wtorek, 30 września 2025



- To znaczy?

Grzegorz Onichimowski, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE): Na początku XXI wieku, w odpowiedzi na zagrożenie brakiem mocy, powstały nowe bloki elektrowni węglowych. Miały być jak największe, z jak najwyższą sprawnością, żeby zużywały możliwe najmniej węgla na jednostkę energii. Takie było wtedy założenie. A dziś te najnowsze bloki albo pracują rzadko, albo z minimalną mocą, a przez to wcale nie osiągają wysokiej efektywności.

Okazało się, że w systemie, w którym coraz większą rolę odgrywają odnawialne źródła energii, ważna jest nie wyśrubowana efektywność elektrowni konwencjonalnych, a ich elastyczność. Czyli możliwość regulacji tego, z jaką mocą pracują. Tymczasem elektrownie węglowe kiepsko się do tego nadają ze względu na swoje ograniczenia techniczne.

- Czyli nie są przygotowane do tego, żeby ich pracę uzupełniało OZE?

Nie są przygotowane do tego, że jest odwrotnie. Dziś to wiatraki i fotowoltaika działają "w podstawie" systemu, a elektrownie na węgiel je uzupełniają. Tylko na dachach polskich domów mamy 13 gigawatów mocy w panelach fotowoltaicznych - tyle, co kilka dużych elektrowni. A OZE zawsze będą miały w systemie pierwszeństwo wobec elektrowni konwencjonalnych. Nie ze względu na klimat, ale ekonomię - w ich pracy nie ma kosztu paliwa i uprawnień do emisji, a więc kiedy działają, wygrywają konkurencję z węglem i gazem.

- Ale nie zawsze działają. Zachodzi słońce i ten węgiel musi nadrabiać zapotrzebowanie w szczytowym momencie.

Tę rolę przejmą m.in. magazyny energii. Ich rozwój i spadająca cena wywołają następną rewolucyjną zmianą w energetyce. To widać już w Teksasie i Kalifornii. Bateryjne magazyny będą pojawiać się coraz częściej także w naszych domach. Skorzystają na tym i właściciele, i my jako operator sieci. Żadna elektrownia nie zwiększy generacji tak szybko, jak może to zrobić bateria.

A połączenie paneli fotowoltaicznych z domowymi magazynami energii oznacza, że za jakiś czas gospodarstwa domowe, a nawet niektóre firmy, będą przez dużą część roku prawie samowystarczalne.

- A co, gdy przyjdą dwa listopadowe tygodnie bez słońca, do tego bez wiatru, który zasili wiatraki, a te domy będą potrzebować dużo prądu do ogrzewania i nie tylko?

Na takie okresy musimy budować tak zwane jednostki dyspozycyjne, czyli takie, których praca nie zależy od warunków pogodowych. W dzisiejszych realiach to w zasadzie tylko elektrownie gazowe. Potrzebują importowanego paliwa kopalnego, ale przy pracy na przykład kilka tygodni w roku, jego zużycie i emisje będą bardzo niewielkie.

Mamy narzędzie - rynek mocy - które pozwala płacić firmom energetycznym za postawienie takich elektrowni i utrzymywanie ich w gotowości. To potrzebne, bo z samej sprzedaży energii przez ograniczony czas nie utrzymałyby się.

- Ale na to wszyscy będziemy musieli się zrzucić w rachunkach za prąd.

Są też inne potencjalne źródła, jak wpływy z systemu handlu emisjami. Ale tak - ktoś musi za to zapłacić. Tyle że taki system i tak jest bezpieczniejszy i tańszy od takiego opartego całkowicie o paliwa kopalne.

(...)

- Jak dużym problemem dla energetyki jest prezydenckie weto wobec zmniejszenia odległości stawiania wiatraków od zabudowań do 500 m?

Elektrownie wiatrowe na lądzie są nam po prostu potrzebne. Nie tylko dlatego, że dają najniższą cenę za jednostkę energii, ale też są korzystne z punktu widzenia naszych warunków klimatycznych. Zima jest bardziej wietrzną porą roku, więc wiatraki pracują wtedy więcej niż latem - i jednocześnie wtedy będziemy potrzebować coraz więcej energii wraz z elektryfikacją ciepłownictwa, ale także transportu czy przemysłu.

Jeszcze nie tak dawno wiatraki na lądzie miały moc najwyżej dwóch megawatów, teraz stawia się nawet siedmiomegawatowe. Technologia redukuje też hałas i wpływ na środowisko. Ale jednocześnie takich wiatraków i tak raczej nie stawiano by 500 m od zabudowań. Teraz największym wyzwaniem nie są metry, a lata.

- Lata?

Uzyskanie wszystkich zgód i dokumentów niezbędnych do postawienia wiatraka trwa nawet sześć lat, a powinno trwać sześć miesięcy, może rok. Jeśli tego nie naprawimy, to zawsze będziemy z tyłu.

- Bardzo duże wiatraki stawiamy już teraz na morzu.

Ale te na lądzie mają już podobny poziom sprawności. A są co najmniej dwukrotnie tańsze do zbudowania i wielokrotnie tańsze w utrzymaniu. Oczywiście jeśli są inwestorzy chcący budować wiatraki na morzu na własne ryzyko i konkurować z innymi źródłami na rynku, to świetnie. Ale trzeba przyjrzeć się temu, czy wcześniejsze ambicje zbudowania do 19 gigawatów w wiatrakach na Bałtyku - niektórych wręcz na środku morza – z gwarancją ceny dla inwestora - nie wymagają zweryfikowania.

Patrząc i na aspekt ekonomiczny, i na bezpieczeństwo, i rynek zbytu dla tej energii obawiam się, że wynik będzie niekorzystny. Inwestorzy domagają się gwarancji ceny minimalnej i to dziś jest cena znacznie wyższa niż taka, która dałaby konkurencyjność naszej gospodarce. I dochodzą jeszcze obawy o fizyczne bezpieczeństwo takich budowli i kabli prowadzących na ląd.

(...)

- Mówił pan o zagrożeniach geopolitycznych. System, w którym rozproszone źródła - wiatraki i fotowoltaika - wypierają węgiel, jest bardziej odporny na zewnętrzne ataki?

Są rozproszone, ale też te wiatraki, farmy słoneczne, magazyny energii muszą być połączone z siecią. I te połączenia mogłyby stać się obiektem ataku. Ale zasadniczo zgadzam się z tym, że rozproszony system jest trudniejszy do zniszczenia czy przejęcia. Oczywiście poza fizycznym atakiem jest cały wielki obszar cyberbezpieczeństwa. To jedna z rzeczy, które chcemy wzmocnić proponowanym przez nas  pakietem antyblackoutowym. Inna to uporządkowanie zasad przyłączania do sieci. Z tym mamy bałagan.

- Bałagan?

Potworny. Mamy wydane tak zwane warunki przyłączenia dla w sumie 60 gigawatów projektów OZE i 60 GW magazynów. To cztery razy więcej, niż cały obecny system energetyczny. A w rzeczywistości zrealizowanych będzie z tego może 10 proc.

- Czyli firmy zgłaszają, że chcą zbudować np. farmę słoneczną, otrzymują warunki przyłączenia, ale później tego nie robią?

Czasem tego nie robią, czasem czekają, czasem chcą je sprzedać komuś innemu.

- Czyli PSE nie wiedzą, jakie OZE powstaną, a jakie nie?

Mamy do czynienia z chaosem. To problem choćby ze względu na pieniądze. Na rozbudowę sieci wydajemy bardzo duże pieniądze i naszym obowiązkiem jest upewnienie się, że nie zbudujemy ani metra sieci, który nie jest niezbędny. A takie projekty-zombie grożą zmarnowaniem pieniędzy. Dlatego potrzebujemy nowego systemu dostępu do sieci i to również proponujemy w ramach pakietu antyblackoutowego.

- Skoro nie wiemy, ile czego powstanie, to czy mocy w systemie może nam zabraknąć?

Jeszcze kilka lat temu bardzo realny był scenariusz, że w drugiej połowie lat 20. zabraknie nam tak zwanej mocy dyspozycyjnej, czyli jednostek, które możemy szybko uruchomić w razie potrzeby. Ale dzięki przedłużeniu wspomnianego rynku mocy dla elektrowni węglowych i budowaniu nowych jednostek gazowych udało nam się to ryzyko znacznie zmniejszyć.

- Co zatem wiemy o tym, jak będzie wyglądać nasz system energetyczny za 10 lat?

Tempo zmian w energetyce będzie dużo wyższe, niż większości się wydaje. W połowie lat 30. rola węgla w elektroenergetyce będzie pomijalna. Będziemy mieli jeszcze kilka bloków węglowych, ale one praktycznie nie będą działać, tylko będą trzymane w tak zwanej zimnej rezerwie, do uruchomienia w razie potrzeby. Do dyspozycji będzie kilkanaście, może 20 gigawatów mocy gazowych, a także bardzo dużo OZE - zobaczymy, w jakich proporcjach. Oraz dużo magazynów energii, co najmniej 10 gigawatów w dużych jednostkach i miliony sztuk w domach, z których część uda nam się pewnie wpiąć w systemy zarządzania.

- A energia jądrowa? Pierwszy reaktor ma produkować prąd w 2035 roku, ale te elektrownie wręcz słyną z opóźnień w budowie.

Rzeczywiście nie można wykluczyć jakiegoś opóźnienia. Ale nawet gdyby ta elektrownia została oddana do użytku rok, dwa lata później - nie będzie to wielki problem dla systemu.

- Niektórzy politycy powtarzają, że dopiero energią jądrową zastąpimy węgiel.

To zwyczajnie nie jest prawda. Elektrownia jądrowa może dać nam solidną podstawę niskoemisyjnej energii, ale kiedy powstanie, dużych wolumenów energii z węgla już dawno nie będzie. Ostatnie elektrownie na węgiel będą wtedy tylko w rezerwie.

- Jak te zmiany odbiją się na naszych rachunkach za energię? W 2035 będziemy płacić mniej czy więcej?

Po pierwsze trzeba odróżnić ceny energii od naszych rachunków, bo na nie składają się też inne elementy. Sama energia na pewno będzie tanieć. Wartości na rachunkach też powinny spadać, ale to będzie zależeć od tego, jak dobrze uda nam się zarządzić całym procesem transformacji. Musimy uniknąć budowania niepotrzebnej infrastruktury i to w warunkach, w których nie jesteśmy w stanie do końca przewidzieć kolejnych rewolucji technologicznych.

- Transformacja jeszcze nas zaskoczy?

Gdyby zapytać moich poprzedników zaledwie pięć-sześć lat temu, czy operator dopuszcza znaczącą rolę bateryjnych magazynów energii w systemie - powiedzieliby, że nie ma mowy. Dziś baterie litowo-jonowe tanieją, a sodowo-jonowe mogą być jeszcze wielokrotnie tańsze. I okazuje się, że ich rola będzie gigantyczna. Potencjalnie rozwiążą nam masę problemów, jak zapewnienie krótkoterminowej elastyczności systemu.

gazeta.pl


O duńskiej firmie Orsted było w ostatnich tygodniach głośno po tym, jak szyki popsuł jej Donald Trump. W sierpniu jego administracja nakazała Orsted wstrzymanie budowy farmy Revolution Wind u wybrzeży stanów Rhode Island i Connecticut. Prace tam były już bardzo zaawansowane - zainstalowano 45 z 65 turbin wiatrowych, gotowe było 80 proc. inwestycji. Decyzja o wstrzymaniu załamała giełdowe notowania Orsted, akcje spółki spadły do najniższego poziomu w historii. 

Tymczasem w ostatni poniedziałek sąd federalny w Waszyngtonie wydał wyrok tymczasowo blokujący decyzję administracji prezydenta. W środę Orsted podał, że wznowił prace na projekcie Revolution Wind. Duńska firma razem z partnerem Skyborn Renewables wydali już lub zobowiązali się do zainwestowania w ten projekt około 5 miliardów dolarów. Koszt ewentualnego anulowania inwestycji przekroczyłby miliard dolarów. 

/Odwet za Grenlandię? - red./

gazeta.pl


Jak podliczyła Fundacja Instrat we wrześniowym podsumowaniu stanu polskich kopalni, wydobycie węgla kamiennego energetycznego spadło w naszym kraju o 23 proc. w ciągu ostatnich trzech lat. Jeśli chodzi o wydobycie węgla kamiennego, to tylko w 2024 r. odnotowano spadek do 40,2 mln ton (czyli o 5,5 proc. w stosunku do 2023 r.).

"Koszty wydobycia pozostają wysokie, ceny sprzedaży spadają, rosną zapasy oraz kwoty dofinansowań. (...) Plan zamykania kopalni nie przystaje do prognoz wykorzystania węgla" – podkreślają eksperci Instratu, nie po raz pierwszy zresztą.

Koszt wydobycia rośnie systematycznie od grudnia 2023 r., a w czerwcu 2025 r. wyniósł już prawie dwukrotność ceny referencyjnej (ceny orientacyjnej, maksymalnej – red.).

Instrat zwraca uwagę, na to, jak bardzo przeciwskuteczne jest utrzymywanie wysokich dotacji z budżetu państwa dla górnictwa. Przypomina, że w 2025 r. wydamy na górnictwo z publicznych pieniędzy ok. 9 mld zł. W 2026 r. na ten nierentowny sektor na razie przewidziano ok. 5 mld zł wsparcia, ale ministerstwa energii i aktywów wnioskują o dodatkowe co najmniej 2,5 mld zł, powołując się na zapotrzebowanie spółek sięgające nawet ponad 10 mld zł.

(...)

Od lat eksperci powtarzają, że konieczna jest dywersyfikacja źródeł energii, ale też przesunięcie ciężaru – z przyczyn gospodarczych i ekologicznych – na odnawialne źródła energii. W Polsce sektor OZE rozwija się prężnie, mimo wspomnianej reanimacji górnictwa przez kolejne rządy. Tym prężniej, jeśli spojrzeć, w jak skomplikowanych warunkach prawno-organizacyjnych przychodzi mu działać.

Budowa farmy wiatrowej w Polsce to nie sprint, to maraton - wynika z raportu "W gąszczu procedur. Jak systemowo usprawnić proces wydawania pozwoleń na inwestycje w czystą energię?", przygotowanego przez ekspertki Instytutu Reform: Martę Anczewską, Marię Niewitałę-Rej i Anetę Stefańczyk. Jak wskazują, na komplet pozwoleń czeka się w Polsce nawet siedem lat. Instalacja fotowoltaiczna? Minimum trzy lata. Zamiast energii z wiatru i słońca produkujemy stosy dokumentów, na podstawie zbyt wielu regulacji, w otoczeniu licznych barier.

Problemy dotyczą głównie trzech obszarów, czyli procedur środowiskowych, planistycznych i sieciowych. I jeżeli nie zlikwidujemy tych wąskich gardeł to, niestety, nie będziemy w stanie doprowadzić do tego, żeby energia w Polsce była czysta. Nie spełnimy wystarczająco szybko celów transformacji energetycznej, nie osiągniemy celów na 2030 czy 2050 rok – mówi Maria Niewitała-Rej.

W każdej z tych dziedzin występują systemowe niedociągnięcia – zauważają autorki raportu – od niedoborów kadrowych i braku jednolitej bazy danych środowiskowych po chaotyczne zagospodarowanie przestrzenią i ograniczoną przepustowość sieci energetycznej. "Zbyt długi permitting (proces uzyskiwania pozwolenia – red.), spowalnia budowę czystego, konkurencyjnego przemysłu. Wysokie ceny energii wynikające z dużego udziału paliw kopalnych podnoszą koszty produkcji i ograniczają inwestycje w niskoemisyjne technologie oraz niezbędne modernizacje. Utrudniają także elektryfikację. Dodatkowo zakłady przetwórcze napotykają bariery przy budowie własnych źródeł OZE, które pomogłyby ustabilizować ceny energii. Opóźnienia w tym obszarze uderzają w konkurencyjność polskiej i unijnej gospodarki" – czytamy.

– Jest dużo obszarów do poprawy i do działania. I chociaż pojawiają się propozycje legislacyjne, które mogą procedury wydawania pozwoleń w Polsce skrócić, to niestety mają one często charakter punktowy, doraźny, awaryjny, pomostowy i brakuje systemowego podejścia do problemu – podkreśla Niewitała-Rej.

W raporcie przeczytamy m.in., że kluczowy element procesu inwestycyjnego w sektorze OZE, czyli planowanie przestrzenne, jest naszpikowane problemami: częste nowelizacje ustaw, niski poziom pokrycia obszarów Miejscowymi Planami Zagospodarowania Przestrzennego (MPZP) oraz długotrwałe procedury planistyczne – to punktują ekspertki. Dodatkowym wyzwaniem, jak zauważają, jest reforma z 2023 r., która wprowadziła nowe dokumenty planistyczne i w okresie przejściowym (czyli aż do połowy 2026 r.) komplikuje proces inwestycyjny.

Kolejnym "wąskim gardłem" jest czas trwania procesów pozyskiwania zgód środowiskowych. Co ciekawe, w tym kontekście autorki duży nacisk kładą na braki kadrowe i obciążenie pracą urzędników Generalnej i Regionalnych Dyrekcjach Ochrony Środowiska (GDOŚ i RDOŚ). 

(...)

Jak informuje Piotr Otawski, generalny dyrektor ochrony środowiska, w ubiegłym roku wszystkie dyrekcje łącznie zyskały dodatkowych 46 etatów, lecz to nie rozwiązuje problemu, bo spraw przybywa. – Mamy ponad 140 spraw rocznie na jednego pracownika Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Na szczęście, nie każda z tych spraw to jest decyzja o środowiskowych uwarunkowaniach, bo to już by w ogóle było niemożliwe do przeprowadzenia, ale to pokazuje skalę obciążenia – przyznaje Otawski.

Trzecią barierą – "jeźdźcem apokalipsy", jak nazywają ten problem autorki raportu – jest niska dostępność mocy przyłączeniowych. O tym, że przyłączanie nowych inwestycji jest problemem w całej Polsce, mówią i inwestorzy, i samorządowcy. Przykładowo, w powiecie wieluńskim, o którym pisałam ostatnio w kontekście powstania tam klastra energii, udział linii kablowych SN-15kV wynosi zaledwie 16,2 proc., a linii nN-0,4kV – 20,1 proc. To duże ograniczenie.

Niezwykle istotny jest również czynnik społeczny. "Nawet osoby popierające rozwój OZE mogą sprzeciwiać się budowie instalacji w pobliżu swojego miejsca zamieszkania. Zjawisko to jest określane mianem efektu NIMBY (ang. Not In My Back Yard)" – zauważają analityczki Instytutu Reform.

Obawy mieszkańców dotyczą najczęściej hałasu, wibracji, wpływu na krajobraz czy ograniczenia dostępu do przestrzeni publicznej lub przyrody. Brak akceptacji – jak czytamy – "potęgują kampanie dezinformacyjne, często stymulowane przez przeciwników farm wiatrowych. Opublikowany przez NATO raport oceny skutków zmian klimatu i bezpieczeństwa na rok 2024 wskazał, że grupy powiązane z Federacją Rosyjską aktywnie promują narracje podważające istnienie i znaczenie zmian klimatycznych. Równolegle starają się one osłabiać polityki klimatyczne oraz zniechęcać do inwestycji w odnawialne źródła energii. Rosyjskie media państwowe systematycznie budują atmosferę niepewności wokół globalnego ocieplenia, przedstawiając je jako zjawisko wyolbrzymione, a nawet korzystne".

"Dlatego ważne jest jasne komunikowanie planów i włączenie mieszkańców w podział korzyści płynących z projektu, pewien stopień uspołecznienia inwestycji" – czytamy.

Polskie prawo dopuszcza formy takiego udziału społeczności lokalnych: w ramach klastra czy spółdzielni. Jest też instytucja prosumenta wirtualnego (nie posiada własnej instalacji, ale inwestuje w inne – red.). Przepis jest na razie jednak martwy – piszą ekspertki – ze względu na przedłużające się prace nad wdrożeniem Centralnego Systemu Informacji Rynku Energii (CSIRE).

Rekomendacje z raportu obejmują porządkowanie otoczenia prawnego: przeprowadzenie kompleksowej rewizji ustaw regulujących wydawanie pozwoleń, tak aby przepisy były zebrane w jednym, spójnym akcie prawnym i harmonijnie powiązane z prawem unijnym oraz Polityką Energetyczną Polski do 2040 r.

money.pl


W 2008 r. szef Gazpromu Aleksiej Miller obiecał, że w ciągu 10 lat wartość firmy — przez krótki czas wycenianej wyżej niż Microsoft — osiągnie 1 bln dol. [3 bln 635 mld zł] Obecnie kapitalizacja rynkowa Gazpromu wynosi mniej niż jeden proc. kapitalizacji Microsoftu.

W 2007 r., u szczytu rosyjskiego boomu gospodarczego, kraj ten zajmował drugie miejsce po Stanach Zjednoczonych pod względem liczby miliarderów. Czternastu Rosjan znalazło się w światowej setce najbogatszych, a najbogatszy z nich uplasował się w połowie trzeciej dziesiątki. W 2025 r. pozostało ich tylko sześciu.

Kontrast jest ogromny: 20 lat temu ich łączny majątek był trzykrotnie większy niż fortuna Billa Gatesa. Dzisiaj tych sześciu najbogatszych razem jest wartych trzykrotnie mniej niż Elon Musk. W skali kraju Rosja spadła na piąte miejsce, za Stany Zjednoczone, Chiny, Indie i Niemcy.

(...)

Działalność rosyjskich przedsiębiorców pozostaje niezwykle ograniczona do rynków krajowych lub rynków sąsiednich krajów. Nawet chińscy miliarderzy zbudowali globalne firmy, w tym innowacyjne przedsiębiorstwa takie jak ByteDance, którego TikTok jest wyceniany na prawie 340 mld dol. [1 bln 236 mld zł] — około połowy wartości całego rosyjskiego rynku akcji. Natomiast rosyjskie bogactwo było związane z ropą naftową, handlem detalicznym i nieruchomościami, z których większość została później utracona w wyniku powiązań z Kremlem.

Lokalizacja zapewniła tymczasową ochronę. Podczas gdy zachodnie rządy zamroziły aktywa, Putin nałożył jedynie niewielkie podatki. Jednak pozostawiło to miliarderów narażonych na konfiskatę mienia i kontrolę polityczną. W ciągu ostatnich trzech dekad duże przedsiębiorstwa w Rosji stopniowo traciły wpływy polityczne, pomimo rosnącego bogactwa.

Według doniesień, w latach 20. XX w. wielu czołowych przedsiębiorców było nominalnymi właścicielami aktywów kontrolowanych przez osoby z kręgów Kremla. Ich zmniejszone wpływy były wyraźnie widoczne, gdy porównano frekwencję biznesu podczas inauguracji Putina w 2024 r. z inauguracją Trumpa w 2025 r.

onet.pl


— Mieli całkowitą kontrolę nad Kongresem, a teraz już jej nie mają — powiedział Trump w wywiadzie opublikowanym na początku tego miesiąca w Daily Caller, odnosząc się do Izraela. — Będą musieli zakończyć tę wojnę. Być może wygrywają wojnę, ale nie wygrywają w świecie public relations, a to im szkodzi — dodał.

Trump ma rację w sprawie nadszarpniętej coraz bardziej międzynarodowej reputacji Izraela. W ciągu ostatnich kilku dni Kanada, Wielka Brytania i Australia — jako kolejne już kraje — uznały państwo palestyńskie. Stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem są poddawane większej kontroli niż kiedykolwiek wcześniej — coraz więcej prawodawców, którzy kiedyś starali się przedstawiać siebie jako zagorzałych zwolenników Izraela, staje się wobec niego krytycznych.

Ostatnie działania izraelskiego premiera Binjamina Netanjahu, polegające na rozpoczęciu ofensywy lądowej w mieście Gaza, atakowaniu przywódców Hamasu w Dosze i zaprzeczaniu dowodom powszechnego głodu w oblężonej enklawie, tylko podsycają te nastroje.

Mimo to rzeczywistość jest taka, że przynajmniej na razie niewiele się w Waszyngtonie zmieni. Można się spodziewać, że Kongres nadal będzie zgadzał się na dostawy broni dla Izraela, a administracja Trumpa prawie na pewno poprze nawet najbardziej zuchwałe działania tego kraju lub przynajmniej nie podejmie żadnych działań, by go do nich zniechęcić. (Trump obiecał przywódcom arabskim i muzułmańskim, że nie pozwoli Izraelowi na aneksję Zachodniego Brzegu, choć nie jest jasne, jaką presję wywrze, by to osiągnąć).

Nie będzie to jednak trwało wiecznie. Sondaż opinii publicznej jasno pokazuje, że nadchodzi zmiana pokoleniowa, która gruntownie zmieni politykę Stanów Zjednoczonych wobec Izraela.

Młodzi Amerykanie — zarówno z lewicy, jak i z prawicy, są coraz bardziej sceptyczni wobec bezwarunkowego wsparcia Stanów Zjednoczonych dla Izraela, zwłaszcza w obliczu rosnącej liczby ofiar śmiertelnych w Strefie Gazy i malejących szans na utworzenie państwa palestyńskiego.

Jednocześnie młodzi Izraelczycy skręcają mocno w prawo, stają się bardziej nacjonalistyczni i religijni oraz mniej sympatyzują z Palestyńczykami. A to w nadchodzących latach spowoduje wzrost napięcia w stosunkach między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem. Zderzenie wydaje się nieuniknione.

— Znajdujemy się w punkcie zwrotnym, w którym tradycyjne wartości i argumenty dotyczące bezpieczeństwa, które stanowiły podstawę tych relacji, znalazły się pod ogromną presją. Bez względu na to, co nastąpi dalej, musimy ponownie przeanalizować założenia leżące u podstaw tych relacji — mówi Elisa Ewers, która do niedawna była najwyższą rangą demokratyczną urzędniczką ds. Bliskiego Wschodu w Senackiej Komisji Spraw Zagranicznych. — Martwi mnie rosnąca przepaść w Izraelu, która sprawia, że jeszcze ważniejsze jest, abyśmy mieli przekonującą logikę tych relacji — dodaje.

Wyniki sondażu przeprowadzonego przez Pew Research w marcu, na krótko przed wizytą Netanjahu w USA, przedstawiają sprawę jasno. Wynika z niego, że obecnie ponad połowa dorosłych Amerykanów — dokładnie 53 proc. — ma niekorzystną opinię o Izraelu, a tylko 32 proc. ma zaufanie do jego premiera. Częściej niekorzystne opinie o Izraelu wyrażają Demokraci niż Republikanie — 69 proc. w porównaniu z 37 proc. Wśród tych ostatnich odsetek osób z krytycznym zdaniem wobec Izraela stale jednak rośnie.

Dotyczy to zwłaszcza młodszych republikanów. W ciągu ostatnich trzech lat odsetek republikanów poniżej 50. roku życia, którzy mają negatywne opinie na temat Izraela, wzrósł z 35 proc. do 50 proc.. A aż 71 proc. demokratów poniżej 50. roku życia ma nieprzychylną opinię o Izraelu. Spadek poparcia dla Izraela wśród demokratów, zwłaszcza młodszych, rozpoczął się kilka lat temu, szczególnie po tym, jak Netanjahu zbliżył się do Trumpa podczas jego pierwszej kadencji i wyborów w 2020 r. Sytuację pogorszył fakt, że kolejne rządy Netanjahu przesuwały się coraz bardziej w prawo.

Chociaż Amerykanie z obu partii poparli Izrael bezpośrednio po atakach z 7 października 2023 r., w których Hamas zabił 1200 osób, poparcie to znacznie spadło — izraelska odpowiedź militarna pociagnęła bowiem za sobą śmierć ponad 64 tys. Palestyńczyków. Najbardziej oczywistym przejawem niezadowolenia młodzieży z poparcia Stanów Zjednoczonych dla Izraela były ogólnokrajowe protesty, które wybuchały raz za razem na kampusach. Inspirowała je w dużej mierze lewica, ale nastroje te przeniknęły również na prawicę. Częściowo stało się to pod wpływem Trumpa, który zyskał realne poparcie wśród młodszych wyborców i chętnie wykorzystał niezadowolenie z polityki prezydenta Joego Bidena wobec Izraela.

Curt Mills, dyrektor wykonawczy magazynu "American Conservative", zwraca uwagę na to, że podczas kampanii wyborczej Trump "wykorzystywał obie strony sporu jako broń". Podczas wiecu w kwietniu 2024 r. dołączył do tłumu skandującego "Genocide Joe" (Joe Ludobójca), co pierwotnie było hasłem lewicowym mającym na celu wyrażenie niezadowolenia wobec Bidena. Miesiąc wcześniej, podczas wywiadu dla Foxa, skrytykował Bidena za "miękkość" i wezwał Izrael do "zakończenia problemu" w Strefie Gazy.

Tymczasem zbliża się druga rocznica wojny, a jej końca nie widać. Mill, który wywodzi się z jednej z frakcji w Partii Republikańskiej, skierował niedawno ostre słowa do Trumpa. — Republikanie są teraz za to odpowiedzialni — powiedział. — Duże znaczenie ma kwestia wieku. Znaczna część poparcia dla izraelskiej twardej linii pochodzi od starszych republikanów, starszych republikanów ewangelickich, a niektórzy z nich odeszli, na scenę wkroczyli nowi wyborcy — powiedział.

Gabe Guidarini, przewodniczący Ohio College Republican Federation i student ostatniego roku Uniwersytetu w Dayton, zgadza się z tym. Mówi, że wśród młodszych konserwatystów "panuje przekonanie, że konflikt ten naprawdę nie przynosi korzyści Amerykanom, a nasze zaangażowanie w niego również nie jest dla nich korzystne".

Wielu młodych demokratów ma podobne odczucia. — Jesteśmy świadkami sojuszu, który w dużej mierze jest niesprawiedliwy — mówi Sunjay Muralitharan, przewodniczący College Democrats of America i student nauk politycznych na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego.

W czasie gdy amerykańska opinia publiczna staje się coraz bardziej rozczarowana Izraelem, po drugiej stronie następuje równoległa zmiana — Izraelczycy, zwłaszcza młodzi, skręcają w prawo.

Wielu młodych Izraelczyków, którzy dorastali w czasie drugiej intifady palestyńskiej lub podczas pięciu kolejnych wojen w Strefie Gazy, wykształciło w sobie bardziej jastrzębie stanowisko i mocno koncentruja się na kwestiach bezpieczeństwa. Ludność Izraela staje się również coraz bardziej religijna — według różnych szacunków do 2050 r. prawie 25 proc. Izraelczyków może zostać ultraortodoksami.

Młodsi Izraelczycy nie mają doświadczenia związanego z nadzieją, jaką budziły porozumienia z Oslo [zakładającego wzajemne uznanie Izraela i Organizacji Wyzwolenia Palestyny zawarte w 1993 r. i będące fundament procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie], ani wspomnień z życia w kraju wespół z Palestyńczykami. Niepowodzenie porozumień wynegocjowanych przez Stany Zjednoczone na przestrzeni lat doprowadziło do coraz większego podziału i osłabienia nadziei na powstanie dwóch niezależnych państw, o które od dawna zabiegała społeczność międzynarodowa.

Trauma z 7 października mogła tylko pogłębić pesymistyczne poglądy wielu Izraelczyków, ale przesunięcie w kierunku skrajnej prawicy rozpoczęło się już wcześniej.

W badaniu przeprowadzonym w 2024 r. przez Israel Democracy Institute 58 proc. żydowskich Izraelczyków określiło się mianem prawicowcych. W kwietniu 2019 r. w ten sposób identyfikowało się tylko 46 proc. Przyszłoroczne wybory w Izraelu będą testem dla tej tendencji. Pozycja polityczna Netanjahu się waha, ale jego rząd często utrzymywał się przy władzy dzięki poparciu partii jeszcze bardziej prawicowych.

(...)

Pomimo szybkich zmian w opinii publicznej politycy w Waszyngtonie reagują powoli. Mimo ostrych wypowiedzi Trump nie wywarł presji na Netanjahu, by ten zakończył wojnę w Strefie Gazy. W lipcu Senat przegłosował 72 głosami do 27 zezwolenie na sprzedaż broni do Izraela o wartości 675 mln dol. (2,5 mld zł). Mimo to powoli zaczynają pojawiać się pęknięcia. Głosowanie to było pierwszym w historii przypadkiem, kiedy większość senatorów demokratycznych zagłosowała za zablokowaniem sprzedaży broni Izraelowi — co jest ważnym sygnałem wskazującym kierunek, w którym zmierza partia. W przeszłości takie uchwały nie byłyby nawet poddawane pod głosowanie, nie mówiąc już o uzyskaniu tak dużego poparcia.

Jeszcze do niedawna zarówno republikanie, jak i demokraci widzieli korzyści polityczne w podkreślaniu swojego proizraelskiego nastawienia. To może się zmienić.

— W Waszyngtonie panował ponadpartyjny konsensus, że obie partie w pełni popierają Izrael, że Izrael jest naszym najbliższym sojusznikiem w regionie, że jest to jedyna jasna plama demokracji w trudnym sąsiedztwie i po prostu przyjmowano za pewnik, że Stany Zjednoczone będą dostarczać broń lub wsparcie wojskowe o wartości miliardów dolarów rocznie — mówi Tommy Vietor, były rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego w administracji Obamy, który obecnie prowadzi program "Pod Save the World".

onet.pl


Komisja Europejska w rekordowym tempie zakończyła przegląd prawa ukraińskiego w związku z toczącymi się negocjacjami Ukrainy w sprawie akcesji do UE - powiadomiła w poniedziałek w Użhorodzie unijna komisarka ds. rozszerzenia Marta Kos.

"Właśnie od Zakarpacia (obwód zakarpacki z centrum w Użhorodzie - PAP) rozpoczynam swoją trzydniową wizytę w Ukrainie i bardzo symboliczne jest to, że jestem dziś tutaj - bo właśnie dziś zakończyliśmy proces screeningu ustawodawstwa Ukrainy" - powiedziała Kos na briefingu.

Wyjaśniła, że zespół unijny przeanalizował ponad 100 tys. stron prawa ukraińskiego i porównał je z odpowiednimi przepisami UE. "Zrealizowaliśmy ten proces w mniej niż rok. To szybciej, niż odbywało się to kiedykolwiek wcześniej" - podkreśliła.

"Teraz wiemy, jak mamy iść dalej. Kwestie dotyczące dalszych kroków będziemy omawiać w Kijowie" - dodała komisarka.

Podczas pobytu w Użhorodzie Kos odwiedziła wraz ze swoim zespołem liceum im. Dojko Gabora z językiem węgierskim oraz liceum nr 4, gdzie nauczanie odbywa się po słowacku. Celem wizyty było zapoznanie się z organizacją procesu edukacyjnego, nauczaniem języków i współistnieniem różnych kultur w placówkach oświatowych - napisała państwowa agencja Ukrinform.

Kwestia rozszerzenia UE o kolejne kraje będzie przedmiotem posiedzenia liderów unijnych państw na nieformalnym szczycie w środę w Kopenhadze. Dania będzie gospodarzem takiego spotkania w związku ze sprawowaną w tym półroczu prezydencją.

PAP


Kanclerz Niemiec Friedrich Merz oświadczył w poniedziałek, że "Europa nie jest w stanie wojny, ale już nie w stanie pokoju" z Rosją. Ponownie poparł projekt uruchomienia zamrożonych rosyjskich aktywów w celu wsparcia Ukrainy.

- Pozwólcie, że ujmę to w zdaniu, które na pierwszy rzut oka może być trochę szokujące... nie jesteśmy w stanie wojny, ale już także nie w stanie pokoju z Rosją - powiedział Merz na spotkaniu z mediami w Duesseldorfie.

Wojna Rosji jest "wojną przeciwko naszej demokracji, wojną przeciwko naszej wolności" - dodał Merz. Podkreślił też, że zamiarem Moskwy jest podważenie jedności Unii Europejskiej.

Kanclerz nawiązał do jego wcześniejszego poparcia dla planu UE uruchomienia zamrożonych rosyjskich aktywów w celu sfinansowania ukraińskich wydatków obronnych, mówiąc, że mogłoby to wystarczyć na wsparcie militarne Ukrainy przez trzy do pięciu lat.

Zdaniem kanclerza z upływem czasu kontynuowanie wojny będzie dla Rosji ekonomicznie niemożliwe. 

PAP

poniedziałek, 29 września 2025



Północnokoreański przywódca Kim Ir-sen kalkulował, że sytuacja międzynarodowa była niezwykle sprzyjająca. Licząca ponad pół miliona żołnierzy armia amerykańska pogrążała się w Wietnamie Południowym, który dla prezydenta Lyndona Johnsona miał absolutny priorytet. Od 21 stycznia wojska amerykańskie bronią się w Khe Sanh, nieopodal strefy rozgraniczającej Wietnam Południowy od Północnego, a niebawem 31 stycznia rozpocznie się wielka ofensywa Tet Viet Congu i regularnych wojsk północnowietnamskich. Atmosfera w Korei Południowej pozwala Korei Północnej na wyciągnięcie optymistycznych wniosków, gdyż rządy gen. Parka nie cieszył się popularnością.

I jak się okazało najbardziej zmilitaryzowana strefa zdemilitaryzowana DMZ bynajmniej nie jest nie do sforsowania. Tak zwany Incydent 21 stycznia, bądź nalot na Blue House (Błękitny Dom, nazwa siedziby prezydenta Republiki Korei) zakończył się całkowitym fiaskiem. Dla Korei Południowej a także jej sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi miało to daleko idące pozytywne konsekwencje.

W czerwcu 1957 r. odbyło się kolejne już spotkanie Międzynarodowej Komisji Rozjemowej (Military Armistice Committee, MAC), której skład tworzy pięciu przedstawicieli z Dowództwa Narodów Zjednoczonych (United Nations Command, UNC) oraz taka sama liczba reprezentantów Koreańskiej Armii Ludowej (Korean People’s Army, KPA) i chińskich sił Ludowej Armii Ochotniczej (People’s Volunteer Army, PVA). Znajdujące się pod faktycznym dowództwem amerykańskim UNC oznajmia jednoznacznie, iż nie czuje się związane paragrafem 13b z Porozumienia o zawieszeniu broni z 1953 r. w aspekcie niesprowadzania na Półwysep Koreański nowych rodzajów broni.

Decyzja podyktowana była potrzebą wzmocnienia obrony Korei Południowej związanej z USA traktatem sojuszniczym z 1953 r., w której rządy sprawuje prezydent Rhee Syng-man. Czas jego urzędowania był niezwykle trudny. Targany niepokojami społecznymi na tle gospodarczym i politycznym i bynajmniej nie wolny od wpływów komunistycznych kraj bardzo powoli podnosi się ze zniszczeń wojennych. Ale też i prezydent Rhee nie jest wolny od tendencji autorytarnych. Korea Południowa od czasu obowiązywania w USA strategii zawartej w NSC-68 czyli faktycznie od 1950 r. jest jednym z najważniejszych elementów amerykańskiej strategii powstrzymywania komunizmu w regionie Azji-Pacyfiku. W konsekwencji USA rozmieszczają na terytorium Korei Południowej broń nuklearną, m. in. pociski Honest John, pociski manewrujące Matador oraz działa atomowe. Są to środki prewencyjne mające zapobiec ewentualnej nowej agresji Północy i wydaje się, że adekwatne do zagrożenia. Jednak Korea Północna dostosuje się do nowej sytuacji i zmieni taktykę działania.

W 1967 r. weszło w życie dwustronne porozumienie zawarte między Koreą Południową a Stanami Zjednoczonymi dotyczące statusu amerykańskich sił zbrojnych stacjonujących w Korei tzw. Status of Forces Agreement (SOFA). Nie tylko, że precyzowało ono warunki stacjonowania wojsk amerykańskich na terytorium Korei Południowej, ale było wyraźnym sygnałem ugruntowania amerykańskiej obecności w tym kraju. W latach 1966-1967 ich liczba kształtowała się na poziomie 47-55 tys., i została zwiększona w następnych dwóch latach odpowiednio do 62 i 66 tys.

Zdając sobie sprawę ze znaczenia broni nuklearnej Kim Ir-sen nakazał rozpoczęcie badań w tym kierunku zaraz po podpisaniu zawieszenia broni. Był jednak zdany na własne siły, gdyż ani Związek Sowiecki ani Chiny nie zgodziły się udzielić mu pomocy w tej materii, toteż progres mógł zanotować dopiero na początku lat 70-ch. Dla Korei Północnej decyzja UNC godziła nie tylko w porozumienie o zawieszeniu broni, ale przekształcała Półwysep Koreański w amerykańską strefę atomową i definitywnie niweczyła plany ewentualnej nowej wojny ofensywnej.

Tymczasem Kim Ir-sen podjął decyzję o przesunięciu sił konwencjonalnych bliżej DMZ, co miałoby obniżyć stopień zagrożenia nuklearnego ze strony USA i Korei Południowej. 10 grudnia 1962 r. przedstawił Komitetowi Centralnemu Koreańskiej Partii Robotniczej (Korean Worker’s Party, KWP) nową taktykę polegającą na przejściu na operacje o charakterze nieregularnym, czyli wojnę o niskim natężeniu zakładającą działania partyzanckie, dywersyjne a także propagandowe i agitacyjne zakładając osiągnięcie punktu kulminacyjnego do końca 1967 r. a więc wraz z zakończeniem realizacji Planu Siedmioletniego.

Planom tym sprzyjała sytuacja międzynarodowa jak i w samej Korei Południowej. Od marca 1965 r. trwała eskalacja wojny w Wietnamie Południowym, gdzie Ameryka angażowała coraz większe siły. Korea Północna wspomagała Wietnam Północny od 1966 r. nie tylko finansowo, ale i militarnie, a symboliczny, aczkolwiek istotny z propagandowego punktu widzenia udział północnokoreańskiej eskadry myśliwskiej z zadaniem ochrony strefy powietrznej nad Hanoi miał świadczyć o bliskich relacjach między dwoma komunistycznymi państwami. W tym samym czasie w wojnę w Wietnamie zaangażowała się Korea Południowa wysyłając swój 50-tysięczny kontyngent zbrojny.

Wietnam nie tylko, że ogniskował uwagę ówczesnego świata, ale pozwalał na zastosowanie taktyki wojny o niskim natężeniu na Półwyspie Koreańskim bez poważniejszych konsekwencji, tym bardziej, że Pyongyang pozostawał w przekonaniu, że inicjatywa leży po jego stronie.

Równie sprzyjająca wydawała się sytuacja w Korei Południowej. Park Chung-hae przejął władzę w 1961 r. w wyniku zamachu stanu obalając demokratycznie wybranego prezydenta Yun Bo-seona kończąc tym samym krótki okres demokracji. Wygrana w wyborach prezydenckich 1963 r. zapewniała mu legalizację władzy, a wybory prezydenckie i parlamentarne 1967 r. praktycznie wyeliminowały opozycję. Wdrażane z żelazną konsekwencją, ale i bardzo dotkliwe społecznie reformy gospodarcze wywoływały sprzeciw często wyrażający się w formie gwałtownych protestów i demonstracji. Oburzenie w kręgach liberalnych, ale też i wśród zwykłych obywateli budziła polityka normalizacji relacji z Japonią, z którą podpisano porozumienie o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych w czerwcu 1965 r. Od lutego do czerwca kraj był widownią fali masowych protestów.

Korea Północna była również świadoma, że w Korei Południowej nie istniał żaden plan zwalczania infiltracji i działań wywrotowych, a ewentualne działania odwetowe ze strony Seulu wymagały porozumienia i akceptacji ze strony generała Charlesa Bonesteel, pod którego dowództwem znajdowały się siły UNC oraz United States Forces Korea (USFK), który nie chciał naruszać porozumienia o zawieszeniu broni. Nie oznacza to, by Korea Południowa nie odpowiadała na prowokacje. Były to jednak działania doraźne prowadzone bądź to przez siły zbrojne, policyjne bądź wywiad lub kontrwywiad. Bonesteel zidentyfikował obszary taktyki defensywnej przeciwko północnokoreańskim prowokacjom, która sprowadzała się do wzmocnienia DMZ, ochrony wód terytorialnych oraz przeciwdziałania ewentualnym aktom wojny partyzanckiej w głębi kraju. Wspólnie z prezydentem Park Chung-hae nadał jej ramy strukturalne – Instrukcja prezydencka nr 18, ale dopiero pod koniec 1967 r.

Kim Ir-sen dysponował zatem następującymi argumentami: 1. Priorytet wojny w Wietnamie, który kierował uwagę Stanów Zjednoczonych w stronę Półwyspu Indochińskiego, 2. Niestabilna sytuacja gospodarcza i polityczna w Korei Południowej, 3. Ugruntowanie obecności wojsk amerykańskich w Korei Południowej oraz 4. Nazbyt późne opracowanie Instrukcji prezydenckiej nr 18.

(...)

6 października podczas zjazdu Koreańskiej Partii Robotniczej Kim Ir-sen nakazał przejście do fazy realizacji operacji infiltracyjnych i prowokacji. Była to tak zwana druga wojna koreańska obejmująca czasokres od 1966 do 1969 r. W samych latach poprzedzających Incydent 21 stycznia liczba aktów przemocy w strefie granicznej wzrosła ponad ośmiokrotnie od 42 w 1966 r. do 360 w 1967 r., zanotowano przy tym ponad sto incydentów z użyciem broni automatycznej i małokalibrowej. W ich wyniku śmierć poniosło 63 żołnierzy amerykańskich i południowokoreańskich a 190 osób zostało rannych. Wszystko to było przygrywką do operacji styczniowej w 1968 r.

defence24.pl


Były prokurator generalny, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro został w poniedziałek zatrzymany przez policję w celu doprowadzenia na przesłuchanie przed komisją śledczą ds. Pegasusa. Zatrzymanie odbyło się, gdy tylko polityk wyszedł z samolotu, którym przyleciał z Brukseli do Warszawy.

Ziobro, który ok. godz. 10.30 wylądował na Lotnisku Chopina, został zatrzymany po wyjściu na schody samolotu. Odjechał nieoznakowanym policyjnym radiowozem.

Na poniedziałek na godz. 10.30 zaplanowano przesłuchanie Zbigniewa Ziobry przed komisją śledczą ds. Pegasusa. Sąd wyraził zgodę na doprowadzenie polityka na posiedzenie komisji. To dziewiąta próba przesłuchania Ziobry. Policjanci realizujący nakaz doprowadzenia nie zatrzymali go w poniedziałek w jego domu w Jeruzalu (woj. łódzkie). Ziobro przyleciał do Warszawy z Brukseli. Jego zdaniem, komisja jest nielegalna.

PAP


Według polskiego ministra obecna wojna najprawdopodobniej zakończy się tak jak I wojna światowa. - Jedna albo druga strona wyczerpie zapasy (potrzebne) do jej kontynuowania - dodał.

Podkreślił, że Putin rozpoczął wojnę, kierując się bardzo optymistycznymi założeniami. - Myślał, że w Kijowie dojdzie do przewrotu, że zajmie to trzy dni, że Ukraińcy przyjmą ich z otwartymi ramionami, bo są tylko zagubionymi Rosjanami. Wszystkie te założenia okazały się błędne. Więc jest pogrążony w wojnie, która niszczy rosyjską przyszłość, która już spowodowała milion zabitych i rannych - powiedział Sikorski.

Według niego Putin nie może przyznać się do błędu przed samym sobą ani przed Rosjanami.

- Takie kolonialne wojny zazwyczaj trwają około dziesięciu lat. Kończą się tylko wtedy, gdy agresor uznaje, że nie może wygrać. I zazwyczaj kończy je strona, która ich nie zaczynała - kontynuował wicepremier.

Przypomniał, że Rosja przegrała wiele wojen, a wszystkie je łączy to, że dopiero po ich zakończeniu w Rosji zaszły reformy. - Więc przegrana Rosji w tej wojnie byłaby dobra nie tylko dla Ukrainy i Europy, ale też dla Rosji - ocenił Sikorski.

PAP


Wiceprezydent USA J.D. Vance potwierdził w niedzielę, że Stany Zjednoczone rozważają sprzedaż pocisków Tomahawk Ukrainie. W wywiadzie dla Fox News stwierdził też, że Rosja musi się "obudzić" i dostrzec, że jej ofensywa utknęła. Wiceprezydent mówił również o możliwym porozumieniu pokojowym w Gazie.

Vance potwierdził wcześniejsze doniesienia prasy oraz słowa prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który powiedział, że poprosił Trumpa o sprzedaż Tomahawków, na co otrzymał odpowiedź "popracujemy nad tym".

- Tak jak powiedział prezydent, przyglądamy się temu. Z pewnością przyglądamy się szeregowi wniosków od Europejczyków - powiedział Vance w niedzielnym wywiadzie dla Fox News. Zaznaczył, że ostateczną decyzję w sprawie podejmie sam prezydent, kierując się interesem Stanów Zjednoczonych.

- Pozwolę, by prezydent o tym mówił, ale wiem, że prowadzimy o tym rozmowy dosłownie w tej minucie - dodał wiceprezydent.

Pytany o zwrot w retoryce Trumpa i jego stwierdzenie, że Ukraina może odzyskać swoje ziemie okupowane przez Rosję, Vance stwierdził, że wynika to ze zmieniających się realiów na polu bitwy.

- Jedną z rzeczy, które naprawdę podziwiam w podejściu prezydenta do całego tego konfliktu, i szczerze mówiąc, wszystkich wysiłków dyplomatycznych administracji, jest to, że jest ono bardzo mocno osadzone w rzeczywistości - powiedział polityk. - A to, co dzieje się teraz, jak to określił prezydent, to fakt, że Rosja jest w impasie. Zabijają mnóstwo ludzi. Sami tracą mnóstwo ludzi i nie mają zbyt wielu korzyści terytorialnych. Prezydent więc przygląda się sytuacji. Mówi: spójrzcie, rosyjska gospodarka jest w ruinie. Rosjanie niewiele zyskują na polu bitwy. Najwyraźniej nadszedł czas, aby wysłuchali jego żarliwej prośby, aby zasiedli do stołu i poważnie porozmawiali o pokoju - dodał.

Vance zaznaczył, że Rosjanie "muszą się obudzić i zaakceptować rzeczywistość", że ich ataki nie przynoszą żadnych skutków.

Podczas wywiadu z Fox News Vance odniósł się również do zapowiedzi Trumpa dotyczących rychłego zawarcia porozumienia pokojowego w Strefie Gazy. Wiceprezydent wyraził optymizm, choć stwierdził, że wciąż możliwe jest wykolejenie się rozmów na ostatniej prostej. Vance stwierdził, że celem USA jest uwolnienie zakładników Hamasu, wyeliminowanie Hamasu jako zagrożenia dla Izraela i umożliwienie dotarcia pomocy humanitarnej dla Palestyńczyków. Stwierdził też, że prezydent chce, by Strefa Gazy i Zachodni Brzeg Jordanu były zarządzane przez Palestyńczyków.

Sam Trump, który już w piątek sugerował, że porozumienie zostało osiągnięte, w niedzielę dodatkowo podsycał nadzieję na przełom.

"Mamy realną szansę na WIELKOŚĆ NA BLISKIM WSCHODZIE. WSZYSCY SIĘ ZGADZAJĄ, BY ZROBIĆ COŚ WYJĄTKOWEGO, PO RAZ PIERWSZY W HISTORII. ZROBIMY TO!!!" - napisał prezydent na swoim portalu społecznościowym Truth Social. W poniedziałek Trump spotka się z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu.

PAP


Dziennik "Washington Post" ocenił, że 21-punktowy plan pokojowy dla Strefy Gazy przedstawiony przez prezydenta USA Donalda Trumpa otwiera "drogę do utworzenia państwa palestyńskiego". Zakłada on m.in. zawieszenie broni i uwolnienie żyjących zakładników w ciągu 48 godzin.

Zgodnie z dokumentem, którego kopię zdobył waszyngtoński dziennik, projekt zakłada zniszczenie ofensywnego arsenału Hamasu, amnestię dla bojowników akceptujących pokojowe współistnienie oraz zapewnienie bezpiecznego przejścia dla tych, którzy zdecydują się na wygnanie.

Izrael miałby uwolnić 250 więźniów skazanych na dożywocie oraz 1700 mieszkańców Strefy Gazy zatrzymanych po 7 października 2023 roku, a także przekazać szczątki 15 zmarłych mieszkańców Strefy Gazy w zamian za każde zwrócone szczątki izraelskiego zakładnika. Pomoc humanitarna miałaby natychmiast napłynąć do Strefy Gazy, choć dokument nie precyzuje, kto realizowałby i finansował te działania.

Władzę w Strefie Gazy sprawowaliby tymczasowo "wykwalifikowani Palestyńczycy i eksperci międzynarodowi", nadzorowani przez nowy organ międzynarodowy, podczas gdy Autonomia Palestyńska przechodziłaby proces reform w celu ostatecznego przejęcia nad nią kontroli.

USA "będą również współpracować z partnerami arabskimi i międzynarodowymi w celu utworzenia tymczasowych Międzynarodowych Sił Stabilizacyjnych, które będą natychmiast rozmieszczane i nadzorować bezpieczeństwo w Strefie Gazy", podczas gdy siły palestyńskie będą szkolone. Siły Obronne Izraela będą "stopniowo przekazywać okupowane terytorium Strefy Gazy" - stwierdza dokument. Ostatecznie Izraelczycy całkowicie się wycofają, z wyjątkiem nieokreślonej "obecności perymetrycznej".

Plan zapewnia, że żaden mieszkaniec Strefy Gazy nie zostanie zmuszony do jej opuszczenia, a ci, którzy to zrobią, będą mogli powrócić. Dokument zawiera również zobowiązanie Izraela do nieokupowania ani nieanektowania Strefy Gazy oraz do zaprzestania ataków na Katar, uznając jego rolę jako mediatora.

"Washington Post" przypomina, że ani Izrael, ani Hamas nie zaakceptowały jeszcze liczącego nieco ponad trzy strony planu, który amerykańscy urzędnicy przedstawili ostatnio rządom regionu i państw sojuszniczych podczas spotkań na wysokim szczeblu w Organizacji Narodów Zjednoczonych.

W nawiązaniu do nowej propozycji, prezydent Trump ocenił: "Być może mamy porozumienie w sprawie Strefy Gazy. Jesteśmy bardzo blisko… Myślę, że to porozumienie pozwoli nam odzyskać zakładników. To będzie porozumienie, które zakończy wojnę".

Dokument ostrożnie stwierdza, że po przeprowadzeniu wszystkich przewidzianych reform rozwojowych i politycznych "w końcu powstaną warunki dla wiarygodnej ścieżki do państwowości palestyńskiej, którą uznajemy za aspirację narodu palestyńskiego". Stany Zjednoczone "nawiążą dialog między Izraelem a Palestyńczykami, aby uzgodnić horyzont polityczny umożliwiający pokojowe i dostatnie współistnienie".

PAP

niedziela, 28 września 2025



Amerykańska agencja prasowa Bloomberg poinformowała, że w tym tygodniu w Moskwie odbyło się nieoficjalne spotkanie z udziałem brytyjskich, francuskich i niemieckich dyplomatów. Mieli oni przekazać przedstawicielom Kremla, że NATO jest gotowe "zareagować z pełną siłą", jeśli rosyjskie samoloty nadal będą naruszać przestrzeń powietrzną państw Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jak podkreślono, europejscy dyplomaci zaznaczyli, że NATO może w takich przypadkach zestrzeliwać rosyjskie samoloty. Bloomberg dostał informacje o spotkaniu od urzędników zaznajomionych ze sprawą.

Jak ustaliła amerykańska agencja informacyjna, podczas rozmów w Moskwie rosyjski dyplomata powiedział Europejczykom, że incydenty związane z naruszeniem przestrzeni powietrznej NATO były odpowiedzią Rosji na ukraińskie ataki na Krymie. Kreml twierdzi, że operacje te nie byłyby możliwe bez wsparcia NATO, co zdaniem rosyjskich władz oznacza zaangażowanie Sojuszu Północnoatlantyckiego w konfrontację z Rosją.

W piątek 26 września doniesienia Bloomberga skomentował Dmitrij Pieskow. Rzecznik Kremla został zapytany przez dziennikarzy, jak Rosja zareagowałaby na zestrzelenie rosyjskiego samolotu przez państwo należące do NATO. - Wiecie, nawet nie chcę o tym rozmawiać. To bardzo nieodpowiedzialne stwierdzenie - powiedział Pieskow, odnosząc się do deklaracji o możliwości zestrzeliwania rosyjskich samolotów. - To bardzo nieodpowiedzialne, ponieważ oskarżenia pod adresem Rosji, że jej samoloty wojskowe naruszyły czyjąś przestrzeń powietrzną i wtargnęły na czyjeś niebo, są bezpodstawne. Nie przedstawiono żadnych przekonujących dowodów - dodał.

W czwartek 25 września szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow uczestniczył w spotkaniu ministrów spraw zagranicznych państw G20 w Nowym Jorku. Ławrow skrytykował postawę Zachodu wobec wojny w Ukrainie. - NATO i Unia Europejska za pośrednictwem Ukrainy wypowiedziały mojemu krajowi prawdziwą wojnę i są w nią bezpośrednio zaangażowane - stwierdził rosyjski minister spraw zagranicznych.

gazeta.pl


Donald Trump nakazał wysłanie wojsk federalnych do Portland. W mediach społecznościowych napisał, że decyzja ma związek z bezpieczeństwem miasta i obejmuje zgodę na użycie pełnej siły, jeśli zajdzie taka potrzeba. Amerykański przywódca przekazał, że działa na prośbę sekretarzyni bezpieczeństwa wewnętrznego Kristi Noem. Wojsko ma chronić Portland oraz federalne placówki imigracyjne przed - jak określił prezydent USA - atakami Antify i innych "krajowych terrorystów". Nie jest jasne, na jakiej podstawie prawnej mogłoby dojść do takiej operacji. Amerykańskie prawo ogranicza prezydentowi możliwość używania wojsk federalnych do egzekwowania prawa stanowego.

Gubernatorka stanu Oregon wyraziła sprzeciw przeciwko tej decyzji. Tina Kotek, jadąc do Portland, odbyła siedmiominutową rozmowę telefoniczną z Donaldem Trumpem, w czasie której próbowała przekonać go, aby nie wysyłał wojsko do miasta. Polityczka podkreślała, że "nie ma żadnych zamieszek", a lokalne władze są w stanie samodzielnie zapewnić bezpieczeństwo. - Nie ma potrzeby, aby wojsko stacjonowało w naszym mieście. Żołnierze powinni być zaangażowani w rzeczywiste sytuacje kryzysowe - powiedziała gubernatorka. - Jasno się wyraziłam. Nie potrzebujemy pomocy. Proszę, nie wysyłajcie wojsk - dodała.

Decyzja Donalda Trumpa wpisuje się w jego nasilającą się kampanię przeciwko - jak mówi - "radykalnej lewicy". Po zabójstwie konserwatywnego aktywisty Charliego Kirka prezydent zaostrzył retorykę wobec politycznych przeciwników (choć nie ma żadnych dowodów na związki zabójcy z lewicą, wręcz przeciwnie, najprawdopodobniej był skrajnym nacjonalistą i uważał Kirka za "udawanego konserwatystę", pochodzi też z rodziny o konserwatywnych poglądach). Wcześniej określił życie w Portland jako "życie w piekle", a samo miasto jako "spustoszałe wojną" i zapowiadał możliwość interwencji także w innych miastach, w tym Chicago i Baltimore.

gazeta.pl


Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosił 27 września, że Izrael dostarczył Ukrainie system Patriot w sierpniu 2025 r., a Ukraina otrzyma dwa systemy obrony powietrznej Patriot jesienią 2025 r.

Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji (MSZ) Maria Zacharowa absurdalnie oskarżyła Ukrainę 26 września o wtargnięcie rosyjskich dronów na Polskę w dniach 9-10 września i wtargnięcie rosyjskich dronów na Rumunię 13 września. Zacharowa w dalszym ciągu zaprzeczała udziałowi Rosji w najazdach dronów na Polskę i Rumunię oraz twierdziła, że Ukraina jest odpowiedzialna i organizowała najazdy, aby wrobić Rosję i sprowokować wojnę między NATO a Rosją. Zacharowa twierdziła, że trzecia wojna światowa wybuchnie w najbliższym czasie, jeśli ktoś potwierdzi rzekomy udział Ukrainy w operacjach pod fałszywą flagą w Rumunii i Polsce. Władze polskie i rumuńskie zidentyfikowały wcześniej drony, które naruszyły ich przestrzenie powietrzne, jako rosyjskie.

Europejscy urzędnicy nadal zgłaszają niezidentyfikowane drony działające w przestrzeni powietrznej NATO. Duńskie Ministerstwo Obrony (MON) poinformowało 27 września, że Duńskie Dowództwo Obrony obserwowało drony w pobliżu wielu duńskich obiektów wojskowych, w tym bazy lotniczej Skrydstrup i koszar Jutlandzkiego Pułku Dragonów w Holstebro. Wileńska Służba Bezpieczeństwa Publicznego poinformowała 26 września, że trzy niezidentyfikowane drony dwukrotnie zakłóciły loty na lotnisku w Wilnie po południu 26 września. Fiński outlet Yle poinformował 27 września, że nieznany podmiot pilotował drona nad elektrownią Valajaskoski w Rovaniemi w Laponii w północnej Finlandii.

(...)

Rzecznik ukraińskiego 11. Korpusu Armii (AC) Dmytro Zaporożec poinformował, że siły rosyjskie kontynuują ataki w rejonie lasu Serebryanske (na północ od Siwierska) i przepływają przez rzekę Siwierski Doniec, aby zaatakować w kierunku Serebryanki. Zaporożec stwierdził, że siły rosyjskie próbują zdobyć przyczółek na obrzeżach Siwierska przed nadejściem błotnistego sezonu jesiennego 2025. Zaporożec dodał, że siły rosyjskie wykorzystują ukrycie, jakie zapewniają liście lasu Serebryanske, do infiltracji pozycji ukraińskich w małych grupach liczących od jednego do dwóch piechurów. Zaporożec poinformował, że siły ukraińskie niszczą wszelkie siły rosyjskie, które czasami docierają do przedmieść Siwierska.

understandingwar.org


"Gigantyczne rus kotły" w rejonie Dobropola część II. Najnowsze komentarze ukr wojskowych.

Dzisiaj mamy na X kolejna falę wpisów informujących o różnej wielkości i kształtu "kotłach", w których znajdować się mają rzekomo tysiące rus żołnierze w rejonie Dobropola. Przypominam że ględzenie o tych kotłach trwa już 3 tydzień i nic z tego nie wynika za wyjątkiem wpisów na twiterze. Jest to wyolbrzymione przez tutejsze konta propagandowe, wojskowi ukr pozostają wstrzemięźliwi. Przykładowo gen Syrski zapytany dzisiaj przez dziennikarzy o sytuacje na froncie, nie wspomniał ani słowem o żadnych kotłach w rejonie Dobropola. 

"Jeśli chodzi o ogólną sytuację na froncie, pozostaje ona skomplikowana. Przeciwnik kontynuuje natarcie na głównych kierunkach, w szczególności pokrowskim i dobropolskim. Napięta sytuacja utrzymuje się również na kierunkach łymańskim i nowopawliwskim. Na innych kierunkach sytuacja charakteryzuje się działaniami bojowymi o niskiej intensywności. Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja jest pod naszą kontrolą. Ostatnio mamy pewne sukcesy. "

Według danych przekazanych przez gen. Syrskiego, obecnie średnio codziennie dochodzi od 160 do 190 starć bojowych i około 15-20 akcji szturmowych ze strony ZSU. Rus mają używać obecnie także dwa razy więcej pocisków artyleryjskich od strony ukr. Syrski potwierdził info że rus zgrupowanie piechoty morskiej przerzucone z obw. sumskiego walczy obecnie w rejonie Dobropola.

 "Kontynuujemy taktykę aktywnych działań kontrofensywnych, aktywnej obrony. Pozwala nam to po pierwsze nie oddawać inicjatywy wrogowi. A także manewrować siłami i środkami, koncentrując główne wysiłki na problematycznych kierunkach."

Źródło: ukrinform.ua

Kilka dni temu dziennikarze tv Espresso przeprowadzili wywiad z sierżantem W. Piaseckim z 93 BZ. Powiedział on że brygada prowadzi obecnie wyłącznie działania obronne. Jej pas odpowiedzialności to obecnie rejon Rusyn Jaru, gdzie prawdopodobnie pod koniec sierpnia 2025 r. zastąpiła broniącą dotąd tego rejonu 44 BZ.

"Obecnie brygada nie prowadzi działań kontrofensywnych – prowadzimy walki obronne z jednostką Federacji Rosyjskiej, która odznaczyła się naruszeniami zasad prowadzenia wojny i zbrodniami wojennymi [chodzi o 155 Brygadę Piechoty Morskiej - przyp moje]. Kiedy dowiedzieliśmy się, że wejdzie ona w pas odpowiedzialności naszej brygady, przygotowywaliśmy się do odparcia zakrojonych na szeroką skalę szturmów z udziałem dużej ilości sprzętu pancernego. Jednak, jak pokazała praktyka ostatnich kilku tygodni, wróg jest również w pewnym stopniu wykrwawiony.Ponadto wróg ma problemy z zaopatrzeniem w broń i amunicję.Mimo to, działania szturmowe trwają – okupanci prowadzą je z udziałem małych grup piechoty. A liczba takich grup wzrosła"

x.com/Thorkill65

Według RFU News ukraińska kontrofensywa w okolicach Pokrowska doprowadziła do zamknięcia w okrążeniu kolejnego zgrupowania rosyjskich wojsk. Utworzony w ten sposób „kocioł” jest większy niż dwa pozostałe razem wzięte, które powstały w poprzednich działaniach ponad trzy tygodnie temu. Okrążeni tam rosyjscy żołnierze zostali w ten sposób skazani na zagładę, nie mając już żadnych szans na ewakuację lub uzupełnienie zapasów. Ci, którzy mieli im tę pomoc dostarczyć, sami zostali bowiem otoczeni i teraz to do nich w pierwszej kolejności próbują się przebić rosyjskie wojska.

Sprawa jest o tyle beznadziejna, że Ukraińcy po otoczeniu Rosjan starają się ich nie atakować bezpośrednio, by nie tracić ludzi, a jedynie nękają ich za pomocą dronów i artylerii. W ten sposób rosyjscy żołnierze nie mogą się w ogóle poruszać poza ukryciami i są pod ciągłą presją. Odległość i ukraińskie przeciwdziałanie utrudniają także przedarcie się do terenu walk rosyjskim dronom. W ten sposób Ukraińcy mają łatwiejszą sytuację, organizując swoistą ofensywę systemów bezzałogowych.

Ukraińscy operatorzy dronów stali się tak skuteczni, że większość rosyjskich ataków kończy się jeszcze przed dotarciem do pozycji zajętych przez Ukraińców. Dzięki dronom udało się odciąć również linie logistyczne, pozbawiając walczących Rosjan potrzebnego zaopatrzenia. Dzięki takiej taktyce cała operacja, prowadzona przede wszystkim przez 1. Korpus „Azow”, może być realizowana praktycznie bez spektakularnych ataków dużych grup pojazdów opancerzonych.

Pomimo tego Ukraińcom udało się odzyskać miejscowość Pankiwka, przecinając rosyjskie zgrupowania z północy na południe. Reakcja Rosjan była nie tylko spóźniona, ale również nieskuteczna. Ukraińscy operatorzy za pomocą dronów atakowali bowiem nie tylko pojazdy, ale również pojedynczych rosyjskich żołnierzy w dużej odległości od linii styku wojsk. Otoczeni w trzech „kotłach” Rosjanie mają więc pełną świadomość, że nie tylko nie otrzymają uzupełnienia, ale dodatkowo zostali pozbawieni drogi ucieczki. Ukraińskie drony dominują bowiem w powietrzu i natychmiast reagują na każdy ruch. /Oszarowo i czasowo, ale nie na stałe - red./

defence24.pl


– 92 drony leciały w kierunku Polski. Zestrzeliliśmy wszystkie. 19 dotarło do nich. Zestrzeliliśmy je oczywiście na terytorium Ukrainy. Można powiedzieć, że leciały w naszym kierunku – powiedział Wołodymyr Zełenski. – Widzimy kierunek i – jak to się mówi – choreografię tego lotu. Dlatego uważamy, że leciały 92 drony. Zestrzeliliśmy wszystkie. 19 – naszym zdaniem – dotarło do nich. Cztery zostały zestrzelone przez Polaków. Nie porównuję naszych sił. My jesteśmy w stanie wojny, oni nie – dodał, zaznaczając, że „Ukraina jest gotowa podzielić się swoim doświadczeniem w odpieraniu takich ataków”. 

/Lepiej by milczał w tym temacie - a tak służy to tylko narracjom rosyjskim, że reagowaliśmy, my Polacy, żle, słabo, szkoda zachodu, itd. - red./

rp.pl


Na lotnisku Schiphol w Amsterdamie przez 45 minut wstrzymano ruch na pasie Polderbaan po zgłoszeniach o dronie zauważonym w pobliżu samolotów. Maszyna i jej operator nie zostali odnalezieni, poinformował nadawca publiczny NOS.

Jak poinformowała Królewska Żandarmeria Wojskowa (Koninklijke Marechaussee), około godziny 12:10 kilka załóg przekazało kontrolerom ruchu lotniczego informacje o urządzeniu lecącym na wysokości około 150 metrów.

Na jednej z internetowych transmisji na żywo słychać, jak kapitan samolotu linii Transavia zgłasza, że dron znajdował się zaledwie 50 metrów od jego maszyny.

Na miejsce skierowano kilka jednostek poszukiwawczych, w tym śmigłowiec policyjny, jednak ani dron, ani jego operator nie zostali odnalezieni. Według Marechaussee prawdopodobnie była to jedna osoba. Rzecznik podkreślił, że przypadki wstrzymania ruchu na pasie startowym z powodu drona są "dość rzadkie".

Na czas zamknięcia Polderbaan ruch lotniczy został przekierowany na sąsiedni pas Zwanenburgbaan. Około godziny 13:00 wznowiono normalne operacje.

W pobliżu Schiphol, podobnie jak nad innymi holenderskimi lotniskami, obowiązuje całkowity zakaz używania dronów ze względu na ryzyko dla bezpieczeństwa lotów. Od początku roku zgłoszono już 22 przypadki podejrzeń obecności dronów w rejonie portów lotniczych.

Do podobnych incydentów doszło w ostatnich dniach w Danii i Norwegii, gdzie czasowo zamknięto tamtejsze lotniska. Rząd duński określił sytuację jako "atak" i "zamach" na stołeczny port lotniczy.

PAP


W piątek Sąd Najwyższy zezwolił administracji Donalda Trumpa na wstrzymanie 4 miliardów dolarów pomocy zagranicznej, zatwierdzonej przez Kongres. Zostawił prezydentowi szerokie pole manewru w polityce zagranicznej.

"New York Times" zwrócił uwagę, że konserwatywna większość sędziów orzekła, że elastyczność prezydenta w polityce zagranicznej przeważa nad "potencjalnymi szkodami" dla beneficjentów pomocy. Decyzja ma charakter tymczasowy, dopóki toczy się postępowanie sądowe, ale w rzeczywistości zamraża fundusze.

Orzeczenie piątkowe stanowi ważny krok w staraniach Trumpa o zakwestionowanie kontroli Kongresu nad wydatkami rządowymi. Fundusze przeznaczono na bezpieczeństwo żywnościowe, rozwój handlu i pomoc humanitarną, w tym wsparcie dla ofiar tortur.

Dwie organizacje non-profit, AIDS Vaccine Advocacy Coalition i Global Health Council, wniosły pozew, argumentując, że zamrożenie funduszy narusza Konstytucję.

Sędzia Elena Kagan, a także Sonia Sotomayor i Ketanji Brown Jackson, wyrazili sprzeciw. Uznali, że "Stawka jest wysoka: chodzi o podział władzy między władzą wykonawczą a Kongresem".

- Ten wynik jeszcze bardziej podważa zasadę podziału władzy - ocenił Nicolas Sansone z organizacji non-profit Public Citizen Litigation Group. Dodał, że decyzja ta będzie miała "poważne konsekwencje humanitarne".

Trump wstrzymał finansowanie rozporządzeniem wykonawczym wydanym pierwszego dnia po objęciu urzędu w Białym Domu w drugiej kadencji. Chce dostosować pomoc do celów swej polityki zagranicznej.

- Sąd Najwyższy, z konserwatywną większością sześciu sędziów, wielokrotnie przychylał się do wniosków prezydenta o pomoc w nagłych wypadkach. Chociaż zarządzenia te mają formalnie charakter tymczasowy, miały daleko idące konsekwencje, pozwalając administracji na zniesienie ochrony setek tysięcy migrantów, zwolnienie niezależnych regulatorów rządowych i usunięcie osób transpłciowych z armii - podkreślił nowojorski dziennik.

PAP

sobota, 27 września 2025



Dowództwo Powietrzne NATO poinformowało 25 września, że w odpowiedzi na jeden rosyjski myśliwiec Su-30, jeden myśliwiec Su-35 i trzy myśliwce przechwytujące MiG-31, które przeleciały w pobliżu łotewskiej przestrzeni powietrznej, ale nie weszły do niej. Władze niemieckie zidentyfikowały kilka nieznanych dronów lecących w pobliżu granicy z Danią w północnoniemieckim kraju związkowym Szlezwik-Holsztyn w nocy z 25 na 26 września. Minister spraw wewnętrznych Szlezwiku-Holsztynu Sabine Sütterlin-Waack oświadczyła, że władze niemieckie prowadzą dochodzenie w sprawie najazdu, ponieważ pochodzenie dronów pozostaje niejasne. AFP poinformowało 25 września, powołując się na delegację francuskiego Departamentu Wojskowego, że niezidentyfikowane drony przeleciały nad bazą wojskową Murmelon-le-Grand w Marnie we Francji, zauważyło jednak, że obecnie nie ma dowodów na zaangażowanie zagraniczne. Duńska policja krajowa poinformowała 25 września, że na krótko zamknęła lotnisko w Aalborgu na północnym krańcu duńskiej wyspy Zelandia z którego korzysta również duńskie wojsko ze względu na niezidentyfikowaną aktywność dronów. Dyrektor generalny duńskiej służby wywiadu bezpieczeństwa Finn Borch Andersen oświadczył 25 września, że Dania nie może jeszcze wskazać konkretnego podmiotu odpowiedzialnego za działalność dronów, ale incydenty te przypominają model wojny hybrydowej obserwowany w innych częściach Europy i że Dania ocenia wysokie ryzyko rosyjskiego sabotażu w Danii. Władze szwedzkie potwierdziły 25 września wielokrotne obserwacje dronów w pobliżu szwedzkiej bazy morskiej w Karlstronie w Szwecji. Urzędnicy europejscy nie oskarżali bezpośrednio Rosji o naruszenie europejskiej przestrzeni powietrznej w tych konkretnych przypadkach — ale niedawny wzrost wrogiej aktywności dronów, podczas gdy Rosja kontynuuje najazdy powietrzne, a postawa wobec państw NATO jest godna uwagi i zdecydowanie sugeruje, że za niezidentyfikowanymi incydentami dronów stoi także Rosja. ISW w dalszym ciągu ocenia, że Rosja prowadzi kampanię mającą na celu przetestowanie obrony powietrznej NATO i woli politycznej w ramach szerszych wysiłków mających na celu zebranie przydatnych informacji wywiadowczych, które Rosja może następnie zastosować w potencjalnym przyszłym konflikcie przeciwko NATO.

(...)

Ukraiński oficer działający w kierunku Kupiańska poinformował, że siły rosyjskie przedostające się do Kupiańska unikają strzelanin z żołnierzami ukraińskimi, zamiast tego starają się zająć pozycje w wielopiętrowych budynkach, w których nadal przebywają cywile, aby chronić się przed ukraińskimi atakami.

understandingwar.org


- Zacznę od tej sceny, kiedy to w nocy z 9 na 10 września do Polski wleciało co najmniej 21 dronów, a zestrzelono pięć. Jak Pan to skomentuje? Co pokazuje ten obraz?

Pokazuje, że NATO zadziałało bardzo dobrze. Proszę nie dać sobie wmówić, że coś nie zadziałało, albo że pojawił się problem proceduralny. Tu wszystko przebiegło prawidłowo, choć nie o wszystkim mogę mówić. Mieliśmy do czynienia z realną operacją w przestrzeni powietrznej i tak naprawdę nie można rozdzielać Polski i NATO. To było wspólne ugrupowanie sojusznicze. Piloci, którzy startowali, mieli tzw. preautoryzację, czyli zgodę na otwieranie ognia do celów. Zarówno polscy, jak i holenderscy piloci mogli strzelać do celów. Jasno im zakomunikowano: jeżeli tylko coś przekroczy granicę i stanowi zagrożenie, mogą natychmiast otworzyć ogień. To zostało bardzo sprawnie przeprowadzone. W tamtym czasie nad Polską operowało wiele sojuszniczych samolotów, część z wyłączonymi transponderami. Widać więc, że NATO odrobiło lekcję. To było solidne ugrupowanie przygotowane do obrony. Nie możemy mówić, że to była polska operacja z udziałem sojuszników. To była operacja NATO w polskiej przestrzeni powietrznej. My jesteśmy NATO i to było tu bardzo widoczne.

- Pojawiały się komentarze, że użycie myśliwców F-16 czy F-35 to nie jest sprzęt do walki z tanimi dronami…

Od razu przerwę. W wojsku nie patrzy się na wartość tego, co zestrzeliwujemy. Patrzy się na wartość tego, co chronimy. Jeżeli bronimy zakładów wartych miliardy, to nie ma znaczenia, czy są atakowane rakietą manewrującą wartą kilka milionów, czy dronem za kilkadziesiąt dolarów. Liczy się, by nie dopuścić do zniszczenia celu. I każdy wojskowy odpowiedzialny za obronę powie, że to jest jedyne racjonalne podejście. Przykład: mamy dron obserwacyjny za 100 tys. dolarów. Ale informacje, które przekaże, pozwolą przeciwnikowi na atak, którego skutki będą liczone w miliardach. Dlatego nie ma znaczenia, czy strącamy go działkiem, czy rakietą Patriot. Taki cel trzeba zniszczyć, bo koszty jego niezniszczenia byłyby większe niż koszty użytej rakiety. U nas wielu ludzi tego nie rozumie i patrzy tylko na ceny, ale to kompletnie błędna perspektywa. Liczy się nie koszt drona czy rakiety, tylko skutki, jakie przyniesie niedostrzeżenie lub niezniszczenie celu.

- Zestrzelono tylko pięć dronów, a wleciał cały rój.

To kwestia terminologii. Gdybyśmy operowali ukraińskimi definicjami, moglibyśmy powiedzieć, że zneutralizowano wszystkie. Ukraina podaje np., że strąciła 750 z 800 dronów. Ale oni za zneutralizowany uznają każdy dron, który nie trafił w cel, także taki, który spadł, został zakłócony lub nie osiągnął zadania. To dlatego ich wskaźniki wyglądają tak imponująco. U nas lotnictwo strzelało do tego, co zostało uznane za realne zagrożenie. Dlatego oficjalnie mówimy o pięciu strąceniach. Ale byłbym bardzo ostrożny z mówieniem, że to były tylko drony – wabie typu „Gerbera”,

- Jakiego jeszcze rodzaju to były drony?

Tutaj wojsko, prokuratura i inne służby raczej nabierają wody w usta – i muszą. Ale z kilku bardzo dobrze poinformowanych źródeł słyszałem, że to nie były wyłącznie Gerbery.

- W opiniach po tym incydencie czytałam o zmyleniu radarów, znaczeniu krzywizny ziemi czy nocnych warunkach, które utrudniają wykrycie i przechwycenie dronów.

Tak, to są zawsze czynniki utrudniające. Ale przykład Ukrainy pokazuje, że główne zadania w przechwytywaniu dronów i rakiet manewrujących ma dziś lotnictwo. Tu relacja koszt–efekt jest najlepsza. Oczywiście naziemna obrona przeciwlotnicza też działa, ale ma ograniczenia: radar stoi w określonym miejscu, wyrzutnia się nie przemieszcza, chroni ograniczony obszar. Samoloty myśliwskie są mobilne, widzą więcej, mogą łatwiej rozpoznać, czy cel to śmieć, czy coś wartościowego. Dlatego tę rolę lotnictwa widać tu bardzo wyraźnie. I jeszcze raz: nie zakładałbym, że strzelano tylko do Gerberów. Mogą się tu pojawić niespodzianki. A po drugie, strzelano do tego, co zostało uznane za realne zagrożenie.

- Kto podejmuje decyzję o otwarciu ognia w takiej operacji?

Pilot, który ma preautoryzację.

- A jeśli chodzi o nalot na obszar cywilny, czy decyzję powinny podejmować także służby lokalne?

Nie. To decyzje wyłącznie wojskowe. Istotny jest tu czas; pilot ma okno około dziesięciu sekund na zniszczenie celu.

- Tylko jak żyć z ryzykiem spadających szczątków, zagrożenia, że mój dom zostanie uszkodzony?

Dlatego wcześniej w Polsce nie podejmowano decyzji o zestrzeliwaniu wszystkiego, co wlatuje. Uznano jednak, że nie można już tego Rosjanom odpuszczać. W momencie nalotu na tak dużą skalę trzeba było działać. Podjęto działania dwutorowo: to, co uznawano za mało wartościowe cele, czyli latające śmieci, to przepuszczano. Jeśli rozpadły się nad Polską, trudno. Natomiast to, co zakwalifikowano jako realne zagrożenie, zostało zestrzelone. Tu już nie było zmiłuj się; odpalano rakiety tak długo, aż wszystkie wskazane cele zostały zniszczone.

- Jak więc zabezpieczyć się przed dronami – proceduralnie i technicznie?

Proceduralnie jesteśmy zabezpieczeni. Ugrupowanie sojusznicze funkcjonuje bardzo dobrze, piloci NATO są cały czas obecni w polskiej przestrzeni powietrznej. Powtórzę: to jest wspólna operacja NATO prowadzona na terenie Polski, a nie „Polska z udziałem sojuszników”. My jesteśmy NATO. Operacja obronna rozciąga się od Bałtyku po Rumunię. Od strony wojskowej i proceduralnej wszystko jest bardzo dobrze dopięte. Wiadomo, kto podejmuje decyzję, wiadomo, kiedy piloci mają preautoryzację użycia uzbrojenia. Mechanizm wygląda tak: decyzję o zgodzie na użycie uzbrojenia podejmuje zarówno dowódca sojuszniczej operacji powietrznej w NATO, jak i generał Tomasz Klisz, dowódca operacyjny. Ale to generał Klisz ma w ręku tzw. czerwoną kartkę, bo jako jedyny może wstrzymać ogień. Cały system został skonstruowany tak, by piloci mieli błogosławieństwo na otwarcie ognia i by zdjąć z nich odpowiedzialność, jeśli szczątki spadną na budynek mieszkalny.

- Są opinie, że w praktyce strzelamy do dronów z czego popadnie, bo brakuje systemów, procedur, szkolenia. Co Pan na to?

To kompletna bzdura. Jeśli ktoś tak twierdzi, to albo nie wie, o czym mówi, albo celowo dezinformuje. Procedury są bardzo jasne i precyzyjne. Ten nalot dronów pokazał właśnie, że procedury zadziałały znakomicie.

- Ale sami wojskowi mówią, że nie mamy systemów, że wojsko czegoś nie zakupiło, że trzeba się spieszyć. O co chodzi?

Mamy F-16, mamy samoloty wczesnego ostrzegania, są kupowane nowe systemy – m.in. w ramach programu Barbara. Wkrótce będą też w Polsce F-35. Systemy istnieją, natomiast nieprzypadkowo oparto tę operację głównie na lotnictwie. NATO jest potęgą w powietrzu. Oczywiście zwalczanie dronów systemami naziemnymi też jest potrzebne, bo to zawsze musi być całość, system złożony z wielu elementów. Ale najbardziej efektywne jest lotnictwo. Ostatnie, co można powiedzieć, to że nie mamy procedur albo że są złe. Jest dokładnie odwrotnie. Problem pojawił się gdzie indziej: w sferze cywilnej i informacyjnej. Rosjanie równolegle odpalili potężną operację dezinformacyjną, próbując wmówić, że to były ukraińskie drony. I w tym obszarze państwo nie zadziałało wystarczająco dobrze. Wojsko swoje zadania wykonało poprawnie.

- Jak więc chronić się przed dronami, także w sensie komunikacyjnym? Na przykładzie tego nalotu: gdzie popełniliśmy błędy?

Do momentu, w którym komunikacja wychodziła z MON, powiedzmy do godziny 9–10 rano następnego dnia, to wszystko było dobrze. Komunikaty Sztabu Generalnego i Ministerstwa Obrony były spójne, prowadzone profesjonalnie. Byłem wręcz zaskoczony, że zaczęto stosować cywilizowany stratcom i to w końcu po trzech latach wojny tuż za naszą granicą. Ale później wszystko się rozjechało. Zaczęły się spory o odpowiedzialność za komunikację: MON kontra BBN, BBN kontra Rada Ministrów. Sprawa uszkodzonego domu mieszkalnego w Wyrkach tylko to pogłębiła. I wtedy rosyjska dezinformacja miała już pełne pole do działania. Trzeba pamiętać, że to nie była jednorazowa akcja, ale operacja trwająca sześć godzin. Pierwszy dron wleciał o 23:30, ostatni o około 5:40. Rosjanie prowadzili ten atak świadomie i równolegle uruchomili kampanię informacyjną. Niestety, zabrakło szybkiej reakcji cywilnej strony państwa. Proszę zauważyć, jak bezprecedensowe było to, że sami wojskowi zaczęli chodzić do mediów. Generałowie Kukuła, Klisz i inni, a oni bardzo nie lubią takich wystąpień. Mimo to pojawiali się w mediach, bo uznali, że to konieczne.

(...)

- Chciałabym wrócić do systemów obrony powietrznej. Który z tych elementów jak wykrywanie, dowodzenie, neutralizacja, jest dziś najsłabszym ogniwem i co można poprawić?

To nie jest problem dowodzenia; wykrywanie też jest w trakcie poprawy i mamy w tym względzie duże, NATO-wskie możliwości. Najwięcej do zrobienia jest w zakresie neutralizacji, zwłaszcza w domenie wojsk lądowych. Siły powietrzne dysponują środkami do neutralizacji, a ugrupowanie sojusznicze też wniosło swoje zasoby, ale zestawy przeciwlotnicze dla wojsk lądowych wymagają wzmocnienia. Jesteśmy i będziemy dobrze przygotowani do zwalczania pocisków manewrujących i balistycznych (np. Kindżał, Iskander). Natomiast do zwalczania dronów potrzebne są inne rozwiązania, bardziej efektywne kosztowo i tańsze w eksploatacji. Tu leży zasadniczy problem.

- Na czym konkretnie trzeba się skupić, jeśli mówimy o neutralizacji?

Po pierwsze, środki walki radioelektronicznej. Potrzebne są systemy zakłócające: zagłuszarki GPS, zagłuszania kierunkowe i inne narzędzia EW. To jednak bardzo wymagająca dziedzina. Toczy się nieustanny wyścig częstotliwości. To, co jest skuteczne dziś, za kilka miesięcy może być nieskuteczne, bo przeciwnik zmieni pasma pracy, charakterystykę sygnału lub zastosuje inne sposoby emisji. Zagłuszarki to nie tylko software; często trzeba zmieniać hardware i anteny, żeby celnie działać na nowych częstotliwościach. Dlatego potrzebne są zarówno: większe zasoby sprzętowe EW, jak i elastyczność technologiczna, szybka wymiana anten, modułów, możliwość aktualizacji sprzętu. Po drugie, zakup większej liczby systemów przeciwlotniczych bliskiego zasięgu, przeznaczonych do zwalczania małych, niskolecących celów. To uzupełnienie lotnictwa, które i tak okazało się najefektywniejsze kosztowo w ostatniej nocy.

(...)

- Czy neutralizacja stanie się dominującą formą walki w kolejnych dekadach?

Nie można wyrokować w oderwaniu od polityki i strategii. NATO nie będzie prowadzić wojny tak jak Ukraina i to jest zasadnicza różnica. Jeśli Rosja zacznie atakować nas masowo falami dronów, naszym celem nie będzie bierne odparcie kolejnych ataków, aż do wyczerpania. Długofalowa reakcja polegałaby na uderzeniu w źródła zagrożenia: w fabryki i infrastruktury, które produkują te drony, a następnie, jeśli będzie to konieczne, w najważniejszą infrastrukturę militarną i cywilną, tak by zmusić agresora do cofnięcia działań. To twarda, ale logiczna strategia odstraszania: uniemożliwić przeciwnikowi prowadzenie masowych nalotów tysięcy dronów takich jak Szachedy i Geranie. Dla potencjalnego agresora musi być jasne przesłanie: że masowe, długotrwałe ataki mają strategiczne konsekwencje i spotkają się z proporcjonalną odpowiedzią I to jest jeden z elementów odstraszania. Dobrze, żeby to Rosjanie wiedzieli. Oni sobie uświadamiają, że NATO nie będzie się bawić i nie będzie walczyć tak, jak walczą Ukraińcy. Choć Ukraińcy teraz wzięli się za rosyjskie rafinerie i owszem, jest to skuteczne, wyłączyli prawie 40 procent przemysłu rafineryjnego, to sporo, ale to dalej jest za mało. Jeśli NATO będzie walczyć z Rosją, to nie będzie się bawić w pozwolenie sobie na bycie okładanym przez tysiące dronów rosyjskich miesięcznie tylko po prostu zniszczy rosyjskie fabryki, w których Rosjanie produkują drony, a następnie będzie niszczyć infrastrukturę cywilną tak długo, aż Rosjanie cofną się cywilizacyjnie do poziomu Iwana Groźnego. I to jest jedyny sposób prowadzenia wojny, jaki włodarze Kremla zrozumieją. Dlatego NATO nie będzie bierne, nie będzie bezwolną ofiarą tylko broniąca się przed gradem ciosów. W początkowej fazie konfliktu oczywiście działania paktu są nastawione na spójność sojuszniczą i obronę zaatakowanego kraju członkowskiego. Ale szybko następuje faza możliwie pewnego wywalczenia dominacji w powietrzu a potem pozbawiania przeciwnika źródeł jego siły – w tym zasobów przemysłowych, eliminowania przywództwa politycznego i dowództwa wojskowego itp. Nie na darmo NATO określane jest mianem najpotężniejszego sojuszu obronnego w dziejach ludzkości. Rosjanie o tym wiedzą, dlatego grają na podzielenie nas i agresję poniżej progu wojny. I NATO obecnie też nie zamierza na to pozwalać.

strefaobrony.pl


Czy w demokratycznym kraju zbudowanym na ideałach wolności słowa krytyczna ocena działań osoby publicznej winna być czynem karalnym? Po śmierci Kirka Amerykanie dowiedzieli się, że jak najbardziej tak. Trump już dzień po morderstwie przestrzegł naród, że nie będzie tolerował żadnego oczerniania "męczennika za prawdę i wolność", a J.D. Vance, który w ramach hołdu Kirkowi cztery dni później wcielił się w gospodarza jego podcastu "The Charlie Kirk Show", zachęcił Amerykanów, by składali donosy do pracodawców na tych, którzy wyrażają się o Kirku niepochlebnie.

Występujący u jego boku Stephen Miller, odpowiedzialny za kształtowanie w Białym Domu polityki imigracyjnej i bezpieczeństwa narodowego, dodał, że administracja wypowiada wojnę wszystkim liberałom i organizacjom liberalnym, bo od tej chwili uznaje je za "ruch terrorystyczny". I nie wygląda na to, że była to tylko hiperbola skonstruowana na potrzeby chwili. Susie Wiles, szefowa sztabu Białego Domu, po śmierci Kirka obwieściła w wywiadzie radiowym: "W zasadzie to już pracujemy (…) nad bardziej kompleksowym planem dotyczącym przemocy w Ameryce" ("The Scott Jennings Show", 11 września 2025 r.).

Poleciały już pierwsze głowy. Pracę stracił Howard Kurtz, popularny komentator i gospodarz programów w stacji Fox News, bo powiedział na antenie, że "Charlie Kirk nie był święty". "The Washington Post" zwolnił czarnoskórą publicystkę Karen Attiah, która przypomniała na prywatnym koncie społecznościowym, że Kirk był rasistą. Sugerował, że grono prominentnych czarnoskórych Amerykanek, w tym Michelle Obama, zrobiło karierę wyłącznie dzięki akcji afirmatywnej. Sekretarz transportu Sean Duffy ogłosił, że American Airlines zawiesiły kilku pilotów po odkryciu, że "celebrowali" oni na Facebooku śmierć Kirka. Republikańska senator z Tennessee Marsha Blackburn doprowadziła zaś do zwolnienia wykładowców i rektorów kilku stanowych uczelni za "nieodpowiednie" komentarze po tragedii w Utah.

Mamy już nawet pierwszą zagraniczną "ofiarę" trendu kasowania ludzi za nieprawomyślne opinie o amerykańskim prawicowcu. Jeden z holenderskich koncernów medialnych odwołał dalsze występy brytyjskiego duetu Bob Vylan, ponieważ lider grupy "zadedykował" na koncercie piosenkę Kirkowi, który był "kompletnym gnojem jako człowiek".

Inwigilacja zatacza coraz szersze kręgi, o czym świadczą posty udostępniane w mediach społecznościowych. Czas pokaże, czy jej ofiarą nie padną także eksperci, którzy zwracają uwagę, że doszło do kuriozalnego odwrócenia ról. Oto prawica, oskarżająca onegdaj oponentów o ograniczanie wolności słowa poprzez praktykowanie wokeizmu i niszczącej ludziom życie cancel culture, robi dziś dokładnie to samo. Tylko teraz nie widzi w tym nic złego, twierdząc wręcz, że broni wolności słowa, którą — jej zdaniem — propagował swoją osobą i działaniami Charlie Kirk.

Nie ma wątpliwości — Ameryka znalazła się w pułapce. Specyficzna odpowiedź rządu i części sceny politycznej na akt przemocy może skutkować eskalacją. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że sytuację, w jakiej znalazł się obecnie kraj — skrajnie podzielony i skłócony politycznie, ideowo i kulturowo — obie strony przedstawiają jako historyczny przełom lub wręcz katastrofę. A ta wymaga ekstremalnych środków zaradczych. Apokaliptyczna retoryka, w której nie brakuje, zwłaszcza na prawicy, biblijnego motywu ostatecznej, rozstrzygającej walki dobra ze złem, zbiegła się z czasem autentycznej słabości amerykańskiego państwa.

"W historii demokracji bywają chwile wielkiej desperacji, gdy wydaje się, że system polityczny nie jest wystarczająco responsywny, zaangażowany, a nawet w całości legalny, i z tym mamy dziś do czynienia", mówi Jon Michaels, prawnik z Uniwersytetu Kalifornii w Los Angeles i autor książki "Vigilante Nation. How State-Sponsored Terror Threatens our Democracy" ("Naród samosądów. W jaki sposób terror wspierany przez państwo zagraża naszej demokracji"). Oczywiście, jak wskazuje Michaels, nie jest to zjawisko Ameryce nieznane. Przemoc zawsze wzrasta w okresach wzmożonych przemian społecznych. W latach 60. minionego wieku, gdy trwała walka o równość rasową i obywatelską, kraj mierzył się z falą terroryzmu wewnętrznego.

"Martwi mnie co innego — tłumaczy Michaels. — To, że akty przemocy zdarzają się dziś częściej, w krótszych odstępach czasu, a podziały, które przecież charakteryzowały nas od zawsze, opuściły arenę ideologicznej debaty i kontestacji i stały się o wiele bardziej kinetyczne".

Przypomnijmy, że w czerwcu tego roku zastrzelono demokratkę z Minnesoty, byłą spikerkę stanowej Izby Reprezentantów, Melissę Hortman i jej męża. Również w czerwcu zamordowani zostali pracownicy ambasady izraelskiej w Waszyngtonie, a w Boulder w stanie Kolorado doszło do podpalenia uczestników manifestacji przeciwko wojnie w Gazie. W kwietniu podpalono dom demokratycznego gubernatora Pensylwanii Josha Shapiro (Shapiro uszedł z życiem), w grudniu 2024 r. w Nowym Jorku został zaś zastrzelony dyrektor koncernu ubezpieczeniowego UnitedHealth Brian Thompson. Morderca, Luigi Mangione, w niektórych kręgach uchodzi za bohatera wojny o sprawiedliwość społeczną.

Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o zamachu na Donalda Trumpa podczas jego wiecu wyborczego latem 2024 r. (drugi zamach udaremniono), o makabrycznym pobiciu w 2022 r. męża Nancy Pelosi, wieloletniej przewodniczącej demokratów w niższej izbie Kongresu, i o próbie egzekucji w 2011 r. demokratycznej kongresmenki Gabrielle Giffords w Tucson w Arizonie. Giffords przeżyła, ale w wyniku ataku jest niepełnosprawna.

(...)

Przywodzi nas to jednocześnie do ostatniego punktu w rozważaniach o tym, co napędza i co może jeszcze bardziej napędzać przemoc polityczną w USA. Barbara Walter, politolożka i historyczka z Uniwersytetu Kalifornii w San Diego oraz autorka bestselleru "How Civil Wars Start And How To Stop Them" ("Jak wybuchają wojny domowe i jak je powstrzymać"), ma na to odpowiedź zawartą w dwóch słowach: broń i algorytmy.

Na każdego ze 100 mieszkańców w USA (w tym niemowlęta) przypada już dziś 120 sztuk broni. Większość morderców ma do niej legalny dostęp. Zabójstwo Kirka nie było jedyną tragedią, w której broń odegrała tego dnia główną rolę, choć media ledwie o tym napomknęły. W sąsiadującym z Utah stanie Kolorado mniej więcej w tym samym czasie 16-letni licealista urządził strzelaninę w swojej szkole. Ofiarami śmiertelnymi byli dwójka uczniów i on sam.

"Za radykalizacją polityczną, która często poprzedza akt przemocy, oraz polaryzacją ideową, która prowadzi do coraz większego upadku norm społecznych, odpowiada internet. Nie przypadkiem problem z mową nienawiści zaczął narastać od końca pierwszej dekady XXI w., gdy dostaliśmy do ręki smartfona i mogliśmy jeszcze bardziej zanurzyć się w media społecznościowe. Odkąd big techy odkryły, że najłatwiej utrzymać naszą uwagę, serwując informacje dające nam poczucie, że ktoś lub coś stanowi dla nas niemal śmiertelne zagrożenie — było po sprawie. Prawda jest taka, że gdyby nie algorytmy, morderca Kirka najprawdopodobniej byłby dziś studentem z przyszłością, a Charlie Kirk by żył", powiedziała Walter w podcaście Scotta Gallowaya "Civil War Ahead" (14 września 2025 r.).

Czy eskalacja przemocy oznacza, że Ameryka rzeczywiście może się znajdować w przededniu wojny domowej?

Specjalny zespół zadaniowy CIA badający zagrożenie krajów wojną domową już jesienią 2020 r., po tym jak Trump zanegował wyniki wyborów i ruszył z akcją "Stop the Steal", uznał Amerykę za anokrację i wpisał na listę krajów do obserwacji. Walter uważa, że sytuacja obecnie jest dużo gorsza.

"Ostatni raz, gdy mieliśmy do czynienia z porównywalnym do dzisiejszego ruchem uzbrojonych po zęby bojówek i milicji, które doprowadziły do zamachu bombowego w Oklahomie w 1995 r., społeczeństwo jednomyślnie potępiło ten akt przemocy jako niedopuszczalny, a FBI rozpoczęło agresywną akcję przeciwko tym ugrupowaniom, co doprowadziło do załamania się ich aktywności. Nic takiego nie ma dzisiaj miejsca, ani ze strony służb, ani społeczeństwa. Przeciwnie, słyszymy głosy, że już mamy wojnę i dobrze, bo trzeba się zemścić, wyeliminować wroga. To przerażająca dynamika. Jeszcze bardziej przerażająca jest jednak świadomość, że nie mamy w tej chwili polityków, którzy chcieliby powstrzymać to szaleństwo w racjonalny sposób. Nie ma ich po żadnej stronie", konkluduje prof. Walter.

onet.pl


Gulbachar Dżaliłowa jest Ujgurką z Kazachstanu. Urodziła się i dorastała jeszcze w ZSRR, w obwodzie ałmackim, w dużej rodzinie, z sześcioma braćmi. Ukończyła technikum, pracowała w gastronomii, wyszła za mąż. W latach 90. XX w. zajęła się przedsiębiorczością. W 1995 r. po raz pierwszy pojechała do Chin po towary. Wtedy z sąsiedniego kraju przywożono i korzystnie sprzedawano dosłownie wszystko: obuwie, odzież, teczki, torebki damskie, bieliznę. Gulbachar początkowo również przywoziła co się da, ale z czasem się "wyspecjalizowała".

— Najpierw byłam "torebkową", a następnie "obuwniczką" — mówi Gulbachar. — Buty z Chin do Kazachstanu woziłam ciężarówkami Kamaz. Od 2010 r. zaczęłam handlować biżuterią. Jeśli chodzi o Chińczyków, nigdy nie miałam żadnych problemów. W ogóle nie było jakichkolwiek nieprzyjemności, ani w kraju, ani w Chinach. Nie łamałam prawa, płaciłam podatki, miałam zarejestrowaną jednoosobową działalność gospodarczą. Nie czułam żadnego zagrożenia. Chociaż około 2014 r. zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Przykładowo w Kantonie, gdzie przyjeżdżałam po towar, nie przyjmowano Ujgurów do hoteli. Po prostu odmawiano im miejsca. Od 2015 r. pracownicy konsulatu chińskiego, gdzie załatwiałam wizy, ostrzegali żeby nie wdawać się w żadne rozmowy z miejscowymi Ujgurami, zajmować się tylko swoimi sprawami, przyjechać, kupić, wyjechać. I zapowiedzieli, że w nocy do hotelu może przyjść policja, by sprawdzić dokumenty. Poinstruowali mnie, bym się nie martwiła — podczas kontroli mam po prostu spokojnie pokazać wizę.

Gulbachar zastosowała się do zaleceń konsulatu — nie wdawała się z nikim w rozmowy. Ale jakieś niejasne plotki, pogłoski stale towarzyszyły jej w podróży. Jednego dnia pewien Ujgur pracował przy załadunku jej towaru, następnego tego człowieka już nie było. Zniknął i nikt nie wie, co się z nim stało. A raczej wszyscy domyślają się, ale nie można o tym głośno mówić.

Potem zaczęto szeptać, że "zabrano go na naukę". Pojawił się taki eufemizm: na naukę, czyli do obozu. Nie wypowiada się tego słowa, ale wszyscy rozumieją, o co chodzi. Gulbachar Dżaliłowa jeździła do Chin co dwa-trzy miesiące i nie odczuwała żadnego niepokoju. Jak z czasem wyznała, sądziła nawet, że Ujgurzy sami są sobie winni, bo może wdają się w bójki, może zachowują się nieodpowiednio, więc aresztuje się ich za zakłócanie porządku. Potem, gdy wylądowała w obozie, mówiła współwięźniarkom. — Dziewczyny, nie żałuję, że tu trafiłam. Bo inaczej nigdy bym nie poznała prawdy.

21 maja 2017 r. Gulbachar po raz kolejny przyjechała do Chin, tym razem do Urumczi, stolicy regionu Sinciang-Ujgur. Zatrzymała się w hotelu, rano miała jechać po towar. Planowała wyjść z hotelu o 9. Lekko przed tą godziną ktoś zapukał do drzwi. Gulbachar nawet się nie zdenerwowała, w konsulacie uprzedzano, że policja może chcieć skontrolować gości w hotelu. — Otworzyłam drzwi, na progu stały trzy osoby. Jedna kobieta i dwóch mężczyzn. Byli w ubraniach cywilnych, ale pokazali legitymacje. Poprosili o paszport. Był u administratora hotelu, bo tam oddaje się ten dokument do zameldowania. Zeszliśmy na dół. Wzięłam ze sobą tylko telefon i klucz do pokoju. Zabrali mój paszport, ale nawet go nie otworzyli. Jeden z policjantów — Kazach, nazywał się Abaj — powiedział: proszę z nami, mamy kilka pytań.

Zabrali Gulbachar do miejscowego wydziału Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego (MBP). Zaprowadzili ją do gabinetu na trzecim piętrze i zabrali telefon. Po czterech godzinach — cały ten czas po prostu siedziała w gabinecie — przynieśli sprzęt, ale nie otrzymała go z powrotem. Został zapieczętowany w kopercie, na której coś odnotowano. Ponownie usłyszała: "proszę z nami". Sądziła, że ją wypuszczają, ci jednak zaprowadzili ją do piwnicy. Po obu stronach korytarza znajdowały się małe pokoje przesłuchań. Z niektórych dochodziły krzyki.

Gulbachar trafiła do jednego z tych pomieszczeń. Stało tam "krzesło tygrysa" — narzędzie tortur używane w Chinach. To żelazne krzesło z podłokietnikami i małym blatem z przodu, w którym znajdują się metalowe obejmy na ręce. Są one zaciskane na przedramionach więźnia, stolik wgniata brzuch, a osoba siedząca na krześle odczuwa duszności i silny ból. O tych krzesłach mówili zarówno tybetańscy, jak i ujgurscy więźniowie chińskich władz, którzy przeżyli tortury, uwięzienie i uciekli z kraju. Przedstawiciele Chin w ONZ twierdzili, że narzędzie to stosuje się wyłącznie dla wygody i bezpieczeństwa więźniów.

— Przesłuchiwano mnie na tym krześle do 23 — wspomina Gulbachar. — Śledczy mówili, żebym się nie ruszała, jeśli nie chcę czuć bólu. Wypytywali o moich rodziców i dzieci, domagali się szczegółów z mojego życia. Nie dostałam łyka wody, nie pozwolili mi wyjść do toalety. Potem pokazali mi jakiś dokument w języku chińskim i kazali go podpisać. Zdałam sobie sprawę z tego, że to pułapka, z której się nie wydostanę. Odmówiłam podpisania, zażądałam adwokata i tłumacza. Bardzo mocno mnie pobili, a potem oświadczyli: "nie chcesz podpisywać – nie musisz. Zabierzemy cię teraz do takiego miejsca, gdzie szybko wszystko podpiszesz".

O godz. 1 w nocy Gulbachar przywieziono do obozu w Urumczi. Tam wydano jej kartkę z długim numerem, którego musiała nauczyć się na pamięć. Od teraz nie miała imienia i nazwiska — stała się numerem.

— Zabrali mi ubranie i wydali strój więzienny — żółty T-shirt i szary trykot. Na nogi założyli pięciokilogramowe kajdany. Potem zdjęcie, pobranie krwi i moczu (od wszystkich pobierają mocz, aby sprawdzić, czy więźniarka nie jest w ciąży, a jeśli się okaże ciężarna, to natychmiast jest wysyłana na aborcję). Zaprowadzili mnie do celi numer cztery — długiej na 7 m i szerokiej na 3,5 m. 40 kobiet w środku. Wchodzę. Około 20 osób stoi pośrodku, reszta śpi na boku, mocno przylegając do siebie, na wąskich pryczach. Co dwie godziny następuje zmiana. Te kobiety, które spały, wstają, te wcześniej stojące się kładą. Zaczęłam płakać i krzyczeć: dlaczego mnie tu wsadzono? przecież nic nie zrobiłam, nie jestem nikim ważnym! Dyżurna w celi wyjaśniła. "Wszystkie tu jesteśmy zwykłymi osobami i żadna nie jest niczemu winna. Tu nie wolno płakać, nie wolno rozmawiać, bo inaczej ukarzą i zabiorą do czarnego pokoju. Jutro wszystko ci wyjaśnimy" – wspomina Gulbachar.

Dokument w języku chińskim, którego Gulbachar nie podpisała, został wysłany do jej rodziny w Kazachstanie. Rodzina nie zna chińskiego, ale poszukała Ujgurów, którzy nim władają i przetłumaczyli pismo. Okazało się aktem oskarżenia Dżaliłowej o przygotowywanie zamachu terrorystycznego. Gdyby Gulbachar w nadziei na uwolnienie podpisała dokument, czekałaby ją kara śmierci.

W 2017 r. nikt jeszcze nie wiedział, że w Chinach stworzono obozy dla Ujgurów, więc dzieci Gulbachar zaczęły pisać listy w jej sprawie do wszelkich możliwych instancji: MSZ, ambasady Chin, Komitetu Praw Człowieka ONZ. Ślad po niej jednak zaginął. Wprawdzie instytucje skierowały zapytania do Chin i rozpoczęły poszukiwania Gulbachar, ale ona o tym nie miała pojęcia. Bo obóz oznacza izolację. Nawet krewni uwięzionych obywatelek Chin nie wiedzieli, gdzie się one znajdują.

— Myślałam, że tam umrę – mówi Gulbachar. — Rok, trzy miesiące i dziesięć dni tortur, bicia i gwałtów. Tylko nie pytajcie, jak mnie gwałcono. Opowiadanie o tym nie przechodzi mi przez gardło. Po obozie przez pół roku leżałam w szpitalu, a ponad rok leczyłam się z depresji. Gwałtów dokonywali w piwnicy, w której odbywały się przesłuchania lub w pomieszczeniu poza obozem, na mieście. Jeśli kobietę zabierano do piwnicy, to mogło się skończyć zwykłym pobiciem. Ale jeśli wyprowadzano ją na ulicę, to z pewnością prowadzono do miejsca gwałtów. Wszystkie więźniarki przez to przechodziły. Zaraz po wyjściu na wolność zapisałam z pamięci 67 imion, bo dziewczyny prosiły: jeśli przeżyjesz i wyjdziesz z obozu, opowiedz wszystkim o nas i o tym, co się tu dzieje. Bo my, nawet jeśli przeżyjemy i wyjdziemy, to i tak będziemy milczeć, ponieważ musimy zostać na miejscu".

Każdego wieczoru, od 19 do 21, więźniarki musiały śpiewać hymn Chin. Była to jedyna okazja do rozmowy. Gdy część z nich śpiewała, inne szeptem rozmawiały — bo porozumiewanie się jest w obozie zabronione. I dotyczy to nie tylko rozmów, nawet patrzenie w twarz drugiej osoby jest zakazane. Więźniowie muszą spuszczać oczy, kierować wzrok w jeden punkt, a do tego milczeć. Podczas tych konspiracyjnych rozmów z kobietami, które były w obozie od dawna, Gulbachar dowiedziała się, że żółty kolor koszulki oznacza brak wyroku, noszą je te kobiety, które siedzą bez procesu. Niebieskie przeznaczono dla osób po procesie i z wyrokiem. Jest jeszcze kolor pomarańczowy.

— Wszyscy śpiewają hymn, a ona mówi: "Widzisz dziewczynę w pomarańczowej koszulce, innej niż nasza? Kolor pomarańczowy oznacza, że będą zabite. One nie wracają. Podobno mają być dawczyniami organów. Te w koszulkach niebieskich mają szansę odsiedzieć wyrok i wyjść. Ale te w pomarańczowych znikają. Rozejrzałam się. Wśród nas były cztery kobiety w takich T-shirtach. I faktycznie nigdy nie wróciły. Były młode i zdrowe. Zapytałam kiedy nadejdzie nasza kolej, żeby założyć pomarańczowe koszulki, bo byłam przekonana, że prędzej czy później wszystkie zostaniemy zabite. Zawsze kiedy wyprowadzano mnie na przesłuchanie, z workiem założonym na głowę, myślałam, że właśnie idę na śmierć — mówi.

Na przesłuchania więźniów wyciągano z celi o każdej porze dnia i nocy. Gulbachar przesłuchiwano kiedyś całą dobę. Przez 24 godziny siedziała przykuta do "krzesła tygrysa". Śledczy machali jej przed nosem dokumentem w języku chińskim i krzyczeli: "Tu jest napisane, że przygotowywałaś zamach terrorystyczny, więc lepiej mów! Myślisz, że twój Nazarbajew ci pomoże? Nikt ci nie pomoże! Podpisz szczere przyznanie się i puścimy cię, pojedziesz do domu, do Kazachstanu. A jeśli nie podpiszesz, to będziesz tu siedzieć i nikt cię nigdy nie znajdzie".

Gulbachar niczego nie podpisała. Zdawała sobie sprawę z tego, że w każdym przypadku, czy podpisze dokument, czy nie, pozostanie w obozie. Ale jeśli podpisze, nie będzie już żadnej nadziei na uwolnienie. A tak przynajmniej pozostaje niewielka szansa — niemal niedostrzegalna, ale jednak. Gulbachar nie pomyliła się. Instynkt przetrwania zadziałał, chociaż ręka aż rwała się, by złożyć podpis. Żeby tylko przestali bić i gwałcić.

Plan dnia w obozie jest prosty. O 5.30 wyje syrena oznaczająca początek nowego dnia. Dla tych kobiet, które o tej porze stoją, jest to ulga, ponieważ mogą usiąść na pryczach. Te, które do tej pory spały przez dwie godziny, muszą się obudzić i również usiąść. I tak do wieczora. Siedzieć, patrzeć w jeden punkt, nie rozmawiać. Nie wolno nawet odwracać głowy, bo za to biją. Strażnicy podejrzewają, że odwrócenie głowy może towarzyszyć modlitwie. O 8.00 można się umyć — na jedną więźniarkę przypada dokładnie 60 sekund przy umywalce. Przestrzeganie czasu jest monitorowane przez system kamer. Strażnicy upominają: "nie myślcie, że tylko my was obserwujemy. Obserwują was również w Pekinie!".

Ujgurki, nawet jeśli faktycznie patrzyły w jeden punkt i nie rozmawiały, i tak podejrzewano o potajemne modlitwy. Kilka razy w tygodniu do celi wpadali policjanci, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, i zmuszali wszystkie kobiety do rozebrania się do naga i kilkukrotnego przysiadania. Doświadczone więźniarki wyjaśniły Gulbachar, że w ten sposób szukają sur i ajatów ukrytych w miejscach intymnych.

— O 9 rano przynoszono śniadanie. Pół szklanki wody, kawałek chleba z ciasta drożdżowego i miska zupy, czyli mąki ugotowanej na wodzie. Potem następowała kontrola i raport dyżurnej: liczba osób w celi, kogo wyprowadzono, kogo przyprowadzono. O 12 przynoszono obiad: taką samą zupę, ale czasem pływał w niej ogórek lub kawałeczek kapusty. O 19 to samo. A potem przez dwie godziny trzeba było śpiewać hymny. Nie pozwalano się myć. Wszystkie pokryłyśmy się wrzodami i miałyśmy wszy. Po miesiącu wszystkie kobiety ogolono do gołej skóry. W ciągu dnia tę czy inną kobietę wywoływano z celi. Jeśli po upływie doby dziewczyna wracała, to znaczy, że była na przesłuchaniu. Jeśli nie wracała, to znaczyło, że ją zabili — wspomina Gulbachar Dżaliłowa.

— Pewną kobietę na przesłuchaniu pobito tak, że oszalała. Po powrocie do celi poszła do toalety (mieliśmy toaletę za szklanym przepierzeniem), narysowała sobie kałem na twarzy wąsy i powtarzała: "stałam się mężczyzną!". Potem zabrano ją i nikt jej już nigdy nie widział. W każdej celi jest telewizor. Włącza się go w piątki po obiedzie. Więźniarkom pokazuje się na ekranie piękne obrazki i filmy: a to Xi Jinping spotyka się z ludem, a to pędzą szybkie pociągi, a to wiją się wielopasmowe autostrady z węzłami drogowymi. I różne inne osiągnięcia Komunistycznej Partii Chin. A potem każda dostaje kartkę papieru i ołówek. Strażnicy każą im pisać, co widziały w telewizji — dodaje.

Gulbachar początkowo nie rozumiała, po co ma pisać o Xi Jinpingu, pociągach i drogach. Ale współwięźniarka, która siedziała w obozie już od dawna, szepnęła: "Poczekaj chwilę, napiszę co trzeba i dam ci to przeczytać, a ty napiszesz swój tekst, według tego wzorca". Gulbachar przeczytała i zrozumiała. Trzeba wypisywać takie rzeczy jak: dziękujemy Xi Jinpingowi, dziękujemy Komunistycznej Partii Chin, żyje się nam tu dobrze, jesteśmy żywione i ubierane bezpłatnie, Chiny są najbardziej wolnym krajem. Wszystkie więźniarki pisały to samo w każdy piątek. Na początku Dżaliłowa zapytała współwięźniarkę, czy musi pisać takie rzeczy, skoro jest obywatelką innego państwa i nigdy nie mieszkała w Chinach. Współwięźniarka odpowiedziała: pisz, bo inaczej trafisz do czarnego pokoju. A czarny pokój to najstraszniejsze miejsce. Stamtąd można nie wrócić.

— Pewnego razu jednej z nas zrobiło się słabo i zemdlała — wspomina Gulbachar. — Wołałyśmy o pomoc, prosiłyśmy o lekarza. Ale zanim ktokolwiek przyszedł, jedna z młodych kobiet, miała 25 lat, zaczęła masować zemdlonej ręce. Gdy w końcu pojawili się lekarz i policjanci, zaczęli krzyczeć: "co ty, do diabła robisz? Po co trzymasz ją za ręce? Jesteś lekarzem, żeby robić masaż? Jeśli umrze, to ty będziesz winna!".

I zabrali ją do czarnego pokoju na siedem dni. Nie da się tam wytrzymać dłużej. Wróciła jakaś inna, jakby oszalała. Po dwóch-trzech dniach zaczęła dochodzić do siebie i opowiadać, czego doświadczyła. Czarny pokój, którego wszyscy się boją, to bardzo mały karcer o pomalowanych na czarno ścianach, bez oświetlenia. Nie da się tam ani stać, ani leżeć. W tej norze jest metalowy stolik i metalowe krzesło z otworem w siedzisku. Pod krzesłem znajduje się dziura w podłodze. Więźniarka siada na tym krześle i nie rusza się z miejsca przez cały tydzień. Zupę, chleb i trochę wody podają jej przez okienko w drzwiach. Kiedy się ono otwiera, pojawia się nieco światła. Przez resztę czasu panuje ciemność. I są szczury. Kobiety trafiające do czarnego pokoju nie jedzą chleba — zostawiają go szczurom w nadziei, że zjedzą chleb i nie zaatakują.

Podczas codziennego śpiewania hymnu, gdy kobiety mogły konspiracyjnie porozmawiać, prosiły Gulbachar, by — jeśli uda jej się wyjść z obozu — opowiedziała o wszystkim, co w nim się dzieje. Wśród więźniarek były wykształcone, odnoszące sukcesy kobiety — lekarki, adwokatki, właścicielki dużych firm. Ale wszystkie były obywatelkami Chin. A to oznaczało, że nawet jeśli kiedyś zostaną zwolnione z obozu, będą milczeć, aby nie trafić tam ponownie. A Gulbachar Dżaliłowa jest obywatelką Kazachstanu, co zwiększało jej szanse na uwolnienie i wyjazd tam, gdzie nie dosięgną jej chińskie służby specjalne.

— Przysięgłam dziewczynom, że nie zapomnę o nich i że wszędzie, gdzie będę mogła, zaświadczę, co tam się dzieje. Nie wiedziałam, że mnie uwolnią. 28 sierpnia 2018 r., podczas kolejnej rewizji, kiedy przyszła moja kolejka na rozebranie się, policjanci powiedzieli: "nie, nie trzeba — idziesz na przesłuchanie". Założyli mi kajdanki, worek na głowę i wyprowadzili na ulicę. Myślałam, że skoro wychodzimy na ulicę, to znowu będą mnie gwałcić. Ale wsadzili do samochodu i gdzieś zawieźli. Okazało się, że do szpitala. Tam też były kraty w oknach, kamery, żelazne drzwi. Zrobiono mi różne badania, EKG, USG. Spędziłam tam trzy dni. Codziennie podawali mi po 20 tabletek. Jak się później domyśliłam były to witaminy — mówi Gulbachar.

Po trzech dniach przyjechali policjanci i zdjęli jej kajdany z nóg. Nie udało się ich otworzyć kluczem, zamek się zaciął, trzeba było przepiłować. Gulbachar nie pojmowała, co się dzieje, dopóki nie wyjaśniono jej, że została zwolniona z obozu. Nawet kiedy to usłyszała, w pierwszej chwili nie uwierzyła.

Zawieźli ją, tym razem bez kajdanek i worka na głowie, na posterunek policji, stamtąd do hotelu, gdzie razem z nią zamieszkała policjantka. — Dopóki nie wyślą cię do Kazachstanu, będę tu z tobą — oświadczyła. Przez trzy dni Dżaliłowa nie mogła wyjść z pokoju, potem znowu zawieziono ją na policję. — Jesteś mądrą kobietą, jeśli chcesz kontynuować działalność biznesową, to nie ma przeszkód, dostaniesz wizę. A oto nasze numery telefonów, dzwoń gdyby pojawiły się jakieś problemy. Oczywiście rozumiesz, że nie możesz nikomu mówić o tym, gdzie byłaś? Zapomnij o tym" — usłyszała. Jeden z policjantów bezceremonialnie podsumował sprawę. — Jeśli będziesz rozpowiadać, co się z tobą działo i o miejscu, w którym byłaś, znajdziemy cię i zabijemy — powiedział. Oczywiście nie zwrócono jej rzeczy osobistych, w tym torby z pieniędzmi, z którymi prawie półtora roku temu Gulbachar przyjechała po towar. Dostała tylko paszport i telefon, w którym przywrócono ustawienia fabryczne.

— Policjanci eskortowali mnie do samolotu — opowiada Gulbachar. — Nie miałam żadnych dokumentów potwierdzających, gdzie zniknęłam na półtora roku, żadnych rzeczy osobistych. Wróciłam tylko z paszportem. W domu byłam 20 dni. Myślałam, że będę składać zeznania, zdawać relacje. Ale nikt nawet nie zamierzał mnie o cokolwiek pytać. Dzieci wysłały mnie do Turcji na odpoczynek. Jakiś czas tam zostałam, ale nie czułam się bezpiecznie. Obiecałam dziewczynom, że będę publicznie informować o obozach dla Ujgurów w Sinciangu. Pamiętałam też jednak, że chińska policja groziła mi śmiercią. Ostatecznie przekonałam się, że Turcja nie jest dla mnie bezpieczna, gdy w centrum Stambułu zaczął mnie śledzić samochód. Zwróciłam się do ambasady Francji i otrzymałam status uchodźcy.

Gulbachar mieszka we Francji od 2020 r., ale — jak się okazało — tam również nie jest do końca bezpiecznie. 8 maja 2024 r., zaraz po zakończeniu wizyty Xi Jinpinga, sąsiadka zadzwoniła do Dżaliłowej. — Nie wracaj do domu, przed wejściem stoi duży samochód z Chińczykami, wezwałam policję — powiedziała. Podczas kontroli dokumentów u jednego z podejrzanych o próbę porwania znaleziono legitymację pracownika chińskich służb specjalnych.

Gulbachar zrozumiała wówczas, że nie ma bezpiecznych miejsc, jeśli jest się Ujgurką, która przeżyła obóz w Sinciangu i poświęciła swoje życie, aby mówić publicznie o tym, co się w nim działo.

onet.pl