sobota, 6 kwietnia 2019
Dobrym przykładem jest Gdańsk, gdzie Paweł Adamowicz, długo funkcjonujący prezydent zaczynał jako modelowy przedstawiciel liberalnego technokraty związanego z Platformą Obywatelską. Głośno protestował przeciw obywatelskiej partycypacji: że przecież po to dostaje mandat, żeby go mieszkańcy mogli rozliczyć, a nie żeby musiał męczyć obywateli współrządzeniem, a oni jemu mieli przeszkadzać… I nagle Adamowicz odkrywa – między innymi pod wpływem ruchów miejskich – że trzeba zacząć kooptację, jeśli nie personalną, to na pewno ideową.
I co sprowadziło na niego oświecenie? Dobre wyniki tych niepartyjnych, oddolnych ruchów?
Był jeszcze drugi czynnik, strukturalny. Są bowiem problemy, które złożonością wykraczają poza możliwość zarządzania technokratycznego. Dla Gdańska takim przełomem było podtopienie miasta w 2016 roku, kiedy dwie osoby zginęły. Okazało się też, że system zbudowany przez ekspertów zwyczajnie nie zadziałał.
Może po prostu trzeba było wynająć lepszych ekspertów?
Nie, zrozumiano, że zarządzanie systemem alarmowym w kontekście anomalii pogodowych, które będą przecież coraz silniejsze ze względu na zmiany klimatyczne, nie może być „techniczne”, że wymaga to rozwiązań społecznych. Z tego powodu Gdańsk podążył za rekomendacją Marcina Gerwina i zdecydował się zwołać panel obywatelski. To dość radykalna metoda, bo panel nie jest ciałem konsultacyjnym, tylko decyzyjnym. Rekomendacje panelu, które zyskają poparcie 80 procent jego uczestników, stają się w Gdańsku obowiązujące. Do tego jeśli obywatele zbiorą 5 tys. podpisów, władze miasta mają obowiązek zorganizować panel na wskazany przez mieszkańców temat. Trudno o lepszy przykład obywatelskiego współwytwarzania polityki miejskiej.
I o czym w takim panelu decydują?
Na razie w Gdańsku były trzy panele, wszystkie zwołane przez prezydenta, z tym że tematy dwóch pierwszych zasugerował Marcin Gerwin, trzeci sformułował Paweł Adamowicz. Pierwszy dotyczył podtopień, drugi smogu w mieście. Tu znowu się okazało, że sprawa wcale nie jest techniczna, bo co to właściwie znaczy „zmniejszyć emisję”? Zaczynamy rozumieć, jak ważnym problemem jest ubóstwo energetyczne. Nie poradzimy sobie ze smogiem, jeśli nie rozwiążemy tego problemu socjoekonomicznego.
A jak wprowadzimy po prostu normy jakości spalanego paliwa i zaczniemy je twardo egzekwować?
To ludzie będą marznąć, co jest i nieludzkie, i politycznie zabójcze. Gdańsk też nie rozwiąże tego problemu, jeśli nie uwzględni głosu mieszkańców – w tym też tych, których nie stać dziś na ekologiczne ogrzewanie. Ostatni panel był może najbardziej karkołomny, bo dotyczył samej aktywności obywatelskiej: wbrew stereotypowi Gdańska jako „miasta wolności” i mimo że są tam silnie zmobilizowane grupy – np. lokatorskie czy rowerzyści – aktywność nie ma masowego charakteru. Frekwencja wyborcza jest na tle kraju niewielka.
krytykapolityczna.pl
Rekonstrukcja idei politycznej PiS zasługuje na najwyższe uznanie: syntetycznie i z trzeźwym dystansem Sawczuk pokazuje ewolucję projektu politycznego Jarosława Kaczyńskiego na kilku planach. Po pierwsze, od chadecji, przez „konserwatywną rewolucję” a la polonaise, aż po dość nihilistyczną czystkę sprowadzającą „dobrą zmianę” do wymiany kadr. Po drugie, od „niewiary w lud” Kaczyńskiego z połowy lat 90. (a więc elitaryzmu) po populistyczne – wedle definicji Jana-Wernera Müllera – utożsamienie władzy PiS z głosem skonstruowanego „ludu” jako suwerena. Po trzecie wreszcie, od inspirowanej teoriami Stanisława Ehrlicha walki o polityczny pluralizm i zmianę równowagi sił społecznych jako warunków faktycznej praworządności do całkowicie plastycznego ideowo projektu „rekonstrukcji polskości”, tak bardzo pozbawionego substancji i przygodnego, że ostatecznie sprowadza się do wymuszania posłuszeństwa wobec PiS-owskiej elity władzy.
Autor nie pisze tego wprost, ale z jego wywodu wynika wyraźnie, że polityczne idee naukowego mentora Kaczyńskiego doskonale nadawały się na narzędzie krytyki III RP i dekonstrukcji transformacyjnego mitu – w ogóle jednak nie posłużyły za przesłankę dla PiS-owskich reform. Ironią losu bowiem z intelektualnego dziedzictwa Ehrlicha w toku „dobrej zmiany” pozostała jedynie „kontekstowa wykładnia prawa” („ważniejsza od [litery] prawa jest [definiowana przez PiS] sprawiedliwość”), walkę o pluralizm i równe szanse artykulacji interesów przez wielość grup społecznych zastąpiła walka o ideowy monopol i podporządkowanie wszystkiego, co publiczne. A skoro metapolityczna misja (od)budowy polskiej tożsamości nie ma zakorzenienia w żadnych społecznych realiach, jest areną czystego woluntaryzmu elity PiS – w zderzeniu z chroniczną niekompetencją jego nowo mianowanych kadr musiało to zredukować politykę tej partii do dwóch tylko wymiarów: koncentracji władzy i radykalizacji politycznego konfliktu. Tak o to plany „zadomowienia Polaków”, których tradycje deptać miała wyalienowana elita, oraz przywrócenia praworządności w jej substancjalnym, a nie tylko formalnym wymiarze, przyniosły w efekcie mianowanie swoich gdzie tylko się da.
krytykapolityczna.pl
Kto choruje częściej - kobiety czy mężczyźni?
- Częściej chorują kobiety. Częściej są też zdiagnozowane, bo szybciej szukają fachowej pomocy. Mężczyzna leczy się rzadziej. Trudno jest mu się przyznać przed rodziną, znajomymi, samym sobą, że ma problem. Cały czas żyjemy w świecie stereotypów, a według nich facet to myśliwy. Ma walczyć, zwyciężać, zapewniać rodzinie bezpieczeństwo. Nie idzie to w parze z depresją, stanem beznadziejności. Ta zabiera mężczyźnie wszystkie tzw. męskie cechy. Zazwyczaj choruje więc w ukryciu. Kiedy zaczyna się jednak leczyć, ma tendencję do nieprzestrzegania zaleceń. Wcześniej odstawia leki, czasami łączy je z alkoholem.
To dlatego mężczyźni częściej niż kobiety popełniają samobójstwo?
- Nie ma dokładnych danych, ile samobójców cierpiało na depresję. Jeśli ktoś decyduje się na zakończenie swojego życia, to w większości przypadków jest samotny, a jego życie wydawało mu się beznadziejne. Prawdą jest jednak, że stosunek mężczyzn samobójców do kobiet samobójczyń jest u nas bardzo wysoki - 5:1. Kobiety w Polsce częściej próbują popełnić samobójstwo, ale mężczyźni robią to skuteczniej. Poza tym działają szybciej. Od momentu podjęcia decyzji o samobójstwie do próby samobójczej upływa mniej czasu. No i większość samobójstw mężczyzn odbywa się pod wpływem alkoholu. Cały czas mało się o tym mówi. W 2000 roku odnotowano w Polsce 4,9 tysiąca samobójstw. Czternaście lat później było już ich znacznie więcej – ponad sześć tysięcy. Co piąty samobójca to osoba młoda - w wieku od 20 do 24 lat. To dane z Komendy Głównej Policji. Dla porównania, w tym samym 2014 roku na polskich drogach zginęło 3,5 tysiąca kierowców. Zdecydowanie mniej, a mimo to o wypadkach się mówi. O samobójcach - milczy.
(...)
Chorujemy psychicznie częściej niż kiedyś. Dlaczego?
- To skomplikowane zagadnienie. Płacimy koszt za ogromny postęp cywilizacyjny i ekonomiczny, jaki dokonał się w Polsce przez ostatnie 25 lat. Niemcy, Norwegowie, Szwedzi, Austriacy dochodzili do swojego statusu materialnego stopniowo, rozłożyli ten proces na kilkadziesiąt, a nawet na kilkaset lat. My gonimy ich w szalonym tempie, pracujemy po 20 godzin na dobę, zawsze mamy włączone komórki, nawet na urlopach, jeśli je w ogóle wykorzystujemy. Narzucamy cele niezwykle trudne do osiągnięcia, a jeszcze trudniejsze do utrzymania na dłuższą metę. Domy muszą być wielkie, szkoły prywatne, wakacje w tropikach, a ciuchy z butików. Dopóki wystarcza sił, pieniędzy, zdrowia, jakoś się kręci. Niestety, wystarczy lekki wiaterek, nawet nie sztorm, żeby kolos na glinianych nogach się zachwiał, albo i wywrócił. Paweł Sołtys, muzyk i pisarz, powiedział ostatnio zdanie, które mocno zapadło mi w pamięć: "Polską klasę średnią od bezdomności dzielą dwie raty kredytu". Widmo ekonomicznej katastrofy to jeden z głównych czynników depresyjnych XXI wieku.
tvn24.pl
Czy ten wzrost gospodarczy dzięki giełdowym kursom firm technologicznych ma jakieś koszta społeczne?
W San Francisco to widać jak na dłoni. To bardzo bogaty rejon, z najlepszymi wynagrodzeniami na świecie. Z tego samego powodu koszty życia poszły tam bardzo w górę – od kosztów nieruchomości przez podatki lokalne, najwyższe w całych Stanach, aż po ceny podstawowych produktów. Trzypokojowe mieszkanie kosztuje tam ponad milion dolarów i nie stać na nie nikogo, nawet tych świetnie opłacanych pracowników korporacji. Ci ludzie decydują się więc na wynajem, co z kolei prowadzi do wzrostu czynszów, natomiast osoby nie zatrudnione w sektorze technologicznym po prostu tracą dach nad głową. Dopiero co odwiedziłam San Francisco i jestem załamana liczbą bezdomnych na ulicach. W środku najbogatszego hrabstwa najbogatszego stanu USA mamy sytuację rodem z trzeciego świata – jakkolwiek niepoprawnie politycznie to brzmi.
To co się dzieje z tymi wszystkimi mieszkaniami, na które ludzi nie stać?
Kupują je chińscy inwestorzy, którzy ich nie wynajmują, tylko trzymają dla swoich dzieci – stoją więc puste. W San Francisco rynek mieszkaniowy nie nadąża za popytem i na pewno nie jest dopasowany cenowo do możliwości mieszkańców.
Tak więc w obrębie tego bardzo bogatego obszaru, który pcha całą amerykańską gospodarkę, mamy pustynie biedy. Następuje proces odkładania kapitału w celach inwestycyjno-rozwojowych, który nie wraca na rynek i w efekcie nie poprawia jakości życia przeciętnej społeczności. Nie ma na to prostego rozwiązania, choć i władze lokalne, i firmy technologiczne próbują coś z tym zrobić.
krytykapolityczna.pl
Deep state – głębokie państwo – czyli amerykańskie struktury rządowe zdominowane przez Clintonów oraz kadrę przywódczą FBI i CIA. To tej właśnie frazy wyborcy Trumpa używają na Facebooku i YouTubie, gdy mają na myśli owo waszyngtońskie „bagno” (the swamp), które Trump obiecywał osuszyć. Minęły dwa lata i bagno ma się lepiej niż kiedykolwiek, głównie za sprawą korupcji nowej administracji. Z kolei demokraci paradoksalnie znaleźli się w pozycji, gdzie ich główną bronią w walce z Trumpem jest FBI i republikanin Robert Mueller… Dziwny jest ten świat. Ale czy należy wierzyć własnym oczom? Może nie należy? Może istnieje lepsze, bardziej spójne wytłumaczenie na cały ten bajzel?
Otóż nie lękajcie się, istnieje! Nowa teoria spiskowa, tzw. QAnon, zyskuje sobie wśród Amerykanów coraz większą liczbę sympatyków. Koncentruje się ona wokół postów anonimowej osoby lub grupy osób, nazywających siebie Q, które twierdzą, że mają dostęp do tajnych informacji na temat walki, jaką Trump prowadzi z „głębokim państwem”, walki, która zakończy się wielkim przewrotem politycznym i powrotem do świetności Ameryki.
Wszystko zaczęło się w październiku 2017 na forum 4chan, gdzie niejaki Q zamieścił serię postów zatytułowaną „cisza przed burzą”. Sam ten tytuł jest, proszę zauważyć, niezwykle znamienny, gdyż 5 października 2017, w czasie krótkiej konferencji prasowej Trump sam użył tego określenia – „cisza przed burzą”. A kiedy dziennikarka zapytała go, o jaką burzę mu chodzi, Trump odparł tajemniczo: „Zobaczycie!”
Oto tłumaczenie pierwszego postu. Zapnijcie pasy!
„Q Post 2017-10-28
>>147005381 HRC [Hilary Rotham Clinton] ekstradycja już w toku zaczyna się jutro z udziałem wielu krajów w razie próby ucieczki za granicę. Jej paszport będzie unieważniony 30/10 @ 00:01. Należy spodziewać się zamieszek i prób ucieczki z USA przez innych. Amerykańskie M’s [marines? Military?] przeprowadzą operację z aktywowaną NG [Gwardia Narodowa]. Dowód? Zlokalizuj członka NG i sprawdź aktywność na służbie 30/10 w większości miast.”
krytykapolityczna.pl
Odpady niemożliwe do uniknięcia to te, które powstają w wyniku przygotowywania lub spożywania żywności, a nie są jadalne. Odpady możliwe do. uniknięcia to wyrzucone jedzenie, np. zepsute, nieświeże itp, które wcześniej było jadalne.
Badania prowadzono dla 51 różnych rodzajów świeżych owoców i warzyw, w sześciu krajach UE (Niemcy, Hiszpania, Dania, Holandia, Finlandia i Wielka Brytania), w roku 2010.
Po przeanalizowaniu zebranych danych naukowcy wyliczyli, że rocznie w Unii Europejskiej w przeliczeniu na jednego mieszkańca przypada 21,1 kg odpadów nieuniknionych i 14,2 kg odpadów możliwych do uniknięcia.
Marnowanych jest średnio 29 proc. (35,3 kg na osobę) świeżych owoców i warzyw zakupionych w europejskich gospodarstwach domowych, z czego wyrzucania 12 proc. (14,2 kg) można by uniknąć.
Jeśli chodzi o ilość możliwych do uniknięcia i niemożliwych do uniknięcia odpadów, autorzy badania zauważają obecność dużych różnic pomiędzy poszczególnymi krajami UE. Wynikają one przede wszystkim z różnic w kulturowych i ekonomicznych mających wpływ na marnotrawstwo oraz różnych wzorców konsumpcyjnych, które wpływają na ilość kupowanej żywności.
Na przykład: chociaż zakupy świeżych warzyw w Wielkiej Brytanii są niższe, niż w Niemczech - to jednak ilość nieuniknionych odpadów generowanych na jednego mieszkańca jest prawie taka sama w obu tych państwach. Wynika z tego, że poziom możliwego do uniknięcia marnotrawstwa jest wyższy w Wielkiej Brytanii. Uważa się, że te kraje, w których obywatele wydają na żywność więcej pieniędzy, generują mniej odpadów, których można uniknąć.
W podsumowaniu autorzy raportu przypominają, że rocznie na terenie UE marnuje się ok. 88 milionów ton żywności. Związane z tym koszty szacuje się na 143 miliardy euro.
PAP
czwartek, 4 kwietnia 2019
Niektórzy rolnicy przechodzą na rolnictwo ekologiczne, ponieważ kuszą ich wysokie ceny pochodzących z niego towarów. Inni dlatego, ponieważ nie chcą, by ich działalność szkodziła środowisku naturalnemu. Jeszcze inni obawiają się o swoje zdrowie, a nawet życie, w związku z częstym kontaktem z chemikaliami szeroko stosowanymi w rolnictwie konwencjonalnym.
Przykładem dla ostatniej z wymienionych grup może być Blaine Schmaltz, z miejscowości Rugby w Północnej Dakocie. Pewnego dnia Schmaltz przeprowadzał opryski herbicydami na jednym ze swoich pól. W pewnym momencie przerwał, ponieważ chciał sprawdzić poziom środka chemicznego w opryskiwaczu. Po tym jak zajrzał do środka, momentalnie poczuł się słabo i zemdlał. Kilka następnych miesięcy spędził w szpitalu z zapaleniem dróg oddechowych, bolącymi mięśniami i bezsennością. Diagnoza: astma zawodowa.
„Doktor doradzał mi, bym odpuścił sobie rolnictwo.” – mówi Schmaltz.”Powiedział, że jeśli tego nie zrobię, umrę w ciągu najbliższych 10 lat.”
W trakcie rekonwalescencji Schmaltz dużo czytał o rolnictwie ekologicznym. Kochał pracę w swoim gospodarstwie i dlatego podjął decyzję o jego dalszym prowadzeniu, jednak tym razem w zgodzie z przyrodą. Pracę rozpoczął już w kolejnym sezonie. Po czasie okazało się, że to był dobry wybór – mimo prowadzenia gospodarstwa objawy chorobowe zniknęły. Teraz uprawia pszenicę, fasolę, len i inne rośliny.
„Nie zdecydowałem się na rolnictwo ekologiczne ze względu na większe pieniądze czy ideologię.” – dodaje Schmaltz. „Zrobiłem to dla siebie i swojej rodziny, by bez obaw o zdrowie móc kontynuować pracę na roli.”
ulicaekologiczna.pl
Problemy ze zdrowiem zaczynają się już po kilku miesiącach. Ludzie skarżą się na bolące stawy, kolana, urazy kręgosłupa, opuchnięte stopy. – W badaniach wyszło mi, że mam za dużo kreatyniny w moczu. Lekarz stwierdził, że prawdopodobnie za dużo stoję. Faktycznie, prawie dziesięć godzin, wykonując tę samą czynność – mówi Roman ze Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza. W Amazonie pracuje od pięciu lat. – Przez pierwsze dwa miesiące zrzuciłem 8 kg. Problemy z kręgosłupem wywołane dźwiganiem okazały się na tyle poważne, że konieczna była wielotygodniowa rehabilitacja. W zeszłym roku byłem ponad miesiąc na zwolnieniu – dodaje Daniel, kolega Romana ze zmiany. – W Amazonie nikogo nie interesuje, kto gdzie pracuje. Na stanowiska wymagające kondycji dają osobę 60-letnią. Na dziale pick w okresie świątecznym spotkałam kobietę, która nie była w stanie wejść po schodach. Tam są trzy piętra, trzeba się dużo schylać, podnosić ciężkie towary – wtrąca z wściekłością jeszcze jedna z pracownic, Beata.
Amazon z myślą o ciężko pracującej załodze nawiązał współpracę z liderem na rynku firm zajmujących się wdrażaniem kompleksowych rozwiązań problemu absencji chorobowych. Działania firmy pracownicy określili jako „wizyty domowe”. – Oni wychodzą z założenia, że jeśli w czasie zwolnienia nie ma cię w domu, to znaczy, że oszukujesz. Nie dość, że kontrolują nas totalnie w pracy, to jeszcze rozszerzyli kontrolę na nasze domy. Wypytują sąsiadów jak policja, która szuka przestępcy. Był przypadek, że udali się pod inny adres i niepokoili starszą kobietę, wypytując o zdrowie jej syna, który nie był pracownikiem Amazona – wytyka Daniel. Jeśli na zaświadczeniu lekarskim jest informacja, że chory może chodzić, to pracownika może nie być w domu tylko z kilku dozwolonych powodów. Może być u lekarza, na terapii, w sklepie albo w aptece, ale na wszystko musi mieć pokwitowanie. – Możesz się z tego wytłumaczyć np. paragonem ze sklepu. Najgorsze jest to, że musisz udowodnić swoją niewinność, bo z góry zakładają, że jesteś winny i udajesz chorego – wyjaśnia Roman.
– Miałem taką sytuację. Usłyszałem, że za wolno wracałem z przerwy po obiedzie. Spóźniłem się niecałe trzy sekundy. Jakiś czas potem rozmawiałem z innym pracownikiem, jemu zwrócono uwagę z powodu dwóch sekund. Mamy zegary nad sobą. Ja mam podaną godzinę z minutnikiem, ale nie mam sekundnika. To nie tylko informacja: byłeś za wolny o trzy sekundy, ale także presja, żeby się racjonalnie wytłumaczyć – mówi Roman. To, jak przebiega praca, zależy od jakości towaru i narzędzi, czy towar daje się np. szybko zeskanować, czy nie brakuje kartonów. – Zepsuje ci się maszyna do taśmy i czasami pięć minut naprawiasz. Dwa razy dziennie wymieniasz taśmę, donosisz sobie kartony. To wszystko ma znaczenie – wylicza Beata. Ale to nie jest racjonalnym wytłumaczeniem spowolnienia pracy.
Kontroli podlega również wyjście do toalety. Na początku tego roku pracownicy musieli meldować menedżerom każde takie wyjście. Szczególnie krępujące było to dla kobiet. – Nie każdy chce opowiadać głośno, że ma okres i pilną potrzebę. Przecież to najbardziej osobista, intymna rzecz w tym zakładzie. Jednemu menedżerowi wystarczyło powiedzieć, że idziemy do toalety. Inni wymagali detali – złości się Beata. Każdy przejaw odpoczynku jest pilnie śledzony i odpowiednio oceniany. – Zawsze na początku zmiany mamy zebranie. Na ostatnim powiedziano nam, że za każdym razem jeśli będziemy wychodzić o minutę czy dwie wcześniej, to będzie permanentne skanowanie i zostaną wyciągnięte konsekwencje w postaci notatek służbowych i nagan – mówi Witek.
– Z mojego działu odbioru do kantyny idę cztery, pięć minut. Mam tam szafkę z kanapkami, herbatę i telefon. Tyle samo zajmuje droga powrotna, więc na odpoczynek i posiłek zostają mi cztery minuty, czasem pięć – Daniel opisuje swoje 15-minutowe przerwy.
tygodnikprzeglad.pl
Prawosławni w Polsce. Swoi czy obcy? – pytano w różnych epokach. Obcy – brzmiała oficjalna odpowiedź w okresie międzywojennym. Polska tworzyła wtedy niepodległy byt, zszywając w jeden organizm ziemie pozostające przez 123 lata w trzech zaborach. Była państwem wielonarodowym i wieloreligijnym – Polacy stanowili 65% społeczności – ale chciała być jednolitym narodowo i wyznaniowo, w którym Polak znaczy katolik. Polak znaczy lepszy, Białorusin czy Ukrainiec zaś „gorszy gatunek Polaków” – to określenie Romana Dmowskiego, przywódcy Narodowej Demokracji. Dlatego w końcu międzywojnia płk Marian Turkowski nakazywał: „Stać twardo na stanowisku, że w Polsce tylko Polacy są gospodarzami, pełnoprawnymi obywatelami i tylko oni mają coś do powiedzenia. Wszyscy inni są tylko tolerowani. Wytworzyć wśród mas polskich kompleks wyższości w stosunku do ludności niepolskiej. Mowa polska winna być wyrazem wyższości tak kulturalnej, jak i obywatelskiej. Polak musi zwracać się do ludności niepolskiej tylko po polsku. A już w żadnym wypadku funkcjonariusz państwowy czy też samorządowy nie może używać innego języka niż polski” („Dalsze wytyczne do akcji rewindykacyjno-polonizacyjnej”, pkt 5, 24 stycznia 1938).
Prawosławnych Białorusinów i Ukraińców było najwięcej wśród mniejszości – ok. 4 mln. Wyprzedzali Żydów (3,1 mln), Niemców (0,9 mln) czy Czechów. W wielu wschodnich powiatach stanowili większość – w hrubieszowskim 78%, w poleskim 77%, w wołyńskim 70%, w nowogródzkim ponad 50%. Ich obecność państwo uważało za najtrudniejszy problem w polityce wewnętrznej. Badacz tego okresu, historyk prof. Eugeniusz Mironowicz, uważa, że nierozwiązywalny. Dlaczego? Ponieważ polskie elity polityczne nie miały koncepcji tworzenia państwa wielonarodowego. Nie uwzględniały aspiracji Białorusinów i Ukraińców do pielęgnowania swojej tradycji, posiadania pewnej autonomii w ramach odrodzonego państwa.
Stworzono program asymilacji milionów prawosławnych. Akcję nazwano rewindykacyjno-polonizacyjną. Uznano, że prawosławny jest obcy, a Cerkiew to rozsadnik rosyjskości, ostoja carskiej reakcji, relikt zaborów. Wyrzucono ze świadomości fakt, że Cerkiew na ziemiach II RP istniała wtedy, gdy nie było ani Imperium Rosyjskiego, ani Księstwa Moskiewskiego. Jej obecność, zdaniem wielu badaczy, datuje się na czasy misji Cyryla i Metodego, czyli IX w., wiek wcześniej, niż dokonano oficjalnego chrztu Polski.
Akcję, która głęboko zraniła obywateli prawosławnej społeczności II RP, przeprowadzono w przeddzień wybuchu wojny, w której prawosławni żołnierze bronili ojczyzny, a ich lojalność wobec państwa budziła zdziwienie dowódców. Stanisław Cat-Mackiewicz, oceniając politykę państwa wobec prawosławia, sugestywnie stwierdzał: „Lojalność Cerkwi prawosławnej była tak dużą i tak szczerą, że tylko cud mógł duchowieństwo prawosławne z tej drogi zawrócić. Tym cudem była głupota naszych władców, istotnie niepospolita”. Dalej dodawał: „Dzikie, głupie i nikczemne wybryki wyrządziły niesłychaną szkodę naszemu państwu, a były przecież absolutnie niczym nieuzasadnione, ponieważ (…) ze wszystkich mniejszości narodowych właśnie koła duchowieństwa prawosławnego były najlojalniejsze”. Od uzyskania niepodległości państwo polskie ostro ingerowało w życie Cerkwi i traktowało ją najbardziej restrykcyjnie spośród wszystkich Kościołów.
Były trzy ich fale. Pierwsza w latach 1918-1924. Katolicy zajmowali wtedy cerkwie w 70% żywiołowo, nie zawsze czekając na decyzje władz centralnych, mając jednak ich przyzwolenie. Według prof. Mirosławy Papierzyńskiej-Turek przejęto wtedy 215 cerkwi. Symbolem tamtych czasów było zburzenie wspaniałej cerkwi św. Aleksandra Newskiego na placu Saskim w Warszawie.
Druga fala – rok 1929. Rzymskokatolicki episkopat złożył do sądów 755 pozwów, roszcząc sobie prawo do około połowy posiadanych jeszcze wtedy przez Cerkiew świątyń i monasterów. Domagano się soborów katedralnych w Pińsku, Krzemieńcu, Łucku, monasteru w Jabłecznej nad Bugiem, a nawet ławry Poczajowskiej. Sąd Najwyższy uznał jednak 23 stycznia 1934 r. tę drogę za niewłaściwą. Władze obawiały się rozruchów na tle religijnym i skandalu międzynarodowego. W tym okresie zdołano zniszczyć 23 cerkwie, choć na listę „zbędnych” trafiło 97.
Statystykę podaję za Małgorzatą Winiarczyk-Kossakowską: w latach 1918-1933 Cerkiew straciła ok. 500 świątyń, w tym 346 na Chełmszczyźnie i Podlasiu. Spośród nich na kościoły katolickie wyświęcono 137, zamknięto 104, 91 zniszczono.
tygodnikprzeglad.pl
– We wrześniu do naszej kamienicy przyszli jacyś ni to powstańcy, ni to policjanci, raczej ci drudzy, tyłowi, bo choć z rozpylaczami na szyjach, to bez bitewnego kurzu i znoju na mundurach i twarzach – opowiadała Krystyna Narożna, w powstaniu 16-letnia pracownica punktu medycznego dla ludności cywilnej na ul. Złotej. – Przynieśli jakieś mięso, niewielkie, obdarte ze skóry zwierzę. Poprosili sąsiadkę, żeby przyrządzić ucztę, bo złapali i ubili królika. Sąsiadka poprosiła, żeby zostawili jej kosteczki dla jej głodującego pieska – jamniczka. Popatrzyli dziwnie, ale natychmiast skwapliwie się zgodzili. Kilka dni później wydało się, że nie królika ubili, tylko tego jamniczka właśnie.
newsweek.pl
Jeśli chodzi o komunikację strategiczną to zrozumieliśmy, że w wielu aspektach cyberataki są w pewnym stopniu powiązane z fałszywą komunikacją angażującą podmioty państwowe. Nie możemy przecież mówić o wolnych mediach w państwach autorytarnych takich jak Rosja. O wiele łatwiej jest im manipulować przekazem informacyjnym. Jeśli czytamy rosyjską doktrynę wojskową to widzimy, że komunikacja jest elementem działań w obszarze wojskowym i manipulacja jest tu czymś normalnym. Stwierdził to w przeszłości Carl von Clausewitz, Sun Tzu, japoński strateg Musashi czy inni. Chodzi tutaj o percepcję.
Państwa autorytarne wykorzystują przeciwko nam naszą największą zaletę, czyli wolność słowa i otwartość?
Wykorzystują przeciwko nam naszą otwartość. Możemy powiedzieć, że w wielu obszarach związanych z komunikacją strategiczną Rosjanie nas wyprzedzają, ponieważ mogą działać szybciej i wykorzystywać wiele narracji. To jest kwestia asymetryczności. Jeśli jest się mniejszym i słabszym, trzeba znaleźć słabe punkty potencjalnie silniejszego, żeby mieć możliwość wpływania na niego. Rosjanie rozumieją, że w konflikcie z Zachodem są stroną słabszą, ponieważ poza bronią atomową udział ich PKB w światowym PKB wynosi tylko 2,5 %, podczas gdy udział Unii Europejskiej to 25 %, a następne 25 % to Stany Zjednoczone. Biorąc pod uwagę gospodarkę, nie mają oni szans konkurować z nami. Dlatego muszą znaleźć jakieś środki, które umożliwią im skuteczną rywalizację. Cyberataki, komunikacja strategiczna, fake newsy oraz inne asymetryczne środki pozwalają Rosjanom na uzyskanie dźwigni nacisku. Proszę zobaczyć jak działa RT, a jak tradycyjne agencje informacyjne. Komunikat kierowany przez aparat propagandowy Kremla do Rosjan musi podkreślać wielkość ich kraju. Jeśli ludzie oglądają te wydarzenia i wierzą w te absurdalne kłamstwa, które są tam prezentowane - to jestem przerażony.
(...)
W tym samym czasie obserwujemy również wzrost popularności haseł i partii populistycznych w Europie. Czy możemy zidentyfikować jakiś element łączący to zjawisko z Rosją?
Jest to zdecydowanie bardziej skomplikowane niż się niektórym wydaje. Obecnie, coraz częściej obserwujemy złą stronę mediów społecznościowych. Media społecznościowe dały możliwość uczestniczenia w życiu politycznym i napisania czegokolwiek każdej osobie. Nie oznacza to jednak, że przyczyniają się one do zwiększenia naszej wiedzy i zdolności rozumienia procesów politycznych. Musimy pamiętać, że demokracja jest oparta na dobrze wyedukowanych obywatelach. Czy możemy powiedzieć, że dzięki mediom społecznościowym obywatele są lepiej wykształceni niż 10 lata temu?
Powiedziałbym, że nawet gorzej.
Dokładnie tak jest. Facebook, Twitter dają szansę przeczytania krótkiego tekstu bez konieczności głębszej analizy. Rozwój mediów społecznościowych wraz z ukierunkowaną propagandą zwiększa naszą podatność. Wcześniej komunikacja strategiczna nie była używana do wpływania na umysły ludzi. Obecnie jest to możliwe i wykonalne dzięki nowoczesnej technologii i dlatego jesteśmy wyjątkowo wrażliwi a demokracja znajduje się w odwrocie. New York Times napisał, że system naszych niepisanych zasad, w jaki sposób organizujemy nasz dyskurs publiczny stale się zmniejsza. Świadczą o tym tweety Trumpa czy innych polityków, obniżający się poziom dyskusji w parlamentach narodowych np. w Bundstagu, po tym jak AfD dostało się do niego. Nie jestem zwolennikiem poprawności politycznej, unikania dyskusji, ale jedną rzeczą jest mówienie otwartym i bezpośrednim językiem, ale czym innym jest ograniczanie dyskusji. To dokładnie się obecnie dzieje na poziomie elit politycznych.
cyberdefence24.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)
