niedziela, 30 listopada 2025



Premier Izraela Benjamin Netanjahu złożył oficjalny wniosek o ułaskawienie go przez prezydenta Icchaka Hercoga - przekazała w niedzielę kancelaria szefa państwa. Netanjahu argumentował, że szybkie zakończenie toczącego się przeciw niemu procesu korupcyjnego jest niezbędne dla pojednania narodowego.

W nagraniu opublikowanym wkrótce po złożeniu wniosku Netanjahu powiedział, że zakończenie rozpoczętego kilka lat temu procesu leży w interesie narodowym Izraela. "Minęła prawie dekada od rozpoczęcia śledztwa przeciwko mnie. Proces w tej sprawie trwa już prawie sześć lat i oczekuje się, że będzie trwał jeszcze wiele lat" - powiedział premier, cytowany przez portal Times of Israel.

Przekonywał, że w jego własnym interesie pozostaje doprowadzenie procesu do końca, dopóki nie zostanie oczyszczony ze wszystkich zarzutów, jednak "bezpieczeństwo i interes narodowy wymagają czegoś innego".

"Izrael stoi w obliczu ogromnych wyzwań, a jednocześnie wielkich szans. Aby odeprzeć zagrożenia i wykorzystać szanse, niezbędna jest jedność narodowa" - argumentował Netanjahu. W jego ocenie kontynuowanie procesu "rozdziera nas (naród - PAP) od środka, tworzy podziały i pogłębia rozłamy". "Jestem przekonany, podobnie jak wielu innych w kraju, że natychmiastowe zakończenie procesu znacznie pomogłoby w ugaszeniu płomieni i promowaniu szerokiego pojednania - którego nasz kraj rozpaczliwie potrzebuje" - dodał.

Netanjahu poinformował, że zdecydował się na złożenie wniosku o ułaskawienie, ponieważ sędziowie niedawno zażądali od niego składania zeznań trzy razy w tygodniu.

Przypomniał też, że o zastosowanie wobec niego prawa łaski zaapelował ostatnio prezydent USA Donald Trump. W przypadku ułaskawienia obaj moglibyśmy "z jeszcze większą energią bronić żywotnych interesów Izraela i Stanów Zjednoczonych" - podkreślił Netanjahu.

Wzywając Hercoga do ułaskawienia szefa izraelskiego rządu, Trump podkreślił, że Netanjahu był "budzącym szacunek i zdecydowanym" premierem czasu wojny, a teraz przewodzi krajowi w czasach pokoju. Zaznaczył, że chociaż "szanuje niezależność izraelskiego sądownictwa", uważa, że ""sprawa" przeciwko Netanjahu (...) to nieuzasadnione, upolitycznione oskarżenia".

Biuro Hercoga odpowiedziało wówczas, że izraelski prezydent darzy swojego amerykańskiego odpowiednika ogromnym szacunkiem, ale osoba biegająca się o ułaskawienie powinna złożyć formalny wniosek zgodnie z obowiązującym prawem.

Według izraelskiego prawa wniosek o ułaskawienie musi złożyć starająca się o nie osoba lub członek najbliższej rodziny.

Prezydent ma prawo ułaskawić osoby skazane przez izraelskimi sądami, a w szczególnych okolicznościach może ułaskawić również jeszcze nieskazaną osobę. W historii kraju zapis ten zastosowano tylko raz. Według krytycznego wobec Netanjahu dziennika "Haarec" ułaskawienie go przed wydaniem wyroku skazującego wiązałoby się z licznymi komplikacjami politycznymi i wątpliwościami natury prawnej.

Netanjahu jest oskarżony o łapówkarstwo, oszustwo i nadużycie zaufania w toczącym się od 2020 r. procesie dotyczącym trzech spraw karnych. Wszystkie trzy sprawy związane są z relacjami między Netanjahu i jego rodziną a wpływowymi i bogatymi właścicielami firm medialnych oraz oskarżeniami o to, że premier wykorzystywał te znajomości dla osobistych i politycznych korzyści.

Premier wielokrotnie odrzucał wszystkie oskarżenia, określając cały proces jako polityczną nagonkę.

PAP


Gazeta donosi też, że po spotkaniu Donalda Trumpa z Władimirem Putinem na Alasce jedna z europejskich agencji wywiadowczych rozesłała do urzędników innych państw Europy raport, który miał ich "zszokować".

"W środku znajdowały się szczegóły planów handlowych i gospodarczych, które administracja Trumpa snuła z Rosją, w tym wspólne wydobycie pierwiastków ziem rzadkich w Arktyce" — czytamy. Obok części urzędników administracji w kontekście rozmów, pomijani mieli być europejscy urzędnicy. "WSJ" przytacza sytuację, kiedy Witkoff odmówił rozmów z nimi za pomocą bezpiecznego łącza, twierdząc, że zbyt często podróżuje, by używać niewygodnego w obsłudze systemu.

Jak zaznacza "WSJ", Witkoff, Kushner, a także szereg amerykańskich biznesmenów uwierzyli w wizję roztaczaną przez Kreml.

— Rosja ma tak wiele ogromnych zasobów, ogromne połacie ziemi — powiedział Witkoff gazecie, opisując swoje nadzieje na to, że Rosja, Ukraina i USA zostaną partnerami w biznesie. — Jeśli zrobimy to wszystko, a wszyscy będą prosperować i będą częścią tego, i wszyscy będą mieli z tego korzyści, to naturalnie stanie się to bastionem przeciwko przyszłym konfliktom. Bo wszyscy będą prosperować — wyjaśnił. "WSJ" opisuje też sytuację, kiedy po odmowie Trumpa przekazania Ukrainie pocisków Tomahawk Witkoff poradził Kijowowi, by zamiast o rakiety zabiegał o 10-letnie zwolnienie z ceł, bo to dałoby impuls ukraińskiej gospodarce.

— Jestem w biznesie zawierania układów. Po to tu jestem — stwierdził wysłannik Trumpa.

Dziennik opisuje zabiegi szeregu amerykańskich firm i biznesmenów, by przygotować się do powrotu do Rosji. Bliscy Putinowi oligarchowie, w tym Giennadij Timczenko, Jurij Kowalczuk i bracia Arkadij i Borys Rotenbergowie, mieli wysłać swoich przedstawicieli na spotkania z amerykańskimi biznesami na temat wydobycia surowców w Rosji. Według cytowanego przez dziennik zachodniego urzędnika struktur bezpieczeństwa oferowali oni koncesje na wydobycie gazu na Morzu Ochockim i w czterech innych miejscach, a także wydobycie metali ziem rzadkich nieopodal Norylska i na Syberii.

Chętnym na przejęcie gazociągu Nord Stream 2 ma być darczyńca na kampanię Trumpa, inwestor Stephen Lynch, który zapłacił 600 tys. dol. lobbyście związanym z synem prezydenta, Donaldem juniorem, by uzyskać licencję na tę transakcję. Inny znajomy Donalda juniora, biznesmen Gentry Beach, ma prowadzić rozmowy na temat zakupu udziałów w projekcie wydobycia gazu w rosyjskiej Arktyce. Z kolei wicedyrektor koncernu ExxonMobil miał negocjować z szefem Rosnieftu Igorem Sieczynem w Katarze powrót do inwestycji w wielki projekt Sachalin 2. Projekt ten został wstrzymany w związku z sankcjami nałożonymi w 2022 r. ExxonMobil, inwestor Todd Boehly i inni mieli też rozmawiać na temat kupna aktywów objętego sankcjami Łukoilu.

onet.pl


Wypadki się zdarzają, jednak w przypadku tego konkretnego, nie sposób nie wspomnieć o ogólnej zapaści rosyjskiego przemysłu kosmicznego. Kiedy na wszystko brakuje pieniędzy, brakuje też na utrzymanie infrastruktury, a to podnosi ryzyko takich wydarzeń. Roskosmos, państwowy koncern kontrolujący praktycznie cały rosyjski program i przemysł kosmiczny, już od wielu lat zmaga się z problemami finansowymi. Sytuacja jest typowa dla wielu sektorów rosyjskiej gospodarki. W czasach ZSRR cechowała ją znaczna rozbudowa, okres świetności i początkowo nawet pozycja globalnego lidera. Potem nastąpiła stagnacja, a ostatecznie zapaść po rozpadzie imperium. Jednocześnie nadal ma ona ogromne znaczenie symboliczne, ideologiczne i propagandowe, czemu towarzyszą duże ambicje. To dlatego na papierze Rosja ciągle chce budować nową stację kosmiczną, eksplorować Księżyc, Marsa i ogólnie być ważnym graczem, odpowiednio do swoich mocarstwowych pretensji. Przez pewien czas fundamentalne problemy maskowało zapotrzebowanie na wynoszenie satelitów z całego świata na względnie tanich rosyjskich rakietach. Eldorado dewizowe trwało do około 2013/2014 roku, ale zostało całkowicie przejedzone.

Kiedy kolejne problemy i katastrofy podważyły wiarygodność Rosjan, doszły sankcje za agresję na Ukrainę, a w USA zaczęła rosnąć konkurencja w postaci SpaceX, nastąpił krach. O ile przez pierwszą dekadę XXI wieku rosyjskie rakiety rok w rok odpowiadały za ponad połowę globalnych startów, tak rok 2025 zamkną z wynikiem około 5 procent. Całkowita zapaść dokonała się na przestrzeni ponad dekady. Jednocześnie pogarszająca się sytuacja budżetowa Rosji dodatkowo dociskała Roskosmos z drugiej strony. Po 2014 roku roczne wydatki na cały przemysł i program kosmiczny oscylowały w rejonie trzech miliardów dolarów, co było określane przez specjalistów jako zupełnie nieadekwatne do potrzeb. Poza tym realnie było to zazwyczaj jeszcze około 10 procent mniej, niż planowano. Kiedy doda się do tego klasyczną korupcję (z symptomatycznym przykładem budowy kosmodromu Wostocznyj) i skrajną nieefektywność (Roskosmos zatrudnia około 170 tysięcy ludzi, SpaceX Elona Muska około 10 razy mniej), to trudno spodziewać się innego efektu niż zapaść.

Wymownym jej przejawem był sierpniowy list nowego dyrektora firmy Energia do załogi. Energia to nie byle firma, ale symbol, filar i najważniejszy element Roskosmosu. Jest kontynuatorem pierwszego radzieckiego biura konstrukcyjnego i fabryki rakiet z lat 40., utworzonych pod kierownictwem legendarnego dla Rosjan Siergieja Korolowa - ojca ich programu kosmicznego i rakietowego. Energia odpowiada dzisiaj m.in. za rakiety Sojuz, kapsuły załogowe i statki towarowe Progress. "Sytuacja jest krytyczna. Długi na wiele milionów dolarów. Oprocentowanie pożyczek, które pożera budżet. Liczne procesy, które są nieefektywne. Znaczna część zespołu straciła motywację i poczucie odpowiedzialności" - pisał Igor Maltsew, który został dyrektorem Energii zaledwie trzy miesiące wcześniej. "Musimy przestać okłamywać siebie i innych, że wszystko z nami jest ok. Uratować nas może tylko cud" - pisał w liście do załogi, który wyciekł do rosyjskich mediów.

Nie oznacza to oczywiście, że rosyjski program kosmiczny całkowicie zniknie. Przede wszystkim dlatego, że potrzebuje go państwo. Zwłaszcza wojsko, które jest aktualnie głównym klientem branży kosmicznej. Satelity szpiegowskie i telekomunikacyjne jakoś trzeba umieścić na orbicie i nie są to ładunki, które można wynieść rakietami innych państw. Same te satelity trzeba też opracować i wyprodukować. To jednak zupełnie inna skala potrzeb niż w czasach, kiedy znaczna część świata wynosiła swoje ładunki w kosmos na rosyjskich rakietach.

Rosjanie mają nawet kilka nowych modeli rakiet. Wśród nich jest lekka Angara 1.2, która teoretycznie ma przejąć wynoszenie większości satelitów wojskowych z kosmodromu Plesieck od zmodyfikowanych starszych Sojuzów 2. Jest też cięższa Angara A5. Ich rozwój i produkcja są jednak bardzo powolne. Od pierwszego lotu próbnego w 2014 roku do dzisiaj łącznie odpalono zaledwie 12 Angar. Nie ma informacji wskazujących na zwiększenie tego tempa w kolejnych latach. Równocześnie trwają prace nad nową rakietą o mylącej nazwie Sojuz-5, która tak naprawdę ma niewiele wspólnego z rodziną Sojuz. Rozmiarami i możliwościami to odpowiednik Falcon 9, czyli konia roboczego firmy SpaceX, tylko rosyjska rakieta nie jest wielokrotnego użytku. Pierwszy egzemplarz Sojuz-5 niedawno trafił na Bajkonur i ma polecieć przed końcem roku. Podstawowym koniem roboczym Rosjan pozostaje jednak ciągle Sojuz-2, czyli zmodernizowany radziecki Sojuz, będący z kolei rozwinięciem rakiet R-7, czyli tych, które wyniosły w kosmos między innymi Jurija Gagarina.

Różnych planów i wizji innych nowych rakiet oraz statków kosmicznych Rosjanie mają wiele. Jest jednak ewidentne, że era, w której byli poważnym graczem w kosmosie, minęła. Ponieważ Kreml dla potrzeb wizerunkowych będzie potrzebował programu kosmicznego, więc prawdopodobnie ten będzie utrzymywany na kroplówce. Jednak po zakończeniu działania ISS pod koniec tej dekady lub na początku następnej, Rosjanie zostaną właściwie z niczym. Ewentualnie będą mogli zostać drugorzędnym partnerem Chińczyków w ich znacznie ambitniejszym i adekwatnie finansowanym programie kosmicznym.

gazeta.pl


Wołodymyr Zełenski w sobotę (29 listopada) ma wybierać szefa swego biura, po tym, jak w piątek zwolnił poprzedniego - Andrija Jermaka. Dymisja polityka, który uważany był za najbliższego współpracownika ukraińskiego prezydenta i nieformalnie drugą osobę w państwie, spowodowana była zacieśniającym się wokół niego skandalem korupcyjnym. W piątek wieczór Jermak przesłał wiadomość "New York Post", w której oznajmił, że idzie na pierwszą linię frontu: "Zostałem zhańbiony, a moja godność nie została zachowana, mimo że od 24 lutego 2024 roku przebywam w Kijowie. Nie chcę sprawiać problemów Zełenskiemu - idę na front". "Jestem uczciwą i przyzwoitą osobą" - zapewnił i dodał: "Jestem obrzydzony brudem skierowanym przeciwko mnie, a jeszcze bardziej brakiem wsparcia ze strony tych, którzy znają prawdę".

gazeta.pl


Raport Komitetu ONZ Przeciwko Torturom (CAT) przytacza "The Guardian". Badacze w swojej publikacji wyrazili zaniepokojenie doniesieniami dotyczącymi m.in. ciężkich pobić, ataków psów, rażenia prądem, podtapianiem i przemocy seksualnej, jakich mieli dopuszczać się Izraelczycy wobec palestyńskich więźniów. Badanie, przeprowadzone przez 10 niezależnych ekspertów, dotyczy okresu ostatnich dwóch lat. Stwierdzono w nim, że Izrael "prowadzi de facto politykę zorganizowanych i powszechnych tortur". 

(...)

Komitet zwrócił również uwagę na sytuację dzieci przetrzymywanych przez izraelskie służby. W raporcie odnotowano "wysoki odsetek nieletnich, którzy są przetrzymywani bez zarzutów lub tymczasowo aresztowani". Podkreślono, że wiek odpowiedzialności karnej w Izraelu wynosi 12 lat, a zdarzały się przypadki zatrzymywania dzieci poniżej tego wieku. Jak wskazują autorzy raportu, część nieletnich trafia do izolacji, gdzie obowiązują surowe ograniczenia dotyczące kontaktów z rodziną, a także brak dostępu do edukacji. W dokumencie zwrócono także uwagę, że warunki przetrzymywania więźniów w czasie trwającej wojny w Strefie Gazy miały ulec "znacznemu pogorszeniu". Według ustaleń Komisji, w aresztach miało w tym okresie zginąć 75 Palestyńczyków. Stwierdzono, że liczba zgonów jest "nienaturalnie wysoka" i dotyczy niemal wyłącznie palestyńskiej populacji więźniów. Jednocześnie autorzy raportu zaznaczyli, że do tej pory żaden urzędnik państwowy nie został pociągnięty do odpowiedzialności za te przypadki. Rząd Izraela wielokrotnie zaprzeczał stosowaniu tortur.

W raporcie odnotowano, że Izrael w ciągu dwóch lat wskazał tylko jeden przypadek skazania za tortury lub złe traktowanie. Dotyczył on żołnierza ukaranego za wielokrotne pobicia z użyciem pięści, pałki i broni więźniów z Gazy, którzy byli związani i mieli zawiązane oczy. Autorzy raportu ocenili jednak, że kara siedmiu miesięcy więzienia "nie odzwierciedla powagi czynu". "The Guardian" zauważa, że do publikacji raportu doszło w dniu, gdy trzech funkcjonariuszy izraelskiej straży granicznej zostało zwolnionych po przesłuchaniach w związku ze śmiertelnym postrzeleniem dwóch Palestyńczyków w Dżaninie. Na nagraniu z miejsca zdarzenia widać, jak zatrzymani wyczołgują się z budynku i podnoszą ręce oraz koszule, aby zasygnalizować, że nie są uzbrojeni. Widać także funkcjonariuszy Staży Granicznej. Jeden z nich zaczyna kopać zatrzymanych, po czym wykonuje gest, najwyraźniej nakazujący im powrót do budynku. Chwilę później Palestyńczycy zostali postrzeleni z bliskiej odległości. Strażnicy twierdzili później, że czuli "bezpośrednie zagrożenie dla życia". Twierdzili również, że zatrzymani mieli odmówić rozebrania się do naga i "włożyli ręce do kieszeni", a jeden z nich miał próbować uciec. Brytyjski dziennik wskazuje jednak, że  na nagraniu - którego autentyczność nie została zakwestionowana przez izraelskie władze - nie widać, aby zatrzymani Palestyńczycy stawiali jakikolwiek opór. Według izraelskich mediów funkcjonariusze zostali zwolnieni pod warunkiem, że nie będą omawiać sprawy z innymi osobami.

gazeta.pl

piątek, 28 listopada 2025



Analityk we wpisie zatytułowanym "Czarny piątek dla Jermaka" opisał działania Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) jako sygnał, że ukraińska polityka wchodzi w nową fazę przesileń i "ukrytych politycznych konfrontacji", które mogą się jedynie nasilać. Według Szlinczaka "ta sprawa praktycznie zakopała szanse Zełenskiego na reelekcję".

Ekspert zauważył również, że "NABU nie przyjdzie bezpośrednio do Zełenskiego, bo po pierwsze chroni go immunitet prezydencki, a po drugie — jakiekolwiek działania procesowe mają sens tylko wtedy, gdy można je doprowadzić do realnego finału".

(...)

W piątek ukraińskie agencje antykorupcyjne — NABU oraz SAP (Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej) przeprowadziły przeszukanie w mieszkaniu Andrija Jermaka, bliskiego współpracownika Zełenskiego i od lat jego najbliższego doradcy. 54-latek pełni kluczową funkcję w rozmowach z USA, kierując zespołem negocjacyjnym w sprawie porozumienia pokojowego. To również przyjaciel Zełenskiego jeszcze sprzed czasów prezydentury.

Przeszukania przeprowadzono w związku z szeroko zakrojonym śledztwem dotyczącym afery korupcyjnej w sektorze energetyki jądrowej, w której wg. ustaleń NABU, uczestnicy procederu mieli pobierać łapówki na poziomie 10–15 proc. wartości kontraktów.

onet.pl

Siły rosyjskie po raz pierwszy wkroczyły do Pokrowska do 31 lipca, a siły rosyjskie posuwały się w Pokrowsku średnio 0,12 km dziennie od 31 lipca do 26 listopada. Siły rosyjskie nie zajęły Pokrowska —, miasta o powierzchni 11,5 mil kwadratowych —, mimo że działały na terenie miasta przez ponad 118 dni. ISW zaobserwowało jedynie dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie skonsolidowały postęp w 66 procentach Pokrowska według stanu na 26 listopada, co stanowi niski odsetek, biorąc pod uwagę czas i siłę roboczą (elementy co najmniej dwóch połączonych armii zbrojnych), które Rosja poświęciła na kontynuowanie tych wysiłków.

(...)


Maszowiec poinformował 26 listopada, że niepowodzenie sił rosyjskich w szybkim zajęciu Kupiańska i osiągnięciu znacznych zdobyczy w mieście w ciągu ostatnich dwóch tygodni naraża siły rosyjskie w Kupiańsku na ryzyko okrążenia w wyniku ukraińskich kontrataków, ponieważ rosyjska logistyka do Kupiańska jest zależna od co najwyżej 4,3-kilometrowego korytarza, który kontrolują siły rosyjskie w pobliżu Zapadnego, Holubiwki, Radkiwki, i Kindraszywka (cała północ od Kupiańska).

understandingwar.org

środa, 26 listopada 2025



W 2022 roku, kiedy Pekin zareagował histerycznie na wizytę przewodniczącej Izby Reprezentantów USA Nancy Pelosi na Tajwanie, przeprowadzając duże ćwiczenia wojskowe wokół wyspy. Chińskie pociski balistyczne spadły wtedy na południe od Yonaguni w japońskiej wyłącznej strefie ekonomicznej. Dla Tokio to był moment przełomowy. Jak to określił jeden z ekspertów: Japońskie elity przestały zadawać sobie pytanie, czy Japonia ma się zbroić i przygotowywać na konflikt z Chinami, a zaczęły zastanawiać, jak to zrobić?

Yonaguni jest ostatnią wyspą w łańcuchu wysp Ryukyu, do którego należy także archipelag Miyako. Rozciąga się na kilkaset mil od wysp japońskich. W związku z eskalacją dyplomatyczną z Tokio w ostatnich dniach chińskie media państwowe opublikowały artykuły kwestionujące suwerenność Japonii nad wyspami i podkreślające, że kilkaset lat temu królestwo Ryukyu było niezależne od Japonii.

zawielkimmurem.net


Nadchodzi "wielkie wymieranie" sektora motoryzacyjnego w Europie?

News z dziś: Volkswagen odkrywa, że w Chinach jest w stanie zaprojektować samochód o 50% taniej i 3 razy szybciej. Stąd mały krok, by przenieść tam produkcję i R&D, a do Europy eksportować samochody. Inni z resztą już to robią.

Nic dziwnego, bo Chińczycy intensywnie zabiegają by "udomowić" europejskie koncerny i związać je z własną bazą produkcyjną, coraz częściej licencjonują Niemcom własne technologie. I budują przy okazji polityczną zależność nowego typu. A prawdą jest, że chiński ekosystem przemysłowy jest po prostu znacznie szybszy i bardziej elastyczny, innowacyjny, konkurencyjny kosztowo. A - w dodatku do tego wszystkiego - systemowo subsydiowany.

Z resztą to nie tylko niemieckie koncerny samochodowe spoglądają na chińską bazę produkcyjną. Nie dalej jak w lipcu br. widzieliśmy z OSW w Chinach na deskach kreślarskich chińskiego biura projektowego projekt pewnego europejskiego samochodu, wymyślonego tam i opartego na chińskich komponentach. A teraz, tej, jesieni widzę go już na reklamach polskich auto portali z tytułem "Europa udowadnia, że umie robić tanie samochody elektryczne". Dość to zabawnie wygląda. Nie mówię tu już o Tesli, która długo była największym eksporterem elektryków z Chin do Europy, wysyłając do nas dziesiątki tysięcy samochodów z Gigafactory z Szanghaju.

"Wielkie wymieranie" w zasadzie już trwa, tylko odbywa się po cichu. Jeśli wytężyć wzrok, każdego tygodnia w Niemczech upada jakaś mała lub średnia firma z branży motoryzacyjnej, w całym regionie zwolnienia w fabrykach, na placach składowych rosną góry nieodbieranych części. Najsilniej obrywa mały i średni biznes - niemiecki Mittelstand, ale i cały łańcuch dostaw w Europie Środkowej. Koncerny sobie poradzą, o ile zaczną wybierać Chiny jako bazę przemysłową. 

Nastroje w polskiej branży na tym tle bardzo minorowe, słyszałem niedawno od liderów branży, że interesy Polski i Niemiec (a dokładnie - kilku koncernów, które długo kształtowały politykę Berlina) zaczęły fundamentalnie się rozjeżdżać na tym tle.

Europa ociągała się z cłami na Chiny, podczas gdy cały świat stawiał bariery (nie tylko USA, ale i Indie, Turcja, Brazylia...). Trudno teraz by europejski koncern był konkurencyjny, skoro jego rywal z Chin może wysyłać do Europy samochody wytworzone w ultra-konkurencyjnym ekosystemie przemysłowym w Azji. Więc racjonalne - jeśli myślimy głównie o wynikach w przyszłym kwartale... - jest zrobić to samo. Pytanie tylko, czy potrafimy wyobrazić sobie Europę, Niemcy, bez przemysłu motoryzacyjnego.

Żeby nie kończyć kolejnego posta niekonstruktywnie, strasząc tylko Chinami, powiem tyle - idzie wielkie przetasowanie, w którym musimy szukać szans. Jednym ze sposobów, to tzw. "odwrócony Deng Xiaoping" (copyright: @WnukowskiDamian), czyli dopuszczenie Chin do europejskiego rynku w zamian za transfery technologii i formowanie joint-ventures w Europie. Takie z resztą jest dziś myślenie w Komisji Europejskiej, ale i wielu stolicach UE. Polska ma również karty w tej grze. 

Nie mamy swojego samochodowego koncernu, ale stawka jest wysoka, bo polskim poddostawcom, którzy mogą niedługo zostać "osieroceni" przez koncerny migrujące do Chin, trzeba znaleźć nowe przestrzenie do wzrostu i awansu technologicznego. Być może czas postawić Chinom warunek: dostęp do rynku w zamian za technologię i włączenie w łańcuch dostaw. Skoro daliśmy się jako Europa wyrolować Chińczykom, to przynajmniej czegoś się od nich nauczmy.

x.com/J_Jakobowski


28-punktowy plan przyjęty przez Biały Dom Trumpa w celu zakończenia wojny na Ukrainie, rzekomo napisany przez amerykańskich negocjatorów z „uwagą” Kirilla Dmitriewa, szefa rosyjskiego funduszu majątku narodowego i osoby z wewnątrz Kremla, jest w rzeczywistości w swojej istocie przetworzonym rosyjskim dokumentem, który „The Insider” zobaczył kilka miesięcy temu dzięki źródłu zbliżonemu do rosyjskiego rządu.

Jak donoszą portale Axios i Wall Street Journal, 28-punktowy plan USA, silnie zorientowany na Moskwę, wywołał międzynarodowy kryzys w związku z obawami, że administracja Trumpa forsuje prorosyjską agendę, próbując jednocześnie zmusić Ukrainę do kapitulacji. Dokument miał być miesięcznym wspólnym przedsięwzięciem trzech osób: specjalnego wysłannika USA Steve'a Witkoffa, zięcia Trumpa Jareda Kushnera i Dmitriewa.

Wiele kluczowych założeń planu, który wyciekł do amerykańskiej prasy 18 listopada, zostało w rzeczywistości zaczerpniętych z wcześniejszego projektu, opracowanego przez Dmitrijewa niedługo po powrocie Trumpa do Białego Domu pod koniec stycznia 2025 roku. Należą do nich:
  • Faktyczne uznanie przez Stany Zjednoczone okupowanego przez Rosję Krymu, Ługańska i Doniecka (postrzegane jako wycofanie się Rosji z bardziej wiążącego de jure uznania tych terytoriów);
  • Zamrożenie terytoriów wzdłuż obecnej linii kontaktowej w obwodach zaporoskim i chersońskim;
  • Sekwencyjny proces znoszenia sankcji wobec Rosji;
  • Przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej;
  • Trwałe wykluczenie Ukrainy z NATO;
  • Zakaz obecności sił pokojowych Zachodu i NATO na Ukrainie;
  • Schemat, w ramach którego Stany Zjednoczone czerpią zyski z zamrożonych rosyjskich aktywów w posiadaniu Unii Europejskiej, a jednocześnie inwestują w powojennej Ukrainie, a także zaproszenie dla Stanów Zjednoczonych do inwestowania w Rosji.
Najbardziej niesamowite podobieństwo dotyczy ostatniego punktu:

„100 miliardów dolarów zamrożonych rosyjskich aktywów zostanie zainwestowanych w prowadzone przez USA działania na rzecz odbudowy i inwestycji na Ukrainie” – czytamy w 28-punktowym planie. „Stany Zjednoczone otrzymają 50% zysków z tego przedsięwzięcia. Europa dołoży 100 miliardów dolarów, aby zwiększyć kwotę inwestycji dostępnych na odbudowę Ukrainy. Zamrożone fundusze europejskie zostaną odmrożone”.

„Oligarchowie nadal będą mieli szansę na zyski jako inwestorzy na Ukrainie” – wyjaśniło rosyjskie źródło, które pokazało The Insiderowi pierwszą wersję. Innymi słowy, aktywa nie zostaną utracone, a jedynie przekierowane na przyszłe możliwości biznesowe, aby wzbogacić miliarderów i przyjaciół Putina.

Rosyjska koncepcja zawierała również dwa „słodziki”, mające trafić bezpośrednio do nastawionego na transakcje Białego Domu Trumpa. Oba były niezwykłe, ale tylko jeden z nich został powtórzony w planie, który wyciekł do amerykańskich mediów.

Po pierwsze, Stany Zjednoczone miały zainwestować w powojenną gospodarkę Rosji, która – jak się spodziewano – miała „cierpieć na brak gotówki i pilnie potrzebować inwestycji” po całkowitym przestawieniu się na produkcję wojskową po pełnej inwazji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Jak wyjaśniło źródło, zapoczątkowałoby to „nową… erę amerykańsko-rosyjskich inwestycji wewnętrznych, podobną do tej z lat 90.”.

Znajduje to odzwierciedlenie w 28-punktowym planie, który brzmi następująco: „Pozostała część zamrożonych rosyjskich funduszy zostanie zainwestowana w oddzielny amerykańsko-rosyjski instrument inwestycyjny, który będzie wdrażał wspólne projekty w określonych obszarach. Fundusz ten będzie miał na celu zacieśnienie relacji i wzmocnienie wspólnych interesów, aby stworzyć silną zachętę do unikania powrotu do konfliktów”.

Drugie ujawnienie w pierwszym planie jest całkowicie nieobecne w planie Witkoff-Kushner-Dmitriev. Źródło Insidera podsumowało to następująco: „Bylibyśmy skłonni wymienić Chiny na USA”, dodając, że rosyjskie elity są „wkurzone rosnącą rolą Chin w gospodarce cywilnej, wykorzystujących luki pozostawione przez exodus zachodnich inwestorów”. Biorąc pod uwagę dobrze znaną rywalizację Trumpa z Pekinem, oferta dotyczyła koalicji przeciwko wschodzącemu azjatyckiemu supermocarstwu, opisanej przez źródło jako „rodzaj nowej koalicji chrześcijańskiej”. Wydawało się to odpowiadać powszechnemu w MAGA zaleceniu porzucenia Ukrainy – że Waszyngton powinien skoncentrować swoje wysiłki militarne i dyplomatyczne na przeciwdziałaniu wzrostowi Pekinu jako globalnego supermocarstwa. Postanowienie to zostało prawdopodobnie usunięte, ponieważ Rosja nie chciała sugerować, że kiedykolwiek zerwie ze swoim najważniejszym strategicznym sojusznikiem.

(...)

Obecny, 28-punktowy plan jest przesiąknięty tym chaosem. „The Journal” doniósł 24 listopada, że ​​Witkoff i Kushner napisali swój pierwszy projekt /w czasie - red./ „lotu powrotnego z Bliskiego Wschodu, w blasku negocjacji w sprawie porozumienia między Izraelem a Hamasem”, a szczegóły dopracowali wspólnie z Dmitriewem, który w październiku udał się do Miami na spotkania z oboma Amerykanami. „Większość” planu została napisana przez Witkoffa i Kushnera, podała gazeta, powołując się na „osobę znającą się na jego tworzeniu”.

Jednak pomimo ewoluującej i sprzecznej narracji na temat tego, jak te ramy pokojowe zostały skonstruowane, „The Insider” może ujawnić, że dokument zawiera specyficzne sformułowania, które pojawiły się niemal dosłownie słowo w słowo we wcześniejszym tekście – sporządzonym wyłącznie przez Dmitriewa niedługo po drugiej inauguracji Trumpa. Celem tego pierwotnego dokumentu, według źródła, które go opisało, było przedstawienie nowemu prezydentowi USA wielkiej umowy, która utwierdzała maksymalistyczne żądania Rosji, często określane przez Kreml jako „podstawowe przyczyny” wojny: mianowicie ponowne rozpatrzenie amerykańskiej architektury bezpieczeństwa dla Europy po zimnej wojnie, która obowiązywała przez ostatnie 34 lata. Opakowanie tej umowy miało odwołać się do dobrze znanych uprzedzeń administracji Trumpa i skłonności do zawierania umów quid pro quo, nawet jeśli to, co jest przedmiotem handlu, nie należy do Rosji ani Stanów Zjednoczonych.

Skłonności te były w pełni widoczne podczas rozmowy telefonicznej z 14 października między Witkoffem a wysoko postawionym rosyjskim dyplomatą Jurijem Uszakowem, której zapis trafił na łamy Bloomberga po południu 25 listopada.

Podczas tej rozmowy, która miała miejsce dwa tygodnie po ogłoszeniu wynegocjowanego przez Trumpa planu pokojowego dla Gazy, Witkoff doradzał Uszakowowi, jakie podejście powinien przyjąć Putin podczas rozmów ze swoim amerykańskim odpowiednikiem.

„Chciałbym zadzwonić i po prostu powtórzyć, że gratulujecie prezydentowi tego osiągnięcia, że ​​je wspieraliście, że je wspieraliście, że szanujecie to, że jest człowiekiem pokoju i po prostu, naprawdę cieszycie się, że to się stało” – powiedział Witkoff, dodając, że nadchodzące dni to idealny moment dla Kremla na przekazanie takiego przesłania. „Zełenski przyjedzie do Białego Domu w piątek [17 października]” – powiedział Witkoff. „Pójdę tam, bo chcą, żebym tam był, ale myślę, że jeśli to możliwe, porozmawiamy z waszym szefem przed tym piątkowym spotkaniem”.

„Oto, co moim zdaniem byłoby niesamowite” – dodał Witkoff. „Może powie prezydentowi Trumpowi: wiesz, Steve i Yuri omawiali bardzo podobny, 20-punktowy plan pokojowy i to mogłoby być coś, co naszym zdaniem mogłoby trochę ruszyć sprawę, jesteśmy otwarci na takie rzeczy”.

16 października, na prośbę Rosji, Trump i Putin odbyli ponad dwugodzinną rozmowę telefoniczną. Spotkanie z jego ukraińskim odpowiednikiem następnego popołudnia miało podobno charakter burzliwy. Tydzień później Trump wysłał Witkoffa do Miami, aby osobiście spotkał się z Dmitrijewem. 29 października, według innego zapisu rozmowy opublikowanego przez Bloomberga , Dmitrijew i Uszakow rozmawiali telefonicznie po rosyjsku i dyskutowali o tym, jak mocno Moskwa powinna forsować swoje żądania w ewentualnej propozycji pokojowej:

Dmitriev: Nie, posłuchaj. Myślę, że ten dokument po prostu zrobimy, tak jakby, w naszym położeniu, a ja po prostu nieformalnie go przekażę, mówiąc, że to wszystko jest nieformalne. I mogą to przedstawić jako swoje. Nie sądzę jednak, żeby przyjęli dokładnie naszą wersję, ale przynajmniej będzie ona jak najbliższa. [(...)]
Uszakow: No właśnie o to chodzi. Mogą nie przyjąć tego do wiadomości i powiedzieć, że to było z nami uzgodnione. Tego się obawiam.
Dmitriev: Nie, nie, nie. Powiem dokładnie tak, jak ty, słowo w słowo.
Uszakow: Mogą to później przekręcić, i tyle. Jest takie ryzyko. Jest. No dobra, nieważne. Zobaczymy.

Podobnie jak niedoświadczony politycznie Wikoff, Dmitriew jest również postrzegany jako intruz w grze dyplomatycznej. Jednak jego rzekome powiązania z rosyjskimi służbami bezpieczeństwa – wraz z powiązaniami jego żony z córką Putina, Kateriną Tichonową – pomagają wyjaśnić jego nagły wzrost znaczenia w Moskwie. „Kiryl nie wykazał się geniuszem, ale był skłonny przypisywać sobie zasługi za pracę innych i wykorzystywać wymienianie nazwisk i kontakty, aby awansować” – powiedział The Insider źródło bliskie Dmitriewowi . „Biorąc pod uwagę jego przeszłość, nie powinien był otrzymać rosyjskiego zezwolenia ani mieć mandatu do negocjacji, ale teraz jest częścią rodziny i robi się wyjątki, tak jak w Białym Domu Trumpa”.

theins.press


Na sesji 21 listopada wycena amerykańskiego koncernu farmaceutycznego Eli Lilly przekroczyła bilion dolarów. To pierwsza na świecie firma farmaceutyczna o tak wysokiej wycenie, przy czym analitycy twierdzą, iż może się ona utrzymać.

Jak stwierdzają analitycy zapytywani przez Bloomberg i Financial Times ta wycena nie jest przypadkiem – inwestorzy „dali firmie premię” za przejęcie sporej części amerykańskiego rynku leków odchodzących i przeciwcukrzycowych od dotychczasowego lidera, duńskiego koncernu Novo Nordisk. Jeszcze 8 lat temu wartość rynkowa Eli Lilly wynosiła około 100 mld dolarów, zaś jej obecny wzrost wynika właśnie z wygranej w konkurencji na rynku leków GLP-1.

Jak przyznał sam prezes Lilly David Ricks w odcinku podcastu „Cheeky Pint”, leki GLP-1 „stanowią prawdopodobnie 80% wartości ekonomicznej firmy”, zaś lek GLP-1/GIP, tirzepatid – sprzedawany jako Zepbound i Mounjaro – przekroczył 10 mld dolarów sprzedaży w III kwartale, jeśli chodzi o ,wskazania do leczenia cukrzycy i kontroli wagi.

Tym samym Eli Lilly dołączyła do firm sztucznej inteligencji, jak Nvidia, oraz dominujących na rynku technologii, takich jak Meta i Apple. Jak do tej pory ten „klub bilionerów” jest niewielki, bo tego typu wyceny zawsze wiążą się z wygórowanymi oczekiwaniami inwestorów. Jak do tej pory Eli Lilly się udaje, w III kw. sprzedaż koncernu przekroczyła prognozy Wall Street o około 1,5 mld dolarów. Tyle że firma w końcu będzie musiała stawić czoła wygaśnięciu patentów i konkurencji leków generycznych, co znaczy, że jej główne leki trafią na tańszą konkurencję. Ricks twierdzi, że mimo tego Eli Lilly będzie konkurować „z firmami, takimi jak Bristol Myers lub Pfizer”.

„To duże firmy, których przychody nie różnią się aż tak bardzo od naszych, a my konkurujemy z nimi w tych innych segmentach rynku. Ich kapitalizacja rynkowa wynosiła 100-200 mld dolarów. My obracamy około 800 mld dolarów. I ta różnica to fenomen GLP-1. Myślę, że Wall Street również uważa, że ​​nasza produktywność w zakresie badań i rozwoju jest wyższa” – dodał Ricks.

Istotnie, Eli Lilly wydaje około 20-25% swoich przychodów na badania i rozwój. Zapytywany przez inwestorów czy to tempo utrzyma się, jeśli roczna sprzedaż przekroczy 120 mld dolarów, stwierdził, że „postarałby się wydać 20% tej kwoty, co byłoby zbliżone do budżetu” rządowych Narodowych Instytutów Zdrowia.

isbiznes.pl


Jak wynika z sondażu przeprowadzonego przez IBRiS dla "Rzeczpospolitej", na największe poparcie wciąż może liczyć Koalicja Obywatelska, którą popiera 30,4 proc. (bez zmian w stosunku do października). Drugie miejsce na partyjnym podium zajmuje Prawo i Sprawiedliwość z wynikiem 27,1 proc. (spadek o 0,5 pp.) , a trzecie - Konfederacja, na którą głosować chce 16,1 proc. badanych (wzrost o 1,1 pp.). Gdyby teraz odbywały się wybory parlamentarne, do Sejmu weszłyby jeszcze dwa ugrupowania: Lewica (7,2 proc.) i Konfederacja Korony Polskiej (5,1 proc.).

Reszta partii nie przekroczyła progu wyborczego. Na Partię Razem głosować chce bowiem 3,9 proc. respondentów, na Polskie Stronnictwo Ludowe - 3,2 proc., a na Polskę 2050 - 1,7 proc. osób. 5,2 proc. ankietowanych nie wie, na kogo chciałoby oddać swój głos. Frekwencja wyniosłaby 58 proc. - Utrwalił się pozytywny trend dla Koalicji Obywatelskiej i negatywny dla PiS. Niewielkie wzrosty poparcia dla Konfederacji i Lewicy są w granicach błędu statystycznego - powiedział "Rzeczpospolitej" prezes IBRiS Marcin Duma. Jak dodał, "PiS nie ma premii sondażowej po wygranej swojego kandydata" w wyborach prezydenckich. Sondaż został przeprowadzony w dniach 21-22 listopada. 

gazeta.pl

wtorek, 25 listopada 2025



- W słowniku miejskiego slangu czytamy, że to osoba, która przegrywa życie, nie odnosi sukcesów w żadnej dziedzinie, nie ma pieniędzy, pracy, partnera i spędza swój wolny czas w internecie.

No właśnie – „przegrywa życie” – a to dlatego, że życie stało się dla nas sportem, myślimy o nim, jakby było zawodami. A w sporcie albo się wygrywa, albo przegrywa – nie ma innej opcji. Dotąd jednak prawie nikt nie rozpatrywał swojego życia w kategoriach sportowych – ludzie mieli swoją pracę, rodzinę, pasje i na tym się skupiali.

- Kto nam tę presję – aby nie być „przegrywem” i coś w życiu osiągnąć – nakłada i dlaczego?

Narzucają nam ją trzy dominujące dyskursy współczesności: dyskurs indywidualizmu, neoliberalizmu i coachingu oraz poppsychologii.

- Zacznijmy od pierwszego, czyli indywidualizmu.

To dyskurs, który początkowo odwoływał się do buntu jednostki, którą przeciwstawiał społeczeństwu. Ale potem ten indywidualizm przesiąkł myślą neoliberalną i coachingiem połączonym z poppsychologią.

A mianowicie: dziś każdy ma obowiązek zdiagnozować samego siebie pod kątem optymalizacji i perfekcjonizacji „ja” na rynek pracy. Musi przeanalizować silne i słabe strony i nieustannie się rozwijać, inwestować czas w obszary zdiagnozowane jako ważne. Z tego powodu, za pomocą narzędzi poppsychologicznych czy coachingowych, wciąż grzebiemy we własnym „ja”, żeby je dostosować do neoliberalnych, czyli wolnorynkowych założeń, zgodnie z którymi musimy odnieść indywidualny sukces.

- Ponieważ inaczej będziemy „przegrywami”?

Tak. Dziś mamy przymus myślenia o sobie samych i innych jak o wielkim neoliberalnym wyścigu. I to raczej nie jest wyścig po zwycięstwo, czyli żeby być „wygrywem”, tylko po to, żeby nie być „przegrywem”. Ta stylistyka sportowa sprawia, że stajemy się trenerami – coachami samych siebie: że w „wielkich zawodach życia”, w których bierzemy udział, musimy nieustannie pracować nad sobą, żeby ten zawodnik, czyli „ja”, coś osiągnął.

(...)

- Po co ten wyścig? Po pieniądze? Karierę? Udane życie prywatne?

To nie tylko ucieczka przed byciem „przegrywem”, ale też przed byciem nieszczęśliwym. A zdaniem moich studentów nieszczęśliwi będą ci ludzie, którzy nie odnieśli sukcesu finansowego. Ale uwaga, nie chodzi wcale o jakieś szczególne bogactwa – na początek wystarczy im średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw, żeby móc bez stresu wynająć mieszkanie i pomyśleć o jakimś związku, być może dzieciach.

- Z wiekiem ta presja na osiągnięcia jednak rośnie. Dla 30-, 40-latków przyzwoita pensja to za mało, żeby inni nie uznali ich za przegrywów.

Bo im dalej w tym wyścigu, tym intensywniejsze zabarwienie finansowe. A sukces ma polegać na tym, żeby zapewnić „przyszłość” – bo to jest słowo kluczowe – swoim dzieciom. Czyli kupię jakąś nieruchomość, dzięki czemu dziecko dostanie lepszy start, ponieważ w ten sposób oszczędzę mu jednej z największych bolączek współczesności, jaką jest brak własnego dachu nad głową. Poza własnym mieszkaniem to mogą być też regularne wakacje na Lofotach albo podróże na Arktykę.

- Czyli typowe aspiracje klasy średniej.

Co nie zmienia faktu, że na co dzień takie osoby żyją pod nieustanną presją. Z jednej strony mamy bowiem przymus samorozwoju, ale z drugiej sprzeczny z nim przymus korzystania z życia: „Podróżuj, konsumuj, idź na koncert, uwikłaj się w gorący romans, oglądaj filmy i seriale itp.”. I przeważnie jest tak, że ten, kto spędza czas, „marnując” go, ma potem wyrzuty sumienia, że się nie rozwija. Z kolei jak się cały czas rozwija, nie ma czasu ani na związki, ani na przyjaźń, ani na lenistwo czy odpoczywanie. Dopadają go więc wyrzuty sumienia, że nie korzysta z życia, dlatego kupuje sobie wycieczkę do Afryki, żeby mieć poczucie, że jednak odpoczął.

(...)

(...) czytanie poezji czy choćby zbieranie znaczków.

-Ale przecież to właśnie te z pozoru nieprzydatne czynności często pozwalają nam zachować równowagę psychiczną, nie zatracić siebie w tym wielkim „wyścigu szczurów”.

Wiele zależy od rodzaju pracy. Jeżeli wykonujemy to, co David Graeber, amerykański badacz i antropolog, nazywał pracą z sensem, a więc z misją, jak nauczanie, informowanie, pomaganie, leczenie itp., to mamy dużo satysfakcji z tego, co robimy, i jest nam ogólnie łatwiej funkcjonować. Natomiast praca, którą Graeber nazywa bez sensu, z ang. bullshit jobs, to typowe zajęcia w korporacjach, gdy wypełnia się tabelki w Excelu. Ta praca nikomu nie przynosi pożytku i gdyby jej nie było, to nic by się na świecie nie zmieniło. Jeśli ktoś robi coś, co nie daje mu żadnej satysfakcji, żadnego poczucia sprawstwa, wtedy trudno mu robić karierę na entuzjazmie.

- Przykre.

To jest właśnie ta ironia samorozwoju: człowiek inwestuje w siebie, żeby uczynić swój los lepszym, a potem latami wykonuje pracę bez sensu, od czego z czasem dostaje wypalenia i depresji. Przy czym jeszcze jakiś czas będą go nakręcały zarobki, bo ogólny mechanizm jest taki, że prace z sensem są niskopłatne, a bez sensu wysokopłatne.

- Wysokopłatne, czyli specjalistyczne? Menedżerskie?

Psychologiczną tajemnicą poliszynela jest, że im wyżej w hierarchii korporacyjnej, tym rośnie liczba prawdziwych socjopatów. Takich, co to im ani ręka, ani powieka nie zadrży, jak jednym kliknięciem w tabelce w Excelu zwolnią tysiąc ludzi, bo tego oczekują akcjonariusze. A jakby tego było mało, współczesna praca ma być pracą emocjonalną, dlatego firma wymaga, aby wykonywać ją z zaangażowaniem, w rodzinnej atmosferze i silnych więzach team workowych. Idzie przekaz: „Nie tylko musisz wykonywać swoją pracę, ale jeszcze dokładać entuzjazm, a nawet kochać swoją pracę. Masz inspirować, motywować resztę zespołu i wspólnie tworzyć rodzinną atmosferę”.

- Takie podejście francuska filozofka Sophie Galabru nazywa imperium obowiązkowego szczęścia i fałszywej życzliwości w biurach pełnych zielonych roślin, które mają nas uspokajać. „Za nakazem radości kryje się forma przemocy” – twierdzi Galabru.

W tych działaniach chodzi generalnie o to, żeby utrzymywać ogromną hipokryzję na rynku pracy. Dlatego – obok doniczek z roślinkami i różnych pokojów do odstresowania – pojawiło się stanowisko: Happiness Manager, czyli menedżer od szczęśliwości pracowników, bo przecież praca oznacza szczęście, dynamiczny zespół, dobrą atmosferę, owocowe czwartki. Ale to, niestety, gigantyczna obłuda, którą od kilkudziesięciu lat żywi się kapitalizm. Bo pod spodem jest nic innego jak wyzysk. Jest mobbing nasz powszedni. I miejscami nadal XIX-wieczne stosunki pracy.

(...)

- Co takiego?

Aż 90 proc. społeczeństwa zachodniego to pracownicy najemni, a ja sytuację takiego pracownika nazywam tercialnym niewolnictwem. Bo my na osiem godzin dziennie, czyli jedną trzecią dnia, stajemy się własnością innego człowieka. Tracimy podmiotowość i robimy to, co nam każe. Mamy wykonywać polecenia, być posłuszni. Od dawnego niewolnictwa różni się to tylko tym, że po pierwsze: jest na osiem godzin, a nie na cały dzień, a po drugie: niewolnik może zmienić pana. I to wszystko. A potem przychodzimy do takiej firmy i jesteśmy np. gaslighterami, klakierami, konformistami, „miernymi, ale wiernymi” itp., bo dbamy o to, żeby tę pracę mieć.

W ogóle sytuacja pracy najemnej wraz z powiązaną z nią władzą, tercialnym niewolnictwem itp., jest nierozerwalnie związana z traumą i mobbowaniem. I tu dochodzimy do sedna, że mobbing jest wpisany w logikę pracy kapitalistycznej. Po prostu. Kiedyś społeczeństwo znosiło to łatwiej, ponieważ byliśmy do takiej sytuacji – pozbawienia podmiotowości – przygotowywani przez dwie instytucje.

- Jakie instytucje?

Autorytarną rodzinę i szkołę. Rodzina oczywiście autokratyczna, gdzie dziecko nie miało nic do gadania, miało być grzeczne, posłuszne, pracowite itd. A potem pruski dryl szkolny, który do dzisiaj funkcjonuje. Bo wbrew temu, co się mówi, uczniowie w szkołach muszą posłusznie wykonywać polecenia władzy nauczycielskiej, niezależnie od tego, czy one w ogóle mają sens. Więc byliśmy przygotowywani przez autorytarną rodzinę i pruską szkołę do bycia ślepymi wykonawcami poleceń przełożonych, do tego, żeby mogli nas mobbować. Przekraczać nasze granice. Szczęśliwie dzisiaj ludzie, przez obsesję autodiagnozowania się i wszechobecną poppsychologię, są bardziej wyczuleni na relacje, także w pracy, i mówią „dość”.

- Mimo tego wyczulenia i większej świadomości nadal na rynku pracy panuje ogromna hipokryzja.

Ta hipokryzja jest ubrana we wspomniane owocowe czwartki, rodzinną atmosferę, ale też w networking, który tak naprawdę jest eufemizmem oznaczającym kolesiostwo lub kumoterstwo. Innym przykładem na obłudę w świecie pracy jest tzw. kultura indywidualizmu, za którą kryją się mroczne rzeczy.

- W jakim sensie mroczne?

W takim, że jest ona niczym innym, jak kulturą narcystycznego egoizmu. I to, że dziś te stosunki pracy są takie złe, wynika także i z tego, że ludzie są już kompletnie zatomizowani, każdy myśli tylko o sobie: „To jest moja kariera, moje życie, moja praca”. Tylko ja, ja i ja. Tu już nie ma miejsca na partnerów, na innych ludzi.

forbes.pl


Kreml podwaja fałszywą narrację, że sukcesy Rosji na polu bitwy są tak powszechne, że zwycięstwo Rosji jest nieuniknione. ISW w dalszym ciągu ocenia, że zwycięstwo Rosji nie jest nieuniknione i że realia “na ziemi” pokazują, że Rosja napotyka wiele przeszkód na swojej drodze do zajęcia reszty obwodu donieckiego. ISW ocenia, że rosyjskie tempo natarcia nasiliło się od szczytu na Alasce, a siły rosyjskie posuwały się średnio o 9,3 km2 dziennie między 15 sierpnia a 20 listopada. Zwłaszcza rosyjskie zyski nadal ograniczały się do tempa, nawet w okresie szybszych postępów. Siły rosyjskie sfinalizowałyby zajęcie pozostałej części obwodu donieckiego dopiero w sierpniu 2027 r. przy takim tempie natarcia, zakładając, że siły rosyjskie będą w stanie utrzymać obecne szybsze tempo natarcia, ukraińska obrona pozostanie silna, a zachodnie zaopatrzenie Ukrainy w broń pozostanie spójne. Prezydent Rosji Władimir Putin próbuje nakłonić Ukrainę do przekazania tego terytorium, aby zaoszczędzić Rosji znaczną ilość czasu, wysiłku, siły roboczej i zasobów, które mogłaby wykorzystać gdzie indziej na Ukrainie podczas ponownej agresji.

(...)

Siły ukraińskie w dalszym ciągu kontratakują i utrzymują ograniczoną obecność w Pokrowsku i jego okolicach. Ukraiński 7. Korpus Szybkiego Reagowania Sił Powietrzno-Szturmowych poinformował 23 listopada, że w centrum Pokrowska trwają walki i że siły ukraińskie uniemożliwiają siłom rosyjskim zgromadzenie wystarczającej liczby sił, aby przedostać się do północnej części miasta. 7. Korpus zauważył, że siły rosyjskie ponoszą ciężkie straty podczas prób przedostania się koleją doniecką do północnego Pokrowska. 

(...)

ISW w dalszym ciągu ocenia, że siły rosyjskie najprawdopodobniej zakończą zajęcie Pokrowska i Myrnohradu, chociaż termin i skutki operacyjne tych konfiskat pozostają obecnie niejasne. Rosja prawdopodobnie spróbuje wykorzystać ostateczne zajęcie Pokrowska dla uzyskania efektu informacyjnego, aby przekazać fałszywą narrację Kremla, że zwycięstwo Rosji na polu bitwy jest nieuniknione. Zwycięstwo Rosji na polu bitwy nie jest jednak nieuniknione, a zwłaszcza siłom rosyjskim zajęło 21 miesięcy posunięcie się na odległość około 40 kilometrów i rozpoczęcie okrążania kieszeni Pokrowsk-Myrnohrad. Kampania mająca na celu zajęcie pozostałej części obwodu donieckiego, w tym znacznie większego i bardziej zaludnionego Pasa Twierdz, zajęłaby kilka lat żmudnych bitew, a siły rosyjskie nie wykazały zdolności do szybkiego okrążania, penetracji lub w inny sposób zajmowania miast wielkości tych w Pasie Twierdz od 2022 roku.

understandingwar.org


Rosjanie kontynuują natarcie w obwodzie zaporoskim, dążąc do zamknięcia Hulajpola w okrążeniu operacyjnym. Udało im się przejąć kontrolę nad miejscowością Zatyszszia, ok. 2,5 km od północnych przedmieść miasta. W ostatnich dniach obronę utrudnia odcięcie przez wojska agresora jednego z kluczowych szlaków logistycznych prowadzących do Hulajpola od położonego na północ Pokrowśkego. W tym celu najeźdźcy zbliżyli się do leżących na tej trasie Radisnego i Danyliwki, a według niektórych doniesień już je okupują. Starają się w ten sposób zsynchronizować ofensywę w kierunku Hulajpola z natarciem na Pokrowśke w obwodzie dniepropetrowskim.

Na południe od Zaporoża siły rosyjskie nacierają na Prymorśke. Przemieszczając się małymi grupami, próbują wykorzystać sprzyjające warunki terenowe wzdłuż wyschłego Zbiornika Kachowskiego oraz obszary zabudowy letniskowej na wschód od niego. Starają się ominąć Stepnohirśk od zachodu i przebić do położonej na północ Hryhoriwki.

Sytuacja w Pokrowsku niezmiennie pozostaje trudna. Obrońcy utrzymują przyczółki w północnej części miasta, próbując blokować przekroczenie przez wrogie wojska biegnącej tam linii kolejowej i uniemożliwić całkowite zamknięcie Myrnohradu w okrążeniu. Ukraińcy mieli wycofać się z południowej części miasta, zaś walki mają toczyć się o miejscowości Switłe i Riwne pomiędzy Pokrowskiem a Myrnohradem. Ofensywę najeźdźców ograniczają wciąż trwające walki o Krasnyj Łyman na północ od aglomeracji. Agresor uzyskał jednak postępy na północny zachód od Pokrowska, w okolicach wsi Hryszyne.

Wbrew oświadczeniom Moskwy Rosjanom nadal nie udało się przejąć całkowitej kontroli nad Kupiańskiem. W rzeczywistości walki wciąż toczą się w południowo-wschodnich obszarach tej miejscowości oraz w rejonie Kuryliwki na wschód od Kupianśka-Wuzłowego, gdzie najeźdźcy starają się zdobyć przyczółki w celu otoczenia Kupiańska od południa.

(...)

Ogółem według szacunków Sił Powietrznych Sił Zbrojnych Ukrainy (SZU) pomiędzy 19 a 25 listopada wojska wroga przeprowadziły ataki powietrzne z użyciem 1577 statków bezzałogowych (z których 905 stanowiły „szahedy”), 40 pocisków manewrujących Ch-101, czterech rakiet Ch-47M2 Kindżał, 15 pocisków manewrujących Kalibr, czterech rakiet balistycznych Iskander-M i siedmiu rakiet manewrujących Iskander-K. Wszystkie zasoby napadu rakietowego i prawie jedną trzecią bezzałogowców wykorzystano w nocy z 19 na 20 listopada (użyto 476 dronów) i z 24 na 25 listopada (464). W sumie ukraińska obrona powietrzna miała unieszkodliwić 1364 drony szturmowe, jeden pocisk Kindżał, pięć rakiet Iskander-K, 12 rakiet Kalibr, trzy rakiety Iskander-M oraz 34 pociski Ch-101.

(...)

22 listopada biuro prasowe Sił Operacji Specjalnych przekazało, że podczas ataku dronowego na Rosję ukraińskie siły zbrojne po raz pierwszy zestrzeliły wrogi śmigłowiec za pomocą bezzałogowca dalekiego zasięgu. Trafiony miał zostać helikopter Mi-8 w pobliżu miejscowości Kutiejnikowo w obwodzie rostowskim.

Ministerstwo Obrony Ukrainy podało w komunikacie z 24 listopada, że 100 tys. dronów FPV zostało dostarczonych armii za pośrednictwem ukraińskiej platformy DOT-Chain Defence, z czego prawie jedna trzecia to bezzałogowce sterowane kablem światłowodowym. DOT-Chain Defence to uruchomiona w czerwcu br. specjalna platforma cyfrowa, za pośrednictwem której brygady walczące na kluczowych odcinkach mogą bezpośrednio składać zlecenia na drony FPV wybranych dostawców. Podkreślono, że użycie platformy pozwoliło znacznie zredukować biurokrację, umożliwiając szybką i sprawną dostawę sprzętu na front. Zaletą programu ma być dostarczanie konkretnych modeli do jednostek, które same wybierają typ dronów FPV potrzebny do ich działań. Na platformie dowódcy formacji mają do wyboru ponad 180 modeli bezzałogowców FPV dostarczanych przez 40 firm. Według szacunków resortu średni czas dostawy dronów za pomocą usługi DOT-Chain wynosi 7 dni, a za płatności, podpisanie umowy i logistykę odpowiada Agencja Zamówień Obronnych Ministerstwa Obrony Ukrainy (MOU).

(...)

Rośnie liczba ukraińskich żołnierzy, którzy po samowolnym opuszczeniu jednostki deklarują powrót do służby. Andrij Illenko – oficer brygady Gwardii Narodowej „Rubiż” – przypomniał 21 listopada, że Rada Najwyższa pod koniec sierpnia br. de facto wprowadziła amnestię za taki czyn, lecz każdorazowo wymaga ona pozytywnej decyzji sądu. Rozwiązaniem usprawniającym proces byłoby przyjmowanie powracających żołnierzy przez dane jednostki wojskowe bez procedury sądowej. Nasilający się problem porzucania służby czy dezercji wynika z chaotycznych lub nielogicznych rozkazów generujących duże straty osobowe, konfliktów osobistych z dowódcami oraz z ignorowania wniosków o przeniesienie. Tylko w październiku br. jednostki wojskowe opuściło samowolnie ponad 20 tys. żołnierzy.

19 listopada ukraiński Koordynacyjny Sztab ds. jeńców wojennych podał, że od lutego 2022 do lipca 2025 r. Rosja przymusowo zmobilizowała 46 327 obywateli Ukrainy z terytoriów okupowanych, w tym ponad 35 tys. na samym Krymie.

Ukraiński wywiad wojskowy zidentyfikował ponad 18 tys. cudzoziemców ze 128 krajów, którzy walczą lub walczyli w ramach Sił Zbrojnych FR przeciwko Ukrainie. W trakcie działań wojennych zginęło co najmniej 3388 zagranicznych najemników. Obecnie Ukraina przetrzymuje w niewoli jeńców z 37 państw, którzy walczyli w armii agresora – Rosja nie zabiega o ich wymianę, z wyjątkiem obywateli Korei Północnej.

osw.waw.pl


Ukraińskie wysiłki mające na celu zablokowanie rosyjskich naziemnych linii komunikacyjnych (GLOC) dronami oraz chaotyczny charakter rosyjskiej taktyki infiltracji prawdopodobnie w dalszym ciągu utrudniają rosyjskie wysiłki na rzecz zgromadzenia wojsk niezbędnych do dokończenia zajęcia Pokrowska. Ukraińskie źródło wojskowe odnotowało 24 listopada, że skuteczny ukraińska blokada rosyjskich GLOC przez drony ograniczyła logistykę do 90 procent rosyjskich grup szturmowych w Pokrowsku, spowalniając tempo rosyjskiego natarcia w mieście. Ukraińskie źródło wojskowe dodało, że siły rosyjskie w Pokrowsku, których jest ponad 500, są stosunkowo nieskoordynowane i czasami dopuszczają się wzajemnych incydentów ogniowych. Ukraińskie źródło wojskowe podało jednak, że siły rosyjskie nadal mają szeroką kontrolę ognia w Pokrowsku i używają dronów do znacznego blokowania ukraińskich GLOC. Ukraiński dziennikarz zauważył, że siły rosyjskie w dalszym ciągu wykorzystują złe warunki pogodowe do gromadzenia sił i ponownego wpływania na obszary wcześniej oczyszczone przez siły ukraińskie, co prowadzi do ciągłych walk w mieście. ISW w dalszym ciągu ocenia, że sezonowe mgliste i deszczowe warunki pogodowe utrudniają operacje ukraińskich dronów na wschodniej Ukrainie, umożliwiając siłom rosyjskim prowadzenie operacji naziemnych do i w Pokrowsku przy mniejszych zagrożeniach ze strony ukraińskiego rozpoznania i ataków dronów.

Siły rosyjskie w dalszym ciągu wykorzystują swój nowy szablon ofensywy, który w dużej mierze opiera się na wysiłkach związanych z przechwytywaniem powietrza na polu bitwy (BAI) i taktyce infiltracji, aby posuwać się w kierunku Hulyaipole.

(...)

Siły rosyjskie wykorzystują długotrwałe kampanie BAI do degradacji ukraińskiej obrony i logistyki opartej na dronach; misje infiltracyjne mające na celu identyfikację, pogorszenie, i wykorzystywać słabe punkty ukraińskiej obrony; oraz masowe ataki małych grup, aby poczynić szybkie postępy i zmusić siły ukraińskie do wycofania się.[.32] Doniesienia o ograniczonych rosyjskich infiltracjach do Hulajpola są zgodne z nowym projektem kampanii.

understandingwar.org


"Mam nadzieję, że w tej sali nie ma już osób, które wciąż liczą na jakiś cud, białego łabędzia, który przyniesie Ukrainie pokój, granice z 1991 czy 2022 roku, po czym nastąpi wielkie szczęście. Dopóki przeciwnik ma zasoby, by atakować nasze terytorium i próbować ofensywnych działań, dopóty będzie to robił".

Takimi słowami zwrócił się pod koniec maja br. do uczestników kijowskiego forum gen. Wałerij Załużny, były głównodowodzący ukraińską armią, a obecnie ambasador Ukrainy w Wielkiej Brytanii.

Ukraińska opinia publiczna doświadczała w tym roku huśtawki nastrojów. Od zawyżonych oczekiwań, że Donald Trump szybko zakończy wojnę z Rosją. Przez wściekłość, gdy tenże sam Trump bezpardonowo obszedł się z Wołodymyrem Zełenskim w Gabinecie Owalnym. Po na nowo rozbudzone nadzieje wskutek pojednawczej wizyty europejskich liderów w Waszyngtonie i górnolotnych zapewnień o "koalicji chętnych".

Ukraińskie władze naprawdę liczyły, że Trumpowi uda się zmusić Putina do zawieszenia broni. Politycy w Kijowie co miesiąc przerzucali się datami potencjalnych wyborów. Tymczasem Załużny wylewał kubeł wody na gorące ukraińskie głowy. Nie było great, ale też not terrible.

Pół roku później Ukraina wchodzi w najtrudniejszy okres, odkąd toczy otwartą wojnę z Rosją.

Niedawna afera korupcyjna uderzyła w najbliższe otoczenie prezydenta Zełenskiego i zachwiała stabilnością obozu władzy. Parlament jest coraz bardziej sparaliżowany ze względu na fragmentację (od dawna istniejącej już tylko na papierze) proprezydenckiej większości. Społeczne zaufanie do władz spada. A to dopiero początek. Nagrań pogrążających ekipę władzy jest znacznie więcej. Jest tylko kwestią czasu, kiedy pojawią się w mediach.

Sytuacja na froncie pozostaje trudna. Siły rosyjskie posiadają inicjatywę i posuwają się do przodu, chociaż oczywiście odbywa się to ogromnym kosztem. Działania ukraińskiego dowództwa wojskowego budzą coraz większe wątpliwości. Armia mierzy się z falą dezercji. Z kolei mobilizacja nie cieszy się zbytnim poparciem społecznym.

By kontynuować obronę przed Rosją, Ukraina potrzebuje kilkudziesięciu miliardów dolarów wsparcia finansowego rocznie od partnerów zagranicznych. Bez niego ukraiński budżet może świecić pustkami już wiosną 2026 roku. Afera korupcyjna pojawiła się w samym środku europejskiej dyskusji o konfiskacie rosyjskich aktywów i nie pomaga tej sprawie.

Na dodatek ukraiński system energetyczny znacząco ucierpiał wskutek rosyjskich ataków rakietowych. Mieszkańcom Ukrainy grożą tej zimy nie tylko braki prądu, ale również wody i ogrzewania. Rosja po raz kolejny próbuje złamać wolę walki narodu ukraińskiego.

Nie ma wątpliwości, że zarówno w Moskwie, jak i Waszyngtonie uznano ten moment za dogodny do nacisków na Ukrainę. Kombinacja kryzysów zawęża prezydentowi Zełenskiemu i tak już wąskie pole manewru.

Zasadniczo Ukraina ma dziś przed sobą dwa scenariusze. Ten pierwszy, optymalny, to umiejętnie zagrać na czas, ustabilizować chaos polityczny w kraju, sytuację na froncie i faktycznie doprowadzić do impasu. Ten drugi, alternatywny, to oczywiście próbować dogadać się z Rosją, wychodząc naprzeciw jej maksymalistycznym żądaniom. Co, rzecz jasna, jest o tyle problematyczne (lub o tyle prostsze, jak kto woli), że Rosja wcale nie chce się z Ukrainą dogadać, tylko ją ubezwłasnowolnić.

Wybór jest tym mniejszy, że scenariusz pośredni to iluzja. Takim sposobem jak dotychczas Ukraina nie może walczyć w nieskończoność. Wojna na wycieńczenie z Rosją to wojna prowadzona na rosyjskich warunkach, która wiedzie Ukrainę donikąd. To nic, że Rosja też się wykrwawia. W momencie kulminacyjnym Rosja może zawsze odciąć kupon i wybrać opcję zawieszenia broni. Natomiast Ukraina w momencie kulminacyjnym ryzykuje utratę swojej państwowości. By przetrwać, Ukraina musi zmienić na swoją korzyść zasady gry. To w tym właśnie kontekście Załużny proponuje rewolucję technologiczną. Ta jednak wymaga od Ukrainy czasu, jeszcze większej pomocy ze strony partnerów, a przede wszystkim poprawy szeregu własnych niedociągnięć.

Gra na czas jest warta świeczki. Wraz z nadejściem wiosny kryzys energetyczny przestanie być tak odczuwalny jak obecnie. Z czasem kryzys polityczny będzie można opanować. Partnerzy będą kontynuować wsparcie, nawet jeśli nie zawsze do końca wiadomo, w jakim zakresie. Wszystko to powinno, chociaż w niewielkim stopniu zmniejszyć nierównowagę sił na korzyść Ukrainy i wzmocnić jej pozycję negocjacyjną.

Ale jak każda gra, ta też obarczona jest ryzykiem. Bo co, jeśli nierównowaga wcale się nie zmniejszy? Partnerzy zawiodą. Kryzysów jednak nie da się opanować. A Rosja ani drgnie.

(...)

Trzeba jednak mieć świadomość, że odkąd administracja Trumpa zainicjowała swoją wahadłową dyplomację między Kijowem i Moskwą, ukraińskie władze wykazywały niezwykle elastyczne podejście do negocjacji. Nawet w odniesieniu do kwestii, które uważano za absolutne czerwone linie, jak liczebność sił zbrojnych, status terytoriów okupowanych czy członkostwo w NATO. W ostatnich dniach zaskakujące było w zasadzie nie to, że Rosjanie zrobili przeciek swojego planu do mediów, ale to, że częściowo zdecydowali się uwzględnić w nim ukraińskie stanowisko. Co bynajmniej wcale nie zmienia ogólnej oceny tej propozycji jako wciąż nie do przyjęcia.

Rzecz jasna, Ukraina nie może kategorycznie odrzucić rosyjskiego planu, by znów nie narazić na szwank stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, bez których wsparcia (nawet jeśli ktoś inny musi za nie płacić) kontynuować tę wojnę byłoby jej już naprawdę trudno. Aczkolwiek nie odrzuca go też dlatego, że rzeczywiście negocjować chce. Być może po to, by po prostu wciąż grać z Rosją w grę "kto pierwszy powie Trumpowi NIE" (Zełenski zbyt późno zrozumiał zasady tej gry i dlatego przegrał w Gabinecie Owalnym). W ten sposób zyskiwać czas i szukać dodatkowych możliwości zwiększenia presji na Rosję. Ale być może po to, by szukać nadarzającej się możliwości złapania, choć na chwilę, oddechu.

Przyjęcie przez społeczność międzynarodową podejścia do pomocy Ukrainie "tak długo, jak trzeba" oznacza bowiem, że to sama Ukraina wybierze, jaki jest jej próg bólu. Perspektywa kolejnych lat nocowania w schronach pod gradem rosyjskich rakiet bynajmniej nie cieszy się w Ukrainie powszechną aprobatą. Błędem jest przyjmowanie a prori założenia, że Ukraina na pewno się nie ugnie. W wielu poważnych, ukraińskich opracowaniach analitycznych scenariusz wymuszonego na Ukrainie kompromisu jest właśnie scenariuszem bazowym.

Wojen nie wygrywa się moralnym oburzeniem – trzeba pieniędzy, broni, większej presji na Rosję. Państwa europejskie miały wystarczająco czasu, by skonfiskować rosyjskie aktywa. By dozbroić Ukrainę w rakiety dalekiego zasięgu. By dokręcić Rosji dopływ pieniędzy, biorąc na cel ‘flotę cieni’. Ukraina mogła być dziś w zupełnie innej sytuacji, ale nie jest. Europejscy liderzy nie wypracowali nawet wspólnej wizji zwycięstwa w Ukrainie.

Trudno znaleźć w Ukrainie kogoś, kto miałby wątpliwości, że każde potencjalne zawieszenie broni będzie kruche i obarczone ryzykiem zerwania. Dlatego faktycznie stawką toczących się negocjacji jest nie tyle trwałe uregulowanie stosunków ukraińsko-rosyjskich, co wywalczenie jak najlepszej pozycji wyjściowej do kolejnej odsłony tej wojny w przyszłości. Stąd ukraińskie dążenia do zachowania pod kontrolą mocno ufortyfikowanego Donbasu czy instytucjonalizacji wsparcia od partnerów zagranicznych. Bo wojna któregoś dnia się skończy, ale konflikt pozostanie. Rosyjska elita po prostu nie akceptuje istnienia samodzielnego państwa ukraińskiego.

Tylko że Rosja wcale nie musi mieć siły do tego, by Ukrainę sobie podporządkować. Jak wskazuje Andrij Zahorodniuk, w latach 2019-2020 minister obrony w ekipie Zełenskiego – czyniąc wojnę dla Rosji bezcelową z operacyjnego punktu widzenia, Ukraina może przetrwać, dostosować się i osiągnąć sukces, bez względu na to, jak długo ta wojna potrwa. Oto teoria zwycięstwa dla państwa w stanie permanentnego konfliktu. Zwycięstwem Ukrainy w tej wojnie jest utrzymanie silnej, bezpiecznej i niezależnej (od Rosji), nawet jeśli tymczasowo okrojonej państwowości ukraińskiej. Z tego punktu widzenia rosyjska kampania przeciw Ukrainie jest jak dotąd strategiczną porażką.

wp.pl


Jednak nie tylko przekonanie Cenckiewicza o wyjątkowej pozycji przy boku głowy państwa jest, jak słyszymy, źródłem konfliktów. Problemem są też promocje na pierwszy stopień oficerski w służbach i związana z tym awantura. Nasi rozmówcy uważają, że to pod wpływem Cenckiewicza Nawrocki postanowił wziąć kadetów na zakładników i nie podpisać im promocji, dopóki szefowie służb nie złożą mu wizyty. W jakim właściwie celu mieliby to zrobić, nie jest do końca jasne, bo o ile zgodnie z konstytucją prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych, to służby specjalne podlegają wyłącznie premierowi. Nawet w PiS jest przekonanie, że używanie młodych, przyszłych oficerów w rozgrywce "ze starymi" było co najmniej niefortunne i zamiast przynieść korzyści, przynosi same straty.

— Co mam pani powiedzieć? Oczywiście, że słychać głosy, że to obsesje Cenckiewicza podyktowały takie rozegranie tej sprawy i że można to było zupełnie inaczej załatwić, bo teraz nie ma już dobrego wyjścia. Jak szefowie służb nie przyjdą do pałacu, to co się stanie? Przez następne dwa lata nikt nie dostanie promocji na pierwszy stopień oficerski? Nie będzie służb? Nie będzie nowych powołań? Jak to rozegramy? — głośno zastanawiają się nasi rozmówcy.

Cenckiewicz jest w konflikcie z szefami Służby Kontrwywiadu Wojskowego gen. Jarosławem Stróżykiem i płk. Krzysztofem Duszą. Oczywiście, chodzi między innymi o cofnięcie obecnemu szefowi BBN certyfikatu dostępu do informacji niejawnych (sprawa wciąż jest w sądzie, na razie sąd I instancji uznał, że Cenckiewicz powinien odzyskać certyfikat).

Cenckiewicz nigdy nie ukrywał wyjątkowo negatywnego stosunku do obu dowódców. Zanim został szefem BBN, na portalu X pisał o zdradzie, "chlaniu z kacapami" i niskim poziomie intelektualnym. Wszystko w niezwykle emocjonalnych wpisach. Post "Stróżyk z Duszą to zagrożenie!" należy do wyjątkowo wyważonych i merytorycznych.

Tajemnicą nie jest również to, że BBN całymi tygodniami przetrzymuje wysłane z SKW awanse, ale ostatnio do pałacu dotarła informacja, która sprawiła, że konkurenci Cenckiewicza zaczęli trochę inaczej patrzeć na jego konflikt z SKW.

Otóż parę dni temu doszło do spotkania wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza z nowym amerykańskim ambasadorem Thomasem Rose'em. Do rozmowy doszło w siedzibie Służby Kontrwywiadu Wojskowego w towarzystwie gen. Stróżyka i płk. Duszy. "Ma to szczególne znaczenie, ponieważ w siedzibie SKW wraz z gen. Jarosławem Stróżykiem mogliśmy zobaczyć drony, które we wrześniu zagroziły bezpieczeństwu naszego kraju" — napisał Kosiniak-Kamysz w serwisie X.

Dla ludzi prezydenta to był wyraźny sygnał, że problem, jaki szef BBN ma z szefami SKW, to jego osobista sprawa. Amerykanie są naszym największym sojusznikiem, jak największym sojusznikiem Karola Nawrockiego jest Donald Trump, a jeśli Amerykanie pozwalają swojemu ambasadorowi spotkać się z wicepremierem i szefami SKW w siedzibie SKW, to znaczy, że uważają to spotkanie za bezpieczne i przynajmniej część zarzutów Cenckiewicza wynika z pobudek osobistych. Alternatywą byłoby uznanie, że amerykańskie służby puściły swoich dyplomatów na żywioł, czego jednak nikt w Pałacu Prezydenckim nikt uznać nie zamierza. To w otoczeniu prezydent wywołało niepokój i przekonanie, że osobiste, często emocjonalne, rozgrywki skończą się kłopotami nie dla szefa BBN, a dla samego prezydenta.

onet.pl

poniedziałek, 24 listopada 2025



Wiceminister spraw zagranicznych Ukrainy Serhij Kysłycia, obecny na sali jako członek ukraińskiej delegacji podczas ważnych rozmów w Genewie, stwierdził, że spotkanie było „napięte”, ale „produktywne”, czego efektem był starannie zrewidowany projekt dokumentu, który wzbudził „pozytywne” odczucia po obu stronach. Według niego po kilku godzinach żmudnych negocjacji, które omal nie zakończyły się fiaskiem jeszcze przed ich rozpoczęciem, przedstawiciele USA i Ukrainy osiągnęli porozumienie w szeregu kwestii, ale „odrzucili” najbardziej sporne kwestie, w tym kwestie terytorialne i relacje między NATO, Rosją i USA, które zostały pozostawione do rozstrzygnięcia Donaldowi Trumpowi i Wołodymyrowi Zełenskiemu.

Ukraińcy mieli oświadczyć, że „nie są upoważnieni” do podejmowania decyzji w kwestiach terytorialnych, a w szczególności w sprawie cesji ziem, jak przewidziano w pierwotnym projekcie planu, który zgodnie z konstytucją ich kraju wymagałby referendum ogólnokrajowego. Jak powiedział Kysłycia, nowy projekt jedynie w niewielkim stopniu przypomina wcześniejszą wersję propozycji pokojowej, która wywołała oburzenie w Kijowie. 

– Z pierwotnej wersji pozostało bardzo niewiele. Opracowaliśmy solidny zestaw założeń i kilka punktów, w których możemy pójść na kompromis. Reszta będzie wymagała decyzji kierownictwa – stwierdził.

Co ważne, projekty planu przekazane szefom delegacji USA i Ukrainy były jedynymi dokumentami, które opuściły salę negocjacyjną. Kysłycia poinformował, że wszystkie pozostałe egzemplarze zostały zwrócone po zakończeniu spotkania. Zauważy też, że Amerykanie byli uważni, starali się wysłuchać punktu widzenia Ukraińców i byli otwarci na sugestie. Stwierdził też, że “prawie wszystkie” propozycje Ukraińców zostały uwzględnione.

W materiale zwrócono uwagę, że chociaż negocjacje zakończyły się pozytywnie, początkowo sytuacja była “bardzo napięta”.  Amerykanie przybyli na spotkanie sfrustrowani przeciekami medialnymi, które pojawiły się kilka dni wcześniej, oraz publiczną debatą na temat genezy pierwszego projektu propozycji.

Według informatorów FT potrzeba było prawie dwugodzinnej rozmowy między Andrijem Jermakiem - szefem gabinetu Zełenskiego a sekretarzem stanu USA Markiem Rubio, zanim napięcie zostało złagodzone i sytuacja wróciła do normy.

(...)

Według amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) rosyjska opinia publiczna jest ukształtowana przez prowojenną propagandę, a rosyjscy urzędnicy i ultranacjonaliści w internecie w ostatnich dniach odrzucają wszelkie plany pokojowe, w tym 28-punktowy plan pierwotnie zaproponowany przez Stany Zjednoczone, wskazując jednocześnie na cele maksymalistyczne. Analitycy przytoczyli wypowiedź wiceministra spraw zagranicznych Rosji Siergieja Riabkowa, który 22 listopada stwierdził, że Kreml nie może wycofać się z żądań Władimira Putina.

belsat.eu


Przed wojną ocenia się, że zapasy strategiczne Rosji wynosiły około 2620 czołgów T-72 Ural/Ural-1, T-72A, T-72B i T-72B1. Dziś te zapasy to ponad 600 wozów rodziny T-72, przynajmniej jeśli chodzi o pojazdy przechowywane na placach, które są widoczne na zdjęciach satelitarnych i mogą być z grubsza policzone. Nie wiadomo, ile pojazdów znajdowało lub znajduje się w garażach lub hangarach. Ogólnie w zapasach pozostało 40% czołgów T-72 Ural/T-72A i 13% czołgów T-72B.

Do zakładów UralWagonZawod trafiło już około 482 czołgów T-72 Ural/Ural-1 i T-72A, które widoczne są na zdjęciach satelitarnych na terenie zakładów. Więcej wozów znajduje się zapewne wewnątrz budynków. Działania te są szerszym planem mającym na celu odbudowę i rozbudowę wojsk pancernych i zmechanizowanych Federacji Rosyjskiej. Zakłady UralWagonZawod zajmują się zarówno remontami, modernizacją starszych maszyn, jak również produkcją nowych czołgów od podstaw.

Obecnie produkowane są wozy T-90M Proryw-3, trwają prace nad nowym wariantem T-90M2 Rywok-1. Remontowane i modernizowane są czołgi T-72B i T-72B1 do standardu T-72B3, czołgi T-90 i T-90A modernizowane są do standardu T-90M. Niewykluczone, że część T-90, T-90A, T-72B, T-72B1 i T-72B3 zostanie zmodernizowanych i przebudowanych do standardu T-90M2. W latach 2027-2029 Rosjanie planują wyprodukować 765 nowych czołgów oraz wyremontować i zmodernizować 353 starsze czołgi. Są to liczby, których nie można bagatelizować!

defence24.pl


Warto mieć świadomość w jakim kontekście wewnątrzamerykańskim powstał ostatni plan zakończenia wojny na Ukrainie. My take 👇

1) W Białym Domu istnieją frakcje o odmiennym nastawieniu co do zakończenia tej wojny, walczące o wpływy, uwagę Trumpa i swoje interesy. Wygląda na to, że ostatni sprzedawany przez Witkoffa i Vance’a plan zakończenia wojny nie był szerzej konsultowany w Białym Domu (WH), a Rubio został poinformowany na późnym etapie. 

👉 Witkoff (wysłannik prezydenta ds. Bliskiego Wschodu), który został chwilowo odsunięty po nieudanym szczycie w Anchorage z Putinem, jest jego spiritus movens. Jest jasno zainteresowany zakończeniem wojny i biznesowymi dealami z Rosjanami, którzy w niego mocno inwestują i zapewne wiele mu już obiecali.

👉 Rubio (nie tylko sekretarz stanu, ale i szef Narodowej Rady Bezpieczeństwa, przez to obecny stale w WH) dużo bardziej rozumie Rosję i odsunął kolejny szczyt Trump-Putin w Budapeszcie. Jego rola ostatnio wzrosła i ewidentnie chciał przejąć i kształtować ten kierunek polityki, jednocześnie będąc odpowiedzialny za politykę wobec Ameryki Płd. i obecną presję na Wenezuelę.

👉 Vance, wiceprezydent, który ma poglądy bardziej izolacjonistyczne, do tej pory nie był zbyt aktywny w negocjacjach. Wejście we współpracę z Witkoffem nie tylko odzwierciedla jego poglądy, ale daje mu możliwość wzmocnienia swojej pozycji w WH. To jego człowiek - sekretarz armii Driscoll - przywiózł do Kijowa plan zakończenia wojny, i to Vance rozmawiał z Zelenskim przed jego piątkowym orędziem.

Co z Trumpem? - ten chce jak najszybszego zakończenia wojny, chce odwrócić uwagę od problemów wewnętrznych (afera Epsteina, konsekwencje shutdownu, wygrana demokratów w wyborach stanowych), ale jest podatny na wpływ ze strony współpracowników, ale też Europy. Jego ostatnie wypowiedzi wskazują na to, że według niego „plan” jest negocjowalny. 

2) Oprócz różnych frakcji w WH w szerszej administracji Trumpa nie ma obecnie żadnego procesu koordynacji działań poszczególnych departamentów, bo nie ma też jednej polityki Waszyngtonu, a formalne procesy koordynacji działań nie istnieją. Mamy Pentagon, który dopiero co zaakceptował pakiet modernizacji systemów Patriot na Ukrainie, czy Departament Skarbu, który wdraża październikowe sankcje na Łukoil. 

Poza tym wszystkim mamy jeszcze Europę, która do tej pory jednak wpływała na działania Trumpa w miarę efektywnie. Zobaczymy jak pójdzie teraz, tym razem nie tylko przeciwko reprezentującemu rosyjskie interesy Witkofowi, ale przede wszystkim przeciwko JD Vance’owi, który gra w swoją grę o wpływy w Białym Domu i szerzej w MAGA. Jego zaangażowanie jest bardzo niepokojące, bo przesuwa środek ciężkości z uregulowania zewnętrznego problemu jakim jest wojna na Ukrainę na wewnętrzne rozgrywki w Białym Domu. Ale ostatecznie zadecyduje sam prezydent Trump.

x.com/jgotkowska


Pochodzenie planu rodzi nowe pytania o to, w jaki sposób Kreml znalazł nowy przyczółek wpływów w otoczeniu Trumpa.

Według urzędników zaznajomionych z wewnętrznymi dyskusjami dokument ten bardzo przypomina rosyjski projekt, który w zeszłym miesiącu zniweczył planowane spotkania w Budapeszcie — i ten, który Rubio odrzucił bez wahania.

Potajemny plan ludzi Putina i Donalda Trumpa jest niebezpieczny nie tylko dla Ukrainy. Cztery wnioski dla Polski i całej Europy
Tym razem Rosja podobno przedstawiła go Witkoffowi, który okazał się znacznie bardziej otwarty.

Rosjanie wyczuli słabość i otwartą furtkę — powiedział zachodni dyplomata.

— Wzięli tę samą listę życzeń, którą odrzucił Rubio, i znaleźli w Waszyngtonie kogoś innego, kto był skłonny ją poprzeć — twierdzi źródło.

onet.pl


Z pozoru niewinna zmiana na platformie X wywołała duże polityczne zamieszanie. Otóż od kilku dni w należącym do Elona Muska serwisie można sprawdzić lokalizację danego konta, datę i sposób dołączenia do platformy, a także to, ile razy zmieniano nazwę użytkownika. W ten sposób zarządzający serwisem chcą zwiększyć weryfikację autentyczności zamieszczanych treści i ograniczyć wpływ dezinformacji. Emocje wzbudziło zwłaszcza pochodzenie kont. 

Zacznijmy od sytuacji w USA, bo tam afera wybuchła jako pierwsza. Szybko okazało się bowiem, że wiele kont tzw. ruchu MAGA, które przedstawiają się jako konta amerykańskich patriotów, w rzeczywistości ma siedzibę za granicą, m.in. w Europie Wschodniej, Tajlandii, Nigerii i Bangladeszu. Mowa tutaj o kontach, które mają milionowe zasięgi i są szalenie popularne, a za tym także mocno wpływowe, w Stanach Zjednoczonych. Podobnie wygląda sytuacja w Polsce.

Na naszym podwórku lokalizacja kont także wywołała niemałe zamieszanie. Okazuje się, że wiele prawicowych kont z Polski zostało założone poza naszym krajem. Przykładowo konto Rodacy Kamraci jest z Holandii. Tak jak konto partii Grzegorza Brauna - Korona Warszawa.

"Wysyp POLEXITowych kont 'polskich Polaków z Polski' (zwykle dodatkowo wspierających rosyjską narrację) z umiejscowieniem w Holandii i ze znaczkiem tarczy z wykrzyknikiem z boku. Co oznacza VPN. Co nie jest niczym dziwnym, ponieważ przez Holandię łączą się VPNy chętnie wykorzystywane przez Rosjan i rosyjskie ośrodki szerzące propagandę. Co od dawna jest znanym faktem" - zauważa politolog specjalizujący się w tematyce obronności Jarosław Wolski. Dodaje, że właśnie te konta szerzą treści krytyczne wobec NATO, POLEXIT-owe oraz antyukraińskie.

gazeta.pl


Już w niedzielę 23 listopada odbyło się w Genewie spotkanie przedstawicieli USA i Ukrainy na temat planu. Delegacjom przewodniczył Rubio i szef administracji Zełenskiego, Andrij Jermak. Obie strony po rozmowach oznajmiły, że były one "bardzo konstruktywne" i prace nad kształtem proponowanego porozumienia pokojowego będą nadal prowadzone. Rosja na razie w żaden istotny sposób nie odniosła się do całego zamieszania. Putin powiedział jedynie ogólnikowo, że ujawniona propozycja porozumienia może być dobrą "bazą", pod warunkiem uwzględnienia rosyjskich oczekiwań. Stwierdził przy tym, że jeśli Ukraina tego nie zaakceptuje, to Rosja i tak osiągnie swoje cele zbrojnie. Na marginesie tego wszystkiego znajduje się Europa, która zupełnie została pominięta w otwarciu tej rundy negocjacji. W niedzielę 23 listopada przedstawiciele Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii opublikowali swoją propozycję planu pokojowego, opartą na tych informacjach, które już trafiły do przestrzeni publicznej, ale zmodyfikowaną bardziej po myśli Europy i Ukrainy.

Wszystko to może wydawać się niepokojące, ale taka jest polityka zagraniczna USA Trumpa. Od początku tej kadencji przynosi ona kolejne okresy wzmożenia w efekcie niepokoju o przyszłość Europy i jej bezpieczeństwo, które po pewnym czasie zostają wygaszone wobec braku konkretnych i przełomowych decyzji. Warto nauczyć się zachowywać dystans wobec tego. Amerykańskie media twierdzą, że w tym konkretnym przypadku wyciek propozycji pokojowej nastąpił z inicjatywy Rosjan, którzy tak chcieli wymusić rozpoczęcie dyskusji na warunkach korzystnych dla siebie. Uruchomili w ten sposób lawinę, po raz kolejny wywołując mocne emocje i rozdźwięki pomiędzy USA, Europą oraz Ukrainą. I jakby tego było mało, także w samej amerykańskiej administracji, demonstrując przy tym ograniczoną kontrolę Rubio nad polityką zagraniczną Waszyngtonu.

W rzeczywistości daleko jednak od tego planu do faktycznego przymuszenia Ukrainy właściwie do kapitulacji na warunkach bliskich oczekiwaniom Rosji. Rozmowy trwają i można się domyślać, że intencją części administracji Trumpa - i być może jego samego - było ponowne zmuszenie do udziału w nich wszystkich zainteresowanych. Po fiasku szczytu z Putinem w Budapeszcie, wstępnie zapowiedzianym przez Trumpa w połowie października, rozmowy praktycznie zamarły. Prezydent USA był zmuszony go odwołać, ponieważ Rosjanie najpewniej nie byli skłonni zejść ze swoich maksymalistycznych żądań wobec Ukrainy. Dodatkowo USA wprowadziły ostrzejsze sankcje na rosyjski eksport ropy. Minęło kilka tygodni i znów jesteśmy w fazie wysokich emocji.

gazeta.pl


"ODZIEDZICZYŁEM WOJNĘ, KTÓRA NIGDY NIE POWINNA SIĘ WYDARZYĆ, WOJNĘ, KTÓRA JEST PORAŻKĄ DLA WSZYSTKICH, SZCZEGÓLNIE DLA MILIONÓW LUDZI, KTÓRZY TAK NIEPOTRZEBNIE ZGINĘLI. "WŁADZE" UKRAINY NIE WYRAZIŁY ŻADNEJ WDZIĘCZNOŚCI ZA NASZE WYSIŁKI, A EUROPA NADAL KUPUJE ROPĘ OD ROSJI" - napisał Trump na swoim portalu społecznościowym Truth Social.

"USA NADAL SPRZEDAJĄ OGROMNE ILOŚCI BRONI NATO, ABY BYŁA DYSTRYBUOWANA NA UKRAINIE (PRZEKRĘT JOE ODDAŁ WSZYSTKO ZA DARMO, DARMO, DARMO ZA DARMO, W TYM "DUŻE" PIENIĄDZE!). NIECH BOŻE BŁOGOSŁAWI WSZYSTKIM ŻYCIOM, KTÓRE ZGINĘŁY W TEJ KATASTROFIE LUDZKIEJ!" - dodał.

Trump ponownie stwierdził, że do rosyjskiej agresji na pełną skalę nigdy by nie doszło przy "silnym i właściwym przywództwie USA i Ukrainy", ponownie bezpodstawnie twierdząc, że wybory 2020 były sfałszowane. 

PAP

niedziela, 23 listopada 2025



W sierpniu, po spotkaniu Donalda Trumpa i Władimira Putina na Alasce, gdy wydawało się, że Amerykanie bez szczególnego oporu przyjęli maksymalistyczne rosyjskie żądania, do Waszyngtonu udali się czołowi europejscy przywódcy.

Ich wizyta, niezależnie od tego, że towarzyszyła jej oprawa sprawiająca wrażenie, iż oto Europa oddaje Trumpowi nieomalże hołd, miała na celu wysłanie jednoznacznego sygnału, że ani Ukraina, ani Europa rosyjskich żądań nie przyjmą.

Mija kilka miesięcy i USA do spółki z Rosjanami przedstawiają Europie to, co Amerykanie jednoznacznie usłyszeli, że jest nie do zaakceptowania. Powstaje zasadnicze pytanie, w jakim celu Moskwa i Waszyngton proponują plan, o którym wiedzą, że nie zostanie zaakceptowany?

onet.pl

sobota, 22 listopada 2025



"Republikanie z Izby Reprezentantów powinni głosować za ujawnieniem akt Epsteina, ponieważ nie mamy nic do ukrycia i nadszedł czas, aby odejść od tej mistyfikacji Demokratów" — napisał w niedzielę wieczorem na Truth Social, dodając: "NIE OBCHODZI MNIE TO! Jedyne, na czym mi zależy, to aby republikanie WRÓCILI DO RZECZY" i zajęli się kwestiami gospodarczymi.

To zwrot Trumpa o 180 stopni po wielu miesiącach walk o projekt ustawy, która zmusiłaby Departament Sprawiedliwości do ujawnienia wszystkich akt dotyczących Epsteina. W zeszłym tygodniu wysiłki Trumpa i spikera Izby Reprezentantów Mike'a Johnsona, aby zapobiec głosowaniu nad projektem, zakończyły się fiaskiem. Stało się tak, mimo że Biały Dom intensywnie na to naciskał, próbując utrzymać republikanów w ryzach. Głosowanie ma się odbyć we wtorek.

Pod koniec ubiegłego tygodnia Trump i Johnson wydawali się bezsilni. Chcieli powstrzymać grupę nawet 100 Republikanów przed złamaniem dyscypliny partyjnej i głosowaniem wraz z Demokratami za ujawnieniem akt.

Sytuacja pogorszyła się w weekend. W Partii Republikańskiej się gotuje. Ujawniamy kulisy walki prezydenta ze swoimi dawnymi wyznawcami.

Trump ostro zaatakował werbalnie republikańskiego kongresmena Thomasa Massiego z Kentucky. Massi przewodzi bowiem politycznej grupie, która chce wymusić na Izbie Reprezentantów głosowania w sprawie Epsteina. Prezydent USA, jak twierdzą sami republikanie, ma obsesję na punkcie Massiego. Teraz publicznie skrytykował też Marjorie Taylor Greene, niegdyś bliską sojuszniczkę, która ostatnio zerwała sojusz z Trumpem m.in. w sprawie Epsteina.

(...)

Kongresmen Blake Moore z Utah, wiceprzewodniczący konferencji republikańskiej, mówił w zeszłym tygodniu, że zazwyczaj nie rozmawia o tym, jak będzie głosował.

Z kolei Kevin Hern z Oklahomy, przewodniczący komisji politycznej republikanów w Izbie Reprezentantów, przyznał, że w partii panuje "duże poruszenie" w związku z tym, co należy zrobić. Zapytany o swój własny głos, Hern odpowiedział wymijająco, że "podjęcie tej decyzji nastąpi w odpowiednim momencie".

(...)

Jeszcze w piątek prezydent USA publikował wiele postów na Truth Social, w których oskarżał Demokratów o forsowanie "mistyfikacji Epsteina... w celu odwrócenia uwagi od wszystkich swoich złych polityk i porażek". Nakazał prokurator generalnej Pam Bondi zbadanie powiązań Demokratów z Epsteinem. Według trzech republikanów, którzy przyznają anonimowo w rozmowie z POLITICO, że publikacja postów miała konkretny cel — ograniczenie masowego łamania dyscypliny partyjnej w Partii Republikańskiej podczas głosowania w tym tygodniu.

"Niektórzy słabi republikanie wpadli w ich szpony, ponieważ są miękcy i głupi" — napisał, dodając: "Nie traćcie czasu na Trumpa. Mam kraj do rządzenia!".

Trump zazwyczaj cieszy się ogromną popularnością wśród republikanów w Izbie Reprezentantów i utrzymuje kontrolę żelazną ręką. Rzadko nie są posłuszni prezydentowi. Ostatnio jednak amerykański przywódca dostrzegł oznaki sprzeciwu.

W sprawie Epsteina całkowicie stracił jednak kontrolę. Republikanie na Kapitolu coraz bardziej nieufnie podchodzą do obsesji Trumpa na tym punkcie. Tak twierdzi pięć osób, które anonimowo rozmawiają z POLITICO na temat wewnętrznych sporów w Partii Republikańskiej.

Jeden z wysokich rangą republikanów był zdumiony "nieobliczalnymi" i niepokojącymi wysiłkami Trumpa w zeszłym tygodniu, których celem było zniweczenie ponadpartyjnej inicjatywy Massiego i demokraty Ro Khanny z Kalifornii.

Politycy chcieli sprowadzić republikańską kongresmenkę Lauren Boebert z Kolorado do Pokoju Dowodzenia [Situation Room] w Białym Domu, aby spróbować usunąć jej nazwisko z petycji o zwolnienie, którą podpisała wraz z kongresmenkami Partii Republikańskiej Nancy Mace z Karoliny Południowej i Marjorie Taylor Greene z Georgii.

Wysiłki te zakończyły się niepowodzeniem. Urzędnicy administracji Trumpa w prywatnych rozmowach ostrzegli, że bunt Mace prawdopodobnie będzie ją kosztować poparcie w wyborach na stanowisko gubernatora Karoliny Południowej. Nawet jeden z jej republikańskich przeciwników w tej kampanii, kongresman Ralph Norman, zasugerował w zeszłym tygodniu, że sprawa tego, czy i jak zagłosuje, jest otwarta: — Och, nie wiem. Zobaczymy — odpowiedział lakonicznie.

Głównym źródłem obsesji Trumpa na punkcie głosowania w Izbie Reprezentantów jest Massie, który sprzeciwił się szeregowi ważnych ustaw republikańskich, w tym ustawom o wydatkach i megaustawie, która została przyjęta tego lata. Trump jest teraz zdecydowany usunąć Massiego w przyszłorocznych prawyborach, ale republikanin z Kentucky zdołał przechytrzyć prezydenta, mimo że Trump i Johnson przez wiele miesięcy próbowali go powstrzymać.

Massie mówi, że głosowanie w sprawie Epsteina odzwierciedli sposób, w jaki republikanie zaczynają oceniać świat po Trumpie.

Muszą spojrzeć poza rok 2028 i zastanowić się, czy chcą, aby ta sprawa pozostała w ich aktach przez resztę ich kariery politycznej — tłumaczy.

— W tej chwili można kryć pedofilów, ponieważ prezydent będzie cię bronił, jeśli jesteś w czerwonych [republikańskich] okręgach — taka jest umowa — mówi Massie. — Ale ta umowa działa tylko tak długo, jak długo jest on popularny lub jest prezydentem. [...] Jeśli zastanawiacie się nad tym, co należy zrobić, to jest to dość oczywiste: głosujecie za tym.

Duża grupa republikanów w Izbie Reprezentantów oświadczyła w zeszłym tygodniu, że jest gotowa poprzeć Massiego. Wśród nich są konserwatywni twardogłowi, umiarkowani negocjatorzy i politycy zagrożoneni utratą mandatu, w tym kongresmeni Tom Barrett z Michigan oraz Rob Bresnahan i Ryan Mackenzie z Pensylwanii.

— Jeśli trafi to pod głosowanie, będę za — zaznacza Mackenzie.

Po prawej stronie sceny politycznej Eli Crane z Arizony, Warren Davidson z Ohio, Eric Burlison z Missouri i Tim Burchett z Tennessee oświadczyli, że zamierzają poprzeć projekt. [W zeszłym tygodniu Burchett próbował przegłosować projekt w głosowaniu jawnym, ale Demokraci nalegali na głosowanie imienne].

Bardziej centrowi Jeff Van Drew z New Jersey, Kevin Kiley z Kalifornii i Don Bacon z Nebraski oświadczyli, że zagłosują za przyjęciem projektu. Bacon, który przechodzi na emeryturę, sugeruje, że kampania nacisku ze strony Białego Domu w ostatniej chwili była nieprzemyślana. — Pociąg już odjechał ze stacji, więc powinniśmy iść dalej — przekonuje.

Johnson, argumentując, że republikanie od początku opowiadali się za "maksymalną przejrzystością akt Epsteina", w zeszłym tygodniu dał jasno do zrozumienia, że sam nie zagłosuje za przyjęciem ustawy. Twierdził, że ustawa nie zapewni wystarczającej ochrony ofiarom Epsteina. Massie i Khanna odrzucają taką argumentację.

Khanna już przed zmianą stanowiska Trumpa przekonywał, ustawa prawdopodobnie uzyska powszechne poparcie Demokratów, a także znaczne wsparcie Republikanów.

onet.pl\Politico

piątek, 21 listopada 2025


Zdaniem Kowałenki, okrążenia Pokrowska jest dziś niemożliwe z jednego powodu: 51. armia ogólnowojskowa całkowicie zawiodła w natarciu na Dobropillia.

— Podczas przełamania kilka ich brygad znalazło się w okrążeniu w rejonie Kuczerowego Jaru, Szachowego i Nowego Szachowego. Obecnie istnieje również zagrożenie okrążenia dla ich oddziałów w rejonie Czerwonego Limanu. Wszystko to doprowadziło do załamania się kierunku, który miał odegrać kluczową rolę w okrążeniu Pokrowska. Dowódca 51. armii został odwołany ze stanowiska — najwyraźniej za nieudany przełom. Nie ma więc żadnego okrążenia — uspokaja rozmówca Onetu.

Jednak sytuacja w samym mieście pozostaje bardzo trudna.

— Rosyjskie wojska kontrolują południowe dzielnice. Przez nie do miasta infiltrują się grupy dywersyjne. Nie są to oddziały szturmowe, ale małe grupy składające się z dwóch do czterech osób, przebrane za cywilów. Tych grup jest bardzo dużo. Ich zadaniem nie jest wchodzenie w walkę, ale penetracja jak najgłębiej w głąb miasta. Są praktycznie we wszystkich dzielnicach miasta: Pierwomajka, Sobaczówka, Centralny, Hnatiwka, Róg, Hirnyk — aż do dworca kolejowego. Trudno je wykryć i zneutralizować — wyjaśnia analityk wojskowy.

Rosja ciągle aktywnie wykorzystuje drony uderzeniowe i rozpoznawcze.

Wyposaża je w minimalną część bojową, ale za to w potężne baterie. Takie drony wykrywają pozycje ukraińskich żołnierzy, punkty ogniowe i operatorów dronów. Następnie wykorzystują to do przeprowadzania ataków lub aby grupy dywersyjne mogły ominąć nasze pozycje i posuwać się dalej. Nie powiedziałbym jednak, że sytuacja jest tragiczna. Wykorzystujemy obecnie Pokrowsk jako główne miasto do powstrzymywania ogromnych sił i środków przeciwnika. Znacznie bardziej tragiczne byłoby, gdyby te siły i środki zostały przekierowane na inne kierunki w przypadku szybkiego i bezbolesnego dla Rosjan zajęcia Pokrowska — podkreśla.

(...)

Ekspert gwarantuje, że plan na wypadek okupacji Pokrowska istnieje, ale znany jest tylko głównodowodzącemu.

— Myślę, że głównym zadaniem na dziś jest przekształcenie miasta w maszynkę do mięsa i czynnik wyczerpujący dla rosyjskich wojsk. Naszym zadaniem jest przekształcenie całego kierunku w strefę powstrzymywania przynajmniej na okres zimowy dla rosyjskiej grupy skoncentrowanej tutaj, a jest to ponad 160 tys. osób — uważa.

W opinii analityka i blogera, rozejm w Ukrainie na razie nie nastąpi.

onet.pl