wtorek, 12 czerwca 2018


Stalin i Żdanow, zastanawiając się, jak połączyć rosyjski patriotyzm z rewolucyjnym bolszewizmem, aby wykorzenić zagraniczne wpływy i przywrócić moralność, dumę i dyscyplinę, podjęli to, czego nie dokończyli przed wojną. Niczym dwaj zrzędliwi profesorowie, owładnięci obsesją wielkości dziewiętnastowiecznej kultury i zgorszeni zepsuciem nowoczesnej sztuki i obyczajów, dawny seminarzysta i potomek prowincjonalnej inteligencji sięgnęli do swej młodości, planując zaciekły atak na modernizm („formalizm”) i zagraniczne wpływy w rosyjskiej kulturze („kosmopolityzm”). Ci dwaj skrupulatni, niezmordowani „intelektualiści”, których łączył nienasycony bolszewicki głód wykształcenia, przesiadywali do później nocy nad czasopismami literackimi i obmyślali kres kulturalnych swobód czasu wojny.

Pogrążony w klasyce, pełen pogardy dla nowomodnej sztuki Żdanow zainicjował politykę znaną Aleksandrowi I i Mikołajowi I. Zwycięstwo pobłogosławiło małżeństwo rosyjskości z bolszewizmem: Stalin postrzegał Rosjan jako element spajający ZSRR, „starszego brata” narodów radzieckich, a jego nowy rosyjski nacjonalizm bardzo się różnił od swego dziewiętnastowiecznego przodka. Nie będzie żadnych nowych swobód, żadnych zagranicznych wpływów, wszystkie te nowinki zostaną zgniecione w wymuszonym kulcie rosyjskości.

Simon S. Montefiore - Stalin. Dwór czerwonego cara

Giełdy w Szanghaju i Shenzhen należą do największych na świecie - ich łączna kapitalizacja przekracza 8 bln dolarów - jednak wciąż rządzą się swoimi, nietypowymi jak na symbol kapitalizmu, prawami. Tak jak o modelu gospodarczym Państwa Środka mówi się, że jest to "socjalizm z chińską charakterystyką", tak i giełda jest przykładem "rynku z chińską charakterystyką".

To że Chińczycy mają specyficzne podejście do inwestycji na giełdzie, wiadomo nie od dziś - ceny akcji nie mają prawa spadać, a jeśli tak się dzieje, to na parkiet powinien wkroczyć chiński "plunge protection team", zwany za Murem "drużyną narodową". I tak właśnie wyglądała praktyka przez ostatnie dwa lata - chińska drużyna miała wyraźnie mniejszą cierpliwość niż jej bardziej tajemniczy odpowiednik z USA. Nie raz indeksy traciły po kilka procent przed przerwą śródsesyjną, by na koniec handlu znaleźć się minimalnie pod lub nawet nad kreską. Pekin wprost przyznał, że dba o stabilizację rynku, czyli, mówiąc wprost, nie dopuszcza do dużych spadków cen akcji.

Tym większe musiało być zdumienie inwestorów, gdy władze nie zdecydowały się zainterweniować w ubiegłym tygodniu - podczas fali najgłębszych spadków od dwóch lat. I to tuż przed najważniejszym świętem w Państwie Środka. Chińczycy nie omieszkali wyrazić swojego niezadowolenia w mediach społecznościowych, obwiniając Amerykanów i regulatora rynku (CSRC) o popsucie obchodów Nowego Roku (16 lutego).

Jak informuje "Global Times", ambasada USA dostała ponad 10 000 komentarzy na swoim koncie na Weibo (chiński Twitter), po czym zablokowała możliwość dodawania kolejnych. Chińczykom nie spodobały się noworoczne życzenia od Amerykanów - to w końcu za Oceanem przebudziły się niedźwiedzie, powodując lawinę spadków na giełdach na całym świecie, w tym w Państwie Środka.

bankier.pl

sobota, 2 czerwca 2018


Wprawdzie nazistowskie Niemcy stały się głównym beneficjentem Zagłady i to przede wszystkim do Rzeszy transferowane było ruchome mienie ofiar, to jednak skorzystało na niej także wielu innych mieszkańców Europy. „Doświadczenie to – pisze Jan Tomasz Gross – przybiera inne formy w Trzeciej Rzeszy niż w krajach okupowanych lub zależnych od Niemiec. Inaczej wygląda w Polsce, a inaczej we Francji, na Węgrzech czy w Grecji, ale w odbiorze społeczeństw lokalnych ma tę przyjmowaną z zadowoleniem cechę wspólną, że jest mechanizmem »przewłaszczenia« i redystrybucji żydowskiego stanu posiadania na korzyść Aryjczyków”. Nadto, co odnotowuje Frank Bajohr, „[b]ył to jeden z największych transferów własności na oczach współczesnych”. Transfer, którego pole podstawy wyznaczył antysemityzm, ale także spotęgowana okolicznościami chciwość, usypiająca moralną czujność i konstytuująca milczenie wobec ludobójstwa. „W świetle znanych dziś badaczom niepodważalnych faktów – zauważa Saul Friedlander – nie sposób już zakwestionować prawdziwości poniższego stwierdzenia: ani jedna grupa społeczna, ani jedna wspólnota wyznaniowa, ani jedna instytucja akademicka bądź zrzeszenie zawodowe, zarówno w Niemczech, jak i w całej Europie, nie zadeklarowało swojego poparcia dla Żydów (…). Dawało się zaobserwować zjawisko dokładnie odwrotne: popychani chciwością przedstawiciele licznych grup społecznych, w tym reprezentanci środowisk decyzyjnych, byli zaangażowani w proces wywłaszczania Żydów, których całkowite zniknięcie było im na rękę”.

(...)

Jeśli wczytamy się uważnie w czasopiśmiennictwo doby dwudziestolecia międzywojennego w Polsce, w programy polityczne wielu ówczesnych partii, ale przede wszystkim w to, co mówiono, pisano, a zwłaszcza czyniono już podczas wojny i po jej zakończeniu, jedno nie ulega wątpliwości: pozbycie się Żydów z Polski, przejęcie należącego do nich mienia, a zwłaszcza zajęcie ich miejsca w strukturze społecznej miast, wsi i miasteczek, nie było jedynie marzeniem polskich narodowców (i nie tylko ich). Było po prostu dyskutowanym projektem politycznym, a zarazem praktyką społeczną na różne sposoby realizowaną w warunkach okupacyjnych i latach powojennych. Wszystko to, czego nie przejęli Niemcy, co nie zasiliło majątku Rzeszy, nie pokryło kosztów Zagłady, która, jak pisał Raul Hilberg, miała być przecież „samofinansującym się przedsięwzięciem”, trafiło do rąk prywatnych lub zostało upaństwowione. Taki los podzieliły należące do Żydów nieruchomości, rozmaite przedmioty codziennego użytku, ale także miejsca pracy. Trudno tu zresztą o jakiś kompletny inwentarz wszystkich tych „żydowskich rzeczy”, które przecież nie wyparowały wraz z wymordowaniem około trzech milionów obywateli przedwojennej Polski. Nie wyparowały, ale też w neutralny sposób nie trafiły w ręce prywatne.

(...) W oczekiwaniu na rozpoczęcie wywózki Żydów ze Szczebrzeszyna w połowie kwietnia 1942 roku, odnotowuje świadek wydarzeń Zygmunt Klukowski, „[z]jechało się sporo furmanek ze wsi i wszystko to niemal cały dzień stało w oczekiwaniu, kiedy można będzie przystąpić do rabunku. Z różnych stron dochodzą wiadomości o skandalicznym zachowaniu się części ludności polskiej i rabowaniu opuszczonych żydowskich mieszkań. Pod tym względem miasteczko nasze z pewnością nie będzie w tyle”. Nie pomylił się. Na dalszych stronach swojego Dziennika zapisze: „[l]udność z otwieranych żydowskich domów rozchwytuje wszystko, co jest pod ręką, ludzie bezwstydnie dźwigają całe toboły z nędznym żydowskim dobytkiem lub towarem z małych żydowskich sklepików”.

(...)

Nadto chciwość, dla zaspokojenia której stworzono podczas okupacji sprzyjające warunki, napędzana była antysemickimi fantazjami o żydowskim majątku, owym mitycznym żydowskim złocie. Karmiona antysemickimi kliszami chciwość spotkała się z dokonywaną przez Niemców demonstracją, że Żydów można bezkarnie zabijać w majestacie prawa. W ramach „przewłaszczenia” mordowano zatem Żydów, chcąc wejść w posiadanie ich dóbr materialnych, pozbyć się świadków ich przejęcia, unicestwić wyeksploatowane ekonomicznie ofiary, które nie były już w stanie dłużej opłacać swojego utrzymania, albo po prostu zabijano Żydów antycypując konieczność zwrotu zdeponowanych przez nich na czas wojny przedmiotów, pieniędzy, nieruchomości, inwentarza etc.

(...)

Oto co w memoriale z sierpnia 1943 roku, pisał Roman Knoll, kierownik Departamentu Spraw Zagranicznych Delegatury Rządu: „Ludność nieżydowska pozajmowała miejsca Żydów w miastach i miasteczkach i jest to w wielkiej części Polski zmiana zasadnicza, która nosi charakter ostateczny. Powrót Żydów w masie odczuty byłby nie jako restytucja, ale jako inwazja, przeciwko której broniłaby się ona nawet drogą fizyczną”. I faktycznie, w taki właśnie sposób część Polaków postanowiła się bronić.

krytykapolityczna.pl

Jak twierdzą eksperci portalu RynekPierwotny.pl dane dotyczące poziomu PKB per capita wskazują, że przez cały czas swojego istnienia II Rzeczpospolita zaliczała się do najsłabiej rozwiniętych krajów Starego Kontynentu. O niskim poziomie rozwoju społecznego i gospodarczego ówczesnej Polski, świadczyły również informacje na temat mieszkalnictwa. Prezentują one przerażający obraz warunków, w których musiała egzystować większość obywateli II RP. Wystarczy tylko wspomnieć, że na początku lat 30-tych minionego wieku, jedynie 16% wiejskich domów nie było przeludnionych. W 84% domów ze wsi, na jedną izbę przypadały więcej niż dwie osoby. Jeden na siedem wiejskich domów był trzykrotnie bardziej zatłoczony niż przewidywała ówczesna statystyczna norma (2 osoby/izbę). Problem przeludnienia mieszkań dotyczył również miast. W 1931 r. około 57% miejskich lokali cechowało się przeludnieniem, czyli obecnością więcej niż dwóch osób przypadających na izbę.

Można oczywiście argumentować, że w okresie międzywojennym warunki mieszkaniowe na terenie Europy Zachodniej również były dalekie od ideału. Dane ze starych roczników statystycznych pokazują nam jednak smutną prawdę o ówczesnym mieszkaniowym zacofaniu Polski. Na początku lat 30 - tych, około 56% Polaków z miast, żyło w przeludnionym mieszkaniu (ponad 2 osoby na izbę). Analogiczne wyniki dla innych krajów i obszarów Europy wówczas wynosiły:

• Anglia z Walią - 8%
• Niemcy - 10%
• Norwegia - 15%
• Włochy - 35%

Bardzo sugestywne są również dane dotyczące stolic. Przed II wojną światową, Warszawa była jednym z najbardziej zatłoczonych miast Europy. W przeludnionym lokum żyło około 60% jej mieszkańców (dane z 1931 r.). Porównywalne wskaźniki obliczone dla Berlina, Paryża oraz Londynu oscylowały na poziomie 9%.

forsal.pl

sobota, 26 maja 2018


W poniedziałek 22 stycznia gen. Carter wygłosił przemówienie w Royal United Services Institute (RUSI). Zagrożeniu prezentowanemu przez Kreml poświecił (...) swoje czterdziestominutowe wystąpienie. Podkreślił on, że Rosja jest obecnie najbardziej wrogim podmiotem państwowym, podważającym jedność Sojuszu Północnoatlantyckiego. W jego ocenie potencjalny konflikt z Moskwą może rozpocząć się w nieprzewidywalny sposób. (...) nie tylko Londyn, ale cały Zachód powinien wyciągnąć wnioski z obserwowania rosyjskich działań w ostatnich latach. Jak stwierdził – nie ma już rozróżnienia pomiędzy pokojem a wojną, jedynie różne fazy pomiędzy nimi.

Jeżeli Londyn nie zainwestuje w kwestie związane z obronnością, to będzie miał problem ze zmierzeniem się z potęgą militarną takich krajów jak Rosja. Jak zauważył generał niejawne działania cybernetyczne ze strony zagranicznych podmiotów wpłynęły na życie Brytyjczyków. Wielka Brytania pozostaje podatna na wrogie działania, w tym cyberataki. Potrzeba przeznaczenia adekwatnych środków jest pilna. Jednak w tym samym czasie redukowane są wydatki militarne.

„Nasze zdolności zostaną udaremnione albo nasza odpowiedź na zagrożenia zostanie poddana stopniowej degradacji jeżeli nie będziemy nadążać za naszymi przeciwnikami” – mówił Carter. „Zagrożenia przed którymi stoimy nie są tysiące mil od nas, ale znajdują się obecnie u progu Europy. Widzieliśmy jak wojna cybernetyczna może być wykorzystana zarówno na polu bitwy, jak i do zakłócenia życia normalnych ludzi. Nie jesteśmy na to odporni. Musimy zauważyć co się dzieje dookoła nas, inaczej nasze możliwości reagowania zostaną znacząco ograniczone. Szybkość procesów decyzyjnych, rozmieszczenia sił zbrojnych oraz nowoczesne rozwiązania są kluczowe jeżeli chcemy zapewnić realne odstraszanie. Czas na zmierzenie się z tymi zagrożeniami jest właśnie teraz – nie możemy sobie pozwolić na siedzenie z założonymi rękami”.

Carter porównał obecną sytuację do tej z 1912 roku, kiedy w Moskwie podjęto decyzję o rozpoczęciu walk szybciej, gdyż do 1925 r. Rosja byłaby zbyt słaba w porównaniu z nowoczesnymi Niemcami. Podobnie zresztą uważano w Japonii w 1941 roku. Zwrócił on również uwagę, że Rosja działa inaczej niż Zachód w takich samych okolicznościach. Jednym z głównych celów Rosji będzie art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, za pomocą którego zechce ona podważyć wiarygodność NATO, a tym samym całą strukturę bezpieczeństwa obecnego porządku międzynarodowego. „To nie zacznie się od zielonych ludzików – zacznie się od czegoś, czego się nie spodziewamy. Nie powinniśmy brać tego, co widzieliśmy do tej pory jako szablonu na przyszłość”.

Największe ryzyko wynika z błędnej oceny zagrożenia, jak miało to miejsce w 2014 r. podczas zestrzelenia samolotu cywilnego nad Ukrainą, a o czym przypomniał ostatnio fałszywy alarm rakietowy na Hawajach. „To nie kryzys czy seria kryzysów, którym musimy stawić czoła. To wyzwanie strategiczne. Wymaga ono strategicznej odpowiedzi” – mówił Carter.

W ocenie generała broń nowej wojny nie będzie już wybuchać na polu bitwy, lecz uwzględniać będzie zakłócenia w dostawach energii, łapówki, cyberataki, zabójstwa, fake newsy, propagandę i zastraszenia militarne. Zwrócił on również uwagę, że brak jasnego zdefiniowania zagrożenia i podjęcia adekwatnych działań przypomina rozprzestrzenianie się choroby zakaźnej. Im dłużej nie będą podejmowane konkretne kroki, tym poważniej osłabiona będzie zdolność reagowania.

cyberdefence24.pl

Bardzo często o przeciwnikach obecnie rządzących mówi się, że są lewakami. Czym jest lewactwo?

– Lewactwo umiejętnie łączy nienawiść do mniejszości i szeroko rozumianej inności z antykomunizmem. Pokazuję w książce, że to pojęcie szkodliwe i złe. Niezależnie od tego, na ile ta etykietka jest trafna w sensie merytorycznym, upowszechniła się na szeroką skalę. Lewactwo jest takim kodem kulturowym, czymś, co w oczach ich przeciwników spaja wiele osób o poglądach lewicowo-liberalnych. Tworzy się w ten sposób szeroki zbiór wrogów.

Czy dobrze zrozumiałem? W Polsce lewactwo jest pokłosiem antykomunizmu?

– Uważam, że jest współczesną formą antykomunizmu, ponieważ im dalej od upadku realnego socjalizmu, tym trudniej pewne rzeczy z tym połączyć, nawet w ujęciu fanatycznym. Dopóki żyli generałowie Jaruzelski i Kiszczak, można było nimi straszyć. Ich miejsce zajęli geje czy „feminazistki”. Podobny los spotyka muzułmanów, których w Polsce właściwie nie ma, ale to nie przeszkadza prawicy wykorzystywać ich do budowania atmosfery strachu. Lewactwo za sprawą braku konkretności łączy ze sobą mnóstwo kategorii, które wielu osobom mogą się wydawać obce. Dlatego jest świetnym narzędziem zarządzania strachem.

Kiedy w ogóle pojawiło się lewactwo?

– Na ironię zakrawa fakt, że to pojęcie pochodzi z arsenału komunistów. Jako pierwsi używali go sympatycy Związku Radzieckiego, chcący znaleźć wspólne określenie dla ruchów lewicowych konkurencyjnych wobec ich własnego, ale niebędących socjaldemokracją. W PRL była to kategoria politologiczna, wyróżniająca cztery główne grupy lewaków: trockistów, anarchistów, maoistów pozachińskich i nową lewicę. Ówczesne nauki polityczne były wykorzystywane na użytek propagandowy, sam termin nie był zatem neutralnym opisem. Co ciekawe, najwięcej o lewakach zaczęło się mówić wtedy, gdy ideologiczna gorliwość polskich komunistów wyraźnie już wygasała, a PZPR zaczynano kontestować z lewicowej perspektywy. Lewakami stawali się w ten sposób działacze KOR czy Solidarności. Po 1989 r. termin wyparto z politologii, natomiast zaczęła go używać prawica. W dobiegającej właśnie końca dekadzie upowszechnił się zaś na tyle, że trafił do języka potocznego.

Powiedział pan, że to pojęcie szkodliwe i złe. Dlaczego?

– Ponieważ z definicji kogoś obraża. To słowo o pochodzeniu stalinowskim, które jest taką maczugą. Wymachiwanie nią pozwala demonizować przeciwnika w najgorszy możliwy sposób, bazując na odczłowieczających uprzedzeniach – lewak to przecież nieomal robak. To określenie naznaczone negatywnymi emocjami. Nie można powiedzieć o kimś, że jest lewakiem, w sposób neutralny, jeśli patrzeć na konstrukcję językową tego wyrazu.

tygodnikprzeglad.pl

piątek, 25 maja 2018


Główna autorka badań prof. Susan Sawyer z Royal Children's Hospital w Melbourne przyznaje na łamach „Lancet Child & Adolescent Health”, że przyśpieszone jest dojrzewanie płciowe. Dziewczynki w krajach uprzemysłowionych zaczynają miesiączkować już w 12-13. roku życia. W Wielkiej Brytanii w ostatnich 150 latach termin pierwszej menstruacji przyśpieszył się aż o cztery lata.

Jednocześnie wydłuża się okres dorastania we współczesnym społeczeństwie. Spowodowane jest to tym, że młodzi ludzie później wchodzą w role społeczne męża, żony i rodzica. Z danych Office of National Statistics wynika, że w Walii w 2013 r. kobiety wychodziły za mąż średnio w wieku 30,5 lat, a w Anglii - 32,5 lat.

Prof. Sawyer twierdzi, że mózg młodego człowieka dojrzewa jeszcze u dwudziestolatków. Wiele osób z tego powodu dorasta dopiero w wieku 25 lat, a nie wcześniej jak to było w przeszłości. „Dlatego dorastanie rozpoczyna się w 10. roku życia, ale kończy się w wieku 25 lat” - dodaje.

naukawpolsce.pap.pl

Innym przykładem tego, jak stworzenie nawet krótkiego, ale bardzo intensywnego i unikalnego doświadczenia klientom potrafi zmienić ich ocenę usługi jest hotel „Magic Castle”. To jeden z trzech najlepiej ocenianych hoteli (według ocen Trip-Advisor) w Los Angeles. Wygrywa z konkurencją taką jak luksusowe przybytki Four Seasons w Beverly Hills czy Ritz-Carlton Los Angeles. Przy czym „Magic Hotel” to nawet nie jest hotel w pełnym tego słowa znaczeniu. To przerobiony na hotel kompleks dwupiętrowych apartamentów wybudowanych w latach 50.

To budżetowy hotel, który ceny ma jak hotele luksusowe a jednak bije je pod względem satysfakcji klientów: z 2900 oceniających 93 proc. uznało, że „Magic Castle” jest „doskonały” albo „bardzo dobry”. Jak udało im się tego dokonać?

Otóż klient „Magic Castle” doświadczy tam rzeczy, które trudno jest spotkać w innych hotelach. I tak na przykład tuż przy hotelowymi basenie jest telefon w wiśniowym kolorze. Jeżeli się podniesie słuchawkę od razu odzywa się głos: „Dzień dobry tu gorąca linia lodów na patyku!”. Składa się zamówienie a kilka minut później osoba z obsługi nosząca białe rękawiczki podaje na srebrnej tacy wybrane smaki lodów.

Co więcej, koszt lodów i ich podania jest wliczony w cenę hotelu. Czyli klient może leżeć sobie cały dzień na leżaku przy basenie a elegancki kelner będzie mu przynosił pod nos lody i nie będzie go to kosztować ani dolara. W „Magic Castle” trzy razy w tygodniu magik pokazuje klientom sztuczki przy śniadaniu. Goście dostają menu z grami komputerowymi i filmami, z których także mogą korzystać bez dodatkowych opłat.

Tak więc by świadczyć klientom usługi, które sprawiają że staną się oni naszymi fanami nie trzeba im zaoferować usługi idealnej. Klienci „Magic Castle” wybaczają firmie średni standard w stosunku do ceny, bo doświadczą czegoś wyjątkowego, o czym po powrocie mogą opowiedzieć znajomym.

obserwatorfinansowy.pl

Ponad 8 dolarów na każde 10 dolarów majątku wytworzonego w zeszłym roku trafiało do najbogatszego procenta ludności - wynika z nowego raportu organizacji charytatywnej Oxfam International.

- Boom miliardera nie jest oznaką kwitnącej gospodarki, ale symptomem słabego systemu gospodarczego - powiedziała Winnie Byanyima, dyrektor wykonawczy Oxfam International. Zdaniem specjalistów z Oxfam, globalna gospodarka jest wypaczona na rzecz satysfakcjonującego bogactwa zamiast pracy. Rzecznik Ofxam podał, że osoby, które szyją ubrania, składają telefony i wytwarzają jedzenie, są jedynie wykorzystywani do wzbogacania korporacji i superbogatych.

W raporcie czytamy, że unikanie opodatkowania przez przedsiębiorstwa i osoby zamożne kosztuje kraje rozwijające się i biedniejsze około 170 miliardów dolarów rocznie, które mogłyby zostać przeznaczone na usługi publiczne i wykorzystane do walki z ubóstwem. Autorzy raportu podkreślają również szkodliwe skutki nierówności płac wśród kobiet kobiet i mężczyzn. - Trudno jest znaleźć przywódcę politycznego lub biznesowego, który nie twierdzi, że nie obawia się nierówności, a jeszcze trudniej znaleźć takiego, który coś z tym robi. Wielu aktywnie pogarsza sprawy, obniżając podatki i łamiąc prawa pracownicze - powiedziała Byanyima.

bankier.pl

poniedziałek, 21 maja 2018


Twitter kojarzy mi się jakie dobre źródło informacji, ale przede wszystkim, jako miejsce obrzydliwych wojen ideologicznych.

- Internet kilka lat temu zrobił się „PiS-netem”. Partia i jej wynajęci ludzie, zdominowały narrację w mediach. To nie jest tajemnica, że chłopacy z prawicy pojechali do amerykańskiej części Republikanów i tam się nauczyli, jak zacząć siać ten ferment. Wydali mnóstwo pieniędzy, powołali gazety i portale, które jechały po bandzie. Między innymi dzięki temu wygrali wybory. Ale na takich oddanych władzy dziennikarzy, którzy kłamią, też jest sposób. Po programach mówię takiemu: „Jeśli jeszcze raz będziesz kłamał, że Polska jest w rozkwicie, to uważaj, bo zadam ci ze dwa lub trzy pytania i wyjdziesz na gamonia”.

O przyjazny, wolny od propagandy internet trzeba powalczyć poprzez budowanie wspólnoty. Mam już dość tych kłótni. Chce pokazać, że ludzie w polityce, którzy w pewnym momencie na skutek dobrych wiatrów i wiedzy, znaleźli się na wysokich pozycjach, to nie są drętwi i chamscy nudziarze.

To ustalmy: w internecie jest więcej hejterów czy dobrych ludzi?

- Trudno powiedzieć. Pozbywam się tych, z którymi dyskusja nie ma sensu. U mnie są trzy życia i ban. Kiedy ktoś jest dla mnie wredny lub mi ubliża, to "wciskam na niego" i przelatuje konto. Pamiętam te twarze, nicki. I do widzenia! W necie są proste zasady: nie dyskutuj z gościem, który myśli zero-jedynkowo i bezmyślnie określił się politycznie. Staraj się za to nie lekceważyć tych, którzy myślą inaczej, ale przynajmniej mają tę wspaniałą cechę, że chcą z tobą debatować.

Zarzuca się panu brak podawania źródłach informacji.

- Jeśli ktoś zarzuca, że moje informacje są niepełne, albo nie ma w nich źródeł, to ja mówię: napisz, cholera, do mnie i pogadamy. Myślę, że nie zawiedziesz się na mojej wiedzy, fajnie porozmawiamy wtedy na temat małej energetyki wiatrowej lub czegokolwiek innego. Moje źródła są tak szerokie, że czasami trudno mi je ustalić. Część rzeczy biorę z głowy, mam tam gigabajty danych. Zawsze pracowałem też na kilkudziesięciu newsletterach, codziennie śledzę dziesiątki stron: ekonomicznych, transportowych, Unii Europejskiej, sportowych i wielu innych. Kiedy chce wiedzieć, co w zbożu - giełda Chicago, kiedy szukam informacji o surowcach - Londyn.

(...)

Śledzi pan konto „Mądrości z Twittera Janusza Piechocińskiego”?

- Tak. I często śmieję się komentarzy na tym profilu. Nie znam tych ludzi osobiście, ale nie zamierzam prosić Facebooka o wyłączenie tego fanpejdża.

Ale przez takie inicjatywy pana konto uznawane jest w kategoriach mema.

- Mi to nie przeszkadza. Jeśli mojemu czytelnikowi nie poruszę szarych komórek tymi statystykami, a chociaż dostarczę powodów, dla których przepona zadziała, to i tak będę zadowolony. Uśmiechnięci są lepiej dotlenieni, a ludzie pełni optymizmu są szczęśliwsi. Wiem na pewno, że masa osób traktuje moje konto jako źródło poważnej wiedzy.

noizz.pl

Zdaniem Bergmana izraelskie służby działają bardzo sprawnie, co jest jednak katastrofalne dla izraelskiej polityki. - Polityczne kierownictwo wierzy, że służby są w stanie rozwiązać wszystkie problemy - zauważa autor.

Historia służb jest jego zdaniem "historią wielu małych taktycznych sukcesów i niebywałego strategicznego fiaska". Jak tłumaczy, wiara w skuteczność służb zablokowała polityczne i dyplomatyczne rozwiązania konfliktów.

Wśród wpadek Mosadu Bergman wymienia między innymi pomyłkowe zastrzelenie kelnera zamiast działacza "Czarnego Września w 1973 roku w norweskim Lillehammer. Opisuje przypadek dwuletniej dziewczynki, trafionej w 2006 roku w szyję odłamkiem izraelskiej rakiety, która od tego czasu jest sparaliżowana. - Nie można pomijać tej moralnej ceny, która stała się bardzo wysoka - podkreśla dziennikarz.

Bergman pisze, że izraelscy agenci uprowadzili w 1962 roku z Monachium niemieckiego naukowca Wernera Kruga, pracującego nad programem rozwoju broni rakietowej w Egipcie. Porwany poddany został w Izraelu "brutalnym metodom przesłuchania", a następnie zastrzelony. Jego ciało zrzucono z samolotu do morza - pisze Bergman. Przed 1945 rokiem Krug współpracował z nazistami.

gazeta.pl