piątek, 31 października 2025



Pentagon dał prezydentowi Donaldowi Trumpowi zielone światło w sprawie udostępnienia rakiet dalekiego zasięgu Tomahawk Ukrainie, oceniając, że nie wpłynęłoby to negatywnie na amerykańskie zapasy - podała w piątek stacja CNN, powołując się na źródła.

Pentagon pozostawił ostateczną polityczną decyzję dotyczącą rakiet prezydentowi. Połączony Sztab poinformował o swojej ocenie dotyczącej Tomahawków jeszcze przed spotkaniem Trumpa z przywódcą Ukrainy Wołodymyrem Zełenskikm przed dwoma tygodniami.

Trump zasugerował podczas niego, że nie sprzeda Ukraińcom tych pocisków, bo USA potrzebują rakiet Tomahawk na własne potrzeby, a ich przekazanie byłoby dużą eskalacją. Kilka dni przed rozmową z Zełenskim Trump utrzymywał natomiast, że USA mają "dużo Tomahawków", które potencjalnie mogłyby przekazać Ukrainie.

Według CNN ta ocena dodała otuchy europejskim sojusznikom USA, którzy uważają, że Amerykanie mają teraz mniej wymówek, by nie dostarczać tych pocisków Ukrainie - przekazali stacji dwaj europejscy urzędnicy.

Amerykańscy i europejscy urzędnicy byli więc zaskoczeni, gdy Trump zmienił ton swoich wypowiedzi dotyczących tych rakiet.

Trump sugerował, że nie sprzeda rakiet dzień po rozmowie z rosyjskim przywódcą Władimirem Putinem, który powiedział Amerykaninowi, że Tomahawki mogłyby uderzyć w takie miasta jak Moskwa i Petersburg, co nie zmieniłoby znacząco sytuacji na polu bitwy, lecz zaszkodziłoby stosunkom amerykańsko-rosyjskim.

Źródła CNN przekazały, że Trump nie podjął jednak jeszcze ostatecznej decyzji w sprawie tych rakiet. Administracja przygotuje plany udostępnienia ich Ukrainie, jeśli Trump wyda taki rozkaz.

PAP


Prezydent Wenezueli Nicolas Maduro poprosił Rosję, Chiny i Iran o wsparcie we wzmocnieniu wenezuelskich zdolności militarnych na tle rosnącej obecności amerykańskich sił w regionie Karaibów - poinformował w piątek dziennik "Washington Post".

Wenezuelski przywódca poprosił o radary, wsparcie w naprawach samolotów i potencjalnie o dostawy pocisków - wynika z dokumentów wewnętrznych amerykańskiego rządu, do których dotarła gazeta. Nie wiadomo, jaka była odpowiedź Rosji, Chin i Iranu.

Prośby do Kremla zostały skierowane w postaci listu adresowanego do Władimira Putina, który miał zostać mu przekazany przez wysokiego rangą wenezuelskiego urzędnika podczas wizyty w Moskwie w tym miesiącu.

Maduro napisał też list do przywódcy Chin Xi Jinpinga, w którym wyraził chęć "pogłębionej współpracy wojskowej" Caracas z Pekinem, by stawić czoła "eskalacji między USA i Wenezuelą".

Prezydent zwrócił się do Chin z prośbą o przyspieszenie produkcji przez chińskie firmy systemów radarowych - prawdopodobnie po to, aby Wenezuela mogła zwiększyć swoje możliwości w tym zakresie - powiadomił dziennik.

Z dokumentów wynika, że minister transportu Ramon Celestino Velasquez koordynował w ostatnim czasie wysyłkę sprzętu wojskowego i dronów z Iranu i planuje wizytę w tym kraju. Miał powiedzieć stronie irańskiej, że Wenezuela potrzebuje "urządzeń do wykrywania pasywnego", "szyfratorów GPS" i "prawie z pewnością dronów o zasięgu 1 tys. km".

W liście miał przedstawić działania militarne USA przeciwko Wenezueli jako aktywność wymierzoną w Chiny ze względu na bliskość ideologiczną tych krajów - napisano w dokumentach.

Dziennik zaznaczył, że Rosja jest głównym kołem ratunkowym Wenezueli. W niedzielę (26 października) w stołecznym Caracas wylądował rosyjski samolot transportowy Ił-76, który jest objęty sankcjami USA. Dzień wcześniej Moskwa ratyfikowała nowy traktat o stosunkach strategicznych z Wenezuelą.

W piątek prezydent USA Donald Trump zaprzeczył, by planował uderzenia na instalacje wojskowe w Wenezueli. Wcześniej o tym, że decyzja o atakach została już podjęta, donosił "Miami Herald", a uderzenia przeciwko gangom narkotykowym na lądzie zapowiadał sam prezydent.

Nieopodal wybrzeży Wenezueli doszło do większości amerykańskich ataków na łodzie, które miały przewozić narkotyki. USA oskarżają Maduro o kierowanie przemytem narkotyków. Od tygodni gromadzą siły w regionie, dokonały dwóch demonstracyjnych przelotów bombowców w kierunku Wenezueli oraz skierowały tam z Europy lotniskowcową grupę uderzeniową Gerald Ford.

PAP


Samolot transportowy Iljuszyn Il-76 o rejestracji RA-78765 przybył do Caracas w niedzielę po dwudniowej podróży, która zabrała go z Rosji przez Armenię, Algierię, Maroko, Senegal i Mauretanię do Ameryki Łacińskiej, (..). Wygląda na to, że samolot wyruszył w podróż z lotniska w aglomeracji Moskwy, a sygnał transpondera został po raz pierwszy odebrany wkrótce po starcie.

Podróż z wieloma przystankami jest symbolem okrężnych tras wykorzystywanych do omijania zachodniej przestrzeni powietrznej lub ewentualnych inspekcji ładunków w nieprzyjaznych krajach. Możliwe jest również, że po drodze realizowano dostawy lub odbiory.

Rosja jest obecna wojskowo w Algierii, utrzymuje ślad przemysłowy w Senegalu, a stosunki z Marokiem są serdeczne. Rosyjscy najemnicy byli także obecni w Mauretanii, przekraczając sąsiednie Mali. Zatrzymanie się w przyjaznych Rosji krajach Afryki Zachodniej umożliwiło także zatankowanie samolotu przed przekroczeniem Atlantyku.

Il-76 może przewieźć do 50 ton ładunku lub do 200 osób. Samoloty tego typu są znane dostarczanie w przeszłości broni strzeleckiej, zaopatrzenia wojskowego, a nawet najemników w imieniu Rosji. Większe dostawy, takie jak system obrony powietrznej S-400, prawdopodobnie wymagałyby kilku podróży.

defensenews.com


Prezydent USA Donald Trump powiedział w piątek, że premier Viktor Orban chciał, by Węgry zostały zwolnione z sankcji nałożonych na rosyjskie firmy naftowe, lecz nie uzyskał tego ustępstwa. Orban zapowiadał, że będzie o to zabiegał podczas spotkania w Białym Domu w przyszłym tygodniu.

- On poprosił o zwolnienie. Nie przyznaliśmy mu go, ale jest moim przyjacielem - powiedział Trump podczas krótkiej rozmowy z dziennikarzami na pokładzie Air Force One w drodze do swojej posiadłości na Florydzie.

Prezydent odpowiedział w ten sposób na pytanie o zapowiedź węgierskiego premiera, że liczy na wyłączenie Węgier z sankcji nałożonych na rosyjskich gigantów naftowych Rosnieft i Łukoil. Sankcje narażają na restrykcje także klientów tych firm.

W wywiadzie dla radia Kossuth Orban powiedział, że podczas zaplanowanej na następny piątek rozmowy z prezydentem Trumpem w Waszyngtonie będzie tłumaczył mu, iż Węgry, jako kraj śródlądowy, są "zdane na systemy rurociągów". - Aby zabiegać o zwolnienie z sankcji, ważne jest zrozumienie (przez USA) trudności, jakie wiążą się z naszym położeniem geograficznym - wyjaśniał węgierski premier.

Orban ma się spotkać z Trumpem w przyszły piątek w ramach swojej pierwszej wizyty w Białym Domu od 2019 r.

Węgry otrzymują ponad 80 proc. swojej ropy naftowej z Rosji za pomocą rurociągu Przyjaźń, a w ostatnich latach proporcja ta wzrosła. Trump wielokrotnie wcześniej twierdził, że rozumie, iż Budapeszt nie może zrezygnować z rosyjskiej ropy, tłumacząc to uzależnieniem od gazociągu i braku dostępu do portów morskich i nie chce, by Węgry i będąca w podobnej sytuacji Słowacja były "obwiniane" za poleganie na Rosji. 

Jednocześnie jednak w ostatnich dniach amerykańscy urzędnicy, w tym ambasador USA przy NATO Matthew Whitaker, mówili że oczekują od Budapesztu, Bratysławy i Ankary przygotowania planu odejścia od rosyjskiego surowca. Whitaker zaznaczył, że Węgry takiego planu nie przygotowały.

Jak dotąd jedyne znane wyłączenie z sankcji uzyskała niemiecka spółka zależna Rosnieftu znajdująca się pod zarządem powierniczym Niemiec. Rząd niemiecki objął aktywa Rosnieftu w RFN zarządem powierniczym w 2022 roku. Powodem decyzji była pełnowymiarowa inwazja Rosji na Ukrainę. 

Wśród tych aktywów znajduje się rafineria w Schwedt, jedna z największych w Niemczech, która zaopatruje znaczną część północno-wschodnich Niemiec i Berlin w benzynę, olej opałowy i naftę.

Władze Niemiec argumentowały, że aktywa Rosnieftu w RFN zostały odłączone od głównej spółki, a jednocześnie są kluczowe dla bezpieczeństwa paliwowego kraju.

PAP


Ukraińcy wzięli do niewoli żołnierza z jednego z najrzadszych ludów Syberii

Siły Zbrojne Ukrainy pokazały rosyjskiego jeńca — Aleksandra, przedstawiciela ludu Ketów, którego w całej Rosji zostało mniej niż 1200 osób. Język praktycznie wymarł, a kultura znajduje się na granicy zniknięcia.

Aleksandr twierdzi, że do armii trafił podstępem. Będąc pijany, wdał się w konflikt z nieznanymi mężczyznami /ormianami na hulajnogach? - red./ — ci zmusili /podstepem, pijanego - red./ go do podpisania fikcyjnego małżeństwa, zabrali do komisji wojskowej i podsunęli kontrakt.

To klasyczna rosyjska „czarna wdowa” — kobiety zawierają fikcyjny ślub z żołnierzami, by po ich śmierci otrzymać odszkodowanie.

Tym razem jednak cynizm sięgnął dna: wymierający naród znika szybciej, bo jego ostatnich przedstawicieli wysyła się na wojnę, by ktoś inny mógł się wzbogacić.

x.com/nexta_polska

Chciałem odczekać, aż opadnie medialna piana i dowiemy się konkretów o spotkaniu Xi Jinpinga z Trumpem.

Ale ich nie widać. Co utwierdza mnie w przekonaniu, że 🇺🇸-🇨🇳 kruchy rozejm nie wytrzyma roku i najpewniej będzie zerwany wcześniej.

Kto kogo ograł? Po Korei mamy remis, z lekkim wskazaniem na Chiny. 

Parę taktycznych ustępstw z obu stron, minus 10 p.p. ceł ze strony USA, wznowienie zakupów amerykańskiej soi przez Chiny, czasowe wycofanie z "wojen armatorskich" i opłat portowych. Biurokracje obu stron sporo kopały się po kostkach w ostatnich miesiącach i obaj liderzy obniżyli nieco temperaturę.

Ale wydaje się, że główny obszar porozumienia w Korei tyczy się najbardziej śmiercionośnych dla globalnej gospodarki narzędzi, czyli restrykcji eksportowych, wojen w łańcuchach dostaw.

Co zadziało się przed miesiącem? 29 września USA rozszerzyło swoje restrykcje - zakazy eksportu do chińskich firm z czarnej listy (tzw. Entitity List) zostały poszerzone automatycznie na ich spółki-córki, tysiące firm na całym świecie. Pekin uznał to za gwałtowną eskalację i wtedy wprowadził słynne poszerzone ograniczenia na metale ziem rzadkich z 9 października. Moim zdaniem - jeszcze ostrzejsze niż to, co wprowadzili Amerykanie. A potem mieliśmy groźbę +100% ceł z USA i odcięcie Chin od amerykańskiego oprogramowania do produkcji procesorów. 

I chyba tu zawiera się clue rozstrzygnięć ze szczytu APEC: Chiny w październiku postawiły na stole broń ekonomiczną masowego rażenia, by zmusić USA do cofnięcia swoich restrykcji z września. I to się udało - Pekin zawiesił ma rok poszerzoną kontrolę metali ziem rzadkich, a USA - swoje regulacje spółek-córek. A groźby +100% ceł i blokad software'u... jakby znikły.

Rezultat więc taki, że Chiny cofnęły się o krok, USA o krok... i jeszcze trochę. Stąd mówię o remisie z lekkim wskazaniem na Pekin.

Stąd nie dałbym się złapać na "w skali od 1 do 10 oceniam spotkanie na 12", ani usmieszków Xi Jinpinga (na zdjęciu). Spór handlowy USA i Chiny to już mniej bokserskie wymiany ciosów, a zapasy, w zwarciu.

Ostatni wart odnotowania element, to pewien specjalny wabik na Trumpa, czyli obietnica wizyty w Pekinie w kwietniu. A potem, ponoć, rewizyty Xi Jinpinga w Mar ar Lago.

Chińczycy zakładają, że Trump chce "dealu", jak z Europą czy Japonią, który będzie mógł przynieść do swojego elektoratu i pokazać, że jego strategia odbudowy przemysłu i ochrony amerykańskiej gospodarki działa. Od miesięcy zabiegał o wizytę w Pekinie, stąd wabik, który go będzie przyciągał i być może sprawi, że będzie hamował zakusy jastrzębi z Waszyngtonu by dalej podduszać Chiny, kopać po kostkach itp.

Ale Trump chce finalnie ustępstw, których Chińczycy nie będą chcieli mu dać. I pewnie zechce je zobaczyć przed kwietniem w Pekinie. Chińczycy grają na czas, ale to zdarzało się już wcześniej, za pierwszej kadencji. A gdy Trumpa zwodzi się za długo, traci cierpliwość i pozwala działać jastrzębiom by "podsmażyć" przeciwnika w negocjacjach. A jastrzębi w Waszyngtonie nie brakuje, cały czas ostrzą noże.

Stąd uważam, że cała ta wątpliwej jakości konstrukcja 🇺🇸-🇨🇳 zawieszenia broni się rozsypie, raczej prędzej niż później.

Ktokolwiek odetchnął, że poszerzone chińskie restrykcje na metale ziem rzadkich zostały odwołane... radzę wstrzymać oddech. Po pierwsze, cześć z nich działa już od kwietnia i nie została cofnięta. A broń, którą Chińczycy położyli na stole w październiku, w końcu wystrzeli.

Dostaliśmy jako Polska, Europa, trochę dodatkowego czasu gry, którego nie można zmarnować. Czyli: przegląd łańcuchów dostaw, rezerwy strategiczne, dywersyfikacja dostaw, recycling, własne instalacje do rafinacji. ASAP.

x.com/J_Jakobowski


Wywiad Wojskowy Ukrainy podał, że podpułkownik Weniamin Władimirowicz Mazżerin "został zlikwidowany" w azjatyckiej części Rosji, daleko od linii frontu. "25 października 2025 roku na terytorium obwodu kemerowskiego państwa-agresora Federacji Rosyjskiej eksplodował samochód, za którego kierownicą znajdował się zbrodniarz wojenny Weniamin Władimirowicz Mazżerin" - przekazali Ukraińcy. I dodali: "Sprawiedliwa kara". 45-letni wojskowy był zamieszany w zbrodnie wojenne w Buczy i innych podkijowskich miejscowościach. Do komunikatu dołączono nagranie, które rozpoczynają sie zdjęciami z Buczy, z 2022 roku, gdzie Rosjanie dokonywali masowych zabójstw na cywilach. Są też ujęcia Mazżerina. Pod koniec materiału widać wojskowego, który prowadzi samochód. Po chwili ten sam samochód wylatuje w powietrze. 

gazeta.pl


Biorąc pod uwagę to, jak odległy do faktów jest wpis Trumpa, należy go traktować z dystansem. Jednak nie zmienia to faktu, że prezydent USA pisze, iż nakazał "natychmiastowe wznowienie testów broni jądrowej". Na pewno wywoła to reakcje w Chinach i Rosji, choć formalnie testy nie są zakazane. W 1996 roku ONZ uchwaliło traktat o całkowitym zakazie prób jądrowych i między innymi Chiny, Rosja oraz USA go podpisały, ale potem nie ratyfikowały. Porozumienie faktycznie jest więc nieskuteczne.

Niezależnie od tego Amerykanie sami w 1992 roku zawiesili testy jądrowe na mocy moratorium ogłoszonego jednostronnie przez prezydenta George H. Busha. Rosja zrobiła to samo rok wcześniej, po tym jak już raz w latach 80. jeszcze jako ZSRR, ogłosiła takie moratorium i próbowała do analogicznego bezskutecznie przekonać Amerykanów. Udało się dopiero po zakończeniu zimnej wojny. Chińczycy ogłosili zakończenie swoich testów w 1996 roku. Wszystkie aktualnie największe mocarstwa jądrowe zaprzestały swoich prób na mocy jednostronnych decyzji. Wszystkie mogą je więc jednostronnie odwiesić i wznowić testy. Na przykład w 1992 roku, kiedy Bush ogłosił moratorium, na poligonie w Nevadzie trwały przygotowania do kolejnych niewielkich podziemnych eksplozji jądrowych. Wiele kluczowych elementów infrastruktury zakonserwowano i pozostawiono w miejscu. Pisaliśmy o tym szczegółowo. USA teoretycznie zachowały więc potencjał do względnie szybkiego odtworzenia programu testów. Okresowo wracają dyskusje na ten temat.

Podstawowe pytanie jednak jest: Po co? Część ekspertów w krótkich komentarzach w sieci podkreśla, w tym wspomniany Kristensen, że byłoby to głupie w sytuacji USA. Amerykanie mają bezsprzecznie największą wiedzę praktyczną na temat broni jądrowej. Ich program badawczy w tej dziedzinie był najdłuższy, największy (1030 testów) i najlepiej finansowany ze wszystkich mocarstw. Zgromadzili więc najwięcej danych, które teraz mogą wprowadzać do superkomputerów celem symulacji eksplozji termojądrowych i działania głowic oraz ich elementów. W ten sposób od lat 90. wszystkie mocarstwa "testują" swoją broń masowego rażenia. Wirtualnie. Tylko jakość tych symulacji wprost zależy od jakości wprowadzonych na początku danych. Amerykanie, mając ich największą i najlepszą bazę są więc na bardzo dobrej pozycji względem np. Chin, które w porównaniu z nimi miały mikry program testów jądrowych (45 detonacji), na dodatek wykorzystujący znacznie gorsze technologie badawcze.

Powszechnie uznaje się więc, że USA mają najlepiej dopracowane głowice termojądrowe. W całej tej kwestii nie chodzi bowiem o sprawdzanie, czy broń jądrowa działa. To już wiadomo. Chodzi o opracowywanie jak najbardziej zminiaturyzowanych i niezawodnych głowic, a do tego okresowe sprawdzanie, czy na przykład wyprodukowane dekady wcześniej inicjatory eksplozji działają jak powinny. Nie trzeba do tego ogromnych detonacji w powietrzu jak w latach 1940-60. Większość testów jądrowych w ostatnim okresie zimnej wojny miała miejsce głęboko pod ziemią i były niewielkie. Można przypuszczać, że gdyby je teraz wznowiono, wyglądałyby podobnie. Tylko zdaniem ekspertów najwięcej zyskałyby na tym Chiny. Mogłyby zasypać przepaść wiedzy dzielącą je od USA i Rosji. Teraz mają bowiem technologie i środki do prowadzenia programu badawczego na najwyższym poziomie.

gazeta.pl

czwartek, 30 października 2025



Jako prezes i dyrektor wykonawczy General Electric w latach 1981–2001, a więc przez dwie dekady, które ukształtowały świat, w jakim żyjemy, Jack Welch wywierał bezprecedensowy wpływ na amerykański kapitalizm. U szczytu kariery, kiedy był szefem jednej z najpotężniejszych firm w kraju, był wysławiany jako wizjoner. Dostrzegłszy szanse, jakie niosła globalizacja, szybko przekształcił GE w organizację zdolną do konkurowania na scenie światowej. Potrafił przewidywać bieg wydarzeń: w najwłaściwszym momencie popchnął GE ku branży medialnej i finansowej. Przede wszystkim rozumiał siłę giełdy – wykorzystywał potęgę i złożoność GE do wynagradzania szczęściarzy, którzy posiadali akcje firmy. Wyniki finansowe, jakie firma osiągała pod jego przywództwem, były niewątpliwie świetne. Za jego prezesury GE mógł się poszczycić przeciętnym rocznym wzrostem wartości akcji na poziomie około 21 proc., znacząco przewyższającym analogiczny wskaźnik dla indeksu S&P 500 – nawet w okresie największej hossy w historii. Gdy Welch przejmował GE, firma była warta 14 miliardów dolarów. Dwie dekady później jej wartość sięgała 600 miliardów, co czyniło z niej najdroższą firmę świata.

Ten wymierny sukces przysłaniał mroczną prawdę. Welch nie był – wbrew temu, co chciał, by o nim myślano – patrycjuszem biznesu o dobrym rozeznaniu i miłym charakterze. Nie był też kolejnym zręcznym menedżerem z talentem do interesów i golfa. Był raczej głodnym władzy, spragnionym pieniędzy zideologizowanym rewolucjonistą, którego głównym celem była maksymalizacja zysku kosztem wszystkiego. Zmiany, jakie zainicjował w GE, przekształciły firmę założoną przez Thomasa Edisona z podziwianego przemysłowego giganta, znanego ze znakomitej myśli technicznej i chwalebnych praktyk biznesowych, w rozrastający się na naszych oczach wielonarodowy konglomerat, który nie przejmował się pracownikami i był uzależniony od krótkoterminowych zysków. A my wszyscy bezmyślnie braliśmy w tym udział.

Przed Welchem przez pół wieku korporacje, pracownicy i rząd współistnieli we względnie harmonijnym stanie równowagi. Większość firm płaciła przyzwoite pensje. Pracownicy przykładali się do pracy. W zasadzie wszyscy płacili podatki. Regulacje prawne akceptowano jako niezbędne zabezpieczenia. Rząd inwestował w edukację i infrastrukturę. Nie wszystko było doskonałe – niewątpliwie występowały nierówności, lecz model ten sprawdzał się przez większość XX w., przyczyniając się do powstania zróżnicowanej, kwitnącej gospodarki i dobrze prosperującej klasy średniej.

Potem, w latach 70. XX w., rozpoczęły się ataki na ten ustalony porządek. Ekonomiści w rodzaju Miltona Friedmana na nowo definiowali cel istnienia korporacji i jej rolę w społeczeństwie, tworząc filozoficzne podłoże pod wywrócenie ekonomicznego porządku. Głosili, że firmy powinny za wszelką cenę maksymalizować zyski dla akcjonariuszy; rynki powinny być wolne; rządy nie powinny się wtrącać, a cała reszta społeczeństwa ma wziąć się w garść i powinna sama o siebie zadbać. Poglądy takie były anatemą powojennego modelu równowagi, który wydawał się działać bardzo dobrze, i początkowo trudno było im się przebić. Marzenie o nieograniczonych niczym rynkach i świecie, w którym najważniejszy był zysk, było tak radykalne, że przez dekadę pozostawało niemal wyłącznie teorią. Powstawały programy, traktaty naukowe i mowy, a niektórzy z głównych orędowników takiego poglądu zaczęli nawet dochodzić do władzy. Niemniej jednak do 1981 r. nikt nie wprowadził tej filozofii do praktyki. Nikt – dopóki nie pojawił się Welch.

Gdy Welch obejmował stery, dominowało poczucie, że coś w rodzaju rewolucji było nieuniknione. Każdy szef korporacji chce odcisnąć swoje piętno. Poza tym świat szybko się zmieniał w kierunku, który zmuszał GE do przystosowania się – niezależnie od tego, kto nim kierował. Amerykańskie korporacje pogrążyły się w samozadowoleniu. Rosła konkurencja z zagranicy. Technologie rewolucjonizowały kolejne branże – od produkcji tworzyw sztucznych po bankowość. Jednak w odpowiedzi na te wyzwania Welch postanowił nadać GE – temu dobrotliwemu powojennemu pracodawcy – całkowicie nowe oblicze. Przyjmował strategie, jakie na prawicy wygłaszali ekonomiczni rewolucjoniści. Do nich dodawał własne wyrachowane pomysły i gruntownie przekształcał GE.

Welch w swojej krucjacie korzystał z trzech głównych narzędzi: downsizingu, przejęć i finansyzacji. Najbardziej znany jest z pierwszego. Po objęciu firmy zarządził serię zwolnień grupowych, które zdestabilizowały amerykańską klasę pracującą. Przez pokolenia, generalnie rzecz biorąc, można było powiedzieć, że jeśli ktoś dostał posadę w firmie takiej jak GE, mógł w niej pracować do emerytury. Dla Welcha brzmiało to, jak bluźnierstwo. Pomysł, że firma powinna być lojalna wobec pracowników, uważał za idiotyczny. Postanowił pozbawić pracowników złudzeń, że GE jest im winny cokolwiek więcej niż wczorajszą dniówkę. Zwalniał ludzi tysiącami – w przekonaniu, że ograniczenie liczby pracowników jest samo w sobie pożądanym celem. W końcu, jak uważał, mniejsza załoga to niższe koszty pracy, czyli wyższe zyski, a co za tym idzie – wyższy kurs akcji. Chcąc skodyfikować tę nową, transakcyjną relację między pracodawcą a pracownikiem, Welch opracował nową politykę, zwaną potocznie "rankingiem zwolnień". Każdego roku kierownicy oceniali swoich pracowników. Tych, którzy znaleźli się w dolnych 10 procentach, od razu zwalniano.

Gdy Welch nie mógł zwalniać pracowników otwarcie, wymyślał inne sposoby na uwolnienie GE od obowiązków, jakie wiązały się z rolą pracodawcy. Był zwolennikiem offshoringu – przenosił tysiące uzwiązkowionych miejsc pracy za granicę, do krajów z tanią siłą roboczą, takich jak Meksyk. Lubował się też w outsourcingu, zlecając firmom zewnętrznym realizację takich zadań, jak rachunkowość czy usługi drukarskie. Zyskał w ten sposób przydomek "Neutronowego Jacka", co było odniesieniem do bomby neutronowej, która rzekomo zabija ludzi, pozostawiając budynki w stanie nienaruszonym. Skłonność Welcha do downsizingu, który pracownicy firmy nazywali "kampanią przeciwko lojalności", zmieniła GE zasadniczo. Firma przestała być modelowym pracodawcą, gdzie zatrudnienie znajdowały kolejne pokolenia operatorów maszyn. Zamiast tego stała się miejscem, gdzie nawet pracownik z długim stażem może nagle stracić pracę tuż przed emeryturą. W tej firmie ludzie znaczyli mniej niż zysk.

Drugą główną bronią Welcha w jego misji uczynienia z GE najbardziej wartościowej firmy świata były przejęcia. Za sprawą niepohamowanych fuzji i przejęć GE z dumnego krajowego producenta stał się szastającą pieniędzmi menażerią niepowiązanych ze sobą przedsiębiorstw. Zapoczątkowało to boom na fuzje i przejęcia, który wykraczał daleko poza GE. Ta akwizycyjna moda sprawiła, że branże – od mediów po finanse – stały się bardziej skoncentrowane i mniej konkurencyjne. Za prezesury Welcha w GE przeprowadzono prawie tysiąc przejęć, wydając na zakupy innych podmiotów około 130 mld dolarów. W tym samym czasie GE sprzedał 408 przedsiębiorstw za kwotę około 10,6 mld dolarów. Żadna inna firma w historii nie zrealizowała tak wielu transakcji w tak krótkim czasie. Największe z nich odwiodły GE bardzo daleko od jego przemysłowych korzeni. Często przejęcia okazywały się katastrofą. Czasami Welch szybko kawałkował zakupione firmy i sprzedawał je "na części". Jednak mimo nieoptymalnych rezultatów te przejęcia służyły większym celom Welcha. Chciał, aby każdy biznes prowadzony przez GE był numerem jeden (lub może ostatecznie numerem dwa) w swojej kategorii. Jeśli nie był w stanie tego osiągnąć, biznes należało wyrzucić za burtę. "Napraw, zamknij albo sprzedaj" – mawiał. Sprzedając firmy – nawet te, które były kluczowe dla tożsamości GE – Welch mógł zachować wyłącznie najbardziej rentowne w jego ocenie przedsiębiorstwa, nawet jeśli miały niewiele wspólnego z tradycyjną działalnością produkcyjną GE. Dzięki nieustannym przejęciom pozbywał się konkurentów i konsolidował branże, zyskując udział w rynku i przeprowadzając ekspansję GE we wszystkich możliwych kierunkach.

Trzecią mroczną sztuką, jaką opanował Welch, była finansyzacja. Welch przejmował GE jako firmę z branży przemysłowej. Gdy odchodził ze stanowiska, koncern czerpał znaczną część zysków z GE Capital, który w istocie był gigantycznym, niepodlegającym regulacjom bankiem. Welch wciągał firmę we wszelkiego rodzaju ryzykowne instrumenty dłużne, produkty ubezpieczeniowe i karty kredytowe. Działalność finansowa, która na koniec odpowiadała za 40 proc. przychodów i 60 proc. zysków, stała się środkiem ciężkości GE. Welch uważał, że zarabianie na sztuczkach finansowych jest łatwiejsze – i tańsze – niż na produkcji wysokiej jakości towarów. Ogromną ilość pieniędzy przepływającą przez biznes finansowy firmy Welch wykorzystywał do swoich celów, żonglując zerami w ramach rozrastającej się sieci zagranicznych spółek zależnych. W ten sposób udawało mu się realizować lub przebijać prognozy analityków przez blisko osiem kwartałów z rzędu, co stanowiło bezprecedensową serię. Cele dotyczące rentowności osiągano z wykorzystaniem wątpliwych metod rachunkowych. Nieczytelne modele finansowe i niewielka ilość ujawnianych informacji nie dawały opinii publicznej szans na zrozumienie wewnętrznych mechanizmów funkcjonowania GE. Jednak kwartał po kwartale firma odnotowywała zyski, którymi Welch wynagradzał udziałowców, odkupując od nich akcje i wypłacając dywidendy.

Te trzy taktyki (downsizing, przejęcia i finansyzacja) służyły jednemu: nieustannemu wzbogacaniu inwestorów firmy. Jeśli oznaczało to likwidację setek tysięcy miejsc pracy – trudno, niech tak będzie. Jeśli trzeba było przejmować i sprzedawać firmy po kawałku – c’est la vie. Jeśli wiązało się to z naginaniem zasad rachunkowości – co w tym złego? Welch pożądał pieniędzy – o tak. Chciał, by GE był jak najbardziej rentowny – ale redukowanie motywacji Welcha wyłącznie do chciwości nie przedstawia pełnego obrazu sytuacji. Był opętany ambicją – chciał być najlepszy na świecie. Chciał uczynić z GE organizację na wieki wieków amen. Wierzył, że ma umiejętności, środki i boskie prawo, aby wyczarować z General Electric największy generator zysków w historii. Był skrajnie uprzedzony do każdego, kto weń wątpił, stał mu na drodze lub nie potrafił mu pomóc w jego nieustannej pogoni za finansową chwałą. Był uosobieniem stworzonego przez Miltona Friedmana dogmatu o prymacie akcjonariusza i przez 20 lat udawało mu się niemal wszystko. GE rzeczywiście stał się najbardziej wartościową firmą świata. Akcjonariuszy GE obsypywano bogactwami. Welcha czczono jako największego prezesa wszech czasów.

Jednocześnie Jack Welch przedefiniował funkcję prezesa firmy – z menedżera na kogoś bliższego celebrycie czy gwieździe muzyki pop, która opanowała sztukę autopromocji i zawsze umie się znaleźć w świetle jupiterów. Prasa biznesowa uwielbiała go, umieszczając jego świdrujące spojrzenie na okładkach magazynów i odnotowując każde posunięcie GE. Szkoły biznesu traktowały Welcha jak wyrocznię, adaptując jego strategie na studia przypadków i programy studiów. Analitycy z Wall Street podziwiali jego najwyraźniej magiczną zdolność realizacji założonych celów finansowych kwartał po kwartale. I chociaż Welch nie stworzył żadnej firmy ani nie wynalazł przełomowego produktu, zarabiał miliony dolarów, potem dziesiątki milionów, a w końcu setki milionów, co pozwoliło mu zgromadzić majątek warty blisko miliard dolarów i trafić na listę 400 najbogatszych Amerykanów magazynu "Forbes". Gdy przeszedł na emeryturę, GE płacił za jego apartament w Trump International Hotel and Tower, posiłki w restauracjach z gwiazdkami Michelina, miejsca przy parkiecie na meczach Knicksów i wiele, wiele więcej. Welch był personifikacją amerykańskiego kapitalizmu samców alfa, konkwistadorem w prążkowanym garniturze, który mógł się wylegitymować stosownymi łupami. Jego dokonania były tak ogromne, a osobista fortuna tak wielka, że inni szefowie nie mieli wyjścia, jak tylko próbować go naśladować. Pod koniec jego znakomitej kariery magazyn "Fortune" ogłosił go "menedżerem stulecia"

Tak wielkie sukcesy odnoszone przez tak długi czas sprawiły, że Welch stał się wyjątkowo wpływową osobistością w kręgach gospodarczych. Większość prezesów zaznacza swoją obecność przez kilka lat, po czym odchodzi na emeryturę (lub odsuwa się ich na boczny tor). Welch nigdy nie odszedł. Jego panowanie w GE rozciągało się na trzy dekady i urzędowanie czterech prezydentów Stanów Zjednoczonych. Prezesura Welcha, która zaczynała się w czasach rozchwianej gospodarki za administracji Reagana, przetrwała globalizację i pęknięcie bańki dotcomów za kadencji Clintona. Jego rządy w GE dobiegły końca tuż przed atakami terrorystycznymi 11 września 2001 r. Welch był pierwszym prezesem celebrytą. Grał w golfa z prezydentami i obracał się w towarzystwie gwiazd filmowych. Jego życie uczuciowe było pożywką dla tabloidów. Monstrualne pakiety płacowe przynosiły mu chwałę w czasach, w których ostentacyjna konsumpcja była jeszcze w dobrym tonie. Jego oszałamiający sukces inspirował niezliczone rzesze imitatorów. Całe pokolenie menedżerów starało się naśladować jego techniki, strategie wzrostu i wartości. Choć nikt do końca nie zdawał sobie z tego sprawy, Welch na nowo zdefiniował to, jak korporacje mierzą swój sukces, wyznaczając standard dla całej generacji tytanów biznesu.

Chociaż jednak Welch uczynił z GE najbardziej wartościową firmę świata, jego strategie ostatecznie zniszczyły to, co tak bardzo kochał. Niedługo po jego odejściu na emeryturę GE wpadł w spiralę upadku, której początek dały krótkoterminowe decyzje Welcha. W ciągu kilku miesięcy od jego odejścia stało się jasne, że GE ma poważne kłopoty. W ciągu kilku lat firma zaczęła się walić. Wskazany przez Welcha następca starał się powielić jego sukces, stosując te same chwyty, lecz strategia ta skazana była na porażkę. Zaniedbane przez Welcha inwestycje w badania i rozwój mściły się na firmie, która nie była już w stanie wprowadzać nowych, innowacyjnych produktów. Nawyk nieustannych fuzji i przejęć doprowadził do wielu nieudanych transakcji, które obciążyły firmę deficytowymi przedsięwzięciami w momencie, w którym najmniej mogła pozwolić sobie na straty. Z kolei dążenie do ciągłego rozwijania finansowego biznesu GE sprawiło, że firma stała się właścicielem znacznego portfela ryzykownych kredytów hipotecznych w przededniu kryzysu finansowego w 2008 roku. Sięgnąwszy dna, GE potrzebował 139 miliardów dolarów ratunkowego wsparcia od administracji Obamy oraz inwestycji Warrena Buffetta, która w ostatniej chwili uratowała firmę przed upadkiem. W latach zapoczątkowanych przejściem Welcha na emeryturę akcje GE spadły o 80 procent, stając się najgorszymi papierami indeksu Dow Jones Industrial Average. Wreszcie w 2021 roku zarząd firmy ogłosił plan podzielenia GE na trzy odrębne korporacje, raz na zawsze odrzucając ambicję podbicia świata, której hołdował Welch.

(...)

Gdy Welch obejmował stanowisko prezesa, liczba miejsc pracy w przemyśle w USA osiągnęła punkt szczytowy na poziomie prawie 20 mln, stanowiąc prawie jedną czwartą wszystkich pełnoetatowych miejsc pracy w kraju. Z chwilą uruchomienia przez Welcha bezlitosnej kampanii cięcia kosztów i outsourcingu wskaźnik ten zaczął się obniżać i nigdy nie wrócił do szczytowego poziomu. Obecnie Stany Zjednoczone dysponują połową miejsc pracy w przemyśle w stosunku do danych z 1980 roku.

Na początku prezesury Welcha fuzje i przejęcia były względnie rzadkim zjawiskiem. Świadczyły wówczas o niezwykłej ambicji lub desperacji firmy. W 1980 r.wartość wszystkich fuzji i przejęć w Stanach Zjednoczonych opiewała na kilkadziesiąt miliardów dolarów. Welch to zmienił. Po części za sprawą wzmożonej aktywności GE w obszarze fuzji i przejęć w pierwszych latach prezesury Welcha liczba ta systematycznie się podwajała. Pod jej koniec wartość fuzji i przejęć przez trzy lata z rzędu przekraczała 1,5 biliona dolarów rocznie.

(...)

Welch, który zmarł w 2020 r., był świadkiem tego wielkiego upadku. Martwił się upadkiem GE i ubolewał nad występkami popełnianymi przez innych korporacyjnych awanturników. Ponieważ autorefleksja nigdy nie była jego mocną stroną, odrzucał wszelkie sugestie, że być może w jakimś stopniu odpowiada za tę ogólnokrajową katastrofę. Zamiast tego na emeryturze przybrał szaty guru zarządzania, inspirując nowe pokolenie kapitalistów i robiąc wszystko, aby jego idee uświęcono jako ewangelię. Pisał felietony dla "Businessweeka", Reutera i "Fortune". Udzielał wywiadów "Harvard Business Review". W ramach Jack Welch Management Institute stworzył internetowy program MBA, za który żądał 50 tysięcy dolarów. Pisał także książki, wygłaszał mowy i występował w programach informacyjnych, wychwalając menedżerów, którzy się na nich wychowali, i nie ustając w krytyce podatków i regulacji.

Pokrzykiwania byłego prezesa pozornie niewiele znaczyły. Lecz po odejściu z GE gwiazda Welcha wciąż świeciła jasno, a jego opinie miały szerokie oddziaływanie. W dyskusjach panelowych deprecjonował organizacje pracownicze. W CNBC wychwalał masowe zwolnienia. Wszystko to składało się na trwającą 21 lat kampanię przedstawiania wypaczonej wizji kapitalizmu jako normy. I w większości przypadków to działało. Jego ekstremalne poczynania stały się powszechne. Mit, że prowadzenie biznesu metodą Welcha jest receptą na sukces, był wciąż żywy. Przez lata pod jego wpływem zmieniło się oblicze gospodarki, doszło do erozji amerykańskiej klasy średniej, zasiano nieufność do szanowanych ongiś instytucji, systematycznie zmniejszała się baza podatkowa i rosły nierówności.

Puste fabryki, wydrążone miasta i bezrobotni pracownicy – wszystko to pod rządami bogatej klasy panującej doprowadziło do szerokiego poczucia wykluczenia w dużej części kraju, co było mieszanką wybuchową, która pomogła w politycznej karierze przyjacielowi Welcha, Donaldowi J. Trumpowi. Welch i Trump orbitowali wokół siebie od dziesięcioleci. GE Capital współpracował z Trumpem, gdy Welch był CEO. Na emeryturze Welch kolportował teorie spiskowe o administracji Obamy i fundacji Clintonów. Gdy Trump ubiegał się o prezydenturę, Welch pompował wiatr w jego żagle. A gdy Trump wygrał, Welch wychwalał go jako wzór przywódcy i odwiedzał Biały Dom, aby doradzać prezydentowi w sprawach gospodarki.

Człowiek który zniszczył kapitalizm - David Gelles

środa, 29 października 2025



Rosjanie twierdzą, że okrążyli ukraińskie siły w rejonie Pokrowska i Myrnohradu w obwodzie donieckim. Szef rosyjskiego sztabu generalnego Walerij Gierasimow ogłosił to podczas narady z Władimirem Putinem, mówiąc także o rzekomym "okrążeniu Kupiańska". Według niego rosyjskie wojska miałyby "zamykać pierścień" wokół ukraińskich pozycji i odcinać linie zaopatrzenia. Jednak dostępne dane tego nie potwierdzają. Ani ukraiński projekt analityczny DeepState, ani amerykański Instytut Studiów nad Wojną nie odnotowują takich zmian na mapie frontu. Co więcej, pod samym Pokrowskiem w ostatnich dniach posuwają się również oddziały ukraińskie - m.in. odbito wieś Suchećke na północny wschód od miasta.

Mimo to walki w tym rejonie pozostają wyjątkowo zacięte. Ukraińskie źródła potwierdzają, że linia frontu jest tam bardzo niestabilna. Z relacji ukraińskich żołnierzy walczących na kierunku pokrowskim wynika, że rosyjskie siły stosują tam nową taktykę - przenikają do miasta małymi, dwu lub trzyosobowymi grupami. Dowódca z 68. brygady o pseudonimie "Gus" relacjonuje, że w Pokrowsku może znajdować się nawet 200 rosyjskich żołnierzy - małych grup, które "przesączają się" po dwóch lub trzech ludzi, ukrywają w piwnicach i czasami podejmują krótkie wymiany ognia z siłami ukraińskimi. Nie próbują się umacniać, ale badają teren i czekają na wsparcie. Ukraińskie Dowództwo Sił Szybkiego Reagowania informuje, że Rosjanie koncentrują swoje wysiłki na północ od miasta, a analitycy ISW zauważają zmianę priorytetów rosyjskiego natarcia - z rejonu Dobropilla na sam Pokrowsk.

Według ukraińskiego Sztabu Generalnego część z Rosjan zdołała dotrzeć aż w okolice linii kolejowej, która dzieli Pokrowsk na dwie części. Rosjanie próbują wykorzystać "międzypozycyjne przestrzenie", gdzie brakuje stałej ukraińskiej piechoty, by stopniowo zwiększać swoją obecność w mieście. W rezultacie, jak oceniają ukraińscy wojskowi, w samym Pokrowsku może się obecnie znajdować od 200 do 400 rosyjskich żołnierzy. - Przeciwnik, dzięki infiltracji małych grup piechoty, zgromadził w mieście około dwustu wojskowych. W Pokrowsku trwają walki ogniowe, aktywnie działają drony. Próby wroga, by przebić się głębiej i umocnić w zabudowie miejskiej, są neutralizowane poprzez działania kontrdywersyjne - podają w ukraińskim Sztabie Generalnym.

Rosyjskie wojska intensywnie ostrzeliwują linie logistyczne, utrudniając wjazd do miasta. Do samego Pokrowska praktycznie nie da się wjechać samochodem, przyznają żołnierze. Według nich sytuacja może się ustabilizować, jeśli uda się wyprzeć rosyjskie grupy z obrzeży miasta. W przeciwnym razie - jeśli Rosjanie odetną kluczowe drogi zaopatrzenia - zagrożony może być nie tylko Pokrowsk, lecz także sąsiedni Myrnohrad, wciąż w pełni kontrolowany przez Ukrainę.

Analitycy zauważają, że obecnie główny nacisk rosyjskiego natarcia skupia się na okolicach Rodynśkiego i Griszynego, które stanowią kluczowy węzeł logistyczny Sił Obrony Ukrainy. - Rosjanie atakują zmechanizowanymi grupami, niekiedy w sile całego batalionu pancernego - ponad 30 wozów bojowych - w kierunku Griszynego. Celem jest odcięcie głównych tras zaopatrzeniowych i stworzenie warunków do operacyjnego okrążenia Pokrowska i Myrnohradu - mówi wojskowy analityk Dmytro Sniehyriow w rozmowie z telewizją Espreso.

Ukraiński ekspert podkreśla, że mimo trudnej sytuacji ukraińskie wojska zmieniły taktykę i prowadzą tzw. aktywną obronę. - Nawet przy utracie niektórych pozycji Siły Obrony pokazują zdolność do walki i kontrataków. To nie jest sytuacja, w której Rosjanie mogą po prostu wejść i się utrzymać. Ich sukcesy są minimalne i okupione ogromnymi stratami - zaznacza ekspert. Dodaje też, że choć sytuacja jest "nad wyraz trudna", nie ma obecnie realnych podstaw, by mówić o rychłym upadku miasta.

Portal "Ukraińska Prawda" informował w ostatnich dniach, że w niektórych brygadach dochodzi do przekazywania dowództwu nieprawdziwych informacji o stanie pozycji. Na tzw. pozycji N, którą jednostka oznacza na mapie jako utrzymaną, może faktycznie przebywać zaledwie dwóch rannych żołnierzy niezdolnych do walki albo też może nie być tam nikogo. Jak pisze portal, dowódcy decydują się na takie fałszowanie danych, by uniknąć kontroli, a niekiedy także odpowiedzialności karnej.

gazeta.pl


Geolokalizowane materiały opublikowane 27 i 28 października wskazują, że siły rosyjskie wkroczyły niedawno na południowo-wschodnie obrzeża Myrnohradu. Rosyjski milbloger twierdził, że siły rosyjskie posuwały się naprzód w północnym i wschodnim Pokrowsku oraz północno-wschodnim Myrnohradzie. Rosyjskie Ministerstwo Obrony (MON) stwierdziło, że elementy 5. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych (51. Armii Połączonej [CAA], dawniej 1. Korpusu Armii Donieckiej Republiki Ludowej [DNR AC], Południowego Okręgu Wojskowego [SMD]) posuwały się we wschodnim Myrnohradzie i że siły ukraińskie przeprowadziły kontratak w pobliżu Hryszyna (na północny zachód od Pokrowska). Rzecznik Ukraińskiej Wschodniej Grupy Sił Kapitan Hryhorii Shapoval poinformował 28 października, że siły rosyjskie nie mają pełnej kontroli nad żadnymi pozycjami w Pokrowsku, ale zauważył, że siły rosyjskie utrzymują przewagę dronów 10 do jednego nad siłami ukraińskimi w kierunku Pokrowska. Stwierdzenie Shapovala jest zgodne z definicją ISW ocenianych rosyjskich natarć jako sprawdzalnych obszarów, w których siły rosyjskie działały lub przeprowadzały ataki, nawet jeśli nie utrzymują kontroli. Kontrola jest doktrynalnie zdefiniowana jako "zadanie misji taktycznej, które wymaga od dowódcy utrzymania fizycznego wpływu na określony obszar, aby zapobiec jego użyciu przez wroga lub stworzyć warunki niezbędne do udanych operacji przyjaznych". Siły rosyjskie prawie na pewno nie kontrolują obecnie żadnych pozycji w samym mieście Pokrowsk.

Prezydent Rosji Władimir Putin podobno zażądał od sił rosyjskich zajęcia Pokrowska do połowy listopada 2025 r., choć jest mało prawdopodobne, aby siły rosyjskie dotrzymały tego terminu. 

(...)

Rosyjska taktyka w Pokrowsku uwięziła ludność cywilną w mieście, zwiększając ryzyko masowych szkód wśród ludności cywilnej. Ukraińska Administracja Wojskowa Pokrowska poinformowała, że siły rosyjskie sprawują kontrolę ogniową nad wszystkimi drogami wyjścia z Pokrowska, skutecznie zatrzymując 1200 cywilów w Pokrowsku. Pokrowska Administracja Wojskowa poinformowała, że siły rosyjskie zabijają cywilów, którzy próbują ewakuować się zarówno pieszo, jak i pojazdami. Rzecznik Ukraińskiej Wschodniej Grupy Sił, kapitan Hryhorii Shapoval, poinformował, że siły rosyjskie noszą cywilne ubrania w ramach taktyki oszustwa, która może być równoznaczna z perfidią, zbrodnią wojenną, którą Konwencja Genewska definiuje jako "działania zachęcające przeciwnika do /wzbudzenia/ zaufania, aby wmówić mu, że ma prawo lub jest zobowiązany się do tego by zgodzić się na ochronę /atakujących sił/ na mocy przepisów prawa międzynarodowego mających zastosowanie w konfliktach zbrojnych, z zamiarem zdradzenia tego zaufania". Systematyczne uciekanie się do perfidii w Pokrowsku spowodowało znaczny stopień zamieszania i chaosu na tym obszarze, prawdopodobnie narażając ukraińską ludność cywilną na jeszcze większe ryzyko krzywdy. Nasycenie dronami na niebie nad Pokrowskiem stwarza również zwiększone zagrożenie dla bezpieczeństwa ludności cywilnej, zwłaszcza że siły rosyjskie często używają dronów do celowego atakowania ludności cywilnej. ISW obserwowało już wcześniej doniesienia, że siły rosyjskie bezkrytycznie celują zarówno w pojazdy cywilne, jak i wojskowe podróżujące w obwodach frontowych oraz że masowe ataki na pojazdy komplikują lub blokują usługi medyczne i ewakuacje z linii frontu.

understandingwar.org


Pete Hegseth zamieścił przy swoim wpisie nagranie, które pokazuje dwie łodzie na chwilę przed atakiem na wschodnim Pacyfiku. "Wszystkie uderzenia miały miejsce na wodach międzynarodowych i żadne siły amerykańskie nie ucierpiały" — podkreślił. Dodał też, że jedna z osób przebywających na łodzi przeżyła atak, a odpowiedzialność za akcję ratunkową przejęły na siebie służby meksykańskie.

"Departament spędził ponad dwie dekady na obronie innych ojczyzn. Teraz bronimy swoich. Ci narkoterroryści zabili więcej Amerykanów niż Al-Kaida i będą traktowani tak samo. Będziemy ich śledzić, a następnie polować na nich i ich zabijać" — podsumował Pete Hegseth.

Pierwsze siedem ataków w ramach akcji ogłoszonej przez Trumpa miało miejsce na wodach Morza Karaibskiego, do pięciu ostatnich doszło na wodach Pacyfiku. Po jednym z nich sekretarz obrony USA zapowiadał: "Narkoterroryści, którzy zamierzają sprowadzić truciznę do naszych wybrzeży, nie znajdą bezpiecznej przystani nigdzie na naszej półkuli" — przypomina CNN.

onet.pl


Aleksander Łukaszenko miał też szereg zarzutów do Europy, NATO i USA. "Złodziejstwem" nazwał nakładanie sankcji, których skutkiem jest utrata przez Rosję zagranicznych aktywów. Za "spektakl" uznał też podejmowane przez Donalda Trumpa próby prowadzenia negocjacji pokojowych między Rosją a Ukrainą. Potępił też wzmacnianie potencjału obronnego przez kraje Europy — jego zdaniem nie prowadzi to do bezpieczeństwa, ale do eskalacji konfliktów.

Białoruski dyktator nie zapomniał też o Polsce, której działania często krytykuje w swoich wystąpieniach. Tym razem zarzucił rządowi w Warszawie prowadzenie wojny hybrydowej i handlowej, nawiązując do faktu zamknięcia granic polsko-białoruskich. "Tak zwany cywilizowany świat dobiegł końca. To pewne. Działania nie tylko naszych sąsiadów, ale także Europy i innych mocarstw (nie dajcie się zwieść również Stanom Zjednoczonym) są równie silnym elementem wojny hybrydowej, co niedawne zamknięcie granic przez Warszawę" — powiedział dyktator cytowany przez Biełsat.

Dwa przejścia graniczne między Polską a Białorusią mogą zostać wkrótce otwarte. Premier Donald Tusk zapowiedział podczas wtorkowego spotkania w Białymstoku, że otwarcie przejść w Kuźnicy i Bobrownikach może nastąpić "na próbę" w listopadzie tego roku.

onet.pl


Pod koniec sierpnia Trump podpisał rozporządzenie instruujące architektów budynków administracji federalnej, by budowali je w stylu klasycystycznym, inspirowanym starożytną Grecją i Rzymem. Biały Dom wyjaśnił, że w wyjątkowych przypadkach dopuszczalne są inne style, ale muszą one "wyrażać godność, energię i stabilność amerykańskiego rządu" i zdobyć uznanie opinii publicznej. Administracja ma być informowana o projektach odbiegających od klasycyzmu.

onet.pl\PAP

wtorek, 28 października 2025



Na Kremlu zapanowała pełna zmieszania konsternacja: no ale jak to? miał być Budapeszt, miała być znowu szansa zaczarowania Trumpa, a tu sankcje i brak planu na potem (Trump zaznaczył, że można będzie pomyśleć o spotkaniu, kiedy Putin będzie gotów do konkretnych decyzji w sprawie zakończenia wojny).

Putin zmarszczył brew, wykonał firmowe wzruszenie ramion: nic nam te sankcje nie zaszkodzą. Na to Trump prychnął: no to zobaczymy za pół roku. I jeszcze dodał, że szkolenie z obsługi Tomahawków trwa pół roku. Hmm.

Wzruszenie ramion wzruszeniem ramion, ale niepokój w Moskwie musiał wziąć górę nad pychą, bo do Ameryki wysłano „bez trybu” Kiriłła Dmitrijewa. Dostał zadanie złapania kontaktów do omawiania cud-projektów gospodarczych (most albo tunel pod Cieśniną Beringa jakoś nie wzbudził za oceanem zachwytów), przekazania komunikatów rosyjskiej propagandy w amerykańskich stacjach telewizyjnych i wepchnięcia się na siłę do Białego Domu z imitacją fałszywej gałązki oliwnej, przy okazji potrząsając rakietą „Buriewiestnik”, o czym dalej). Byle tylko utrzymać kontakt, byle tylko znów zwrócić uwagę amerykańskiej administracji na gotowość do rozmów itd.

Nic nie wyszło ze spotkań na wysokim szczeblu, do Białego Domu Dmitrijewa nie zaproszono, w przekazach medialnych zabrakło komunikatu o spotkaniu moskiewskiego łącznika z dotychczasowym partnerem, pełnym ciepłych uczuć Steve’em Witkoffem. Dmitrijewowi pozwolono zabrać głos w dwóch ważnych stacjach telewizyjnych (CNN i FoxNews), gdzie zaprezentował okrągłe kłamliwe formułki zaczerpnięte z instrukcji dla propagandy państwowej i gdzie został skonfrontowany z kilkoma faktami oraz spostponowany przez szefa Departamentu Finansów. Miły uśmiech miała dla Dmitrijewa jedynie członkini Kongresu Anna Paulina Luna, zdeklarowana wielbicielka Putina. Została obdarowana przez rosyjskiego gościa okazałym bukietem białych kwiatów oraz bombonierką czekoladek. Osobliwe słodycze były zawinięte w papierki z portretem Putina i cytatami z jego wypowiedzi. „Wielkie słowa wielkiego człowieka”. Pani Luna była wzruszona i rozmiękczona, przyjmując te krwawe czekoladki z cytatami z ludożercy.

Podczas gdy Dmitrijew badał grunt w Waszyngtonie i grał rzekomo pokojową pieśń Solwejgi, Putin postanowił odegrać symfonię wojenną. Znów przywdział mundur i wypuścił w stronę USA komunikat o udanej próbie z pociskiem Buriewiestnik. Jak to w kremlowskich bajkach bywa, ta nowa (choć tak naprawdę nienowa) Wunderwaffe „nie ma odpowiedników na świecie”, napędzana paliwem nuklearnym może latać wokół globu, ile tylko rosyjska dusza zapragnie i razić cele w Ameryce oraz wszędzie indziej też.

Te militarne popisy nie wzbudziły grozy w adresacie. Trump w tonie lekkiej ironii odpowiedział, że amerykański okręt podwodny operuje u rosyjskich wybrzeży i nie musi się martwić o pokonanie tysięcy kilometrów, by uderzyć w Rosję.

Kapłan telewizyjnej propagandy Dmitrij Kisielow wytłumaczył niezbyt lotnym obserwatorom, że podczas ćwiczeń z „Buriewiestnikiem” chodziło tym razem nie o sprawdzenie, czy pocisk zostanie odpalony w uderzeniu odwetowym po ataku przeciwnika, a o wykonanie niesprowokowanego uderzenia na przeciwnika. Jednym słowem: niech się Trump jednak boi, bo może dostać tym zwiastunem burzy bez uprzedzenia. Oliwy do ognia dolał jeszcze znany mistrz ciętej riposty, eksprezydent Dmitrij Miedwiediew, który wprost nazwał Stany Zjednoczone „przeciwnikiem” i odczytał sankcje jako „akt wojny przeciwko Rosji”.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl


Zgodnie z szacunkami opublikowanymi przez Dowództwo Sił Powietrznych Ukrainy w zmasowanych atakach powietrznych w dniach od 21 do 28 października Rosja użyła 958 dronów Shahed, 20 rakiet balistycznych Iskander M/KN-23, dziewięciu Iskander-K, czterech Ch-47M2 Kindżał oraz czterech typu Ch-59/69.

(...)

24 października siły rosyjskie po raz pierwszy użyły lotniczych bomb kierowanych w obwodzie odeskim. Zastępca szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego Wadym Skibicki oświadczył, że Rosja przystąpiła do seryjnej produkcji zmodernizowanych bomb kierowanych o zasięgu do 200 km, umożliwiając tym samym rażenie celów w głębi kraju. Poprzednie wersje miały zasięg do 70–80 km i były używane przeważnie w obszarze bezpośrednich działań bojowych na linii frontu. Bomby tego rodzaju należą do najbardziej śmiercionośnych i destrukcyjnych środków napadu powietrznego – mogą przenosić od 500 do 1500 kg materiału wybuchowego.

(...)

21 października siły ukraińskie dokonały zmasowanego ataku rakietowo-dronowego na Zakłady Chemiczne w Briańsku stanowiące ważny element rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Przedsiębiorstwo produkuje proch strzelniczy, materiały wybuchowe oraz komponenty do paliwa rakietowego. Przeprowadzenie uderzenia przy użyciu amerykańskich danych geolokalizacyjnych Donald Trump nazwał „fejkiem”. Także prezydent Zełenski stwierdził, że zachodnia broń dalekiego zasięgu jest używana wyłącznie do atakowania celów wroga na terytoriach tymczasowo okupowanych.

W nocy z 22 na 23 października ukraińskie drony zaatakowały rafinerię ropy naftowej Dagnotiech w Machaczkale w Dagestanie. Według Kijowa „co najmniej jeden z dronów skutecznie zaatakował i unieruchomił instalację przetwórstwa ropy naftowej”. Tego samego dnia ukraińskie bezzałogowce miały uderzyć w zakłady zbrojeniowe w Sarańsku (Mordowia) będące częścią państwowego koncernu Rostiech. Brak jednak informacji o skutkach nalotu.

22 października doszło do wybuchu w fabryce amunicji Płastmass w Kopiejsku w obwodzie czelabińskim. W wyniku eksplozji zginąć miało dziewięć osób, a pięć zostać rannych.

W nocy z 23 na 24 października bezzałogowce zaatakowały skład amunicji w pobliżu miejscowości Wałujki w obwodzie biełgorodzkim. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego uderzenie spowodowało eksplozje wtórne i detonację amunicji wroga. Obszar ten jest wykorzystywany przez siły rosyjskie jako centrum logistyczne i aprowizacyjne dla wojsk walczących na Ukrainie.

Tego samego dnia siły ukraińskie zaatakowały rafinerię Rosniefti w Riazaniu, odgrywającą kluczową rolę w zaopatrywaniu w paliwo rosyjskich jednostek wojskowych operujących na Ukrainie. Ministerstwo Obrony FR poinformowało o zestrzeleniu 22 ukraińskich dronów, zaś gubernator obwodu powiedział, że odłamki bezzałogowców spowodowały pożar w jednym z obiektów przemysłowych. Do ataku w Riazaniu doszło w ramach zmasowanego nocnego nalotu dronów, w którym wzięło udział 139 maszyn operujących w 10 regionach FR. Rosyjskie dowództwo zadeklarowało, że przechwycono 56 dronów nad obwodem biełgorodzkim, 22 nad Briańskiem, 21 nad Woroneżem, 14 nad Riazaniem, 13 nad Rostowem nad Donem, po dwa nad Tambowem, Wołgogradem, Orłem i Kaługą, jeden nad Kurskiem i cztery nad okupowanym Krymem.

Do kolejnego zmasowanego ataku ukraińskich bezzałogowców miało dojść w nocy z 26 na 27 października, a jego głównym celem była Moskwa. Ministerstwo Obrony FR zakomunikowało, że obrona powietrzna przechwyciła i zniszczyła 193 drony „lecące z kierunku Ukrainy”. Ze względów bezpieczeństwa czasowo zamknięto dwa moskiewskie lotniska – Domodiedowo i Żukowskij. Brak informacji o poważniejszych skutkach nalotu.

21 października szef Głównego Zarządu Radioelektronicznego i Cyberwojny Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy pułkownik Iwan Pawłenko stwierdził, że do obrony przed atakami armii rosyjskiej ukraińscy żołnierze wykorzystują od 7 do 9 tys. dronów dziennie. Liczba ta ma obejmować drony uderzeniowe, rozpoznawcze i logistyczne.

(...)

26 października członek tej samej Komisji Fedir Wenisławski poinformował, że co miesiąc do Sił Zbrojnych wstępuje ok. 30 tys. obywateli Ukrainy. Proces mobilizacji ma przebiegać stabilnie i zgodnie z obowiązującymi regulacjami, a do parlamentu nie wpłynęły żadne nowe wnioski legislacyjne dotyczące zmian w tym procesie.

(...)

Według informacji ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) z 22 października w wielu regionach FR, zwłaszcza w Republice Sacha (Jakucji), odnotowano poważne trudności z realizacją planów rekrutacji żołnierzy kontraktowych. Problemy te wynikają z wysokich strat osobowych, redukowanego poziomu wynagrodzeń oraz kłopotów budżetowych lokalnych władz, mających wspierać kampanię mobilizacyjną Kremla. Według danych HUR średni niedobór rekrutów w Jakucji sięga ok. 40% w stosunku do norm ustalonych przez Moskwę. Dodatkowym czynnikiem są znaczne straty wśród miejscowej ludności, w szczególności wśród przedstawicieli niektórych grup etnicznych – Jakutów, Ewenków i Ewenów, niechętnie nastawionych do prowadzenia wojny z Ukrainą. Według HUR rosyjskie dowództwo stara się wprawdzie rekompensować braki kadrowe poprzez rekrutację cudzoziemców, lecz jak dotąd już co najmniej 270 najemników z Kazachstanu zginęło bądź zaginęło.

(...)

27 października HUR opublikował informacje o 68 zagranicznych komponentach wykrytych w rakietach i dronach użytych przez FR w ostatnich atakach na ukraiński sektor energetyczny. Dane obejmują podzespoły m.in. w: pocisku manewrującym 9M727 (Iskander-K), pocisku Ch-47M2 (Kindżał), północnokoreańskich pociskach balistycznych KN-23/KN-24 oraz w bezzałogowym statku powietrznym Gerań-2 (Shahed-136). HUR podkreślił, że rosyjskie pociski i drony nadal wyposażane są w komponenty produkowane przez przedsiębiorstwa z USA, Chin, Szwajcarii, Japonii i Tajwanu. Sekcja „Komponenty broni” na portalu War and Sanctions zawiera obecnie informacje o niemal 5200 komponentach stosowanych w 179 rodzajach broni i ma na celu wsparcie międzynarodowych wysiłków na rzecz technologicznego ograniczania zdolności agresora.

osw.waw.pl


Część przedstawicieli biznesu uważa, że aby znowu rozhulać rosyjską gospodarkę, konieczne jest obniżenie stóp procentowych do okolic 12-14 proc. W wywiadzie dla państwowego kanału informacyjnego Rosja 24 Aleksandr Szochin, szef Rosyjskiego Związku Przemysłowców i Przedsiębiorców (RSPP), stwierdził w zeszłym tygodniu, że gospodarka Rosji przybrała "niekontrolowany" charakter. Urzędnicy obiecali jednak "miękkie lądowanie", wyjaśniał Szohin. - Uważam, że ochłodzenie, czyli kontrolowane miękkie lądowanie, nie jest ani bardzo łagodne, ani zbyt dobrze kontrolowane - dodał. Kreml natomiast utrzymuje, że gospodarka jest celowo spowalniana oraz że aby zapobiec przegrzaniu, dobrze przystosowała się do najbardziej uciążliwych sankcji Zachodu. 

gazeta.pl

poniedziałek, 27 października 2025



Rosja już w przeszłości chwaliła się, że Buriewiestnik ma mieć silnik wykorzystujący reaktor jądrowy i "nieograniczony" zasięg. Jeszcze nigdy nie zbudowano broni z tego rodzaju napędem. Putin po raz pierwszy ujawnił nową broń w 2018 roku i już wtedy chwalił się, że pocisk ten potrafi przełamać każdy współczesny i przyszły system obrony powietrznej. Według Inicjatywy na rzecz Zagrożenia Nuklearnego z 13 znanych testów pocisku aż 11 zakończyło się niepowodzeniem. W 2019 roku Buriewiestnik rozbił się na Morzu Białym, a podczas próby wydobycia reaktora jądrowego doszło do eksplozji, w wyniku której śmierć poniosło pięć osób.

gazeta.pl


Dmitrijew, szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich, przybył do Stanów Zjednoczonych zaledwie kilka dni po tym, jak administracja Trumpa nałożyła nowe sankcje na czołowe rosyjskie firmy naftowe i gazowe oraz odwołała planowany szczyt z Putinem w Budapeszcie.

Napięcie dyplomatyczne osiągnęło punkt kulminacyjny w niedzielnym programie CBS Face the Nation, gdzie sekretarz skarbu USA bezpośrednio zakwestionował słowa Dmitrijewa, że nowe amerykańskie sankcje "nie będą miały absolutnie żadnego wpływu na rosyjską gospodarkę", a jedynie doprowadzą do wzrostu cen benzyny w USA.

Bessent zakwestionował sensowność upubliczniania komunikatu specjalnego wysłannika Kremla. — Czy naprawdę zamierzacie opublikować to, co mówi rosyjski propagandysta? — zapytał, ostrzegając przed strategią komunikacyjną Moskwy.

Stwierdził, że Dmitrijew nie jest zdolny do szczerości, pytając: — Co innego on ma powiedzieć? Że "och, to będzie straszne, i że to doprowadzi Putina do stołu negocjacyjnego"?

Bessent szczegółowo opisał bezpośredni wpływ sankcji, powołując się na fakt, że Indie "całkowicie wstrzymały już zakupy rosyjskiej ropy", a "wiele chińskich rafinerii je wstrzymało".

Obalił też pogląd, że rosyjska gospodarka jest "odporna", zauważając, że dochody Rosji ze sprzedaży ropy spadły już o 20 proc. w ujęciu rok do roku, a nowe środki prawdopodobnie spowodują ich dalszy spadek o "kolejne 20 lub 30 proc".

onet.pl\Kyiv Post


Flota cieni transportuje około połowy rosyjskiej ropy. Pozostałą część, jak pokazują obliczenia fińskiego centrum CREA, przewożą tankowce należące do właścicieli z krajów G7 lub ubezpieczone przez kraje zachodnie.

Są to przede wszystkim statki greckie, które chętnie przewożą rosyjską ropę, jeśli przestrzegana jest zasada "pułapu cenowego" — zauważa Aleksiej Gromow, główny dyrektor ds. energii w Instytucie Ekonomii i Finansów. Obecnie limit ten wynosi 47,6 dol. (173,2 zł) za baryłkę.

Jak zauważa Gromow, w wyniku sankcji Rosnieft i Łukoil mają praktycznie zakaz dokonywania rozliczeń w dolarach amerykańskich, co jest dla nich głównym problemem.

— Największy cios spadł na Indie, ponieważ z Chinami od dawna handlujemy w walutach krajowych — juaniach i rublach, a z Indiami nadal nie udało nam się znaleźć rozwiązania w zakresie płatności za dostawy rosyjskiej ropy w walutach krajowych. Nie odpowiadają nam warunki indyjskiej strony dotyczące płatności w rupiach, dlatego handlujemy głównie w dolarach amerykańskich i dirhamach Zjednoczonych Emiratów Arabskich — mówi.

Gromow przypomina, że podobne sankcje USA nałożyły wcześniej na dwie inne duże rosyjskie firmy — Gazprom Neft i Surgutneftegaz [rosyjskie przedsiębiorstwo działające w przemyśle gazowym i petrochemicznym]. — Obecnie praktycznie całość swojego eksportu kierują one do Chin — mówi.

onet.pl

sobota, 25 października 2025



— Lód jest swego rodzaju tajemnicą — mówi Jari Hurttia z Aker Arctic, przodującej fińskiej firmy, która projektuje lodołamacze. Finowie tę tajemnicę odkryli. Fińskie firmy zaprojektowały cztery piąte i zbudowały ponad połowę światowych lodołamaczy. Wraz z nasileniem rywalizacji o Arktykę, prezydent USA bacznie zwraca na to uwagę. W czerwcu Donald Trump powiedział, że negocjuje z Finlandią zakup 15 takich statków. Wcześniej rozważał nabycie 40 "dużych" lodołamaczy. Żeby stawić czoła Rosji i Chinom na dalekiej północy, Ameryka musi rozbudować swoją flotę. Do szybkiej realizacji tego celu potrzebna będzie pomoc Finlandii.

Fińska wiedza specjalistyczna zrodziła się z konieczności. Jako jedyny kraj, którego porty mogą zamarzać zimą, Finlandia potrzebuje lodołamaczy, aby utrzymać Morze Bałtyckie otwarte. Od czasu zbudowania Sisu, swojego pierwszego lodołamacza z napędem dieslowsko-elektrycznym, w latach 30. XX w., kraj ten rozwinął własny łańcuch dostaw, obejmujący firmy projektowe i stocznie. Przez cały okres zimnej wojny Finlandia doskonaliła swój przemysł, budując lodołamacze dla Rosji. Handel zakończył się w 2022 r., po pełnej inwazji Kremla na Ukrainę. W następnym roku Finlandia przystąpiła do NATO. Obecnie jej stocznie poszukują zachodnich nabywców.

Przemysł tego kraju jest ściśle powiązany, co pomogło wykreować niszę rynkową. Lodołamacze potrzebują grubych kadłubów, mocnych silników oraz skomplikowanych systemów kontroli drgań i zabezpieczeń przed lodem, aby przetrwać ekstremalne warunki. Większość z nich jest produkowana na zamówienie, co oznacza, że nie nadają się one do budowy w dużych seriach, powszechnych w gigantycznych stoczniach Azji Wschodniej. (...)

Kontrast z Ameryką jest ogromny. Amerykańska straż przybrzeżna, będąca częścią sił zbrojnych, twierdzi, że potrzebuje około 10 polarnych lodołamaczy. Posiada trzy. Ostatni lodołamacz zbudowany przez rząd amerykański dla straży przybrzeżnej, Healy, został ukończony w 1997 r. Plan budowy nowych lodołamaczy jest opóźniony, a jego budżet znacznie wzrósł. Pierwszy statek, który pierwotnie miał być gotowy w 2024 r., nie pojawi się przed 2029 r. i będzie kosztował 1 mld 900 mln dol. [6 mld 917 mln zł]. Polaris, najnowszy fiński lodołamacz, został zbudowany w ciągu trzech lat za 125 mln euro (147 mln dol., czyli 535 mln zł). To statek mniejszy niż ten, którego pragną Amerykanie. Niemniej jednak jest to dowód na zdolność Finlandii do szybkiej budowy lodołamaczy przy niskich kosztach.

Dyskusja na temat "luki lodołamaczowej" między Ameryką a Rosją — która ma około 50 polarnych lodołamaczy, w tym gigantyczne behemoty o napędzie atomowym — jest wyolbrzymiona. Rosyjska część Arktyki ma długie północne wybrzeże i ponad 2 mln mieszkańców. A to oznacza, że Rosja zawsze będzie potrzebowała więcej [lodołamaczy] niż Ameryka. Prawdziwym powodem do niepokoju jest różnica między możliwościami amerykańskiej straży przybrzeżnej a rolą, jaką musi ona odgrywać w zapewnieniu bezpieczeństwa w Arktyce.

Rosja i Chiny rywalizują o Arktykę, a północne szlaki żeglugowe stają się coraz bardziej ruchliwe. — Ameryka radziła sobie bez wystarczającej liczby lodołamaczy, ponieważ przez Cieśninę Beringa [cieśnina między Ameryką Północną i Azją] przepływało bardzo niewiele statków — mówi Peter Rybski, były attache marynarki wojennej w ambasadzie amerykańskiej w Helsinkach. — Ale to się szybko zmienia — dodaje. W sierpniu dwa chińskie lodołamacze przepłynęły nad obszarem dna morskiego u wybrzeży Alaski, do którego prawa rości sobie Ameryka. Straż przybrzeżna wysłała Healy, aby je monitorować. Takie prowokacje mogą się powtarzać.

Aby wypełnić tę lukę, Ameryka zwraca się ku Finlandii. Trump po raz pierwszy rzucił pomysł zakupu statków od Finów już podczas swojej pierwszej kadencji. W 2024 r. administracja Bidena podpisała porozumienie z Kanadą i Finlandią, nazwane ICE Pact, w celu zwiększenia zdolności produkcyjnych. W sierpniu stocznia w Helsinkach rozpoczęła prace nad pierwszym statkiem w ramach tego programu, lodołamaczem dla Kanady o nazwie Polar Max. Fińscy konstruktorzy statków opracowali projekty dla amerykańskiej straży przybrzeżnej i z niecierpliwością czekają na zlecenie od administracji Trumpa. Również rząd Finlandii jest pełen nadziei. — Mamy duże możliwości dostawy tych statków — mówi Pasi Rajala, wiceminister spraw zagranicznych Finlandii. — W naszym interesie leży, aby nasi sojusznicy mieli możliwości działania w Arktyce.

onet.pl\The Economist


Od wtorku /14.10.2025 r. - red./ amerykańskie porty nakładają opłaty za rozładunek statków zbudowanych w Chinach, niezależnie od właściciela. Stawki będą stopniowo rosły – z początkowych 18 dol. za tonę netto do 33 dol. w 2028 r. W przypadku kontenerów opłaty wzrosną z początkowych 120 dol. za rozładowany kontener do 250 dol. w 2028 r.

Pekin z kolei pobiera opłaty od statków należących lub zarządzanych przez amerykańskie firmy, organizacje lub osoby fizyczne, a także od jednostek budowanych w USA lub pływających pod banderą amerykańską. Stawki początkowo wynoszące 400 juanów (56 dol.) za tonę netto mają skoczyć do 1120 juanów (157 dol.) za tonę od 17 kwietnia 2028 r.

Jak relacjonuje "SCMP", firmy żeglugowe w pośpiechu zmieniają trasy. Europejscy giganci Maersk i Hapag-Lloyd przekierowali już dwa kontenerowce z chińskiego portu Ningbo do Busan w Korei Południowej. Stamtąd ładunki zostaną przeładowane i dostarczone do celu siecią logistyczną.

Nie wszystkim udało się zareagować na czas. Według chińskich mediów amerykański kontenerowiec Manukai, który zawinął do Szanghaju dzień po wejściu w życie przepisów, musiał uiścić opłatę w wysokości 4,46 mln juanów (ok. 620 tys. dol.).

Armatorzy reagują też zmianami w strukturach korporacyjnych, by uniknąć klasyfikacji jako podmiot amerykański lub chiński.

Notowana w Hongkongu firma Pacific Basin ogłosiła dymisję dyrektora, aby "złagodzić potencjalne zastosowanie" amerykańskich przepisów. Z kolei z zarządu armatora Okeanis Eco Tankers odeszło dwóch dyrektorów. Według mediów branżowych ma to uchronić firmę przed chińskimi opłatami, które dotyczą podmiotów z co najmniej 25-procentowym udziałem kapitału amerykańskiego.

money.pl\PAP

piątek, 24 października 2025



Gripen ma też taką zaletę, że został zaprojektowany pod wymagania operacyjne szwedzkiego lotnictwa, które mają dużo wspólnego z tym jak działają teraz Ukraińcy. Głównie chodzi o operowanie w rozproszeniu, czyli niekoniecznie z dużych stałych baz, ale z różnych mniejszych lotnisk przystosowanych prowizorycznie do obsługi maszyn bojowych. Ewentualnie wręcz z przygotowanych odcinków dróg. To sposób na przetrwanie w obliczu przeciwnika dysponującego znacznymi zdolnościami do ataków na dalekim dystansie Ukraińcom idzie to bardzo dobrze, bo pomimo ciągłych rosyjskich uderzeń na ich bazy lotnicze, ich lotnictwo jest w stanie operować z relatywnie niskimi stratami na ziemi. Szwedzi zawsze zakładali to samo w przypadku konfliktu z ZSRR. Gripen ma być relatywnie prosty w codziennej obsłudze i ze względu na małe rozmiary dobrze sprawdzać się na prowizorycznych lądowiskach. Szwedzka maszyna ma być też najtańsza w codziennej eksploatacji, co w potencjalnych powojennych realiach Ukrainy na pewno będzie miało ogromne znaczenie.

Zdolności bojowe szwedzkiej maszyny na pewno nie będą dorównywać nowoczesnym zachodnim maszynom w rodzaju F-35, ale zakup takiego sprzętu przez Ukrainę to strefa fantastyki. W ukraińskich warunkach Gripeny mogą być solidnym wyborem. Wizja Sił Powietrznych Ukrainy składających się za dekadę z kilkudziesięciu używanych F-16 otrzymywanych teraz, oraz setki nowych Gripenów, jest na pewno atrakcyjna dla polityków i wojskowych w Kijowie. Pozostaje czekać, czy uda się przekuć ambitny pomysł na konkrety.

gazeta.pl


Premier Belgii Bart De Wever opóźnił na czwartkowym szczycie UE w Brukseli plan wykorzystania zamrożonych rosyjskich aktywów jako zabezpieczenia pożyczki dla Ukrainy. Tłumaczył to ryzykiem pozwów i odwetu Moskwy. Nie chcę być niegrzecznym chłopcem - tłumaczył belgijski polityk po posiedzeniu Rady Europejskiej.

De Wever na razie nie zgodził się na wdrożenie planu, który zakładał wykorzystanie rosyjskich aktywów, zamrożonych po inwazji Kremla na Ukrainę, jako zabezpieczenia pożyczki w wysokości 140 mld euro. Z powodu sprzeciwu Belgii przywódcy państw UE nie osiągnęli porozumienia.
Jak podał dziennik "NRC", De Wever wyraził obawy, że taki krok mógłby doprowadzić do pozwów sądowych i rosyjskich działań odwetowych wobec belgijskich aktywów. Większość środków należących do rosyjskiego banku centralnego znajduje się w belgijskiej instytucji Euroclear w Brukseli, co - jak podkreślił premier - czyni z Belgii najbardziej narażony kraj.

"Nie chcę być niegrzecznym chłopcem Europy" - powiedział De Wever po zakończeniu obrad, dodając, że Belgia potrzebuje "twardych gwarancji" od pozostałych państw członkowskich. Premier domaga się, by inne kraje UE współdzieliły ryzyko i wzięły odpowiedzialność finansową w przypadku ewentualnych roszczeń ze strony Moskwy.

Według "NRC" belgijski premier zaproponował, by także Francja i Luksemburg, gdzie przechowywane są mniejsze rosyjskie środki, uczestniczyły w planie, a ponadto przynajmniej jedno państwo spoza strefy euro wzięło na siebie część ryzyka, by uniknąć szkód wizerunkowych dla europejskiej waluty.

De Wevera częściowo poparła prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde, która oceniła, że pomysł Komisji Europejskiej byłby możliwy tylko wtedy, gdyby pieniądze zostały w pełni zabezpieczone w momencie ewentualnych roszczeń Rosji. W przeciwnym razie Belgia mogłaby zostać zobowiązana do natychmiastowej wypłaty całej kwoty.

Według belgijskiego rządu decyzja o wstrzymaniu zgody nie oznacza końca rozmów. Komisja Europejska została poproszona o przedstawienie nowych propozycji finansowania pomocy dla Kijowa. Kolejna próba osiągnięcia porozumienia w tej sprawie ma nastąpić podczas grudniowego szczytu UE.

PAP


Liczba rosyjskich jednostek morskich, zagrażających brytyjskim wodom, wzrosła o 30 proc. - zaalarmował w piątek minister obrony Wielkiej Brytanii John Healey w rozmowie z BBC. Szef resortu powiadomił, że przekazał przywódcy Rosji Władimirowi Putinowi wiadomość: "Polujemy na wasze okręty podwodne".

W opinii Healey’a obecnie trwa wzrost "rosyjskiej agresji na całej linii", co, jego zdaniem, dotyczy nie tylko Ukrainy, ale wpływa również na Europę Zachodnią.

Według informacji podanych przez brytyjskie ministerstwo obrony aktywność rosyjskich okrętów podwodnych na wodach północnego Atlantyku powróciła do poziomu z czasów zimnej wojny.

Resort poinformował, że Królewskie Siły Powietrzne (RAF) oraz Królewska Marynarka Wojenna (Royal Navy) zintensyfikowały obserwację tego obszaru ze względu na aktywność rosyjskich łodzi podwodnych. Samoloty RAF-u wykonują misje niemal codziennie, czasami przez całą dobę. Są one wspierane przez siły innych sojuszników z NATO.

- Rosja rzuca nam wyzwanie, testuje nas, obserwuje nas. Ale (prowadzenie misji przez brytyjskie) samoloty pozwala nam powiedzieć Putinowi: obserwujemy was, polujemy na wasze okręty podwodne - oznajmił Healey w rozmowie z BBC, w czasie spotkania ze swoim niemieckim odpowiednikiem Borisem Pistoriusem.

- Północny Atlantyk jest kluczowym regionem - i jest on zagrożony przez rosyjskie okręty podwodne z napędem atomowym. (...) Dlatego musimy wiedzieć, co dzieje się na morzu - oznajmił minister obrony Niemiec. Pistorius zapowiedział, że Niemcy planują częste loty patrolowe z bazy RAF w Lossiemouth.

Niemiecki minister podkreślił, że każdego dnia pojawiają się kolejne dowody na to, że Rosja prowadzi wobec Europy wojnę hybrydową w postaci "fałszywych wiadomości, dezinformacji, zagrożenia dla infrastruktury podmorskiej". - Czas, abyśmy zdali sobie sprawę z tego, co się dzieje - zaapelował.

Stacja BBC przypomniała, że w sierpniu samoloty RAF-u, współpracując z amerykańskimi i norweskimi myśliwcami, monitorowały rosyjski okręt podwodny, który śledził amerykański lotniskowiec USS Gerald R. Ford podczas ćwiczeń na północnym Atlantyku.

PAP


Najbardziej uderzająca ocena padła podczas debaty ekspertów. Debra Cagan z Centrum Eurazji Rady Atlantyckiej, zapytana o to, jak wyglądałaby rosyjska operacja wojskowa bez partnerów CRINK, nie przebierała w słowach.

— Wyglądałaby jak śmieć — stwierdziła, wyjaśniając podstawową zależność. — Rosja potrzebuje chipów komputerowych. Potrzebują specjalnych metali, minerałów ziem rzadkich, aby nadal utrzymywać swoje linie obronne, a nie byliby w stanie tego zrobić, zwłaszcza bez Chin, przy większości tych głównych elementów wyposażenia — wyjaśniła.

To przypomina o bolesnej dla Putina rzeczywistości ujawnionej w raporcie: aby kontynuować produkcję pocisków rakietowych, dronów, czołgów i innego zaawansowanego technologicznie uzbrojenia, Rosja, pozbawiona zachodniej technologii i inwestycji przez sankcje, jest całkowicie zależna od zagranicznego wkładu.

Podczas gdy Iran i Korea Północna zapewniają sprzęt bezpośrednio na pole bitwy (odpowiednio drony i pociski artyleryjskie), Chiny są przedstawiane jako niezbędny — ale wysoce asymetryczny — filar gospodarczy i technologiczny Rosji. W raporcie podkreślono, że Chiny stały się gospodarczą linią ratunkową Rosji, a dwustronna wymiana handlowa osiągnęła rekordowy poziom od czasu inwazji w 2022 r.

Co najważniejsze, Stany Zjednoczone szacują, że Chiny dostarczają prawie 80 proc. produktów podwójnego zastosowania, których Rosja potrzebuje do prowadzenia wojny. Obejmuje to wszystko od elektroniki użytkowej używanej w zaawansowanej broni po wysokiej klasy obrabiarki i, co najważniejsze, mikroelektronikę.

Ale ta relacja nie jest relacją równych sobie; jest bardzo wypaczona. Rosja, zdesperowany klient wymieniający surowce na towary przemysłowe, jest młodszym partnerem. Handel Chin z Rosją stanowi zaledwie ok. 3 proc. ich całkowitego światowego handlu, podczas gdy Rosja jest obecnie głęboko uzależniona od Chin. "Chiny są kluczowym partnerem Rosji w dążeniu do podważenia interesów USA i Zachodu na całym świecie oraz podważenia obecnego porządku międzynarodowego" — zauważa raport o CRINK.

Ta asymetria jest źródłem zastrzeżenia, że "Chinom nie można ufać", które powtarzało się w trakcie wydarzenia. Eksperci podkreślali, że kalkulacja Pekinu jest czysto pragmatyczna. Jeśli polityczne lub ekonomiczne koszty wspierania Moskwy wzrosną zbyt wysoko — np. z powodu wtórnych sankcji ze strony Zachodu — Chiny zachowają pełną elastyczność, aby zmniejszyć lub całkowicie odciąć wsparcie. Rosja natomiast jest przyparta do muru.

Ta dynamika oznacza, że Chiny mogą właściwie trzymać klucz do zakończenia wojny w Ukrainie, ale nie z powodu wyznawanych zasad. Jest to raczej zimny, twardy strategiczny atut, którego Pekin używa, aby uzyskać przewagę nad Zachodem i umocnić swoją kontrolę nad swoim nowo uzależnionym od niego partnerem.

Angela Stent jednoznacznie oceniła skalę wyzwania: - Wierzę, że kraje te stanowią rosnące zagrożenie dla Zachodu, zarówno indywidualnie, jak i zbiorowo. Myślę, że odpowiedź na te zagrożenia będzie trudna i dość kosztowna — powiedziała. Co najważniejsze, Stent odrzuciła nadzieje na łatwe zasianie podziału między Moskwą a Pekinem, stwierdzając, że "wbijanie klinu między nie [...] raczej nie zadziała w krótkim okresie".

onet.pl


Realne zwiększenie efektywności sankcji przeciw Rosji zależeć będzie od ich egzekwowania. Druga administracja Trumpa nie wprowadzała dotychczas nowych obostrzeń wobec Moskwy. W rezultacie prowadziło to do znacznego osłabienia efektu restrykcji, co przejawiało się m.in. zmniejszeniem dyskontu na rosyjską ropę względem innych marek surowca, a także demonstracyjnym ignorowaniem ograniczeń przez chińskich odbiorców (nie tylko ropy naftowej). Koronny przykład otwartego łamania reżimu sankcyjnego to chiński import LNG z rosyjskiego zakładu Arktyczny LNG 2, który pozostaje objęty amerykańskimi obostrzeniami. Przywrócenie mechanizmom sankcyjnym skuteczności będzie wymagało konsekwencji ze strony USA w postaci aktywnego ścigania podmiotów łamiących zapisy sankcyjne (tankowce, banki, rafinerie), jak miało to miejsce w latach 2023–2024. W przeciwnym razie ich efekt będzie krótkotrwały, a rosyjscy eksporterzy i ich odbiorcy szybko zaadaptują się do ograniczeń. Biorąc pod uwagę deklaracje Trumpa, wyrażające nadzieję na to, że restrykcje „nie będą na długo”, nie można wykluczyć, że ich skutki zniweluje zmiana kalkulacji politycznych Waszyngtonu.  

Wprowadzane przez Zachód sankcje w krótkim okresie spowodują przecenę rosyjskiej ropy i podniosą koszty jej eksportu. We wrześniu dyskont względem zachodniej marki Brent wynosił ok. 12 dolarów na baryłce. W rezultacie restrykcji ceny wszystkich marek surowca poszły w górę, podczas gdy stawki za rosyjską się obniżyły. Prowadzić to będzie do redukcji marży koncernów oraz dochodów budżetowych. Ograniczenia zmuszają eksporterów do poszukiwania nowych sposobów na realizację transakcji, m.in. poprzez ukrywanie pochodzenia ropy, co będzie generowało koszty, a zarazem obniżało atrakcyjność cenową rosyjskiego surowca. Co więcej, sankcje na Rosnieftʹ i Łukoil – jeśli zostaną utrzymane przez długi czas – mogą dodatkowo uderzyć w przetwórstwo ropy w Rosji, utrudniając koncernom pozyskanie technologii i części zamiennych dla rafinerii.

Amerykańskie restrykcje niosą wyzwanie dla państw trzecich, których rafinerie przerabiają rosyjską ropę bądź stanowią rosyjską własność. Sankcje zmuszają podmioty zwłaszcza z Indii, Chin i Turcji do zaprzestania importu surowca z FR – szczególnie na podstawie kontraktów długoterminowych – pod groźbą nałożenia sankcji wtórnych. O ile w przypadku ChRL prawdopodobnym scenariuszem jest odizolowanie tego przesyłu od zachodniego systemu rozliczeń, o tyle w przypadku Indii i Turcji, które sprzedają paliwa na rynkach zachodnich, należy spodziewać się rewizji podejścia. Ewentualna redukcja importu rosyjskiej ropy przez te kraje znacząco ograniczyłaby rosyjskie dochody z eksportu. Sankcyjny nacisk wymierzony jest też w państwa unijne. Dwa z nich – Słowacja i Węgry – wciąż sprowadzają surowiec z Rosji, a w innych (Rumunia, Bułgaria i Niemcy) działają rafinerie należące do koncernu Łukoil i Rosniefti. Nie można jednak wykluczyć, że Waszyngton będzie gotowy na wprowadzenie czasowych derogacji w odniesieniu do konkretnych podmiotów, tak jak miało to miejsce w przeszłości w przypadku serbskiej rafinerii NIS (...).

Systematyczne włączanie na unijne listy sankcyjne podmiotów z państw trzecich świadczy o zmianie jakościowej w podejściu UE do restrykcji. Nałożenie bezpośrednich ograniczeń na m.in. chińskie rafinerie, azjatyckie banki czy giełdy kryptowalut wskazuje na rosnącą gotowość Brukseli do aktywnego ścigania podmiotów łamiących restrykcje, co sygnalizuje zmianę paradygmatu jej działania. Karanie spółek spoza Rosji za łamanie reżimu sankcyjnego w coraz większym stopniu przypomina amerykańskie podejście polegające na nakładaniu sankcji wtórnych. Takie nasilenie presji powinno przyczynić się do poprawy efektywności obostrzeń UE.

osw.waw.pl

środa, 22 października 2025



Zarówno w przypadku Pokrowska, jak i Kupiańska, obserwujemy kolejny etap zdobywania przez Rosjan ukraińskich miast. Standardowo proces ten zaczyna się długim okresem walk na przedpolach, kiedy Ukraińcy - mimo rosyjskich prób okrążenia miasta i odcięcia zaopatrzenia - są w stanie powstrzymywać agresora przed uchwyceniem pozycji w zabudowaniach. Kiedy jednak obrońcy słabną, Rosjanie zaczynają infiltrować kolejne dzielnice i w walkach na krótkim dystansie wypierać Ukraińców. Jeszcze dość długo ukraińska obrona może utrzymywać nieliczne pozycje na skraju miasta, ale zwykle ich los jest przesądzony.

Aktualnie w przypadku obu wspomnianych wyżej miast jesteśmy na środkowym etapie. Rosjanie infiltrują centralne dzielnice Pokrowska i Kupiańska, które stały się ziemią niczyją, gdzie często dochodzi do chaotycznych walk na krótkich dystansach. Trzeba przyznać, że dojście do tego etapu trwało jednak długo. W przypadku Pokrowska nawet bardzo długo, bo nieco ponad rok. Rosjanie dotarli do jego przedmieść już na przełomie sierpnia i września 2024 roku. Ukraińcy zdołali jednak wówczas ustabilizować front, który przez następne pół roku prawie się nie ruszył. Sytuacja zaczęła się pogarszać wiosną, gdy Rosjanie odnieśli spore sukcesy na jego wschodniej flance, doprowadzając latem do częściowego okrążenia przy pomocy dronów. Stwarza to teraz sytuację, kiedy wszystkie drogi utwardzone i gruntowe na terenie nominalnie kontrolowanym przez Ukraińców, stają się zbyt niebezpieczne, by swobodnie poruszać się po nich samochodami. Znacząco ogranicza zdolność do zaopatrywania obrońców miasta, a co za tym idzie, ich skuteczność. Tego rodzaju działania nie prowadzą do natychmiastowego załamania, ale raczej "podduszania" obrony. Efekty narastają z czasem, co właśnie zaczynamy obserwować.

Choć Ukraińcom późnym latem udało się zablokować proces dalszego przebijania się Rosjan na tyły Pokrowska, to niemal równocześnie agresor zwiększył presję od frontu. Jeszcze we wrześniu ukraińscy albo proukraińscy twórcy map kontroli zaczęli zaznaczać południowe skraje miasta jako ziemię niczyją. Rosjanie na tyle często byli w stanie się tam zapędzać, że nie sposób było uznać je za pewnie kontrolowane przez Ukraińców. Ci mieli regularnie eliminować małe grupki infiltrujących rosyjskich żołnierzy, ale ponoszone w trakcie takich walk straty, połączone z atakami dronów, artylerii i lotnictwa, osłabiały też obrońców.

Efekt jest taki, że aktualnie część bardziej proukraińskich lub neutralnych twórców map zaznacza już prawie całą południową część Pokrowska jako ziemię niczyją, aż po dzielące miasto - mniej więcej na pół - tory kolejowe. Pojawiły się nawet nagrania z dronów, na których widać cywilów (w mieście pozostaje grupa ludzi odmawiających ewakuacji), postrzelonych podczas przeprawiania się przez nie z zapasami. Ukraińcy twierdzą, że to efekt działania jednej z grup Rosjan, którzy przeniknęli do centrum miasta. Mieli zostać już wyeliminowani, ale sam fakt jak daleko dotarli, świadczy o słabości obrony. Jednocześnie pojawiło się kilka nagrań pokazujących zasadzki Rosjan na ukraińskich żołnierzy prawie w centrum miasta i wymianę ognia na krótkich dystansach. Nawet Ukraińcy piszą, że sytuacja jest zła i gwałtownie się pogorszyła w ciągu ostatnich kilku tygodni.

(...)

Podobnie rozwijają się wydarzenia w położonym daleko na północy Kupiańsku. Ukraińcy odbili to miasto jesienią 2022 roku. Położone nad dużą - jak na ten region - rzeką Oskił, stanowiło bardzo ważny węzeł logistyczny dla znacznego odcinka frontu. Długo było bezpieczne. Rosjanie od 2023 roku łamali sobie zęby na ukraińskiej obronie stojącej dalej na wschód, po drugiej stronie rzeki. Na przełomie 2024 i 2025 roku zaczęli jednak przenikać przez najwyraźniej słaby odcinek obrony na północ od miasta, gdzie do Oskiłu przylega duży kompleks leśny. Z trudnościami i mozolnie, ale zbudowali sobie przyczółek po drugiej stronie rzeki, którego Ukraińcy nigdy nie zdołali zlikwidować. Postępy Rosjan były bardzo powolne, a intensywność walk relatywnie niska, na przykład w porównaniu z Pokrowskiem. Od zimy do końca lata zdołali dotrzeć od przyczółka na północ od Pokrowska, do przedmieść Kupiańska. Jednak kiedy już się tam znaleźli, to sytuacja zaczęła się pogarszać kaskadowo.

Na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy obrona miasta przeszła od etapu Rosjan na dalekich przedmieściach do Rosjan w centrum Kupiańska. Sytuacja przypomina to, co dzieje się w Pokrowsku. Przez nieszczelną ukraińską obronę przenikają coraz większe grupy rosyjskich żołnierzy, którzy zajmują pozycje w coraz dalszych budynkach. Aktualnie mają nie tyle okazjonalnie docierać do centrum, co według niektórych, wręcz już je kontrolować. Większość miasta nawet na najbardziej zachowawczych ukraińskich mapach przedstawiona jest już jako ziemia niczyja. Ogólnie sytuację w Kupiańsku sami Ukraińcy często określają jako chaotyczną i narzekają na brak adekwatnych przygotowań do obrony. Może w tym być sporo prawdy, skoro tutaj Rosjanie nawet nie musieli brać miasta w kleszcze i nie podduszali jego obrońców miesiącami, utrudniając im aprowizację. Zdołali się wbić do niego, atakując tylko z jednego kierunku i to na dość wąskim froncie, na dodatek mając za plecami prowizoryczne przeprawy przez rzekę.

Wolne od Rosjan pozostają tylko południowe przedmieścia i przemysłowa dzielnica po wschodniej stronie Oskiłu. Jak na tempo tej wojny, utrata miasta postępuje wręcz błyskawicznie. Bez istotnego wzmocnienia tego kierunku przez ukraińskie dowództwo, miasto może zostać ostatecznie stracone w ciągu miesiąca. Przełoży się to znacząco na sytuację w całej okolicy. Na wschód od Kupiańska Ukraińcy ciągle utrzymują znaczny obszar po drugiej stronie rzeki Oskił. Jest on zaopatrywany dzięki licznym prowizorycznym przeprawom na południe od miasta, ale jego utrata ułatwi Rosjanom ich atakowanie. Dodatkowo stworzy warunki do dalszego ataku wzdłuż rzeki, by jeszcze głębiej wejść za plecy Ukraińców. Można przypuszczać, że w perspektywie kilku miesięcy wymusi to ewakuację całego tego obszaru i cofnięcie się za Oskił.

Losy obu miast są symptomatyczne dla sytuacji na całym froncie. Ukraińcom skrajnie brakuje żołnierzy piechoty do obsadzania pierwszej linii obrony. W efekcie jest ona porowata, bo pomiędzy poszczególnymi punktami oporu znajdują się słabo dozorowane i chronione obszary. Punkty oporu są symbolicznie obsadzone i liczą zazwyczaj kilku ludzi, a Rosjanie - jeśli je wykryją - "zmiękczają" je bombami lotniczymi, dronami i artylerią. Analiza miejsc pojawiania się lejów stała się wręcz narzędziem do ustalania przebiegu linii frontu. Tam, gdzie spadają bomby, tam musi być skupiona uwaga Rosjan; kiedy zaczynają je zrzucać gdzieś dalej, oznacza to najprawdopodobniej zdobycie danej pozycji.

Głównym fundamentem obrony pozostają drony rozpoznawcze, które mają wykryć rosyjskie ataki i skierować na nie inne drony oraz artylerię. Dodatkowo dużą rolę odgrywają miny i - w przypadku rzadkich większych ataków przy pomocy ciężkich pojazdów - także rakiety przeciwpancerne. Generalnie chodzi o wykrwawienie i zatrzymanie Rosjan, zanim dotrą do efemerycznej faktycznej linii obrony. Ta strategia działa, jeśli chodzi o zadawanie agresorowi ciągłych znacznych strat i spowalnianie go. Nie działa jednak jeśli chodzi o zatrzymanie. Rosjanie mają znacznie więcej ludzi. Giną na dużą skalę, ale pozostający przy życiu docierają do ukraińskich pozycji lub za nie.

Ukraińcom pozostaje używać swoich skromnych rezerw do wzmacniania najbardziej krytycznych odcinków frontu, gdzie wyczerpanie i błędy brygad, które trzymają pierwszą linię, prowadzą do lokalnej zapaści. Tak jak to było latem na północ od Pokrowsk,a w rejonie miasta Dobrobilla. Rosjanie przebili się tam przez obronę, zaczęli gwałtownie iść naprzód, ale na miejsce skierowano specjalne oddziały szturmowe, które ustabilizowały sytuację i nawet lokalnie ich odrzuciły. Zabrakło jednak podobnych sił, by analogicznie zareagować na sytuację w Kupiańsku, czego skutki właśnie widzimy.

gazeta.pl

wtorek, 21 października 2025



Ukraińskie źródła potwierdziły opanowanie przez siły agresora centrum Kupiańska. Grupy rosyjskich żołnierzy podejmują próbę wkroczenia do jego południowej części. Będą najprawdopodobniej dążyły do dalszych postępów na południe wzdłuż rzeki Oskoł w celu przejęcia kontroli nad ważnym węzłem kolejowym Kupianśk-Wuzłowyj. Przebiegająca tam trasa kolejowa łączy od północy Wałujki w obwodzie biełgorodzkim FR – stanowiące ważny punkt zaplecza dla armii rosyjskiej – z położonym na południe Swiatohirśkiem i dalej z Siewierskiem oraz Słowiańskiem, Kramatorskiem i Konstantynówką. Opanowanie węzła Kupianśk-Wuzłowyj nie tylko odcięłoby możliwości zaopatrzenia sił obrońców na prawym brzegu rzeki Oskoł, lecz także znacznie poprawiło zdolności logistyczne i aprowizacyjne wojsk rosyjskich potrzebne do ofensywy na dotychczas nieokupowaną część obwodu donieckiego.

Przeciwnik kontynuuje działania zaczepne na kierunku pokrowskim, który pozostaje głównym teatrem działań. Rosyjskim grupom szturmowym udało się uzyskać postępy na zachód od Nowoekonomicznego do wschodnich przedmieść Myrnohradu oraz na południe od Zbiornika Senianskiego aż po Kozaćke.

Pokrowsk podlega uporczywym próbom przenikania do miasta małych grup dywersyjnych, od południa i od południowego zachodu (obszar na linii Kotłyne – Łeontowyczi – Trojanda – Czunyszyne). Ich celem jest znalezienie luk w linii obrony. Według relacji ukraińskich jednostek kilku żołnierzom armii wroga udało się przeniknąć do centrum miasta, zabić kilku cywilów i zająć budynek dworca kolejowego, gdzie następnie mieli zostać zlikwidowani.

Taktyka wroga świadczy o tym, że Rosjanie najwyraźniej nie chcą podjąć frontalnego szturmu Pokrowska, tak jak wcześniej Bachmutu i Awdijiwki, ponieważ wiązałoby się to ze znacznymi stratami. Zamiast tego agresor stara się doprowadzić do przecięcia ostatnich dróg zaopatrzenia, prowadząc natarcie na zachód od miasta w kierunku szosy Pokrowsk–Pawłohrad oraz na północ w kierunku Dobropola. Natarcia w rejonie Myrnohradu i południowej części Pokrowska służą jako działania pomocnicze mające na celu związanie sił i środków obrońców.

Głównodowodzący sił ukraińskich generał Ołeksandr Syrski oświadczył, że wiosenno-letnia ofensywa armii rosyjskiej została skutecznie powstrzymana przez siły ukraińskie. Syrski stwierdził także, że „za cenę ogromnych strat przeciwnik osiągnął jedynie niewielkie postępy”. Jego oświadczenie zbiegło się z oceną rosyjskich strat dokonanych przez „The Economist”. W okresie od stycznia do 13 października br. wzrosły one względem lat 2022–2024 o prawie 60%. Od wybuchu pełnoskalowej wojny liczba ofiar rosyjskich miała wynieść od 984 tys. do 1 mln 148 tys., z czego od 190 tys. do 480 tys. poległych. Tygodnik ocenia też, że biorąc pod uwagę tempo ofensywy z ostatniego miesiąca, zajęcie pozostałego obszaru obwodów ługańskiego, donieckiego, chersońskiego i zaporoskiego zajęłoby Rosji kolejne cztery lata, zaś okupacja całości terytorium Ukrainy aż 103.

Armia rosyjska kontynuuje ataki powietrzne na obiekty infrastruktury energetycznej Ukrainy. 15 października doszło do kombinowanych dronowo-rakietowych uderzeń w obwodzie dniepropetrowskim (w Pawłohradzie i Kamieńskiem), czernihowskim (m.in. w Czernihowie i Niżynie), sumskim (m.in. w Sumach) oraz charkowskim (celem były m.in. obiekty infrastruktury wydobycia gazu), w wyniku czego na znacznych obszarach Ukrainy doszło do wyłączeń prądu. 16 października zaatakowane zostały z kolei obiekty energetyczne w obwodzie połtawskim i w Krzywym Rogu, składy kolejowe w Czernihowie oraz Muzeum Krajoznawcze i Dom Kultury w Chersoniu.

18 października celami ataków były Zaporoże, Sumy, Charków (jeden z dronów uderzył w akademik) oraz obiekty infrastruktury energetycznej w obwodzie czernihowskim (w rezultacie bez prądu pozostaje ponad 55 tys. abonentów). 19 października ponownie zaatakowano infrastrukturę energetyczną w obwodach czernihowskim i chersońskim oraz infrastrukturę kolejową w obwodzie sumskim.

W nocy z 20 na 21 października celami ataków były dzielnica przemysłowa Charkowa, obiekty energetyczne w obwodach czerkaskim, czernihowskim i dniepropetrowskim. Ogółem według Dowództwa Sił Powietrznych Ukrainy w okresie od 14 do 21 października agresor użył 887 różnego typu dronów uderzeniowych, w tym 550 bezzałogowców typu Shahed, siedmiu kierowanych rakiet X-59, 31 rakiet balistycznych Iskander M/KN-23 i dwóch manewrujących Iskander-K, dwóch pocisków hipersonicznych Kindżał, siedmiu rakiet S-300 oraz dziewięciu nieokreślonych typów. 197 rosyjskich bezzałogowców trafiło w cel, zaś obrona przeciwlotnicza unieszkodliwiła zaledwie 616 dronów i pięć rakiet.

Rosja przeprowadziła masowy atak na kopalnię węgla należącą do holdingu DTEK w obwodzie dniepropetrowskim. Pod ziemią przebywało wówczas 192 pracowników kopalni, którym ostatecznie udało się wydostać na zewnątrz. Był to już czwarty z rzędu atak na obiekty DTEK w ciągu ostatnich dwóch miesięcy.

(...)

Sztab Generalny SZU poinformował, że w nocy z 15 na 16 października ukraińskie drony uderzyły w należącą do koncernu Rosnieftʹ rafinerię w Saratowie. Gubernator obwodu potwierdził atak, ale według Ministerstwa Obrony FR zestrzelono wszystkie 12 bezzałogowców. Strona rosyjska nie powiadomiła o żadnych zniszczeniach. Dzień później ukraińskie drony miały trafić w należącą do koncernu Łukoil rafinerię w miejscowości Kstowo w obwodzie niżnonowogrodzkim. Nie potwierdzono jednak skutków także i tego uderzenia.

W nocy z 16 na 17 października wojska rosyjskie prawdopodobnie zestrzeliły własny samolot Su-30SM podczas odpierania ataku ukraińskich bezzałogowców na Krymie. Drony uderzyły w skład paliw należący do sieci stacji benzynowych Atan w miejscowości Gwardiejskoje pod Symferopolem.

W nocy z 18 na 19 października ukraińskie drony uderzyły w rosyjską infrastrukturę naftową w obwodach samarskim i orenburskim. Sztab Generalny SZU poinformował, że celem ataku były rafinerie ropy naftowej w Nowokujbyszewsku w obwodzie samarskim oraz zakład przetwórstwa gazu ziemnego w Orenburgu. Według Agencji Reutera w Nowokujbyszewsku wstrzymano pracę dwóch instalacji, a ich naprawa może potrwać do początku listopada. Z kolei w Orenburgu czasowo wstrzymano przyjmowanie gazu z Kazachstanu.

osw.waw.pl