Gulbachar Dżaliłowa jest Ujgurką z Kazachstanu. Urodziła się i dorastała jeszcze w ZSRR, w obwodzie ałmackim, w dużej rodzinie, z sześcioma braćmi. Ukończyła technikum, pracowała w gastronomii, wyszła za mąż. W latach 90. XX w. zajęła się przedsiębiorczością. W 1995 r. po raz pierwszy pojechała do Chin po towary. Wtedy z sąsiedniego kraju przywożono i korzystnie sprzedawano dosłownie wszystko: obuwie, odzież, teczki, torebki damskie, bieliznę. Gulbachar początkowo również przywoziła co się da, ale z czasem się "wyspecjalizowała".
— Najpierw byłam "torebkową", a następnie "obuwniczką" — mówi Gulbachar. — Buty z Chin do Kazachstanu woziłam ciężarówkami Kamaz. Od 2010 r. zaczęłam handlować biżuterią. Jeśli chodzi o Chińczyków, nigdy nie miałam żadnych problemów. W ogóle nie było jakichkolwiek nieprzyjemności, ani w kraju, ani w Chinach. Nie łamałam prawa, płaciłam podatki, miałam zarejestrowaną jednoosobową działalność gospodarczą. Nie czułam żadnego zagrożenia. Chociaż około 2014 r. zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Przykładowo w Kantonie, gdzie przyjeżdżałam po towar, nie przyjmowano Ujgurów do hoteli. Po prostu odmawiano im miejsca. Od 2015 r. pracownicy konsulatu chińskiego, gdzie załatwiałam wizy, ostrzegali żeby nie wdawać się w żadne rozmowy z miejscowymi Ujgurami, zajmować się tylko swoimi sprawami, przyjechać, kupić, wyjechać. I zapowiedzieli, że w nocy do hotelu może przyjść policja, by sprawdzić dokumenty. Poinstruowali mnie, bym się nie martwiła — podczas kontroli mam po prostu spokojnie pokazać wizę.
Gulbachar zastosowała się do zaleceń konsulatu — nie wdawała się z nikim w rozmowy. Ale jakieś niejasne plotki, pogłoski stale towarzyszyły jej w podróży. Jednego dnia pewien Ujgur pracował przy załadunku jej towaru, następnego tego człowieka już nie było. Zniknął i nikt nie wie, co się z nim stało. A raczej wszyscy domyślają się, ale nie można o tym głośno mówić.
Potem zaczęto szeptać, że "zabrano go na naukę". Pojawił się taki eufemizm: na naukę, czyli do obozu. Nie wypowiada się tego słowa, ale wszyscy rozumieją, o co chodzi. Gulbachar Dżaliłowa jeździła do Chin co dwa-trzy miesiące i nie odczuwała żadnego niepokoju. Jak z czasem wyznała, sądziła nawet, że Ujgurzy sami są sobie winni, bo może wdają się w bójki, może zachowują się nieodpowiednio, więc aresztuje się ich za zakłócanie porządku. Potem, gdy wylądowała w obozie, mówiła współwięźniarkom. — Dziewczyny, nie żałuję, że tu trafiłam. Bo inaczej nigdy bym nie poznała prawdy.
21 maja 2017 r. Gulbachar po raz kolejny przyjechała do Chin, tym razem do Urumczi, stolicy regionu Sinciang-Ujgur. Zatrzymała się w hotelu, rano miała jechać po towar. Planowała wyjść z hotelu o 9. Lekko przed tą godziną ktoś zapukał do drzwi. Gulbachar nawet się nie zdenerwowała, w konsulacie uprzedzano, że policja może chcieć skontrolować gości w hotelu. — Otworzyłam drzwi, na progu stały trzy osoby. Jedna kobieta i dwóch mężczyzn. Byli w ubraniach cywilnych, ale pokazali legitymacje. Poprosili o paszport. Był u administratora hotelu, bo tam oddaje się ten dokument do zameldowania. Zeszliśmy na dół. Wzięłam ze sobą tylko telefon i klucz do pokoju. Zabrali mój paszport, ale nawet go nie otworzyli. Jeden z policjantów — Kazach, nazywał się Abaj — powiedział: proszę z nami, mamy kilka pytań.
Zabrali Gulbachar do miejscowego wydziału Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego (MBP). Zaprowadzili ją do gabinetu na trzecim piętrze i zabrali telefon. Po czterech godzinach — cały ten czas po prostu siedziała w gabinecie — przynieśli sprzęt, ale nie otrzymała go z powrotem. Został zapieczętowany w kopercie, na której coś odnotowano. Ponownie usłyszała: "proszę z nami". Sądziła, że ją wypuszczają, ci jednak zaprowadzili ją do piwnicy. Po obu stronach korytarza znajdowały się małe pokoje przesłuchań. Z niektórych dochodziły krzyki.
Gulbachar trafiła do jednego z tych pomieszczeń. Stało tam "krzesło tygrysa" — narzędzie tortur używane w Chinach. To żelazne krzesło z podłokietnikami i małym blatem z przodu, w którym znajdują się metalowe obejmy na ręce. Są one zaciskane na przedramionach więźnia, stolik wgniata brzuch, a osoba siedząca na krześle odczuwa duszności i silny ból. O tych krzesłach mówili zarówno tybetańscy, jak i ujgurscy więźniowie chińskich władz, którzy przeżyli tortury, uwięzienie i uciekli z kraju. Przedstawiciele Chin w ONZ twierdzili, że narzędzie to stosuje się wyłącznie dla wygody i bezpieczeństwa więźniów.
— Przesłuchiwano mnie na tym krześle do 23 — wspomina Gulbachar. — Śledczy mówili, żebym się nie ruszała, jeśli nie chcę czuć bólu. Wypytywali o moich rodziców i dzieci, domagali się szczegółów z mojego życia. Nie dostałam łyka wody, nie pozwolili mi wyjść do toalety. Potem pokazali mi jakiś dokument w języku chińskim i kazali go podpisać. Zdałam sobie sprawę z tego, że to pułapka, z której się nie wydostanę. Odmówiłam podpisania, zażądałam adwokata i tłumacza. Bardzo mocno mnie pobili, a potem oświadczyli: "nie chcesz podpisywać – nie musisz. Zabierzemy cię teraz do takiego miejsca, gdzie szybko wszystko podpiszesz".
O godz. 1 w nocy Gulbachar przywieziono do obozu w Urumczi. Tam wydano jej kartkę z długim numerem, którego musiała nauczyć się na pamięć. Od teraz nie miała imienia i nazwiska — stała się numerem.
— Zabrali mi ubranie i wydali strój więzienny — żółty T-shirt i szary trykot. Na nogi założyli pięciokilogramowe kajdany. Potem zdjęcie, pobranie krwi i moczu (od wszystkich pobierają mocz, aby sprawdzić, czy więźniarka nie jest w ciąży, a jeśli się okaże ciężarna, to natychmiast jest wysyłana na aborcję). Zaprowadzili mnie do celi numer cztery — długiej na 7 m i szerokiej na 3,5 m. 40 kobiet w środku. Wchodzę. Około 20 osób stoi pośrodku, reszta śpi na boku, mocno przylegając do siebie, na wąskich pryczach. Co dwie godziny następuje zmiana. Te kobiety, które spały, wstają, te wcześniej stojące się kładą. Zaczęłam płakać i krzyczeć: dlaczego mnie tu wsadzono? przecież nic nie zrobiłam, nie jestem nikim ważnym! Dyżurna w celi wyjaśniła. "Wszystkie tu jesteśmy zwykłymi osobami i żadna nie jest niczemu winna. Tu nie wolno płakać, nie wolno rozmawiać, bo inaczej ukarzą i zabiorą do czarnego pokoju. Jutro wszystko ci wyjaśnimy" – wspomina Gulbachar.
Dokument w języku chińskim, którego Gulbachar nie podpisała, został wysłany do jej rodziny w Kazachstanie. Rodzina nie zna chińskiego, ale poszukała Ujgurów, którzy nim władają i przetłumaczyli pismo. Okazało się aktem oskarżenia Dżaliłowej o przygotowywanie zamachu terrorystycznego. Gdyby Gulbachar w nadziei na uwolnienie podpisała dokument, czekałaby ją kara śmierci.
W 2017 r. nikt jeszcze nie wiedział, że w Chinach stworzono obozy dla Ujgurów, więc dzieci Gulbachar zaczęły pisać listy w jej sprawie do wszelkich możliwych instancji: MSZ, ambasady Chin, Komitetu Praw Człowieka ONZ. Ślad po niej jednak zaginął. Wprawdzie instytucje skierowały zapytania do Chin i rozpoczęły poszukiwania Gulbachar, ale ona o tym nie miała pojęcia. Bo obóz oznacza izolację. Nawet krewni uwięzionych obywatelek Chin nie wiedzieli, gdzie się one znajdują.
— Myślałam, że tam umrę – mówi Gulbachar. — Rok, trzy miesiące i dziesięć dni tortur, bicia i gwałtów. Tylko nie pytajcie, jak mnie gwałcono. Opowiadanie o tym nie przechodzi mi przez gardło. Po obozie przez pół roku leżałam w szpitalu, a ponad rok leczyłam się z depresji. Gwałtów dokonywali w piwnicy, w której odbywały się przesłuchania lub w pomieszczeniu poza obozem, na mieście. Jeśli kobietę zabierano do piwnicy, to mogło się skończyć zwykłym pobiciem. Ale jeśli wyprowadzano ją na ulicę, to z pewnością prowadzono do miejsca gwałtów. Wszystkie więźniarki przez to przechodziły. Zaraz po wyjściu na wolność zapisałam z pamięci 67 imion, bo dziewczyny prosiły: jeśli przeżyjesz i wyjdziesz z obozu, opowiedz wszystkim o nas i o tym, co się tu dzieje. Bo my, nawet jeśli przeżyjemy i wyjdziemy, to i tak będziemy milczeć, ponieważ musimy zostać na miejscu".
Każdego wieczoru, od 19 do 21, więźniarki musiały śpiewać hymn Chin. Była to jedyna okazja do rozmowy. Gdy część z nich śpiewała, inne szeptem rozmawiały — bo porozumiewanie się jest w obozie zabronione. I dotyczy to nie tylko rozmów, nawet patrzenie w twarz drugiej osoby jest zakazane. Więźniowie muszą spuszczać oczy, kierować wzrok w jeden punkt, a do tego milczeć. Podczas tych konspiracyjnych rozmów z kobietami, które były w obozie od dawna, Gulbachar dowiedziała się, że żółty kolor koszulki oznacza brak wyroku, noszą je te kobiety, które siedzą bez procesu. Niebieskie przeznaczono dla osób po procesie i z wyrokiem. Jest jeszcze kolor pomarańczowy.
— Wszyscy śpiewają hymn, a ona mówi: "Widzisz dziewczynę w pomarańczowej koszulce, innej niż nasza? Kolor pomarańczowy oznacza, że będą zabite. One nie wracają. Podobno mają być dawczyniami organów. Te w koszulkach niebieskich mają szansę odsiedzieć wyrok i wyjść. Ale te w pomarańczowych znikają. Rozejrzałam się. Wśród nas były cztery kobiety w takich T-shirtach. I faktycznie nigdy nie wróciły. Były młode i zdrowe. Zapytałam kiedy nadejdzie nasza kolej, żeby założyć pomarańczowe koszulki, bo byłam przekonana, że prędzej czy później wszystkie zostaniemy zabite. Zawsze kiedy wyprowadzano mnie na przesłuchanie, z workiem założonym na głowę, myślałam, że właśnie idę na śmierć — mówi.
Na przesłuchania więźniów wyciągano z celi o każdej porze dnia i nocy. Gulbachar przesłuchiwano kiedyś całą dobę. Przez 24 godziny siedziała przykuta do "krzesła tygrysa". Śledczy machali jej przed nosem dokumentem w języku chińskim i krzyczeli: "Tu jest napisane, że przygotowywałaś zamach terrorystyczny, więc lepiej mów! Myślisz, że twój Nazarbajew ci pomoże? Nikt ci nie pomoże! Podpisz szczere przyznanie się i puścimy cię, pojedziesz do domu, do Kazachstanu. A jeśli nie podpiszesz, to będziesz tu siedzieć i nikt cię nigdy nie znajdzie".
Gulbachar niczego nie podpisała. Zdawała sobie sprawę z tego, że w każdym przypadku, czy podpisze dokument, czy nie, pozostanie w obozie. Ale jeśli podpisze, nie będzie już żadnej nadziei na uwolnienie. A tak przynajmniej pozostaje niewielka szansa — niemal niedostrzegalna, ale jednak. Gulbachar nie pomyliła się. Instynkt przetrwania zadziałał, chociaż ręka aż rwała się, by złożyć podpis. Żeby tylko przestali bić i gwałcić.
Plan dnia w obozie jest prosty. O 5.30 wyje syrena oznaczająca początek nowego dnia. Dla tych kobiet, które o tej porze stoją, jest to ulga, ponieważ mogą usiąść na pryczach. Te, które do tej pory spały przez dwie godziny, muszą się obudzić i również usiąść. I tak do wieczora. Siedzieć, patrzeć w jeden punkt, nie rozmawiać. Nie wolno nawet odwracać głowy, bo za to biją. Strażnicy podejrzewają, że odwrócenie głowy może towarzyszyć modlitwie. O 8.00 można się umyć — na jedną więźniarkę przypada dokładnie 60 sekund przy umywalce. Przestrzeganie czasu jest monitorowane przez system kamer. Strażnicy upominają: "nie myślcie, że tylko my was obserwujemy. Obserwują was również w Pekinie!".
Ujgurki, nawet jeśli faktycznie patrzyły w jeden punkt i nie rozmawiały, i tak podejrzewano o potajemne modlitwy. Kilka razy w tygodniu do celi wpadali policjanci, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, i zmuszali wszystkie kobiety do rozebrania się do naga i kilkukrotnego przysiadania. Doświadczone więźniarki wyjaśniły Gulbachar, że w ten sposób szukają sur i ajatów ukrytych w miejscach intymnych.
— O 9 rano przynoszono śniadanie. Pół szklanki wody, kawałek chleba z ciasta drożdżowego i miska zupy, czyli mąki ugotowanej na wodzie. Potem następowała kontrola i raport dyżurnej: liczba osób w celi, kogo wyprowadzono, kogo przyprowadzono. O 12 przynoszono obiad: taką samą zupę, ale czasem pływał w niej ogórek lub kawałeczek kapusty. O 19 to samo. A potem przez dwie godziny trzeba było śpiewać hymny. Nie pozwalano się myć. Wszystkie pokryłyśmy się wrzodami i miałyśmy wszy. Po miesiącu wszystkie kobiety ogolono do gołej skóry. W ciągu dnia tę czy inną kobietę wywoływano z celi. Jeśli po upływie doby dziewczyna wracała, to znaczy, że była na przesłuchaniu. Jeśli nie wracała, to znaczyło, że ją zabili — wspomina Gulbachar Dżaliłowa.
— Pewną kobietę na przesłuchaniu pobito tak, że oszalała. Po powrocie do celi poszła do toalety (mieliśmy toaletę za szklanym przepierzeniem), narysowała sobie kałem na twarzy wąsy i powtarzała: "stałam się mężczyzną!". Potem zabrano ją i nikt jej już nigdy nie widział. W każdej celi jest telewizor. Włącza się go w piątki po obiedzie. Więźniarkom pokazuje się na ekranie piękne obrazki i filmy: a to Xi Jinping spotyka się z ludem, a to pędzą szybkie pociągi, a to wiją się wielopasmowe autostrady z węzłami drogowymi. I różne inne osiągnięcia Komunistycznej Partii Chin. A potem każda dostaje kartkę papieru i ołówek. Strażnicy każą im pisać, co widziały w telewizji — dodaje.
Gulbachar początkowo nie rozumiała, po co ma pisać o Xi Jinpingu, pociągach i drogach. Ale współwięźniarka, która siedziała w obozie już od dawna, szepnęła: "Poczekaj chwilę, napiszę co trzeba i dam ci to przeczytać, a ty napiszesz swój tekst, według tego wzorca". Gulbachar przeczytała i zrozumiała. Trzeba wypisywać takie rzeczy jak: dziękujemy Xi Jinpingowi, dziękujemy Komunistycznej Partii Chin, żyje się nam tu dobrze, jesteśmy żywione i ubierane bezpłatnie, Chiny są najbardziej wolnym krajem. Wszystkie więźniarki pisały to samo w każdy piątek. Na początku Dżaliłowa zapytała współwięźniarkę, czy musi pisać takie rzeczy, skoro jest obywatelką innego państwa i nigdy nie mieszkała w Chinach. Współwięźniarka odpowiedziała: pisz, bo inaczej trafisz do czarnego pokoju. A czarny pokój to najstraszniejsze miejsce. Stamtąd można nie wrócić.
— Pewnego razu jednej z nas zrobiło się słabo i zemdlała — wspomina Gulbachar. — Wołałyśmy o pomoc, prosiłyśmy o lekarza. Ale zanim ktokolwiek przyszedł, jedna z młodych kobiet, miała 25 lat, zaczęła masować zemdlonej ręce. Gdy w końcu pojawili się lekarz i policjanci, zaczęli krzyczeć: "co ty, do diabła robisz? Po co trzymasz ją za ręce? Jesteś lekarzem, żeby robić masaż? Jeśli umrze, to ty będziesz winna!".
I zabrali ją do czarnego pokoju na siedem dni. Nie da się tam wytrzymać dłużej. Wróciła jakaś inna, jakby oszalała. Po dwóch-trzech dniach zaczęła dochodzić do siebie i opowiadać, czego doświadczyła. Czarny pokój, którego wszyscy się boją, to bardzo mały karcer o pomalowanych na czarno ścianach, bez oświetlenia. Nie da się tam ani stać, ani leżeć. W tej norze jest metalowy stolik i metalowe krzesło z otworem w siedzisku. Pod krzesłem znajduje się dziura w podłodze. Więźniarka siada na tym krześle i nie rusza się z miejsca przez cały tydzień. Zupę, chleb i trochę wody podają jej przez okienko w drzwiach. Kiedy się ono otwiera, pojawia się nieco światła. Przez resztę czasu panuje ciemność. I są szczury. Kobiety trafiające do czarnego pokoju nie jedzą chleba — zostawiają go szczurom w nadziei, że zjedzą chleb i nie zaatakują.
Podczas codziennego śpiewania hymnu, gdy kobiety mogły konspiracyjnie porozmawiać, prosiły Gulbachar, by — jeśli uda jej się wyjść z obozu — opowiedziała o wszystkim, co w nim się dzieje. Wśród więźniarek były wykształcone, odnoszące sukcesy kobiety — lekarki, adwokatki, właścicielki dużych firm. Ale wszystkie były obywatelkami Chin. A to oznaczało, że nawet jeśli kiedyś zostaną zwolnione z obozu, będą milczeć, aby nie trafić tam ponownie. A Gulbachar Dżaliłowa jest obywatelką Kazachstanu, co zwiększało jej szanse na uwolnienie i wyjazd tam, gdzie nie dosięgną jej chińskie służby specjalne.
— Przysięgłam dziewczynom, że nie zapomnę o nich i że wszędzie, gdzie będę mogła, zaświadczę, co tam się dzieje. Nie wiedziałam, że mnie uwolnią. 28 sierpnia 2018 r., podczas kolejnej rewizji, kiedy przyszła moja kolejka na rozebranie się, policjanci powiedzieli: "nie, nie trzeba — idziesz na przesłuchanie". Założyli mi kajdanki, worek na głowę i wyprowadzili na ulicę. Myślałam, że skoro wychodzimy na ulicę, to znowu będą mnie gwałcić. Ale wsadzili do samochodu i gdzieś zawieźli. Okazało się, że do szpitala. Tam też były kraty w oknach, kamery, żelazne drzwi. Zrobiono mi różne badania, EKG, USG. Spędziłam tam trzy dni. Codziennie podawali mi po 20 tabletek. Jak się później domyśliłam były to witaminy — mówi Gulbachar.
Po trzech dniach przyjechali policjanci i zdjęli jej kajdany z nóg. Nie udało się ich otworzyć kluczem, zamek się zaciął, trzeba było przepiłować. Gulbachar nie pojmowała, co się dzieje, dopóki nie wyjaśniono jej, że została zwolniona z obozu. Nawet kiedy to usłyszała, w pierwszej chwili nie uwierzyła.
Zawieźli ją, tym razem bez kajdanek i worka na głowie, na posterunek policji, stamtąd do hotelu, gdzie razem z nią zamieszkała policjantka. — Dopóki nie wyślą cię do Kazachstanu, będę tu z tobą — oświadczyła. Przez trzy dni Dżaliłowa nie mogła wyjść z pokoju, potem znowu zawieziono ją na policję. — Jesteś mądrą kobietą, jeśli chcesz kontynuować działalność biznesową, to nie ma przeszkód, dostaniesz wizę. A oto nasze numery telefonów, dzwoń gdyby pojawiły się jakieś problemy. Oczywiście rozumiesz, że nie możesz nikomu mówić o tym, gdzie byłaś? Zapomnij o tym" — usłyszała. Jeden z policjantów bezceremonialnie podsumował sprawę. — Jeśli będziesz rozpowiadać, co się z tobą działo i o miejscu, w którym byłaś, znajdziemy cię i zabijemy — powiedział. Oczywiście nie zwrócono jej rzeczy osobistych, w tym torby z pieniędzmi, z którymi prawie półtora roku temu Gulbachar przyjechała po towar. Dostała tylko paszport i telefon, w którym przywrócono ustawienia fabryczne.
— Policjanci eskortowali mnie do samolotu — opowiada Gulbachar. — Nie miałam żadnych dokumentów potwierdzających, gdzie zniknęłam na półtora roku, żadnych rzeczy osobistych. Wróciłam tylko z paszportem. W domu byłam 20 dni. Myślałam, że będę składać zeznania, zdawać relacje. Ale nikt nawet nie zamierzał mnie o cokolwiek pytać. Dzieci wysłały mnie do Turcji na odpoczynek. Jakiś czas tam zostałam, ale nie czułam się bezpiecznie. Obiecałam dziewczynom, że będę publicznie informować o obozach dla Ujgurów w Sinciangu. Pamiętałam też jednak, że chińska policja groziła mi śmiercią. Ostatecznie przekonałam się, że Turcja nie jest dla mnie bezpieczna, gdy w centrum Stambułu zaczął mnie śledzić samochód. Zwróciłam się do ambasady Francji i otrzymałam status uchodźcy.
Gulbachar mieszka we Francji od 2020 r., ale — jak się okazało — tam również nie jest do końca bezpiecznie. 8 maja 2024 r., zaraz po zakończeniu wizyty Xi Jinpinga, sąsiadka zadzwoniła do Dżaliłowej. — Nie wracaj do domu, przed wejściem stoi duży samochód z Chińczykami, wezwałam policję — powiedziała. Podczas kontroli dokumentów u jednego z podejrzanych o próbę porwania znaleziono legitymację pracownika chińskich służb specjalnych.
Gulbachar zrozumiała wówczas, że nie ma bezpiecznych miejsc, jeśli jest się Ujgurką, która przeżyła obóz w Sinciangu i poświęciła swoje życie, aby mówić publicznie o tym, co się w nim działo.
onet.pl