- W słowniku miejskiego slangu czytamy, że to osoba, która przegrywa życie, nie odnosi sukcesów w żadnej dziedzinie, nie ma pieniędzy, pracy, partnera i spędza swój wolny czas w internecie.
No właśnie – „przegrywa życie” – a to dlatego, że życie stało się dla nas sportem, myślimy o nim, jakby było zawodami. A w sporcie albo się wygrywa, albo przegrywa – nie ma innej opcji. Dotąd jednak prawie nikt nie rozpatrywał swojego życia w kategoriach sportowych – ludzie mieli swoją pracę, rodzinę, pasje i na tym się skupiali.
- Kto nam tę presję – aby nie być „przegrywem” i coś w życiu osiągnąć – nakłada i dlaczego?
Narzucają nam ją trzy dominujące dyskursy współczesności: dyskurs indywidualizmu, neoliberalizmu i coachingu oraz poppsychologii.
- Zacznijmy od pierwszego, czyli indywidualizmu.
To dyskurs, który początkowo odwoływał się do buntu jednostki, którą przeciwstawiał społeczeństwu. Ale potem ten indywidualizm przesiąkł myślą neoliberalną i coachingiem połączonym z poppsychologią.
A mianowicie: dziś każdy ma obowiązek zdiagnozować samego siebie pod kątem optymalizacji i perfekcjonizacji „ja” na rynek pracy. Musi przeanalizować silne i słabe strony i nieustannie się rozwijać, inwestować czas w obszary zdiagnozowane jako ważne. Z tego powodu, za pomocą narzędzi poppsychologicznych czy coachingowych, wciąż grzebiemy we własnym „ja”, żeby je dostosować do neoliberalnych, czyli wolnorynkowych założeń, zgodnie z którymi musimy odnieść indywidualny sukces.
- Ponieważ inaczej będziemy „przegrywami”?
Tak. Dziś mamy przymus myślenia o sobie samych i innych jak o wielkim neoliberalnym wyścigu. I to raczej nie jest wyścig po zwycięstwo, czyli żeby być „wygrywem”, tylko po to, żeby nie być „przegrywem”. Ta stylistyka sportowa sprawia, że stajemy się trenerami – coachami samych siebie: że w „wielkich zawodach życia”, w których bierzemy udział, musimy nieustannie pracować nad sobą, żeby ten zawodnik, czyli „ja”, coś osiągnął.
(...)
- Po co ten wyścig? Po pieniądze? Karierę? Udane życie prywatne?
To nie tylko ucieczka przed byciem „przegrywem”, ale też przed byciem nieszczęśliwym. A zdaniem moich studentów nieszczęśliwi będą ci ludzie, którzy nie odnieśli sukcesu finansowego. Ale uwaga, nie chodzi wcale o jakieś szczególne bogactwa – na początek wystarczy im średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw, żeby móc bez stresu wynająć mieszkanie i pomyśleć o jakimś związku, być może dzieciach.
- Z wiekiem ta presja na osiągnięcia jednak rośnie. Dla 30-, 40-latków przyzwoita pensja to za mało, żeby inni nie uznali ich za przegrywów.
Bo im dalej w tym wyścigu, tym intensywniejsze zabarwienie finansowe. A sukces ma polegać na tym, żeby zapewnić „przyszłość” – bo to jest słowo kluczowe – swoim dzieciom. Czyli kupię jakąś nieruchomość, dzięki czemu dziecko dostanie lepszy start, ponieważ w ten sposób oszczędzę mu jednej z największych bolączek współczesności, jaką jest brak własnego dachu nad głową. Poza własnym mieszkaniem to mogą być też regularne wakacje na Lofotach albo podróże na Arktykę.
- Czyli typowe aspiracje klasy średniej.
Co nie zmienia faktu, że na co dzień takie osoby żyją pod nieustanną presją. Z jednej strony mamy bowiem przymus samorozwoju, ale z drugiej sprzeczny z nim przymus korzystania z życia: „Podróżuj, konsumuj, idź na koncert, uwikłaj się w gorący romans, oglądaj filmy i seriale itp.”. I przeważnie jest tak, że ten, kto spędza czas, „marnując” go, ma potem wyrzuty sumienia, że się nie rozwija. Z kolei jak się cały czas rozwija, nie ma czasu ani na związki, ani na przyjaźń, ani na lenistwo czy odpoczywanie. Dopadają go więc wyrzuty sumienia, że nie korzysta z życia, dlatego kupuje sobie wycieczkę do Afryki, żeby mieć poczucie, że jednak odpoczął.
(...)
(...) czytanie poezji czy choćby zbieranie znaczków.
-Ale przecież to właśnie te z pozoru nieprzydatne czynności często pozwalają nam zachować równowagę psychiczną, nie zatracić siebie w tym wielkim „wyścigu szczurów”.
Wiele zależy od rodzaju pracy. Jeżeli wykonujemy to, co David Graeber, amerykański badacz i antropolog, nazywał pracą z sensem, a więc z misją, jak nauczanie, informowanie, pomaganie, leczenie itp., to mamy dużo satysfakcji z tego, co robimy, i jest nam ogólnie łatwiej funkcjonować. Natomiast praca, którą Graeber nazywa bez sensu, z ang. bullshit jobs, to typowe zajęcia w korporacjach, gdy wypełnia się tabelki w Excelu. Ta praca nikomu nie przynosi pożytku i gdyby jej nie było, to nic by się na świecie nie zmieniło. Jeśli ktoś robi coś, co nie daje mu żadnej satysfakcji, żadnego poczucia sprawstwa, wtedy trudno mu robić karierę na entuzjazmie.
- Przykre.
To jest właśnie ta ironia samorozwoju: człowiek inwestuje w siebie, żeby uczynić swój los lepszym, a potem latami wykonuje pracę bez sensu, od czego z czasem dostaje wypalenia i depresji. Przy czym jeszcze jakiś czas będą go nakręcały zarobki, bo ogólny mechanizm jest taki, że prace z sensem są niskopłatne, a bez sensu wysokopłatne.
- Wysokopłatne, czyli specjalistyczne? Menedżerskie?
Psychologiczną tajemnicą poliszynela jest, że im wyżej w hierarchii korporacyjnej, tym rośnie liczba prawdziwych socjopatów. Takich, co to im ani ręka, ani powieka nie zadrży, jak jednym kliknięciem w tabelce w Excelu zwolnią tysiąc ludzi, bo tego oczekują akcjonariusze. A jakby tego było mało, współczesna praca ma być pracą emocjonalną, dlatego firma wymaga, aby wykonywać ją z zaangażowaniem, w rodzinnej atmosferze i silnych więzach team workowych. Idzie przekaz: „Nie tylko musisz wykonywać swoją pracę, ale jeszcze dokładać entuzjazm, a nawet kochać swoją pracę. Masz inspirować, motywować resztę zespołu i wspólnie tworzyć rodzinną atmosferę”.
- Takie podejście francuska filozofka Sophie Galabru nazywa imperium obowiązkowego szczęścia i fałszywej życzliwości w biurach pełnych zielonych roślin, które mają nas uspokajać. „Za nakazem radości kryje się forma przemocy” – twierdzi Galabru.
W tych działaniach chodzi generalnie o to, żeby utrzymywać ogromną hipokryzję na rynku pracy. Dlatego – obok doniczek z roślinkami i różnych pokojów do odstresowania – pojawiło się stanowisko: Happiness Manager, czyli menedżer od szczęśliwości pracowników, bo przecież praca oznacza szczęście, dynamiczny zespół, dobrą atmosferę, owocowe czwartki. Ale to, niestety, gigantyczna obłuda, którą od kilkudziesięciu lat żywi się kapitalizm. Bo pod spodem jest nic innego jak wyzysk. Jest mobbing nasz powszedni. I miejscami nadal XIX-wieczne stosunki pracy.
(...)
- Co takiego?
Aż 90 proc. społeczeństwa zachodniego to pracownicy najemni, a ja sytuację takiego pracownika nazywam tercialnym niewolnictwem. Bo my na osiem godzin dziennie, czyli jedną trzecią dnia, stajemy się własnością innego człowieka. Tracimy podmiotowość i robimy to, co nam każe. Mamy wykonywać polecenia, być posłuszni. Od dawnego niewolnictwa różni się to tylko tym, że po pierwsze: jest na osiem godzin, a nie na cały dzień, a po drugie: niewolnik może zmienić pana. I to wszystko. A potem przychodzimy do takiej firmy i jesteśmy np. gaslighterami, klakierami, konformistami, „miernymi, ale wiernymi” itp., bo dbamy o to, żeby tę pracę mieć.
W ogóle sytuacja pracy najemnej wraz z powiązaną z nią władzą, tercialnym niewolnictwem itp., jest nierozerwalnie związana z traumą i mobbowaniem. I tu dochodzimy do sedna, że mobbing jest wpisany w logikę pracy kapitalistycznej. Po prostu. Kiedyś społeczeństwo znosiło to łatwiej, ponieważ byliśmy do takiej sytuacji – pozbawienia podmiotowości – przygotowywani przez dwie instytucje.
- Jakie instytucje?
Autorytarną rodzinę i szkołę. Rodzina oczywiście autokratyczna, gdzie dziecko nie miało nic do gadania, miało być grzeczne, posłuszne, pracowite itd. A potem pruski dryl szkolny, który do dzisiaj funkcjonuje. Bo wbrew temu, co się mówi, uczniowie w szkołach muszą posłusznie wykonywać polecenia władzy nauczycielskiej, niezależnie od tego, czy one w ogóle mają sens. Więc byliśmy przygotowywani przez autorytarną rodzinę i pruską szkołę do bycia ślepymi wykonawcami poleceń przełożonych, do tego, żeby mogli nas mobbować. Przekraczać nasze granice. Szczęśliwie dzisiaj ludzie, przez obsesję autodiagnozowania się i wszechobecną poppsychologię, są bardziej wyczuleni na relacje, także w pracy, i mówią „dość”.
- Mimo tego wyczulenia i większej świadomości nadal na rynku pracy panuje ogromna hipokryzja.
Ta hipokryzja jest ubrana we wspomniane owocowe czwartki, rodzinną atmosferę, ale też w networking, który tak naprawdę jest eufemizmem oznaczającym kolesiostwo lub kumoterstwo. Innym przykładem na obłudę w świecie pracy jest tzw. kultura indywidualizmu, za którą kryją się mroczne rzeczy.
- W jakim sensie mroczne?
W takim, że jest ona niczym innym, jak kulturą narcystycznego egoizmu. I to, że dziś te stosunki pracy są takie złe, wynika także i z tego, że ludzie są już kompletnie zatomizowani, każdy myśli tylko o sobie: „To jest moja kariera, moje życie, moja praca”. Tylko ja, ja i ja. Tu już nie ma miejsca na partnerów, na innych ludzi.
forbes.pl