niedziela, 22 marca 2026


W ciągu kilku dni Rosjanie atakowali na różnych odcinkach frontu: od okolic Łymanu (na północny wschód od Słowiańska), poprzez „kierunek dobropilski” (na południowy zachód od aglomeracji) i okolice Pokrowska. Wszystkie znajdują się w ukraińskim Donbasie. Ale i na zachodzie (w stepach obwodów dniepropietrowskiego i zaporoskiego) trwają walki – ze zmiennym szczęściem. Nigdzie Rosjanie nie uzyskali jednak przewagi i nie udało im się przebić obrony.

„Natarcie straciło impet. Nie ma strategicznego przełomu. Sukcesy uzyskujemy za zbyt wielką cenę” – podsumował w internecie jeden z rosyjskich oficerów z frontu.

Na razie ich sukcesem (choć jeszcze z zeszłego miesiąca) jest wyparcie ukraińskich oddziałów prawie całkowicie z Pokrowska i Myrnohradu, wokół których koncentrowało się rosyjskie natarcie od listopada ubiegłego roku. – Rosjanie mają przewagę, a nasze pozycje, których się kurczowo trzymamy, są tam taktycznie niewygodne – mówił ukraiński pułkownik z oddziałów desantowych walczących w tym rejonie. Obrońcy pozostają w północnej części obu miejscowości, ostrzeliwując dzielnice zajęte przez Rosjan. Ci zaś próbują obejść ich od zachodu.

– Wróg zrobił coś w rodzaju taktycznej przerwy na naszym odcinku. Związane to jest z pogodą, ale i z tym, że Rosjanie nie mogą się zdecydować, gdzie będzie nasz główny kontratak – dodał.


Zelżenie nacisku na Pokrowsk i Myrnohrad związane jest bowiem z nagłą zmianą na froncie w stepach dniepropietrowskich i zaporoskich. Agresorowi udało się zdobyć tam Hulajpole i próbuje nacierać na odległy o ok. 35 km na zachód Orichiw – ostatnią dużą miejscowość broniącą podejść do Zaporoża. Jej opanowanie zagroziłoby 700-tysięcznemu centrum przemysłowemu, ale i okrążeniem ukraińskim oddziałom znajdującym się na południe od Orichowa.

Ale atakujący Rosjanie nagle znaleźli się w trudnej sytuacji. Ukraiński kontratak na wschód od Hulajpola wdarł się na kilkanaście kilometrów w głąb ich pozycji i jeśli nie zostanie powstrzymany, to nacierający na Orichiw sami znajdą się w okrążeniu. Już obecnie w Ukrainie pojawiają się informacje, że w stepach zostały okrążone jakieś oddziały rosyjskie, lecz nie wiadomo jakie, jak liczne; brak też jest wiarygodnych potwierdzeń tych doniesień.

W rejonach ukraińskiego kontrataku Rosjanie sami próbowali nacierać w połowie tygodnia, korzystając z pojawienia się mgły. „Rosjanie faktycznie rozpoczęli swoją wiosenno-letnią ofensywę na odcinku Rodyńske-Hulajpole. (…) Rezultat: w półtorej doby stracili ok. 900 ludzi. I mimo takich strat nie przerwali żadnego odcinka frontu” – z satysfakcją poinformował dowódca ukraińskich „wojsk dronowych” Robert Browdi /Magyar - red./.


Mniej więcej w tym samym czasie Rosjanie uderzyli też daleko na wschodzie, w okolicach Łymanu. Po raz pierwszy od długiego czasu wykonali atak wsparty czołgami i wozami bojowymi. Zderzyli się tutaj jednak z ukraińskim 3. Korpusem, którego trzon stanowi dawny „Azow”. Jego zwiadowcy w ciągu miesiąca obserwowali rosyjskie przygotowania, w tym rozminowanie dróg natarcia, co od razu wywołało podejrzenia, że agresor chce nacierać z bronią pancerną.

Nie wiadomo, czy termin ataku został przyspieszony ze względu na sytuację w stepach dniepropietrowskich. – Zaatakowali naraz w siedmiu miejscach, używając ponad pół tysiąca żołnierzy, 28 czołgów i wozów bojowych, ponad 100 motocykli, samochodów typu buggy i quadów. W ciągu czterech godzin zamieniliśmy ich natarcie w pogrom – poinformował przedstawiciel Korpusu.

Ukraińscy eksperci uważają, że takie ataki jak w okolicach Łymanu mają odciągać uwagę od walk w stepach. „Bojąc się dalszego zwiększania możliwości naszych wojsk na tym odcinku frontu (w obwodzie dniepropietrowskim), wróg przed terminem rozpoczął swoją wiosenno-letnią kampanię. W tym celu jego wojska od Kurska do Pokrowska dostały rozkaz zwiększenia nacisku, by związać nasze siły w tych rejonach i nie pozwolić na ich przerzucenie dla wzmocnienia naszego kontrataku” – wyjaśniał cele walk w tym rejonie jeden z ukraińskich ekspertów.

„Liczba starć na całym froncie w ciągu dwóch tygodni wzrosła o 40 proc., rosyjskie straty – o 20 proc., a ich ruch do przodu spowolnił pięciokrotnie. Trwa paniczne przewożenie różnych oddziałów na najbardziej zagrożony odcinek. (…) Wróg po raz pierwszy od trzech lat zajął defensywną pozycję” – pisze kolejny ukraiński wojskowy.

Rosyjskie kłopoty powiększa zmiana taktyki walki ukraińskich dronów, masowo używanych na froncie. Obecnie w mniejszym stopniu atakują one żołnierzy, co widać po nieproporcjonalnie wolno rosnących stratach armii Kremla w stosunku do zwiększonej liczby starć. – Zaczęliśmy po prostu niszczyć pozycje operatorów rosyjskich dronów: ich schrony, ziemianki, logistykę – wyjaśnia ukraińska żołnierka z 66. Brygady.

Jednocześnie zmieniła się taktyka ukraińskich kontrataków. „Przeciwnik zaczął wykorzystywać drony jako pełnoprawną zamianę lotnictwa. Ukraińcy tworzą coś w rodzaju powietrznej uderzeniowej pięści: na wąskim odcinku frontu jednocześnie startuje w niebo 300-400 dronów. Ta masa nakrywa teren do 20 km w głąb (od linii frontu), spełniając rolę ogniowego wsparcia natarcia. Po takim zmasowanym uderzeniu ruszają ich grupy mobilne dla uchwycenia terenu, a za nimi podążają oddziały operatorów dronów. Po czym cały schemat powtarza się” – opisuje jeden z Rosjan walki w obwodzie dniepropietrowskim. Walec posuwa się, bowiem wcześniej zniszczone zostały stanowiska rosyjskich operatorów dronów, pozbawiając Rosjan obrony i bliskiego zwiadu.

rp.pl


Prezydent USA Donald Trump powiedział w piątek, że zasadne jest pytanie, czy USA powinny utrzymywać siły w bazach w Hiszpanii lub Niemczech wobec odmowy wysłania okrętów do cieśniny Ormuz. Skomentował w ten sposób postulat senatora Lindseya Grahama.

Trump został zapytany przez dziennikarza o opinię w sprawie wypowiedzi republikańskiego senatora Grahama na temat przemyślenia obecności wojsk USA "w Hiszpanii czy Niemczech".

- On ma rację, że o to pyta (...). Oni powinni pomagać z cieśniną, bo biorą dużo energii z cieśniny Ormuz. A jeśli Lindsey Graham to mówi - nie zapominajcie, on był przez długi czas wielkim orędownikiem NATO - to wielu senatorów i kongresmenów (...) jest bardzo niezadowolonych, że NATO nic nie zrobiło - powiedział prezydent.

Choć pytanie hiszpańskiego dziennikarza do Trumpa dotyczyło baz w Hiszpanii i Niemczech, sam Graham wzywał prezydenta do opuszczenia jedynie baz w Hiszpanii. Zrobił to w wywiadzie dla Fox News 10 marca. Uzasadniał to wówczas odmawianiem przez Madryt zgody na użycie baz morskich do ataków na Iran.

- Do Hiszpanii: jeśli nie pozwolą nam korzystać z ich baz, a właściwie naszych baz lotniczych w ich kraju, aby uniemożliwić morderczemu reżimowi zdobycie broni jądrowej, która terroryzuje świat (...). Dziś wieczorem wzywam prezydenta Trumpa do przeniesienia wszystkich naszych baz z Hiszpanii - mówił.

Rozmawiając z dziennikarzami przed odlotem na weekend do swojej posiadłości na Florydzie, Trump ponownie wezwał sojuszników - a także Chiny - do pomocy w otwarciu cieśniny Ormuz, twierdząc, że "będą musieli się trochę zaangażować", bo Ameryka "nie korzysta" z cieśniny, a operacja odblokowania jej byłaby łatwa.

- Nie potrzebujemy jej. Europa jej potrzebuje, Korea, Japonia, Chiny, wiele innych krajów. Więc będą musieli się trochę zaangażować - ocenił. 

Zapytany o swoje twierdzenia, że operacja odblokowania cieśniny ma być "prostym manewrem", Trump powtórzył swoje zdanie.

- To prosty manewr wojskowy. To stosunkowo bezpieczne, ale potrzeba dużo pomocy. W tym sensie, że potrzeba okrętów, potrzeba dużej ilości. NATO mogłoby nam pomóc, ale jak dotąd nie miało odwagi tego zrobić - powiedział. - Wiecie, w pewnym momencie ona (cieśnina) sama się otworzy - dodał. Powtórzył swoją wcześniejszą ocenę, że "militarnie już wygrał" wojnę z Iranem.

- Z militarnego punktu widzenia, jedyne, co robią, to blokują cieśninę. Ale z militarnego punktu widzenia, są skończeni - skonstatował.

Wbrew ocenom Trumpa większość ekspertów uważa potencjalną operację wojskową w cieśninie Ormuz za obarczoną dużym ryzykiem ze względu na geografię oraz szeroką gamę zagrożeń ze strony Iranu w postaci min, ataków małymi łodziami, rakiet manewrujących czy dronów.

PAP


"Iran nie stwarzał zagrożenia dla naszego narodu i jest jasne, że rozpoczęliśmy tę wojnę pod presją Izraela i jego potężnego amerykańskiego lobby." 

"Na początku tej administracji wysoko postawieni urzędnicy Isacli i wpływowi członkowie amerykańskich mediów wdrożyli kampanię dezinformacyjną,  (...) aby zachęcić do wojny z Iranem. (...) , aby was oszukać i wmówić, że Iran stanowi bezpośrednie zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych i że jeśli zaatakujecie teraz, istnieje jasna droga do szybkiego zwycięstwa. To była i jest ta sama taktyka, której Izrael użył, aby wciągnąć nas w katastrofalną wojnę w Iraku (...)"

Napisał to w swoim liście uzasadniającym rezygnację  szef amerykańskiego Narodowego Centrum ds. Zwalczania Terroryzmu - Joe Kent. 

x.com/wolski_jaros

sobota, 21 marca 2026



Eugene Rumer opublikował wczoraj w Carnegie paper pt. Belligerent and Beleaguered: Russia After the War with Ukraine.

Rumer to nie publicysta – to były National Intelligence Officer ds. Rosji w amerykańskiej Radzie Wywiadu Narodowego. Człowiek, który przez lata współtworzył te same oceny, z których wyrastał ATA. Kiedy on pisze, że Rosja wyjdzie z wojny bardziej niebezpieczna niż do niej wchodziła – to nie jest opinia. To diagnoza stawiana z wnętrza systemu, który do niedawna wolał wierzyć w coś odwrotnego.

I właśnie dlatego warto się przy tym tekście zatrzymać.

Co mówi Rumer

Teza centralna jest prosta i brutalna: niezależnie od wyniku wojny, Rosja będzie mniej bezpieczna, bardziej sfrustrowana i bardziej groźna dla Europy niż przed 2022 rokiem.

Rumer buduje to na trzech filarach:
 – geografia (utrata buforów, NATO od Koli po Morze Czarne, zahartowana Ukraina na progu), 
- technologia (broń precyzyjna dalekiego zasięgu, która czyni „głębię strategiczną" anachronizmem),
- rozpad modelu transatlantyckiego (perspektywa Europy bez amerykańskiego parasola nuklearnego).

To jest ramka, którą z perspektywy wschodniej flanki opisuję publicystycznie od momentu opuszczenia struktur wywiadowczych RP. Różnica polega na tym, że do tej pory takie stwierdzenia z naszego regionu były traktowane w Waszyngtonie jako „alarmizm" – zresztą wielu tu komentujących też tak to do tej pory traktuje.

Teraz mówi to człowiek z wnętrza waszyngtońskiego establishmentu bezpieczeństwa – i mówi to w Carnegie, nie na konferencji w Tallinie czy w Warszawie.

Co jest w tym naprawdę ważne

Nie sama diagnoza – ta jest w dużej mierze powtórzeniem tego, co wiemy. Ważne są trzy rzeczy, które Rumer artykułuje otwarcie, a które do tej pory były w zachodnim mainstreamie omijane lub wyciszane.

Pierwsza – Rumer cytuje artykuł admirała Kostiukowa, szefa GRU, zresztą również przeze mnie przywoływany, z Wojennaja Mysl (maj 2025), w którym Kostiukow wprost opisuje, jak akcesja Finlandii stawia w zasięgu ATACMS-ów Flotę Północną, Petersburg i elektrownie jądrowe.

To nie jest „rosyjska propaganda na użytek wewnętrzny". To jest artykuł szefa wywiadu wojskowego (Głównego Zarządu Sztabu Generalnego SZ FR) w głównym piśmie Ministerstwa Obrony – i Rumer traktuje go jako autentyczny sygnał rosyjskiego postrzegania zagrożeń.

To jest dokładnie ten poziom lektury rosyjskich źródeł, którego domagam się od lat: nie czytać tego, co Kreml mówi do zachodnich kamer, tylko to, co mówi sam do siebie.

Druga – Rumer otwarcie pisze o „oknie okazji" dla Putina. Scenariusz: rozwód transatlantycki wyprzedza europejską remilitaryzację. Europa nie ma jeszcze ani konwencjonalnej obrony, ani rozwiązania problemu odstraszania nuklearnego. Putin atakuje sąsiada na Bałtyku, żeby udowodnić, że Artykuł 5 jest martwą literą – i chowa się za rosyjską tarczą nuklearną.

Prawda, że bardzo podobne do tego, co pisałem w operacjach „Morena" i „Aurora" w lutym-marcu 2024 roku?

Rumer nie mówi, że to jest prawdopodobne. Mówi – tak jak ja zawsze mówiłem – że to jest realistyczne. I odwołuje się do tego, że Putin już raz podjął decyzję, którą „conventional wisdom" uznawał za niemożliwą.

Trzecia – i dla mnie najciekawsza – Rumer pisze, że sama obrona przed wojną hybrydową (u mnie "Wojną Zrównoważoną") nie wystarczy. Europa potrzebuje zdolności ofensywnych, zdolnych do przeniesienia wojny hybrydowej na terytorium Rosji. To jest bardzo ważne przesunięcie. Do niedawna w zachodnim dyskursie „odporność", czy „resilience" były jedynym dopuszczalnym językiem.

Rumer mówi: nie – potrzebna jest zdolność do retorsji - gotowości i zdolności działań ofensywnych wobec Rosji. To jest język, którym posługuję się od dawna, opisując logikę „Wojny Zrównoważonej": Rosja eskaluje tam, gdzie nie napotyka odpowiedzi symetrycznej lub asymetrycznej.

Gdzie Rumer się zatrzymuje – a ja idę dalej (a może mnie dogoni)

Rumer jest analitykiem instytucjonalnym. To oznacza, że musi zostawić na stole scenariusze, w które sam prawdopodobnie nie wierzy. Zostawia furtkę dla „peredyszki" – oddechu po wojnie, w którym następca Putina podejmie otwarcie na Zachód, podobne do gorbaczowowskiej pierestrojki.

Jednocześnie ostrzega przed „wishful thinking" i pisze, że rosyjskie i zachodnie wizje ładu są fundamentalnie sprzeczne – Karta Paryska 1990 vs. Kongres Wiedeński 1815.

Problem w tym, że Rumer opisuje to jako napięcie między dwoma wizjami. Ja opisuję to jako cechę konstrukcyjną rosyjskiego systemu: każde „otwarcie" na Zachód jest fazą operacyjną, nie zmianą kursu.

„Peredyszka" to nie jest alternatywa wobec konfrontacji – to jej kolejny etap. System potrzebuje oddechu nie po to, żeby się zmienić, ale po to, żeby się zregenerować do następnego cyklu.

Druga różnica jest głębsza.

Rumer operuje na poziomie państwo–państwo: Rosja vs. NATO, Rosja vs. Ukraina, Rosja vs. USA. Nie schodzi do tego, co napędza ten system od wewnątrz – kto konkretnie w Moskwie „rachuje" ryzyko eskalacji, jak instytucje bezpieczeństwa (GZ/GRU, FSB, SWR, Rosgwardia) przetwarzają bodźce zewnętrzne i jak „rachmistrze wojny" optymalizują cykl konfliktu. Bez tej warstwy instytucjonalnej diagnoza Rumera jest jak mapa bez legendy – pokazuje tereny, ale nie mówi, kto po nich jeździ.

Trzecia rzecz: u Rumera wojna jest kosztem. Wyczerpuje Rosję demograficznie, gospodarczo, militarnie. To prawda – ale w mojej ocenie to tylko połowa obrazu.

Wojna jest jednocześnie mechanizmem reprodukcji systemu: czystki, redystrybucja zasobów, przebudowa hierarchii elit, produkcja nowej legitymizacji. „Wojna Zrównoważona" to nie tylko długi konflikt zewnętrzny – to tryb funkcjonowania państwa, który nie znika wraz z zawieszeniem broni.

Co z tego wynika

Paper Rumera to dokument, który warto mieć pod ręką – nie dlatego, że mówi coś nowego, ale dlatego, że mówi rzeczy, które w naszej części Europy wiemy od lat, głosem, który w Waszyngtonie i Brukseli ma ciężar instytucjonalny.

Carnegie to nie blog z Tallina czy z Warszawy ani konto na X byłego oficera wywiadu z mazowieckiej wsi. Kiedy Carnegie mówi, że Rosja powojenna będzie bardziej niebezpieczna, że okno ataku na Bałtyk jest realistyczne i że sama odporność defensywna nie wystarczy – to jest przesunięcie tektoniczne w zachodnim myśleniu o bezpieczeństwie.

W moim odczuciu dość gwałtowne – i to budzi moje retoryczne pytanie: dlaczego teraz?

Mgła wojny – jeśli chodzi o Rosję – za oceanem jest dziś „oficjalnie" trochę mniej gęsta niż jeszcze parę lat temu. Ale wciąż jest wystarczająco gęsta, żeby Zachód zostawiał sobie na stole scenariusze „trwałego pokoju" z systemem, który żadnego trwałego pokoju nie jest w stanie ani chcieć, ani utrzymać.

Pozdrawiam i dziękuję.

x.com/Maciej_Korowaj

piątek, 20 marca 2026



Każdy dzień prezydentury Trumpa to dla Ameryki koszt, każda kolejna idiotyczna (Pearl Harbor z Takaichi) wypowiedź to koszt. Lewary na każdego USA miało już przed Trumpem. Sztuka polega na tym, żeby ich:

1) nie nadużywać, bo lewarowani będą mieli motywację, żeby szukać dróg do 'oswobodzenia'
2) używać tychże w odpowiednim miejscu i czasie, kiedy lewarowany nie może odmówić, a samo wydarzenie jest kluczowe z interesu USA

DJT nadużywa lewarów + używa ich do głupich celów, które nie służą interesowi USA. Bingo.

Clue polega na tym, że Trump żyje z potęgi zbudowanej przez poprzedników. Teraz ta potęga cierpi nie tylko w wymiarze soft power, ale i hard - zdolności ulegają mocnej erozji, albo przez idiotyczne decyzje (Iran), albo przez erozję najpotężniejszej sieci sojuszniczej na świecie.

Część osób mylnie zrównuje srogie (najczęściej infantylne) połajanki Trumpa z jego mocą jako lidera, tymczasem ci łajani, muszą milczeć przez siłę Ameryki zbudowaną (w przeszłości) przez ludzi prezentujących jakość o 180 stopni różną od tej oferowanej przez Trumpa.

Niczym czteroletni cesarz wydający reprymendy doświadczonym głowom państw wasalnych.

Tak teraz może to zrobić, bo żyje z kredytu przeszłości, ale każdy w tle myśli jak te wasalne powiązania zmniejszać (nawet my, prymus klasy) lub szuka nowych patronów. Koszty są przepotężne i niepoliczalne.

Oczywiście ciężko przebimbać miliard dolarów z loterii w cztery lata, ale Donald mocno się stara.

x.com/hubertwalas_


Po objęciu władzy przez Viktora Orbána w 2010 r. Węgry znajdowały się w trudnej sytuacji makroekonomicznej, będącej konsekwencją globalnego kryzysu finansowego, który doprowadził gospodarkę do głębokiej recesji (w 2009 r. tamtejszy PKB spadł o 6,8%). W 2008 r., w celu uniknięcia niewypłacalności, rząd socjalistów skorzystał z pakietu pomocowego o wartości 20 mld euro, udzielonego przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) i UE. Nowy gabinet przypisywał poprzednim władzom odpowiedzialność za zły stan finansów publicznych, jednocześnie krytykując realizowaną w 2009 r. politykę konsolidacji fiskalnej, w tym cięcia wydatków socjalnych wprowadzone przez ówczesny rząd techniczny. Partia Orbána, dysponując wraz z chadekami (KDNP) większością konstytucyjną w parlamencie, dążyła do przebudowy dotychczasowego porządku politycznego i gospodarczego. Początek trwających do dzisiaj rządów koalicji Fidesz–KDNP był okresem intensywnych reform, które nie układały się jednak w spójną strategię rozwojową i często miały charakter reaktywny. Wprowadzane rozwiązania są określane pojęciem „orbanomika”, odnoszącym się do nieortodoksyjnej polityki gospodarczej, oznaczającej odejście władz węgierskich od dominujących modeli i charakteryzującej się licznymi sprzecznościami. Polityka gospodarcza Fideszu opiera się na paradoksie „socjalizmu dla bogatych i kapitalizmu dla biednych”, ponieważ głównymi beneficjentami wprowadzanych rozwiązań stały się wyższa klasa średnia i związane z władzą elity gospodarcze.

Na początku rządów Fideszu przeprowadzono szeroko zakrojone reformy fiskalne. Dotychczasowe stawki podatku dochodowego od osób fizycznych (18% i 36%) zastąpiono jednolitą stawką liniową w wysokości 16% (od 2016 r. – 15%). Równolegle 16-procentowy podatek dochodowy od przedsiębiorstw został zróżnicowany na dwie stawki: 19% oraz preferencyjną 10% (które od 2017 r. zastąpiła jednolita stawka CIT w wysokości 9%, najniższa w UE). W celu zrekompensowania spadku wpływów z podatków bezpośrednich rząd w 2012 r. podwyższył podstawowy VAT z 25% do 27% (jest on aktualnie najwyższy w UE) oraz wprowadził pakiet nadzwyczajnych podatków sektorowych, nakładanych przede wszystkim na banki i podmioty działające w branżach zdominowanych przez kapitał zagraniczny, takich jak energetyka, handel i telekomunikacja. Politykę tę uzupełniały działania o charakterze jednorazowym, w tym przejęcie środków z otwartych funduszy emerytalnych.

Po 2010 r. rząd Orbána postawił sobie za cel ograniczenie roli kapitału zagranicznego w gospodarce. Wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) w relacji do PKB wykazywała w czasie władzy prawicy wyraźną tendencję spadkową: z 76% w 2009 r. zmalała do 60% w 2022 r., co oznaczało najgłębszy spadek w regionie. W latach 2004–2010 poprzednie gabinety przeznaczyły na subsydia dla przedsiębiorstw łącznie 612,2 mln dolarów, z czego niemal 98% trafiło do firm międzynarodowych, a jedynie ok. 2% do podmiotów krajowych. W okresie 2011–2018 rząd ponad dwukrotnie zwiększył skalę wsparcia tych ostatnich – do ok. 1,3 mld dolarów – przy jednoczesnym 10-krotnym wzroście udziału rodzimych firm w podziale środków. Doprowadziło to do wzmocnienia kapitału narodowego w wybranych sektorach uznanych przez władze za strategiczne z punktu widzenia kontroli politycznej – przede wszystkim w mediach, bankowości i energetyce. Równolegle władze dążyły do wzmocnienia obecności nad Dunajem podmiotów z branży produkcyjnej, z którymi podpisano kilkadziesiąt umów o współpracy strategicznej. W efekcie kraj umocnił swoją pozycję jako hub produkcyjny dla niemieckich marek motoryzacyjnych, takich jak Audi, Mercedes i BMW. W latach 2010–2019 wartość produkcji przemysłu motoryzacyjnego na Węgrzech wzrosła o 165% – głównie dzięki ekspansji firm należących do niemieckiego kapitału – a obecnie sektor ten odpowiada za ok. 25% tamtejszego eksportu.

Faworyzowanie kapitału krajowego w wybranych usługach stanowiących zaplecze instytucjonalne władzy, przy jednoczesnym stosowaniu hojnych zachęt wobec kapitału zagranicznego w przemyśle wytwórczym, a także renacjonalizacja przedsiębiorstw oraz administracyjna ingerencja w ceny energii świadczą o konsekwentnym wzmacnianiu roli państwa w gospodarce. Procesowi temu towarzyszyło jednocześnie postępujące upolitycznienie sfery ekonomicznej, widoczne zwłaszcza w nasilającej się od 2010 r. oligarchizacji, polegającej na preferencyjnym traktowaniu przedsiębiorstw powiązanych z obozem rządzącym. W praktyce kierownictwo Fideszu uzyskało decydujący wpływ na to, które podmioty mogły wejść do kręgu beneficjentów polityki państwa i korzystać z nieformalnych przywilejów finansowych. Kluczowym mechanizmem akumulacji majątku przez lojalną wobec rządu elitę biznesową stały się zamówienia publiczne. Po 2010 r. skala korupcji w tym obszarze wyraźnie wzrosła, istotną rolę odgrywał także transfer aktywów państwowych za pośrednictwem fundacji i spółek o nieprzejrzystej strukturze własności, powiązanych faktycznie z osobami z otoczenia partii rządzącej. Liczne afery majątkowe z udziałem bliskich władzy elit zostały udokumentowane przez niezależne media. Ukształtowany w ten sposób system klientelistyczny, oparty na wymianie wzajemnych korzyści, sprzyja konsolidacji zaplecza politycznego władzy.

(...)

Kilkuletni okres relatywnej prosperity zakończył się wraz z kryzysem wywołanym pandemią COVID-19 – w 2020 r. PKB Węgier spadł o 4,3%. Jednocześnie wyraźnie pogorszył się stan finansów publicznych: deficyt budżetowy przekroczył 7% PKB, a dług publiczny wzrósł do blisko 80% PKB, co oznaczało odejście od wcześniej utrzymywanej dyscypliny fiskalnej. Krótkotrwałe ożywienie po pandemii nie zostało przy tym utrzymane – w 2023 r. PKB ponownie obniżył się o 0,8%, wprowadzając gospodarkę w fazę stagnacji w warunkach spadających inwestycji i wciąż poważnych wyzwań zewnętrznych, w tym ograniczonego dostępu do środków unijnych. W latach 2023–2024 gospodarka węgierska dwukrotnie znalazła się w recesji technicznej (spadek PKB przez co najmniej dwa kolejne kwartały). Spowolnienie dodatkowo pogłębiała restrykcyjna polityka monetarna banku centralnego, ukierunkowana na ograniczenie presji inflacyjnej. Wskaźnik PKB na mieszkańca według parytetu siły nabywczej wyniósł w 2024 r. 77% średniej unijnej – słabszy wynik odnotowały jedynie Słowacja, Łotwa, Grecja i Bułgaria. Równocześnie kraj charakteryzował się najniższym w całej Unii Europejskiej poziomem rzeczywistej konsumpcji indywidualnej per capita według parytetu siły nabywczej (72% średniej). Świadczy to o ograniczonej redystrybucji efektów wzrostu gospodarczego na rzecz gospodarstw domowych i koreluje zarówno z utrzymującą się wysoką inflacją, jak i z niskim udziałem płac w PKB.

Władze liczyły na odbicie gospodarki w 2025 r., szczególnie w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych zaplanowanych na kwiecień br. Dane ze stycznia wskazują jednak, że realny PKB Węgier w minionym roku wzrósł jedynie o 0,3% r/r. Wzrost ten ograniczyły przede wszystkim słaba dynamika produkcji przemysłowej (w pierwszych 11 miesiącach 2025 r. odnotowano spadek o 3,5% r/r) oraz powiązany z nią eksport, podczas gdy głównymi motorami aktywności gospodarczej pozostawały sektor usług i budownictwo.

Jednym z kluczowych symptomów końca relatywnej prosperity Węgier jest wciąż wysoka inflacja konsumencka. W rezultacie ekspansywnej polityki fiskalnej i monetarnej jeszcze przed 2020 r. tempo wzrostu cen na Węgrzech przewyższało poziomy notowane w większości państw regionu. Po wybuchu pandemii COVID-19 oraz rosyjskiej inwazji na Ukrainę wskaźnik ten osiągnął bezprecedensowe wartości: w 2022 r. średnioroczna inflacja wyniosła 15,3%, a w 2023 r. wzrosła do ok. 17%. Między wrześniem 2022 r. a listopadem 2023 r. Węgry w każdym miesiącu odnotowywały najwyższe wskaźniki w tym zakresie w UE. W 2024 r. nastąpił gwałtowny spadek dynamiki cen do poziomów zbliżonych do pozostałych państw regionu. Korekta ta miała jednak charakter głównie statystyczny i tymczasowy (efekt wysokiej bazy, spadku cen surowców i osłabienia konsumpcji), a nie rzeczywisty. Jednocześnie według danych za 2024 r. realne wynagrodzenia zwiększyły się o 8,9% r/r, co oznacza, że dynamika płac przewyższała tempo wzrostu cen konsumpcyjnych, częściowo kompensując wcześniejszy spadek siły nabywczej gospodarstw domowych.

Węgry jako jedyne państwo regionu odnotowywały w drugiej dekadzie XXI wieku systematyczny spadek udziału płac w PKB. Nawet w jej drugiej połowie – czyli okresie prosperity rządów Orbána – tempo wzrostu wynagrodzeń pozostawało wolniejsze niż w innych krajach regionu, czemu sprzyjała słaba pozycja związków zawodowych (ok. 7% uzwiązkowienia – jeden z najniższych wskaźników w UE). Kraj należy także do państw o najniższych zarobkach w UE – zarówno pod względem płacy minimalnej (727 euro), jak i przeciętnych pensji. W 2024 r. średnie roczne wynagrodzenie brutto wyniosło tam 18,5 tys. euro, co plasowało Węgry na trzecim miejscu od końca (po Bułgarii i Grecji) i oznaczało utrzymywanie się wyraźnej luki dochodowej wobec średniej unijnej, potwierdzając ograniczoną konwergencję płacową.

(...)

Wydarzenia globalne po 2020 r. obnażyły wysoką podatność gospodarki funkcjonującej pod rządami Orbána na wstrząsy zewnętrzne i zakończyły okres relatywnie stabilnego wzrostu minionych lat. Podobnie jak w czasie światowego kryzysu finansowego z lat 2008–2009, gospodarka węgierska doświadczyła silniejszego załamania niż większość państw regionu (w tym Czechy i Słowacja o zbliżonej wielkości gospodarek), co wskazuje na jej niską odporność i sugeruje istnienie ważnych uwarunkowań wewnętrznych pogłębiających skalę szoku. W narracji władz odpowiedzialność za pogorszenie koniunktury przypisuje się przede wszystkim czynnikom zewnętrznym, takim jak pandemia COVID-19, wojna na Ukrainie czy sankcje nałożone na Rosję. W rzeczywistości wydarzenia te uwidoczniły strukturalne ograniczenia węgierskiego modelu wzrostu, opartego na napływie kapitału zagranicznego, eksporcie i ekspansywnej polityce budżetowej.

W odpowiedzi na kryzys pandemiczny rząd wdrożył silne bodźce budżetowe, obejmujące szerokie programy transferowe, ulgi podatkowe i subsydia, które utrzymywano także po zniesieniu restrykcji sanitarnych. Równolegle w latach 2021–2022 zastosowano przedwyborcze zwiększenie wydatków publicznych, co w warunkach ograniczonej podaży doprowadziło do „przegrzania” popytu – zwłaszcza że wzrost płac i transferów nie był skorelowany ze wzrostem produktywności.

Wydarzenia globalne po 2020 r. obnażyły wysoką podatność gospodarki funkcjonującej pod rządami Orbána na wstrząsy zewnętrzne i zakończyły okres relatywnie stabilnego wzrostu minionych lat. Podobnie jak w czasie światowego kryzysu finansowego z lat 2008–2009, gospodarka węgierska doświadczyła silniejszego załamania niż większość państw regionu (w tym Czechy i Słowacja o zbliżonej wielkości gospodarek), co wskazuje na jej niską odporność i sugeruje istnienie ważnych uwarunkowań wewnętrznych pogłębiających skalę szoku. W narracji władz odpowiedzialność za pogorszenie koniunktury przypisuje się przede wszystkim czynnikom zewnętrznym, takim jak pandemia COVID-19, wojna na Ukrainie czy sankcje nałożone na Rosję. W rzeczywistości wydarzenia te uwidoczniły strukturalne ograniczenia węgierskiego modelu wzrostu, opartego na napływie kapitału zagranicznego, eksporcie i ekspansywnej polityce budżetowej.

W odpowiedzi na kryzys pandemiczny rząd wdrożył silne bodźce budżetowe, obejmujące szerokie programy transferowe, ulgi podatkowe i subsydia, które utrzymywano także po zniesieniu restrykcji sanitarnych. Równolegle w latach 2021–2022 zastosowano przedwyborcze zwiększenie wydatków publicznych, co w warunkach ograniczonej podaży doprowadziło do „przegrzania” popytu – zwłaszcza że wzrost płac i transferów nie był skorelowany ze wzrostem produktywności.

Z kolei rosyjska pełnoskalowa inwazja na Ukrainę w 2022 r. doprowadziła do głębokiego rozregulowania europejskich rynków energii i wywołała bezprecedensowy skok cen surowców. Węgry okazały się szczególnie podatne na wstrząsy ze względu na wysokie uzależnienie od rosyjskich dostaw oraz prowadzoną od ponad dekady politykę administracyjnego obniżania cen energii. W rezultacie w kwietniu 2022 r. węgierscy konsumenci płacili za energię elektryczną i gaz odpowiednio o ok. 60% i 75% mniej niż średnia unijna. Utrzymanie tak niskiego poziomu cen było jednak możliwe wyłącznie dzięki stałemu wsparciu ze strony państwa: przed wybuchem wojny program dopłat kosztował budżet ok. 450 mld forintów (ok. 1,17 mld euro) rocznie, natomiast w 2022 r. jego koszt przekroczył 1 bln forintów (2,6 mld euro).

Zaostrzenie polityki monetarnej przez Węgierski Bank Narodowy pogłębiło problemy gospodarcze tego okresu. W kwietniu 2022 r. stopa bazowa wynosiła 5,4%, jednak pod presją szybko narastającej inflacji została do lipca podniesiona do 13%. Tak wysoki poziom stóp procentowych utrzymywał się przez wiele miesięcy, istotnie ograniczając inwestycje i dynamikę wzrostu gospodarczego. Do grudnia 2024 r. stopa bazowa spadła do 6,5%, lecz nadal należała do najwyższych w UE. Równolegle osłabienie forinta zwiększyło koszty importu (zwłaszcza energii), wzmocniło presję inflacyjną i zmusiło bank centralny do utrzymywania restrykcyjnej polityki pieniężnej, co dodatkowo ograniczało inwestycje i popyt krajowy. Deprecjacja forinta przyniosła krótkoterminowe korzyści eksporterom, jednak miały one ograniczone przełożenie na gospodarkę krajową.

Na zewnętrzne czynniki destabilizujące gospodarkę w tym okresie nałożyło się zamrożenie środków unijnych dla Węgier, co dodatkowo istotnie osłabiło potencjał wzrostu. Przez wiele lat państwo to należało do grona największych beneficjentów netto budżetu UE. W latach 2014–2020 otrzymywało – w relacji do PKB – najwyższe wsparcie z unijnych programów strukturalnych w regionie, średniorocznie na poziomie 3,2%. W nowej perspektywie finansowej Budapeszt mógł liczyć na ok. 22 mld euro z Funduszu Spójności oraz 5,8 mld euro z Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF), co łącznie odpowiadało ok. 20% PKB. W grudniu 2022 r. Komisja Europejska (KE) podjęła jednak bezprecedensową decyzję o zablokowaniu środków unijnych w ramach mechanizmu warunkowości, co oznaczało dla Węgier utratę kluczowej dźwigni wzrostu. Mimo częściowego odblokowania funduszy w 2023 r. nadal wstrzymane pozostaje ok. 8,4 mld euro z Funduszu Spójności i 9,5 mld euro z RRF, a część alokacji bezpowrotnie przepadła. Dodatkowo kary finansowe nakładane przez TSUE zwiększają obciążenia budżetowe. Problem ma charakter strukturalny i wynika z trwałego konfliktu między modelem rządzenia Orbána a zasadami UE, ograniczając potencjał rozwojowy gospodarki. Próby kompensowania braków finansowaniem z Chin – głównie w formie pożyczek – nie zastępują bezzwrotnych grantów unijnych i zwiększają ryzyka fiskalne.

Na Węgrzech utrwalił się model rozwojowy oparty na silnej zależności od kapitału zagranicznego oraz produkcji o niskiej i średniej wartości dodanej. Kraj pełni przede wszystkim funkcję zaplecza produkcyjno-montażowego dla międzynarodowych koncernów, a w trakcie następujących po sobie czterech kadencji rządów Orbána nie doszło do istotnego zmniejszenia luki produktywności między przedsiębiorstwami krajowymi a zagranicznymi.

Realnym sprawdzianem zdolności Węgier do wyjścia z pułapki średniego dochodu i awansu przemysłowego byłoby pojawienie się krajowych, konkurencyjnych producentów i eksporterów mogących podejmować aktywność na rynkach międzynarodowych. Jednym z głównych ograniczeń w tym zakresie pozostaje funkcjonowanie biznesu w warunkach systemu oligarchicznego, w którym elity gospodarcze nie są wyłaniane w drodze otwartej konkurencji rynkowej, lecz lojalności politycznej. Mimo że kapitał krajowy zajmuje centralne miejsce w retoryce gospodarczej Fideszu przyjęty model nie doprowadził ani do odwrócenia spadkowego trendu produktywności przedsiębiorstw krajowych, ani do ograniczenia ich strukturalnego podporządkowania w sektorach eksportowych. (...)

Szczególnie istotną rolę w węgierskim eksporcie odgrywa przemysł motoryzacyjny – w tym produkcja komponentów do samochodów elektrycznych – który przyciągnął największy strumień zachodniego i azjatyckiego kapitału oraz odpowiada obecnie za ok. 8–9% PKB. Wysoka koncentracja sektorowa sprawia, że cała gospodarka jest nadmiernie wrażliwa na wahania koniunktury w jednej branży, w tym na cykle inwestycyjne i popytowe w Niemczech – jako głównym kierunku eksportu – oraz w globalnym przemyśle samochodowym. Jednocześnie rosnąca obecność chińskich producentów w sektorze elektromobilności zwiększa podatność gospodarki na skutki ewentualnych napięć handlowych między UE i Chinami. Dominacja motoryzacji, z centralną rolą montowni samochodowych, utrwala model oparty na taniej pracy, subsydiach i eksporcie, zamiast sprzyjać dywersyfikacji struktury gospodarczej, wzrostowi innowacyjności i budowie trwałych przewag konkurencyjnych.

Systemowa niezdolność do odejścia od produkcji o niskiej i średniej wartości dodanej wiąże się również z chronicznym niedofinansowaniem rozwoju kapitału ludzkiego oraz dominacją relatywnie niskowykwalifikowanej siły roboczej. Po 2010 r. rząd Orbána zaniedbał obszary kluczowe dla modelu wzrostu opartego na wiedzy i wysokiej wartości dodanej, w szczególności szkolnictwo oraz działalność badawczo-rozwojową. Już w latach 2010–2013 nakłady na edukację publiczną były jednymi z najniższych wśród państw Europy Środkowo-Wschodniej, a w okresie 2014–2020 spadły jeszcze bardziej, oscylując między 2,5 a 2,9% PKB – wyraźnie poniżej średniej unijnej. W 2020 r. Węgry należały do krajów o najniższych wydatkach na edukację podstawową i średnią w UE: średnia unijna wynosiła 3,5% PKB, podczas gdy w tym państwie było to jedynie 2,1%. Również szkolnictwo wyższe i instytuty badawcze zmagają się z niedofinansowaniem, odpływem kadr oraz rosnącą kontrolą polityczną, co ogranicza współpracę między nauką a biznesem. Nakłady na badania i rozwój (B+R) utrzymują się wyraźnie poniżej średniej unijnej i w ostatnich latach wynosiły ok. 1,5–1,7% PKB, wobec ok. 2,2% PKB w UE.

osw.waw.pl

czwartek, 19 marca 2026



W nocy z poniedziałku na wtorek Izrael otrzymał od informatorów wiadomość, że Golamreza Solejmani — dowódca milicji Basidż działającej w ramach Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), znanej z brutalnego tłumienia protestów — ukrywa się wraz ze swoimi zastępcami w namiocie w leśnym parku w Teheranie.

Jak podaje dziennik "Wall Street Journal", powołując się na listę celów i raporty operacyjne, właśnie na takie sytuacje liczył Izrael, systematycznie bombardując siedziby i punkty dowodzenia Basidżu. Solejmani oraz jego zastępca zginęli w wyniku uderzenia na ten teren.

Tej same nocy został zlikwidowany także sekretarz Rady Bezpieczeństwa Iranu, Ali Laridżani, który po śmierci ajatollaha Aliego Chameneia w pierwszym dniu wojny był uznawany za faktycznego przywódcę kraju.

Zabicie Laridżaniego było możliwe dzięki cennym informacjom wywiadowczym przekazanym izraelskim służbom przez mieszkańców Teheranu — powiedział przedstawiciel władz Izraela w rozmowie z opozycyjnym medium Iran International. Izrael rozszerzył swoją kampanię wojskową — z ataków na centra dowodzenia IRGC, Basidżu i innych służb — także na punkty kontrolne i blokady drogowe, wykorzystując m.in. drony kamikadze. Często opiera się przy tym na informacjach przekazywanych przez lokalnych mieszkańców.

(...)

W środę 18 marca minister obrony Israel Katz poinformował o "wyeliminowaniu" ministra wywiadu Iranu, Ismaila Hatiba. Jak dodał, on sam oraz premier Netanjahu upoważnili wojsko do likwidowania każdego wysoko postawionego irańskiego urzędnika znajdującego się na liście celów — bez konieczności uzyskiwania dodatkowej zgody.

(...)

Podpułkownik Szahar Kojfman, który do 2022 r. kierował irańskim wydziałem izraelskiego wywiadu wojskowego, sceptycznie ocenia szanse na wybuch powstania. - Basidż to bardzo liczna formacja, dobrze uzbrojona — i nie podda się. Od tego zależy życie ich i ich rodzin — powiedział w rozmowie z "The New York Times".

Z kolei analityk Reza Salehi uważa, że eliminowanie liderów nie jest skuteczną metodą — jego zdaniem śmierć Chameneia pokazała, że "nie ma w tym kraju jednej osoby, której odejście naprawdę zmieniłoby przebieg wojny".

Były wysoki rangą oficer izraelski, generał brygady Eran Ortal, dostrzega jednak logikę w strategii Netanjahu: rozpad systemu od środka, który już się rozpoczął, może przyspieszyć wraz z osłabieniem aparatu represji. Zwykli członkowie Basidżu — których liczebność szacuje się na od 600 tys. do nawet miliona — są mało samodzielni i silnie zależni od rozkazów dowódców, dlatego ich eliminacja może poważnie obniżyć skuteczność tej formacji.

Lista celów izraelskich bombardowań rozszerzyła się z siedzib i punktów dowodzenia na inne miejsca, w których zaczęli gromadzić się funkcjonariusze i kadra kierownicza służb bezpieczeństwa. Wśród nich znalazły się m.in. obiekty sportowe (na stadionie piłkarskim Azadi zginęły setki funkcjonariuszy i żołnierzy), a także inne lokalizacje — jak park leśny, gdzie zabito Solejmaniego, czy komendy policji.

onet.pl\The Moscow Times


Po ataku na złoże South Pars Irańczycy natychmiast zapowiedzieli odwet. I groźby zrealizowali. W nocy rakiety i drony atakowały cele energetyczne w Arabii Saudyjskiej, Kuwejcie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Katarze. W najważniejszej katarskiej instalacji gazowej Ras Laffan wybuchł pożar. Zniszczenia są poważne. To fatalna wiadomość także dla Polski, bo Katar jest drugim co do wielkości dostawcą skroplonego gazu dla naszego kraju.

(...)

Niedługo po ataku Izraela na South Pars amerykański portal Axios napisał, że prezydent USA o wszystkim wiedział. I zgodził się na bombardowanie irańskiej infrastruktury.

Efekty izraelskich uderzeń były łatwe do przewidzenia — ceny ropy i gazu poszybowały w górę. Z kolei Iran odpowiedział groźbami, opublikował listę celów, w które zamierza atakować w ramach odwetu i niedługo później groźby zrealizował.

A wtedy Donald Trump zaczął zapewniać, że nie miał pojęcia o izraelskim ataku, nie zgadzał się na niego i że więcej takich ataków nie będzie. Zrobił to w długim i dość dziwacznym wpisie na swoim serwisie społecznościowym Truth Social:

"Izrael, rozzłoszczony tym, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, agresywnie uderzył w duży obiekt znany jako złoże gazowe South Pars w Iranie. Została zaatakowana stosunkowo niewielka część całości. Stany Zjednoczone nie wiedziały nic o tym konkretnym ataku i Katar w żaden sposób ani w żadnej formie nie był w to zaangażowany, ani nie miał pojęcia, że do tego dojdzie" — napisał Trump.

"Iran nie wiedział ani o tym, ani o żadnych innych istotnych faktach dotyczących ataku na South Pars i w sposób nieuzasadniony i niesprawiedliwy zaatakował część obiektu gazowego LNG Kataru. IZRAEL NIE PRZEPROWADZI WIĘCEJ ATAKÓW na to niezwykle ważne i cenne złoże South Pars, chyba że Iran nierozsądnie zdecyduje, by zaatakować bardzo niewinny w tym przypadku Katar. W takim przypadku USA, za pomocą i zgodą Izraela albo bez, wysadzą w powietrze całość South Pars z taką siłą i mocą, jakich Iran nigdy wcześniej nie widział" — dodał.

"Nie chcę autoryzować tego poziomu przemocy i zniszczenia ze względu na długoterminowe skutki dla przyszłości Iranu, ale jeśli LNG Kataru zostanie ponownie zaatakowane, nie zawaham się" — zakończył swój wpis prezydent.

onet.pl


Duńscy żołnierze przetransportowali na wyspę ładunki wybuchowe, które miały zostać użyte do wysadzenia pasów startowych na lotniskach w Nuuk oraz Kangerlussuaq. Wojsko miało również ze sobą zapasy krwi dla ewentualnych rannych.

- Nie byliśmy w takiej sytuacji od kwietnia 1940 roku, ale musieliśmy być przygotowani na wszystkie ewentualności - przyznało źródło w duńskim wojsku. Media powołały się też na informacje w kręgach rządowych oraz wywiadzie innych państw.

Według DR /nadawca publiczny - red./ przygotowania do przetransportowania duńskiego wojska na Grenlandię rozpoczęły się po ataku USA na Wenezuelę z 3 stycznia. Media dotarły do rozkazu operacyjnego duńskich sił zbrojnych z 13 stycznia, stanowiącego podstawę rozmieszczenia żołnierzy. Dopiero 21 stycznia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos prezydent USA Donald Trump oświadczył, że nie użyje siły wojskowej.

Oficjalnie zwiększoną obecność duńskich sił na Grenlandii tłumaczono manewrami "Arctic Endurance", których celem - jak podało wówczas wojsko - było wzmocnienie północnej flanki NATO. Swoich oficerów łącznikowych, mających przygotować udział wojska, wysłały również m.in. Szwecja, Norwegia, Francja, Wielka Brytania i Niemcy. Żołnierze Bundeswehry opuścili Grenlandię po dwóch dniach. Według DR w operacji, której nieoficjalnym celem było odstraszanie USA, znaczącą rolę odegrała Francja, która była gotowa wysłać setki żołnierzy.

gazeta.pl


Niewdzięczni sojusznicy Ameryki powinni podziękować prezydentowi Donaldowi Trumpowi za to, że zdecydował się wyeliminować zagrożenie dla świata ze strony Iranu - powiedział w czwartek szef Pentagonu Pete Hegseth. Zapewniał też, że wojna nie będzie przedłużać się w nieskończoność.

Hegseth wykorzystał konferencję prasową w 19. dniu wojny z Iranem, by odeprzeć krytykę komentatorów i mediów na temat przebiegu wojny, zapewniając, że nie skończy się ona tak, jak skończyły się wojny w Iraku i Afganistanie.

- Media tutaj, nie wszystkie, ale znaczna część, chcą, abyście myśleli, zaledwie 19 dni po rozpoczęciu konfliktu, że zmierzamy ku bezkresnej otchłani, wiecznej wojnie lub grzęzawisku. Nic nie może być dalsze od prawdy - zapewniał szef Pentagonu.

Przekonywał, że administracja Trumpa jest skoncentrowana na jasnych celach i filozofii "America First".

- Nasze cele pozostają niezmienne, jeśli chodzi o cel i plan: zniszczyć wyrzutnie rakiet i irańską bazę przemysłowo-obronną, aby nie mogli się odbudować, zniszczyć ich marynarkę wojenną i Iran nigdy nie zdobędzie broni jądrowej - mówił Hegseth, wymieniając pasmo sukcesów militarnych, w tym uderzenia na 7 tys. celów w Iranie.

- Ostatnia praca, jakiej ktokolwiek na świecie teraz pragnie, to stanowisko starszego dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej lub Basidżu (sił paramilitarnych - PAP), tymczasowe prace, wszystkie, a biorąc przykład z admirała Ernesta Kinga z czasów II wojny światowej, postanowiliśmy dzielić ocean z Iranem: daliśmy im dolną połowę, przy dnie - mówił. Zaznaczył, że zniszczonych zostało 120 irańskich okrętów, w tym 11 okrętów podwodnych.

Hegseth chwalił postawę Izraela i bliskowschodnich sojuszników USA, lecz ganił "niewdzięcznych" sojuszników w Europie.

- (Irański reżim) to bezpośrednie zagrożenie dla Ameryki, dla wolności i cywilizacji świata, Bliskiego Wschodu, naszych niewdzięcznych sojuszników w Europie, a nawet część naszej prasy powinna powiedzieć prezydentowi Trumpowi jedno: dziękuję. Dziękuję za odwagę, by powstrzymać to państwo terrorystyczne przed trzymaniem świata jako zakładnika za pomocą pocisków, jednocześnie budując lub próbując zbudować bombę atomową. Dziękuję za wykonywanie pracy wolnego świata - mówił.

Hegseth potwierdził doniesienia o tym, że Pentagon złożył wniosek o dodatkowy pakiet środków na wojnę w wysokości ok. 200 mld dolarów. Przekonywał, że pieniądze te zostaną wydane na rekordowo szybkie uzupełnienie arsenałów. Obwinił też decyzje administracji poprzedniego prezydenta Joe Bidena o przekazywaniu broni Ukrainie za obecne problemy z dostępnością niektórych zaawansowanych typów amunicji.

Odnosząc się do kwestii izraelskich ataków na irańskie pole gazowe, które zdaniem prezydenta Trumpa odbyło się bez wiedzy USA, Hegseth przyznał, że Izrael "realizuje swoje cele", lecz zaznaczył, że to USA "trzymają wszystkie karty" i że kontrolują losy Iranu, grożąc uderzeniami na instalacje naftowe, jeśli Teheran będzie kontynuował uderzenia na infrastrukturę energetyczną.

Występujący obok Hegsetha przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów generał Dan Caine poinformował, że siły USA przeprowadziły ataki na proirańskie bojówki w Iraku za pomocą śmigłowców Apache. Ujawnił też, że sojusznicy USA na Bliskim Wschodzie używają tych samych śmigłowców do strącania irańskich dronów.

PAP


„Jeden z oddziałów operacyjnych w rafinerii należącej do KNPC Mina Abdullah został zaatakowany przez bezzałogowce. Wybuchł pożar” – powiadomił rząd Kuwejtu w serwisie X.

Druga rafineria spółki, Mina Al-Ahmadi, również została wcześniej zaatakowana przez drona. Nikt nie doznał obrażeń - przekazał emigracyjny opozycyjny portal Iran International. Państwowa agencja KUNA poinformowała, że oba pożary ugaszono.

Iran ostrzelał także w czwartek rafinerię SAMERF w porcie Janbu na wybrzeżu Morza Czerwonego w Arabii Saudyjskiej. Resort obrony w Rijadzie powiadomił, że trwa ocena szkód, nie podając jednak szczegółów - przekazała agencja Reutera. Wcześniej ministerstwo poinformowało, że został przechwycony pocisk balistyczny wymierzony w port.

Zaatakowana rafineria należy do saudyjskiego giganta naftowego Saudi Aramco i Mobil Yanbu Refining Company Inc., spółki zależnej ExxonMobil. Zakład znajduje się około 200 km na zachód od Medyny.

PAP

środa, 18 marca 2026



Rosnący popyt będzie skoncentrowany w kilku regionach świata. Synergy Research Group wskazuje, że na koniec 2024 r. dominującym graczem na rynku dużych centrów danych (ang. hyperscalers) były Stany Zjednoczone z 54-procentowym udziałem. Drugie w kolejności Chiny odpowiadają za 16 proc. rynku, a Europa – za 15 proc. Prognozy MAE wskazują, że dominacja USA oraz Chin utrzyma się w horyzoncie najbliższej dekady. W tych regionach stopy wzrostu konsumpcji energii do 2030 r. mają sięgnąć odpowiednio 130 proc. oraz 170 proc., podczas gdy w Europie czy Japonii zużycie zwiększy się o 70–80 proc.

Dzieje się tak z dwóch przyczyn. Po pierwsze, USA i Chiny będą wykorzystywać dotychczasową przewagę w nakładach inwestycyjnych. Raport grupy Human Centered AI z Uniwersytetu Stanforda wskazuje, że od 2013 do 2024 r. USA wydały na prywatne inwestycje w AI łącznie 471 mld dol., a Chiny – 119 mld dol. W państwach UE kwoty są dziesięciokrotnie mniejsze – w Niemczech było to 13,3 mld dol., we Francji zaś – 11 mld dol. Na tym froncie sytuację Unii Europejskiej dodatkowo komplikuje niepewność regulacyjna i koszty związane z restrykcyjnymi wymogami dotyczącymi ochrony danych i treści. Obydwa problemy zniechęcają do zakładania działalności. Badacze ze Stanforda wskazują, że w niemieckim sektorze sztucznej inteligencji (AI) działa mniej firm niż w Izraelu, w Kanadzie czy w Indiach.

Doświadczenie to jednak nie wszystko. Drugim, zapewne ważniejszym, elementem ekosystemu centrów danych i AI jest dostępność taniej energii. W horyzoncie najbliższych pięciu lat oznacza to głównie szeroki dostęp do paliw kopalnych – ropy i gazu z łupków w USA bądź węgla w Chinach. IEA wskazuje, że w 2024 roku w światowym miksie energetycznym używanym do zasilania centrów danych największe znaczenie miało właśnie czarne paliwo, które odpowiadało za 30 proc. łącznej mocy. Po nim na równi uplasowały  się energetyka odnawialna (26 proc.) i gaz ziemny (27 proc). Natomiast energia atomowa miała zaledwie 15-procentowy udział. W nadchodzących pięciu latach rosnące zapotrzebowanie ma być pokrywane w niemal równych proporcjach przez gaz i źródła odnawialne (OZE). Na papierze taki układ sił wygląda korzystnie dla państw UE, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Centra danych mają z klientami umowy o gwarantowanym poziomie usług i potrzebują nieprzerwanego, stabilnego zasilania przez całą dobę, z tolerancją przestojów liczonych w milisekundach. Źródła odnawialne nie mogą go zapewnić, bo są zależne od zmiennych warunków pogodowych. Co więcej, niezawodne funkcjonowanie rozbudowanego systemu OZE wymaga utrzymania zapasu mocy konwencjonalnych (gaz, węgiel, atom).

W dłuższym terminie nieodzowna będzie przebudowa systemu energetycznego, tak aby spełniał on zapotrzebowanie ze strony centrów danych. Wymusi to spojrzenie łaskawszym okiem na atom. Elektrownie atomowe zapewniają stosunkowo stabilną generację oraz inercję systemu energetycznego – zdolność do utrzymania stabilności po zakłóceniu, dzięki energii kinetycznej zgromadzonej w wirujących turbinach i generatorach. Jednak nie są na tyle elastyczne – w przeciwieństwie do siłowni gazowych lub szczytowo-pompowych – aby umożliwiać krótkoterminowe bilansowanie. Zaletą elektrowni atomowych jest ich niskoemisyjność – wyprodukowanie kilowatogodziny energii powoduje uwolnienie 12 g CO₂, czyli podobnie jak w turbinach wiatrowych, niemal czterokrotnie mniej niż w fotowoltaice i 30 razy mniej niż w najbardziej ekologicznych instalacjach gazowych. Wiąże się to jednak z wysokimi wydatkami. Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej wskazuje, że średni koszt produkcji megawatogodziny w elektrowni atomowej w USA wzrośnie do 2030 r. do 81,4 dol. Dla porównania: w przypadku farm wiatrowych czy paneli słonecznych będzie to 29–31 dol. Cenę energii jądrowej podbijają koszty pozyskania kapitału na budowę infrastruktury.

Energetyce atomowej sprzyja obecna administracja USA. Prezydent Donald Trump podpisał serię aktów wykonawczych w ramach realizacji strategii zmierzającej do czterokrotnego wzrostu zainstalowanych mocy atomowych – z 98 GW w 2024 r. do 400 GW w 2050 r. Osiągnięcie tego celu wiąże się z wprowadzeniem systemu zachęt podatkowych oraz subsydiów, którego koszt szacuje się na 67 mld dol. w ciągu 25 lat. Tymczasem europejski mainstream obrał kierunek przeciwny. W UE atom funkcjonuje we Francji i Włoszech. Niemcy zamknęły swoje trzy ostatnie elektrownie jądrowe w kwietniu 2023 r. Hiszpania wygasza moce jądrowe – ostatnie obiekty mają zostać wyłączone do 2035 r. Plany te zapewne niedługo ulegną rewizji – polityka energetyczna w tym państwie zmienia się na skutek blackoutu z kwietnia 2025 r. Niedawno z wygaszania atomu wycofała się Belgia. W praktyce budowa w Europie ekosystemu przyjaznego energii atomowej będzie wymagać zmiany nastawienia elit politycznych i społeczeństwa. To proces czasochłonny, a państwa UE nie mają tego komfortu, aby odkładać go w czasie. Dlaczego?

Ścieżka od przygotowania strategii do zwiększenia faktycznych mocy zajmie lata, nawet dekady. Bloomberg Intelligence wskazuje, że skonstruowanie dużego bloku jądrowego zajmuje przeciętnie 10 lat. Według Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA) do 2030 r. łączna zainstalowana moc reaktorów nuklearnych, w tym tych przywracanych do użytku, wzrośnie na świecie z 377 do 425–445 GW (tj. o 12–18 proc.). W amerykańskich planach jest wznowienie funkcjonowania trzech takich reaktorów, które zwiększą dostępne moce łącznie o 2,3 GW: Holtec Palisades (0,8 GW) w najbliższych kwartałach, Three Mile Island Unit 1 (Crane Clean Energy Center) (0,8 GW) w 2027 r. i Duane Arnold (0,6 GW) w 2028 r. Warto zaznaczyć, że znaczny potencjał wznowieniowy mają też Niemcy – około 6 reaktorów może zostać z powrotem włączonych.

Prace nad nowymi blokami w USA i Europie mają nabrać tempa dopiero w latach 2030–2040, a zainstalowana moc ma sięgać od 519 do 710 GW. Szacuje się, że faktyczny czas budowy zajmie od 7 do 13 lat. Spośród 63 budowanych obecnie reaktorów atomowych prawie połowa (28) przypada na Chiny; kolejne miejsca zajmują Indie (6), Turcja, Rosja i Egipt. Jedynym państwem UE, gdzie trwa budowa reaktora, jest Słowacja. Prace toczą się ponadto w Wielkiej Brytanii i w Ukrainie. Doświadczenie w konstruowaniu elektrowni atomowych mają firmy działające na innych kontynentach – w społeczeństwach zachodnich firmy zajmują się głównie serwisowaniem. Taki stan rodzi spore ryzyka – ostatnie projekty oparte o technologie Evolutionary Power Reactor (EPR) znacząco przekraczały zarówno zakładany czas, jak i pierwotny budżet.

obserwatorfinansowy.pl


W czerwcu 2022 r. Intel przedstawił pewne szczegóły dotyczące procesu Intel 4 (znanego jako „7 nm” przed zmianą nazwy w 2021 r.): pierwszy proces firmy wykorzystujący EUV, 2x większa gęstość tranzystorów w porównaniu z Intel 7 (znanym jako „10 nm” ESF (Enhanced Super Fin) przed zmianą nazwy), zastosowanie miedzi pokrytej kobaltem do najcieńszych pięciu warstw połączeń, o 21,5% wyższa wydajność przy mocy iso lub o 40% niższa moc przy częstotliwości iso przy 0,65 V w porównaniu z Intel 7 itd. Pierwszym produktem Intela wyprodukowanym na Intel 4 był Meteor Lake, włączony w drugim kwartale 2022 r. i zaplanowany do wysyłki w 2023 r. Intel 4 ma odstęp bramki wynoszący 50 nm, zarówno żebro, jak i minimalny odstęp metalu wynoszący 30 nm oraz wysokość biblioteki 240 nm. Pojemność metal-izolator-metal wzrosła do 376 fF/μm², czyli około 2x w porównaniu z Intel 7. Proces zoptymalizowano pod kątem zastosowań HPC i obsługiwano napięcie od <0,65 V do >1,3 V. Szacunkowa gęstość tranzystorów WikiChip dla Intel 4 wynosiła 123,4 Mtr./mm², czyli 2,04x w porównaniu z 60,5 Mtr./mm² dla Intel 7. Jednakże komórki SRAM o dużej gęstości zwiększyły się tylko o 0,77x (z 0,0312 do 0,024 μm²), a komórki o wysokiej wydajności o 0,68x (z 0,0441 do 0,03 μm²) w porównaniu z Intel 7.

en.wikipedia.org


Pozwólcie, że wyjaśnię nieco bardziej: nazwy procesów używane przez odlewnie stały się obecnie w zasadzie materiałem marketingowym, a nie dokładnym opisem fizycznym węzła (z wyjątkiem Intela). Samo reklamowanie węzła jako 7 nm FinFET lub 10 nm FinFET nie oznacza, że ​​jest on rzeczywiście węzłem 7 nm lub 10 nm. Myślę, że w tym przypadku (w mojej próbie wyjaśnienia) najbardziej odpowiednim punktem odniesienia jest odległość między bramkami tranzystorów (Tranistor Gate Pitch). Jest to miara, która zazwyczaj jest bardzo dobrym wskaźnikiem „prawdziwego” węzła używanego przez odlewnię.

Aby podać punkt odniesienia, odstęp bramek tranzystorowych „prawdziwego” węzła 22 nm wynosi 90 nm (lub 45 nm, jeśli mierzysz w połowie odstępu). Węzeł Intela 22 nm miał odstęp bramek tranzystorów wynoszący dokładnie 45 nm. Dla porównania, odstęp bramek tranzystorów wszystkich węzłów FinFET 14 nm/16 nm ma odstęp bramek tranzystorów wynoszący ~90 nm. Oznacza to, że fizycznie rzecz biorąc, procesy te są w rzeczywistości równe węzłowi 22 nm Intela. Prawidłowy opis fizyczny węzła FinFET 14 nm/16 nm od TSMC/GloFo i Samsunga to 20 nm z FinFET. Ale hej, skoro uzyskujesz przewagę wydajnościową dzięki przejściu na FinFET (w porównaniu z planarnym) na tym samym etapie fizycznym, dlaczego nie nazwać go niższym węzłem, prawda? Przecież większość rynku nie potrafi odróżnić, który jest który.

Porozmawiajmy teraz o węźle 14 nm Intela z FinFET-ami. Proste obliczenia pokazują, że jeśli węzeł 22 nm ma odstęp między bramkami tranzystorów (TIP) 90 nm, to prawdziwy węzeł 14 nm z odpowiednim skalowaniem fizycznym powinien mieć skalowanie odstępu między bramkami tranzystorów (skurcz) o ponad 63%. Mimo to, Intel wprowadził 14 nm z FinFET-ami i w przeciwieństwie do fabryk produkujących wyłącznie tranzystory, nie jest to ten sam węzeł fizyczny, co 22 nm. Intelowi udało się osiągnąć skurcz o około 30-40% w porównaniu z idealnym skurczem wynoszącym 63% (połowa odstępu między bramkami tranzystorów Intel dla 14 nm FinFET wynosi 35 nm), co choć nie jest idealne, jest znacznie bliższe prawdziwemu węzłowi 14 nm niż którykolwiek z konkurencyjnych produktów, które wyraźnie wykorzystują węzły 20 nm i wyższe.

Oto więc, aby naprawdę zrozumieć pozycję Intela na rynku odlewniczym i ustalić, czy stracił on jakąkolwiek realną przewagę w branży, musimy odłożyć na bok zasłonę niewidzialności w materiałach marketingowych i ocenić go na zasadzie porównywania jabłek z jabłkami. Kiedy TSMC mówi, że przejdzie na 10 nm do przyszłego roku – tak naprawdę oznacza to, że przejdzie na pomiar półskoku bramki tranzystorowej (Transistor Gate Half Pitch) wynoszący około 35 nm – jest to coś, co Intel osiągnął w zeszłym roku. Innymi słowy, będzie korzystał z 14 nm back end of line (BEOL), ale ponieważ dodanie FinFET-ów daje mu wzrost wydajności, który dałoby przejście na planarny proces 10 nm – nazywają to procesem 10 nm FinFET.

Jest jednak pewien haczyk: TSMC twierdzi, że przejdzie na litografię w ekstremalnym ultrafiolecie po procesie 10 nm i jest jedną z pierwszych odlewni, które wdrożyły technologię EUV. Konwencjonalnie rzecz biorąc, możliwości zastosowanego lasera można obliczyć za pomocą prostego wzoru, dzieląc długość fali przez 2. Ponieważ EUV ma długość fali 13,5 nm, można z łatwością drukować płytki w procesie 7 nm (teoretyczny limit wynosi 6,75 nm, który można łatwo rozszerzyć do 5 nm za pomocą takich sztuczek jak multiwzorcowanie)

(...)

Porozmawiajmy teraz o Intelu. Firma już oświadczyła, że ​​nie musi korzystać z EUV w procesie 10 nm i planuje je stosować w węzłach mniejszych niż 10 nm (choć, szczerze mówiąc, mówi o tym od czasu węzła 45 nm) – i można być pewnym, że jeśli Intel przejdzie na EUV, jego długoletnia przewaga w tym obszarze technologicznym się utrzyma (niezależnie od tego, co mogą sugerować nazwy węzłów w reklamach). Chociaż klienci ASML pozostają tajemnicą, Intel jest oczywistym wyborem, biorąc pod uwagę jego ogromne udziały w firmie. Jeśli jednak wierzyć tej niedawnej reklamie, nie wygląda na to, żeby miało to nastąpić (lub miało nastąpić później niż pozostałe).

Wniosek : Wielu analityków wskazywało na fakt, że Intel miał problemy z przejściem na proces 14 nm, a 10 nm i 7 nm będą jeszcze trudniejsze. Jednak, jak już wyjaśniłem w artykule, problemy wynikały z faktu, że proces był znacznie mniejszy niż u innych firm i w ogóle nie porównywalny z węzłem FinFET 16 nm firmy TSMC, który w rzeczywistości ma 20 nm w przypadku FinFET-ów.

Dlatego na samym końcu artykułu przedstawię swoją opinię: Jest całkiem możliwe, że 7 nm nie pojawi się przed rokiem 2021/2022 (biorąc pod uwagę tempo PAO, 10 nm utrzyma się co najmniej do 2020 roku), a także jest bardzo prawdopodobne, że węzły procesowe będą sprzedawane jako 7 nm przez różne odlewnie przed Intelem. Nie jest jednak możliwe (a raczej wysoce nieprawdopodobne), aby Intel stracił pozycję lidera w zakresie procesu pod względem faktycznego fizycznego węzła. Aby tak się stało, musimy założyć, że nie przejdzie na EUV wraz z innymi, a biorąc pod uwagę, że Intel ma największy udział (14,37%) w firmie produkującej skanery EUV: ASML Holdings, wydaje się to bardzo, bardzo mało prawdopodobne.

Sep 10, 2016

wccftech.com

wtorek, 17 marca 2026



Internet jest pełen krzyków ludzi, którzy po raz pierwszy włączyli VPN. Nie, nie mówię o tych, którzy jeszcze wczoraj popierali każde kichnięcie władzy, a dziś poczuli się jak głupcy. W ich przypadku można tylko poczuć złośliwą satysfakcję i trochę się zasmucić z powodu braku podstawowych umiejętności tworzenia logicznych powiązań.

Mówię o tych, którzy do tej pory próbowali żyć we własnej rzeczywistości, mając jak najmniejszy kontakt z władzą — nie o opozycjonistach, lecz raczej o tych, których pogardliwie miesza się z błotem.

Zdecydowanie nie podobają mi się takie wyzwiska, ponieważ z podejrzliwością podchodzę do wezwań, by stać się bohaterami — nie, nikt nie jest do tego zobowiązany, a czas bohaterów nadchodzi zwykle z powodu obecności łotrów i głupców.

Chodzi raczej o ludzi czynu. Ktoś jest zawodowo zaangażowany i nie czuje się gotowy, by zrezygnować z życiowego powołania, a także ze związanych z tym zobowiązań. Ktoś nie może porzucić bliskich, którzy go potrzebują. Albo jest ktoś, kto naprawdę kocha ojczyznę i nie rozumie, dlaczego to on ma ją stracić, a nie ci, którzy psują jej życie. Ogólnie rzecz biorąc, są to zazwyczaj ludzie aktywni, mądrzy, ale całkowicie świadomie odcięci od agendy politycznej i gotowi znosić kaprysy władzy tak długo, jak długo nie przeszkadza to ich sprawie i życiu.

Co może pójść nie tak? Zdecydowana większość rosyjskiego społeczeństwa okazała się właśnie takimi konformistami. Narzekali, skarżyli się sobie nawzajem, ale znosili to wszystko, dostosowywali się. Rządź i ciesz się, że masz spokój z narodem. Po co było sięgać po wyłącznik?

Nie, przyczyna jest jasna: władza znowu przechytrzyła samą siebie. Z entuzjazmem budowała cyfrowy gułag, marząc, by wszystko było jak w Chinach: własne komunikatory, sieci społecznościowe, platformy handlowe — i wszyscy wychwalają mądrą politykę partii i przywódcę kraju osobiście, a wszelkie szkodliwe Facebooki i Google'e stoją smutno przy zaporze ogniowej, nie mogąc jej pokonać. I by na każdym rogu były kamery, rozpoznające, że nie uśmiechasz się lojalnie, nawet jeśli masz maskę. I by masa programistów przetwarzała ogromne zbiory danych napływających z każdego zakątka.

Ale wtedy pojawił się Iran. I stało się jasne (a mądrzy wiedzieli to od zawsze), że cały ten system inwigilacji może działać również w drugą stronę. I nie potrzeba do tego ogromnej machiny państwowej, a jedynie zespołu dobrych hakerów.

I oto te same kamery rozpoznają nie tylko twarze zwykłych obywateli, ale także twarze bardzo ważnych osób. A cały zbiór danych może przeanalizować ktoś inny. I tak dalej, i tym podobne.

I władza się przestraszyła.

/Ciekawa rosyjska autoteoria spiskowa, przy okazji usprawiedliwianie głównej części społeczeństwa - red./

(...)

Obywatele, którzy do tej pory słabo rozumieli, jaką rolę w ich życiu odgrywa internet, ale lubili przytaczać jako argument za życiem w Rosji wspaniałe usługi, od e-administracji po dostawy i carsharing, nagle znaleźli się sam na sam z rzeczywistością, w której proponuje się im budki telefoniczne. Co prawda z internetem. Młodsi nawet nie znają tego słowa.

A właścicielka firmy marketingowej pisze przez VPN: "pomóżcie, ratujcie, co robić?". Połowa regionalnych dziennikarzy, którzy utrzymywali przyzwoity poziom życia dzięki współpracy z federalnymi mediami (nawiasem mówiąc, całkowicie prorządowymi), ubolewa: "oto my, głupcy, ci, którzy pisali do zakazanych emigracyjnych i zachodnich mediów, od dawna żyją z VPN i innymi gadżetami, w skrajnym przypadku wyjadą — a co my mamy robić?".

W moich różnych komunikatorach, czasem bardzo egzotycznych, pojawiają się i znikają dawno zapomniane nazwy. I ogólny chór — jaki VPN działa? Wszyscy zlekceważyli zakaz reklam i prowadzą zaciekłe spory, który jest lepszy i jak najlepiej za niego płacić. Pozostali biegają po sklepach, powtarzając: "mapy, pager, dwie krótkofalówki".

Niezadowolenie dało o sobie znać nawet u niezwykle lojalnego i z racji pełnionej funkcji zobowiązanego do usprawiedliwiania całej sytuacji rzecznika prasowego prezydenta, Dmitrija Pieskowa. Jak, mówi urzędnik, będziemy teraz przekazywać nasze poglądy zagranicznej publiczności? Jak będziemy prowadzić propagandę? Jak, jak? Gołębiami, oczywiście.

Mądrzy ludzie mówią: władza, widząc taką reakcję społeczną, się cofnie. Panika opadnie. 

(...)

Właśnie przetoczyła się fala publikacji, że regiony ograniczają wydatki na opiekę zdrowotną. Rozważania o tym, jak sprawić, by chorzy zdrowieli, są tak intensywne, że proponuje się już wydawanie leków na cukrzycę wyłącznie osobom pracującym. Nie proponuje tego byle kto, ale naukowcy z Narodowego Centrum Medycznego Endokrynologii. Mówią oni, że jest to uzasadnione ekonomicznie. I tak nie ma pieniędzy na zapewnienie leków dla wszystkich.

Wygląda na to, że nadeszły ciężkie czasy, kiedy trzeba liczyć każdą kopiejkę, kiedy stoisz przed trudnym wyborem — kto ma żyć, kto ma żyć dobrze, a kto — jak Bóg da. 

onet.pl\The Moscow Times


Sabotowanie przez Pekin ukraińskich i zachodnich wysiłków na rzecz zakończenia wojny, wraz z pojawianiem się nowych dowodów na chińskie wsparcie dla Rosji, spowodowało zmianę polityki Kijowa. Od wiosny 2025 r. władze ukraińskie coraz aktywniej przedstawiały ChRL jako sojusznika Moskwy, upubliczniając przykłady chińskiej pomocy. W kwietniu pokazały opinii publicznej wziętych do niewoli obywateli Chin walczących po stronie Rosji w obwodzie donieckim. Prezydent Zełenski oświadczył wówczas, że co najmniej 155 obywateli ChRL uczestniczy w konflikcie po stronie agresora, a są oni rekrutowani przez Rosję za pośrednictwem mediów społecznościowych przy milczącej akceptacji Pekinu.

Kilka dni później Kijów po raz pierwszy otwarcie oskarżył Pekin o bezpośrednią pomoc wojskową dla Moskwy. Zełenski ujawnił, że Chiny dostarczają okupantom uzbrojenie, materiały wybuchowe, a także obrabiarki i komponenty przeznaczone dla przemysłu zbrojeniowego, a obywatele ChRL uczestniczą w ich produkcji na terytorium Rosji. Zarzucił również Pekinowi wstrzymanie eksportu na Ukrainę i do państw Zachodu powszechnie wykorzystywanych na froncie dronów DJI Mavic, przy kontynuacji ich dostaw dla Moskwy.

Ukraińscy producenci bezzałogowców, którzy w zasadzie od początku wojny importują komponenty do dronów z ChRL, twierdzą ponadto, że chińskie firmy, przy akceptacji państwa, priorytetyzują rosyjskich klientów, a nawet eksportują tam całe linie produkcyjne. W kwietniu 2025 r. Ukraina po raz pierwszy zdecydowała się na objęcie sankcjami podmiotów z Chin. Proces ten jest kontynuowany, od tego czasu nałożono restrykcje na kilkadziesiąt firm. Na liście znalazły się m.in. przedsiębiorstwa zaangażowane w transfer technologii podwójnego zastosowania, produkcję rakiet Iskander oraz dostawy komponentów do dronów.

Dalsze zaostrzenie kursu wobec Pekinu odzwierciedla zatrzymanie w lipcu przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy dwóch obywateli ChRL pod zarzutem próby wywiezienia dokumentacji dotyczącej ukraińskiego kompleksu rakietowego RK-360MC „Neptun”. Upublicznienie tej sprawy dowodzi, że w percepcji Kijowa Pekin stał się częścią problemu, a nie jego rozwiązaniem, i większe korzyści Ukraina może odnieść, krytykując Chiny, niż dążąc do zneutralizowania ich wpływu na agresora. W sierpniu Zełenski wykluczył ChRL jako potencjalnego gwaranta bezpieczeństwa dla swojego kraju, uzasadniając to brakiem zaufania wynikającym z jej pasywności wobec rosyjskiej inwazji w 2014 i 2022 r. Zarzucił także Pekinowi współpracę z Moskwą w zakresie rozpoznania satelitarnego wykorzystywanego do przeprowadzania ataków m.in. na obiekty infrastruktury energetycznej. Wydaje się, że Kijów ostatecznie wyzbył się iluzji, iż Pekin da się przekonać do działań powstrzymujących agresję Rosji.

Ważnym kontekstem zmiany polityki ukraińskiej wobec Chin było też zwycięstwo w wyborach prezydenckich w USA Trumpa, który w kampanii określał je jako głównego adwersarza i zapowiadał szybkie zaprowadzenie pokoju między Rosją a Ukrainą. Kijów liczył, że ujawnianie kolejnych przykładów sojuszu Xi–Putin ostudzi nadzieje Trumpa i jego administracji na rozluźnienie relacji między Rosją a Chinami. W tej logice wsparcie dla Ukrainy leżałoby w interesie Waszyngtonu, gdyż uderzenie w kluczowego sojusznika Pekinu nie tylko osłabiłoby Rosję na europejskim teatrze działań, lecz także poskromiło ambicje Chin na Pacyfiku, w tym wobec Tajwanu. Poprzez sankcje na firmy z ChRL i konsekwentne upublicznianie chińskiego zaangażowania na rzecz Moskwy Kijów podkreśla związek między teatrem europejskim a pacyficznym, dążąc do utrzymania obecności USA na tym pierwszym.

Na to, że asertywne działania Kijowa wobec ChRL są adresowane również do Waszyngtonu, wskazuje porozumienie Ukrainy i USA z 30 kwietnia 2025 r. Dokument ten ma zapewnić kluczową rolę Amerykanów w powojennej odbudowie. Kijów wyklucza z tego procesu państwa wspierające Rosję, w tym Chiny, które wcześniej deklarowały gotowość udziału w nim. Taka decyzja wpisuje się w logikę administracji Trumpa – skoro to Waszyngton poniósł największy ciężar wsparcia Ukrainy, Pekin nie powinien czerpać zysków z odbudowy.

Chiny ignorują działania Kijowa. Ukraińskie doniesienia dotyczące zaangażowania Pekinu w pomoc Moskwie nie zdołały znacząco zmienić zachowawczej polityki Unii Europejskiej i zwiększyć presji na ChRL w tej sprawie. W stosunku do Waszyngtonu prowadzi ona własną grę dyplomatyczną i nie wierzy, że Kijów będzie mógł wpłynąć na postrzeganie konfliktu na Ukrainie przez obecną administrację USA w sposób, który zaszkodziłby interesom Chin. Dodatkowo interwencjonistyczna polityka Trumpa stworzyła nowe osie polaryzacji na Globalnym Południu. Z tego powodu po jego zwycięstwie w wyborach prezydenckich Pekin przestał stwarzać pozory działań na rzecz znalezienia pokojowego rozwiązania konfliktu na Ukrainie. Równocześnie unika ostrych ruchów wobec Kijowa, aby bardziej nie zrazić do siebie sympatyzującej z nim części światowej opinii publicznej.

Z punktu widzenia Kijowa próby włączenia Pekinu we własne działania na rzecz pokoju, przede wszystkim w kwestii respektowania integralności terytorialnej Ukrainy analogicznie do polityki „jednych Chin”, przyniosły skutek odwrotny od zamierzonego. W związku z tym zmiana polityki ukraińskiej na bardziej konfrontacyjną wobec ChRL wydaje się trwała. Będzie się ona opierać na konsekwentnym demonstrowaniu chińskiej współpracy z Moskwą oraz rozszerzaniu sankcji na współpracujące z Rosją podmioty gospodarcze z Chin. Jednocześnie ważnym kontekstem pozostanie rozwój stosunków między ChRL i USA. Tak długo, jak Waszyngton nie będzie gotowy do zwiększenia nacisku na Pekin – w odpowiedzi na jego współpracę z Moskwą – oraz wsparcia dla Kijowa, Ukraina będzie dążyła do utrzymania kanałów dialogu z chińskim kierownictwem. ChRL pozostaje jej głównym partnerem handlowym, z obrotem towarów przekraczającym 21 mld dolarów, co stanowi ok. 16,8% ukraińskiego handlu zagranicznego (z wielką dysproporcją na rzecz importu).

Konfrontacyjna polityka Kijowa ma jednak pewne granice. Nie chce on dawać Pekinowi pretekstów do bardziej otwartego i większego bezpośredniego wsparcia Kremla w wojnie, a także odcięcia samej Ukrainy od dostaw chińskich komponentów. Dotyczy to w szczególności komponentów do masowo produkowanych tam dronów FPV, kupowanych przez ukraińskie firmy bądź poprzez pośredników – proceder, który Pekin wydaje się tolerować, ale ma narzędzia jego przerwania. W tym kontekście można odbierać zarówno wizytę w Pekinie wiceministra spraw zagranicznych Serhija Kysłycy (obecnie pierwszego zastępcy szefa Biura Prezydenta) w grudniu 2025 r., której tematami były handel, współpraca międzynarodowa i proces pokojowy, jak i spotkanie ministrów spraw zagranicznych Andrija Sybihy i Wanga Yi na marginesie Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium w lutym br., po którym zapowiedziano przekazanie pomocy dla ukraińskiego sektora energetycznego.

Polityka ChRL wobec pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę w dalszym ciągu będzie realizować dwa podstawowe cele, niezależne od stosunków bilateralnych z Kijowem. Pierwszym jest potrzeba utrzymania przyjaznego Chinom reżimu w Rosji, zdolnego wiązać militarnie i politycznie Zachód w Europie, a jednocześnie budować napięcia w relacjach transatlantyckich. Przekłada się to na zacieśnianie współpracy gospodarczej i politycznej oraz rekordowe poziomy wymiany handlowej. Chiny stały się kluczowym źródłem wsparcia gospodarczego dla Rosji, znacznie zwiększając import rosyjskiej ropy, gazu i węgla, co zapewniło Moskwie tak potrzebne dochody w obliczu sankcji zachodnich. W przewidywalnej przyszłości nie ulegnie to zmianie. Działania nowej administracji amerykańskiej zmniejszyły też prawdopodobieństwo porażki militarnej Kremla, a jednocześnie wydatnie osłabiły presję USA na Pekin w sferze jego pomocy dla Moskwy.

Drugim celem Pekinu stało się dyplomatyczne wykorzystanie wywołanej wojną na Ukrainie polaryzacji między Globalną Północą a Globalnym Południem, która umożliwiała Pekinowi budowę luźnego sojuszu przeciwko Zachodowi. Bezpośrednie apele Ukrainy do państw GP i próby stworzenia własnych kanałów dialogu zostały odebrane jako zagrożenie dla chińskich ambicji przywództwa. Sytuację zmienił powrót do Białego Domu Trumpa, którego działania, oraz wcześniej wojna w Gazie, nasiliły napięcia na innych polach, mocno antagonizując większość państw GP wobec USA. To pozwoliło Pekinowi na odzyskanie pewności siebie w relacjach z tym gronem i ułatwiło neutralizację zabiegów Kijowa w pozyskaniu poparcia tej grupy państw.

W efekcie tak długo, jak nie ulegnie gwałtownej zmianie polityka obecnej administracji amerykańskiej, należy się spodziewać kontynuacji chińskiej pomocy dla Rosji, sabotowania zabiegów Ukrainy o wsparcie przez GP, a także ignorowania apeli zachodnich przywódców o wywarcie skutecznej presji na Kreml. Relacje dwustronne z Kijowem mają w tym wymiarze dla Pekinu znaczenie trzeciorzędne.

osw.waw.pl

poniedziałek, 16 marca 2026



Sąd Najwyższy to nic więcej niż niesprawiedliwa organizacja polityczna, która splądrowała kraj - powiedział prezydent USA Donald Trump we wpisie na temat decyzji Sądu o unieważnieniu części ceł. Trump wyraził też oburzenie zablokowaniem śledztwa przeciwko prezesowi Fed Jeromowi Powellowi.

W długim wpisie zamieszczonym późnym wieczorem czasu lokalnego Trump w ostrych słowach potępił Sąd Najwyższy i cały wymiar sprawiedliwości w USA, który oskarżył o upolitycznienie, korupcję i nieuwzględnianie woli prezydenta. Szczególny gniew wyraził na lutowy wyrok Sądu, który unieważnił cła nałożone przez niego na podstawie ustawy sankcyjnej IEEPA.

"Decyzja, która miała dla mnie największe znaczenie, to CŁA! Sąd wiedział, jakie jest moje stanowisko i jak bardzo pragnę tego zwycięstwa dla naszego kraju, a zamiast tego postanowił potencjalnie rozdać biliony dolarów krajom i firmom, które od dziesięcioleci wykorzystują Stany Zjednoczone" - napisał Trump. Zapowiedział, że - mimo dotychczasowych wyroków nakazujących szybki zwrot pobranych ceł - będzie walczył o to, by do tego nie doszło.

"Nasz Kraj został niepotrzebnie SPLĄDROWANY przez Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, który stał niczym więcej, niż niesprawiedliwą Organizacją Polityczną używaną jako broń" - oznajmił. Zarzucał przy tym sądowi, że nie uznał jego protestów wyborczych w 2020 r. za zasadne, choć - jak twierdzi - bezsprzecznie udowodniono, że zostały rzekomo sfałszowane.

Trump narzekał, że część sędziów nominowana przez republikańskich prezydentów, w tym niego samego, głosuje przeciwko tym, którzy ich nominowali i nie "trzymają się razem" jak sędziowie Demokratów.

Prezydent Stanów Zjednoczonych wyraził też oburzenie z powodu zablokowania w piątek przez sąd federalny wezwania do sądu członków zarządu Rezerwy Federalnej w śledztwie przeciwko jej prezesowi Jerome'owi Powellowi w sprawie wysokich kosztów remontu budynków Fed. Sędzia w tej sprawie uznał, że prokuratura federalna przedstawiła "zero dowodów" na winę Powella, podczas gdy "góra dowodów" przemawiała za tym, że śledztwo jest motywowane politycznie.

"Jak to możliwe, że tego absolutnie okropnego prezesa Rezerwy Federalnej, Jerome'a "Spóźnionego" Powella, nie można nawet objąć śledztwem za jego okropną pracę?" - pytał Trump. "Jak to możliwe, że przekroczył budżet o miliardy dolarów i ma lata opóźnienia w realizacji prostego remontu małego kompleksu Rezerwy Federalnej w Waszyngtonie, gdzie doprowadził do absolutnej katastrofy - studni bez dna i wstydu dla naszego kraju na oczach całego świata!" - dodał.

PAP


Prezydent USA Donald Trump ostrzegł w wywiadzie dla "Financial Times", że jeśli sojusznicze państwa nie włączą się w działania na rzecz otwarcia cieśniny Ormuz, będzie to "bardzo złe dla przyszłości NATO". Zagroził też przełożeniem swojej wizyty w Chinach, jeśli Pekin również nie wesprze USA.

W rozmowie telefonicznej z gazetą Trump zaapelował do państw europejskich o przyłączenie się do amerykańskich działań wojennych w Iranie. Zaznaczył, że Europa i Chiny, w odróżnieniu od USA, są silnie uzależnione od ropy z Zatoki Perskiej.

- To tylko stosowne, żeby ci, którzy czerpią korzyści z cieśniny, pomogli zapewnić, żeby nie stało się tam nic złego - powiedział Trump. - Jeśli nie będzie odpowiedzi albo odpowiedź będzie negatywna, myślę, że to będzie bardzo złe dla przyszłości NATO - dodał.

Trump wyraził jednak pesymizm co do tego, czy sojusznicy odpowiedzą na jego apel. - Mamy coś, co nazywa się NATO. Byliśmy bardzo mili. Nie musieliśmy pomagać im z Ukrainą. Ukraina jest tysiące mil od nas (...) Ale pomogliśmy im. Teraz zobaczymy, czy oni pomogą nam. Bo od dawna mówię, że będziemy dla nich, ale oni nie będą dla nas. I nie jestem pewien, czy byliby - mówił gazecie.

Zapytany, jakiej pomocy oczekuje, Trump odpowiedział: "Cokolwiek będzie potrzebne". Argumentował, że sojusznicy powinni wysłać okręty do usuwania min, których Europa posiada znacznie więcej niż USA. Chciałby też "ludzi, którzy wyeliminują złych aktorów wzdłuż irańskiego brzegu", sugerując wysłanie europejskich oddziałów komandosów do zwalczania irańskich operacji z użyciem dronów i min morskich w Zatoce.

- Uderzamy w nich bardzo mocno. Nie zostało im nic poza robieniem drobnych kłopotów w Cieśninie, ale ci ludzie czerpią z niej korzyści i powinni pomóc nam ją patrolować. My im pomożemy. Ale oni też powinni tam być. Potrzeba dużo ludzi, żeby pilnować niewielu - mówił Trump.

Trump wyraził szczególne niezadowolenie z postawy Wielkiej Brytanii. - Wielką Brytanię można uznawać za sojusznika numer jeden, najstarszego itd., ale kiedy poprosiłem ich, żeby przyszli, nie chcieli przyjść - zżymał się. - A kiedy w zasadzie wyeliminowaliśmy zdolności zagrożenia ze strony Iranu, powiedzieli: "no dobrze, wyślemy dwa okręty", a ja odpowiedziałem: "potrzebujemy tych okrętów, zanim wygramy, a nie po tym, jak wygramy" - relacjonował. - Od dawna mówię, że NATO to ulica jednokierunkowa - dodał.

Trump twierdził, że ewentualne zagrożenie dla sojuszniczych jednostek w Zatoce byłoby minimalne, bo USA "zdziesiątkowały" Iran. Europejscy sojusznicy ponieśli już jednak straty w konflikcie, bo w czwartek w irańskim ataku dronowym w Iraku zginął francuski żołnierz. W niedzielę w bazie w Kuwejcie zniszczony został włoski samolot.

Trump ostrzegł też, że USA są gotowe do ponownych uderzeń na wyspę Chark, irański hub eksportu ropy, niszcząc infrastrukturę naftową.

- Możemy to uderzyć w pięć minut. I nie mogą nic na to poradzić - przekonywał.

Zapytany, czy Rosja pomaga Iranowi danymi satelitarnymi do namierzania amerykańskich i izraelskich systemów antybalistycznych, Trump odparł: "Nie wiem, jak to wygląda. Ale można też argumentować, że my pomagaliśmy Ukrainie. Trudno powiedzieć: ­celujecie w nas, skoro pomagaliśmy Ukrainie". Trump stwierdził - wyolbrzymiając rzeczywistą kwotę - że jego poprzednik Joe Biden przekazał Ukrainie 350 mld dolarów w gotówce i sprzęcie. - Więc trudno powiedzieć: "co wy robicie?", skoro my robiliśmy to samo".

Prezydent USA oznajmił też, że pomocy oczekuje również od Chin i że powinno to się zdarzyć przed planowaną wizytą w Pekinie pod koniec marca. Trump zaznaczył, że nie może czekać do końca marca, bo "Dwa tygodnie to długo". Dodał, że wizyta może zostać przesunięta, lecz nie sprecyzował, o ile.
Jak zaznaczył dziennik, wypowiedzi Trumpa padły w dniu, gdy sekretarz skarbu Scott Bessent spotkał się w Paryżu ze swoim chińskim rozmówcą, wicepremierem He Lifengiem w sprawie przygotowań do szczytu.

PAP

sobota, 14 marca 2026



Hans Morgenthau pisał, że państwo, które wprost twierdzi, że zależy mu tylko na potędze i nie zasłania się żadnym ideologicznym uzasadnieniem swojej polityki, stawia się w niekorzystnej, a być może nawet skazanej na klęskę pozycji. Trump pewnie nie czytał Morgenthaua, a jego otoczenie zachowuje się jak patrycjusze za Nerona: klaszcz albo giń! Towarzyszą temu tak absurdalne wypowiedzi jak ta, że można było przejąć irański okręt „Dena” ale jego zatopienie przyniosło więcej „funu”. Okręt ten był nieuzbrojony i nie należał do Sepah (Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej), nie zmierzał do Iranu, lecz szukał azylu w porcie w Sri Lance. W Iranie obowiązuje też powszechna służba wojskowa, więc służący na nim marynarze to po prostu zwykli Irańczycy, których rodziny być może były przeciwnikami reżimu.

Zresztą w innych nalotach zginęło już około 1,5 tys. irańskich cywilów, niszczona jest infrastruktura, która służy nie tylko reżimowi, ale zwykłym Irańczykom. To na nich spadł czarny deszcz, gdy bombardowane były rafinerie, i to ich dotknie bombardowanie stacji desalinacyjnych, takich jak na wyspie Keszm. Amerykański prezydent zbył pytanie o ten nalot absurdalną sugestią, że „Irańczycy obcinają niemowlakom głowy, a kobiety przecinają na pół”, co, obok opowieści o strasznych prześladowaniach chrześcijan w Iranie (również fałszywych), wpisuje się w coraz bardziej kuriozalną propagandę wojenną USA i Izraela.

Jedno jest pewne, w takiej sytuacji Trump zabija sympatie proamerykańskie w irańskim społeczeństwie, jego nadzieję na wolność i pomaga reżimowi konsolidować naród wokół idei obrony ojczyzny (a przy okazji ustroju). Garstki monarchistów krzyczących, że zabicie 150 dziewczynek w nalocie na szkołę w Minab to cena warta poniesienia za obalenie reżimu, tego obrazu nie zmienią. Wiadomo już zresztą, że żadnego powrotu Rezy Pahlawiego do Iranu nie będzie i Trump nie jest tym w ogóle zainteresowany.

Nie będzie też żadnej ofensywy Kurdów na Iran. Trump wycofał się z tego, bo myślał, że jak obieca Kurdom broń i pieniądze, to ci z ochotą będą umierać w starciach z Sepah. Tymczasem postawili oni konkretne żądania polityczne i domagali się gwarancji ich spełnienia. Trump nie miał zamiaru niczego takiego dawać, więc ogłosił, że to on nie chciał udziału Kurdów. Problem też w tym, że z wszystkich amerykańskich przywódców Trump budzi najmniejsze zaufanie Kurdów. Festiwal niemądrych pomysłów nie skończył się jednak na Kurdach, bo dywagowano również o zaangażowaniu Beludżów, Azerów i Arabów z Ahwazu. Pomysły te porażały ignorancją i oczywiście zostały zarzucone.

(...)

W przypadku wszystkich poprzednich wojen, w tym wojny w Afganistanie i Iraku za George’a Busha juniora, działał efekt gromadzenia się wokół flagi i wzrostu poparcia dla prezydenta po rozpoczęciu wojny. W tym wypadku tego nie ma – wręcz przeciwnie, mnożą się kpiny z nieprzygotowania Trumpa i jego ekipy, co było nie do pomyślenia w przypadku poprzednich wojen. Wzrost cen benzyny oraz inne koszty gospodarcze wywołane wojną z każdym dniem będą dodatkowo zwiększać jej niepopularność, prowadząc Republikanów do klęski wyborczej w listopadzie. Demokraci bowiem jednoznacznie są jej przeciwni. Bezpośredni koszt wojny to ok. 900 mln USD dziennie, nie licząc wartości strat wywołanych atakami odwetowymi. Wątpliwe, by dla amerykańskiego wyborcy pocieszający był fakt, że straty Irańczyków są większe.

Na tym zresztą opiera się strategia Iranu. Chodzi o maksymalizację globalnych kosztów wojny, tak by wywołać presję na jej zakończenie. W szczególności wzrost jej niepopularności wśród amerykańskich wyborców ma doprowadzić do tego rezultatu. Póki co, to działa, a Trump samymi tweetami o tym, że USA „uderzy 20 razy mocniej”, jeśli Iran będzie blokował Zatokę Perską, nic nie zdziała, bo i tak naloty są już prowadzone na maksymalną możliwą skalę. Islamska Republika pokazała ponadto, że nie boi się gróźb USA i zamierza konsekwentnie realizować swoją strategię.

Tymczasem próba rozwiązania sytuacji poprzez udzielanie gwarancji państwowych USA w miejsce ubezpieczeń nie powiodła się, a kraje Zatoki alarmują – że sytuacja staje się krytyczna. W związku z wypełnieniem zbiorników konieczne jest wstrzymywanie produkcji, a zapasy w wielu krajach uzależnionych od importu ropy szybko się kończą (w Pakistanie oceniane są na 30 dni). (...)

Dlatego już widać, że USA sięgają po to, co uznały za alternatywę – dostawy rosyjskie. W pierwszej kolejności udzieliły Indiom wyłączenia z sankcji na kupno rosyjskiej ropy. Co prawda na 30 dni, ale już wiadomo, że ten okres możez ostać przedłużony. Smaczku dodaje tu fakt, że raptem miesiąc temu wysokimi cłami Trump zmusił Indie do przerwania kupowania ropy od Rosji. (...)

Wzajemnie sprzeczne wypowiedzi Trumpa nie pozwalają na stwierdzenie tego, pod jakimi warunkami gotowy będzie on przerwać wojnę – zwłaszcza że zapowiedział on, że decyzję podejmie w uzgodnieniu z Netanjahu. Tymczasem izraelski premier chce, by trwała ona permanentnie (bez względu na to, co deklaruje publicznie), bo wtedy będzie można zawiesić wybory parlamentarne, które, w razie wygranej opozycji, zaprowadziłyby go do więziennej celi. Zainteresowany byłby również eskalacją, jaką byłoby wciągniecie w konflikt innych państw oraz doprowadzenie do interwencji lądowej. Natomiast Trump z jednej strony deklaruje, że właściwie to już można ogłosić zwycięstwo, a z drugiej – iż oczekuje bezwarunkowej kapitulacji, w tym uzgodnienia z nim wyboru Najwyższego Przywódcy.

Ta ostatnia deklaracja mogła przyczynić się do wyboru Modżtaby Chameneiego na Najwyższego Przywódcę, gdyż zwolennicy tego wyboru mogli podkreślać, że tylko tak pokażą, że całkiem odrzucają naciski amerykańskiego prezydenta. A wybór ten nie wróży dobrze. Oznacza on bowiem wzmocnienie roli Sepah, z którym Modżtaba Chamenei jest blisko związany. (...)

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na całkowicie sprzeczne deklaracje Trumpa: jeśli bowiem twierdzi on obecnie, że Iran był bliski uzyskania broni nuklearnej, to znaczy, że USA (wbrew twierdzeniom tego samego Trumpa) nie zdołały poważnie zaszkodzić temu programowi w czasie wojny 12-dniowej (i nie mają takich zdolności). Zabicie Alego Chameneiego może stać się pretekstem do uznania nieważności jego fatwy uznającej broń nuklearną za niezgodną z islamem. Wpisuje się to zresztą w pewien wzorzec, bo gdyby Netanjahu z Trumpem nie doprowadzili do upadku porozumienia w sprawie irańskiego programu nuklearnego (JCPOA), to problemu by w ogóle nie było.  (...)

Trump nie ma obecnie dobrych opcji. Może wycofać się z wojny za tydzień lub dwa, twierdząc, że Iran został całkowicie rozbrojony. Ale dla państw regionu ten przekaz będzie niewiarygodny. (...)

Inną opcją jest eskalacja. Już obecnie wojna rozlała się na Liban, a Iran wciąż nie sięgnął po wszystkie swoje możliwe środki asymetryczne. Nie jest jasne, czy jemeńscy Huti nie chcą angażować się w tę wojnę, czy też raczej trzymani są w odwodzie.

defence24.pl

piątek, 13 marca 2026



Sędzia federalny w Waszyngtonie zablokował wystawione przez prokuraturę wezwania kierownictwa Rezerwy Federalnej do złożenia zeznań w śledztwie przeciwko jej prezesowi Jerome'owi Powellowi. Sędzia zarzucił administracji Donalda Trumpa motywację polityczną i brak dowodów.

Sędzia James Boasberg ogłosił swoją decyzję w ostro krytycznym wobec prokuratury orzeczeniu, w efekcie blokując śledztwo przeciwko Powellowi w sprawie kosztów renowacji budynków Rezerwy Federalnej, czyli banku centralnego USA.

"Cała góra dowodów wskazuje na to, że rząd doręczył te wezwania Radzie (Gubernatorów Fed), aby wywrzeć presję na jego przewodniczącego, by ten zagłosował za obniżeniem stóp procentowych lub zrezygnował" - napisał sędzia James Boasberg. "Z drugiej strony, rząd nie przedstawił praktycznie żadnych dowodów, które pozwoliłyby podejrzewać przewodniczącego Powella o popełnienie przestępstwa; wręcz przeciwnie, jego uzasadnienia są tak nikłe i bezpodstawne, że sąd może jedynie stwierdzić, że mają one charakter pretekstowy" - dodał.

Decyzję sądu niemal natychmiast potępiła prowadząca sprawę przeciwko Powellowi szefowa prokuratury federalnej w Waszyngtonie Jeanine Pirro.

- Sędzia aktywista odebrał nam narzędzie, wtrącając się i uniemożliwiając ławie przysięgłych nawet uzyskanie, a co dopiero wysłuchanie dowodów. Ograniczył zdolność ławy przysięgłych do badania przestępstw - powiedziała Pirro, zarzucając sędziemu kierowanie się niechęcią do prezydenta Trumpa. - W rezultacie Jerome Powell jest dziś skąpany w immunitecie, co uniemożliwia mojemu biuru prowadzenie śledztwa w sprawie Rezerwy Federalnej. To jest złe i pozbawione podstaw prawnych - dodała. Zapowiedziała odwołanie się od decyzji.

Pirro zarzuciła Powellowi, że ignorował wcześniejsze pytania i wnioski prokuratury, a po otrzymaniu przez członków Rady wezwania do sądu "udawał ofiarę" i zaczął dzwonić do swoich politycznych sojuszników. Twierdziła też, że śledztwo przeciwko Powellowi jest uzasadnione, bo koszty renowacji Fed przekroczyły pierwotne założenia o miliard dolarów.

Śledztwo przeciwko prezesowi Fed wstrząsnęło Waszyngtonem i wywołało ostrą reakcję samego zainteresowanego, który oskarżył administrację o motywację polityczną i zamach na niezależność banku centralnego.

- Groźba postawienia zarzutów karnych jest konsekwencją tego, że Rezerwa Federalna ustala stopy procentowe na podstawie naszej najlepszej oceny tego, co będzie służyć społeczeństwu, a nie zgodnie z preferencjami prezydenta - powiedział Powell w styczniu br.

Trump wielokrotnie w przeszłości starał się wpływać na decyzję Powella w sprawie stóp procentowych, nieraz uciekając się do obelg pod jego adresem, nazywając go m.in. "kretynem". Otwarcie mówił też, że chciał zwolnić go z jego funkcji, lecz powstrzymali go przed tym jego doradcy zaniepokojeni reakcją rynku.

Śledztwo przeciwko Powellowi wywołało też szereg krytycznych reakcji ze strony Republikanów w Kongresie. Senator Thom Tillis zapowiedział, że zablokuje proces zatwierdzenia następcy Powella, Kevina Warsha, dopóki sprawa nie zostanie rozwiązana.

PAP