sobota, 2 marca 2019


Odkąd Donald Trump został amerykańskim prezydentem, USA mają ciągłe pretensje do świata. Międzynarodowe reguły handlu mają być dla Stanów wyjątkowo niekorzystne, przez co ubożeje amerykańska klasa pracująca, a tamtejsza klasa średnia staje się coraz węższa. Zyskują zaś Chińczycy i Niemcy, sprzedając Amerykanom swoje produkty na potęgę. Kiedy słucha się przekazu sączącego się z Waszyngtonu od półtora roku, można dojść do wniosku, że USA, czyli globalne mocarstwo i jedno z najbogatszych państw na Ziemi, to w rzeczywistości największy poszkodowany globalnego porządku gospodarczego. Nie są poszkodowane państwa Afryki, których bogactwa naturalne brutalnie eksploatują zachodnie koncerny, nie są poszkodowani pracownicy z Azji Południowo-Wschodniej, którzy za grosze szyją tanie ubrania, by młodzi Amerykanie mogli sobie co tydzień kupować nowy ciuch, ani państwa rozwijające się, które w wyniku nagłych odpływów kapitału co chwilę gdzieś na świecie wpadają w kryzys finansowy. Nie, tym największym przegranym globalizacji tak naprawdę są Stany Zjednoczone.

Jest to tym zabawniejsze, że to przecież USA dominowały podczas tworzenia powojennego ładu na świecie. Najpierw przyczyniły się do stworzenia systemu Breton Woods, który z grubsza polegał na tym, że dolar był wymienialny na złoto, a pozostałe waluty na dolara według stałego kursu wymiany. USA zapewniły więc dolarowi kluczową rolę w zachodniej gospodarce. Gdy Breton Woods przestało być dla USA korzystne, a utrzymanie parytetu złota stało się niewygodne, jednostronnie wystąpiły z niego, zawieszając wymienialność dolara na złoto. Mimo to dolar do dziś utrzymał swoją pozycję światowej waluty rezerwowej, co pozwala Stanom Zjednoczonym bardzo tanio się zadłużać - o wiele taniej niż krajom o podobnej skali zadłużenia w stosunku do PKB. USA zapewniły sobie także większość głosów w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, który w okresie powojennym miał kluczowe znaczenie dla szerzenia gospodarczego Pax Americana i wymuszał na państwach rozwijających się przyjmowanie zasad gospodarczych zawartych w konsensusie waszyngtońskim (w zamian za kredyty). Stany Zjednoczone miały też istotne zdanie przy tworzeniu Światowej Organizacji Handlu i finalizacji rund negocjacji, które regulowały kolejne obszary światowego handlu. USA utrzymują też na swoim terytorium kilka rajów podatkowych, z których najsłynniejszy jest stan Delaware. Nie mówiąc już o tym, że jako globalne mocarstwo morskie kontrolują one najważniejsze szlaki handlowe na Atlantyku i Pacyfiku. Tak więc jeśli globalny ład gospodarczy jest niesprawiedliwy dla USA, to mogą mieć one pretensje tylko do siebie, bo to one go tworzyły. Problem w tym, że światowe zasady handlu wcale nie są dla USA niesprawiedliwe – niesprawiedliwy jest za to porządek gospodarczy, który USA ustanowiły u siebie w kraju.

Wystarczy rzut oka na podstawowy wskaźnik makroekonomiczny, który pokazuje poziom zamożności kraju, czyli PKB na mieszkańca (z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej), by przekonać się, że światowy porządek gospodarczy jest dla USA raczej łaskawy. W 2017 roku PKB wyniósł prawie 60 tys. dol. i był zdecydowanie wyższy od tego we wszystkich dużych krajach Zachodu. W Niemczech PKB na głowę wyniósł 51 tys. dol., w Szwecji - 50 tys. dol., w Kanadzie - 47 tys. dol., w Japonii - 43 tys. dol. Te różnice są jeszcze bardziej widoczne, jeśli weźmiemy pod uwagę pojedyncze stany, wśród których są tacy krezusi, jak Nowy Jork i Massachusetts (po 75 tys. dol. na głowę). Gdyby kraje Zachodu stały się stanami USA, to Niemcy pod względem PKB na głowę plasowałyby się na 32. miejscu. Zaraz nad Luizjaną, której gigantyczne problemy społeczne i ekologiczne opisała w książce „Obcy we własnym kraju” Arlie Hochschild. Pod Luizjaną znalazłaby się Szwecja, a Francja byłaby na 45. miejscu, między Arizoną a Karoliną Południową. Za to bogata Holandia znalazłaby się na 27. miejscu, zaraz nad trapionym przez patologie społeczne Kansas, któremu książkę „Co z tym Kansas?” poświęcił Thomas Frank.

Tak więc najbogatsze kraje UE pod względem dochodu narodowego znalazłyby się wśród biedniejszych stanów USA. A mimo to nie słychać o gigantycznych obszarach biedy w Niemczech czy Szwecji, nie ma też eksplozji patologii społecznych w Holandii. Problemem USA nie jest więc brak zamożności spowodowany niesprawiedliwym porządkiem globalnym, bo zamożności w USA jest aż nadto. Problemem USA jest patologiczny porządek ekonomiczno-społeczny, który stworzyły one same u siebie.

W jednej rzeczy z Donaldem Trumpem należy się zgodzić – rzeczywiście ostatnie dekady nie był dobre dla pracujących Amerykanów, szczególnie tych mniej zarabiających. Od lat 70. ich dochody są w stagnacji, za to wyraźnie wzrosły wskaźniki ubóstwa. Doskonale przedstawił to noblista z dziedziny ekonomii Angus Deaton w książce „Wielka ucieczka”. W roku 1974 najbiedniejsze 20 proc. amerykańskich gospodarstw domowych miało średni dochód na poziomie 18 tys. dol. rocznie. W 2010 r. ich realny dochód… spadł do 15 tys. dol. Rodziny w przedziale 20-40 proc. miały w 1974 r. średnie dochody na poziomie 37 tys. dol., czyli na dokładnie takim samym jak w 2010 r. Wskaźnik ubóstwa w 1973 r. wynosił w USA 10 proc., za to w 2010 r. - już 15 proc. Odsetek osób poniżej 18. roku życia żyjących poniżej granicy ubóstwa wzrósł w tym czasie z 15 do 22 proc. Chociaż od lat 60. próg ubóstwa de facto nie był zmieniany - był korygowany jedynie o wskaźnik inflacji.

gazeta.pl

wtorek, 5 lutego 2019


I tak na przykład autor cytuje historię niejakiego Kurta, który pracuje dla podwykonawcy podwykonawcy podwykonawcy niemieckiej armii (to nie pomyłka, podwykonawca ma swojego podwykonawcę, który ma swojego podwykonawcę). Bundeswera zleciła zarządzanie sprawami komputerów firmie, która wynajęła inną prywatną firmę do tego, by zajęła się logistyką w tym zleceniu, a tamta firma zatrudniła kolejnego prywaciarza by przejął od niej część związaną z zarządzaniem personelem.

Skutek prywatyzacji, która miała w założeniu poprawić efektywność jest taki, że kiedy na przykład żołnierz A chce przenieść się do innego pokoju na tym samym korytarzu, zamiast wziąć komputer i ruszyć tam, wypełnia formularz. Trafia on do prywatnej firmy komputerowej, gdzie jest czytany, zatwierdzany i przesyłany do innej prywatnej firmy zajmującej się logistyką, która także zatwierdza przenosiny i wysyła wniosek do prywatnej firmy zajmującej się zarządzaniem personelem.

Tam szef Kurta zleca mu asystowanie przy przenosinach. Kurt dostaje maila z poleceniem: ”Bądź w barakach B o godz. C”. Te baraki oddalone są zwykle o jakieś 100-500 km od jego miejsca urzędowania. Kurt wsiada w samochód, specjalnie wypożyczany na tę okazję (zarobek dla kolejnej prywatnej firmy) jedzie kilkaset kilometrów do miejsca pracy żołnierza, któremu zachciało się przenieść do sąsiedniego pokoju. Tam wypełnia formularz, odłącza komputer, pakuje go do pudełka, pieczętuje pudełko, daje je pracownikowi z firmy logistycznej, by przeniósł je dwa pokoje dalej, gdzie rozpieczętowuje je i rozpakowuje.

Następnie wypełnia kolejny formularz, dzwoni to swojej centrali i informuje ją, ile mu czasu zajęła praca. Tak więc, zamiast żołnierz wziąć komputer i przenieść go pięć metrów dalej, dwie osoby spędzają sześć godzin na podróży autem i wypełniają piętnaście stron formularzy. Kosztuje to niemieckich podatników 400 euro.

obserwatorfinansowy.pl

środa, 16 stycznia 2019


Panie ambasadorze, czy czeka nas nowy konflikt w Zatoce? Co się dzieje z Arabią Saudyjską? Kraj, który zawsze był spokojny, teraz zaczął prężyć muskuły.

– Arabia Saudyjska od utworzenia w 1932 r. starała się odgrywać ważną rolę międzynarodową, zarówno w stosunkach regionalnych, jak i w świecie islamu. Ale, po pierwsze, tradycyjnie robiła to bardzo dyskretnie, preferując instrumenty miękkiej polityki. Po drugie, realizowała politykę zagraniczną w ścisłej koordynacji ze Stanami Zjednoczonymi, w ramach sojuszu zawartego w 1945 r. Dbała o stabilność na globalnym rynku ropy, ale także wszechstronnie wspierała Amerykanów w wojnie w Afganistanie, tej pierwszej, przeciwko ZSRR. Dołożyła też swoją cegiełkę do rozpadu ZSRR.

W jaki sposób?

– 15 września 1985 r. Rijad zdecydował się na krok, który ekonomicznie rzucił Związek Radziecki na kolana. I to jest jedna z dat początku jego rozpadu. Chodzi o decyzję o odejściu od limitów wydobycia ropy naftowej. Wpływy ZSRR z eksportu tego surowca spadły wtedy czterokrotnie, rocznie o 20 mld dol. Ta polityka niskich cen czarnego złota była konsekwentnie prowadzona do rozpadu ZSRR. W sojuszu saudyjsko-amerykańskim coś zaczęło się zmieniać dopiero w czasach rządów Baracka Obamy.

Co zaczęło się zmieniać?

– Arabia Saudyjska zaczęła być pouczana. W kwestiach dotyczących praw człowieka Amerykanie wytykali jej różnego rodzaju potknięcia. Naciskali w sprawach reform. Budzili nadzieje na liberalizację w całym regionie arabskim. A przede wszystkim zaczęli szukać jakiejś nici porozumienia z rosnącym w siłę Iranem. Ostatecznie znalazło to wyraz w porozumieniu nuklearnym, mającym wielostronny charakter. Saudyjczycy, którzy zabiegali o zaostrzenie sankcji nałożonych na odwiecznego rywala, zamiast tego otrzymali osiągnięte środkami dyplomatycznymi porozumienie, które otwierało drogę do zniesienia sankcji. I powrotu Iranu do społeczności międzynarodowej we wszystkich wymiarach, także gospodarczym. Dla Arabii Saudyjskiej, konkurującej z Iranem, jeśli chodzi o sprzedaż ropy naftowej na rynku chińskim, indyjskim, japońskim i europejskim, nagle sytuacja zasadniczo się zmieniła. Do Iranu zaczęli wracać również inwestorzy zagraniczni. Umacnianie wpływów irańskich w Iraku, jak również w Syrii, Libanie i Jemenie, było postrzegane przez Saudów jako osaczanie królestwa. Rysy na sojuszu amerykańsko-saudyjskim wywołały wręcz panikę w Rijadzie. I myślę, że Saudyjczycy po doświadczeniach z prezydenturą Obamy zrobili wiele, a nawet, powiedziałbym, wszystko, by następnym prezydentem USA został Donald Trump.

Nie Władimir Putin tu mieszał?

– Nie odmawiam zasług Rosjanom. Ale mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, zresztą są już na to dokumenty, że jeśli chodzi o Bliski Wschód, to z jednej strony Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, a z drugiej Izrael wiele zrobiły, by Donald Trump został prezydentem. Z czego w jakimś stopniu Trump zdaje sobie sprawę, bo podchwycenie przez niego propozycji rozpoczęcia urzędowania w sferze polityki zagranicznej od Arabii i od Izraela było poniekąd konsekwencją tego poparcia. Misterna siatka powiązań nierozerwalnie łączy się ze zmianami na szczytach władzy w Rijadzie, w wyniku których dominującą pozycję w państwie uzyskał asertywny i ambitny następca tronu, książę Muhammad ibn Salman. Wraz z jego awansem Rijad poczynił wielkie postępy w kwestii wizerunku, ale polityka saudyjska w regionie stała się wręcz drapieżna.

tygodnikprzeglad.pl

sobota, 1 grudnia 2018


Nie inaczej jest z najnowszą epidemią narkotykową dotykającą Stany – masowym uzależnieniem od opiatów. Epidemia zaczęła się od przepisywanych na receptę leków przeciwbólowych. Z leków na receptę wielu uzależnionych przechodzi do heroiny, rozpowszechnianej na terenie Stanów przez sieci meksykańskich gangów. Już w 2008 roku przedawkowanie (przede wszystkim opiatów) staje się w Stanach główną przyczyną nienaturalnych zgonów – więcej ludzi ginie z przedawkowania niż w wypadkach samochodowych czy strzelaninach.

Krajobraz tej epidemii rysuje w swojej reporterskiej książce „Dreamland” Sam Quinones. Pejzaż opiatowej katastrofy kształtują dwa kluczowe społeczno-polityczne czynniki. Pierwszym są amerykańskie polityki zdrowotne, powstające na przecięciu interesów wielkich firm farmaceutycznych i ubezpieczeniowych. W interesie obu graczy leży model, gdzie pacjentom skarżącym się na bóle i różne inne dolegliwości podaje się po prostu coraz większe ilości uśmierzających je leków. Z punktu widzenia akcjonariuszy firmy ubezpieczeniowej sensowniej jest zrefundować pacjentce cierpiącej na bóle pleców wizyty u wypisującego recepty lekarza pierwszego kontaktu, niż np. płacić za długą fizjoterapię.

Drugą ważną częścią równania opisującą epidemię opiatów jest upadek „pasa rdzy” – stanów niegdyś stanowiących przemysłowy kręgosłup Ameryki, dziś duszących się w bezrobociu, długu i braku nadziei. Miejscem, w którym Quinones zaczyna i kończy swoją narrację jest Portsmouth w stanie Ohio, typowe dla amerykańskiego Środkowego Zachodu miasto średniej wielkości. Jeszcze kilka dekad temu ośrodek przemysłowy ze stalownią, fabrykami obuwia i sznurówek. Przemysł zapewniał dobre, stabilne miejsca pracy klasie pracującej i średniej. Tworzył szkielet, wokół którego wzrastać mógł społeczny kapitał.

Dziś wszystko to przeszłość. Od kilku dekad fabryki zamykają się – ich właściciele przenoszą produkcję w miejsca, gdzie siła robocza jest tańsza. Portsmouth się wyludnia – kto może ucieka do sąsiednich miast i stanów - gdziekolwiek, gdzie widać jakieś perspektywy. W tym krajobrazie, na przeciwległym brzegu rzeki Ohio, w miasteczku South Shore w Kentucky, wyrasta pierwsza w Stanach „fabryka prochów” – przychodnia zdrowia, która swój model biznesowy opiera nie na leczeniu czegokolwiek, ale na masowym wypisywaniu pacjentom recept na leki przeciwbólowe.

Epidemia opiatów nie ogranicza się przy tym do miejsc takich jak Portsmouth. Dotyka także zamożnych przedmieść klasy średniej w słonecznej Kalifornii i innych miejscach kojarzonych raczej z amerykańskimi sukcesami ostatnich dekad. Sukces ten – zwłaszcza od czasu wielkiego kryzysu z przełomu 2008 i 2009 roku – podszyty jest jednak niepewnością. Amerykańska klasa średnia obawia się, czy zdoła utrzymać swój status i przekazać go następnemu pokoleniu. Klasa pracująca boi się zupełnej ekonomicznej degradacji. Po raz pierwszy od długiego czasu amerykańska przyszłość przynosi więcej lęków niż nadziei. Ta atmosfera stwarza hossę zarówno dla ekspansji opiatowego nałogu, jak i politycznego populizmu spod znaku Trumpu. Oba dopadają zresztą często te same grupy społeczne.

dwutygodnik.com

sobota, 17 listopada 2018


Przykładem udanego osiedla w Krakowie jest dla mnie Krowodrza-Górka, czyli dawne Osiedle 30-lecia PRL. Realizacja z pierwszej połowy lat 70., częściowo z wielkiej płyty. Nie zostało zrealizowane w stu procentach zgodnie z tym, co założyli sobie planiści, ale zasadniczy kształt zgadza się z wytycznymi i jako długoletnia użytkowniczka mogę powiedzieć, że zawsze odbierałam je jako bardzo dobrze funkcjonującą przestrzeń.

To znaczy?

Dlaczego mieszkało się tam tak dobrze, zrozumiałam dopiero wtedy, gdy pracując nad książką, miałam okazję porozmawiać z autorem projektu osiedla Mieczysławem Turskim. Po pierwsze, kształt urbanistyczny dostosowano do ukształtowania terenu. Po drugie, osiedle sprytnie łączy różne typy zabudowy – wysokiej i niskiej. Między blokami znajdowały się spore obszary wspólnej, zielonej, niezagospodarowanej przestrzeni, idealnej do zabawy dla dzieci oraz różnych interakcji między dorosłymi. Osiedle zapewniało całą potrzebną infrastrukturę: pawilony handlowe, pocztę, bibliotekę, przedszkola, szkoły, dom kultury. Było też bardzo różnorodne społecznie. A przy tym było to zwyczajne osiedle, nieopromienione sławą Hansenów czy Haliny Skibniewskiej.

Z udanych zagranicznych przykładów w książce opisuję bloki wokół Platz der Vereinten Nationen z dawnego Berlina Wschodniego. Z zewnątrz wyglądają jak realizacje znane z PRL, w środku są dwupoziomowe mieszania o naprawdę komfortowych metrażach. Inny przykład – którego akurat w Betonii nie ma – to wiedeński Wohnpark Alterlaa – osiedle z ogrodami na tarasach – rosną tam nawet całe drzewa – i basenami na dachach. Zamieszkuje je bardzo zwarta społeczność, starannie dobierająca nowych mieszkańców. Lista oczekujących na mieszkanie w tych blokach jest bardzo długa.

(...)

O Krowodrzy-Górce mówiłaś, że „nie wszystko udało się tam zrealizować zgodnie z planem” – ta fraza powtarza się w opisie niemal każdego osiedla w twojej książce, niezależnie od tego, z której strony żelaznej kurtyny stało. Z czego wynikała ta przepaść między planami a ich realizacją?

Krótko mówiąc, z dwóch kwestii: polityki i gospodarki. W krajach gospodarki rynkowej decydowały najczęściej oszczędności, w bloku wschodnim także niedobory i ogólna niewydolność gospodarki, niezdolnej np. dostarczyć na czas odpowiednich materiałów.

W krajach demokratycznych bloki powstawały jako odpowiedź na wielki, powojenny głód mieszkaniowy, miały zapewnić politykom przychylność wyborców. Jednak projekty budownictwa społecznego często kończyły się skoszarowaniem uboższej ludności w gigantycznych, niedoinwestowanych osiedlach, dogmatycznie usiłujących wcielać w życie ideały z czasów Karty Ateńskiej. Bloki rosły wzdłuż i wszerz, a społeczna infrastruktura i transport publiczny nie nadążały za rozbudową nowych części miasta. Wielkie kompleksy bloków tworzyły miasta satelickie – jednocześnie w mieście i poza nim. Teoretycznie samowystarczalne, w praktyce w ogóle.

Potem kompletnie nie troszczono się dalszy los osiedli, przez co degeneracji ulegała niejednokrotnie bardzo wartościowa architektura. Przykładem choćby zaprojektowane przez Basila Spence’a Hutchesontown w Glasgow – pomnik brutalizmu, który musiał zostać zrównany z ziemią. Trudno odczuwać zadowolenie z tego, że mieszka się w wartościowym architektonicznie otoczeniu, gdy w wysokim bloku od roku nie działają windy i nie są wywożone śmieci, a administracja nie ma środków, by rozwiązać problem.

Pozostawieni sami sobie mieszkańcy takich miast satelickich ulegali stygmatyzacji. W Wielkiej Brytanii i Stanach przykład zaniedbanych osiedli często bywał przywoływany jako dowód na to, że biednym (czy czarnym) nie można „dać mieszkań za darmo”, bo zawsze to skończy się społeczną katastrofą.

krytykapolityczna.pl

piątek, 9 listopada 2018


Polityczna prawica traktuje członkostwo w Unii jak źle dopasowane wdzianko, które uwiera w kroku, pije pod pachami i ociera szyję: trzeba w nim chodzić, bo przecież nie będziemy paradować na golasa, a w dodatku po kieszonkach poupychano wypchane banknotami euro koperty; nie ma takiego krawca, który by je na naszą miarę przerobił, więc jak już jest bardzo niewygodnie, to trzeba się raptownie wypiąć, a wtedy szew na pupie pęknie, poczujemy się swobodniej, a blask naszych rozżarzonych przeżywaniem tożsamości narodowej pośladków pół Europy olśni, a pół oślepi. Cała reszta naszej sceny politycznej Unię Europejską traktuje inaczej: to prawda, garniturek kupiliśmy w sklepie, nie był szyty dokładnie na naszą miarę, gdzieniegdzie nas uwiera, więc staramy się go rozchodzić: tu fikniemy nóżką, tu majtniemy rączką, ale wszystko ostrożnie, żeby się nie podarło, bo zostaniemy łachmaniarzami. To jest przecież nasze wdzianko, innego nie mamy.

gazeta.pl

Wspólnotowe Centrum Badawcze Komisji Europejskiej (JRC) opublikowało 21 czerwca nowy Światowy Atlas Upustynnienia (jego dwie poprzednie edycje ukazały się w 1992 i 1998 r.). To raport o obecnej i prognozowanej skali degradacji krajobrazu i gleb na całym świecie, przyczynach tego zjawiska i wskazówkach dla decydentów politycznych i lokalnych władz, jak walczyć z pustynnieniem i regenerować zniszczone gleby.

Jego lektura potwierdza, że naturalne zasoby Ziemi są obecnie eksploatowane i obciążone w skali bez precedensu w historii, głównie wskutek wzrostu światowej populacji, ekspansji działalności człowieka i zmieniających się wzorców konsumpcji. Zanieczyszczenia powietrza, gleb i wody, erozja ziem, coraz dotkliwsze susze – wszystko to obniża jakość gleby i czyni tereny nienadającymi się do uprawy czy zasiedlenia.

Autorzy szacują, że degradacji uległo już ponad trzy czwarte całej lądowej powierzchni Ziemi, a do roku 2050 liczba ta może wzrosnąć do nawet 90 proc. Rocznie degradacji ulega obszar wielkości połowy powierzchni Unii Europejskiej. Najbardziej podatne są tereny w Afryce i Azji.

Przyczyniają się do tego coraz bardziej rozrastające się miasta oraz zjawisko wylesiania, ale największym winowajcą jest niekontrolowany rozwój rolnictwa. Pola uprawne i pastwiska zajmują obecnie ponad jedną trzecią lądu Ziemi.

Z raportu wynika jednak, że to właśnie sektor rolniczy najbardziej ucierpi na postępującej degradacji, bowiem do roku 2050 – według prognoz - globalne zbiory zmniejszą się o ok. 10 proc. Najdotkliwiej odczują to mieszkańcy Indii, Chin i Afryki subsaharyjskiej, gdzie wskutek pogarszającego się stanu gleb zbiory zmniejszą się nawet o połowę.

Globalne konsekwencje będą jednak dużo poważniejsze. Kurczące się zasoby ”dobrych” ziem zmuszą do migracji lub przymusowych wysiedleń nawet 700 mln ludzi do roku 2050.

naukawpolsce.pap.pl

(...) Zacząłem rozwodzić się nad tłem historycznym, opowiadając, jak w latach 70., w czasie kryzysu naftowego, kraje OPEC wpompowały tak wiele swoich nowo nabytych bogactw w zachodnie banki, że te miały kłopoty ze znalezieniem sensownych inwestycji. Powiedziałem o Citibanku i Chase, które rozesłały wówczas po świecie swoich gońców, aby przekonali dyktatorów i polityków w krajach Trzeciego Świata do zaciągnięcia pożyczek (nazywało się to wtedy „bankowością spekulacyjną”). Wspomniałem, że początkowo miały one skrajnie niskie stopy procentowe, które niemal natychmiast poszybowały do około dwudziestu procent wskutek rygorystycznej polityki pieniężnej Stanów Zjednoczonych na początku lat osiemdziesiątych, co w tej i następnej dekadzie doprowadziło do kryzysu zadłużenia w Trzecim Świecie. Do akcji wkroczył wówczas MFW, dając do zrozumienia, że biedne kraje, które chcą uzyskać refinansowanie swoich pożyczek, zostaną zobowiązane do porzucenia regulacji cen na podstawowe artykuły żywnościowe oraz rezygnacji z utrzymywania strategicznych rezerw żywności, a także darmowej służby zdrowia i nieodpłatnej edukacji. Wszystko to zniszczyło najważniejsze źródła wsparcia wielu najbiedniejszych i najbardziej bezbronnych ludzi na świecie. Mówiłem o biedzie, przemocy, niedożywieniu, beznadziei i złamanym życiu.

(...)

Współcześnie agresję militarną uznaje się na przykład za zbrodnię przeciw ludzkości, a sądy międzynarodowe orzekające w tego rodzaju kwestiach zwykle żądają od agresorów wypłaty reparacji. Niemcy musiały płacić ogromne sumy po pierwszej wojnie światowej, a Irak wciąż wypłaca reparacje Kuwejtowi po dokonanej przez Saddama Husajna inwazji w 1990 roku. Jednak dług Trzeciego Świata, dług krajów takich jak Madagaskar, Boliwia czy Filipiny, działa w dokładnie odwrotny sposób. Niemal wszystkie zadłużone kraje Trzeciego Świata zostały w pewnym momencie zaatakowane i podbite przez państwa europejskie – często te same, u których kraje te są obecnie zadłużone. W 1895 roku Francja najechała Madagaskar, obaliła rząd ówczesnej królowej Ranavalony III i ogłosiła kraj francuską kolonią. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie generał Gallieni zrobił po przeprowadzeniu „pacyfikacji” – jak zwykło się to wówczas nazywać – było obłożenie wysokimi podatkami malgaskiej ludności. Częściowo po to, aby zwróciły się koszty inwazji, a częściowo dlatego, że francuskie kolonie miały się samofinansować i trzeba było zdobyć środki na budowę planowanych przez francuski rząd kolei, dróg, mostów i plantacji. Malgaskich podatników nigdy nie zapytano, czy chcą tych wszystkich rzeczy ani jak i gdzie należałoby je zbudować. Przeciwnie: w następnych pięćdziesięciu latach francuska armia i policja zabiły wielu Malgaszów, którzy zbyt głośno protestowali przeciwko narzuconym im rozwiązaniom (ponad pół miliona osób, według niektórych szacunków, w trakcie jednej tylko rewolty z 1947 roku). Madagaskar nigdy nie wyrządził porównywalnych szkód Francji. Mimo to Malgasze od początku słyszeli, że są winni Francji jakieś pieniądze, co nie zmieniło się zresztą do dziś, podobnie jak uznanie takiego stanu rzeczy za sprawiedliwy przez resztę świata. Kiedy „społeczność międzynarodowa” dostrzega w tym kontekście problem moralny, chodzi zwykle o zbyt wolne jej zdaniem tempo spłaty długu przez rząd Madagaskaru.

krytykapolityczna.pl

czwartek, 1 listopada 2018


Polityczny nastrój związany z rokiem 1918 był bardzo egalitarny. „Od dnia ogłoszenia niniejszych przepisów praca robotnika lub pracownika we wszystkich zakładach przemysłowych, górniczych, hutniczych, rzemieślniczych, przy komunikacjach lądowych i wodnych oraz przedsiębiorstwach handlowych trwać ma najwyżej 8 godzin na dobę. Dekret niniejszy nie może pociągać za sobą obniżenia płac robotników i pracowników” – czytamy w dekrecie Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego wydanym 23 listopada 1918 r., a więc niecałe dwa tygodnie po odrodzeniu polskiej państwowości. Gdy dokument wchodził w życie, na polskim rynku pracy byli ludzie, którzy dobrze pamiętali pracę po 12–13 godzin na dobę. Wówczas wprowadzono również prawa wyborcze dla kobiet.

Tego egalitarnego ducha pierwszych chwil po odzyskaniu niepodległości tłumaczyć można na dwa sposoby. Po pierwsze, w elitach politycznych II RP dominowali socjaliści z PPS. Na wsi zaś silne wpływy miało lewicowe Wyzwolenie. Warstwy posiadające obserwowały ten proces z milczącym przyzwoleniem. I tak dochodzimy do drugiego kluczowego powodu wyjaśniającego „egalitarny rok 1918”. Kilkaset kilometrów na wschód w bolszewickiej Rosji trwał eksperyment – trudno uwierzyć – z jeszcze bardziej egalitarnymi rozwiązaniami. Ziemiaństwo i fabrykanci czuli, że muszą pójść na ustępstwa, jeśli nie chcą skończyć z jakąś formą rewolucji październikowej nad Wisłą. Zwłaszcza, że rewolucyjny ferment trwał wówczas również w Berlinie czy Monachium.

Z biegiem czasu egalitarny impet II RP został jednak wyhamowany. Niemieckie rewolucje wygasły. Bolszewików Piłsudski odepchnął na wschód. Polski kapitalizm krzepnął, a polityczne wpływy obozu chadecko-mieszczańsko-ziemiańskiego zaczęły się rozbudowywać. Wyczekiwana reforma rolna się odwlekała. Podatki pozostały nieegalitarne. Na dodatek postrzegany przez lewicę jako zbawca Józef Piłsudski, który wrócił do władzy po roku 1926 już dawno porzucił socjalistyczne przekonania. Politycznie reżym sanacji zaczął zmierzać w kierunku autokracji.

W efekcie historycy gospodarki patrzą dziś na II RP jako na kraj, któremu nie udało się przełamać dominacji tzw. wykluczających instytucji życia ekonomicznego (Piątkowski, 2018). Na górze hierarchii społecznej mieliśmy arystokratyczne elity oraz – wywodzącą się głównie ze zubożałej szlachty – inteligencję. Obie te warstwy dzielą między siebie najważniejsze zasoby ekonomiczne kraju. To dlatego w latach 30. w gronie 900 najbogatszych mieszkańców Polski aż 700 to posiadacze ziemscy. A gros z tych fortun pochodziło jeszcze z czasów przed 1918 rokiem.

Inteligencja spełniała się w administracji (państwowej i publicznej). Przedsiębiorczość? Nieszczególnie interesowała ani jednych ani drugich. Uchodziła za zajęcie niegodne Polaka i została w pewnym sensie „outsoursowana” za granicę. W roku 1935 na 244 duże zakłady przemysłowe (zatrudniające ponad 500 osób) 209 należało do kapitału zagranicznego. Klasy dominujące nie miały większych zachęt do tego, by dążyć do zmiany istniejącego status quo. Załamywało nad tym ręce (z różnych przyczyn) wielu ówczesnych intelektualistów, od Romana Dmowskiego po Floriana Znanieckiego.

Analfabetyzm był dramatem ok. 20 proc. populacji. Dostęp do edukacji na poziomie ponadpodstawowym miało 3,2 proc. populacji. Szansę studiowania na uczelni wyższej miał zaledwie 1 proc. Wszystkie te wskaźniki należały do najniższych w Europie.

Ekonomista Banku Światowego Marcin Piątkowski w swojej książce „Europe’s Growth Champion: Insights from the Economic Rise of Poland” stawia nawet tezę, że pod tym względem II RP bardzo przypominała południe Stanów Zjednoczonych po wojnie secesyjnej. I tu i tam poddaństwo osobiste zostało formalnie zniesione jeszcze w XIX wieku, a dawni niewolnicy (czarni w USA, chłopi w Polsce) mieli prawo szukać szczęścia gdzie im się podoba. W praktyce jednak feudalne struktury trwały nadal. Środki produkcji pozostały w rękach dawnych panów, którzy posiadali niemal nieograniczone możliwości dalszego – tym razem już rynkowego – wyzyskiwania dawnych niewolników. W tej sytuacji ułudą były też prawa polityczne. Formalnie istniała równość w wobec prawa. W praktyce brak materialnych podstaw do ich realizacji był jednak dojmujący. Trochę jak na późniejszej karykaturze, gdzie pan czyta chłopu konstytucję marcową z 1921 roku i mówi „No i teraz jesteśmy równi sobie. Rozumiesz, chamie?!”.

obserwatorfinansowy.pl

Podczas pierwszej wojny światowej lekarze zaopatrzyli w nowe twarze tysiące poparzonych i przestrzelonych. Nie wszystkie były udane, nic w tym dziwnego. Takim jak ten mój wojskowy, tylko dużo poważniej doświadczonym, dorabiano nosy, żuchwy, uszy, szyto nowe powieki, klajstrowano dziury w policzkach i szyi. Pierwsza wojna była okresem najgwałtowniejszego rozwoju operacji plastycznych, przeprowadzanych najczęściej na widocznych fragmentach ciała: były to operacje ratujące życie, pozwalające jako tako funkcjonować, pokazać się sobie samemu, najbliższej rodzinie albo na ulicy. Pochodzący z Nowej Zelandii otolaryngolog doktor Harold Gillies dokonał wówczas rewolucji w tym, co przyjmowane dziś jest jako naturalne, w chirurgii plastycznej. Chorzy czekali miesiącami, aż skóra nacięta na przykład ramieniu, jeśli pozostała tam jakakolwiek skóra, przyjmie się gdzieś na twarzy i powoli będzie można z niej formować wargę, nos czy policzek. Przez długie miesiące pacjent był jakby sklejony nowymi połączeniami, płatami skóry, często między ręką a twarzą, a cała ta konstrukcja, ramię i głowa, pozostawała wówczas unieruchomiona w nienaturalnej i bolesnej pozycji. (…)

Jeśli nie dało się przeszczepić nowych części ciała ani odtworzyć ich z własnej skóry pacjenta, sięgano po repertuar teatralny i z rozmaitych materiałów tworzono maski. Początkowo najczęściej używano gumy, jednak szybko się okazało, że jest bardzo podatna na zniszczenie. Przetarta i brudna twarz w miejsce twarzy nieistniejącej lub zmiażdżonej, taka to była zamiana. Szybko znaleziono jednak nowy materiał, który zapewniał wygodę, był dostatecznie lekki i trwały, mógł wytrzymać lata: była to cienka blacha miedziana malowana na kolor skóry. Pokaleczeni, ci, którym brakowało niemal wszystkiego (jest takie zdjęcie z profilu w podręczniku Gilliesa: czoło, niżej trójkątne wcięcie sięgające w głąb czaszki, niemal do ucha, i dopiero pozostałość dolnej szczęki; nicość obudowana resztką człowieka), ci wciąż żywi, choć przecież wyglądali, jakby już za życia dosięgł ich pośmiertny rozkład, nosili te nowe miedziane twarze na tasiemkach, paskach, haczykach; najczęściej jednak częścią zestawu były specjalne okulary, służące za rusztowanie dla metalowego oblicza. Chcę wierzyć, że nosili je z radością.

dwutygodnik.com

wtorek, 16 października 2018


Pierwsze polityczne kroki stawia w swoim rodzinnym Szczecinie. Współtworzy The Temple of Fullmoon i The Black Order, młodzieżowe organizacje neonazistowskie. Z kolegami wydaje dwa ziny: „Odalę” oraz „Waderę”. Czego w tych periodykach nie ma: wychwalanie Adolfa, fetyszyzacja swastyki, nazi blackmetal, Varg Vikernes, negowanie Holocaustu, „ezoteryczny narodowy socjalizm” i „pierwotny poganizm”, lata nowej ery liczone od urodzin Hitlera, wyższość rasy aryjskiej, Światowy Kościół Twórcy, soczysty antysemityzm i panslawizm – w zasadzie całe neonazistowskie bingo. Z muzyki młody Piskorski poleca wrocławski nazi blackmetalowy Graveland i („nie tylko ze względu na formę, lecz także treść merytoryczną”) białych suprematystów z Honoru. Z wokalistą tego pierwszego, Robertem Fudali, ps. Rob Darken, znają się zresztą jeszcze z The Temple of Fullmoon.

Wydawcami „Odali” i „Wadery” są, obok Piskorskiego, Igor Górewicz i Marcin Martynowski. Razem prowadzą też wydawnictwo Folk. „Adolf Hitler przywrócił nam naszą szlachetną wizję, dał nam siłę do marzeń, do tworzenia nowych cywilizacji”, możemy przeczytać na okładce opublikowanej przez nich broszurki Narodowy socjalizm, którą tłumaczy Piskorski. Jej autorem jest David Myatt, brytyjski neonazista i okultysta, współpracownik terrorystów z Combat 18. „Odala” umajona jest cytatami z Führera – „Wszystko, co nie wywodzi się z dobrej rasy, jest śmieciem”, możemy sobie przeczytać grubą czcionką. „Jakie inne doktryny, prócz faszyzmu i narodowego socjalizmu, i jakie inne kraje, prócz Italii i Trzeciej Rzeszy, osiągnęły tak wielkie zyski materialne i duchowe w tak krótkim czasie, stawiając czoło tak wielu przeszkodom?”, pytają retorycznie autorzy jednego z artykułów.

krytykapolityczna.pl