środa, 30 lipca 2025



Rosjanie znacząco pogłębili i poszerzyli wyłom na północ i zachód od drogi Pokrowsk–Konstantynówka, w rezultacie czego cała aglomeracja pokrowska znalazła się w worku. Do obu głównych dróg zaopatrzenia obrońców w kierunkach północnym i zachodnim pozostaje agresorowi niespełna 5 km, co bardzo utrudnia logistykę. O ile po przeniesieniu jej przez Ukraińców z kierunku zachodniego na północny Rosjanie okresowo wstrzymali natarcie w kierunku drogi z Pokrowska do Dniepru (działania na tym kierunku wznowiono w ostatnich tygodniach), o tyle nieprzerwanie kontynuują je w kierunku drogi do Kramatorska, od której oddziela ich jedna miejscowość – Rodynśke. Obrońcom pozostaje jeszcze droga lokalna, lecz nie ma ona przepustowości umożliwiającej utrzymanie długotrwałej, zorganizowanej obrony, a ponadto jest zagrożona oddziaływaniem nieprzyjaciela (Rosjanie są 7 km na południe od niej).

Wraz z postępami oskrzydlenia aglomeracji pokrowskiej najeźdźcy podeszli do granic Pokrowska i Myrnohradu od południa, a do obu miast przenikają kolejne rosyjskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze. Po zajęciu Nowoekonomicznego (25 lipca) uzyskali również możliwość wkroczenia do Myrnohradu od północnego wschodu. Kwestią otwartą pozostaje, czy ukraińskie dowództwo wygospodaruje siły i środki, by podjąć próbę przeciwuderzenia i udrożnić w ten sposób linie zaopatrzenia obrońców aglomeracji, czy też – w przypadku niemożności ich zgromadzenia lub niepowodzenia kontrakcji – zdecyduje się na wycofanie z niemających już większego znaczenia wojskowego Pokrowska i Myrnohradu (rangę głównego węzła logistycznego ukraińskiego zgrupowania na zachód od Doniecka Pokrowsk utracił jesienią ub.r.). Zadecydowanie przez Kijów o utrzymaniu aglomeracji bez jej uprzedniego odblokowania grozi powtórką z ostatnich tygodni walk o Bachmut, w których lawinowo rosły straty po stronie obrońców.

Siły rosyjskie systematycznie wypierają obrońców z ostatnich pozycji w obwodzie donieckim pomiędzy Pokrowskiem a Wełyką Nowosiłką. Pod kontrolą ukraińską pozostały tam cztery miejscowości przy granicy z obwodem dniepropetrowskim w trzech różnych lokalizacjach. Rosjanie w kolejnym miejscu przekroczyli granicę obwodu dniepropetrowskiego (według części źródeł zajęli wieś Malijiwka), a także zaporoskiego (pod kontrolę agresora miała tam przejść Temyriwka). W tym ostatnim opanowali Kamjanśke nad Dnieprem i kontynuują natarcie na północ wzdłuż drogi do Zaporoża, gdzie głównym elementem kolejnej linii ukraińskiej obrony jest Stepnohirśk.

Wojska ukraińskie wycofały się z worka na zachód od Torećka, gdzie utrzymywały miejscowość Szczerbyniwka i tym samym uniemożliwiały siłom rosyjskim przejęcie pełnej kontroli nad miastem. Postępy agresora na skrzydłach w kierunku Konstantynówki zagroziły jednak znajdującym się tam obrońcom odcięciem od reszty ich sił. Ukraińcy utrzymują się już jedynie na północno-zachodnich obrzeżach Torećka. Po kilkutygodniowych walkach Rosjanie zajęli Jabłuniwkę, co otwiera przed nimi drogę do Konstantynówki od południowego zachodu.

Rosjanie przeprowadzili akcję zaczepną w kierunku Siewierska, wykorzystując do niej – po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy – kolumny pancerno-zmechanizowane. Najprawdopodobniej miała ona za zadanie rozpoznanie sytuacji na tym jednym z najtrudniejszych dla najeźdźców (ze względu na rozbudowaną obronę ukraińską) i jednocześnie jednym z najstabilniejszych odcinków frontu. Do jej zorganizowania niewątpliwie zachęciły Rosjan poczynione w poprzednich tygodniach postępy na północny wschód od Siewierska, wskazujące na stopniowe słabnięcie obrony. Po szybkim wykryciu zgrupowania przez Ukraińców działania kontynuowała jedna kolumna – według części źródeł osiągnęła wschodnie obrzeża miasta, a następnie wycofała się ze znacznymi stratami. Pod naporem agresora siły ukraińskie opuściły jednak część pozycji na wschód od Siewierska, co powiększyło obszar ziemi niczyjej.

Wojska rosyjskie oskrzydliły Kupiańsk od północnego zachodu. Według części źródeł podeszły też do miasta od północy, a na jego obrzeżach trwają walki. Postępy agresora bezpośrednio zagrażają zaopatrzeniu sił ukraińskich utrzymujących się na wschodnim brzegu rzeki Oskoł, dla których Kupiańsk stanowi bezpośrednie zaplecze logistyczne. Kolejne zdobycze terenowe, wciąż niezmieniające ogólnej sytuacji, Rosjanie uzyskali również na północny wschód od Łymanu. Siły ukraińskie odzyskały natomiast kontrolę nad Kindratiwką na północ od Sum, gdzie udało się im spowolnić postęp agresora.

osw.waw.pl

wtorek, 29 lipca 2025



Ukraińscy politolodzy uważają, że decyzja Donalda Trumpa o skróceniu ultimatum wobec Rosji to część szerszej gry geopolitycznej, w której wojna w Ukrainie pełni tylko funkcję narzędzia nacisku. "Nie trzeba być wielkim analitykiem, by zrozumieć, że katalizatorem tej decyzji była nowa umowa handlowa między USA a Unią Europejską" - napisał ukraiński politolog Wadym Denysenko na Facebooku. Według niego porozumienie z Brukselą odblokowało Trumpowi ręce w relacjach z innymi globalnymi graczami. "Wszystko, co teraz robi Trump, nie jest wymierzone bezpośrednio w Rosję, tylko w Chiny" - twierdzi Denysenko.

Ekspert podkreśla, że teraz możliwe są dwa scenariusze: albo Trump przyspieszy negocjacje z Pekinem i będzie próbował wykorzystać moment, by osiągnąć porozumienie z pozycji siły, albo najpierw zawrze porozumienie z Indiami i krajami Zatoki Perskiej w sprawie zastąpienia rosyjskiej ropy, a dopiero potem przejdzie do rozmów z Chinami. "Gra będzie znacznie bardziej skomplikowana, niż się wydaje - żadnych taryf 100 proc. nikt nie wprowadzi, ale Rosję będą próbować dociskać przez inne kanały, także chińskie" - zaznacza.

Podobnie uważa politolog Ihor Rejterowycz, który w rozmowie z agencją UNIAN powiedział, że wojna Rosji przeciwko Ukrainie była dla Trumpa narzędziem presji na Europę, a nie celem samym w sobie. - Teraz, kiedy udało się rozwiązać problem handlowy z UE, Trump ma więcej swobody w relacjach z Rosją. Sądzę, że już wyrobił sobie zdanie o tym, że Kreml nie chce rozmawiać językiem dyplomacji, tylko siły - a właśnie ten język teraz może zostać użyty - powiedział Rejterowycz.

Ekspert zwrócił też uwagę na potencjalną reakcję Chin, które mają silne powiązania handlowe z Rosją. - Jeśli presja Trumpa na Moskwę wzrośnie, Pekin będzie musiał szybciej myśleć, jak się z nim dogadywać. Zwłaszcza jeśli USA i UE będą mówiły jednym głosem - dodał.

gazeta.pl


Starszy szeregowy: Jak na imprezę na granicy przyjeżdżał Błaszczak ze świtą, na obozowisko były przywożone nawet specjalne vipowskie toi toie zamykane na klucz. Kazali dyżurnemu trzymać klucze, żeby nikt postronny do nich nie wchodził. Jeśli znalazł się taki, który się zgodził trzymać te klucze, to stał przy kiblach. Ale byli też żołnierze, którzy potrafili się postawić. Mówili, że nie będą kibla pilnować, że nie po to są w wojsku, nie po to na granicę przyjechali. Byłem świadkiem, jak pewien chorąży tak się postawił. Kapelan – już go u nas nie ma, w porządku chłopak – powiedział do niego wtedy: "Masz jaja, chłopie", bo jednak trzeba było mieć jaja, żeby się takim ludziom postawić.

Oficer z 16. Dywizji z Giżycka: Byłem wyznaczony przez mojego dowódcę do obsługi dziennikarzy, jak przyjeżdżała do nas Telewizja Polska – zazwyczaj była zapraszana tylko Telewizja Polska – która chciała zrobić program na potrzeby MON-u. Wymyślili sobie, że pokażą, jak pomagamy rodzinom żołnierzy, którzy są na granicy. To miał być program o tym, że wojsko pomaga matkom, które zostają same z dziećmi.

Osobiście brałem udział w takiej ustawce. Dowódca wyznaczył mnie i koleżankę do tego programu. Koleżanka, choć jest żołnierzem, musiała przebrać się w cywilne ciuchy i udawać, że jej mąż służy na granicy. On był w tym czasie na ćwiczeniach na poligonie, ale na potrzeby telewizji połączyli się z nim telefonicznie i udawali, że on jest na granicy. Ja wtedy udawałem kolegę z jego jednostki, który akurat wchodzi i przynosi jej zakupy. Program w telewizji się ukazał. Mieliśmy z tego niezły ubaw. To była totalna ustawka. Nic tam nie było prawdą. Takich chamskich ustawek było wtedy dużo. Chodziło o to, żeby pokazać, jak Ministerstwo Obrony dba o swoich żołnierzy. To było straszne, ale dostaliśmy takie polecenie i trzeba było to zrobić.

Oficer wojsk lądowych: Wizerunkowość była najważniejsza i to, co widzi społeczeństwo w mediach. To było najważniejsze. Nieważne było szkolenie, nieważne, że nie było pieniędzy na sprzęt, na mundury, na kamizelki, na infrastrukturę, na bieżące funkcjonowanie jednostki. Najważniejsze były te słynne pikniki, niby wojskowe, a tak naprawdę polityczne, na których żołnierze byli atrakcją jak misie na Krupówkach.

Dowódca brygady: Przyszedł do mnie mój żołnierz, doświadczony podoficer, kilkadziesiąt lat służby, misje bojowe w Iraku i Afganistanie, zagraniczne kursy i szkolenia i oświadczył, że odchodzi. Powód? Obstawianie dożynek i imprez promujących PiS. Powiedział, że ma już dość zabawy żołnierzami i że nie po to szkolił się tyle lat, żeby teraz robić za atrakcję na dożynkach. Nie on jeden odszedł wtedy z armii. Przez te pikniki straciliśmy sporo doświadczonych żołnierzy.

Żołnierze już od kilku lat byli wysyłani do zabezpieczania demonstracji antyrządowych, brali udział w partyjnych imprezach czy tworzyli tło dla polityków występujących na konferencjach. Ale upartyjnienie wojska apogeum osiągnęło w 2023 roku. Nie mieliśmy nic do powiedzenia. Przyjeżdżała do nas pani dyrektor z Centrum Operacyjnego Ministra Obrony Narodowej i kazała zmieniać cały program szkolenia tak, żeby pasował pod te ich pikniki i jarmarki. Czuliśmy się jak marionetki.

Nikt nam nie tłumaczył, dlaczego mamy jechać na przykład do Zajączków Drugich i całą niedzielę stać obok dmuchanej zjeżdżalni dla dzieci, bo akurat tamtejsza Ochotnicza Straż Pożarna zażyczyła sobie atrakcji w postaci wojska. Oczywiście brylowali tam lokalni politycy PiS-u. Ludzie byli potwornie tym zmęczeni. Od kierowców po prasowców, wszyscy obsługiwali te pikniki. Dochodziło do takich absurdów, że oficerowie starsi zajmowali się ustawianiem sprzętu, bo już nie było komu tego robić.

Oficer ze sztabu: Do Ministerstwa Obrony Narodowej, sztabu, centrów rekrutacji i dowództw zaczęła wówczas płynąć lawina wniosków od lokalnych działaczy i polityków PiS-u z prośbami o wysłanie żołnierzy i sprzętu na przeróżne uroczystości we wsiach, w miasteczkach i miastach całej Polski. Argumentacja była kuriozalna. Wnioskodawcy pisali, że dany piknik ma na celu "integrację mieszkańców, jak i więzi rodzinnych poprzez wspólne zabawy".

Zapewniali, że w programie "nie zabraknie inspirujących kreatywnych spotkań, strefy zabaw dla dzieci, koncertów i wielu innych atrakcji". Tymi "innymi atrakcjami" mieliśmy być my, żołnierze. Wojsko, zamiast się szkolić, przygotowywać do wojny, jeździło po piknikach, odpustach i jarmarkach. Żołnierze dziś nie znają zapachu prochu i poligonu, bo byli atrakcją partyjnych imprez.

W sztabie generalnym po wpłynięciu kolejnego takiego wniosku nastąpiła konsternacja. Wojsko jako element dożynek i pikniku kół gospodyń wiejskich nie mieści się w żadnych planach i zadaniach. Początkowo nie wiedzieliśmy, co z tym fantem zrobić, bo formalnie nie dało się tego nijak zaklasyfikować, ale nacisk z góry był ogromny. Wpadliśmy więc na pomysł, by wszystkie te wnioski wysyłać do szefa wojskowego centrum rekrutacji. Tam je wszystkie klepali jak leci. Stare wojskowe porzekadło głosi, że w wojsku nie da się jedynie hełmu na lewą stronę wywrócić. Pretekst do wysłania żołnierzy na pikniki też się znalazł. Wynikał – jak zaznaczano w pismach – "z ważnych względów społecznych".

W centrach rekrutacji wojskowej szefami byli już wtedy oficerowie z WOT-u, usłużni czy nawet służalczy wobec partii. Dlatego praktycznie zawsze na wnioskach pisali: "Zgoda". Stamtąd wnioski płynęły do dowódców jednostek wojskowych w okolicy, którzy byli zmuszeni na daną imprezę wystawić sprzęt i wysłać żołnierzy. Jak nie było w jednostce takiego sprzętu, jakiego zażyczył sobie wójt lub poseł, to czasem rosomaki czy leopardy trzeba było wieźć przez pół Polski.

Oficer z dowództwa generalnego: Błaszczak nie potrafił zaskarbić sobie sympatii wojska. Był sztywny jak kołek. Dlatego w wojsku miał ksywę Ken, tylko Barbie mu brakowało. Sztuczność wypowiedzi, brak naturalności, to działało na jego niekorzyść. Ludzie to czuli. A później to on nas już po prostu nie słuchał. Cokolwiek byśmy powiedzieli, mówię o wojskowych, nie o departamentach MON-u, bo tam miał swoich zauszników, to zawsze było źle. Minister zawsze był na nie.

Wie pani, on nie lubił żołnierzy, a już zwłaszcza oficerów. To było widoczne. Cierpiał wręcz, gdy musiał się z oficerami zadawać. Z nami nie mógł sobie pogadać o pierdołach. Bał się, że padną trudne tematy. Nawet jak wychodził do niego porucznik, to go zbywał, a co dopiero generał? Wolał porozmawiać z szeregowym. Taki żołnierz trudnych pytań nie zadawał, a jeszcze był wdzięczny, że minister dał mu siedemset złotych podwyżki. Te pieniądze pojawiły się w ustawie o obronie ojczyzny. Zapisano je tylko po to, by minister i partia PiS mogły sobie kupić przychylność tej, bądź co bądź najliczniejszej w armii grupy. Zupełnie nie pomyśleli, jaką krzywdę robią tym wojsku.

Proszę sobie wyobrazić: mamy w wojsku sierżanta. Stary żołnierz, weteran po misjach, kursy porobione, studia też, ćwiczeń nie zliczysz. On będzie zarabiał pięć tysięcy złotych, a kandydat na żołnierza zawodowego – nawet nie żołnierz, tylko kandydat – w pierwszym roku służby będzie dostawał sześć tysięcy na rękę i nie będzie płacił od tego ani podatku, ani składki zdrowotnej. Jaką ten sierżant ma motywację do służby, jak szeregowy zarabia od niego więcej? Żadnej.

onet.pl

poniedziałek, 28 lipca 2025



Łukaszenko osobiście przekonywał, że Pratasiewicz „szczerze zmienił swoje przekonania”. Założył kilka nowych stron w mediach społecznościowych, poprzez które powiela tezy propagandy białoruskiej. Najwyraźniej tego wszystkiego nie wystarczyło, by zrobić karierę po drugiej stronie barykady.

Aleksander Łukaszenko nie wybacza przeciwnikom.

– Moje nazwisko i rozpoznawalność po raz kolejny zrobiły swoje. Od tygodnia szukam pracy. Po raz kolejny zmagam się z tym, że znalezienie czegokolwiek interesującego jest prawie niemożliwe, niezależnie od branży – narzekał ostatnio Pratasiewicz na swoim kanale w Telegramie.

– Próbuję prowadzić zwyczajne, spokojne życie i uczciwie pracować. Wszystko na nic. Niezależnie od tego, że władze i służby do mnie już od dawna nic nie mają, potencjalni pracodawcy obawiają się ryzyka […] Nie wiem, ile to będzie trwało i ile razy jeszcze mi odmówią. Moja sytuacja finansowa, mówiąc delikatnie, się pogarsza – opowiada. Narzekał na brak perspektyw na Białorusi i na to, że nie może znaleźć żadnej pracy, by „planować jakikolwiek rozwój”.

– Po raz pierwszy poważnie zaczynam myśleć o wyjeździe do jakichś dalekich krajów. Po to, by mieć pracę, zapomnieć o przeszłości i się rozwijać – napisał.

A jeszcze niedawno, występując w rządowych białoruskich mediach, przekonywał, że „nie narzeka na zarobki”, a we wrześniu ubiegłego roku nawet opublikował zdjęcia z wypoczynku w Dubaju. Wówczas pracował w Mińsku jako spawacz, co również odnotowywały wszystkie media rządowe w kraju Łukaszenki. Później na rowerze dostarczał zamawiane w mińskich restauracjach posiłki, pracując dla jednej z rosyjskich aplikacji mobilnych.

– Chcąc tam dobrze zarabiać, trzeba pracować po dwanaście godzin przez pięć dni w tygodniu – mówił pod koniec czerwca w rozmowie z białoruską redakcją rosyjskiej tuby propagandowej Sputnik. Znów zmienił pracę, skończył szkolenie barmańskie i już w lipcu pochwalił się zdjęciem z jednego ze stołecznych barów. W roli barmana, sądząc po ostatnich wpisach w Telegramie, też się nie odnalazł.

rp.pl


Trump stwierdził, że jest „bardzo rozczarowany prezydentem Rosji Putinem”. Dodał, że decyzja o skróceniu czasu ultimatum wynika z tego, że „zna on (jego) odpowiedź”.

– Gdyby mnie nie było, wybuchłoby sześć dużych wojen – oznajmił, wymieniając m.in. konflikt Tajlandia-Kambodża, Indie-Pakistan, Rwanda-Demokratyczna Republika Konga.

Prezydent USA Donald Trump zapowiedział w poniedziałek w Turnberry, w zachodniej Szkocji, że wyznaczy nowy termin ultimatum - 10 lub 12 dni od dziś - które postawi rosyjskiemu przywódcy Władimirowi Putinowi na zakończenie przez niego wojny w Ukrainie.

Zapytany o zapowiedziane wcześniej skrócenie 50-dniowego ultimatum, które do tej pory obowiązywało, Trump odpowiedział, że „nie ma sensu czekać”. Dodał, że „będzie hojny”, jeśli da Putinowi 15 dni na podjęcie decyzji.

Amerykański przywódca przyznał, że „nie widzi żadnego postępu” po stronie Rosji.

Prezydent USA Donald Trump stwierdził także, że jeśli nie dojdzie do porozumienia z rosyjskim przywódcą Władimirem Putinem w sprawie zakończenie wojny w Ukrainie, wówczas Stany Zjednoczone wprowadzą sankcje wtórne na Rosję.

Amerykański przywódca poinformował, że nowy, skrócony termin ultimatum zostanie przekazany stronie rosyjskiej jeszcze w poniedziałek lub we wtorek.

Zapytany, czy jego zdaniem prezydent Putin okłamał go w sprawie swojego zobowiązania do zawieszenia broni w Ukrainie, Trump odpowiedział, że zdarzały się chwile, kiedy mieli dobre rozmowy i myślał, że rosyjski przywódca mógłby się zgodzić na zawieszenie broni, ale nic takiego nie nastąpiło. Dodał, że zdarzało się to zbyt często i nie podobało mu się to. 

PAP


Według "Wall Stret Journal", amerykańskie zaangażowanie w wojnę z Iranem okazało się niezwykle kosztowne. Niezależnie od wątpliwych rezultatów nalotów na instalacje nuklearne, Amerykanie zaangażowali się także w obronę terytorium Izraela przed irańskimi atakami, prowadzonymi m.in. z użyciem pocisków balistycznych różnych typów i klas.

W tym celu na Bliskim Wschodzie znalazła się aż jedna czwarta amerykańskich wyrzutni THAAD. Do jednej, wcześniej rozlokowanej na terenie Izraela, dołączyła kolejna, przerzucona z macierzystego terytorium, więc Izraela broniły dwie – z ośmiu w ogóle dostępnych - baterie THAAD.

Podczas 12-dniowej kampanii baterie te wystrzeliły 150 pocisków po 15 mln dol., czyli niemal jedną czwartą zapasu, jaki Pentagon mozolnie budował od 2010 roku, gdy broń ta weszła do służby. Co więcej, przy obecnej skali produkcji, wynoszącej 37 pocisków na rok, uzupełnienie zasobów zużytych podczas niespełna dwóch tygodni walk zajmie cztery lata.

Czas ten - być może - ostatecznie okaże się krótszy, bo producent pocisków, koncern Lockheed Martin deklaruje możliwość zwiększenia skali produkcji do 100 pocisków rocznie. Będzie to jednak wymagało dodatkowych nakładów, przeznaczonych na rozwój linii produkcyjnych.

wp.pl

niedziela, 27 lipca 2025



Według Siergieja Siemionowa z Instytutu Globalnego Klimatu i Ekologii w Moskwie średnie temperatury na terenie Rosji rosną niemal dwukrotnie szybciej niż w pozostałych częściach świata: o 0,5 stopnia Celsjusza na dekadę. Im dalej na północ, tym bardziej odczuwalne są skutki zmian klimatu. Na przykład na półwyspie Tajmyr, położonym na Oceanie Arktycznym, średnia temperatura na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat wzrosła już o około 1 stopnia. W największym kraju na świecie kryzys klimatyczny manifestuje się w wielu postaciach: falami gorąca i suszami w jednych regionach, w innych – sprowadzającymi powodzie wiosennymi roztopami czy zanikaniem wieloletniej zmarzliny (która pokrywa ponad połowę terytorium państwa). To jednak nie skłania Kremla, by uznać ograniczenia emisji czy chociaż działania adaptacyjne za priorytet.

– Generalne założenie jest takie, że globalne ocieplenie nie stanowi poważnego zagrożenia, bo chociaż na pewno spowoduje straty, przyniesie także fantastyczne możliwości – wyjaśnia Michaił Korostikow, specjalista do spraw zielonej taksonomii i finansowania działań klimatycznych. – To zresztą częściowo prawda, bo Rosja jest jednym z niewielu państw na świecie, które w pewnych aspektach skorzystałyby na zmianach klimatu.

Wśród potencjalnych pozytywów globalnego ocieplenia wymieniane są chociażby większe możliwości żeglugi na Oceanie Arktycznym czy zwiększenie dostępnych gruntów rolnych wraz z roztapianiem się wieloletniej zmarzliny. Sam Władimir Putin żartował w 2003 roku przy okazji negocjacji dotyczących dołączenia Rosji do protokołu z Kioto: „2 czy 3 stopnie więcej wcale by nie zaszkodziły – wydawalibyśmy mniej na futra”.

Argumenty te są jednak mało przekonujące w zestawieniu ze zniszczeniami, których kryzys klimatyczny już w Rosji dokonuje. Te same temperatury, które roztopią lód utrudniający przemieszczanie się statków po północnych morzach, naruszą także wieloletnią zmarzlinę, zagrażając infrastrukturze wydobywającej z ziemi surowce naturalne, drogom i budynkom mieszkalnym. Tereny rolne „odebrane” z rąk mrozu na północy zostaną okupione degradacją gruntów na południu, które zaczną ulegać pustynnieniu. A obszary skute dzisiaj wieloletnią zmarzliną nie zmienią się przecież od razu w pola uprawne, lecz w bagna.

Decydenci na Kremlu muszą zdawać sobie sprawę z tego, że wszelkie korzyści, jakie przyniosą zmiany klimatu, będą niewielkie w porównaniu ze stratami. Ale zaakceptowanie naukowego konsensusu i przyznanie, że emitowanie gazów cieplarnianych przez człowieka napędza globalny wzrost temperatur, to rzecz nie do pomyślenia dla władz kraju, którego gospodarka w ogromnej mierze opiera się na wydobyciu i eksporcie wysokoemisyjnych surowców energetycznych.

– Dominuje narracja, że globalne zarządzanie klimatem to oszustwo, wycelowane w interesy Rosji, wielkiego narodu produkującego ropę i gaz. Że jeśli zmiany klimatyczne istnieją, to są naturalne i nie mamy na nie wpływu – mówi Veli-Pekka Tynkkynen, profesor Uniwersytetu Helsińskiego w Centrum Badań nad Rosją i Europą Wschodnią. – Krytyka monokultury opartej na ropie i gazie, krytyka na temat pozycji Rosji w globalnym zarządzaniu klimatem, nawet stwierdzenie, że globalne ocieplenie szkodzi Rosji, wszystko to uznaje się za sprzeciw wobec reżimu. W końcu skąd pochodzą pieniądze, które umożliwiają toczenie wojny przeciwko Ukrainie? Przede wszystkim właśnie z ropy i gazu.

Do czasu agresji w 2022 roku Moskwa jeszcze próbowała stwarzać pozory, że dostrzega zagrożenie związane z globalnym ociepleniem. Podpisała zarówno wspomniany protokół z Kioto, jak i porozumienie paryskie, wyznaczała cele ograniczenia emisji, inwestowała nawet w projekty zielonej transformacji. Sam Putin jeszcze pięć lat temu przyznawał, że kryzys klimatyczny jest spowodowany działalnością człowieka i wymaga konkretnych działań.

– Lata 2019–2021 przyniosły krótkotrwałą szansę dla klimatycznej agendy, bo ktoś przekonał wówczas Putina, że może mieć sens – wspomina Korostikow. – Wtedy rozpoczęliśmy masę projektów: taksonomię, system handlu uprawnieniami do emisji na Sachalinie. Napisano także „Strategię dla społeczno-ekonomicznego rozwoju Federacji Rosyjskiej z niskimi emisjami gazów cieplarnianych do roku 2050”. To był bardzo pozytywny dokument dotyczący klimatu, pełen progresywnego języka, wyznaczający krótko-, średnio- i długoterminowe cele. W dużej mierze pokrywał się z europejskimi zobowiązaniami. Ale ta okazja zniknęła, gdy rozpoczęła się wojna.

Inwazja na Ukrainę i trwający do dziś konflikt sprawiły, że wszelkie możliwości przeciwdziałania zmianom klimatu zostały pogrzebane. Pytanie jednak, na ile Rosja brała swoje zobowiązania na poważnie. Przedwojenne zobowiązania i podpisywanie międzynarodowych umów z perspektywy czasu wyglądają na próby Kremla, by mieć ciastko i zjeść ciastko. Na przykład ambitne cele ograniczenia emisji Rosja zawsze odnosiła do 1990 roku, a więc ostatniego roku istnienia Związku Radzieckiego, kiedy to fabryki emitowały ogromne ilości gazów cieplarnianych. Moskwa mogła więc wykazywać obniżenie emisji o kilkadziesiąt procent, jednocześnie zwiększając wydobycie, spalanie i eksport paliw kopalnych.

Przykłady podobnej kreatywności można mnożyć.

– Władze mocno podkreślają, że Rosja ma największe tereny zalesione na świecie – mówi Korostikow. – Co oznacza, że rosyjskie lasy pochłaniają dużo dwutlenku węgla, a więc nie powinniśmy być zobowiązani do ograniczania swoich emisji. Co rok lub dwa lata ich zdolność do pochłaniania gazów cieplarnianych jest obliczana na nowo, by wykazać, że Rosja nie tylko nie musi nic robić, ale wręcz może sprzedawać kredyty węglowe. Tak naprawdę las sprzedawany jest po dwakroć: raz w postaci drewna, a raz jako kredyt węglowy. To doskonały biznes!

Oczywiście, także to rozumowanie ma słabe strony. Syberyjskie lasy są bowiem bardzo podatne na pożary, więc ich powierzchnia z roku na rok się zmniejsza. W dodatku w zdecydowanej większości tworzą je już dorosłe drzewa, które nie rosną – więc ich zdolność do pochłaniania dwutlenku węgla jest mocno ograniczona. Rosyjskie plany zielonej transformacji jeszcze przed wojną były budowane na podobnie chybotliwych fundamentach. 24 lutego 2022 roku nie stanowił pod tym względem trzęsienia ziemi.

new.org.pl
Pocisk trafia dziesięciu ludzi. Jeden umiera natychmiast. Dwaj kolejni umierają w ciągu pół godziny. Trzech można by uratować dzięki terminowej opiece medycznej, ale obecnie rzadko się to zdarza. Ewakuacja helikopterowa nie jest już możliwa i istnieje niewiele bezpiecznych dróg na zewnątrz. Z pozostałych czterech osób, trzy są unieruchomione i mogą przetrwać dzięki podstawowej pierwszej pomocy i transportowi w ciągu pięciu godzin. Ale nawet to zwykle nie jest możliwe. Oni też umierają. Dwóch ostatnich rannych chodzi. Muszą samodzielnie wrócić w bezpieczne miejsce, często przechodząc od pięciu do dziesięciu kilometrów pod groźbą dronów. Jeśli będą mieli szczęście, mogą zostać zabrani przez pojazd.

Ta relacja pochodzi z zeznań z pierwszej ręki udostępnionych publicznie na kanale Telegram “Transormator”. Dostarcza cennego wglądu w wysoką śmiertelność wśród rannych żołnierzy rosyjskich.

Z tym na co dzień mierzą się rosyjskie oddziały szturmowe. Na dziesięciu trafionych mężczyzn ośmiu umiera, a tylko dwóch przeżywa. Na każdego ocalałego ginie dwóch rannych. Ten stosunek dwa do jednego odpowiada raportom rosyjskich lekarzy wojskowych.

x.com/AndrewPerpetua

sobota, 26 lipca 2025



— Kto by pomyślał, że walka z korupcją jest zła. O wielu ruchach tej administracji można powiedzieć, że są przesadzone w swoim zakresie, ale w jakimś, nawet malutkim stopniu, jednak uzasadnione. Ale decyzji o zawieszeniu monitorowania przestrzegania Foreign Corrupt Practices Act (FCPA) nie da się obronić. Ktoś próbuje nas wszystkich po prostu okradać — powiedział mi Alec Ross, dzisiaj wykładowca akademicki na Uniwersytecie Bolońskim oraz inwestor w sektorze technologicznym. W swoim poprzednim życiu był jednak wysokim szczeblem urzędnikiem federalnym, głównym doradcą Hilary Clinton do spraw nowych technologii, gdy ta kierowała Departamentem Stanu w pierwszej kadencji Baracka Obamy.

Ross jest rzadkim przypadkiem doskonałego przewodnika po dwóch, często wzajemnie wykluczających się światach — wielkiego biznesu i poważnej polityki. Pracując w administracji federalnej, niejednokrotnie uczestniczył w spotkaniach chociażby na Kremlu, gdzie, jak mi opowiada, staczał wzrokowe pojedynki z Dmitrijem Pieskowem, niesławnym rzecznikiem Putina, podczas gdy rosyjski dyktator rozmawiał z Obamą za zamkniętymi drzwiami. Dzisiaj wspomina, że od zawsze w amerykańskich relacjach z Rosją kluczowa była kwestia korupcji — Moskwa miała tego próbować zawsze, wszędzie, na każdym kroku i wobec każdego. Tyle tylko, że wtedy jeszcze istniały ramy prawne powstrzymujące urzędników z USA przed angażowaniem się w relacje biznesowe, nawet legalne, z podmiotami z innych krajów.

Dzisiaj ram tych nie ma. A Ross w rozmowie ze mną załamywał się nad ich wycofaniem już w lutym, nieco ponad miesiąc po zaprzysiężeniu Trumpa na obecną kadencję.

Podpisany przez prezydenta dekret, w którym instruuje on prokurator generalną Pam Bondi, by ta wstrzymała nadzorowanie przestrzegania FCPA, był decyzją szokującą z dwóch powodów. Po pierwsze, wydarzył się niemal natychmiast, na długo przed atakami na kancelarie prawnicze, ofensywą przeciwko uniwersytetom, atakom na NATO czy przyspieszeniem deportacji nielegalnych imigrantów. Po drugie, był to rzadki przypadek decyzji naprawdę zerojedynkowej, bez odcieni interpretacyjnych. Sam prezydent, tłumacząc ją dziennikarzom, mówił na trawniku przed Białym Domem, że zawieszenie FCPA oznaczać będzie "bardzo dużo nowych transakcji biznesowych dla Ameryki".

FCPA był przepisem naprawdę przejrzystym. Wprowadzono go w 1977 r., po trudnych dla amerykańskiej polityki latach Watergate i innych skandali z udziałem urzędników federalnych. Dokument stanowił, że pracownicy amerykańskiej administracji, w tym dyplomaci na zagranicznych placówkach, nie mogli nawiązywać stosunków biznesowych ani z innym rządem, ani z przedsiębiorcami spoza USA w celu osobistego wzbogacenia się. Krótko mówiąc, FCPA było wpisaniem do amerykańskiego prawa federalnego całkowitego zakazu korupcji. Niby to oczywiste, ale każdy prawnik wie, że jeśli coś nie jest w legislacji wyraźnie zabronione, zawsze znajdzie się sposób, by było to dozwolone — tak więc lepiej przepisy mieć, nawet dotyczące rzeczy jasnych jak słońce.

Dekret o zawieszeniu FCPA początkowo interpretowany był jako prezent, który Trump robi swojej rodzinie. Nie jest bowiem tajemnicą, że na prezydenturze chce zarabiać sam i nie ma nic przeciwko temu, żeby wzbogaciła się na niej jego najbliższa rodzina. Tak było już za pierwszym razem, kiedy jego głównym doradcą był zięć, Jared Kushner, dzisiaj budujący luksusowe ośrodki wypoczynkowe na Bałkanach. Od większości dyplomatów mających styczność z obecną administracją można usłyszeć, że dokładnie takie poglądy na prezydenturę ojca mają też Donald Jr i Eric. Czapki, telefony komórkowe, meme-coiny, kryptowaluty, perfumy — cokolwiek, na czym da się zarobić miliard poprzez umieszczenie tam słowa Trump — najlepiej wygrawerowanego złotymi literami. O korupcji, kleptokracji, sprzedawaniu urzędu przez rodzinę Trumpów napisano już jednak opasłe tomy, głównie dlatego, że jest ona ostentacyjna. Nikt z nich nie ukrywa, że w prowadzeniu polityki chodzi im przede wszystkim o pieniądze.

Problem w tym, że taka korupcja, przynajmniej w wydaniu synów prezydenta, nie jest wcale najniebezpieczniejsza. Oni, dokładnie jak ich ojciec, znani są z odrzucenia ideologii, kierowania się wyłącznie instynktami, próbując prowadzić działania polityczne w sposób analogiczny do zarządzania wielką korporacją. W orbicie Trumpa jest jednak ktoś, kto na poluzowaniu międzynarodowych przepisów korupcyjnych może zyskać znacznie więcej, niż dzieci prezydenta — i jest przy tym dużo groźniejszy, bo jego akurat pieniądze napędzają w takim samym stopniu, co głód władzy i imperialna ideologia.

onet.pl


– Ideologia powinna być prosta, wwiercać się pod korę mózgową, trafiać do przekonania. Im jest głupsza, tym lepsza – mówi niezależny politolog Andriej Kolesnikow. Rosjanom wbija się teraz „pod korę mózgową”, że oto Rosja prowadzi kolejną wojnę wyzwoleńczą, została napadnięta i broni się, jak zawsze staje do boju w obronie prawdy. Rosja to cywilizacja walcząca ze światowym złem, różnymi wcieleniami diabła, który zawsze nosi zachodni strój. Trzeba ludziom powiedzieć, że to, co się dzieje, ma jakiś sens. Jakikolwiek.

Wierzą? Może bardziej: pragną. Pragną zwycięstwa w myśl już od dawna istniejącej (choć tak oficjalnie nie nazywanej) ideologii putinizmu: kultu Pobiedy, wiecznego zwycięstwa. Kapłani tej ideologii wkładają do rosyjskich głów oczywistą nieprawdę, że „Rosja nie przegrała żadnej wojny”, choć przegrała niejedną, i to jak. Ale tego kanonu ideologii nikt nie śmie podważać, nie narażając się na zarzut dyskredytacji armii rosyjskiej i sianie fejków (a za to dostaje się dziś w Rosji realne wyroki łagru).

Przeciętny Rosjanin ma w myśl tej ideologii ślepo wierzyć w magię zwycięstwa, w to, że obecna wojna przeciwko Ukrainie jest przedłużeniem tamtej zwycięskiej, wielkiej wojny ojczyźnianej 1941-1945. Wyprawa na Ukrainę jest także wojną z wrażym Zachodem, niosącym nietradycyjne wartości i pragnącym wydrzeć Rosji jej wartości święte i tradycyjne. Ideologia obrony tradycyjnych wartości już jakiś czas temu też stała się ideologią państwową. Choć na dobrą sprawę nie wiadomo, czym są te wartości. Pojęcie jest nieprecyzyjne. I dlatego tak pojemne, że zmieścić się może w nim wszystko, co aktualnie potrzebne jest władzy. O tym będzie jeszcze poniżej.

Czym jest zatem to rosyjskie marzenie, Russian dream? Czymś w rodzaju Make Russia Great Again? Sposobem przywrócenia jedności narodu? Chcesz czy nie chcesz – musisz być z wodzem i zbiorowością? Bo choć projekt Karaganowa zakłada dobrowolne przyłączenie się do maszerujących w nogę budowniczych putinizmu, to rozwijający się pomyślnie aparat przymusu będzie mógł w każdej chwili sprawdzić poziom lojalności wobec narzuconego odgórnie kultu.

Kodeks budowniczego putinizmu dopiero się wykuwa. Jak wykłada popularny prokremlowski dziennik „Moskowskij Komsomolec”, podstawą kodeksu są trzy filary. Pierwszy to uświadomienie sobie tego, że „wszyscy jesteśmy jednym narodem – rosyjskim. W cywilizacyjnym, a nie narodowym sensie”. Do tego narodu zaliczają się i Rosjanie, i Białorusini, Tatarzy, Ukraińcy (nazywani „Małorosjanami”), Gruzini, Baszkirzy, Czeczeni, Uzbecy, Buriaci. Bo oni, zdaniem autora koncepcji, hołdują „naszym wartościom, znają język rosyjski i kochają naszą wspólną kulturę”.

Drugi filar to duch wojowniczy, w sprawiedliwych wojnach ćwiczony przez wieki. Oto naród wyzwoliciel, niosący wolność. Jeśli Karaganow ma na myśli szatkowanie Ukrainy w celu jej, ma się rozumieć, wyzwolenia, to obnaża istotę swojego kłamliwego założenia w reżimie realnogo wriemieni (na bieżąco), na oczach świata. A liczne przykłady „wyzwalania” ziem i narodów przez wieki stanowią wymowne tło historyczne.

Na deser jest filar trzeci. Tak, to tradycyjne wartości. „Rosja niesie sztandar Ludzkości – priorytetu wzajemnego szacunku, współpracy, służby, miłości i współczucia. Nasze wartości, służba Ojczyźnie i Bogu (…), a także honor, godność, uczciwość, miłość między kobietą i mężczyzną”.

Po przeczytaniu tego ociekającego fałszem steku „rosyjskich marzeń” na usta ciśnie się stalinowska pieśń „Nie znam drugiego takiego kraju, gdzie tak swobodnie oddycha człowiek” (Ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszyt czełowiek). Pieśń pochodzi z filmu „Cyrk” z końca lat 30., (...).

tygodnikpowszechny.pl


A przecież do historii amerykańskiej popkultury przeszedł film "Ucieczka z Alcatraz" z Clintem Eastwoodem, oparty na historii trzech więźniów, którym udało się zbiec.

Wydarzenie miało miejsce w 1962 roku. Więźniowie odkryli istnienie niestrzeżonego korytarze technicznego, przebiegającego tuż za ich celami. Udało im się przebić dziury w ścianach i poprzez ten korytarz, a później szyb wentylacyjny przedostać się na dach. Strażników zmyliły specjalnie przygotowane manekiny, pozorujące obecność więźniów w łóżkach.

Nie udało się ich odnaleźć i schwytać. Po kilkunastu latach zamknięto śledztwo, uznając, że utonęli w zatoce San Francisco (mimo że więzienie znajduje się tylko nieco ponad dwa kilometry od brzegu, silny prąd i niska temperatura wody właściwie uniemożliwiają przepłynięcie takiego dystansu). W 2013 roku FBI otrzymało list, którego nadawca twierdził, że jest jednym ze zbiegów. Jednak autentyczność tego listu nie została potwierdzona.

Film o jedynej skutecznej próbie ucieczki z tego malowniczo położonego więzienia przypomniała na początku maja lokalna stacja telewizyjna na Florydzie. Dzień później, przebywający akurat w swojej rezydencji Mar-a-Lago prezydent Trump napisał: "ODBUDOWAĆ I OTWORZYĆ ALCATRAZ!" Dodał, że Ameryka zbyt długo jest gnębiona przez brutalnych przestępców, a w przeszłości lepiej potrafiła rozwiązać ten problem.

Nie można mieć pewności, czy prezydent zamieścił swój wpis właśnie pod wpływem obejrzanego filmu, ale nie byłoby to takie nadzwyczajne. Trump znany jest z działania (a zwłaszcza pisania w mediach społecznościowych) pod wpływem impulsu, a więzienie Alcatraz od dawna pobudza wyobraźnię.

(...)

Polityka imigracyjna Trumpa od początku zakłada, że osoby przebywające w Stanach Zjednoczonych nielegalnie trzeba wystraszyć. Państwo może nie podołać deportacji ponad 10 milionów ludzi, ale być może da się część z nich nakłonić do wyjazdu wyłącznie groźbą.

Stąd bardzo medialne zatrzymania prowadzone przez amerykańskie służby. Deportacje do Salwadoru. Przetrzymywanie migrantów w owianym złą sławą Guantanamo. A także otwarcie nowego ośrodka dla oczekujących na deportację na Florydzie. Jego nazwa? Aligator Alcatraz. Zdaniem samego prezydenta powinno być równie dobre jak samo Alcatraz, ze względu na okalające jego teren bagna i właśnie aligatory. "Nie ma stąd innej drogi ucieczki jak tylko deportacja" - przekonywał sam Trump.

Ale choć aligatory mające pilnować nowego obozu dla imigrantów stały się symbolem tego przedsięwzięcia, to nie one wydają się najbardziej kontrowersyjne. Obóz zbudowano tak, by mógł pomieścić nawet 3 tys. zatrzymanych. Składa się z szeregu białych namiotów. W środku umieszczono klatki z siatki ogrodzeniowej. Każda z nich pomieści 32 więźniów na piętrowych łóżkach.

Do dyspozycji są trzy toalety umieszczone w centrum klatki - ze względów bezpieczeństwa są całkowicie odsłonięte. Woda z tych toalet wylewa się na podłogę. Nieprzyjemny zapach potęguje temperatura, codziennie przekraczająca 30 stopni (na zewnątrz, w namiotach jest cieplej). Światło nie gaśnie przez 24 godziny na dobę. Więźniowie otrzymują jeden posiłek dziennie, często złej jakości - na przykład z robakami. Problemem są też komary.

(...)

Jednocześnie Aligator Alcatraz jest przedmiotem… internetowych memów. Departament Bezpieczeństwa Krajowego opublikował grafikę przedstawiającą aligatory w czapkach ICE (Urzędu Celno-Imigracyjnego), pilnujących więzienia. Inny obrazek przedstawia aligatora "odpoczywającego po pierwszej zmianie w Aligator Alcatraz". Na jeszcze innym mały aligator pyta mamy, co będą dziś jedli, a ona odpowiada, że w okolicy otwarto nowy "meksykański lokal".

Działania administracji mają nie tylko odstraszać. Chodzi również o to, by wyborcy Trumpa zobaczyli wyraźne efekty jego działań. Muszą zatem być widowiskowe, przyciągające uwagę i dające satysfakcję tym, którzy od lat uznawali, że sprawy w USA idą w złym kierunku. Ponowne otwarcie prawdziwego Alcatraz mieści się w podobnej logice.

interia.pl


„W armii ukraińskiej nazywają mnie Magyarem. Jestem dowódcą polowym pilotów dronów bojowych w Siłach Zbrojnych Ukrainy.

Propaganda Putina twierdzi, że jestem jednym z najbardziej poszukiwanych wrogów Rosji, więc nie mogę obiecać, że się jeszcze spotkamy, ale będę mówił w jasnych, czarno-białych słowach.

Dzisiaj dowodzę 12 jednostkami pilotów. Dziewięćdziesiąt pięć procent z nich stanowili przed wojną cywile – biznesmeni, sportowcy, prawnicy, piosenkarze, wszyscy poza personelem wojskowym. Stanowimy zaledwie 2% całej armii Ukrainy. A jednak niszczymy co trzeci wrogi personel i co trzeci wrogi cel. Putin, który obiecał nas pojmać w ciągu trzech dni, zamiast tego uczył nas przez ponad trzy i pół roku bronić naszej ojczyzny, naszych dzieci i naszej ziemi.

Jest absolutnie jasne, że nie widzimy końca tej wojny – ani jutro, ani za miesiąc, ani prawdopodobnie w tym roku. Dlatego pragmatycznie kalkulujemy naszą przyszłość i dostrzegamy największe zagrożenia, które…  Jeśli ta wojna nie zostanie zatrzymana, dotknie wiele krajów, które nieuchronnie zostaną w nią wciągnięte.

➤ Pierwszym zagrożeniem jest to, że Putin wysyła na wojnę więcej piechoty, niż jesteśmy w stanie zniszczyć każdego miesiąca. To jest główne wyzwanie.

➤ Po drugie, Putin znalazł bardzo wygodną, tanią i skuteczną broń do zastraszania ludności cywilnej Ukrainy i niszczenia naszej infrastruktury. Nazywa się Szahed (rosyjsko-irańskie drony kamikaze).

➤ Po trzecie, wszyscy na Ukrainie, którzy chcieli walczyć, już walczą. Nie oczekujemy cudów, ale wiemy, co robić, opierając się na własnym doświadczeniu, własnej krwi i wsparciu naszych partnerów.

Nie ma na świecie czołgu, którego nie mógłby zatrzymać dron za 300-400 dolarów. Taki czołg nie istnieje. Założę się o każdą kwotę, że niezależnie od tego, jak dobrze chroniony jest czołg, zostanie zatrzymany przez drona zbudowanego z ukraińskich komponentów. Dlatego twierdzę, że ukraińskie drony są najlepsze na świecie. Dziś.

Drony tworzą strefę rażenia, rozciągającą się obecnie na około 20 km wokół linii frontu na Ukrainie. Kolejnym wyzwaniem jest zastąpienie ukraińskiej piechoty naziemnymi systemami robotycznymi, które zajmą się całą logistyką frontu.

➤ Po czwarte, budujemy wielowarstwowy, wielopoziomowy mur – znacznie potężniejszy niż Wielki Mur Chiński – który powstrzyma wszystko, co leci w naszym kierunku, od dronów szturmowych po drony rozpoznawcze. Budujemy ten mur dzisiaj.

Kiedy Putin wystrzelił 100 szahidów na Ukrainę, obiecał 500. Wtedy nie traktowaliśmy tego poważnie. Teraz nie ma się z czego śmiać, bo przekroczyliśmy już granicę 400. Nasze doświadczenie będzie nieocenione dla cywilizowanego świata, ponieważ każdy kraj może stanąć w obliczu takiej samej perspektywy. Nie wiem, które państwo członkowskie NATO mogłoby chronić jedno miasto, stawiając czoła 200-300 szahidom każdego dnia przez tydzień bez przerwy.

Twoje bezpieczeństwo narodowe wymaga pilnej ponownej oceny.

Rzadko podróżuję za granicę. To moja druga podróż.  Jutro o tej porze będę z powrotem na froncie. Ale w zeszłym roku odwiedziłem bazę wojskową jednego z członków NATO w Europie. Pokazali mi dobrze zorganizowany obiekt z mnóstwem sprzętu, wszystko w idealnym stanie.

Zapytali, co o tym myślę. Moja odpowiedź ich nie zadowoliła. Nie podchodząc bliżej niż 10 km, cztery zespoły ukraińskich pilotów mogłyby w 15 minut zamienić to miejsce w Pearl Harbor.

Nie mówię tego, żeby kogokolwiek straszyć. Mówię, że te technologie są tak łatwo dostępne i tanie, że gdyby wpadły w ręce terrorystów, 100 terrorystów mogłoby zburzyć porządek w każdym kraju. Nasza walka, nasza wspólna walka z naszymi partnerami, leży w naszym wspólnym interesie. Płacimy życiem; Wy skorzystacie z naszego doświadczenia, którym podzielimy się z sumiennymi narodami świata, które w dobrej wierze wspierają Ukrainę.

x.com/Wyrwal

piątek, 25 lipca 2025



Wybuch pełnoskalowej wojny w Ukrainie ujawnił jeszcze jedno oblicze Waldemara Skrzypczaka – wziętego komentatora. Na początku marca 2022 roku, gdy wszyscy zastanawiali się nie czy, lecz kiedy Rosjanie wezmą Kijów, generał wiedział już, że Putin tej bitwy nie wygra. I generalnie, że Ukrainy nie pokona. Był pierwszym ekspertem, który mówił o tym głośno. Ze skrawków dostępnych informacji wywnioskował to, czego inni nie potrafili dojrzeć. Dał tu o sobie znać jego kunszt dowódcy i analityka.

Później, komentując bieżące wydarzenia na Wschodzie, nie zawsze miał rację, ale zawsze jego publiczne wypowiedzi doprowadzały do szału kremlowską propagandę. Za słowami Skrzypczaka stał bowiem jego wielki autorytet. – Jeszcze kilka tygodni temu pozostawał na służbie, nie odpuszczał sobie – zwraca uwagę gen. Andrzejczak. – Komentował wojnę w Ukrainie, wszędzie go było pełno. Jego stan był już poważny, ale to Waldek, on był przeciwpancerny.

polska-zbrojna.pl


Andrij Jermak nie jest prezydentem Ukrainy. Ale często zachowuje się jak on. Jako Szef Kancelarii Prezydenta Ukrainy — to jego oficjalny tytuł — Yermak, lat 53, opracowuje plany pokojowe, kieruje dyplomacją back-channel i ręcznie wybiera urzędników państwowych. Premier i najwyższa władza wojskowa często mu się podporządkowują. Jeśli chodzi o negocjacje o wysoką stawkę — zamianę więźniów z Moskwą; powrót uprowadzonych ukraińskich dzieci; oferty do utrzymania ziarna spływającego przez Morze Czarne — Yermak prowadzi spektakl. Rządy europejskie koordynują z nim pomoc wojskową i finansową. Jest po imieniu z globalnymi brokerami władzy i gwiazdami Hollywood.

W Kijowie, w pozłacanych salach siedziby prezydenta Jermak nadzoruje zgrany zespół około dwudziestu osobiście wybranych, pobożnych doradców, którzy mają dostęp do odpraw dotyczących bezpieczeństwa narodowego i spotkań z wizytującymi głowami państw, co większość zachodnich rządów uważa za wysoce niekonwencjonalne standardy. Ta grupa wspólnie zarządza krajem. Rola Jermaka została opisana w niezliczony sposób przez tych, którzy obserwowali go — od prawej ręki Zełenskiego po faktycznego wiceprezydenta Ukrainy. Jednak jego sojusznicy i krytycy zgadzają się, że na Ukrainie prawie nic się nie dzieje bez jego wiedzy i aprobaty. Nikt nie dostaje się do prezydenta, nie przechodząc przez niego.

(...)

“Jego problemem jest mikrozarządzanie. Stara się być wszędzie i robić wszystko - powiedział Alexander Rodnyansky, dyrektor ukraińskiej telewizji i stary przyjaciel Jermaka.

Jermak stał się uosobieniem debaty toczącej się w kraju na temat tego, czy scentralizowane uprawnienia narzucone przez administrację wojenną mogą sparaliżować demokratyczną przyszłość Ukrainy po zakończeniu wojny. Dla wielu Ukraińców jest symbolem starego porządku, który desperacko chce pozostać. W tym tygodniu Zełenski stanął przed najpoważniejszym krajowym wyzwaniem swojej prezydentury, po radykalnym posunięciu mającym na celu odsunięcie na bok niezależnych organów antykorupcyjnych Ukrainy, które wywołało pierwsze duże masowe protesty od początku wojny. Wśród wielotysięcznych tłumów zgromadzonych w Kijowie śpiewano “Yermak out” i “Fuck Yermak”.

W wywiadach z ponad 40 osobami, w tym obecnymi i byłymi urzędnikami ukraińskimi, zachodnimi dyplomatami w Kijowie oraz urzędnikami rządów europejskich i Waszyngtonu, którzy mieli bezpośredni kontakt z Jermakiem, często mówiono mi, że ma on takie same wpływy jak Zełenski, a może większe. Dla krytyków Jermak jest niewybranym carem gromadzącym bezgraniczną władzę, która podważa demokratyczne mechanizmy kontroli i równowagi, które Kijów wprowadził od czasu rewolucji na Euromajdanie w 2014 roku. Sporządza listy wewnętrznych wrogów politycznych, które Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy ma nałożyć sankcje. Został oskarżony o manipulowanie dochodzeniami sądowymi w celu zdyskredytowania rywali i wstrzymywanie dochodzeń antykorupcyjnych. Mówi się, że organizuje tajne operacje, rozpowszechniając przecieki i plotki za pośrednictwem anonimowych kanałów w Telegramie. “Jego celem jest centralizacja wszystkiego w poradzieckim stylu rządów, który przypomina coś nie tak odmiennego od autokracji” powiedziała jedna z osób, która blisko współpracowała z Yermakiem w biurze prezydenckim

W zeszłym tygodniu jedna z bliskich sojuszniczek Jermaka, Julia Swyrydenko, została mianowana nowym premierem Ukrainy — co było szeroko komentowane jako dowód jego rosnącej władzy nad Zełenskim. Ambasador Zachodu bez ogródek opisał rolę Yermaka: “On jest prezydentem, premierem, ministrem spraw zagranicznych... wszyscy ministrowie razem wzięci”. Jeden z ukraińskich ministrów ostrzegł mnie, że niewielu członków rządu odważy się mówić o Jermaku do protokołu, co okazało się prawdą.

“Przyszłość i losy wszystkich” powiedział “są zdeterminowane przez Andriya Yermaka”.

(...)

Jednak nie przeszedł przez politykę ani wojsko. Nie należał do świty przyjaciół z dzieciństwa Zełenskiego ani do jego trupy komediowej Kvartal 95. Urodzony w sowieckim Kijowie w 1971 r. Jermak cieszył się wieloma przywilejami inteligencji mieszczańskiej ZSRR. Jego ojciec, Borys, pracował w renomowanym zakładzie produkcyjnym Artem w dziedzinie obronności, zanim został wysokim rangą dyplomatą w ambasadzie radzieckiej w Afganistanie podczas wojny radziecko-afgańskiej. To zadanie doprowadziło do spekulacji, że jego rola wiąże się z powiązaniami z sowieckimi służbami bezpieczeństwa. Kiedy poruszyłem te pogłoski z Yermakiem, ten odrzucił je ponuro: “Gdzie jest dowód?”

Jako młody człowiek Yermak marzył o zostaniu pilotem myśliwca odrzutowego. Zamiast tego wstąpił na Uniwersytet Narodowy im. Tarasa Szewczenki, uzyskując tytuł magistra prawa międzynarodowego. Podczas gdy wielu jego kolegów z klasy kontynuowało naukę na Zachodzie i dołączyło do czołowych europejskich kancelarii prawnych, Jermak pozostał w Kijowie i otworzył własną praktykę, koncentrując się na prawie własności intelektualnej. (...)

Dopiero gdy w 2011 roku Jermak (...), poznał młodego Wołodymyra Zełenskiego, już gwiazdę kraju i generalnego producenta tego kanału. Ich pierwsza rozmowa nie trwała długo, ale kliknęli od razu. “Widziałem, że był bardzo mądrą, bardzo inteligentną osobą - wspominał ” Yermak. (...)

Na początku 2019 roku wkroczył w politykę, przyłączając się do kampanii prezydenckiej Zełenskiego. Kiedy Zełenski wygrał wybory, mianował Jermaka swoim głównym doradcą w sprawach międzynarodowych. Nawet bliscy nowego prezydenta byli zaskoczeni. Zespół Zełenskiego składał się głównie z przyjaciół, których znał od czasów szkolnych w szorstkim przemysłowym mieście Krzywy Róg. Jednak obaj mężczyźni wspólnie rozpoczęli pracę nad niektórymi z najbardziej ambitnych obietnic Zełenskiego, w tym zakończeniem wojny, która toczyła się na wschodniej Ukrainie od aneksji Krymu przez Rosję w 2014 r. oraz inwazji na regiony Doniecka i Ługańska.

W pierwszym teście swojej przenikliwości politycznej tego lata Jermak stał się głównym punktem kontaktowym między Kijowem a kręgiem prezydenta USA Donalda Trumpa, gdy amerykańscy urzędnicy naciskali na Ukrainę, aby wszczęła śledztwo w sprawie rzekomej korupcji ze strony demokratycznego rywala Trumpa, Joe Bidena i jego syna Huntera. (...)

Największym dokonaniem Jermaka latem 2019 r. były negocjacje w sprawie wymiany więźniów z Moskwą, zapewniające powrót uznanego reżysera Ołeha Sencowa i 34 innych osób. Poleciał do Moskwy, aby osobiście odebrać więźniów — o czym później wspominał, mieszając dumę i żal. “Żadnego mojego zdjęcia” powiedział mi. (...) Na początku 2020 r. Zełenski zwolnił szefa sztabu i mianował na jego miejsce Jermaka.

Więź między Zełenskim a Jermakiem została naprawdę wykuta w tyglu wojny. Od 24 lutego 2022 r., kiedy siły Putina przekroczyły granicę ukraińską, są oni nierozłączni. Mieszkają i pracują na terenie kompleksu prezydenckiego, barokowego budynku, w którym mieścił się komitet centralny Komunistycznej Partii Ukrainy aż do uzyskania niepodległości od Związku Radzieckiego w 1991 roku. (...)

Biuro Jermaka znajduje się dwa piętra niżej od biura Zełenskiego. Tam pracuje przy rozległym biurku otoczonym prezentami od zagranicznych dygnitarzy i ukraińskich żołnierzy, w tym ceramiczną czaszką namalowaną z wizerunkiem Kremla w płomieniach. Jermak, który nie jest żonaty i nie ma dzieci, całkowicie poświęcił się swojej pracy. Jego stare mieszkanie jest w dużej mierze nieużywane i rzadko odwiedza rodziców, którzy pozostają w Kijowie. “Może pracować 24 godziny bez przerwy, bez przesady" - powiedział Sybiha, minister spraw zagranicznych. “To nie tylko jego ambicja. To jego system operacyjny.”

Relacje między obydwoma mężczyznami wykraczają poza pracę, twierdzą ich współpracownicy i sojusznicy. “Jest najbliższy prezydentowi soratnik” - powiedział Sybiha. Słowo to można przetłumaczyć jako towarzysz lub szwagier. Śpią blisko siebie w bunkrze budynku, osłoniętym przed rosyjskimi nalotami, które nasiliły się od wiosny tego roku. Tam po długim dniu pracy mogą odpocząć grając w tenisa stołowego lub oglądając klasyczne filmy, które tak dobrze znają, że potrafią recytować wersety. Większość poranków zaczynają od treningu, obaj obok siebie, podnosząc ciężary. “Uwielbia wyglądać jak przystojny mężczyzna” - powiedział Rodnyansky, przyjaciel Yermaka, producenta filmowego. “Obaj ciężko pracują.”

(...)

Kiedy Kreml zadzwonił do Kijowa we wczesnych godzinach inwazji na pełną skalę, aby zmusić go do przyznania się do porażki, zadzwonił telefon Jermaka. Na linii był zastępca szefa sztabu Putina Dmitrij Kozak. Kazał Jermakowi przekonać Zełenskiego do poddania się lub przygotowania się na stawienie czoła pełnej potędze armii rosyjskiej. “Pieprz się!” Yermak odpowiedział, rozłączając się.

Według dwóch ukraińskich urzędników zaangażowanych w planowanie wojskowe Jermak kilkakrotnie uchylał przywództwo wojskowe i w pewnych sytuacjach miał “pełny wpływ” na operacje na polu bitwy. Twierdzą, że jednym z najbardziej rażących przykładów był jego wpływ na bitwę pod Bachmutem.

Bachmut został wzniesiony jako osada-twierdza w 1571 roku, kiedy Iwan Groźny nakazał obronę południowej granicy Rosji. Nigdy nie miał powrócić do swojego pierwotnego celu, ale pod koniec 2022 roku został ponownie oblężony, gdy siły rosyjskie się zbliżyły. Wielu dowódców frontu Ukrainy nalegało na strategiczny odwrót, ale Jermak dostrzegł okazję do opowiedzenia innej historii. Swoją historią twierdza Bachmut niosła ze sobą pewną surową moc narracyjną. Stałaby się symbolem nierozerwalnego oporu Ukrainy. Zełenski również chciał wielkiego zwycięstwa na polu bitwy, które podniosłoby morale narodowe. Bakhmut nie upadł; nie mógł upaść.

Ale Bachmut był już piekłem po siedmiu miesiącach zaciętych walk. Kiedy na początku grudnia 2022 roku zgłosiłem się z miasta, centrum zostało zdewastowane. Rosyjskie ataki naziemne były bezlitosne. Nawet zatwardziali amerykańscy generałowie byli zdumieni brutalnością walki i oszałamiającymi stratami Moskwy. A jednak wciąż przychodzili.

W szczytowym momencie bitwy, 20 grudnia, Zełenski wraz z Jermakiem u boku złożył tajną i ryzykowną wizytę na linii frontu bachmuckiego. Następnego dnia Zełenski poleciał do Stanów Zjednoczonych i podczas wspólnej sesji Kongresu przedstawił postrzępioną ukraińską flagę podpisaną przez wojska w Bachmucie. Spikerka Izby Reprezentantów Nancy Pelosi przytrzymała ją nad podwyższeniem, ku owacji na stojąco. Ukraina miała swoje Alamo.

Za kulisami zachodni urzędnicy byli zaniepokojeni ofiarami. Ukraińscy dowódcy skarżyli się, że marnuje się zasoby, aby uzyskać niewielki zwrot taktyczny. Wielu twierdziło, że decyzja o pozostaniu została podjęta w kręgu prezydenta, a nie przez wojsko. “Manewr polityczny przebrany za bohaterstwo” był tym, jak opisał mi to jeden z dowódców walk.

Ostatecznie twierdza Bachmut upadła. Koszty ludzkie podważyły ukraińską kontrofensywę latem 2023 roku, która również zakończyła się porażką. “Bycie w Bachmucie tak długo było błędem" powiedział wyższy rangą urzędnik ukraiński zaangażowany w planowanie wojskowe. “Mieliśmy nasze rozkazy” Zapytałem od kogo, a on wskazał dowódcę sił lądowych Ukrainy. Urzędnik dodał jednak, że generał otrzymał własny rozkaz. Pochodził z biura prezydenta. “Można zgadnąć od kogo”.

 (...)

Publicznie Jermak przemawia wyważonym, niemal monotonnym głosem, nieco wyższym, niż można by się spodziewać po mężczyźnie jego wzrostu. Mówi tak długo, że często gubi się jego znaczenie. “Na początku myślałem, że to taktyka, która nas męczy i zmniejsza zainteresowanie przeprowadzaniem z nim wywiadów” powiedział ukraiński dziennikarz, który nie chciał być zidentyfikowany. “Ale teraz zdaję sobie sprawę, że on po prostu mówi i mówi.” (...)

“On jest czasami brutalny - przyznał minister spraw zagranicznych Sybiha. Zapytany o przykłady, zaoferował jedynie chytry uśmiech: “Proszę, zapytaj kilku innych urzędników.” Zapytałem kilku przedstawicieli różnych stopni, którzy współpracowali z Yermakiem na różnych stanowiskach, ale większość w żadnym wypadku nie chciała zabierać głosu. “Samobójstwo w karierze” powiedział jeden. “Nie, przepraszam” inny odpowiedział. “Chciałbym zachować swoją pracę.” Jeden z bliskich doradców opisał Yermaka jako “twardego, ale skutecznego". Inny przyznał, że był “ruthless” i “cunning”. Może nie jest typem osoby, której chcesz pomóc przewodzić w czasie pokoju - dodał - ale to była wojna. A kto jeszcze mógłby zrobić to, co on robi dla prezydenta?

Zełenski nie zgodził się na wywiad w tej sprawie, ale prezydent zaciekle bronił swojego szefa sztabu, mówiąc w zeszłym roku reporterowi, że Jermak był “jednym z najsilniejszych menedżerów ” w swoim zespole. “Szanuję go za wyniki, robi to, co mu mówię.” W jednym z naszych wywiadów Yermak przyznał, że może ostro krytykować swój personel, ale zlekceważył skargi, które mógł być apodyktyczny. “Nie da się nie być twardym i uzyskać rezultatów, wiesz?” powiedział. “Większy krytyk mnie samego niż ja sam nie istnieje”,

“Jestem menadżerem prezydenta" - kontynuował Yermak. “To nie tylko dzisiejszy przywódca Ukrainy — Wierzę, że jest przywódcą wolnego świata".  (...)

ft.com

czwartek, 24 lipca 2025



— Uzupełnię Pana obraz. Jak donoszą media, powołując się na Rosstat, łączne zadłużenie pracodawców z tytułu wynagrodzeń na koniec maja wyniosło 1,66 mld rubli. Rok do roku wskaźnik ten wzrósł 3,4-krotnie – o 1,17 mld rubli. W porównaniu z poprzednim miesiącem kwota wzrosła o 180,4 mln rubli, czyli o 12,2%. Wielkość długu wzrosła wielokrotnie od początku roku – na 1 stycznia 2025 r. jego kwota wynosiła 507,9 mln rubli. Tak, to potwierdza trend, który Pan opisuje. Ale na razie zadłużenie nie wydaje się aż tak duże.

— Właśnie o tym mówię: gospodarka zatorów płatniczych nie daje szans „gospodarce wysokich płac”. I owszem, sama kwota 1,17 mld rubli to drobnostka dla tak ogromnej gospodarki jak rosyjska. Ale zwrócę Pana uwagę na inne dane. Niedawno przedstawił je German Gref, prezes Sbierbanku, na Kongresie Finansowym Banku Rosji w Petersburgu. Według jego danych, w 2025 roku pensje wzrosły u 55% Rosjan, u 11% pozostały bez zmian, a u 34% spadły, przy czym u 7% pracujących spadły ponad dwukrotnie. W rezultacie jedna czwarta klientów Sbierbanku nie jest w stanie spłacić wcześniej zaciągniętego kredytu z powodu opóźnień w wypłacie pensji.

Mamy do czynienia z pogarszaniem się sytuacji finansowej firm, narasta fala zatorów płatniczych. Chodzi o zaległości w płatnościach za towary, roboty czy usługi. Jak donosi RBK, często dotyczy to państwowych korporacji i dużych firm surowcowych. W obliczu wysokich stóp procentowych lokują one pieniądze na depozytach i przez kilka miesięcy nie rozliczają się z kontrahentami. Rosyjski Związek Przemysłowców i Przedsiębiorców już poprosił władze o zwrócenie na to uwagi i podjęcie działań, aby uniknąć kryzysu w gospodarce.

I na kim firmy będą oszczędzać w tej sytuacji? Jak już powiedziałem – na pracownikach. Chociaż, oczywiście, w tę sytuację może interweniować prokuratura. Ale co ona może zrobić? Już pojawiła się informacja, że prokuratura obwodu rostowskiego rozpoczęła kontrolę przestrzegania praw pracowników zakładu Rostsielmasz w związku z przymusowymi urlopami. Czyli prokuratorzy sprawdzają, czy przeniesienie urlopu nie narusza praw samych pracowników. Ale nawet prokuratura nie może rozwiązać głównego problemu Rostsielmaszu: w porównaniu do okresu styczeń-kwiecień 2021 roku, w 2025 roku dostawy wyprodukowanego przez ten zakład sprzętu spadły o 76% w przypadku kombajnów zbożowych i o prawie 50% w przypadku kombajnów paszowych i traktorów. A w obwodzie rostowskim taka sytuacja nie jest odosobniona: już w 2024 roku odnotowano tam wzrost liczby bankructw firm. Według portalu Fedresurs, w ubiegłym roku w regionie Donu opublikowano około 150 komunikatów o wszczęciu postępowania upadłościowego wobec osób prawnych i gospodarstw rolnych, co jest znacznie wyższą liczbą niż w 2023 roku. Wątpliwe, by taka sytuacja dotyczyła tylko obwodu rostowskiego…

Proszę sobie wyobrazić sytuację. Jest zakład, który realizuje jakieś dostawy w ramach zamówień obronnych. Zrealizował Pan te dostawy. A zamawiający z sektora obronnego nie zapłacił. I to jest poważny temat, o którym już całkiem otwarcie mówią liczne zakłady. Są przypadki, gdy obiecuje się zapłatę w ciągu dwóch lat od momentu wysyłki. Piszą do mnie o tym ludzie. I oto przychodzi prokuratura i pyta: „Dlaczego nie wypłacasz pensji?”. I co odpowiedzieć? Ministerstwo Finansów nie zapłaciło w całości mojemu klientowi, klient – mnie, a ja nie mogę wypłacić pensji swoim pracownikom. Co mogę zrobić? Zwróćcie się do Ministerstwa Finansów, jak tylko ono zapłaci pieniądze mojemu klientowi, on – mnie, ja jestem gotów natychmiast uregulować zaległości płacowe.

Doszło do tego, że mocno wzrosły nawet długi biznesu z tytułu składek ubezpieczeniowych – w ciągu roku podwoiły się, co oznacza, że firmy mają problemy z kapitałem obrotowym. W rezultacie zaległości z tego tytułu za pierwszy kwartał wyniosły 352 mld rubli. Problemy odnotowuje się w różnych sferach – od branży węglowej po turystykę. Z powodu wysokiej stopy kluczowej szczególnie ciężko jest małemu i średniemu biznesowi.

Tak więc narasta fala problemów na niższym szczeblu gospodarki. Mówienie o gospodarce wysokich płac to śmieszny temat. A tak na marginesie, jeśli podnosić pensje bez inwestycji w modernizację produkcji, to prowadzi to do wzrostu kosztów produkcji i cen towarów. Tymczasem, jak zauważył Gref na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu: „Jeśli porównać wydajność rosyjskiej gospodarki z gospodarkami krajów rozwiniętych, to w różnych branżach jesteśmy w tyle od 40% do czterech razy”. I dalej opowiedział, że: „Biznes praktycznie przestał uruchamiać nowe projekty. Sbierbank szacuje swój udział w finansowaniu projektów inwestycyjnych na 60-65%. Ale przedsiębiorstwa zatrzymały cykl inwestycyjny. My, największy bank finansujący projekty inwestycyjne w kraju, po raz pierwszy od dłuższego czasu od początku tego roku nie sfinansowaliśmy ani jednego nowego projektu inwestycyjnego. Dofinansowujemy tylko stare projekty. Wniosków o nowe finansowanie praktycznie nie ma”.

A jeśli ceny towarów rosyjskich firm będą rosły, to komu będzie można je sprzedawać, skoro do kraju ogromnym strumieniem płyną tańsze chińskie towary? Prościej jest zamknąć przedsiębiorstwo i zwolnić pracowników, a resztę kapitału ulokować na depozycie w banku.

aryoconcent.pl

środa, 23 lipca 2025



Droga Aszmanowa od bystrego, kosmopolitycznego inżyniera oprogramowania do ideologa cyfrowego autorytaryzmu jest pouczająca. Urodzony 9 stycznia 1962 r. w Moskwie, ukończył Wydział Mechaniki i Matematyki Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego (MSU) w 1983 r., a w 1995 r. obronił pracę doktorską pt. "Architektura i przemysłowe wdrożenie systemów lingwistyki stosowanej".

Już jego wczesne zaangażowanie w Dorodnitsyn Computing Centre w latach 1985-1987, gdzie zajmował się systemami języka naturalnego, oraz praca nad systemem sprawdzania pisowni ORFO, świadczy o jego fundamentalnym i długotrwałym zaangażowaniu w sztuczną inteligencję oraz przetwarzanie języka naturalnego. ORFO, projekt, którym kierował po tym, jak większość zespołu wyjechała z Rosji podczas próby zamachu stanu w 1991 r., został licencjonowany przez IBM w 1992 r., a następnie wybrany przez Microsoft do rosyjskiej edycji Office w 1994 r.

Po przejęciu ORFO przez Microsoft w 1995 r. Aszmanow współzałożył firmę MediaLingua, a następnie, od 2000 do 2001 r., pełnił funkcję dyrektora operacyjnego Ramblera, ówczesnego rosyjskiego odpowiednika Google. Jego wkład w rozwój rosyjskiego internetu z tamtego okresu jest szeroko udokumentowany w wywiadach i artykułach z rosyjskiej prasy biznesowej.

Jednak po odejściu z Ramblera i założeniu własnej firmy Ashmanov & Partners w 2001 r., jego publiczny dyskurs zaczął się zmieniać. Od połowy lat 2000., około roku 2006-2008, język czysto komercyjnego SEO i innowacji ustąpił miejsca retoryce obrony. Aszmanow zaczął mówić o "zagrożeniach semantycznych" i imperatywie "cyfrowego patriotyzmu", postrzegając otwarty internet nie jako okazję, lecz jako groźny wektor obcego wpływu i destabilizacji społeczeństwa. Tę ewolucję wyraźnie widać w jego wystąpieniach na Forum Bezpieczeństwa Internetowego i RIF+KIB w latach 2010-2015, gdzie konsekwentnie powtarzał tezy o konieczności ochrony rosyjskiej infosfery przed obcym wpływem.

W 2001 r. Aszmanow poślubił Natalię Kasperską, znaczącą postać w branży technologicznej, współzałożycielkę Kaspersky Lab i, od 2007 r., prezeskę firmy InfoWatch, giganta specjalizującego się w systemach DLP (Data Leak Prevention) i monitoringu. To małżeństwo, często opisywane w rosyjskiej prasie jako "pierwsza para rosyjskiego cybernacjonalizmu", scementowało jego pozycję w ekosystemie bezpieczeństwa informacyjnego Kremla. Kribrum, jego flagowe narzędzie, było zresztą wielokrotnie wymieniane jako wspólne przedsięwzięcie Aszmanowa i InfoWatch, co potwierdzają liczne materiały prasowe i prezentacje obu firm.

W sercu stworzonej przez Aszmanowa infosfery leży właśnie Kribrum, uruchomiony około 2011 r. System ten, choć marketingowo przedstawiany jako "narzędzie do analizy sentymentu w mediach społecznościowych", funkcjonuje faktycznie jako cyfrowy system nerwowy państwa autorytarnego.

Kribrum metodycznie przeszukuje rosyjskojęzyczne treści na wszystkich głównych platformach — WKontakcie, Telegramie, YouTube, X, Facebooku — analizując ton emocjonalny, wzorce narracyjne i pojawiające się sygnały sprzeciwu. W kontekście wojny system identyfikuje i analizuje narracje krytyczne wobec inwazji, nastroje antywojenne czy apele o protesty, klasyfikując je jako "destrukcyjne".

Narzędzie nie tylko identyfikuje treści, lecz także analizuje sposób ich rozprzestrzeniania oraz identyfikuje osoby wzmacniające przekaz. Trendingowy hashtag wyrażający niezadowolenie, ironiczny mem zyskujący na popularności na niezwiązanych ze sobą kontach — wszystko jest skrupulatnie logowane i kategoryzowane jako potencjalne "rozproszone zagrożenia", zdolne do wskazania liderów opinii czy źródeł paniki. — Naszym celem powinno być stworzenie sterowanego internetu. To normalne i konieczne — wskazywał Aszmanow w swoich wystąpieniach.

Uzupełnieniem Kribrum są Vepr i Oculus, narzędzia zaprojektowane do rozpoznawania obrazu i analizy wideo. Vepr (ros. Воин — Воинственный Енот — "Waleczny Jenot") jest przeznaczony do wykrywania treści ekstremistycznych w materiałach wideo, natomiast Oculus, oficjalnie uruchomiony przez rosyjski rząd w lutym 2023 r., stanowi prawdziwy przełom w automatycznym nadzorze wizualnym. System ten, jak donosiły oficjalne komunikaty rządowe, jest zdolny do przetwarzania milionów obrazów i filmów dziennie, automatycznie identyfikując "zakazane treści" – od konkretnej symboliki protestacyjnej, przez memy ośmieszające rządzących, po materiały związane z wojną w Ukrainie niezgodne z oficjalną narracją, w tym niezależne relacje o zbrodniach wojennych czy zniszczeniach, oraz treści LGBTQ+. Aszmanow jasno formułował swoje przekonania: — Algorytmy muszą odróżniać prawdziwego patriotę od prowokatora, technologia już na to pozwala.

Systemy te nie są odizolowane; zintegrowano je bezpośrednio z SORM (System for Operational Investigative Measures). SORM to zestaw państwowych wymogów technicznych, który nakłada na operatorów telekomunikacyjnych w Rosji obowiązek zapewnienia agencjom bezpieczeństwa (takim jak policja czy tajne służby, w sumie chodzi o siedem agencji) stałego dostępu do wszystkich danych użytkowników — do połączeń, wiadomości, danych internetowych, bez konieczności uzyskiwania każdorazowo nakazu sądowego. Brak niezależnego nadzoru sądowego nad tym dostępem, o czym alarmują raporty organizacji takich jak Amnesty International czy Human Rights Watch, stanowi o głębokim cieniu rosyjskiej inwigilacji, intensywnie wykorzystywanej do kontroli narracji wojennej.

Skumulowany efekt jest głęboki: sprzeciw nie jest tłumiony dopiero po jego pojawieniu się, lecz jest prewencyjnie wykrywany, analizowany i często neutralizowany, zanim zdoła przekształcić się w zbiorowe działanie. Rosyjska rządowa agencja ds. telekomunikacji regularnie publikuje statystyki, które ilustrują tę skalę: do końca 2023 r. liczba zablokowanych stron i domen w Rosji wynosiła znacznie ponad 17 tys., a w zależności od klasyfikacji (URL, domeny, IP) w ostatnich latach często oscylowała wokół 200 tys. blokad rocznie.

Blokady te obejmowały niezależne media (jak Meduza, Dożdż, czy Echo Moskwy), strony organizacji pozarządowych (np. OVD-Info), oraz portali LGBTQ+, a od 2022 r. przede wszystkim strony związane z krytyką inwazji na Ukrainę. Jednocześnie liczba osób ściganych z powodu postów online – na podstawie przepisów o "fałszywych informacjach" o armii (wprowadzonych w marcu 2022 r.), "dyskredytowaniu" sił zbrojnych czy "ekstremizmie" – idzie w tysiące, o czym donoszą raporty OVD-Info i Amnesty International, co jest bezpośrednim narzędziem pacyfikacji wewnętrznej w obliczu wojny.

(...)

Wpływ Aszmanowa wykracza poza czysto techniczną implementację; jest on kluczowym ideologiem. Jego publiczne wypowiedzi to nie bombast propagandysty, ale kalkulowane deklaracje stratega. W jego światopoglądzie liberalizm to chaos, wolność to podatność na zagrożenia, a otwarty internet Zachodu to broń psychologiczna. Wystąpienia na forach takich jak RIF+KIB czy SPIEF jasno pokazują, jak łączy on żargon bezpieczeństwa z filozoficznym determinizmem.

Aszmanow wielokrotnie określał internet jako "terytorium do zabezpieczenia". Głosy dysydentów nazywał "minami poznawczymi". A co najbardziej wymowne, algorytmy opisywał jako "strażników granicznych myśli", decydujących, co może, a co nie może wejść w "przestrzeń semantyczną" narodu.

(...)

Aszmanow jest również uznawany za jednego z twórców koncepcji wbrosy (Вбросы), czyli systematycznego testowania i rozpowszechniania fałszywych informacji w celu manipulacji opinią publiczną. Eksperymenty te, opisywane już w rosyjskiej prasie około 2012 r., stały się dziś masowym działaniem państwowych mediów, farm trolli i wojnoblogerów, często aktywnie wspierających propagandę wojenną, co potwierdzają liczne artykuły analityczne dotyczące rosyjskiej dezinformacji.

Co symptomatyczne, Aszmanow, choć jest ideologiem państwowej kontroli, zasiada również w Prezydenckiej Radzie ds. Społeczeństwa Obywatelskiego i Praw Człowieka. Rada ta, nominalnie mająca "gwarantować i chronić prawa i wolności człowieka", była zobowiązana do przeanalizowania propozycji Aszmanowa dotyczących stworzenia "samoregulującego się rejestru toksycznych treści w internecie".

Jego zaangażowanie w przegląd ustawodawstwa dotyczącego "zagranicznych agentów" i mediów, wraz z Ministerstwem Sprawiedliwości i Prokuraturą Generalną, podkreśla, jak pojęcia takie jak prawa człowieka mogą być redefiniowane w służbie interesów państwa, zamieniając organy doradcze w narzędzia włączania perspektywy "suwerenności informacyjnej" do polityki państwowej.

onet.pl

wtorek, 22 lipca 2025



Wojska rosyjskie zintensyfikowały ofensywę w kierunku Pokrowska i przejęły znajdujące się na południe od niego Piszczane i Zwirowe. Według ukraińskich mediów do miasta miały przeniknąć ugrupowania rozpoznawczo-dywersyjne agresora, wykorzystując moment rotacji sił obrońców. Trudną sytuację pogłębiają postępy najeźdźców na północ od Myrnohradu, gdzie podejmują oni próby przejęcia kontroli nad drogą prowadzącą do Dobropola, będącego centrum logistycznym i zapleczem wojskowym Ukraińców. Podobne działania armia rosyjska podejmuje na zachód od Pokrowska, gdzie prowadzi natarcie na Udaczne i Kotłyne, starając się uzyskać kontrolę nad trasą E-50 Pawłohrad–Pokrowsk.

Agresor dokonał także istotnego postępu na kierunku Nowopawliwki na granicy obwodów dniepropetrowskiego i donieckiego. Miał zająć Nowomykołajiwkę i Kotlariwkę na zachód od Nowopawliwki oraz Piddubne, Jałtę i Woskresenkę na południe od tego miasta. Tym samym w ciągu ostatniego tygodnia przejął terytorium o łącznej powierzchni 9 km2.

Najeźdźcy kontynuują próby przebicia się od południa w kierunku Konstantynówki, starając się ominąć zbiornik wodny Kłeban-Byćke. Zacięte walki toczą się o Jabłuniwkę i Ołeksandro-Kałynowe oraz Płeszczijiwkę i Kateryniwkę. Ograniczone powodzenie okupant osiągnął na kierunku siewierskim, zdobywając kontrolę nad Werchniokamjanśkem. Próbuje też okrążyć Siewiersk – w jego rejonie dokonuje postępów na północ (przejęcie Hryhoriwki) i na południe (szturmy na Perejizne) od tego miasta. Pewien sukces osiągnął również na północ od Sum, gdzie koncentruje wysiłki na linii Jabłuniwka–Junakiwka–Sadky, dzięki czemu dotarł do wschodniej części rozległego pasa leśnego oddzielającego siły przeciwnika od stolicy obwodu. Obrońcy mieli natomiast skutecznie kontratakować w Kindratiwce i Andrijiwce na północ od Sum.

W nocy z 15 na 16 lipca siły rosyjskie przeprowadziły atak powietrzny z użyciem jednego pocisku balistycznego Iskander-M oraz 400 dronów Shahed i ich atrap. Głównymi celami uderzenia były infrastruktura energetyczna i przemysłowa w Krzywym Rogu, Dnieprze i Winnicy. W ostatniej z wymienionych miejscowości trafione zostały też zakłady polskiej Grupy Barlinek, wskutek czego sześć osób zostało rannych, w tym dwie ciężko. Ukraińskie Siły Powietrzne podały, że tamtej nocy zestrzelono 198 bezzałogowców wroga, zaś 145 zostało unieszkodliwionych przez systemy walki radioelektronicznej (WRE).

Kolejny zmasowany atak powietrzny agresor przeprowadził w nocy z 18 na 19 lipca, wykorzystując 12 pocisków balistycznych Iskander-M/KN-23, osiem pocisków manewrujących Iskander-K i 15 Ch-101 oraz 200 dronów Shahed i 144 ich atrapy. Obrońcy poinformowali o zestrzeleniu łącznie 208 środków napadu powietrznego, w tym 185 bezzałogowców, siedmiu iskanderów-M/KN-23, siedmiu iskanderów-K i dziewięciu Ch-101. Siedem pocisków manewrujących i 129 dronów-wabików unieszkodliwiły systemy WRE. Ukraińskie Siły Powietrzne zakomunikowały, że pięć pocisków i 30 dronów uderzyło w 12 nieokreślonych lokalizacji. Potwierdzone zostały uderzenia na obiekty infrastruktury krytycznej w Sumach i Odessie.

Dzień później najeźdźcy przeprowadzili serię ataków rakietowych i dronowych wymierzonych głównie w Kijów, Charków i Iwano-Frankiwsk, który został poddany najintensywniejszemu ostrzałowi od czasu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji. Rosjanie wykorzystali 426 dronów uderzeniowych typu Shahed i ich atrap oraz pięć pocisków Ch-46 Kindżał, cztery pociski Kalibr, jeden typu Iskander-K i 14 Ch-101. Ukraińskie Siły Powietrzne powiadomiły, że unieszkodliwiono 200 „szahedów” i 203 atrapy. Zestrzelone miały zostać wszystkie rakiety. Celami ataku były infrastruktura krytyczna i obiekty cywilne. W wyniku nalotu uszkodzone zostało także wejście do stacji metra Łukjaniwśka w stolicy. (...)

W ramach rekonstrukcji rządu przegłosowanej przez Radę Najwyższą 17 lipca na stanowisko ministra obrony powołano dotychczasowego premiera Denysa Szmyhala. W specjalnym oświadczeniu opublikowanym po ukonstytuowaniu się nowego składu gabinetu prezydent polecił nowemu szefowi resortu obrony „pilne zawarcie wszystkich umów na drony” oraz osiągnięcie poziomu ponad 50% nasycenia sił zbrojnych sprzętem krajowej produkcji. Z kolei w wystąpieniu w Radzie Najwyższej Szmyhal zapowiedział realizację trzech głównych zadań ministerstwa: zapewnienie personelowi wojskowemu pełnego wyposażenia potrzebnego do obrony kraju, zwiększenie ilości wykorzystywanego na froncie uzbrojenia i sprzętu wojskowego wytworzonego na Ukrainie oraz usprawnienie i podniesienie wydajności pracy resortu.

(...)

W nocy z 17 na 18 lipca we wsi Pierwomajskij w obwodzie tulskim doszło do ataku dronowego na wytwarzający produkty chemiczne, w tym substancje wykorzystywane w sektorze wojskowym zakład Szczekinoazot. Zgodnie z rosyjskimi relacjami jednostki obrony przeciwlotniczej miały zniszczyć trzy bezzałogowce, których szczątki miały spowodować pożar obiektów przemysłowych. Według źródeł ukraińskich uderzenie miało sparaliżować pracę przedsiębiorstwa, w tym produkcję metanolu wykorzystywanego do wytwarzania paliwa rakietowego i materiałów wybuchowych.

W nocy z 18 na 19 lipca Siły Zbrojne Ukrainy przeprowadziły zmasowane uderzenie dronowe na terytorium FR. Rosjanie podali, że siły obrony powietrznej przechwyciły i zniszczyły 73 maszyny przeciwnika, z czego 31 zestrzelono nad obwodem briańskim, 17 – nad orłowskim, 10 – nad moskiewskim, cztery – nad okupowanym Krymem, trzy – nad Morzem Azowskim, po dwa nad obwodami smoleńskim i niżnonowogrodzkim oraz po jednym nad obwodami biełgorodzkim, kałuskim i woroneskim i nad Morzem Czarnym. Skutki ataku pozostają nieznane. Następnej nocy ukraińskie bezzałogowce uderzyły w Moskwę oraz miejscowości w obwodzie moskiewskim i kałuskim. Według mera stolicy Siergieja Sobianina rosyjskie siły obrony powietrznej zestrzeliły 16 dronów lecących w jej kierunku, z kolei Ministerstwo Obrony FR ogłosiło, że zestrzelono i przechwycono 93 ukraińskie maszyny, w tym 19 nad terytorium obwodu moskiewskiego.

W nocy z 20 na 21 lipca ukraińskie bezzałogowce uderzyły w dworzec kolejowy na osiedlu Kamienołomni w obwodzie rostowskim, położony 38 km od granicy z Ukrainą. Stacja jest wykorzystywana jako hub logistyczny na trasie Rostów nad Donem–Taganrog–Donieck i odgrywa ważną rolę w transporcie sprzętu wojskowego.

osw.waw.pl


W sierpniu 2024 r. Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy stwierdził, że Rosjanie zużywają ponad 44 tys. pocisków artyleryjskich dziennie. W tym czasie stosunek zużycia tej amunicji między Ukrainą a Rosją wynosił 1:3 (na korzyść Moskwy).

Z kolei w lipcu 2025 r. stosunek ten wynosi 1:1,8 — ale nadal na korzyść armii rosyjskiej. Ukraińskie dowództwo podkreśliło, że liczby te mogą ulegać zmianom w zależności od sytuacji operacyjnej i intensywności działań ofensywnych Rosji.

onet.pl

poniedziałek, 21 lipca 2025



Libertatea: - Czy Ukraina była dotąd wspierana przez Stany Zjednoczone i NATO jako partner, czy też była po prostu wykorzystywana jako strategiczny bufor?

Ralph Goff: Myślę, że Ukraina jest uważana za państwo buforowe, co jest dość wyjątkowe, prawda? Mamy przecież państwa bałtyckie, które są krajami pierwszej linii, czy Finlandię, nowego członka NATO, i nikt nie uważa ich za państwa buforowe. Jednak ze względu na status Ukrainy, która nie jest jeszcze członkiem NATO, uzyskała ona, moim zdaniem, sztuczny status czy też sztuczną klasyfikację jako państwo buforowe. Uważam, że problem leży wyłącznie w złej polityce, zarówno w błędach popełnionych przez administrację Bidena, jak i w błędnych kalkulacjach administracji Trumpa, a także w dużym chaosie wśród europejskich partnerów NATO.

- Powiedział pan kiedyś, że USA dały Ukrainie broń, żeby się wykrwawiła, a nie żeby wygrała. Jakie mogą być tego powody?

Strach przed większą wojną. I wie pan, to idealnie pasuje do administracji Bidena, która lekkomyślnie pozwoliła Władimirowi Putinowi zdobyć dominację. Narracja była kontrolowana przez Putina. Ciągle groził wojną nuklearną, groził rozszerzeniem konfliktu.

A administracja Bidena dała się nabrać, co oznacza, że naprawdę w to uwierzyła. Moim zdaniem to wszystko było blefem. Władimir Putin to facet, który boi się covidu, boi się zachorować. Jego zdrowie i dobre samopoczucie jest dla niego najważniejsze. Nie wydaje mi się, żeby był typem człowieka, który zaryzykowałby wszystko w nuklearnym pokerze lub w ogóle zagrałby w niego. W związku z tym administracja Bidena czuła się zobowiązana do podjęcia działań, ale bała się zrobić wystarczająco dużo.

(...)

- Czy Niemcy i Francja powinny pełnić rolę katalizatora w kwestii wsparcia dla Ukrainy?

Tak, zdecydowanie. Sytuacja wygląda następująco: kiedy Władimir Putin najechał Ukrainę, podarował Ukraińcom prezent, krwawy prezent. Chodzi o ich tożsamość narodową. Kiedy wybuchła wojna, Ukraińcy stali się bardzo pewni tego, kim są. A prezydent Trump, grożąc, że odwróci się od Europy, że odwróci się od konfliktu, że odwróci się od NATO i że być może Stany Zjednoczone zrezygnują z roli lidera w NATO, zaszokował Europejczyków. I podarował im podobny prezent. Dał im uznanie, że muszą przejąć bardziej aktywną rolę przywódczą w NATO.

onet.pl\Libertatea


Mianowanie Swyrydenko zwiększa wpływ Andrija Jermaka na rząd. Nowa premier jest blisko związana z szefem Biura Prezydenta (w istocie drugim najbardziej wpływowym po głowie państwa politykiem w kraju) i znana z niewielkiej asertywności względem niego. Nie ma też tak dużego doświadczenia jak jej poprzednik w balansowaniu pomiędzy interesami różnych grup w ramach obozu władzy a poleceniami otoczenia przywódcy.

Najbardziej prawdopodobną przyczyną zmian są afery korupcyjne. W czerwcu br. Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) planowało przedstawić zarzuty wicepremierowi i ministrowi jedności narodowej Ołeksijowi Czernyszowowi. Aby tego uniknąć, przedłużył on o kilka dni swoje wizyty zagraniczne. Dopiero po rozmowie z zaufanym współpracownikiem Wołodymyra Zełenskiego Timurem Mindyczem (współwłaścicielem studia „Kwartał 95”, założonego przez obecnego prezydenta) wrócił do kraju, gdzie postawiono go w stan oskarżenia. Z kolei na wicepremier Stefaniszynej od 2019 r. ciążą zarzuty korupcyjne, a w ostatnich miesiącach dziennikarze odkryli kilka nowych afer z jej udziałem. Tym samym rekonstrukcja rządu pozwala władzom wymienić problematycznych ministrów i pozbyć się kłopotu wizerunkowego bez otwartego przyznania, że dymisje mają związek ze skandalami (Czernyszow jest blisko związany z rodziną Zełenskich). Afery korupcyjne w Ministerstwie Energetyki nie przeszkodziły jednak pozostać w rządzie Hałuszczence – nowy minister sprawiedliwości najprawdopodobniej skorzystał z protekcji wspomnianego Mindycza.

Impulsem do zmian mogło być także społeczne zapotrzebowanie na nowe twarze w polityce. Odkąd prezydentem USA po raz wtóry został Donald Trump, ukraińscy politycy wyczekiwali zawieszenia broni, umożliwiającego m.in. rozpisanie nowych wyborów. W obliczu prawnej niedopuszczalności ich przeprowadzenia ze względu na wciąż trwającą wojnę oraz społecznego niezadowolenia z działań Gabinetu Ministrów (zgodnie z badaniami Centrum Razumkowa z marca br. rządowi nie ufało ponad 70% respondentów, a premierowi Szmyhalowi – 67%), władze zdecydowały się na rotacje kadrowe, aby zachować pozory reagowania na nastroje społeczne i wydarzenia polityczne. W praktyce większość zmian (wyjątek stanowi resort kultury) polega jednak na przesunięciu części zastępców ministrów na stanowiska ministrów oraz zamianie miejscami kilku szefów resortów (...). Opozycja nazwała je „wielkim przesuwaniem łóżek”.

osw.waw.pl


14 lipca na konferencji prasowej z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte prezydent USA Donald Trump zapowiedział nowy mechanizm wsparcia Ukrainy. W jego ramach europejscy sojusznicy najprawdopodobniej: 1) mogliby kupować dla Ukrainy uzbrojenie i sprzęt wojskowy (UiSW) w amerykańskim przemyśle zbrojeniowym z pominięciem obecnej kolejki zamówień, 2) przekazywaliby jej własne UiSW i szybko odkupowali ten sprzęt w amerykańskiej zbrojeniówce, 3) przekazywaliby własne UiSW Kijowowi, zaś USA szybko uzupełniałyby z własnych zasobów europejskie braki, a następnie Europejczycy finansowaliby uzupełnienie amerykańskich stanów magazynowych. Dotyczy to przede wszystkim systemów Patriot, ale także pocisków i amunicji. Trump wyraził też swoje niezadowolenie z przebiegu negocjacji z Władimirem Putinem. Zapowiedział, że jeśli w ciągu 50 dni (do 2 września) nie zostanie osiągnięte porozumienie pokojowe z Ukrainą, nałoży na Rosję cła wtórne w wysokości 100%, uderzające w państwa kupujące od niej surowce naturalne. Amerykańskie media cytowały późniejszą wypowiedź anonimowego przedstawiciela Białego Domu, sugerującą, że USA nałożą 100-procentowe cła na handel z Rosją oraz cła wtórne o bliżej nieokreślonej wysokości na jej partnerów. Ponadto Trump pozytywnie wyraził się o szansach na przegłosowanie procedowanej w Senacie ustawy sankcyjnej wobec Federacji Rosyjskiej (FR), zaznaczając przy tym, że jego ultimatum jest od niej niezależne, a sama ustawa nie jest z jego perspektywy niezbędna.

Dzień później, 15 lipca, rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow nazwał deklaracje prezydenta USA poważnymi i stwierdził, że Moskwa je analizuje. Podobnie wypowiedział się szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow, który ironicznie przypomniał, że już wcześniej Trump wskazywał różne terminy zakończenia wojny. Stwierdził też, że amerykański przywódca znajduje się pod ogromną, „nieprzyzwoitą” presją UE i NATO, dążących do przedłużenia konfliktu na Ukrainie. Z kolei wiceminister spraw zagranicznych Aleksandr Gruszko wyraził zdziwienie, że deklaracje Trumpa nie były adresowane do Kijowa, i uznał, iż Zachód nie jest zainteresowany wsparciem porozumienia pokojowego. Wcześniej Dmitrij Miedwiediew, zastępca szefa Rady Bezpieczeństwa FR, nazwał ultimatum Trumpa „dekoracyjnym”, wskazał na rozczarowanie nim Unii Europejskiej i stwierdził, że Rosja go nie zauważyła. W podobnym duchu wypowiadali się rosyjscy parlamentarzyści i eksperci oraz propagandowe media. Krytyka pod adresem Trumpa (za kontynuowanie polityki Joego Bidena i brak presji na Kijów) łączyła się z przekonaniem, że jego ultimatum nie wpłynie na postawę Moskwy, a Trump może ponownie zmienić zdanie.

Choć decyzje Waszyngtonu są niekorzystne dla Rosji, to ze względu na ich ograniczony charakter i wątpliwości w kwestii implementacji nie spowodują one zmiany jej agresywnej postawy. Na Kremlu najwyraźniej dominuje bowiem przekonanie, że po upływie 50 dni brak porozumienia i kontynuacja agresji nie skłoni Trumpa do podjęcia poważniejszych działań przeciwko FR.

Komentarz

Trump jest coraz bardziej sceptyczny wobec powodzenia negocjacji z Rosją i przychylniejszy pomaganiu Ukrainie, jednak nie można mówić o przełomie. Prezydent USA wciąż postępuje zachowawczo – zarówno jeśli chodzi o wsparcie Kijowa, jak i względem Moskwy. Zadeklarowana pomoc dla Ukrainy nie zostanie przez Amerykanów sfinansowana, pomimo że wciąż nie wykorzystano ponad 2 mld dolarów z środków przekazanych do dyspozycji prezydenta (PDA) w ramach pakietu pomocowego dla tego kraju, uchwalonego w 2024 r. Wdrożenie ceł wymierzonych w Rosję i jej partnerów handlowych odsunięto z kolei w czasie i jest wątpliwe, by sama groźba ich wprowadzenia nakłoniła Putina do porozumienia. Skala i tempo dostaw UiSW w ramach nowego mechanizmu – w przypadku jego wykorzystania – wpłyną na potencjał militarny Kijowa. Obecnie widać stopniowy spadek efektywności wysiłku obronnego Ukrainy, w szczególności w obszarze obrony powietrznej. Zatrzymanie i odwrócenie tego trendu będą możliwe tylko po osiągnięciu podobnej skali dostaw jak w latach 2022–2023.

Deklaracje Trumpa przyjmuje się w Rosji z ulgą, gdyż odbiegają od wcześniejszych przecieków medialnych sugerujących znacznie ostrzejsze kroki USA. Chodziło zwłaszcza o zapowiedzi poparcia przez prezydenta dyskutowanej w Kongresie ustawy dającej możliwość nałożenia na państwa wspierające FR ceł wtórnych w wysokości 500% czy ewentualnych dostaw na Ukrainę rakiet JASSM czy Tomahawk, mogących razić cele w głębi Rosji. Świadczy o tym m.in. wzrost kapitalizacji moskiewskiej giełdy (o 2,5%), obserwowany zaraz po wypowiedzi amerykańskiego prezydenta.

Decyzje Trumpa są dla Moskwy problematyczne, gdyż potencjalnie przedłużają opór Ukrainy i oddalają perspektywę normalizacji relacji ze Stanami Zjednoczonymi. Kreml liczył najwyraźniej na stopniowe wstrzymanie dostaw amerykańskiego uzbrojenia dla Kijowa, przekonanie prezydenta USA, że to ukraińska stolica odpowiada za fiasko rozmów pokojowych, oraz uniezależnienie procesu normalizacji stosunków politycznych i gospodarczych od regulacji konfliktu zbrojnego. Moskwa nie była jednak gotowa na żadne ustępstwa, które zwiększyłyby prawdopodobieństwo takiej postawy Waszyngtonu.

Deklaracje amerykańskiego prezydenta utwierdzają Moskwę w przekonaniu, że – pomimo ostrej retoryki – nie ma on politycznej woli zasadniczej rewizji swej dotychczasowej postawy. Kreml postrzega ją jako wycofywanie się USA z zaangażowania po stronie Kijowa w wojnę na Ukrainie oraz dążenie do normalizacji relacji z Rosją, a nawet powrotu do współpracy gospodarczej z nią. Moskwa skupia się więc na tym, że dostawy amerykańskiego uzbrojenia będą się odbywały na zasadach komercyjnych (opłacane przez państwa europejskie, które w ocenie Kremla nie mają politycznej woli długotrwałego finansowania wsparcia dla Ukrainy) i nie obejmą najbardziej śmiercionośnej broni umożliwiającej rażenie celów w głębi kraju. Rosjanie odnotowali także publiczne dezawuowanie przez prezydenta USA inicjatywy ustawowej Kongresu zmierzającej do poważnego uderzenia w źródła dochodów budżetowych FR. Przede wszystkim zaś odłożenie wprowadzenia ceł na 50 dni interpretują oni jako sygnał niechęci Trumpa do zaostrzania presji na Moskwę i faktyczne przyzwolenie na kontynuację rosyjskich działań ofensywnych na Ukrainie.

Konsekwencje realizacji gróźb Trumpa pod adresem Rosji zależą od sposobu ich implementacji. Uderzenie w handel z FR nie będzie miało istotnego znaczenia, gdyż jej obroty handlowe z USA spadły do 3,5 mld dolarów w 2024 r. (co stanowi mniej niż 0,5% ogółu rosyjskiego handlu). Zaszkodzić jej mogłoby natomiast wprowadzenie wysokich ceł (wtórnych) na inne państwa handlujące z nią (zwłaszcza importujące rosyjskie węglowodory), takie jak Chiny, Indie czy Turcja. Wydaje się jednak, że Moskwa nie wierzy w taką możliwość, ponieważ storpedowałoby to wysiłki Waszyngtonu zmierzające do osiągnięcia porozumienia handlowego z Pekinem oraz rozwoju kompleksowego partnerstwa z Nowym Delhi i Ankarą. W związku z tym należy oczekiwać, że Rosja nie ograniczy swoich ofensywnych działań na Ukrainie ani nie złagodzi swych maksymalistycznych warunków zakończenia konfliktu.

osw.waw.pl

niedziela, 20 lipca 2025



Retrospekcja: niecałe dwa tygodnie temu amerykański Departament Sprawiedliwości poinformował opinię publiczną, że w sprawie zmarłego przestępcy seksualnego Jeffreya Epsteina "obciążająca lista klientów" jednak nie istnieje i że dalsze śledztwo uznano za "nieuzasadnione". To całkowita zmiana stanowiska prokurator generalnej Pam Bondi, która jeszcze niedawno w telewizji twierdziła, że lista leży na jej biurku i jest gotowa do wglądu.

Po ostatnim oświadczeniu Bondi nastąpiło coś, co obserwatorzy uważali dotychczas za nie do pomyślenia: implozja ruchu "Make America Great Again" [MAGA], który dotychczas niezłomnie popierał Trumpa. Gniew najwierniejszych zwolenników Trumpa, że rzekomo największy skandal w historii Stanów Zjednoczonych nie wyjdzie jednak na jaw, rośnie z każdą godziną.

Filmy przedstawiające palenie czapek MAGA rozprzestrzeniają się w sieci, media społecznościowe są pełne nienawistnych komentarzy, a republikańscy politycy w Waszyngtonie – choć nieśmiało i nadmiernie ostrożnie – starają się pokazać swoim wyborcom: "Tak, tak, to jest ważne. Traktujemy to poważnie".

Cokolwiek robi prezydent, afera Epsteina po prostu nie chce zniknąć. Jak dotąd Donald Trump:
    • zwolnił prokurator prowadzącą sprawę Epsteina,
    • opublikował dziesięciogodzinne nagranie z monitoringu celi więziennej Epsteina, które ma wykazać, że Epstein rzeczywiście popełnił samobójstwo, a nie został zamordowany — tyle tylko, że w nagraniu brakuje aż trzech minut.
    • podczas kilku wystąpień podkreślał, jak "nudna" jest sprawa Epsteina i że jego zwolennicy powinni raczej skupić się na licznych sukcesach republikanów.
    • polecił prokurator generalnej Bondi opublikować tę część akt sprawy, z którą zapoznała się ława przysięgłych w procesie Epsteina.
Nic nie pomogło. Problem Donalda Trumpa jest bardziej lepki i uporczywy niż wszystko, z czym dotychczas miał do czynienia.

(...)

Dla Trumpa sytuacja pozostaje niezwykle niekomfortowa, choć nie stanowi dla niego zagrożenia politycznego. Jego kluczowa ustawa finansowa [tzw. wielka, piękna ustawa] została przyjęta przez Kongres USA, a on sam nie musi już walczyć o reelekcję. Zupełnie inaczej wygląda jednak sytuacja jego wiceprezydenta J. D. Vance'a.

Vance sam domagał się kiedyś, aby akta Epsteina zostały opublikowane w nieocenzurowanej formie. Teraz ten zwykle wygadany i lubiący upubliczniać swoje opinie wiceprezydent nagle zamilkł. Przez wiele dni odmawiał komentarza w sprawie afery Epsteina. Dopiero po pojawieniu się artykułu o liście gratulacyjnym Trumpa w "Wall Street Journal" opublikował gniewny tweet: co warto zaznaczyć, uderzył w gazetę, a nie w Trumpa czy tych, którzy coraz bardziej domagają się opublikowania akt.

"Wybacz mój język, ale ta historia /to/ kompletne i kompletne bzdury. WSJ powinien się wstydzić za jego opublikowanie.
Gdzie jest ten list? Czy byłbyś zszokowany, gdy dowiadujesz się, że nigdy nam tego nie pokazali przed opublikowaniem? Czy ktoś szczerze wierzy, że to brzmi jak Donald Trump?"

onet.pl

Trwają intensywne walki na północnym wschodzie obwodu sumskiego wzdłuż linii Kindratiwka–Ołeksijiwka–Jabłuniwka–Junakiwka, a także Ryżiwka–Bezsaliwka. Wojska agresora miały uzyskać nieznaczne postępy na obu tych kierunkach oraz wyprzeć obrońców ze wsi Myropilla położonej na wschód od Sum.

Rosjanie kontynuują próby odepchnięcia Ukraińców na nowym odcinku walk na granicy obu państw na północny wschód od Wełykiego Burłuku w obwodzie charkowskim. Najeźdźcy próbują nacierać na południe od zajętej niedawno miejscowości Miłowe, najprawdopodobniej w celu operacyjnego połączenia sił kontynuujących uderzenie z kierunku Wołczańska i Kupiańska. Obrońcy mieli natomiast skutecznie kontratakować na wschód od Kindrasziwki, aby powstrzymać próby okrążania Kupiańska od północy.

Zacięte starcia trwają na kierunku torećkim, gdzie agresor wypiera wojska przeciwnika z kolejnych miejscowości na południe od Konstantynówki. Jego łupem padła Jabłuniwka, a tym samym jeden z ważnych węzłów komunikacyjnych na trasie Pokrowsk–Konstantynówka.

Siły rosyjskie poczyniły też postępy wokół Pokrowska – zajęły miejscowości Razine i Nowotorećke na północ od Myrnohradu. Intensywne walki mają również miejsce na południe od Nowopawliwki, gdzie najeźdźcy próbują sięgnąć granic obwodu donieckiego wzdłuż drogi Kurachowe–Zaporoże.

W nocy z 8 na 9 lipca Rosjanie znów przeprowadzili największy pod względem liczby użytych środków uderzeniowych atak na Ukrainę. Wykorzystali 741 dronów i rakiet, zaś głównym celem był obwód wołyński, w tym Łuck (zgodnie ze źródłami rosyjskimi m.in. zakłady silników lotniczych Motor). Według Sił Powietrznych Ukrainy 296 dronów Shahed zestrzelono, a 415 unieszkodliwiono systemami walki radioelektronicznej. Ponadto strącono siedem rakiet X-101/Iskander-K. Ataki trwały przez kolejne dni. W nocy z 9 na 10 lipca agresor uderzył m.in. w Kijów (użył 415 środków napadu powietrznego, z czego 382 strącono, a alarm bombowy trwał nieprzerwanie przez ponad dziewięć godzin), w nocy z 10 na 11 lipca – w Odessę i Charków, a kolejnej – ponownie w Łuck. 12 lipca po raz pierwszy od początku inwazji atak wymierzono w Czerniowce. Tego dnia najeźdźcy wykorzystali ponad 623 środki uderzeniowe (z czego 602 unieszkodliwiono).

9 lipca głównodowodzący Sił Zbrojnych Ukrainy generał Ołeksandr Syrski poinformował, że w czerwcu wróg wystrzelił w stronę Ukrainy o 60% więcej pocisków rakietowych i dronów niż w poprzednim miesiącu. Podkreślił, że ok. 4 tys. środków napadu powietrznego zostało unieszkodliwionych przez obronę przeciwlotniczą. Z kolei dowódca Sił Systemów Bezzałogowych Robert Browdi pseud. Madziar powiadomił, że Rosjanie będą wkrótce zdolni do użycia ponad tysiąca dronów kamikadze na dobę.

(...)

Szef ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) Kyryło Budanow oznajmił, że „zajęcie przez Rosję całego obwodu donieckiego do końca roku jest nierealne”, a obecnym celem armii agresora jest utworzenie na granicy obwodu dniepropetrowskiego kolejnej strefy buforowej o głębokości 10 km.

13 lipca południowokoreańska agencja Yonhap podała, że do tej pory Pjongjang przekazał Moskwie 28 tys. kontenerów z bronią i amunicją. W przeliczeniu na pociski 152 mm ma to stanowić równowartość ponad 12 mln sztuk. Według Budanowa Korea Północna dostarcza Rosji do 40% amunicji wykorzystywanej przez nią w wojnie przeciw Ukrainie. Masowa produkcja pocisków ma trwać całą dobę, a oprócz amunicji artyleryjskiej KRLD przekazuje też Rosji wyrzutnie rakietowe i rakiety balistyczne.

Zgodnie z szacunkami niezależnych rosyjskich ekspertów w pierwszej połowie 2025 r. władze FR wydały na utrzymanie żołnierzy na wojnie z Ukrainą ponad 2 bln rubli (ok. 25,6 mld dolarów). Z budżetów federalnego i regionalnych 400 mld rubli (ok. 5,1 mld dolarów) przeznaczono na premie za podpisanie kontraktów z Ministerstwem Obrony FR, 865 mld rubli (ok. 11,1 mld dolarów) – na wynagrodzenia wojskowych, a 765 mld rubli (ok. 9,8 mld dolarów) – na wypłaty dla rannych i rodzin poległych. Jeśli dynamika strat i rekrutacji nowych kontraktowców utrzyma się, to roczne nakłady na walczącą armię przekroczą 4 bln rubli, a więc 9,5% wszystkich zaplanowanych wydatków budżetu federalnego na ten rok oraz 2% PKB. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2025 r. podpisano ok. 200 tys. nowych kontraktów. To o 10% mniej niż w drugim półroczu 2024 r., ale wciąż wystarczająco dużo, by pokryć straty na froncie.

11 lipca Ukraińcy przeprowadzili zmasowany atak bezzałogowcami na terytorium FR, którego celem były obiekty kompleksu obronno-przemysłowego w Tule. Według doniesień medialnych trafione miały zostać opracowujące precyzyjną broń kierowaną zakłady projektów KBP im. Szypunowa, wytwarzający wieloprowadnicowe systemy rakietowe instytut naukowo-produkcyjny NPO Spław oraz zajmujące się m.in. produkcją systemów obrony przeciwlotniczej i broni strzeleckiej przedsiębiorstwo Szczegłowskij Wał.

Tego samego dnia, zgodnie z przekazem Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy, drony kamikadze miały także spaść na obiekty Łuchowickich Zakładów Lotniczych im. Woronina w obwodzie moskiewskim. Podmiot odpowiada m.in. za produkcję, modernizację i serwis myśliwców MiG oraz bezzałogowców typu Shahed (Gerań). W obu przypadkach nie potwierdzono skali zniszczeń powstałych wskutek ataku, a władze rosyjskie deklarują zbicie wszystkich środków napadu powietrznego przeciwnika.

11 lipca portal Militarnyj, powołując się na źródła w HUR, poinformował, że dzień wcześniej doszło do wybuchu na magistralnym gazociągu w mieście Łangiepas w Chanty-Mansyjskim Okręgu Autonomicznym obwodu tiumeńskiego. W wyniku operacji zniszczeniu mógł ulec odcinek rurociągu, który zaopatruje w gaz przedsiębiorstwa rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego w obwodach czelabińskim, orenburskim i swierdłowskim. W ocenie HUR prace naprawcze zajmą około miesiąca.

(...)

W sondażu Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii 47% ankietowanych uznało, że za 10 lat Ukraina „będzie krajem ze zrujnowaną gospodarką i wielką emigracją”, a tylko 43% stwierdziło, że „będzie kwitnącym państwem w składzie UE”. Badanie potwierdza rosnący pesymizm w społeczeństwie – w grudniu 2024 r. negatywny scenariusz wskazało 28% ankietowanych, a w październiku 2022 r. – zaledwie 5%.

osw.waw.pl