspertów zwyczajnie nie zadziałał.
Może po prostu trzeba było wynająć lepszych ekspertów?
Nie, zrozumiano, że zarządzanie systemem alarmowym w kontekście anomalii pogodowych, które będą przecież coraz silniejsze ze względu na zmiany klimatyczne, nie może być „techniczne”, że wymaga to rozwiązań społecznych. Z tego powodu Gdańsk podążył za rekomendacją Marcina Gerwina i zdecydował się zwołać panel obywatelski. To dość radykalna metoda, bo panel nie jest ciałem konsultacyjnym, tylko decyzyjnym. Rekomendacje panelu, które zyskają poparcie 80 procent jego uczestników, stają się w Gdańsku obowiązujące. Do tego jeśli obywatele zbiorą 5 tys. podpisów, władze miasta mają obowiązek zorganizować panel na wskazany przez mieszkańców temat. Trudno o lepszy przykład obywatelskiego współwytwarzania polityki miejskiej.
I o czym w takim panelu decydują?
Na razie w Gdańsku były trzy panele, wszystkie zwołane przez prezydenta, z tym że tematy dwóch pierwszych zasugerował Marcin Gerwin, trzeci sformułował Paweł Adamowicz. Pierwszy dotyczył podtopień, drugi smogu w mieście. Tu znowu się okazało, że sprawa wcale nie jest techniczna, bo co to właściwie znaczy „zmniejszyć emisję”? Zaczynamy rozumieć, jak ważnym problemem jest ubóstwo energetyczne. Nie poradzimy sobie ze smogiem, jeśli nie rozwiążemy tego problemu socjoekonomicznego.
A jak wprowadzimy po prostu normy jakości spalanego paliwa i zaczniemy je twardo egzekwować?
To ludzie będą marznąć, co jest i nieludzkie, i politycznie zabójcze. Gdańsk też nie rozwiąże tego problemu, jeśli nie uwzględni głosu mieszkańców – w tym też tych, których nie stać dziś na ekologiczne ogrzewanie. Ostatni panel był może najbardziej karkołomny, bo dotyczył samej aktywności obywatelskiej: wbrew stereotypowi Gdańska jako „miasta wolności” i mimo że są tam silnie zmobilizowane grupy – np. lokatorskie czy rowerzyści – aktywność nie ma masowego charakteru. Frekwencja wyborcza jest na tle kraju niewielka.
krytykapolityczna.pl
Rekonstrukcja idei politycznej PiS zasługuje na najwyższe uznanie: syntetycznie i z trzeźwym dystansem Sawczuk pokazuje ewolucję projektu politycznego Jarosława Kaczyńskiego na kilku planach. Po pierwsze, od chadecji, przez „konserwatywną rewolucję” a la polonaise, aż po dość nihilistyczną czystkę sprowadzającą „dobrą zmianę” do wymiany kadr. Po drugie, od „niewiary w lud” Kaczyńskiego z połowy lat 90. (a więc elitaryzmu) po populistyczne – wedle definicji Jana-Wernera Müllera – utożsamienie władzy PiS z głosem skonstruowanego „ludu” jako suwerena. Po trzecie wreszcie, od inspirowanej teoriami Stanisława Ehrlicha walki o polityczny pluralizm i zmianę równowagi sił społecznych jako warunków faktycznej praworządności do całkowicie plastycznego ideowo projektu „rekonstrukcji polskości”, tak bardzo pozbawionego substancji i przygodnego, że ostatecznie sprowadza się do wymuszania posłuszeństwa wobec PiS-owskiej elity władzy.
Autor nie pisze tego wprost, ale z jego wywodu wynika wyraźnie, że polityczne idee naukowego mentora Kaczyńskiego doskonale nadawały się na narzędzie krytyki III RP i dekonstrukcji transformacyjnego mitu – w ogóle jednak nie posłużyły za przesłankę dla PiS-owskich reform. Ironią losu bowiem z intelektualnego dziedzictwa Ehrlicha w toku „dobrej zmiany” pozostała jedynie „kontekstowa wykładnia prawa” („ważniejsza od [litery] prawa jest [definiowana przez PiS] sprawiedliwość”), walkę o pluralizm i równe szanse artykulacji interesów przez wielość grup społecznych zastąpiła walka o ideowy monopol i podporządkowanie wszystkiego, co publiczne. A skoro metapolityczna misja (od)budowy polskiej tożsamości nie ma zakorzenienia w żadnych społecznych realiach, jest areną czystego woluntaryzmu elity PiS – w zderzeniu z chroniczną niekompetencją jego nowo mianowanych kadr musiało to zredukować politykę tej partii do dwóch tylko wymiarów: koncentracji władzy i radykalizacji politycznego konfliktu. Tak o to plany „zadomowienia Polaków”, których tradycje deptać miała wyalienowana elita, oraz przywrócenia praworządności w jej substancjalnym, a nie tylko formalnym wymiarze, przyniosły w efekcie mianowanie swoich gdzie tylko się da.
krytykapolityczna.pl
Kto choruje częściej - kobiety czy mężczyźni?
- Częściej chorują kobiety. Częściej są też zdiagnozowane, bo szybciej szukają fachowej pomocy. Mężczyzna leczy się rzadziej. Trudno jest mu się przyznać przed rodziną, znajomymi, samym sobą, że ma problem. Cały czas żyjemy w świecie stereotypów, a według nich facet to myśliwy. Ma walczyć, zwyciężać, zapewniać rodzinie bezpieczeństwo. Nie idzie to w parze z depresją, stanem beznadziejności. Ta zabiera mężczyźnie wszystkie tzw. męskie cechy. Zazwyczaj choruje więc w ukryciu. Kiedy zaczyna się jednak leczyć, ma tendencję do nieprzestrzegania zaleceń. Wcześniej odstawia leki, czasami łączy je z alkoholem.
To dlatego mężczyźni częściej niż kobiety popełniają samobójstwo?
- Nie ma dokładnych danych, ile samobójców cierpiało na depresję. Jeśli ktoś decyduje się na zakończenie swojego życia, to w większości przypadków jest samotny, a jego życie wydawało mu się beznadziejne. Prawdą jest jednak, że stosunek mężczyzn samobójców do kobiet samobójczyń jest u nas bardzo wysoki - 5:1. Kobiety w Polsce częściej próbują popełnić samobójstwo, ale mężczyźni robią to skuteczniej. Poza tym działają szybciej. Od momentu podjęcia decyzji o samobójstwie do próby samobójczej upływa mniej czasu. No i większość samobójstw mężczyzn odbywa się pod wpływem alkoholu. Cały czas mało się o tym mówi. W 2000 roku odnotowano w Polsce 4,9 tysiąca samobójstw. Czternaście lat później było już ich znacznie więcej – ponad sześć tysięcy. Co piąty samobójca to osoba młoda - w wieku od 20 do 24 lat. To dane z Komendy Głównej Policji. Dla porównania, w tym samym 2014 roku na polskich drogach zginęło 3,5 tysiąca kierowców. Zdecydowanie mniej, a mimo to o wypadkach się mówi. O samobójcach - milczy.
(...)
Chorujemy psychicznie częściej niż kiedyś. Dlaczego?
- To skomplikowane zagadnienie. Płacimy koszt za ogromny postęp cywilizacyjny i ekonomiczny, jaki dokonał się w Polsce przez ostatnie 25 lat. Niemcy, Norwegowie, Szwedzi, Austriacy dochodzili do swojego statusu materialnego stopniowo, rozłożyli ten proces na kilkadziesiąt, a nawet na kilkaset lat. My gonimy ich w szalonym tempie, pracujemy po 20 godzin na dobę, zawsze mamy włączone komórki, nawet na urlopach, jeśli je w ogóle wykorzystujemy. Narzucamy cele niezwykle trudne do osiągnięcia, a jeszcze trudniejsze do utrzymania na dłuższą metę. Domy muszą być wielkie, szkoły prywatne, wakacje w tropikach, a ciuchy z butików. Dopóki wystarcza sił, pieniędzy, zdrowia, jakoś się kręci. Niestety, wystarczy lekki wiaterek, nawet nie sztorm, żeby kolos na glinianych nogach się zachwiał, albo i wywrócił. Paweł Sołtys, muzyk i pisarz, powiedział ostatnio zdanie, które mocno zapadło mi w pamięć: "Polską klasę średnią od bezdomności dzielą dwie raty kredytu". Widmo ekonomicznej katastrofy to jeden z głównych czynników depresyjnych XXI wieku.
tvn24.pl
Czy ten wzrost gospodarczy dzięki giełdowym kursom firm technologicznych ma jakieś koszta społeczne?
W San Francisco to widać jak na dłoni. To bardzo bogaty rejon, z najlepszymi wynagrodzeniami na świecie. Z tego samego powodu koszty życia poszły tam bardzo w górę – od kosztów nieruchomości przez podatki lokalne, najwyższe w całych Stanach, aż po ceny podstawowych produktów. Trzypokojowe mieszkanie kosztuje tam ponad milion dolarów i nie stać na nie nikogo, nawet tych świetnie opłacanych pracowników korporacji. Ci ludzie decydują się więc na wynajem, co z kolei prowadzi do wzrostu czynszów, natomiast osoby nie zatrudnione w sektorze technologicznym po prostu tracą dach nad głową. Dopiero co odwiedziłam San Francisco i jestem załamana liczbą bezdomnych na ulicach. W środku najbogatszego hrabstwa najbogatszego stanu USA mamy sytuację rodem z trzeciego świata – jakkolwiek niepoprawnie politycznie to brzmi.
To co się dzieje z tymi wszystkimi mieszkaniami, na które ludzi nie stać?
Kupują je chińscy inwestorzy, którzy ich nie wynajmują, tylko trzymają dla swoich dzieci – stoją więc puste. W San Francisco rynek mieszkaniowy nie nadąża za popytem i na pewno nie jest dopasowany cenowo do możliwości mieszkańców.
Tak więc w obrębie tego bardzo bogatego obszaru, który pcha całą amerykańską gospodarkę, mamy pustynie biedy. Następuje proces odkładania kapitału w celach inwestycyjno-rozwojowych, który nie wraca na rynek i w efekcie nie poprawia jakości życia przeciętnej społeczności. Nie ma na to prostego rozwiązania, choć i władze lokalne, i firmy technologiczne próbują coś z tym zrobić.
krytykapolityczna.pl
Deep state – głębokie państwo – czyli amerykańskie struktury rządowe zdominowane przez Clintonów oraz kadrę przywódczą FBI i CIA. To tej właśnie frazy wyborcy Trumpa używają na Facebooku i YouTubie, gdy mają na myśli owo waszyngtońskie „bagno” (the swamp), które Trump obiecywał osuszyć. Minęły dwa lata i bagno ma się lepiej niż kiedykolwiek, głównie za sprawą korupcji nowej administracji. Z kolei demokraci paradoksalnie znaleźli się w pozycji, gdzie ich główną bronią w walce z Trumpem jest FBI i republikanin Robert Mueller… Dziwny jest ten świat. Ale czy należy wierzyć własnym oczom? Może nie należy? Może istnieje lepsze, bardziej spójne wytłumaczenie na cały ten bajzel?
Otóż nie lękajcie się, istnieje! Nowa teoria spiskowa, tzw. QAnon, zyskuje sobie wśród Amerykanów coraz większą liczbę sympatyków. Koncentruje się ona wokół postów anonimowej osoby lub grupy osób, nazywających siebie Q, które twierdzą, że mają dostęp do tajnych informacji na temat walki, jaką Trump prowadzi z „głębokim państwem”, walki, która zakończy się wielkim przewrotem politycznym i powrotem do świetności Ameryki.
Wszystko zaczęło się w październiku 2017 na forum 4chan, gdzie niejaki Q zamieścił serię postów zatytułowaną „cisza przed burzą”. Sam ten tytuł jest, proszę zauważyć, niezwykle znamienny, gdyż 5 października 2017, w czasie krótkiej konferencji prasowej Trump sam użył tego określenia – „cisza przed burzą”. A kiedy dziennikarka zapytała go, o jaką burzę mu chodzi, Trump odparł tajemniczo: „Zobaczycie!”
Oto tłumaczenie pierwszego postu. Zapnijcie pasy!
„Q Post 2017-10-28
>>147005381 HRC [Hilary Rotham Clinton] ekstradycja już w toku zaczyna się jutro z udziałem wielu krajów w razie próby ucieczki za granicę. Jej paszport będzie unieważniony 30/10 @ 00:01. Należy spodziewać się zamieszek i prób ucieczki z USA przez innych. Amerykańskie M’s [marines? Military?] przeprowadzą operację z aktywowaną NG [Gwardia Narodowa]. Dowód? Zlokalizuj członka NG i sprawdź aktywność na służbie 30/10 w większości miast.”
krytykapolityczna.pl
Odpady niemożliwe do uniknięcia to te, które powstają w wyniku przygotowywania lub spożywania żywności, a nie są jadalne. Odpady możliwe do. uniknięcia to wyrzucone jedzenie, np. zepsute, nieświeże itp, które wcześniej było jadalne.
Badania prowadzono dla 51 różnych rodzajów świeżych owoców i warzyw, w sześciu krajach UE (Niemcy, Hiszpania, Dania, Holandia, Finlandia i Wielka Brytania), w roku 2010.
Po przeanalizowaniu zebranych danych naukowcy wyliczyli, że rocznie w Unii Europejskiej w przeliczeniu na jednego mieszkańca przypada 21,1 kg odpadów nieuniknionych i 14,2 kg odpadów możliwych do uniknięcia.
Marnowanych jest średnio 29 proc. (35,3 kg na osobę) świeżych owoców i warzyw zakupionych w europejskich gospodarstwach domowych, z czego wyrzucania 12 proc. (14,2 kg) można by uniknąć.
Jeśli chodzi o ilość możliwych do uniknięcia i niemożliwych do uniknięcia odpadów, autorzy badania zauważają obecność dużych różnic pomiędzy poszczególnymi krajami UE. Wynikają one przede wszystkim z różnic w kulturowych i ekonomicznych mających wpływ na marnotrawstwo oraz różnych wzorców konsumpcyjnych, które wpływają na ilość kupowanej żywności.
Na przykład: chociaż zakupy świeżych warzyw w Wielkiej Brytanii są niższe, niż w Niemczech - to jednak ilość nieuniknionych odpadów generowanych na jednego mieszkańca jest prawie taka sama w obu tych państwach. Wynika z tego, że poziom możliwego do uniknięcia marnotrawstwa jest wyższy w Wielkiej Brytanii. Uważa się, że te kraje, w których obywatele wydają na żywność więcej pieniędzy, generują mniej odpadów, których można uniknąć.
W podsumowaniu autorzy raportu przypominają, że rocznie na terenie UE marnuje się ok. 88 milionów ton żywności. Związane z tym koszty szacuje się na 143 miliardy euro.
PAP
Subskrybuj:
Posty (Atom)
