czwartek, 28 listopada 2024



"Sukcesowi po 1989 r. pomógł niski poziom startu. Po gospodarczej stagnacji w latach 80. i de facto bankructwie gospodarki w przededniu upadku PRL-u w 1989 r., było nam łatwiej rosnąć niż bogatszym Czechom, których dochód w 1990 r. był ponad dwa razy wyższy, czy Węgrom, którzy byli od nas prawie o połowę bogatsi" - wylicza ekonomista.

Dodaje, że wówczas Polacy byli biedniejsi nie tylko od wszystkich innych "demoludów", w tym Rumunii i Bułgarii, ale w 1990 r. mieliśmy niższy poziom dochodu od Surinamu, Argentyny i St. Lucii.

Prof. Piątkowski zaznacza jednak, że tak znaczące różnice w poziomie dochodu wyjaśniają polski sukces tylko w małej części. "Po 1989 r. Polska rozwinęła się o wiele szybciej, niż wskazywałaby na to teoria warunkowej konwergencji, która postuluje, że m.in. dzięki wyższym zwrotom z kapitału, możliwości absorpcji technologii z zagranicy, czy większej liczby "łatwych" do przeprowadzenia reform, biedne kraje powinny rozwijać się szybciej" - pisze.

Zwraca uwagę, że od 1995 r. Polska rozwijała się szybciej, niż wskazywałaby na to powyższa teoria. Co więcej, teoria ta nie gwarantuje automatycznego wzrostu gospodarczego i doganiania najbogatszych. "Mimo bowiem niskiego poziomu startu, większość biednych krajów na świecie niestety nie rośnie, bo brakuje im kluczowych czynników wspierających wzrost. Polsce ich nie zabrakło" - stwierdza Marcin Piątkowski.

W raporcie pisze, że polski sukces wspierały reformy, które przeprowadzono jeszcze za czasów PRL. Przypomina, że już w 1986 r. byliśmy trzecim krajem komunistycznym na świecie, który został członkiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) i Banku Światowego. Cały czas obowiązywało też przyjęte już w 1934 r. prawo handlowe i upadłościowe. W tym samym roku uchwalono przepisy antymonopolowe. Na liście reform u schyłku Polski Ludowej prof. Piątkowski wylicza też reformę sektora bankowego i wyodrębnienie z Narodowego Banku Polskiego banków komercyjnych i wzmocnienie niezależności banku centralnego.

U schyłku PRL zreformowano też politykę monetarną i kursową oraz uwolniono ponad połowę cen. Słynna Ustawa Wilczka z 1988 r., która wprowadziła rewolucyjną jak na te czasy zasadę, że 'co nie jest zabronione, jest dozwolone', dała pierwszy impuls rozwoju prywatnej, legalnej przedsiębiorczości. W wyniku tych reform PRL, kończąc swój żywot w 1989 r., miał obok Węgier najbardziej zliberalizowany rynek w regionie - podkreśla ekonomista.

Na dowód przypomina, że w 1992 r. OECD podsumowała te reformy, pisząc, że w przededniu upadku PRL był "bardzo daleko od typowego wyobrażenia gospodarki centralnie planowanej". Jednak prawdziwym przełomem były reformy lat 1989-90, bo to one dały impuls do rozwoju prywatnej przedsiębiorczości. "Wprowadzenie planu Balcerowicza doprowadziło do prawie pełnego otwarcia rynków, liberalizacji cen, wprowadzenia wymienialności złotego i likwidacji państwowych monopoli w handlu i za granicą. Przedsiębiorstwa państwowe musiały zacząć się restrukturyzować" - czytamy dalej.

W 1991 r. założono Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie, a jej symboliczną pierwszą siedzibą był dawny gmach Komitetu Centralnego PZPR. W prywatne ręce oddano drobny handel, rzemiosło i małe zakłady usługowe. Polska otworzyła drzwi dla napływu technologii i pieniędzy z Zachodu. "W konsekwencji tych fundamentalnych reform, udział sektora prywatnego wzrósł z 28 proc. PKB w 1989 r. do 60 proc. w 1995 r." - pisze prof. Piątkowski.

Po 1992 r. wsparciem dla ożywienia gospodarczego w Polsce była też redukcja długu zagranicznego o połowę, dzięki czemu jego wielkość spadła z 89 proc. PKB w 1989 r. do 33 proc. w 1996 r. Ekonomista podkreśla, że ważny był też "napływ kapitału zagranicznego czy opóźniona masowa prywatyzacja, która sprawiła, że w Polsce nie ma oligarchów".

Wzmocnienie sektora bankowego i jego nadzoru, a także ustawa z 1993 r. o restrukturyzacji finansowej przedsiębiorstw i banków, sprawiły, że Polsce jako "jednemu z trzech krajów postkomunistycznych, obok Estonii i Rumunii, udało się uniknąć kryzysu bankowego". Kolejnym filarem sukcesu gospodarczego Polski był boom edukacyjny i w jego następstwie skokowy wzrost liczby pracowników legitymujących się wyższym wykształceniem.

money.pl


Środowa sesja na moskiewskiej giełdzie przyniosła dramatyczne załamanie kursu rubla. Chińska waluta umocniła się o 0,4961 punktu do poziomu 14,9572 rubla, co oznacza wzrost aż o 3,43 proc. w stosunku do wtorkowego zamknięcia. To najsilniejsze jednodniowe osłabienie rosyjskiej waluty względem juana od wielu miesięcy.

(...)

Obecna sytuacja jest bezpośrednią konsekwencją fundamentalnej zmiany w rosyjskiej polityce walutowej. Bank Rosji w czerwcu 2024 roku ogłosił, że kurs juana do rubla będzie odtąd wyznaczał trend dla pozostałych par walutowych. Jak informował wtedy bank centralny "rola dolara amerykańskiego i euro na rosyjskim rynku konsekwentnie malała w ciągu ostatnich dwóch lat, co jest rezultatem przekierowania przepływów handlowych na Wschód".

Decyzja zapadła w reakcji na nowe sankcje wprowadzone przez Zachód. Bank centralny potwierdził wtedy, że oficjalny kurs rubla pozostanie jednolity i rynkowy, zmieni się jedynie sposób jego kalkulacji. Według danych przedstawionych przez rosyjskiego regulatora, już w maju udział juana w obrotach na moskiewskiej giełdzie przekroczył 54 proc., co uczyniło chińską walutę dominującą w handlu giełdowym.

Rosyjski regulator w czerwcowym komunikacie przedstawił szczegółową analizę wpływu sankcji na rynek walutowy. Bank centralny podkreślił, że nowe ograniczenia zmieniają strukturę handlu, nie wpływając jednak na wielkość przepływów walutowych z eksportu ani na popyt na waluty potrzebne do finansowania importu.

Bank Rosji zwrócił szczególną uwagę na rosnącą rolę rynku pozagiełdowego w handlu walutami zachodnimi. "transakcje są zawierane bezpośrednio między bankami, również z udziałem banków nierezydentów z przyjaznych krajów, a także z klientami, głównie rosyjskimi eksporterami. Ponadto na rynku pozagiełdowym działają elektroniczne platformy handlowe, na których banki mogą zawierać transakcje w dolarach i euro" - wyjaśniał wtedy regulator.

Analitycy banku centralnego wskazywali na korzystną koniunkturę na rynku surowców energetycznych. W maju sprzedaż walut przez 29 największych eksporterów wzrosła o 13 proc., osiągając poziom 15 mld dolarów. Dane te pokazywały, że mimo sankcji rosyjska gospodarka nadal generuje znaczące przychody walutowe.

Regulator podkreślał, że kurs rubla względem kluczowych walut zależy przede wszystkim od równowagi popytu i podaży wynikającej z handlu zagranicznego, a nie od miejsca zawierania transakcji. Sankcje zostały wprowadzone tylko przez Stany Zjednoczone, ale są przestrzegane również przez kraje Unii Europejskiej, dlatego handel giełdowy w euro również został wstrzymany.

Według Banku Rosji, wprowadzone w czerwcu zmiany stanowią zasadniczą różnicę w porównaniu z latami 2022-2023, kiedy zarówno eksport, jak i import uległy znaczącym wahaniom. Obecna sytuacja na rynku walutowym pokazuje jednak, że mimo optymistycznych założeń regulatora, rubel pozostaje pod silną presją sprzedających, a jego kurs wobec juana systematycznie spada.

money.pl

środa, 27 listopada 2024



– Jak duże są rosyjskie zasoby, nawet nie będę próbował szacować, bo jeszcze niedawno wszyscy żyliśmy iluzjami. Wtedy (dowódca ukraińskiego wywiadu wojskowego) generał Budanow mówił, że do początku października rosyjski potencjał ofensywny zostanie całkowicie wyczerpany. Jak widzimy, kończy się listopad, a ataki Rosjan są kontynuowane co najmniej na siedmiu odcinkach frontu. Przy tym na niektórych są to walki tak zajadłe i na taką skalę, że mowy nie ma o wyczerpywaniu się zasobów – mówi ukraiński ekspert wojskowy Władisław Selezniow.

rp.pl


- Sytuacja jest najgorsza od prawie trzech lat wojny. Pod pewnymi względami nawet gorsza niż wiosną 2022 roku. Powodów jest wiele, brak ludzi, niewystarczające szkolenie... - powiedział w rozmowie z "Ukraińską Prawdą" Andrij Biłecki, kiedyś skrajnie prawicowy polityk związany z ruchem Azow, dzisiaj dowódca 3. Brygady Szturmowej, jednego z najlepszych i najbardziej zmotywowanych oddziałów Sił Zbrojnych Ukrainy (ZSU). - Ludzie lubią powtarzać takie rzeczy jak: Nie dostaliśmy dość wsparcia materiałowego i technicznego. Tylko bądźmy szczerzy. Sytuacja w tym zakresie u Rosjan nie jest lepsza. Wszystkie te historie o tym jak to mają 7-10 pocisków na jeden nasz to nieprawda. Mają bardzo trudną sytuację jeśli chodzi o broń i wyposażenie. W tym ilość amunicji i jej jakość - mówi Biłecki.

Według niego Rosjanie mają jednak kilka kluczowych atutów. Wymienia bomby szybujące, którymi mogą okładać prawie bezkarnie ukraińskie linie obronne, oraz masy "mięsa armatniego". - Rosjanie nie posuwają się naprzód z powodu na przykład skoncentrowanego ognia artylerii czy zmasowanego użycia sprzętu pancernego. Robią to z powodu właściwie nieskończonej ilości dosłownie mięsa armatniego. Używam tej nazwy, bo patrząc na to jak ich używają, trudno nazwać ich żołnierzami - opisuje Biłecki.

Wyczerpanie Ukraińców i zdolność Rosjan do ciągłego rekrutowania 20-30 tysięcy ludzi miesięcznie (nieoficjalne dane wywiadu USA podane przez "New York Times" na początku listopada) przekłada się na coraz szybsze postępy tych drugich. Nie będą w stanie podtrzymywać takiej strategii bez końca, ale Kreml najpewniej liczy na to, że Ukraina ugnie się szybciej. Aktualnie rosyjskie wojsko największe postępy odnotowuje w Donbasie. Otworzyło tam nowy kierunek działań w rejonie miasta Wełyka Nowosiłka, położonego już blisko granicy okręgu zaporoskiego. W ciągu około tygodnia Rosjanie pokonali tam 10 kilometrów i podeszli pod zabudowania od wschodu. Część ukraińskich komentatorów wyraża zaskoczenie, że nie ma dowodów na jakąś silniejszą obronę na tym odcinku. Nic nie wskazuje na jej przygotowanie, choć front stał w tym rejonie od ponad roku, a sama Wełyka Nowosiłka ma duże znaczenie jako węzeł logistyczny. W rejon miały zostać skierowane posiłki, ale dopiero zobaczymy, czy zdołają powstrzymać Rosjan przed zajęciem miejscowości.

36 kilometrów na północny wschód Ukraina w szybkim tempie traci kontrolę nad innym ważnym miastem, Kurachowem. Na początku listopada było jeszcze kilka kilometrów od frontu i stanowiło ważne lokalne centrum oporu. Aktualnie walki trwają już w centrum, a Rosjanie dodatkowo okrążają je od północy i południa, próbując stworzyć kolejny duży kocioł, aby zmusić Ukraińców do wycofania się w niekorzystnych warunkach. Być może cały region jest już spisany na straty, a ukraińskie dowództwo ma zamiar próbować zatrzymać Rosjan gdzieś dalej na zachód, po wyrównaniu linii frontu. Rosjanie odnotowują też sukcesy kilkanaście kilometrów dalej na północ, atakując z zajętego pod koniec października Sełydowa. Posunęli się około 10 kilometrów na zachód i aktualnie są już 10 kilometrów na południe od kluczowego w tym rejonie miasta Pokrowsk. Ukraińcom udało się zatrzymać natarcie na nie ze wschodu i południowego wschodu jeszcze we wrześniu. Ciągle utrzymują tam względnie stabilną linię frontu kilkanaście kilometrów od miasta. Rosyjskie uderzenie z Sełydowa burzy tę stabilność.

Dalej na wschód kolejnym aktywnym odcinkiem frontu jest miasto Toreck. Po względnej stabilizacji we wrześniu i październiku teraz Rosjanie zaczęli przyśpieszać. Zdecydowanie wkroczyli do centrum miasta i położonej na południe od niego dzielnicy domków jednorodzinnych. W porównaniu do innych odcinków frontu w obwodzie donieckim ciągle są to jednak postępy bardzo powolne. Choć utrata Torecka staje się coraz bardziej realna. Dobrych wieści nie ma też z położonego kilkadziesiąt kilometrów na północ Czasiw Jaru, kolejnego węzła oporu Ukraińców. Rosyjskie grupy szturmowe docierają już do centrum miasta, a skuteczny opór na linii kanału Doniec-Donbass to już przeszłość. Rosjanie mają już pewne przyczółki po jego zachodniej stronie. Podobnie jak w Torecku, postępy ciągle są powolne, ale po okresie stabilizacji zaczyna się zarysowywać perspektywa utraty miasta. Choć nie w ciągu tygodni.

(...)

Ogólnie sytuację trudno więc nazwać optymistyczną. Ukraińcy powszechnie sami przyznają, że kluczowym problemem jest aktualnie brak żołnierzy do odpowiedniego obsadzenia frontu, powolna mobilizacja i problemy z jakością szkolenia oraz morale. Nie brakuje opowieści o tym jak mężczyźni podlegający poborowi w miarę możliwości unikają wychodzenia na ulicę, aby nie wpaść na łapankę z wojenkomatu. Ci, którzy wpadną, nie reprezentują szczególnie wartościowego rekruta z powodu niskiego morale i braku poczucia tego, że państwo da im odpowiedni sprzęt, wyszkolenie i dowódców, stwarzając im szansę przeżycia i skutecznej walki. Mówi o tym szeroko przywołany na początku Biłecki.

Do tego dochodzi standardowy miks problemów związanych z niedostateczną ilością broni, amunicji, dobrego dowodzenia i niemożnością powstrzymania strumienia rosyjskich bomb szybujących. Na horyzoncie nie widać żadnych działań Ukrainy i jej zachodnich partnerów, które by zmieniły tę sytuację. Rosjanie mają jednak w międzyczasie własne problemy. Rekrutowanie odpowiedniej ilości ludzi, aby zasypać straty, wymaga ciągłego i znaczącego podnoszenia zachęt finansowych. Rosyjska gospodarka przeżywa problemy wywoływane przez inflację, brak rąk do pracy i sankcje. Kreml nie będzie w stanie kontynuować tej strategii bez końca. W praktyce w krótkim terminie obie strony wyczekują tego, co przyniesie zmiana prezydenta USA.

gazeta.pl


Tym razem jej „bohaterem” była amunicja 35×228 mm do armat automatycznych 35 mm stanowiących główne uzbrojenie systemów przeciwlotniczych Gepard. Gepard to system przeciwlotniczy, mobilny, na podwoziu Leoparda 1A4, od 1976 roku na wyposażeniu Bundeswehry i sukcesywnie modernizowany. Obecnie zastępowany przez lżejsze Wiesel 2 Ozelot uzbrojone w systemy rakietowe Stinger. Gepardy wycofywane z wyposażenia trafiły jako dar rządu Niemiec na Ukrainę, ale konieczna była do nich amunicja, której Ukraińcy nie produkowali. Niemcy zdecydowali się na zamówienie dużej partii nabojów 35×228 mm w Szwajcarii u głównego ich producenta. Szwajcarzy dysponowali sporym ich zapasem – około 500 tys. sztuk – i gotowi byli je sprzedać. Tymczasem Sekretariat Stanu ds. Gospodarczych Szwajcarii zablokował cała transakcję. Co ciekawe, była ona dwuczęściowa – w grę wchodziła też amunicja 12,7 mm do wielkokalibrowych karabinów maszynowych. SECO stwierdziło przy tym, że Niemcy pytali Sekretariat czy mogą wysłać amunicję na Ukrainę.

„Na oba zapytania Niemiec dotyczące tego, czy amunicja otrzymana ze Szwajcarii może zostać przekazana na Ukrainę, udzielono odpowiedzi negatywnej powołując się na szwajcarską neutralność i obowiązkowe kryteria odrzucenia szwajcarskiego ustawodawstwa dotyczącego materiałów wojennych” – poinformowała SECO.

Tyle że Niemcy stwierdzili, że nie było mowy o tym, że warunkiem nabycia amunicji jest zakaz jej odsprzedaży i z takim zapytaniem do SECO się nie zwracali. W efekcie potrzebną amunicję zakupili w kilku krajach, z czego największa partię w Brazylii, która nie stawiała żadnych warunków.

Miesiąc wcześniej sam prezydent Szwajcarii Ignazio Cassis podczas wizyty rządowej w Polsce stwierdził ni mniej, ni więcej, tylko że „neutralność Szwajcarii wyklucza dostarczanie broni do Polski”.

„Pierwszym życzeniem Polski są dostawy broni. Ale to nie jest zgodne z naszą neutralnością. Wyjaśniłem to dość jasno (premierowi Polski – red.) Mateuszowi Morawieckiemu i on to odnotował. Oczywiście, szef polskiego rządu oczekuje pełnego poparcia dla sankcji. Powiedziałem mu, że nie tylko w pełni je do tej pory popieraliśmy, ale posunęliśmy się jeszcze dalej” – powiedział Cassis szwajcarskiej stacji telewizyjnej SRF. Problem w tym, że owo „dalej” wówczas niewiele znaczyło. Na początku inwazji plenipotenci rosyjskich oligarchów dość swobodnie dysponowali ich szwajcarskimi kontami, zaś szwajcarskie spółki nie miały oporów przed handlem z firmami rosyjskimi.

Jednak po sprawie Leopardów zaczęły się w mediach holenderskich i włoskich pojawiać informacje, że neutralność Szwajcarii jest dość fasadowa. Według informacji tamtejszych mediów oraz agencji, jak Reuters czy AFP, poprzez szwajcarskie firmy przechodziły dostawy zachodnich komponentów elektronicznych Dual Use dla Rosji, które mogły być używane w zastosowaniach wojskowych, szwajcarskie banki miały być też zaangażowane w ochronę rosyjskich kont i to właśnie bankowcy ze Szwajcarii mieli naciskać na rząd, by nie aprobował żadnych dostaw amunicji i sprzętu wojskowego na Ukrainę, by „nie drażnić rosyjskich klientów banków”. Wreszcie rząd Holandii przekazał półoficjalną informację, tj. świadomie dopuścił do jej przecieku do mediów, że nie będzie kupował amunicji i uzbrojenia Szwajcarii uznając ja za „niewiarygodnego dostawcę”.

Ta informacja zadziałała na tyle, że prezydent Szwajcarii Viola Amhert stwierdziła wprost, że jest zniesieniem zakazu, który obecnie uniemożliwia reeksport szwajcarskiej broni z innego kraju na Ukrainę. Jak dodał wprost, takie embargo szkodzi szwajcarskiej zbrojeniówce. A nie jest to bagatelny sektor szwajcarskiej gospodarki – mimo wielu wieków neutralności Szwajcaria, według danych Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem, była w 2022 roku 14. na świecie dostawcą broni, amunicji i sprzętu wojskowego. Jednak po sprawie Leopardów zarówno liczba tych dostaw, jak i ich wartość zaczęły gwałtownie spadać, co miało być efektem właśnie wybiórczo pojmowanej neutralności.

isbiznes.pl


1 listopada USA znów zacieśniły restrykcje finansowe wobec Rosji. Tym razem Waszyngton wpisał na listę sankcyjną Gazprombank wraz z jego zagranicznymi spółkami córkami w Szwajcarii oraz ponad 50 mniejszych rosyjskich banków zaangażowanych w obsługę handlu zagranicznego państwa. Restrykcjami objęto także ponad 40 tamtejszych rejestrów papierów wartościowych. Stany Zjednoczone uprzedziły również, że współpraca zagranicznych podmiotów z rosyjskim systemem komunikacji międzybankowej SPFS (odpowiednik SWIFT) może skutkować nałożeniem na nie amerykańskich sankcji wtórnych. Ponadto indywidualne listy sankcyjne uzupełniono o 11 menedżerów Centralnego Banku Rosji (CBR) oraz czterech z zagranicznych spółek córek Sbierbanku i VTB.

Rozszerzenie restrykcji oznacza utrzymanie presji gospodarczej na Rosję. Waszyngton już od ponad roku regularnie wprowadza kolejne ograniczenia względem sektora finansowego, których celem jest osłabienie kanałów obsługi współpracy międzynarodowej i utrudnienie funkcjonowania kompleksu wojskowo-zbrojeniowego FR, a także przeciwdziałanie obchodzeniu sankcji. Wpisanie na amerykańskie listy oznacza odłączenie wspomnianych banków od systemu finansowego opartego na dolarze oraz wprowadza groźbę tzw. sankcji wtórnych (tj. objęcia podobnymi ograniczeniami) wobec każdego podmiotu, który z nimi współpracuje.

Komentarz

Najważniejszym elementem restrykcji jest objęcie nimi Gazprombanku – trzeciego co do wielkości aktywów banku Rosji, obsługującego duże transakcje międzynarodowe (wykorzystywały go m.in. koncerny z sektorów gazowego, naftowego, atomowego, metalurgicznego czy zbrojeniowego). Jego struktura własności jest niejasna – ma on powiązania przede wszystkim z Jurijem Kowalczukiem, przyjacielem i bankierem Władimira Putina.

Poważne utrudnienie dla Rosji stanowi nałożenie sankcji na banki regionalne, których używano m.in. do obsługi importu towarów dla sektora zbrojeniowego. W efekcie obecnego rozszerzenia restrykcji przez USA karty bankowe chińskiej spółki Union Pay wystawiane przez Gazprombank i Primsocbank (wpisany na amerykańskie listy) przestały być obsługiwane za granicą (w tym na Węgrzech i w Turcji). Banki te są w związku z tym zmuszone do wypracowania alternatywnych kanałów obsługi transakcji transgranicznych (z wykorzystaniem innych banków z Rosji lub pośredników z państw trzecich, rozliczeń w niezachodnich walutach, kryptowalutach lub złocie itp.), co podniesie koszty sprowadzania i eksportu towarów oraz wydłuży czas dostaw.

Gazprombank może zostać zastąpiony przez zachodnie podmioty obecne na rosyjskim rynku. Na razie duże transakcje zagraniczne mogą obsługiwać te z nich, które nie wycofały się z tego kraju – jak austriacki Raiffeisen Bank (13. miejsce na liście największych banków w Rosji pod względem aktywów), włoski UniCredit (18.) czy węgierski OTP Bank (24.). Instytucje te są również narażone na sankcje USA, Waszyngton ostrzegał już o możliwości odcięcia ich od amerykańskiego systemu finansowego. Pomimo zapowiedzi wszystkich zachodnich banków o wyjściu z Rosji w 2022 r. de facto tylko część z nich całkowicie zerwała współpracę z tym rynkiem.

Decyzja Stanów Zjednoczonych odbije się na eksporcie rosyjskiego gazu do Europy i Turcji. Objęcie restrykcjami Gazprombanku, który od lata 2022 r. jest przeznaczony do obsługi kontraktów gazowych Gazpromu z państwami UE, zmusza do stworzenia nowych kanałów uiszczania opłaty za odbierany surowiec, co wymaga odizolowania uczestniczących w transakcji podmiotów od zachodniego systemu finansowego. Muszą się na to jednak zgodzić europejscy partnerzy. Dodatkowo konieczność ustanowienia nowych kanałów rozliczeniowych otwiera pole do renegocjacji istniejących kontraktów, co może poskutkować zmniejszeniem kupowanych wolumenów oraz zmianą sposobu realizacji dostaw. Trudności odczują szczególnie odbiorcy rosyjskiego gazu zaopatrywani poprzez TurkStream – chociażby Węgry i Turcja, które poszukują doraźnych rozwiązań, aby utrzymać stabilność dostaw. W reakcji na sankcje turecki minister energetyki Alparslan Bayraktar wezwał USA do rewizji restrykcji wobec Gazprombanku.

Obostrzenia nałożone na Gazprombank komplikują perspektywę kontynuacji przesyłu gazu przez Ukrainę. Blisko miesiąc przed wygaśnięciem kontraktu tranzytowego wciąż niewiadomą pozostaje, czy rosyjski surowiec będzie transportowany za pośrednictwem ukraińskiego systemu, a jeśli tak – to w jaki sposób (zob. Game over? Przyszłość rosyjskiego tranzytu gazu przez Ukrainę). Objęcie restrykcjami Gazprombanku generuje kolejne trudności dla wszystkich podmiotów zainteresowanych uczestniczeniem w tranzycie po 2024 r. Amerykańskie ograniczenia narażą bowiem na sankcje wtórne zarówno odbiorców końcowych, jak i traderów potencjalnie zaangażowanych w transport i odsprzedawanie surowca.

Sankcje finansowe należą do najbardziej skutecznych i silnie uderzają w rosyjską gospodarkę. Problemy z transakcjami transgranicznymi skutkują spadkiem ilości waluty płynącej do Rosji, co niesie za sobą dalsze osłabienie rubla (za dolara trzeba zapłacić ok. 105 rubli wobec 91 we wrześniu). Oznacza to dalszy wzrost kosztów importu i nasilenie presji inflacyjnej, z którą CBR nieskutecznie walczy od ponad roku.

Efektywność amerykańskich restrykcji kapitałowych wynika przede wszystkim z ich regularnego zacieśniania. Zmiana władzy w Waszyngtonie każe jednak postawić pytanie, czy polityka ta będzie kontynuowana. Niewątpliwie ograniczenie możliwości eksportu rosyjskiego gazu do Europy, zwiększające konkurencyjność dostaw surowca z USA, jest zgodne z deklaracjami przedstawicieli przyszłej administracji Donalda Trumpa. Ewentualne włączenie się UE w maksymalizowanie presji finansowej na Rosję byłoby natomiast pomocne w realizowaniu celu osłabiania tamtejszej gospodarki.

osw.waw.pl


Tempo postępów rosyjskiej armii od jesieni 2024 r. wyraźnie wzrosło w porównaniu do tempa postępów w 2023 r. i przez resztę 2024 r., ale ostatnie doniesienia zachodnich mediów porównujące ostatnie rosyjskie zdobycze do tych na początku pełnoskalowej inwazji Rosji nadal błędnie charakteryzują stopniowy i taktyczny charakter ostatnich postępów Rosji. ISW ocenia, że ​​siły rosyjskie zyskały 574 kilometrów kwadratowych od 1 listopada 2024 r. — średnio 22 kilometry kwadratowe dziennie. Jest to znacznie mniej niż 1265 kilometrów kwadratowych dziennie, które ISW ocenia, że ​​siły rosyjskie zyskiwały w marcu 2022 r. Raport Reutersa  z 26 listopada, że ​​siły rosyjskie „kontrolują” ponad 80 procent obwodów donieckiego i ługańskiego, jest również mylący. ISW ocenia, że ​​podczas gdy siły rosyjskie zajmują około 99 procent obwodu ługańskiego, siły rosyjskie zajmują tylko około 66 procent obwodu donieckiego. Siły rosyjskie zajęły niemal cały obwód ługański od jesieni 2022 r., ale w obwodzie donieckim zajęły znacznie mniej terytorium przez cały okres wojny. ISW niedawno oceniło, że siły rosyjskie nadal muszą przejąć ponad 8000 kilometrów kwadratowych terytorium, aby osiągnąć samookreślony przez Kreml cel przejęcia terytorium obwodu donieckiego. Siły rosyjskie zajęłyby pozostałą część obwodu donieckiego w ciągu około roku, gdyby siły rosyjskie kontynuowały swoje ostatnie stosunkowo szybsze tempo natarcia — co nie jest pewne. Siły rosyjskie w szczególności omijały ukraińskie punkty oporu, a Ukraina nadal ma kilka dobrze bronionych miast w obwodzie donieckim, takich jak Słowiańsk i Kramatorsk, których siły rosyjskie prawdopodobnie nie mogą przejąć tak szybko, jak zrobiły to w przypadku pól wiejskich w pobliżu Pokrowska. ISW nadal ocenia, że ​​siły rosyjskie nie były w stanie przywrócić manewrów operacyjnych na polu bitwy, aby dokonać głębokich penetracji pozycji ukraińskich, jak widać w pierwszych miesiącach pełnoskalowej inwazji. Zamiast tego siły rosyjskie wykorzystywały zidentyfikowane luki w obronie Ukrainy, aby stopniowo posuwać się naprzód.

(...)

Siły rosyjskie nadal dokonują egzekucji ukraińskich jeńców wojennych (POW) pośród fali ostatnich rosyjskich zbrodni wojennych. Biuro ukraińskiego prokuratora generalnego poinformowało 26 listopada, że ​​ukraińscy funkcjonariusze organów ścigania wszczęli dochodzenie przedprocesowe w sprawie egzekucji pięciu ukraińskich jeńców wojennych przez siły rosyjskie w Petriwce (na południe od Pokrowska) 13 listopada z naruszeniem Konwencji Genewskiej o traktowaniu jeńców wojennych. ISW szczegółowo informowało o poprzednich materiałach filmowych i raportach rosyjskich żołnierzy dokonujących egzekucji ukraińskich jeńców wojennych i zaobserwowało rosnący trend rosyjskich nadużyć wobec ukraińskich jeńców wojennych w różnych sektorach frontu, które wydają się być umożliwione, jeśli nie wyraźnie popierane, przez poszczególnych rosyjskich dowódców i bezkarne przez rosyjskich dowódców polowych i szerszy rosyjski system wymiaru sprawiedliwości wojskowej.

(...)

Siły rosyjskie kontynuowały działania ofensywne na północny wschód od Siwerska w pobliżu Hryhoriwki 25 i 26 listopada, ale nie poczyniły potwierdzonych postępów. Dowódca ukraińskiej brygady operującej w kierunku Siwerska poinformował 26 listopada, że ​​siły rosyjskie nadal prowadzą ataki w małych grupach przy wsparciu lotniczym i artyleryjskim. Rzeczniczka ukraińskiej Grupy Sił Ługańskich major Anastasija Bobownikowa oświadczyła 25 listopada, że ​​wysoki wskaźnik strat rosyjskich i ograniczone zyski taktyczne powodują niski poziom dyscypliny wśród rosyjskich żołnierzy, ponieważ znaczna liczba rosyjskich żołnierzy odmawia wykonywania rozkazów. Bobownikowa oświadczyła, że ​​siły rosyjskie poniosły straty wynoszące około 15.000 — mniej więcej półtora dywizji piechoty — na kierunku Siwerska w nieokreślonym przedziale czasowym. Bobownikowa poinformowała, że ​​siły rosyjskie w tym rejonie od około miesiąca uciekają się do używania uszkodzonego i zniszczonego sprzętu wojskowego — co prawdopodobnie przyczynia się do niskiego morale Rosjan. ISW nie jest jednak w stanie potwierdzić doniesień Bobovnikovej. Siły rosyjskie kontynuowały działania ofensywne w kierunku Chasiv Yar 26 listopada, ale nie dokonały żadnych potwierdzonych postępów.

Ukraiński Sztab Generalny poinformował 25 i 26 listopada, że ​​siły rosyjskie kontynuowały działania ofensywne w pobliżu miejscowości Czasiw Jar i Stupoczki (na południe od miejscowości Czasiw Jar). Rosyjski bloger wojskowy twierdził, że siły rosyjskie atakują, aby wejść do zakładu materiałów ogniotrwałych w centrum miejscowości Czasiw Jar, ale mają trudności z zabezpieczeniem przyczółka na południowych obrzeżach zakładu. Rzecznik ukraińskiej brygady działającej w rejonie miejscowości Czasiw Jar oświadczył 26 listopada, że ​​siły rosyjskie wolą rozmieszczać małe drużyny ogniowe piechoty składające się z dwóch do pięciu żołnierzy w odpowiedzi na używanie przez siły ukraińskie dronów w pobliżu kanału Siewiersko-Donieckiego na Donbasie w celu infiltracji i zaangażowania tyłów sił ukraińskich. Dowódca ukraińskiej kompanii poinformował 26 listopada, że ​​siły rosyjskie próbują przekroczyć kanał Siewiersko-Doniecki na Donbasie kilka razy dziennie, pomimo dużych strat. Dowódca kompanii zauważył ponadto, że siły rosyjskie nie próbują przekroczyć kanału nocą z powodu niskich temperatur, które są korzystne dla ukraińskich dronów termowizyjnych, ale zamiast tego wolą podejmować próby przekroczenia kanału o świcie lub w ciągu dnia. Pododdziały rosyjskiej 98. Dywizji Powietrznodesantowej (WDW) podobno nadal działają w pobliżu Chasiv Yaru.

(...)

Rosyjski milbloger poskarżył się 25 listopada, że ​​rosyjskie siły często używają artylerii bez koordynacji między różnymi rosyjskimi elementami, podkreślając istotne problemy komunikacyjne między pojazdami pancernymi a jednostkami piechoty. Milbloger zauważył, że rosyjskie jednostki artyleryjskie często działają niezależnie i nie są w stanie niezawodnie zniszczyć ukraińskiej obrony, szczególnie z powodu niewystarczającej liczby małych dronów rozpoznawczych potrzebnych do stworzenia skutecznego kompleksu rozpoznawczo-uderzeniowego. Milbloger twierdził, że rosyjska technologia jakościowo pozostaje w tyle za ukraińską, dając ukraińskim siłom taktyczne korzyści, w tym swobodę manewru.

(...)

Białoruś nadal podejmuje działania mające na celu uniknięcie sankcji, aby dostarczać Rosji kluczowe komponenty do rosyjskich systemów uzbrojenia. Białoruskie Centrum Śledcze, członek Projektu Sprawozdawczości o Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji (OCCRP), poinformowało 26 listopada, że ​​Białoruś wyeksportowała mikroczipy o wartości ponad 125 milionów dolarów do rosyjskich firm przemysłu obronnego w okresie od września 2022 r. do czerwca 2024 r., w tym prawie 10.000 mikroczipów produkcji zachodniej o wartości prawie 400.000 dolarów.

understandingwar.org


Nowa strategia przy tym jest zgodna z wcześniej, bo w 2022 roku, opracowaną Strategią Bezpieczeństwa Narodowego, w której zawarto plan rozwijania produkcji obronnej i nowych baz technologicznych dla przemysłu zbrojeniowego. Obecnie wszystkie dokumenty dotyczące obronności musiały, według rządu japońskiego, zostać zaktualizowane w związku z rosnącym zagrożeniem ze strony Korei Północnej i Chin. Rząd stwierdził między innymi, że transfer sprzętu i technologii obronnych jest „kluczowym instrumentem polityki” służącym stworzeniu „pożądanego” środowiska bezpieczeństwa dla Japonii i zapewnieniu pomocy krajom obawiającym się użycia siły.

Analitycy japońscy i australijscy rozumieją to jako m.in. przekazywanie sprzętu wojskowego dla Ukrainy walczącej z sojusznikiem Chin – Rosją, zaś proces ten zapewne nastąpi „już wkrótce”. Samo wejście na światowy rynek zbrojeniowy firm japońskich z ich zaawansowanymi technologiami może spowodować spore przetasowania „niekoniecznie pozytywne dla przemysłów zbrojeniowych z USA i Korei Południowej”, jak zauważyli australijscy analitycy. Ich zdaniem Japonia jest w stanie sprzedawać nie tylko sprzęt wojskowy do Azji, ale także do Europy, jak czyni to południowokoreańska zbrojeniówka.

Jest to duża zmiana bowiem dotychczas japońska zbrojeniówka realizowała tylko niewielkie zamówienia zagraniczne, a kanały sprzedaży były ograniczone do Sił Samoobrony, co miało być zgodne z konstytucją kraju, wyrzekającą się wojny.

Japońskie media przypominają przy tym, że w styczniu Stany Zjednoczone opublikowały swoją pierwszą Strategię Przemysłu Obronnego, która określiła długoterminowe priorytety mające na celu wzmocnienie ich bazy przemysłowej w obliczu rozbudowy sił zbrojnych „państw wrogich USA”, oraz że podobną strategię ogłosiła w marcu Unia Europejska. Z naciskiem wspomina się, że Unia wyznaczyła jako cel, iż do 2030 roku co najmniej 40% sprzętu obronnego zakupionego przez kraje UE na pochodzić z unijnych przedsiębiorstw branży zbrojeniowej.

isbiznes.pl


Dużo miejsca poświęca natomiast temu, jak w Białym Domu i Pentagonie starano się zrozumieć sens działań Putina, aby znaleźć klucz do odwiedzenia go od wojny. Dobrych argumentów nie znaleziono, bo decyzja miała być poza racjonalną logiką. Według amerykańskich specjalistów ogromne znaczenie miała izolacja w czasie pandemii. Rosyjski przywódca miał paranoicznie obawiać się zarażenia, więc na prawie 3 lata odciął się od świata, ograniczając bezpośrednie kontakty do wąskiej grupki zaufanych. Miał dużo czasu spędzać w archiwach, skupiając się zwłaszcza na historii Rosji i Ukrainy. Putin miał zatracić się w tym swoim świecie, w którym kluczowa jest jego osobista misja odbudowy imperialnej potęgi Rosji. Musi zapisać się w historii jako wielki przywódca swojego kraju i nie zdoła tego zrobić, bez podporządkowania sobie Ukrainy. Jeden z ekspertów doradzających Bidenowi miał określić Putina jako "niezwykle wrażliwego na krytykę, skrajnie niepewnego, ale jednocześnie sadystycznego". Sam prezydent USA po osobistym spotkaniu z Rosjaninem w Szwajcarii w czerwcu 2021 roku, kiedy miał nadzieję lepiej go zrozumieć i odwieść od zamiarów względem Ukrainy, miał powiedzieć współpracownikom, że Putin jest "człowiekiem bez duszy". Interes Rosjan nie jest dla ich przywódcy istotny, są tylko narzędziem. Liczy się tylko wielkość. Jego własna oraz Rosji.

Pod koniec października 2021 roku wywiad USA miał już mieć pełne plany inwazji, co Woodward nazywa jednym z największych sukcesów amerykańskich służb w historii. Choć Amerykanie nadal mieli problem ze znalezieniem logiki, to nie mieli już wątpliwości, co się szykuje. Fala przecieków do mediów, szczegółowych informacji o zamiarach Rosji, zdjęć satelitarnych ich zgromadzonych wojsk, publicznych wypowiedzi amerykańskich polityków była ostatnią próbą odwiedzenia Putina od zamiaru. Wiemy, jak się skończyło. Amerykanie nie chcieli mu dać tego co żądał (m.in. definitywne zamknięcie Ukrainie drogi do NATO i tym samym skończenie z polityką otwartych drzwi Sojuszu), a on sam był ufny w swoją siłę i nie miał zamiaru uczynić kroku wstecz.

Biden ma mieć też zdecydowaną opinię na temat tego, co bardzo pomogło doprowadzić do inwazji w 2022 roku. - Spier*****iśmy w 2014 roku. Dlatego jesteśmy teraz w tej sytuacji. Spier*****iśmy wtedy. Barack nigdy nie brał Putina na poważnie - miał mówić do współpracowników już po wybuchu wojny. Chodziło mu o to, że w 2014 roku USA zareagowały bardzo słabo na rosyjską aneksję Krymu i wywołanie wojny w Donbasie. On sam był wówczas wiceprezydentem, co czyni go współwinnym. - Zrobiliśmy wtedy nic! Daliśmy Putinowi przyzwolenie na to, żeby kontynuował! Więc teraz mu to przyzwolenie k***a odbieram! - miał powiedzieć na samym początku inwazji.

Chcieć, a móc to jednak dwie różne sprawy. W książce Woodwarda problem amerykańskiego zaangażowania w wojnę jest najlepiej wyjaśniony poprzez kryzys, który zarysował się jesienią 2022 roku. Najpierw w lutym i marcu Ukraińcy obronili Kijów oraz zmusili Rosjan do ucieczki z północnej części swojego kraju. Potem we wrześniu przeprowadzili kontrofensywę charkowską, oswobadzając kolejne znaczne obszary swojego kraju. Jednocześnie wywierali mocną presję na zgrupowanie Rosjan na zachodnim brzegu Dniepru w obwodzie Chersońskim. Nie można było wykluczyć jego zniszczenia, co stworzyłoby wyrwę we froncie. Rosyjskie wojsko poniosło od lutego ogromne straty i totalna porażka pod Chersoniem mogłaby być ostatecznym ciosem. Wówczas w ostatnich dniach września 2022 roku służby wywiadowcze miały przyjść do Bidena z alarmującą informacją: według ich ocen ryzyko użycia przez Rosjan broni jądrowej gwałtownie podniosło się do 50:50. Czyli był to "rzut monetą", czy zszokowany swoimi porażkami Putin uchwyci się brzytwy, aby nie utonąć. Bardzo wiarygodni informatorzy z Kremla mieli donosić, że poważnie się nad tym zastanawia. Amerykanie mieli być przerażeni.

Odwiedzenie rosyjskiego autokraty od tego zamiaru stało się nadrzędnym celem Amerykanów. Rosjanie mieli rozważać demonstracyjną detonację nad Morzem Czarnym, albo uderzenie na małą skalę ładunkami taktycznymi na ukraińskie wojska na froncie. Biden i Jake Sullivan (doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego) byli zdania, że niezależnie od tego jak mała byłaby to eksplozja, byłaby katastrofą dla całego porządku światowego zbudowanego po 1945 roku między innymi na odstraszaniu jądrowym. Byłaby też ogromnym ryzykiem eskalacji do większej wojny jądrowej. Co więcej, jak opisuje ich stanowisko Woodward: "niezależnie od tego co innego by się jeszcze wydarzyło podczas prezydentury Bidena, dopuszczenie do tego byłoby niezmywalną i ostateczną porażką, która zostałaby na zawsze zapisana w historii".

Odwodzenie Rosjan od tego pomysłu miało trzy warstwy: publiczne deklaracje o tym, jak katastrofalna decyzja byłaby to dla Rosji, wywarcie presji na Putina przy pomocy liderów ważnych dla niego państw (głównie Chiny i Indie), oraz nieoficjalne rozmowy. Jedna z nich została szeroko przytoczona w książce. Odbył ją 21 października amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin oraz jego rosyjski odpowiednik, Siergiej Szojgu. - Jakiekolwiek użycie broni jądrowej dotknęłoby żywotnych interesów USA. Nie możemy funkcjonować w świecie, gdzie mocarstwa jądrowe używają broni jądrowej przeciw państwom, które jej nie mają. Nie możemy. Choć może wam się wydawać, że Ukraina znaczy dla was więcej niż dla nas, to w takiej sytuacji znaczyłaby dla nas tyle samo - miał stwierdzić Austin. - To mogłoby nas popchnąć w dół ścieżki konfrontacji, która zagrażałaby egzystencji was jak i nas. Nie wchodźcie na tą śliską ścieżkę - dodał. Zagroził przy tym, że jeśli Rosjanie by się do tego posunęli, to wszelkie ograniczenia w kontekście dostaw broni do Ukrainy i jej użycia, zostałyby "ponownie rozważone". Austin ma być znany z tego, że w rozmowach nie unosi głosu, ani nie przejawia emocji, ale na swój sposób jest brutalnie bezpośredni i szczery. Po chwili takiej połajanki Szojgu miał odpowiedzieć: Nie lubię, kiedy ktoś mi grozi. - Panie ministrze. Dowodzę najsilniejszą potęgą militarną w historii świata. Ja nie grożę - miał stwierdzić zimno Austin.

Niedługo po tej rozmowie Szojgu miał niespodziewanie oddzwonić twierdząc, że to Ukraińcy szykują atak tak zwaną brudną bombą, czyli wywołującą skażenie, ale nie eksplozję jądrową. W Białym Domu miał zapanować skrajny alarm, ponieważ było ewidentne, że Rosjanie szykują prowokację i pretekst do użycia broni masowego rażenia. Informację natychmiast przekazano mediom i nakręcono szum, aby pozbawić Rosjan tej możliwości. Ostatecznie pod koniec października sytuacja się rozwiązała. Rosyjskie wojsko zaskakująco składnie i bez większych strat wycofało się przez Dniepr. Ukraińcy ruszyli naprzód z opóźnieniem, oficjalnie z powodu wyczerpania, przeoczenia ruchów Rosjan i zaminowania terenu. Przywódca Chin Xi Jinping oficjalnie oznajmił (według książki za sugestią Amerykanów), że wojny przy użyciu broni jądrowej nie można prowadzić. Wtórowali mu liczni inny przywódcy. Rosjanie w końcu spuścili z tonu. Według wywiadu USA z początkiem listopada ryzyko użycia broni jądrowej gwałtownie spadło. Biały Dom był zadowolony, ponieważ odniósł sukces i powstrzymał potencjalną eskalację do III wojny światowej.

(...)

- Jeśli nie uda nam się wyrzucić Rosjan z Ukrainy, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, że Putin w praktyce coś zyska. Jeśli uda nam się ich całkowicie wyrzucić, będziemy mieli do czynienia z bardzo wysokim prawdopodobieństwem użycia broni jądrowej, bo Putin nie da siebie przegonić z Ukrainy bez odpieczętowania taktycznej broni jądrowej. Jesteśmy więc w kropce. Za duży sukces oznacza broń jądrową, za mało sukcesu to jakiś niepewny i nieokreślony efekt końcowy - miał stwierdzić w rozmowie ze swoimi współpracownikami Biden.

(...)

Pada jednak jeszcze jedno znamienne stwierdzenie, wypowiadane przez Avril Hanes, szefową CIA. - Nie chcesz aby państwo z takim arsenałem jądrowym miało poczucie, że się osuwa ku katastrofie - stwierdziła i mówiła o tym, że USA mogą osłabiać Rosję znacznie bezpieczniej poprzez rywalizację w sferze gospodarki, technologii i wywiadu, bez wchodzenia na ścieżkę bezpośredniej konfrontacji i potencjalnej katastrofalnej pomyłki. - Nigdy nie stój na jedynej drodze ucieczki człowieka zapędzonego w róg. Musisz mu zapewnić jakąś możliwość wydostania się - jest natomiast cytowany Biden.

gazeta.pl

wtorek, 26 listopada 2024



Pod presją nacierających Rosjan siły ukraińskie stopniowo wycofują się z worka na południe od Kurachowego. Wojska agresora przekroczyły drogę łączącą je z tym miastem i wkroczyły do jego centrum, o które trwają walki. Tym samym miejscowość utraciła znaczenie jako węzeł logistyczny zgrupowania ukraińskiego na zachód od Doniecka. Za wysoce prawdopodobne należy uznać, że po ewakuowaniu obrońców z worka również Kurachowe zostanie opuszczone, mimo że najeźdźcom nie udało się przeciąć drogi na zachód, którą utrzymywane jest połączenie z Pokrowskiem.

Rosjanie wkroczyli do Wełykiej Nowosiłki od wschodu, lecz nie posunęły się w głąb tego miasta. Pod ich kontrolą ogniową znalazła się droga łącząca je z Pokrowskiem, co znacząco wydłuża linie zaopatrzenia obrońców. Pozostające pod kontrolą ukraińską drogi do obwodów dniepropetrowskiego (na północ) i zaporoskiego (na zachód) również są zagrożone – atakujące wojska wroga znajdują się ok. 3 km od ich obu.

Agresor kontynuuje natarcie szerokim frontem na południe od Pokrowska, wciąż jednak nie osiągnął ostatniej drogi z tego miasta na południe (w ciągu tygodnia posunął się w głąb o 2 km). Kolejne postępy terenowe poczynił też na pozostałych kierunkach w obwodzie donieckim i zaporoskim, ale nie zmieniły one ogólnej sytuacji.

Siły ukraińskie powstrzymały postęp Rosjan w północno-wschodniej części Kupiańska (walki toczą się w rejonie przemysłowym). Agresor poszerzył stan posiadania na jego obrzeżach i w okolicach przeprawy przez rzekę Oskoł na południe. Kontynuuje także wypieranie obrońców ze wschodniego brzegu rzeki Żerebeć na pograniczu obwodów ługańskiego i donieckiego.

Najeźdźcy przekroczyli granicę w rejonie Kozaczej Łopani w obwodzie charkowskim, najprawdopodobniej z zamiarem dywersji na lewym skrzydle zgrupowania przeciwnika na północ od Charkowa. Zgodnie z częścią źródeł przygotowują bądź wyprowadziły natarcie w tych okolicach, czemu zaprzecza strona ukraińska. Bez wpływu na ogólną sytuację pozostają następne postępy sił rosyjskich w obwodzie kurskim. Kijów przyznał się do utraty 40% sierpniowych zdobyczy.

(...)

22 listopada zastępca szefa HUR Wadym Skibicki potwierdził, że pod koniec grudnia 2023 r. Ministerstwo Obrony FR i tamtejszy Sztab Generalny opracowały prognozę rozwoju sytuacji militarnej i politycznej na świecie do 2045 r. Uwzględniono w niej plan podziału terytorium Ukrainy na trzy części:
  • „nowe regiony Rosji” (włączenie do FR obwodów donieckiego, ługańskiego, zaporoskiego, chersońskiego oraz Autonomicznej Republiki Krymu i miasta Sewastopol),
  • „prorosyjski podmiot państwowy” (na terenach obwodów kijowskiego, czernihowskiego, sumskiego, charkowskiego, połtawskiego, dniepropetrowskiego, odeskiego, kirowohradzkiego, czerkaskiego i żytomierskiego),
  • „terytoria sporne” (obwody wołyński, rówieński, chmielnicki, lwowski, iwanofrankiwski, tarnopolski, czerniowiecki i zakarpacki), o których przyszłości powinny decydować Rosja i inne państwa, w tym Węgry, Polska i Rumunia.
Nie można wykluczyć, że ujawniony dokument został faktycznie spreparowany przez Rosjan w ramach operacji wpływu mającej wesprzeć opinie o nieuchronności upadku Ukrainy.

23 listopada były głównodowodzący Sił Zbrojnych Ukrainy Wałerij Załużny stwierdził, że do 2027 r. strona rosyjska nie dokona przełomów na froncie. Według niego wróg stracił zdolność do realizacji zadań operacyjnych na głębokość 150–200 km. Będzie więc kontynuował taktykę „wyniszczenia gospodarczego i moralnego” Ukrainy. Jej ważny element stanowi prowadzenie „działań kognitywnych”, ukierunkowanych na zniechęcenie Ukraińców do dalszego prowadzenia wojny i mobilizacji.

osw.waw.pl


Sir Richard Moore, szef MI6, brytyjskiej agencji wywiadu zagranicznego, ujął to bardziej dosadnie.

Rosyjskie służby wywiadowcze nieco zdziczały, szczerze mówiąc — podkreśla.

(...)

Poza Europą oficerowie GRU przebywają w Jemenie u boku Huti, grupy rebeliantów, która atakowała statki na Morzu Czerwonym, rzekomo w ramach solidarności z Palestyńczykami.

Rosja, rozgniewana dostarczeniem przez Amerykę pocisków dalekiego zasięgu do Ukrainy, była bliska dostarczenia broni grupie w lipcu br., ale zmieniła kurs po silnym sprzeciwie Arabii Saudyjskiej. — podaje CNN.

Fakt, że Władimir Putin, prezydent Rosji, był skłonny zrazić do siebie Muhammada bin Salmana, faktycznego władcę królestwa, o którego atencję zabiega przez lata, wskazuje na to, jak wojna Rosji kanibalizuje własną politykę zagraniczną.

(...)

Wojny zastępcze czy zabójstwa nie są też nowością, przyznaje Siergiej Radczenko, historyk rosyjskiej polityki zagranicznej. Jak zauważa, wojska radzieckie walczyły w Jemenie w przebraniu Egipcjan już na początku lat 60. Poprzednicy i następcy KGB zabili wiele osób za granicą, od Leona Trockiego po byłego szpiega Aleksandra Litwinienkę.

Prawdziwie nową rzeczą, mówi Radczenko, "jest to, że podczas gdy wcześniej operacje specjalne wspierały politykę zagraniczną, dziś operacje specjalne są polityką zagraniczną". Dziesięć lat temu Kreml współpracował z Ameryką i Europą, aby przeciwdziałać programowi nuklearnemu Iranu i Korei Północnej. Obecnie nawet tylko wizję takiej współpracy można włożyć między bajki.

— To tak, jakby Rosjanie nie czuli już, że mają udział w zachowaniu czegokolwiek z powojennego porządku międzynarodowego — mówi Radczenko. Ten okres przypomina mu bardziej nihilistyczną politykę zagraniczną Mao Zedonga podczas chińskiej rewolucji kulturalnej niż zimnowojenne myślenie Związku Radzieckiego, które obejmowało okresy pragmatyzmu i ostrożności.

Putin przyjmuje te idee. "Czeka nas prawdopodobnie najbardziej niebezpieczna, nieprzewidywalna i jednocześnie najważniejsza dekada od zakończenia II wojny światowej" — mówi pod koniec 2022 r. "Cytując klasyka", dodaje — a powołuje się na artykuł Włodzimierza Lenina z 1913 r. — "jest to sytuacja rewolucyjna".

(...)

A rosyjską działalność wywrotową można przerwać, mówi Richard McCallum, poprzez "staromodną pracę w zakresie bezpieczeństwa i wywiadu" w celu zidentyfikowania stojących za wywrotowcami oficerów wywiadu i przestępczych pełnomocników.

Fakt, że Rosja w coraz większym stopniu polega na przestępcach w przeprowadzaniu tych działań (częściowo dlatego, że rosyjscy szpiedzy zostali masowo wydaleni z Europy), jest oznaką desperacji.

Korzystanie przez Rosję z pośredników uderza w profesjonalizm ich operacji i — przy braku immunitetu dyplomatycznego — zwiększa nasze możliwości zakłócania działań Moskwy — mówi McCallum.

Rosyjska ingerencja ma na celu wywarcie presji na NATO bez prowokowania wojny. — My też mamy czerwone linie, a Putin stara się je wyczuć — mówi Hill. Ale jeśli naprawdę kieruje nim rewolucyjny duch, przekonany, że Zachód jest zepsutym gmachem, jest to znak, że w nadchodzących miesiącach i latach jeszcze więcej czerwonych linii zostanie przekroczonych.

onet.pl/The Economist


Pomimo faktu, że wartość rubla nieprzerwanie spada od lata 2024 r., większość ekonomistów nie spodziewała się, że przebije psychologiczną granicę 100 rubli za dolara. Oprócz wewnętrznych rosyjskich przyczyn dewaluacji wynikało to z faktu, że dolar umocnił się w stosunku do innych walut po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA.

"Bezpieczne aktywa", tj. dolar i złoto, zyskały jeszcze bardziej na wartości po tym, jak Kijów wystrzelił zachodnie rakiety na terytorium Rosji, a następnie Rosja wystrzeliła rakietę balistyczną średniego zasięgu na miasto Dniepr w Ukrainie, zauważa analityk firmy analitycznej Finam Aleksander Potawin.

— To podważa nastawienie inwestorów zarówno do rubla, jak i wspólnej europejskiej waluty — mówi.

Ekonomiści uważają jednak, że głównym powodem obecnej rundy dewaluacji są amerykańskie sankcje nałożone niedawno na rosyjski Gazprombank. To właśnie za pośrednictwem tego banku dokonywane są głównie płatności za eksport rosyjskich surowców energetycznych.

Rubel może zachowywać się bardziej niestabilnie, ponieważ nowa fala sankcji "może tymczasowo zakłócić normalny przebieg płatności międzynarodowych", jak twierdzi analityk Jewgienij Lochiuchow z Promswiazbanku.

— System bankowy i uczestnicy handlu zagranicznego potrzebują czasu, aby dostosować się do nowych realiów — dodaje.

Z powodu sankcji wobec Gazprombanku wzrosną koszty europejskich odbiorców gazu, a przychody z eksportu ze sprzedaży rosyjskich surowców mogą się zmniejszyć w krótkim okresie — i z tego powodu kurs rubla pikuje, powiedział w rozmowie z "Nową Gazietą" rosyjski finansista, który poprosił o anonimowość.

Jednocześnie, jego zdaniem, osłabienie rosyjskiej waluty może być w pełni wspierane przez rosyjskie władze, ponieważ muszą one zamknąć deficyt budżetowy. Jednak ten sposób napełniania skarbu państwa w perspektywie strategicznej jest bardziej szkodliwy niż pożyteczny.

Dewaluacja powoduje inflację, która będzie wymagać indeksacji wydatków budżetowych.

Oznacza to, że rosyjskie ministerstwo finansów będzie musiało ponownie pomyśleć o dodatkowych dochodach dla skarbu państwa.

Ostatecznie eksporterzy i nabywcy surowców energetycznych zbudują nowe łańcuchy płatności transgranicznych, mówi bankier inwestycyjny Jewgienij Kogan. Jednak w trakcie ich tworzenia wpływy do rosyjskiego budżetu z eksportu mogą spaść.

onet.pl


Władimir Putin również zareagował: w czwartek nowy rosyjski pocisk średniego zasięgu typu Oresznik uderzył w ukraińskie miasto Dniepr. Kreml dał jasno do zrozumienia, że wystrzelenie pocisku należy rozumieć jako bezpośrednią reakcję na zgodę Zachodu — i zagroził dalszymi krokami. Między wierszami sugerowano, że Rosja może również wyposażyć Oresznika w broń jądrową.

Fakt, że w ubiegłym tygodniu opublikowano również zrewidowaną rosyjską doktrynę nuklearną, prawdopodobnie nie był przypadkiem. Z Waszyngtonu dochodziły pogłoski, że USA również rozważają aktualizację swojej strategii dotyczącej broni.

Wydawało się, że spirala eskalacji została uruchomiona — a Moskwa zdawała się popychać Zachód w jej kierunku. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Jeśli przyjrzeć się groźnym gestom, staje się jasne, że Kreml po raz pierwszy od miesięcy reaguje nerwowo — i uważnie rozważa każdy krok. Ma to wiele wspólnego z nadchodzącą zmianą władzy w Waszyngtonie.

— Grają obrazami, które przerażają opinię publiczną — mówi "Die Welt" ekspert wojskowy Gustav Gressel. — Z drugiej strony, mechanizmy wcześniejszego ostrzegania i deeskalacji nadal działają całkiem dobrze za kulisami — dodaje. Moskwa faktycznie poinformowała Waszyngton na krótko przed wystrzeleniem Oresznika — za pośrednictwem "kanałów zmniejszania ryzyka nuklearnego".

W przeszłości Putin wielokrotnie ostrzegał, że udostępnienie zachodniej broni do ataków na terytorium Rosji oznaczałoby "wejście NATO w wojnę". "To znacząco zmieniłoby charakter konfliktu" — powiedział przywódca Kremla w połowie września.

Gustav Gressel uważa jednak, że ryzyko jest obecnie niewielkie. Moskwa zdaje sobie sprawę, że nie może wejść w ogólny konflikt z NATO, dopóki jej armia jest uwiązana w Ukrainie. Według eksperta, dopóki Zachód pozostaje zjednoczony, Rosja nie ma możliwości "eskalacji bez ryzyka". Dlatego też z obecnego zachowania Moskwy można wywnioskować, że "próbuje ona bardzo, bardzo precyzyjnie i bardzo zachowawczo określić swoje ryzyko". To z kolei pozwala Zachodowi "działać w granicach tego, co jest możliwe, i wspierać Ukrainę".

Atak Oresznikiem nie był atakiem wojskowym, ale politycznym — napisał w weekend australijski ekspert wojskowy i były generał dywizji Mick Ryan. W ten sposób Putin zwrócił się bezpośrednio do przyszłej administracji USA, a także do europejskich przywódców państw i rządów, aby pokazać im, że jest zdecydowany narzucić swoją wolę Ukrainie — i innym krajom. Ale, jak zauważył Ryan, Putin jest "być może bardziej zdesperowany, by zakończyć tę wojnę na warunkach korzystnych dla Rosji, niż nam się wydaje".

Moskwa wie, że karty zostaną przetasowane, gdy przyszły prezydent USA Donald Trump obejmie urząd 20 stycznia. Nie jest pewne, w jaki sposób republikanin zrealizuje swoją wyborczą obietnicę zakończenia wojny. I to właśnie denerwuje Moskwę.

(...)

Tymczasem Kreml oskarżył administrację Bidena o podważanie planów Trumpa. "Trump mówił podczas kampanii wyborczej, że chce w jakiś sposób stworzyć pokój i poprowadzić wszystkich na pokojową ścieżkę" — powiedział rosyjskiej telewizji rzecznik Putina Dmitrij Pieskow. "A teraz robią wszystko, aby eskalować sytuację, aby porozumienia pokojowe były skazane na niepowodzenie" — stwierdził w programie magazynu politycznego "Moskwa. Kreml. Putin".

Jedno jest pewne: przeciąganie liny będzie trwało do 20 stycznia.

onet.pl/Die Welt


Jak wskazuje Washington Examiner: „Stany Zjednoczone nie mogą skutecznie odstraszać Chin, utrzymując obecną strukturę rozmieszczenia marynarki wojennej i lotnictwa na Bliskim Wschodzie i w Europie. Jak dowiodła niedawna dyslokacja grupy uderzeniowej lotniskowców z Pacyfiku na Bliski Wschód, nie jest to kwestia dyskusyjna”.

O amerykańskich problemach mówił również w niedawnej rozmowie dla portalu Defence24.pl prof. Andrew Michta (Atlantic Council). Zdaniem eksperta mamy dziś do czynienia z celowym wykorzystywaniem ograniczonych zdolności USA przez Chiny oraz Rosję. Niestety, sytuacja może jeszcze ulec pogorszeniu.

„Rosjanie i Chińczycy rozciągają ograniczone zasoby amerykańskie. Kiedy zaczął się konflikt w Europie Wschodniej w lutym 2022 roku to odpowiedzieliśmy w bardzo dobry sposób, wspomagając Ukrainę. Jednocześnie, kiedy zapalił się Bliski Wschód to cały tlen z pomocy Ukrainie „wyparował” w Waszyngtonie. Jeśli zacznie się dziać coś poważnego na Półwyspie Koreańskim to znów pociągnie to za sobą amerykańskie zasoby, bo tam są obecnie amerykańscy żołnierze” - stwierdził.

Oddzielnym problemem jest kwestia odejścia Zachodu od masowej produkcji amunicji. W tym aspekcie również musi dojść do istotnych zmian w myśleniu Pentagonu. Mowa o potrzebie radykalnego zwiększenia bazy przemysłowej amunicji oraz o skupieniu się na masowej produkcji tańszej broni (np. dronów). To jednak nie wszystko. Wskazuje się także na potrzeby zmian ustawowych – między innymi zwiększenie uprawnień Kongresu do nakładania kar na kontrahentów z sektora obronnego, którzy nie wywiążą się na czas z realizacji dostaw dla sił zbrojnych USA.

defence24.pl

poniedziałek, 25 listopada 2024



Niedawno Leonid Gozman, którego widzowie rosyjskiego YouTube znają jako analityka politycznego, ogłosił zawieszenie działalności publicznej. Kariera publiczna Gozmana rozpoczęła się znacznie wcześniej, w czasach offline: najpierw jako doradca znanego polityka Jegora Gajdara, potem jako doradca premiera Czernomyrdina, jako szef Związku Sił Prawicowych oraz jako dyrektor wykonawczy w koncernie Rosnano. Następnie opuścił oficjalną politykę na rzecz opozycji pozasystemowej, przez wiele lat pracował w mediach, wspierał Ukrainę, wyemigrował, został "zagranicznym agentem", był ścigany karnie i skazany zaocznie. Wydawało się, że nic nie powstrzyma Gozmana i spędzi on dosłownie całe swoje życie pracując przeciwko kremlowskiej władzy.

Ale 3 października 2024 r. żona polityka, 72-letnia Marina Jegorowa, została zatrzymana w Moskwie, dokąd przyjechała poprowadzić wykłady z psychologii. Została zatrzymana na najbardziej egzotycznych możliwych podstawach: rzekomo za przemyt dóbr kultury. Nie chodzi oczywiście o skarby Ludwika XIV, ale o zestaw rodzinnych sreber — widelce i łyżki — które Leonid Gozman postanowił zabrać ze sobą za granicę. Widelce te mają rzekomo wartość kulturową, a żona polityka przebywa obecnie w areszcie domowym za przemyt w ramach zorganizowanej grupy.

onet.pl


Co ustalono: W rozmowie z "Financial Times" jemeńscy rekruci powiedzieli, że wybrali się do Rosji, ponieważ obiecano im dobrze płatną pracę oraz obywatelstwo. W podróży miała pomagać firma powiązana z Huti. Na miejscu okazywało się jednak, że przymusowo byli wcielani do rosyjskiej armii i wysyłani na linię frontu. Według dziennika Rosja chce uniknąć pełnej mobilizacji w kraju, dlatego wysyła na wojnę najemników z innych krajów - wśród nich mają być także mieszkańcy Nepalu czy Indii. 

Komentarze ws. Huti: Tymczasem wysłannik USA ds. Jemenu Tim Lenderking potwierdził, że Rosja dąży do współpracy z Huti. - Wiemy, że w Sanie jest rosyjski personel, który pomaga pogłębiać ten dialog - przekazał. Tematem rozmów ma być m.in. broń, którą Moskwa może przekazywać Huti, a to "umożliwiłoby im lepsze namierzanie statków na Morzu Czerwonym i być może poza nim". Maged Almadhaji, szef Centrum Studiów Strategicznych w Sanie przekazał, że "Rosja interesuje się każdą grupą na Morzu Czerwonym lub na Bliskim Wschodzie, która jest wroga wobec USA". 

gazeta.pl

niedziela, 24 listopada 2024



Dobrym testem atrakcyjności (wiarygodności) europejskich pomysłów jest porównanie rzeczywistego potencjału różnych wymiarów zdolności obronnych Stanów Zjednoczonych i Starego Kontynentu. Większość krajów europejskich – włącznie z największymi – stoi przed poważnymi wyzwaniami z zakresu polityki fiskalnej, takimi jak rosnący dług publiczny, niskie stopy wzrostu gospodarczego czy, w przypadku Wielkiej Brytanii, koszty brexitu. W połączeniu z sukcesami partii populistycznych w wielu państwach (często promujących postawy pacyfistyczne) będą one – niezależnie od samej woli rządów tych krajów – istotnym hamulcem na drodze ku zwiększeniu budżetów obronnych.
 
W USA sytuacja jest zgoła odmienna: spór toczy się raczej o to, czy wydatki na obronę mają wzrosnąć do 4 czy 5% PKB (dziś to 3%). W 2025 r. można spodziewać się rywalizacji na Kapitolu o priorytetowe projekty, na które należy wydać planowane dodatkowe środki (w 2023 r. Biuro Budżetowe Kongresu USA oceniło przykładowo, że w ciągu tej dekady na samą modernizację sił nuklearnych należy przeznaczyć ponad 750 mld dolarów). Słusznie chwali się wzrost nakładów na obronę w Europie (o ok. 50% od 2000 r.), ale w tym samym okresie Stany Zjednoczone zwiększyły je o 60%.

Różnicę między ambicjami a dostępnymi zdolnościami Europy znakomicie obrazuje kwestia systemów rakietowych pośredniego i średniego zasięgu bazowania lądowego (o zasięgu powyżej 500 km do 5500 km, do 2019 r. zakazanych na mocy traktatu INF). Nie ma wątpliwości, że tamtejsi sojusznicy potrzebują ich w swoim arsenale. Rosja ma do dyspozycji chociażby rakiety balistyczne Iskander, mogące przenosić głowice konwencjonalne i jądrowe na odległość kilkuset kilometrów. Z obwodu królewieckiego pociski takie mogą dolecieć do licznych stolic w ciągu kilku minut.

Podczas ostatniego szczytu NATO w Waszyngtonie administracja Joego Bidena ogłosiła, że w 2025 r. jest gotowa wypełnić tę lukę poprzez rozmieszczenie w Niemczech trzech typów amerykańskich systemów rakietowych: SM-6, Tomahawk i LRHW (Long Range Hypersonic Weapon), zdolnych do uderzeń z lądu na odległość ponad 3 tys. km. Potencjalnie pozwoli to dodać znaczące zdolności odstraszania, jak również przeprowadzić w sytuacji wojny ewentualne uderzenia głęboko na terytorium Rosji.

Jak sprawa się ma z europejską alternatywą? 12 lipca 2024 r. Francja, Polska, Niemcy i Włochy zapowiedziały zamiar produkowania pocisków manewrujących o zasięgu ponad 1 tys. km. Nawet jednak, jeśli założymy pełny sukces tego projektu, to czas potrzebny na wypracowanie takich systemów jest długi i trudno liczyć, aby tego typu zdolności pojawiły się na wyposażeniu sił zbrojnych krajów Europy wcześniej niż w przyszłym dziesięcioleciu. Dlatego w najbliższej przyszłości oferta USA pozostanie jedyną konkretną propozycją w tej kategorii uzbrojenia. Sytuacja wygląda podobnie w innych obszarach arsenałów obronnych kluczowych dla kontynentu.

Amerykański parasol atomowy to jedyna naprawdę wiarygodna tarcza zdolna do odstraszania rosyjskiej palety ofensywnych środków przenoszenia broni nuklearnej. Brytyjskie i francuskie zasoby są stosunkowo skąpe, a prawdopodobieństwo wpływania na kalkulacje Kremla – posuwającego się do coraz częściej powtarzanych gróźb użycia broni nuklearnej przeciwko sojusznikom – niewielkie. Owszem, Paryż rozpoczął coś na kształt dialogu z partnerami na temat potencjalnego wykorzystania force de frappe na potrzeby innych państw europejskich, ale wielomiesięczna dyskusja nie przyniosła na razie żadnych konkretów i nie zanosi się, aby w najbliższej przyszłości ten stan rzeczy uległ zmianie. Francja, mimo powrotu do zintegrowanej struktury wojskowej Sojuszu (z której wyprowadził ją de Gaulle w latach 60.), pozostaje jego jedynym członkiem nienależącym do Grupy Planowania Nuklearnego i nie wydaje się skłonna do odejścia w istotnym stopniu od autonomii w tej dziedzinie.

Największe braki po stronie europejskich sojuszników dotyczą newralgicznych zdolności do prowadzenia operacji wojskowych (tzw. critical enablers). W takich kategoriach jak satelity wojskowe, duże systemy bezzałogowe, technologie kosmiczne, transport strategiczny, samoloty rozpoznawcze czy platformy do tankowania (w powietrzu lub na morzu) stopień ich uzależnienia od USA jest bardzo wysoki. Nawet gdyby udało się uzgodnić zintegrowany plan europejskich działań, jego realizacja kosztowałaby dzisiaj kilkaset miliardów euro i zajęłaby blisko dekadę.

Powyższe przykłady natury ilościowej nie wyczerpują problemu – dochodzi jeszcze wymiar jakościowy. Choć kolektywnie siły zbrojne europejskich krajów NATO liczą blisko 2 mln żołnierzy (dla kontrastu: ostatnie dekrety Władimira Putina próbują dopiero wymusić powstanie w Rosji półtoramilionowej armii, a większość ekspertów wątpi w możliwość urzeczywistnienia tego celu ze względów demograficznych, społecznych i fiskalnych), to tylko skromna część z nich jest odpowiednio wyposażona, skonfigurowana i przygotowana do udziału w ewentualnej pełnoskalowej konfrontacji militarnej (czytaj: wojnie z Rosją). To m.in. dlatego siły amerykańskie wciąż stanowią największy i najsilniejszy kontyngent sojuszniczy na wschodniej flance. Liczy się też ich doświadczenie w planowaniu i prowadzeniu operacji wielodomenowych (nie jest tajemnicą, że to oficerowie z USA zapewniają główne zasoby sztabowe w strukturach wojskowych NATO). Jeśli dodamy jeszcze nieoceniony wkład Stanów Zjednoczonych w zbiorową obronę Europy w sferach wywiadu, najnowszych technologii, dyplomacji czy globalnej gospodarki, to powstaje obraz strategicznej zależności, której zniwelowanie wydaje się szalenie trudne do przeprowadzenia w perspektywie kilku czy kilkunastu lat.

Nie można bagatelizować ryzyka, jakie dla zaangażowania USA w Europie (nie mówiąc o pomocy dla Ukrainy) może przynieść ponowny wybór Trumpa. Ale tamtejszy elektorat w dużym stopniu nadal silnie popiera NATO, nawet włączając bardziej nieprzychylne opinie środowiska MAGA (akronim od Make America Great Again, używany przez prezydenta elekta i jego zwolenników), oraz generalnie nie sprzeciwia się wsparciu dla Kijowa, o ile nie będzie ono zbytnio obciążać Stanów Zjednoczonych. To ważny kapitał polityczny.

Sama reelekcja Trumpa nie musi automatycznie osłabić organizacji. Wiemy, że jego głośna krytyka pod adresem sojuszników europejskich za niskie wydatki na obronę w znacznym stopniu przyczyniła się do sporego postępu w tej materii. Również amerykańskie zaangażowanie na Starym Kontynencie de facto wzrosło w tamtym okresie. Biorąc pod uwagę fascynację lidera transakcyjnym podejściem do polityki, jest o co grać i co negocjować – co zalecają zarówno były, jak i urzędujący sekretarz generalny NATO.

Robert Pszczel - Bezpieczeństwo Europy bez Ameryki – potrzeba chwili czy niebezpieczna idea?

piątek, 22 listopada 2024



Użycie nowego eksperymentalnego pocisku przeciwko Ukrainie stanowi przede wszystkim demonstrację polityczną bez większego znaczenia dla sytuacji wojskowej. Oświadczenie Putina to natomiast kolejny przejaw retorycznej eskalacji ze strony Rosji, mającej na celu zastraszenie zachodniej opinii publicznej oraz wywarcie presji na Waszyngton i stolice europejskie. Moskwa chce skłonić je do ograniczenia lub przynajmniej niezwiększania pomocy dla Ukrainy, a w szczególności do ponownego wprowadzenia ograniczeń na użycie przez nią zachodnich rakiet. Rosyjski atak i wystąpienie przywódcy mają też zmotywować Zachód do poszukiwania sposobu szybkiego zakończenia wojny drogą jednostronnych ustępstw na rzecz Rosji.

W najbliższych dwóch miesiącach należy się spodziewać zaostrzenia rosyjskich działań zbrojnych przeciwko Ukrainie oraz prowokacyjnych względem Zachodu, ale poniżej progu bezpośredniego rakietowego ataku na zachodnie instalacje. Posunięcia te będą miały na celu poprawę pozycji Moskwy przed spodziewanymi negocjacjami pokojowymi, które chce rozpocząć administracja Donalda Trumpa.

osw.waw.pl


Nie można wykluczyć, że przyszłość Abchazji (i Osetii Południowej) jest przedmiotem niejawnych rozmów pomiędzy Gruzją i Rosją. Wskazującą na to poszlaką były wypowiedzi czołowych polityków gruzińskiego obozu władzy, którzy przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi (26 października; zwyciężyło w nich po raz czwarty Gruzińskie Marzenie, (...)) z dużą dozą pewności zapowiadali, że w nieodległej przyszłości doprowadzą do przywrócenia integralności terytorialnej kraju. Powrót jakiejś formy kontroli Tbilisi nad parapaństwami mógłby być ceną, którą Moskwa zapłaciłaby za normalizację stosunków z Gruzją i – przede wszystkim – za rezygnację przez nią z euroatlantyckich aspiracji. Trudno wprawdzie sobie wyobrazić, by Rosja cofnęła uznanie parapaństw (nawet jeśli padają takie sugestie), można jednak dopuścić wariant, w którym utworzą one wraz z Gruzją konfederację, zachowując swój niepodległy – w rosyjskiej optyce – status oraz potwierdzając ważność umów, podpisanych przez Suchumi i Cchinwali z Moskwą. Tego rodzaju daleko idące spekulacje pojawiają się od kilku miesięcy w niezależnych gruzińskich i abchaskich mediach, a ich wzmożenie nastąpiło po wypowiedzi lidera Gruzińskiego Marzenia – Bidziny Iwaniszwilego – o potrzebie „przeproszenia” ludności Osetii Południowej za jej zaatakowanie w 2008 r., co stało się pretekstem do rosyjskiej inwazji na Gruzję (...). W każdym scenariuszu należy jednak się spodziewać, że jakakolwiek próba podporządkowania Suchumi Gruzji wywoła w Abchazji zbrojny opór.

osw.waw.pl


21 listopada Duma Państwowa zaakceptowała w trzecim czytaniu projekt budżetu federalnego na 2025 r. oraz ogólne parametry budżetów na lata 2026–2027. Wydatki będą wyższe kolejny rok z rzędu, głównie za sprawą rosnących w dwucyfrowym tempie nakładów na obronę narodową i bezpieczeństwo wewnętrzne. Te dwie pozycje, odpowiadające za potrzeby armii oraz utrzymanie kontroli nad społeczeństwem, pochłoną ponad 43% środków, przy czym fundusze na wojsko poukrywano także w innych rozdziałach budżetu. Za toczącą się wojnę w coraz większym stopniu płacić będą biznes i obywatele – Kreml zaplanował wzrost obciążeń podatkowych przy jednoczesnym ograniczeniu wydatków socjalnych i na kapitał ludzki.

Budżet na 2025 r. stanowi demonstrację determinacji do prowadzenia wojny niezależnie od kosztów i rosnących wyzwań ekonomicznych. Jeszcze rok temu rząd planował, że szczyt finansowania inwazji przypadnie na rok 2024. Władze liczyły na to, że dzięki złamaniu obrony Ukrainy i co najmniej zmniejszeniu intensywności działań zbrojnych nastąpi redukcja nakładów wojennych w następnych latach. Okazało się jednak, że optymistycznego scenariusza nie udało się zrealizować, w związku z czym konieczne jest dalsze drenowanie krajowej gospodarki i obywateli. Mimo to Władimir Putin ma nadzieję, że gotowość Zachodu do wspierania Kijowa skończy się szybciej niż pieniądze w Rosji.

(...)

W 2025 r. znacznie zwiększy się finansowanie wojny. Najsilniejszy wzrost wydatków zaplanowano w rozdziale „obrona narodowa” – do 13,2 bln rubli (ok. 132 mld dolarów), wobec 10,8 bln rubli zapisanych w budżecie na rok 2024 (+22,2%). To również o ponad 55% więcej, niż zamierzano wydać na elementy tej pozycji rok temu. Zgodnie z ustawą budżetową na lata 2024–2025, przyjętą w listopadzie 2023 r., nakłady na obronę narodową w 2025 r. miały spaść do 8,5 bln rubli.

Należy przy tym zaznaczyć, że środki na „obronę narodową” będą nie tylko największą (prawie 33% łącznych wydatków), lecz także najbardziej utajnioną pozycją budżetu w 2025 r. Aż 85% z nich nie przypisano do konkretnych zadań. W dokumencie wpisano jedynie ich ogólne przeznaczenie – „wyposażenie sił zbrojnych, wypłaty na dodatki finansowe i wsparcie przedsiębiorstw kompleksu wojskowo-przemysłowego” (zob. wykres 2).

W 2025 r. podwyższone mają też zostać (o 2% r/r) wydatki z rozdziału „bezpieczeństwo wewnętrzne” – łącznie pozycja ta zaabsorbuje 10,5% budżetu. Finansuje się z niej m.in. struktury bezpośrednio zaangażowane w wojnę, takie jak Gwardia Narodowa czy Federalna Służba Bezpieczeństwa, albo odpowiadające za represje i kontrolę nad społeczeństwem (policja czy służba więzienna).

Wzrosnąć mają również nakłady na gospodarkę narodową (o ok. 13% r/r), których celem jest m.in. wsparcie biznesu, w tym korporacji państwowych, a także na program substytucji importu i projekty infrastrukturalne. Środki te trafiają w dużej mierze do przedsiębiorstw sektora zbrojeniowego oraz firm aktywnych w regionach okupowanych.

Zarazem ma nastąpić zmniejszenie wydatków na politykę społeczną (o prawie 16% r/r). W przyszłym roku 25% zaplanowanych funduszy, tj. ok. 17 mld dolarów, mają pochłonąć emerytury wojskowych i działania związane z zapewnieniem im mieszkań, a 14 mld dolarów – zasiłki na noworodki i ich wychowanie. Od 2024 r. pozycja ta nie jest już największą w budżecie federalnym. Co więcej, ma na nią zostać wyasygnowane o ponad połowę mniej pieniędzy niż na armię. Finansowanie służby zdrowia i edukacji wzrośnie jedynie nominalnie, znacznie poniżej tempa inflacji. Rząd stopniowo wycofuje się też z niektórych kosztownych programów, np. w lipcu 2024 r. zrezygnował z masowych preferencyjnych kredytów hipotecznych (utrzymał je tylko dla rodzin z dziećmi). Ponadto coraz więcej nakładów na kapitał ludzki i politykę społeczną przerzuca na regiony, ograniczając przy tym wielkość transferów, które otrzymują one z budżetu federalnego.

osw.waw.pl


Zitelmann podkreślił również, że:
  • rząd Angeli Merkel uzależnił Niemcy od rosyjskiego gazu, pomimo ostrzeżeń ze strony USA i krajów Europy Środkowo-Wschodniej w tym Polski /zamknięto elektrownie atomowe - red./;
  • w konsekwencji ceny energii elektrycznej w Niemczech drastycznie wzrosły, a wojna Putina z Ukrainą znacznie tę sytuację pogorszyła;
  • przewiduje się, że transformacja energetyczna, która jest główną przyczyną złej kondycji gospodarczej Niemiec, będzie kosztować Berlin do 2035 r. łącznie aż 1,2 biliona euro.
Jego zdaniem, jedną z konsekwencji transformacji energetycznej w Niemczech jest to, że produkcja stała się zbyt droga, zwłaszcza dla firm, które w dużym stopniu polegają na energii elektrycznej.

Niemcy - napisał przedsiębiorca - borykają się też z problemami demograficznymi, które prowadzą do poważnego niedoboru wykwalifikowanej siły roboczej /brakuje fachowców z powodu przepisów, jednocześnie kraj zalewa fala niewykształconych emigrantów - red./.

/Jeden z motorów Niemieckiej gospodarki - motoryzacja jest zagrożony przez konkurencję/sytuację z/w Chin/ach - red./

/Niemcy zaliczają ogromne zapóźnienia w cyfryzacji - red./

wnp.pl


Ani atak rakietą balistyczną Oreshnik, ani oświadczenie Putina z 21 listopada nie stanowią znaczącej zmiany w rosyjskich możliwościach uderzeniowych ani prawdopodobieństwie użycia broni jądrowej . Siły rosyjskie regularnie wystrzeliwują przeciwko Ukrainie rakiety balistyczne Iskander zdolne do przenoszenia głowic nuklearnych, hipersoniczne rakiety balistyczne Kinzhal i rakiety manewrujące Ch-101 zdolne do przenoszenia głowic nuklearnych. Poprzednie rosyjskie ataki rakietowe były skierowane przeciwko przemysłowej i krytycznej infrastrukturze, w tym w mieście Dniepr, co spowodowało większe szkody. Jedyną zasadniczo nową cechą rosyjskich ataków na miasto Dniepr 21 listopada był sam pocisk Oreshnik, który ostentacyjnie prezentował pojazdy powrotne /głowice manewrujące MIRV - red./, aby wzmocnić widowisko uderzenia i dodatkowo zasugerować zagrożenie nuklearne. Zachód utrzymuje wiarygodne opcje odstraszania /kombinowane uderzenie atomowo-konwencjonalne - red./, a nuklearne potrząsanie szabelką Putina nie powinno powstrzymywać zachodnich urzędników przed podjęciem decyzji o dalszej pomocy Ukrainie. Dyrektor Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) USA Bill Burns przestrzegł zachodnich decydentów przed obawami przed retoryką nuklearną Putina we wrześniu 2024 r., opisując Putina jako „łobuza”, który „od czasu do czasu będzie nadal pobrzękiwał szablą”.

Kreml nadal demonstruje swoje pełne zaangażowanie w wykorzystywanie perspektywy „negocjacji” z Ukrainą i Zachodem, aby dążyć do niczego innego, jak tylko całkowitego zniszczenia państwa ukraińskiego, pomimo wysiłków prezydenta Rosji Władimira Putina, aby przedstawić się jako osoba otwarta na negocjacje pokojowe. 

(...)

ISW oceniło szczegółowo, że różnice w jakości między różnymi rosyjskimi formacjami, które istniały przed pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę, stały się coraz bardziej nieaktualne ze względu na sposób, w jaki Rosja prowadzi swoją wojnę. Rosyjskie formacje, które kiedyś były uważane za „elitarne” lub bardziej wyspecjalizowane pod względem zadań taktycznych, z którymi były powiązane, takie jak WDW lub jednostki piechoty morskiej, obecnie funkcjonują zasadniczo jako niedostatecznie liczebne zmotoryzowane jednostki strzeleckie, polegające na frontalnych atakach piechoty w celu uzyskania taktycznych korzyści, zamiast stosować jakiekolwiek doktrynalnie unikalne taktyki. Rosyjskie wskaźniki strat na linii frontu zmusiły rosyjskie dowództwo wojskowe do priorytetowego traktowania szybkiego rekrutowania nowych rekrutów w celu uzupełnienia wakatów w nowych jednostkach, zamiast zapewniania im wystarczającego podstawowego, a tym bardziej specjalistycznego szkolenia. Praktyki te prawdopodobnie rozszerzą się na doświadczenia północnokoreańskich żołnierzy walczących u boku sił rosyjskich i będą miały na nie duży wpływ. Północnokoreańskie wojska szkolące się z formacjami piechoty morskiej lub WDW prawdopodobnie zostaną rozmieszczone do walki w taki sam sposób, w jaki żołnierze piechoty morskiej i WDW są rozmieszczani do walki — zasadniczo jako regularne siły piechoty. Jeśli rosyjskie dowództwo wykorzysta północnokoreańskie wojska w taki sam sposób, w jaki wykorzystuje wojska rosyjskie, północnokoreańskie wojska prawdopodobnie staną w obliczu porównywalnych wskaźników ubytków do wskaźników, z którymi obecnie mierzy się Rosja. Straty, jakie północnokoreańskie wojska ponoszą w walce w imieniu Rosji, osłabią wszelkie instytucjonalne lekcje, których północnokoreańskie wojsko miało nadzieję się nauczyć, dołączając do Rosji jako współwojujący przeciwko Ukrainie, jak niedawno ocenił ISW.

understandingwar.org

czwartek, 21 listopada 2024



Putin ostatnio widziany był „na żywo” w Soczi podczas forum Klubu Wałdajskiego. Było to 7 listopada. Jak zauważyli czujni dziennikarze, od tamtego dnia służba prasowa Kremla serwuje w telewizyjnych programach informacyjnych jedynie tzw. konserwy, czyli materiały nagrane w przeszłości, pokazywane z opóźnieniem, z przestemplowaną datą ważności.

Ten numer już w kremlowskim cyrku ogrywali: Putin znikał na wiele dni, a jego obecność na scenie politycznej imitowały nakręcone zawczasu relacje ze spotkań z gubernatorami czy ministrami w zaciszu gabinetu. Opatrywano je świeżą datą, ale uważni obserwatorzy wyłapywali nieścisłości. Tak jest i teraz. Służba prasowa prezydenta podaje: 19 listopada Putin spotyka się z szefem frakcji Nowi Ludzie Aleksiejem Nieczajewem. Nieczajew informuje prezydenta, że jego frakcja popiera budżet federalny w pierwszym czytaniu. Tymczasem Duma już tydzień temu przegłosowała budżet w drugim czytaniu (pierwsze było 24 października). A zatem „konserwa” ma już blisko miesiąc.

Jak wyśledziła dziennikarka Farida Rustamowa, 19 listopada, kiedy to rzekomo spotkał się z prezydentem, Nieczajew był widziany na wystawie w Dumie. Miałby się potem szybko przebrać w inny garniturek, przystrzyc włosy i polecieć na Kreml, a tam zamiast siedzieć przez pięć dni na obowiązkowej kwarantannie przed dopuszczeniem przed oblicze cara, został natychmiast wpuszczony do najwyższego gabinetu, aby opowiedzieć dobre nowiny sprzed miesiąca.

(...)

Obserwatorzy zauważyli, że Putin znika z radarów, gdy ma problemy, gdy nie wie, jak wyjść z trudnej sytuacji. „Właśnie wtedy, gdy wszyscy oczekują od Putina reakcji, ten wykonuje pełne zanurzenie i wpada w stupor” – pisze publicysta Anatolij Niesmijan.

Nad czym teraz zastanawia się Putin? 

tygodnikpowszechny.pl


Jak przypomina ekspert, w połowie tego roku została zatwierdzona amerykańska doktryna nuklearna, która jednak została utajniona.

- Co powoduje, że jest dużo niewiadomych. Rosjanie liczą, że w razie uderzenia z ich strony jednym pociskiem nuklearnym, USA odpowiedzą również jednym pociskiem. Prawdopodobnie w amerykańskiej doktrynie zapisana jest asymetryczność. I tu dla Moskwy pojawiają się problemy - komentuje analityk ds. wojskowych.

Jakie to problemy? - Rosjanie nie są w stanie zdekapitować jakiegokolwiek amerykańskiego uderzenia nuklearnego. Natomiast USA są w stanie hybrydowym uderzeniem, przy pomocy precyzyjnych ładunków nuklearnych i broni konwencjonalnej, zdekapitować możliwości nuklearne Federacji Rosyjskiej. Zdekapitować, czyli definitywnie i trwale zniszczyć - uważa ppłk rez. Korowaj.

(...)

- Teoretycznie Rosjanie nie zrzucają ładunków nuklearnych blisko swoich granic i własnych wojsk. Wybuch oddziaływałby na rosyjskie terytorium i żołnierzy. Ukraina jest potrzebna Rosji cała, a nie skażona. Ma być rezerwuarem żywności, który w przeszłości ma wpływać na politykę światową. Uderzenie w Polskę też nic nie da, choć teoretycznie mogłoby się zdarzyć. Natomiast to też jest za blisko Rosji. Generalnie Moskwa nie zrzuca bomb atomowych w promieniu 700 kilometrów od swoich granic - twierdzi ppłk rez. Korowaj.

W ocenie analityka najbardziej powinny się obawiać kraje Europy Zachodniej: Niemcy, Francja czy Wielka Brytania.

- Czyli te kraje, które mają broń atomową, ale mają jej zbyt mało, by przewyższyć potencjał nuklearny Rosji. Wszystkie te kraje muszą w ramach ewentualnej odpowiedzi współpracować ze Stanami Zjednoczonymi. Czy Rosja może użyć broni nuklearnej? Teoretycznie może, ale z praktycznego punktu widzenia Moskwie to nic nie da - puentuje ppłk rez. Korowaj.

wp.pl


Jeszcze zanim prezydent-elekt Donald Trump i jego program pełen taryf zdobył Biały Dom, czołowe firmy planowały już przeniesienie produkcji z Chin w szybszym tempie, zgodnie z nowym badaniem.

Bain and Company, na podstawie ankiety przeprowadzonej wśród 166 dyrektorów generalnych i dyrektorów operacyjnych, ustaliło, że odsetek firm przenoszących działalność poza Chiny wzrósł do 69% w 2024 r. z 55% w 2022 r.

Dokąd się udadzą? Najpopularniejszym miejscem docelowym był subkontynent indyjski, gdzie 39% dyrektorów stwierdziło, że się tam udają. Następnie 16% przeniosło się do Stanów Zjednoczonych lub Kanady, 11% do Azji Południowo-Wschodniej, 10% do Europy Zachodniej i 8% do Ameryki Łacińskiej, co zamyka pierwszą piątkę miejsc docelowych.

W międzyczasie coraz więcej firm „reshoruje” działalność do swoich krajów macierzystych lub „near-shoring” do krajów sąsiednich.

Badanie przeprowadzone w lipcu wykazało, że odsetek dyrektorów, których firmy planują przybliżyć łańcuchy dostaw do rynku, wzrósł w tym roku do 81% z 63% w 2022 r. Obejmuje to również pojawiający się trend „split-shoring”, w którym występuje mieszanka produkcji offshore i produkcji blisko domu.

Bain przypisał ten trend rosnącej niepewności geopolitycznej i rosnącym kosztom. Jednak dla amerykańskich firm, które stanowiły 39% ankiety, ustawa o redukcji inflacji z 2022 r. była kolejnym czynnikiem w reshoringu operacji, dodał.

Jednym z najważniejszych osiągnięć polityki krajowej prezydenta Joe Bidena jest to, że ustawa oferuje zachęty i ulgi podatkowe w kluczowych obszarach, takich jak technologie zielonej energii. Inna inicjatywa Bidena, ustawa CHIPS, również zachęcała do krajowej produkcji półprzewodników.

(...)

Ryzyko zbytniego polegania na chińskich fabrykach stało się oczywiste, gdy Trump nałożył cła na Pekin w trakcie swojej pierwszej kadencji w ramach swojej polityki gospodarczej „America first”. Zakłócenia w łańcuchu dostaw podczas pandemii również uwypukliły potrzebę większej dywersyfikacji.

Następnie Biden utrzymał cła Trumpa na Chiny, nałożył ograniczenia na inwestycje USA w Chinach i zachęcił do zwiększenia produkcji krajowej. A na swoją drugą kadencję Trump obiecał podnieść cła na wszystkich szczeblach, w tym wyższe cła na Chiny.

Wyższe cła USA na Chiny mogą zadać kolejny poważny cios drugiej co do wielkości gospodarce świata, która już została dotknięta krachem na rynku nieruchomości, problemami z zadłużeniem, a nawet kieszeniami deflacji.

Dzieje się tak, ponieważ eksport jest jednym z głównych motorów napędowych gospodarki Chin, chociaż fala środków stymulujących Pekinu wykazała pewne oznaki pobudzania konsumpcji krajowej.

Mimo to powódź taniego eksportu, który Chiny wysyłają na cały świat, skłoniła inne kraje do nałożenia większej liczby barier handlowych na Pekin.

Tymczasem zagraniczne inwestycje w Chinach znajdują się w trzyletnim kryzysie, który trwał w ostatnim kwartale. Mimo wysiłków Chin zmierzających do ożywienia wzrostu gospodarczego, inwestycje zagraniczne spadły o 13 miliardów dolarów w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy roku.

fortune.com


Schemat takiego ataku jest zasadniczo zawsze taki sam. Najpierw przez pozycje ukraińskie przechodzi swoisty walec ogniowy z pocisków artyleryjskich, rakiet i bomb, który niszczy wcześniej wykryte umocnienia i zmusza ukraińskich żołnierzy do wycofania się w ukrycia lub nawet do czasowego opuszczenia stanowisk. Rosjanie nie stosują tutaj żadnych ograniczeń i braki w zaopatrzeniu swojej artylerii traktują jako największą katastrofę (o czym świadczyły chociażby nagrane pogróżki Prigożyna w maju 2023 roku: „Gierasimow, Szojgu: gdzie jest cholerna amunicja?”). I nie ma tu w tym przypadku znaczenia słaba celność rosyjskich armat i bomb, ponieważ przy dużej ilości wystrzelonych pocisków zawsze jest jakieś prawdopodobieństwo, że któryś z nich w coś trafi.

Po takiej nawale ogniowej do walki włączają się pierwsze rosyjskie pododdziały szturmowe, które wprost nacierają na ukraińskie pozycje, w oddzielnych grupach (liczących nawet tylko po 6-8 osób), najczęściej wcale nie licząc, że ich natarcie zakończy się sukcesem. W tych początkowych uderzeniach wystarczy bowiem jedynie, by rosyjscy żołnierze dostarczyli na sobie w pobliże ukraińskich pozycji zapasy amunicji (stąd pierwszą falę żołnierzy często nazywa się niekiedy „plecakami”) oraz by ujawniły się nowe, nieznane jeszcze Rosjanom, ukraińskie pozycje obronne.

Te czołowe ataki są najczęściej niszczone ogniem ukraińskiej artylerii i dronami. Jednak dla rosyjskich wojsk sukces jest nawet wtedy, gdy przez tę nawałę ogniową przedrze się tylko jeden pojazd z desantem. I Rosjanie robią to nawet wtedy, gdy natarcie przebiega na otwartym terenie, w oddaleniu nawet o kilka kilometrów od linii wyjściowych.

Taki schemat działania widać jest np. w miniofensywie prowadzonej obecnie przez Rosjan w Obowdzie Ługańskim na kierunku Torskie. Ukraińcom jak dotąd udaje się niszczyć większość rosyjskich pojazdów biorących udział w natarciach. Tego rodzaju niepowodzenia są jednak przez rosyjskie dowództwo traktowane jako drugowojenne rozpoznanie bojem. Po nim bowiem do akcji ponownie wkracza rosyjska artyleria i lotnictwo bombowe, przetaczając przez wykryte w ten sposób stanowiska bojowe Ukraińców kolejny walec ogniowy.

Wszystko to powtarzane jest przez Rosjan tak długo i bez względu na straty, aż ukraińskim żołnierzom zabraknie amunicji, lub nie będą mieli po prostu, gdzie się ukryć. W terenie niezabudowanym ten proces przesuwania się rosyjskiego wojska jest szybszy, w przypadku miast jest to już operacja wymagająca tygodni (jak w przypadku Nju Jorka) lub nawet miesięcy (jak w przypadku Bachmutu czy Awidijewki).

Wuhłedar nie jest w tym przypadku żadnym wybitnym wyjątkiem. Był on bowiem broniony przez Ukraińców praktycznie od początku wojny, ale tylko dlatego, że Rosjanie czasowo przerywali tam ofensywy – np. ze względu na trudności w dostawie uzupełnień lub konieczność zabrania walczących sił w inne miejsce frontu. Kiedy jednak ataki były kontynuowane dzień po dniu, to Ukraińcy nie mieli żadnych szans, by utrzymać swoje pozycje i musieli wreszcie je opuścić, chociażby po to, by uniknąć okrążenia.

(...)

Szybkość w zdobywaniu danej miejscowości zależy więc tak naprawdę od czasu, jaki Rosjanie potrzebują, by ją zniszczyć. Dzielnice domków jednorodzinnych są więc zdobywane szybciej, kwartały blokowisk z kolei dłużej, podobnie jak różnego rodzaju zakłady przemysłowe. Takie, trudne do zdobycia kwartały mieszkalne są nazywane przez Ukraińców cytadelami i to one w pierwszej kolejności stają się celem rosyjskich ataków ogniowych. Tak było np. podczas przygotowywania ataku na ukraińską „twierdzę” stworzoną w zakładach fenolowych w Nju Jorku. To przygotowanie polegało po prostu na długotrwałym bombardowaniu i ostrzale artyleryjskim.

defence24.pl


Przed nalotem w nocy z 16 na 17 listopada 2024 roku, gdy użyto około 120 rakiet i 90 dronów, tak duży atak odnotowano m.in. 8 lipca 2024 roku (około 40 rakiet, z których jedna trafiła m.in. w szpital dziecięcy „Ochmadyt” w Kijowie) oraz 26 sierpnia 2024 roku (około 127 rakiet i 109 dronów kamikaze). Ten długi czas „zbierania sił” jest dowodem na to, że Rosjanom wyraźnie zaczyna brakować pocisków rakietowych.

Zmniejsza się przede wszystkim ilość dostępnych, starszych rakiet, np. typu Ch-22 i Ch-59, z których Rosjanie, pisząc kolokwialnie, po prostu się „wystrzelali”. Pozostają więc tylko nowe pociski, które nie mogą być brane z pustych już magazynów, ale bezpośrednio z linii produkcyjnych. Chcąc więc zorganizować większy nalot z użyciem około 100 rakiet Rosjanie potrzebują około dwóch miesiący. Dla ataku 40 pocisków potrzebny jest ponad miesiąc.

(...)

Największy problem będzie jednak miało rosyjskie lotnictwo. O ile z atakami ukraińskich dronów jakoś sobie radzono, o tyle na odparcie uderzenia pocisków ATACMS jak na razie nie znaleziono stuprocentowo skutecznego zabezpieczenia. Każda rosyjska baza lotnicza w promieniu 200-250 km musi się więc teraz liczyć z możliwością zaatakowania przez uzbrojenie zawierające głowice kasetowe, a więc niezwykle skuteczne w odniesieniu do rozśrodkowanych na „stojankach” statków powietrznych.

Teraz Rosjanie mają wybór – uznać swoją obronę przeciwlotniczą za skuteczną i nie przejmować się nowym zagrożeniem, lub też przerzucić samoloty dalej – nawet ponad 300 km od granicy. Przykładem może być wojskowe lotniska w Woroneżu, gdzie stacjonują m.in. bombowce taktyczne Su-34, które właśnie znalazły się w zasięgu ATCAMS-ów . Jeżeli przesunie się je jeszcze dalej, to być może będzie już konieczne tankowanie tych maszyn w powietrzu, co w przypadku rosyjskiego lotnictwa może się okazać katastrofą.

Ale wyciszone „wojskowo” będą niewątpliwie również bliższe lotniska, jak np. baza lotnicza w okolicy Biełgorodu. Może to np. praktycznie całkowicie wyeliminować działanie rosyjskich śmigłowców bojowych. Zasięg Ka-52 określa się np. na 460 km. Teraz nie ma możliwości, by taki śmigłowiec bojowy wystartował z miejsca bezpiecznego od ATACMS-ów i na nie powrócił. Skutkiem decyzji Amerykanów będzie więc na pewno spadek aktywności rosyjskiego lotnictwa taktycznego.

Skuteczność decyzji ogłoszonej przez Waszyngton, będzie zależała tak naprawdę od danych wywiadowczych, jakie za tym powinny pójść ze strony państw zachodnich. Optymalnym rozwiązaniem byłoby po prostu wyrażenie zgody na strzelanie tylko do tych celów na terenie Federacji Rosyjskiej, które Ukraińcom się dokładnie wskaże. Dowództwo ukraińskie, pozbawione (przynajmniej oficjalnie) własnego rozpoznania satelitarnego, na pewno by poszło na taki układ, tym bardziej że nikt nie miałby wtedy do niego pretensji za ewentualne skutki uboczne przeprowadzonego nalotu.

O ile z portami i lotniskami Ukraińcy mogą sobie bowiem w jakiś sposób radzić (wiedząc gdzie one się znajdują), o tyle z wyznaczeniem celów bardziej mobilnych (dowództw, centrów logistycznych, systemów dowodzenia i łączności, itp.) Ukraińcy mieliby już duże problemy. Tymczasem śledząc ruch pojazdów dostawczych, cystern i położenie radiostacji można stosunkowo łatwo namierzyć obiekty, stanowiące bardzo dobry cel dla „amerykańskich” rakiet. Kilka celnych uderzeń w tego rodzaju obiekty, zmusiłoby Rosjan do przesunięcia dowództw i centrów logistycznych, przynajmniej od szczebla pułku, o 350-400 km od linii frontu. Zabezpieczenie walczących wojsk przez pojazdy, które będą musiały przejechać tyle kilometrów może całkowicie osłabić „impet” ofensywy prowadzonej obecnie przez wojska rosyjskie.

Oczywiście można dyskutować nad tym, czy Ukraińcy odważą się przysunąć swoje wyrzutnie z rakietami ATACMS na odległość mniejszą niż 100 km od frontu. Problem polega na tym, że Rosjanie tego też nie wiedzą. Wiedzą natomiast, że systemy HIMARS i MLRS działa całkowicie pasywnie, a więc mogą skrycie zając stanowiska ogniowe nawet bardzo blisko linii styku wojsk.

defence24.pl


W przestrzeni medialnej mamy do czynienia z chaosem informacyjnym związanym z amerykańskimi doniesieniami. Zgoda USA na użycie przez Ukrainę rakiet balistycznych ATACMS stanowi raczej potwierdzenie obecnej praktyki, choć być może będzie oznaczać jej jakościowe i ilościowe rozszerzenie. Wiosną 2024 r. Kijów otrzymał zgodę Waszyngtonu na użycie amerykańskiej broni przeciwko celom w przygranicznych obwodach FR, co wiązało się ze wzmożonymi wówczas niszczycielskimi atakami na Charków. Ostatecznie władze USA oświadczyły, że zgoda nie dotyczy pocisków ATACMS, niemniej według części źródeł zostały one przynajmniej raz wykorzystane do ataku na obwód biełgorodzki. Mimo braku formalnego pozwolenia Waszyngtonu w sierpniu br. użyto ich do zniszczenia mostów na rzece Sejm w obwodzie kurskim, co miało odciąć od zaplecza część rosyjskiego zgrupowania (potwierdziły to materiały filmowe). Oficjalnie po raz pierwszy rakiety ATACMS wykorzystano 19 listopada br. do uderzenia na skład amunicji w obwodzie briańskim.
Dominujące w przekazie medialnym terminy „rakiety dalekiego zasięgu” i „głębokie uderzenia” są sprzeczne z ogólnie używaną terminologią wojskową. Kijów nigdy nie otrzymał zachodnich pocisków dalekiego zasięgu, umożliwiających głębokie uderzenia na terytorium nieprzyjaciela. Największy zasięg przekazanych dotychczas przez Zachód rakiet – 300 km (ATACMS Block 1A) – to najniższa graniczna wartość dla pocisków balistycznych krótkiego zasięgu (pomiędzy 300 km a 1000 km). Przekazane Ukrainie brytyjskie i francuskie pociski manewrujące Storm Shadow/SCALP mają zasięg ok. 250 km, a podstawowa wersja ATACMS (Block 1), którą Ukraińcy otrzymali w największej liczbie (nawet kilkaset sztuk) – 165 km. Możliwość przeprowadzania skutecznych głębokich uderzeń na terytorium FR dałoby dopiero przekazanie Kijowowi większej liczby rakiet o zasięgu co najmniej 1000 km. Typem rakiet stosunkowo łatwo dostępnym i w miarę szybko możliwym do zaadaptowania do potrzeb ukraińskich jest amerykański pocisk manewrujący JASSM-ER. Ukraińcy dysponują już potencjalnymi środkami jego przenoszenia – myśliwcami F-16. Kijów przeprowadza okresowo ataki na głębokie zaplecze agresora z wykorzystaniem dronów o zasięgu przekraczającym 1000 km, które są ukraińskimi konstrukcjami zbudowanymi z komponentów pozyskanych z Zachodu. Ze względu na niską efektywność mają one jednak znaczenie głównie psychologiczne.

O niewielkich zdolnościach oddziaływania Ukrainy przeciwko celom na terytorium Rosji decyduje nie tylko zasięg przekazanych jej środków rażenia, lecz także ich niewielka liczba, uniemożliwiająca przeprowadzenie zmasowanych uderzeń na podobieństwo tych organizowanych przez agresora. Ukraina dokonuje zaledwie kilku ataków miesięcznie z wykorzystaniem pocisków balistycznych ATACMS i manewrujących Storm Shadow/SCALP (głównie na bezpośrednie zaplecze wojsk agresora na terenach okupowanych), z których tylko część przynosi wymierne rezultaty. Analogiczne uderzenia Rosjanie przeprowadzają prawie codziennie (dysponują oni też zdecydowanie większą liczbą pocisków balistycznych i manewrujących, a także zdecydowanie szerszym spektrum przeznaczonych do różnego rodzaju misji typów rakiet). Niemniej rozszerzenie możliwości ukraińskich ataków przy użyciu rakiet ATACMS w rosyjskich obwodach graniczących z Ukrainą w dużo większym stopniu niż wyłącznie za pomocą dronów utrudniłoby tam funkcjonowanie rosyjskich logistyki i lotnictwa.

Skuteczność wykorzystania przez Ukrainę zachodnich rakiet do uderzeń na cele na terytorium Rosji wiąże się ściśle z zachodnim wsparciem w zakresie szeroko pojętego targetingu. Większość sukcesów ukraińskich sił zbrojnych osiągniętych dzięki użyciu zachodnich pocisków balistycznych i manewrujących nie byłaby możliwa bez udziału zdolności USA i Wielkiej Brytanii, wspierających obrońców w zakresie rozpoznania i naprowadzania ataków, a według części źródeł również ich organizacji (najprawdopodobniej w przypadku Londynu). Świadczy o tym załamanie skuteczności ukraińskich uderzeń na Krym po obserwowanym ograniczeniu dostępu do amerykańskiego rozpoznania, co nastąpiło po prawdopodobnym zestrzeleniu przez Rosjan amerykańskiego drona rozpoznawczego Global Hawk u wybrzeży Krymu w czerwcu br. Kijów uderzał od tego czasu kilkukrotnie, w tym pociskami ATACMS, na będący stosunkowo łatwym celem most w Cieśninie Kerczeńskiej, lecz wszystkie te ataki zakończyły się niepowodzeniem.

Powyższe informacje medialne nie wpłynęły na razie na zmianę stanowisk Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec w kwestii udzielenia zgody na ataki w głąb Rosji przy użyciu brytyjskich, francuskich czy niemieckich pocisków. Pociski Storm Shadow/SCALP najprawdopodobniej nie zostały dotychczas wykorzystane poza międzynarodowo uznanym terytorium Ukrainy. Brytyjskie media sugerowały do tej pory, że takie ich zastosowanie blokuje Waszyngton. Londyn zachowuje obecnie powściągliwość w publicznych deklaracjach, gdyż zarówno poprzedni, jak i obecny rząd zaliczyły wizerunkowe potknięcia na tym polu. W maju brytyjską zgodę na takie uderzenia sugerował szef MSZ David Cameron, a w lipcu – premier Keir Starmer. W obu przypadkach informacje te były później dementowane. Z kolei prezydent Francji Emmanuel Macron uznał decyzję USA za całkowicie trafną, ale również Paryż nie przekraczał jak dotąd „czerwonych linii” zarysowanych przez Waszyngton. Niemiecki Urząd Kanclerski natomiast nadal sprzeciwia się przekazaniu Ukrainie pocisków manewrujących dalekiego zasięgu Taurus na wyposażeniu Bundeswehry. Kanclerz Olaf Scholz oraz minister obrony Boris Pistorius powstrzymali się też od komentarzy na temat amerykańskich doniesień medialnych.

W reakcji na amerykańskie informacje Moskwa początkowo powtórzyła swoje pogróżki pod adresem USA i innych państw zachodnich, ale ich nie skonkretyzowała, uznawszy prawdopodobnie, że ewentualne decyzje nie zostaną w pełni wcielone w życie, a nowa administracja Trumpa je odwoła. Później poważnie zaostrzyła jednak ton i podjęła próbę odstraszenia USA i innych państw zachodnich od zwiększania wsparcia dla Kijowa poprzez groźbę potencjalnego użycia (niestrategicznej) broni jądrowej. 19 listopada opublikowano w Rosji zrewidowany tekst dokumentu „Podstawy państwowej polityki Federacji Rosyjskiej w zakresie odstraszania jądrowego”. W związku z tym wydarzeniem rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow oświadczył, że Moskwa będzie traktować posłużenie się przez Ukrainę dostarczonymi przez zachodnie mocarstwa jądrowe rakietami z ładunkami konwencjonalnymi do ataków na terytorium FR jako element napaści wyczerpującej warunki możliwego użycia przez Rosję broni jądrowej.

osw.waw.pl