Oficjalnie Rosjanie twierdzili, że pełna inwazja na Ukrainę to będzie spacerek.
John Sullivan, wówczas ambasador USA w Rosji, pamięta, jak jesienią 2021 roku rozmawiał z szefem rosyjskiej rady bezpieczeństwa Nikołajem Patruszewem, który był absolutnie pewny, że Rosja może zgnieść Ukrainę.
– Patruszew nie owijał w bawełnę – wspominał Sullivan. – Mówił: "Możemy to zrobić. Znowu jesteśmy mocarstwem". Opisałbym to tak, że wszystko było już postanowione, a oni mieli absolutną wiarę we własne możliwości. Chciał przekazać: "Nie będziemy mieli problemu, by zrobić to, co chcemy". Amerykanie obawiali się, że Patruszew ma rację. Od wielu lat z analiz Pentagonu wynikało, że zmodernizowane rosyjskie wojsko nabrało energii i jest zdolne do precyzyjnego działania. Putin co roku chełpił się, że wzmocnił tradycyjne rosyjskie siły obronne pociskami hipersonicznymi nie do zatrzymania, zaprojektowanymi tak, by ominąć najbardziej zaawansowane zachodnie systemy obronne. Każdy przegląd ukraińskich możliwości bojowych i uzbrojenia w porównaniu z rosyjskimi odpowiednikami wyraźnie wskazywał przewagę jednej strony: Międzynarodowy Instytut Badań Strategicznych doniósł w 2021 roku, że Ukraina wydawała na zbrojenia dziesięć razy mniej od Rosji. Personel rosyjskich sił zbrojnych był pięciokrotnie liczniejszy od ukraińskiego, a pula rezerwistów – dwukrotnie. A w kwestii sprzętu – bombowców, myśliwców odrzutowych, rakiet atomowych i balistycznych, okrętów podwodnych, czołgów – nie było nawet porównania.
(...)
Dwa tygodnie przed wybuchem wojny w Waszyngtonie przeważało przekonanie – powtarzane w nieskończoność we wszystkich telewizjach informacyjnych – że Kijów upadnie kilka dni po przekroczeniu przez Rosjan granicy. Jak przystało na Waszyngton, konwencjonalna mądrość okazała się nic niewarta w dwa tygodnie po inwazji.
Ku powszechnemu zdumieniu Kijów pozostał w rękach Ukraińców. Rosyjski plan obalenia i wymiany rządu zdał się na nic. Zełenski nadawał komunikaty każdego dnia. Wojsko stawiało opór i wchodziło w rytm walki, czekając na duże dostawy zachodniego uzbrojenia. Zachód już zawczasu uzgodnił pakiet sankcji, dzięki czemu można go było wprowadzić w życie w ciągu kilku godzin. Zamiast pogrążyć się w podziałach, Europejczycy przyjęli ukraińskich uchodźców z otwartymi ramionami, włączając ich do swych społeczeństw ze szczodrością, na którą kilka lat wcześniej nie mogli liczyć Syryjczycy.
Nagle wszyscy zaczęli się zastanawiać, jak długo Putin będzie w stanie kontynuować kosztowną bitwę o stolicę: amerykański wywiad podsłuchiwał rozmowy, w których Rosjanie omawiali strategiczny odwrót na przyjaźniejsze tereny na południu i wschodzie Ukrainy, te same, na których od 2014 roku toczyła się powolna wojna na wyniszczenie.
John Sullivan, jego zastępca Jon Finer i Mark Milley codziennie gromadzili się w centrum zarządzania kryzysowego w Białym Domu wraz z szefami agencji wywiadu, gdzie dowiadywali się, że wszystko, co im mówiono o tym, jak mają się potoczyć pierwsze dni wojny, było nieprawdą.
Szybko stawało się jasne, jak bardzo pomylił się w swoich kalkulacjach Putin – najpierw w szczegółach, potem w całości. Zaczęło się to już w pierwszych godzinach konfliktu. Zdjęcia satelitarne rzutowane na wielkie ekrany podziemnego kompleksu pod Zachodnim Skrzydłem pokazywały jeden po drugim niezrozumiałe rosyjskie błędy (do niektórych doszło dzięki pomocy Białego Domu). Podczas tajnego wyjazdu do Kijowa w połowie stycznia Bill Burns przestrzegł Zełenskiego i jego najważniejszych doradców, że rosyjska ofensywa zacznie się od próby zajęcia portu lotniczego w Hostomelu, położonego około trzydziestu kilometrów od centrum Kijowa. Informacja ta była kluczowa, bo to lotnisko – wykorzystywane niemal w całości do transportu towarowego – byłoby najlepszym sposobem na stworzenie mostu powietrznego do przerzutu żołnierzy, pojazdów i uzbrojenia, których Moskwa potrzebowała do zajęcia Kijowa.
Ostrzeżeni, ale nie całkiem przygotowani Ukraińcy zaimponowali swoim oporem od samego początku. Kiedy rosyjskie śmigłowce przyleciały rano w efektownych kolumnach, przewożących po sto lub więcej żołnierzy desantu, wiele z nich udało się zestrzelić, co uwieczniły filmy nagrane telefonami komórkowymi. Według amerykańskich szacunków w ciągu kilku godzin zginęło ponad trzystu rosyjskich spadochroniarzy, a Ukraińcy rozbijali kolejne fale helikopterów. Awaryjnie lądował nawet dowódca rosyjskiej operacji. Jeden z wyższych rangą wojskowych powiedział mi, że amerykańscy obserwatorzy byli zszokowani: – Oglądaliśmy to na żywo, zdumieni, że Rosjanie nie przejęli od razu kontroli nad przestrzenią powietrzną.
Rosjanom wreszcie udało się zająć lotnisko następnego dnia. W trakcie walk został zniszczony największy samolot na świecie – Antonow An-225 Mrija, który w dniu inwazji czekał w Hostomelu na serwis silników. Okazało się jednak, że dla Rosjan było to pyrrusowe zwycięstwo: port lotniczy i pasy startowe były tak zniszczone, że nie mogły odegrać roli, którą zaplanowano w Moskwie. Wiele miesięcy później jeden z wysokich rangą wojskowych powiedział mi, że "z perspektywy czasu widać, że była to jedna z wczesnych zapowiedzi dalszych wydarzeń".
/Uproszczony i zniekształcony opis wydarzeń - red./
Nie brakowało innych dowodów niewystarczającego przygotowania rosyjskich oddziałów do rzeczywistości nowoczesnej wojny. Żołnierze, którym mówiono, że jadą na "manewry" w Białorusi i na terenie Rosji, dzwonili z własnych komórek – przez ukraińskie sieci telefoniczne – do rodzin i partnerek ze skargami, że zostali okłamani i znaleźli się nagle na prawdziwym froncie. Inni zamieszczali posty na TikToku albo Instagramie. Ukraińcy umieli wykorzystać taką amatorszczyznę: nowi rekruci umieszczeni w ukrytych ośrodkach monitorowania pracowicie namierzali rosyjskie telefony i przekazywali ich położenie wojskowym, którzy przeprowadzali precyzyjne ataki na te pozycje.
Oficjele z Pentagonu obserwujący przebieg inwazji od razu zauważyli też, że rosyjskie zaopatrzenie i logistyka stanowiły beznadziejnie zagmatwaną sieć opóźnień. Rosjanie nie tylko mieli zapasy żywności na zaledwie kilka dni, ale w ogóle nie mogli ruszyć kolumny żołnierzy maszerujących na Kijów. Sześćdziesięciokilometrowy korek rosyjskich czołgów, transporterów opancerzonych i cystern stał się symbolem rosyjskich błędów na początku wojny.
Sytuacja ta ujawniła też coś mniej oczywistego, jak powiedział mi jeden z analizujących ją oficerów wojska.
– Rosjanie ewidentnie nie ćwiczyli z dowódcami swoich jednostek samodzielnego myślenia i improwizacji – mówił. – Nasi natychmiast skręciliby w las i znaleźli inną trasę.
Rosjanie natomiast siedzieli tam jak kaczki na strzelnicy i jak do kaczek strzelali do nich Ukraińcy, atakujący cysterny z paliwem uwięzione w zatorze. Gdy pojazdy stawały w płomieniach, rosyjscy żołnierze porzucali je, przerażeni, że będą celem następnego pocisku.
Mark Milley diagnozował później, że sednem problemu była charakterystyka rosyjskich wojsk jako siły "hierarchicznej i z natury bardzo, bardzo mocno sterowanej z góry", w której są "niepodlegające zmianie rozkazy przychodzące ze szczytu piramidy, co niekoniecznie najlepiej sprawdza się na dynamicznym polu walki".
Bez wątpienia była to prawda. Ale tajne analizy szły o wiele dalej, niż odważył się powiedzieć na publicznym spotkaniu z komisją Kongresu. Na podstawie licznych badań Pentagonu sformułowano wniosek, że rosyjskie wojsko zainwestowało w broń, którą Putin mógł się chwalić. Miało mnóstwo nowych pocisków hipersonicznych, pochłaniających dźwięki okrętów podwodnych, myśliwców, pocisków nuklearnych. Jednak od lat nie wykorzystywało podstawowego sprzętu, na którym szkoliło żołnierzy. Mimo biegłości w walce elektronicznej nigdy nie wyłączyli Ukraińcom łączności. Nie wykorzystali skutecznie taktycznego wsparcia lotniczego – po części dlatego, że Ukraina miała lepszą obronę przeciwlotniczą, niż się spodziewali. Od pierwszych dni walk wychodziło na jaw, jak w efekcie szalejącej w Rosji korupcji wozy bojowe nie miały odpowiednich opon, a starzejącym się samolotom brakowało części zamiennych. Od jednego z oficjeli usłyszałem, że poziom korupcji w Federacji Rosyjskiej był Amerykanom "dobrze znany". Mimo to "ponieważ nigdy nie widać, jak bardzo coś jest kruche, póki nie sprawdzi się tego w walce, więc trudno dokonywać celnych osądów".
Najbardziej druzgocącym wnioskiem wyciągniętym przez ekspertów Pentagonu była jednak nieudolność Rosjan w zakresie, w którym mieli być najlepsi: w operacjach z użyciem połączonych rodzajów wojsk, czyli zdolności do zintegrowania posunięć oddziałów lądowych, morskich i powietrznych w precyzyjnie skoordynowane działania bojowe.
– Nie przewidzieliśmy dwóch rzeczy – powiedział mi urzędnik Departamentu Obrony.
Pierwszą z nich był "stopień, w jakim rosyjskie wojsko nie przestrzegało własnej doktryny dotyczącej połączonych rodzajów wojsk", choć na tego typu operacje kładziono duży nacisk podczas manewrów ćwiczebnych, tak bacznie obserwowanych przez Stany Zjednoczone. Gdy Amerykanie przeprowadzali grę wojenną symulującą rosyjską inwazję, zakładali, że po przećwiczeniu współpracy rodzajów wojsk tak wiele razy i z taką energią Rosjanie będą umieli zrealizować ją na prawdziwym polu bitwy.
Ale jak powiedział mi wspomniany urzędnik, w rzeczywistości było inaczej. – A gdy wojsko nie przestrzega reguł, które samo sobie ustaliło, poborowi i dowódcy średniego szczebla nie wiedzą, co mają robić. Ich armia i bez tego jest mocno zależna od dyrektyw z góry. Więc na polu walki od razu powstał wielki zamęt.
Analitycy Pentagonu nie przewidzieli jeszcze jednego kluczowego czynnika – reakcji Ameryki. Może to wspomnienie Iraku i Afganistanu kazało założyć, że Stany Zjednoczone nie będą chętne do angażowania się w kolejny poważny konflikt za granicą – zwłaszcza przeciwko mocarstwu atomowemu. Może to pokłosie epoki Trumpa albo groźby Putina, których kulminacją była złożona w dzień inwazji obietnica, że na interwencję z zewnątrz Rosja odpowie "konsekwencjami (…), których nie widzieliście w całej swojej historii". W każdym razie modele gier wojennych, jak powiedział mi wspomniany urzędnik, "nie przewidziały, w jak wielkim zakresie Stany Zjednoczone będą aktywnie wspierać Ukrainę informacjami i do jakiego stopnia pozwoli to – zwłaszcza na początku – na bardzo skuteczne kontrataki".
– Gdy organizujemy gry wojenne, widzimy wiele przykładów względnie małych armii zdominowanych przez rosyjskie wojsko na granicy, zanim Stany Zjednoczone i NATO zdążą przyjść z pomocą. W Ukrainie tak nie było – tłumaczył.
Rosjanie popełnili też wiele innych niewymuszonych błędów. Ich brutalność wzmocniła opór Ukraińców, nawet tych, którzy odczuwali wcześniej do Rosji sympatię.
onet.pl