środa, 31 lipca 2024



Według danych rosyjskiego urzędu statystycznego Rosstat realne płace w Rosji wzrosły o prawie 14 proc., a konsumpcja towarów i usług o około 25 proc. To znacząca zmiana w porównaniu z początkiem inwazji na Ukrainę w 2022 roku, kiedy to wielu przedsiębiorców obawiało się załamania gospodarczego.

Wzrost płac widoczny jest w różnych sektorach gospodarki. Pracownicy, którzy w grudniu 2021 roku zarabiali równowartość 250-350 dol. (ok. 980-1400 zł) miesięcznie, mogą teraz liczyć nawet na 1400 dol. (ok. 5,5 tys. zł). Przykładów takich "punktowych" wzrostów jest sporo. Średnie wynagrodzenie kierowców ciężarówek dalekobieżnych wzrosło o 38 proc. rok do roku.

Rosnące płace przekładają się na zwiększone wydatki konsumpcyjne. Rosjanie chętnie wydają pieniądze na turystykę krajową, restauracje i dobra trwałe.

Boom widoczny jest również w sektorze nieruchomości. Sergei Skatov, ekspert rosyjskiego rynku nieruchomości, zauważa, że "deweloperzy mogą nic nie sprzedawać przez cały rok, a i tak będą rentowni. Już sprzedali wszystko, co mogą zbudować w ciągu najbliższych trzech lat".

(...)

Skąd tak dobre dane o rosyjskiej gospodarki? Boom konsumpcyjny jest w dużej mierze napędzany przez wydatki państwowe, szczególnie w sektorze obronnym. Także rosyjski bank centralny wskazuje wydatki rządowe jako główny czynnik wzrostu PKB.

Jednak zagrożeniem jest brak rąk do pracy. Jak podkreśla w rozmowie z "Financial Times" jeden z restauratorów z Sankt Petersburga, braki kadrowe są kolosalne. "Nie ma kucharzy, kelnerów, barmanów, wielu ludzi z sektora usług wyjechało" - tłumaczy. To może oznaczać, że granice ewentualne wzrostu gospodarczego w Rosji są już widoczne.

money.pl


Na początku tego miesiąca czołowy rosyjski bankier powiedział, że metody omijania sankcji powinny zostać uznane za "tajemnicę państwową", ponieważ są one tak szybko namierzane i likwidowane.

— Bez względu na to, jakie kroki podejmujemy, widzimy, że reakcja jest bardzo szybka — komentuje Andriej Kostin, dyrektor generalny VTB Bank, drugiego co do wielkości pożyczkodawcy w Rosji.

Rosja oświadczyła, że współpracuje z grupą krajów w celu zbudowania platformy, która nie potrzebuje dolara.

businessinsider.com.pl


Według Sawickiego inflacja w Rosji w czerwcu przyśpieszyła szósty raz z rzędu. Analityk Cinkciarz.pl pisze, że "dynamika CPI wzrosła do 8,6 proc. r/r, ponad dwukrotnie przekraczając cel inflacyjny". Ekspert zwraca uwagę na główną przyczynę tego stanu rzeczy. "Ogromne wydatki wojenne na poziomie ok. 7 proc. PKB doprowadziły do powstania potężnych makroekonomicznych nierównowag, które z każdym kolejnym miesiącem objawiają się coraz mocniej".

Sawicki wskazuje na poważne problemy na rynku pracy w Rosji. Jak pisze, "pobór i ucieczka części Rosjan zagranicę oznacza gigantyczne niedobory siły roboczej, skutkujące gwałtownym wzrostem wynagrodzeń". Analityk dodaje, że "stopa bezrobocia, zbliżając się do 2,5 proc., osiągnęła w tym roku rekordowo niskie poziomy".

Ekspert Cinkciarz.pl zauważa, że "sytuacja rynku pracy w połączeniu z sowitymi transferami socjalnymi przekładają się na boom konsumpcji". Podaje konkretne dane: "w 2023 r. spożycie indywidualne podniosło się do 6,6 proc. r/r. W bieżącym roku zachowa kilkuprocentową dynamikę utrzymującą wzrost gospodarczy powyżej 3 proc. r/r".

(...)

Ekspert Cinkciarz.pl podkreśla, że Bank Rosji nie może ignorować czynników znajdujących się poza jego kontrolą. Jak pisze, "przy niestabilnych, dwucyfrowych i podnoszących się oczekiwaniach inflacyjnych władze monetarne nie mogą patrzeć przez palce na konsekwencje czynników znajdujących się poza ich kontrolą".

Sawicki wymienia kilka takich czynników: "sprzeczny z wzorcem sezonowym ostry skok cen żywności po wiosennych przymrozkach". Dodaje również, że "proinflacyjnie oddziałuje też wzrost kosztów międzynarodowych transakcji płatniczych, będący pokłosiem międzynarodowych sankcji, oraz spadek mocy przetwórczych systemu rafinerii, który stanowi cel ataków ukraińskich dronów".

money.pl


W tym samym czasie, gdy rosyjski PKB rośnie o 5 proc., dzięki bilionowym zastrzykom w produkcję broni, inflacja przyspiesza. Tempo wzrostu cen w lipcu przekroczyło 9 proc. rok do roku i stało się najwyższe od lutego 2023 r.

Sugeruje to, że "gospodarka nadal znajduje się w stanie znacznego przegrzania" — powiedziała Nabiullina. Jednocześnie przedsiębiorstwa praktycznie nie mają możliwości zwiększenia produkcji towarów i usług.

Niedobór personelu i mocy produkcyjnych "może doprowadzić do sytuacji, w której tempo wzrostu gospodarki spowolni pomimo wszelkich prób stymulowania popytu" — ostrzegła szefowa banku centralnego.

"W istocie jest to scenariusz stagflacji, który będzie można powstrzymać tylko kosztem głębokiej recesji" — dodała.

Według Nabiulliny, aby zapobiec takiemu scenariuszowi, Bank Centralny zdecydował się na kolejną podwyżkę kluczowej stopy procentowej, która była już na najwyższym poziomie od pierwszych miesięcy wojny.

Z 16 proc. stopa banku centralnego została podniesiona do 18 proc., co jest najwyższym poziomem wśród największych gospodarek świata i według prognoz banku centralnego pozostanie dwucyfrowa do końca 2026 r.

"Podczas gdy podaż towarów i usług będzie nadal rosła, nie będzie to następowało tak szybko, jak rośnie obecnie popyt" — ostrzegła Nabiullina. Dodała, że wzrost produkcji w gospodarce jest utrudniony przez rosnące koszty sprzętu i sankcje.

onet.pl

wtorek, 30 lipca 2024



Od 23 do 30 lipca Rosjanie przedłużyli klin wbity w ugrupowanie przeciwnika na zachód od Oczeretynego o ok. 5 km. Tempo ich natarcia w minionym tygodniu było największe od połowy kwietnia. Udało im się je osiągnąć za pomocą ciągłych szturmów piechoty wspieranych zmasowanym ogniem artylerii i bombardowaniami lotniczymi, skoncentrowanymi na wąskim odcinku frontu położonym przy linii kolejowej w kierunku Pokrowska. Ten taktyczny sukces okupiono znacznymi stratami. Po stronie ukraińskiej widać poważne problemy w dowodzeniu na tym odcinku. W przestrzeni publicznej powtarzają się również narzekania na brak wystarczających uzupełnień dla walczących brygad i niski poziom ich wyszkolenia oraz na źle przygotowane fortyfikacje.

Trwają intensywne walki na pozostałych odcinkach frontu w Donbasie i w obwodzie charkowskim. W pasie obrony 79 Brygady Desantowo-Szturmowej w rejonie Marjinki najeźdźcy dwukrotnie zaatakowali pozycje ukraińskie siłami batalionowej grupy taktycznej z zastosowaniem ponad 50 bojowych wozów piechoty i czołgów w każdej z nich. Nie udało im się doprowadzić do przełamania obrony, a znaczna część użytego w szturmach sprzętu pancernego została zniszczona.

W ciągu ostatniego tygodnia intensywność uderzeń rakietowych agresora była relatywnie niska – zastosował on zaledwie kilka rakiet różnych typów. Prawie codziennie atakował Ukrainę za pomocą dronów Shahed 136/131. W ciągu trzech kolejnych nocy 24–26 lipca miały miejsce największe naloty, w których łącznie użyto 83 bezzałogowców. Obrona powietrzna unieszkodliwiła 62 z nich, a trzy wleciały w przestrzeń powietrzną Rumunii. Drony trafiły m.in. w zabudowania mieszkalne i infrastrukturę portową na południu Ukrainy oraz w obiekty energetyczne w różnych częściach kraju. Rosjanie cały czas wykorzystują też bomby kierowane do atakowania celów położonych w strefie przyfrontowej, w tym w Charkowie.

W nocy z 25 na 26 lipca Ukraińcy przeprowadzili atak rakietowy na lotnisko wojskowe Saki na Krymie. Opublikowane zdjęcia satelitarne potwierdzają trafienia, lecz nie ma dokładnych danych na temat rosyjskich strat w ludziach i sprzęcie. Kilkakrotnie doszło również do nalotów dronów na obiekty wojskowe i infrastruktury krytycznej położone na obszarach okupowanych i w granicach Rosji. Zniszczono bądź poważnie uszkodzono kilka podstacji energetycznych oraz magazyny paliwa w obwodach biełgorodzkim, kurskim i orłowskim. Ukraińskie bezzałogowce zaatakowały lotniska wojskowe: Engels (obwód saratowski), Diagilewo (obwód riazański) i Olenia (obwód murmański, ok. 1800 km od granicy z Ukrainą). Brak potwierdzonych informacji o skutkach tych nalotów; według nieoficjalnych doniesień ukraińskich mediów w ostatnim z tych obiektów miał zostać uszkodzony bombowiec strategiczny Tu-22M3.

23 lipca ukraiński wywiad wojskowy rozpoczął zakrojony na szeroką skalę cyberatak, który sparaliżował pracę kluczowych instytucji bankowych i systemów płatniczych w całej Rosji. Klienci największych banków, takich jak Centralny Bank Rosji (CBR), Sbierbank, Alfa Bank, Raiffeisen Bank czy Wniesztorgbank nie mogli korzystać z usług bankowości internetowej lub mieli z tym problemy. Uderzenie dotknęło także operatorów telefonii komórkowej, co doprowadziło do przerw w działaniu komunikacji mobilnej i internetu m.in. w sieciach Rostelekom i MegaFon. Władze potwierdziły, że cyberataki miały miejsce, oraz określiły je „dziełem hakerów motywowanych politycznie”. 29 lipca CBR przyznał, że ich intensywność wzrasta.

25 lipca w ramach wspólnej operacji kontrwywiadu Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i organów policji zatrzymano 19-osobową grupę agentów Federalnej Służby Bezpieczeństwa FR, która planowała podpalenia centrów handlowych i stacji benzynowych na Ukrainie, w Polsce i w państwach bałtyckich. Z ustaleń śledczych wynika, że podejrzani werbowali na Ukrainie kolejne osoby, w tym kryminalistów. Po otrzymaniu fałszywych dokumentów (paszportów, praw jazdy, dyplomów ukończenia studiów) mieli oni legalizować swój pobyt w państwach UE.

24 lipca niemiecka spółka zbrojeniowa Rheinmetall AG poinformowała, że Kijów zakontraktował dostawę kompletnej linii produkcyjnej amunicji. Wartości kontraktu nie ujawniono – podano jedynie, że wynosi ona setki milionów euro. Nie wiadomo też, jakie kalibry może wytwarzać linia. Dostawa ma się odbyć w ciągu 24 miesięcy. To kolejny krok na drodze do budowy na Ukrainie fabryki amunicji, którą Rheinmetall ogłosił w lutym.

(...)

23 lipca sekretarz parlamentarnej komisji ds. bezpieczeństwa narodowego, obrony i wywiadu Roman Kostenko podał, że w ukraińskiej armii służy 3,8 tys. więźniów. Według niego zapotrzebowanie na nich zmalało, ponieważ wzrosła liczba mężczyzn podlegających bieżącej mobilizacji. Dodał, że planuje się wcielenie do ok. 5 tys. osadzonych oraz że należy rozważyć mobilizację mężczyzn przebywających w aresztach śledczych.

25 lipca dowódca Gwardii Narodowej generał Ołeksandr Piwnenko stwierdził, że kwestia rotacji na froncie zostanie rozwiązana później, bo pomimo wzrostu liczby zmobilizowanych konieczne jest ich przeszkolenie. Wykluczył przeprowadzenie rotacji na szczeblu brygad, lecz dopuścił ograniczoną w poszczególnych batalionach lub kompaniach. Z kolei przewodniczący Rady Najwyższej Rusłan Stefanczuk oświadczył, że nie przewiduje się ogłoszenia demobilizacji w czasie trwania stanu wojennego.

Tego samego dnia premier Denys Szmyhal potwierdził, że prace przy budowie fortyfikacji w obwodzie chersońskim ukończono w 97%, a rząd przeznaczył na ten cel ponad 2 mld hrywien (ponad 48 mln dolarów). 26 lipca przewodnicząca parlamentarnego komitetu ds. budżetu Roksołana Pidłasa przekazała, że w funduszu rezerwowym, z którego rząd przeznacza środki na pilne potrzeby związane ze stawianiem i modernizacją umocnień, z 56 mld hrywien (ponad 1,36 mld dolarów) przewidzianych na rok 2024 pozostało zaledwie 592 mln (ok. 14,4 mln dolarów). Wskazała, że uzupełnienie luki budżetowej, również na wydatki wojskowe, będzie wymagało podwyższenia podatków.

29 lipca dowódcy pododdziałów wchodzących w skład 80 Brygady Desantowo-Szturmowej wezwali prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i naczelnego dowódcę SZU generała Ołeksandra Syrskiego do pozostawienia na stanowisku dowódcy brygady pułkownika Emila Iszkułowa. Zgodnie z nieoficjalnymi informacjami miał on zostać zwolniony ze względu na odmowę wykonania rozkazu, który w jego ocenie mógł doprowadzić do nieuzasadnionych wysokich strat wśród podległych żołnierzy. Podobny przypadek miał miejsce 15 lipca, kiedy w obronie swojego dowódcy wystąpili żołnierze 24 Brygady Zmechanizowanej. Równolegle część żołnierzy i wolontariuszy domaga się odwołania dowódców innych brygad, oskarżając ich o ślepe wykonywanie idących z góry rozkazów skutkujących znacznymi stratami i chaosem w dowodzeniu. Wspólnym mianownikiem tych wystąpień są postulaty zwiększenia potencjału bojowego armii i usprawnienia dowodzenia, przy czym nie towarzyszą im hasła o charakterze kapitulanckim. Wszystko to świadczy o istnieniu dużego napięcia w armii ukraińskiej, którego rozładowanie wymaga stanowczych, ale taktownych kroków ze strony generała Syrskiego oraz prezydenta Zełenskiego i ministra obrony Rustema Umierowa.

Według opublikowanego 30 lipca sondażu Centrum Razumkowa 59,8% respondentów uznaje mobilizację za konieczną, gdyż bez niej Ukraina będzie okupowana przez Rosję, 21,9% wyraziło opinię przeciwną, a 18,3% nie zajęło stanowiska. Zarazem 40% pytanych stwierdziło, że mobilizacja zwiększy liczbę ofiar i nie przybliży zwycięstwa czy zawarcia pokoju, 32% nie zgodziło się z tym poglądem, a 28% nie stanęło po żadnej ze stron.

osw.waw.pl


Przywróceniu niepodległości Polski po zniknięciu Imperium Rosyjskiego towarzyszyło pojawienie się koncepcji zjednoczenia regionu bałtycko-czarnomorskiego w silną unię pod auspicjami Warszawy. Józef Piłsudski, który położył podwaliny pod nową państwowość polską, widział federację i system związków narodów europejskiej części dawnego imperium (oczywiście z wyjątkiem terenów zamieszkałych przez Wielkorusów) z centralną rolą Polski. Niektórzy zwolennicy tej idei formułowali cel idealny, jak uczynił to polski polityk Roman Knoll w 1918 r.: „Nasze /cele/ optymalne to Rosja blisko etnograficznych granic wielkoruskich, wyrzucona z pozycji wielkiego mocarstwa, objęta patronatem międzynarodowym i poddana zagranicznej penetracji gospodarczej, ale jednocześnie jest to dość niebezpieczne dla narodów fińskiego, estońskiego, łotewskiego, litewskiego, białoruskiego i ukraińskiego - tak, że szukają one ochrony i patronatu u Polski”. Później myśl polska wypracowała podobną koncepcję stworzenia unii państw środkowoeuropejskich i bałkańskich, mającej przede wszystkim na celu powstrzymanie Niemiec, co miało zostać osiągnięte przy pomocy Wielkiej Brytanii. Tak czy inaczej Polska wyraziła zainteresowanie utworzeniem unii państw Europy Środkowo-Wschodniej, której narody powinny uzyskać niezależność od imperiów, których były lub były częścią. Sojusz taki miał uczynić region niezależnym podmiotem, interesującym jako zbiorowy sojusznik wszelkich mocarstw przeciwstawnych Rosji czy Niemcom. Polska potrafiła określić „twarz” podmiotu.

Koncepcja ta w dużej mierze pokrywa się z myślami ważnego powojennego myśliciela politycznego-emigranta, wieloletniego redaktora paryskiego pisma „Kultura” Jerzego Giedroycia, a także bliskich mu intelektualistów. Gwarancją niepodległości Polski i jej dodatkową ochroną przed imperializmem rosyjskim powinno być pojednanie i rozwiązanie sporów historycznych między narodami polskim, białoruskim, ukraińskim i litewskim, a także pełne poparcie dla powstania ich niepodległych państw.

To między innymi przesądziło i przesądza, że ​​Polska popiera osłabienie więzi z Rosją byłych republik ZSRR (przynajmniej w jej europejskiej części).

Niemal wszystkie siły polityczne w kraju uważają taki proeuropejski (z cudzysłowem lub bez) kurs państw poradzieckich za zgodny z interesami narodowymi Polski.

Teraz Polska realizuje podobne plany przy wsparciu silnych sojuszników lub dużych stowarzyszeń międzypaństwowych. W szczególności przez wiele lat za jedno z osiągnięć polityki zagranicznej Warszawy uważano możliwość wpływania na politykę UE wobec państw poradzieckich. Utworzenie Partnerstwa Wschodniego i przekonanie partnerów o konieczności wspierania „europejskich aspiracji” Mołdawii, Ukrainy i Gruzji jest w dużej mierze owocem działalności polskiej dyplomacji. Jeden z zarzutów stawianych partii PiS wynika z faktu, że ze względu na swoje eurosceptyczne stanowisko PiS, UE przestała słuchać Warszawy przy kształtowaniu polityki wobec krajów poradzieckich, a także szybko wykluczyła Polskę z wszelkich negocjacji mających na celu rozwiązanie ukraińskiego kryzysu 2014-2015. 

(...)

Innymi słowy, Polska stara się (w miarę swoich możliwości) zorganizować przyjazną przestrzeń w Europie Środkowo-Wschodniej, w której będzie mogła zdobyć rolę nie dominującą, ale wiodącą. De facto oznacza to, że państwa regionu nie powinny być nadmiernie uzależnione (w kwestiach współpracy gospodarczej, dostaw energii itp.) od sąsiednich dużych państw i mocarstw (przede wszystkim Niemiec i Rosji). Polska rozumie, że sama nie osiągnie takich celów, dlatego szuka wpływowego sojusznika.

Trwający konflikt na Ukrainie stworzył korzystne warunki dla realizacji opisanych celów. Uwaga struktur polityczno-wojskowych Zachodu jest rzeczywiście skupiona na Europie Wschodniej, NATO jest gotowe wzmocnić wschodnią flankę organizacji do przeciwstawienia się Rosji – wszystko to zwiększa strategiczne znaczenie Europy Środkowo-Wschodniej i odpowiada polskim wyobrażeniom o rosnącej podmiotowości regionu. Zachód generalnie postrzega wpływy rosyjskie jako palący problem i podejmuje wysiłki, aby je ograniczyć. 

(...)

Tak czy inaczej, potencjalne wejście polskich sił zbrojnych na zachodnią Ukrainę w przypadku porażki Kijowa w konflikcie z Moskwą byłoby zgodne z interesami Rosji. Ten krok Warszawy nie zostanie jednoznacznie zaakceptowany ani przez wpływowe państwa europejskie, ani przez sąsiadów Polski. Warszawa znów dałaby powód, by mówić o sobie jako o „hienie” wynoszącej do swego legowiska kawałki terytorium. Tworząc taki „bufor” pomiędzy terytoriami, które znalazły się w strefie wpływów Rosji a Unią Europejską/NATO, Polska byłaby skazana na skomplikowane i najprawdopodobniej konfliktowe relacje z miejscową ludnością, a tym bardziej z siły polityczne skupione na państwowości ukraińskiej. Mogłoby to hipotetycznie zmusić Warszawę do zawarcia jawnych lub poufnych porozumień z Moskwą w celu uregulowania kwestii kontaktów i przemieszczania się ludności oraz w ogóle organizacji życia w różnych fragmentach terytorium Ukrainy. Innymi słowy, Polska przekreśliłaby dotychczasową politykę tworzenia korzystnego dla siebie otoczenia w Europie Środkowo-Wschodniej i specjalnych stosunków z wpływowymi państwami zachodnimi.

Dlatego Polska nie wykazuje obecnie oznak zainteresowania jakąkolwiek kontrolą nad poszczególnymi terytoriami Ukrainy i jak najdobitniej to podkreśla.

globalaffairs.ru


Ponad półtora roku temu napisałem wiele postów i wątków na temat trwałości dowodzenia w stylu sowieckim w armii ukraińskiej. Wielu wówczas odrzucało moje obawy, argumentując, że wojna to nie czas na zmiany, lub wręcz atakowało mnie za krytykę. Niestety od tego czasu sytuacja tylko się pogorszyła, a problem pozostaje systemowy. Problem ten istniał jeszcze przed generałem Załużnym, trwał także podczas jego kadencji, a za czasów generała Syrskiego uległ dalszemu pogorszeniu. Pomimo obietnic poprawy sytuacji Syrski zwiększył autorytatywną presję na dowódców, aby utrzymali pozycję przy tak samo ograniczonych zasobach, a rezultaty są widoczne.

Na początku tego roku słusznie zauważyłem wraz z moim zespołem, że operacja w Charkowie prawdopodobnie miała na celu odwrócenie uwagi i że główny nacisk pozostanie na Donbasie. Podczas gdy nasi żołnierze próbowali odbić Głyboke i spędzili miesiące utrzymując przyczółek w Krynkach (mimo niejasnych celów, biorąc pod uwagę nasze ograniczone zasoby), Rosjanie systematycznie wyczerpują nasze brygady w Donbasie. Rosyjskie podejście nie jest szczególnie innowacyjne: codziennie wysyłają małe jednostki taktyczne przeciwko ukraińskiej obronie, aż do upadku jednej pozycji, a następnie wykorzystują ten sukces. Wyżsi ukraińscy dowódcy próbowali przyjąć podobną taktykę, zapominając, że mamy znacznie mniej ludzi i niewiarygodne wsparcie Zachodu, które może, ale nie musi, dotrzeć na czas, jeśli w ogóle.

Czy po rosyjskiej stronie jest lepiej? Absolutnie nie. Mój zespół ma nagrania licznych rozmów radiowych ze strony rosyjskiej, ujawniających groźby egzekucji lub odmowę ewakuacji medycznej, jeśli ich żołnierze odmówią natarcia. Dużo gorzej jest z Rosjanami, ale oni mają znaczną przewagę w personelu, sprzęcie, pojazdach, artylerii i lotnictwie. Ich stać na taką taktykę – nas nie. Co więcej, armia rosyjska w 2024 r. jest znacznie mądrzejsza i bardziej doświadczona niż zdezorganizowane oddziały, które widzieliśmy w lutym 2022 r. Jedynym sposobem na powstrzymanie ich natarcia jest przechytrzenie ich poprzez większą zaradność i ostrożność, mając na celu zachowanie naszego personelu, gdy sytuacja tego wymaga.

Nadal możliwe jest złamanie kręgosłupa armii rosyjskiej, która ma poważne problemy logistyczne, malejącą dostępność zachowanych pojazdów, zależność od nieopancerzonego transportu, brak motywacji personelu i wąskie gardła związane z wymianą luf artyleryjskich. Ponadto wiele wewnętrznych problemów gospodarczych ujawnia się po pewnym czasie.

Jednak okno możliwości staje się coraz mniejsze. Jeżeli nie zostaną wprowadzone radykalne zmiany, zmierzamy w stronę najbardziej niekorzystnego scenariusza ze wszystkich: wymuszonych negocjacji, impasu, minimalizacji pomocy zachodniej, przezbrojenia armii rosyjskiej i nowej rundy wojny ze znacznie bardziej niekorzystnymi skutkami dla Ukrainy, co doprowadziło do okupacji i przymusowej asymilacji.

x.com/Tatarigami_UA


Przypadki kremlowskiego nihilizmu prawnego i niewypełniania przez Rosję podpisanych porozumień są znane od 35 lat. Liczne umowy zawierane między Moskwą a Kijowem, które były fundamentalne dla stosunków międzynarodowych w przestrzeni poradzieckiej, zostały zerwane.

Najbardziej brzemiennym w skutkach było porozumienie białowieskie z grudnia 1991 r. pomiędzy Rosją, Białorusią i Ukrainą, które rozwiązało Związek Radziecki, wydarzenie, które Putin opisał w 2005 r. jako „największą katastrofę geopolityczną XX wieku”. W tym historycznym i w pełni ratyfikowanym traktacie trzy kraje utworzyły Wspólnotę Niepodległych Państw, zgodnie ustaliły i zobowiązały się przestrzegać swoich nowych granic państwowych – w tym, że Krym, Sewastopol i Donbas należą do Ukrainy. Artykuł 5 umowy białowieskiej stanowi, że: „Wysokie Umawiające się Strony uznają i szanują wzajemną integralność terytorialną i nienaruszalność istniejących granic w ramach Wspólnoty Narodów”.

Kolejny historyczny dokument pojawił się niemal dokładnie trzy lata później – niesławne już memorandum budapesztańskie w sprawie gwarancji bezpieczeństwa. W tym załączniku do układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) z 1968 r. Moskwa, Waszyngton i Londyn, podczas ostatniego i fatalnego w skutkach szczytu KBWE na Węgrzech w grudniu 1994 r., zobowiązały się, że w zamian za przekazanie przez Ukrainę głowic nuklearnych Rosji będą respektować granice państwowe Ukrainy oraz jej integralność terytorialną i suwerenność polityczną. Przez krótki czas po rozpadzie ZSRR Kijów posiadał trzeci co do wielkości arsenał broni jądrowej na świecie. W 1994 r. zobowiązał się nie tylko do zdemontowania bezużytecznych rakiet strategicznych, ale także do przekazania Rosji wszelkiej innej broni masowego rażenia i materiałów, które mogłyby zostać wykorzystane do jej budowy. To samo dotyczyło odziedziczonych przez Ukrainę systemów przenoszenia, takich jak bombowce czy pociski rakietowe.

Trzy państwa-depozytariusze układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, w tym Rosja, stwierdzają w pierwszych dwóch artykułach memorandum z 1994 r.: „1. Stany Zjednoczone Ameryki, Federacja Rosyjska oraz Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej potwierdzają swoje zobowiązanie wobec Ukrainy, zgodnie z zasadami aktu końcowego KBWE, do poszanowania niepodległości i suwerenności oraz istniejących granic Ukrainy; 2. Stany Zjednoczone Ameryki, Federacja Rosyjska oraz Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej potwierdzają swoje zobowiązanie do powstrzymania się od groźby lub użycia siły przeciwko integralności terytorialnej lub politycznej niezależności Ukrainy oraz że żadna z ich broni nigdy nie zostanie użyta przeciwko Ukrainie, chyba że w samoobronie lub w inny sposób zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych”.

Zobowiązania te są łamane przez Moskwę od 2014 r. w coraz bardziej rażący sposób. Rosja nie tylko utworzyła republiki ludowe w Ukrainie, ale także oficjalnie zaanektowała ukraińskie ziemie w marcu 2014 r. i we wrześniu 2022 r., w tym drugim przypadku terytoria, a nawet całe miasta, których nie kontroluje.

Większość umów zawartych w związku z wojną rosyjsko-ukraińską również została przez Moskwę naruszona. Najbardziej niesławne z nich to porozumienia mińskie, które Kijów podpisał pod groźbą użycia broni w 2014 i 2015 r. W protokole mińskim z września 2014 r. (Mińsk I) ambasador Rosji w Ukrainie zobowiązał się do „wycofania nielegalnych grup zbrojnych i sprzętu wojskowego, a także bojowników i najemników z terytorium Ukrainy”. W mińskim pakiecie środków z lutego 2015 r. (Mińsk II) Moskwa ponownie zgodziła się na „wycofanie wszystkich zagranicznych sił zbrojnych, sprzętu wojskowego, a także najemników z terytorium Ukrainy pod nadzorem OBWE, [a także] rozbrojenie wszystkich nielegalnych grup”. Kreml nigdy nie dał jednak żadnych sygnałów, że zaczyna wypełniać te i inne obietnice, i prawdopodobnie nigdy nie zamierzał tego robić.

new.org.pl

poniedziałek, 29 lipca 2024



Ostatnio więźniowie, którzy zgodzili się walczyć, przestali otrzymywać ułaskawienia od Władimira Putina — zamiast tego otrzymują "warunkowe zwolnienie" i automatycznie przedłużane kontrakty z Ministerstwem Obrony, co uniemożliwia im opuszczenie strefy walki do czasu zakończenia wojny.

Sami skazani ostrzegają potencjalnych podróżnych do Ukrainy, że prawdopodobnie będzie to bilet w jedną stronę. "Jeśli teraz podpiszesz kontrakt, przygotuj się na śmierć, staruszku. Kiedyś to się jeszcze jakoś prześlizgiwało. Sześć miesięcy, można było się pohasać. Ale do końca wojny żadna ilość szczęścia nie wystarczy" — napisał na specjalistycznym czacie członek oddziału "Burza", którego żołnierze wysyłani są głównie do "mięsnych szturmów" na trudnych odcinkach frontu.

Według obliczeń projektu Gulagu.net, opartych na wewnętrznych danych Federalnej Służby Więziennej, do końca 2023 r. ponad 100 tys. więźniów zostało wysłanych z kolonii na front. Podobną liczbę — 120 tys. osób — podała dyrektor ruchu "Siedząca Rosja" Olga Romanowa.

onet.pl


"Eksperci twierdzą, że jeśli Trump zostanie wybrany ponownie, odetnie pomoc dla Ukrainy, odda jej terytoria Rosji i dogada się bezpośrednio z Władimirem Putinem, by wymusić na Ukrainie haniebny »pokój«" – podkreślił Pompeo.

Były szef amerykańskiej dyplomacji uważa, że "nie ma dowodów na to, że taka kapitulacja będzie elementem polityki Trumpa". Przypomniał, że w 2017 r. Trump zniósł embargo na broń śmiercionośną dla Ukrainy i rozpoczął dostawy do tego kraju pocisków przeciwpancernych Javelin.

Jednym z argumentów Pompeo, opisującego "plan Trumpa", jest to, że wsparcie militarne dla Kijowa pomogłoby ożywić amerykański przemysł zbrojeniowy. Jednocześnie były sekretarz stanu zarzucił obecnej administracji słabość i brak zdecydowania, które przedłużają wojnę oraz zwiększają straty i cierpienia Ukrainy. (...)

Wśród punktów planu pokojowego Pompeo wymienił "uwolnienie potencjału energetycznego USA", by poprawić wskaźniki gospodarcze, obniżyć ceny surowców i zmniejszyć "budżet Putina na zbrodnie wojenne".

Kolejny element to "odbudowanie więzi z Arabią Saudyjską i Izraelem, a także wspólne działania przeciwko Iranowi", co pozwoli ustabilizować Bliski Wschód i wypychać Rosję z globalnych rynków energii. W tym celu, według Pompeo, potrzebne są "realne sankcje wobec Rosji", ponieważ te wprowadzone przez administrację Bidena "wyglądają dobrze na papierze", ale pozostają nieszczelne.

NATO powinno zostać "ożywione", a to oznacza, że europejscy członkowie Sojuszu powinni więcej inwestować w tę organizację. W tym celu te państwa powinny podwyższyć poziom wydatków na obronność do 3 proc. PKB — przekonywał Pompeo.

Według byłego sekretarza stanu należy też "stworzyć program lend-lease dla Ukrainy o wartości 500 mld dol." i zamiast obciążać kosztami podatników, pozwolić Ukrainie pożyczać tak wiele, jak dużo potrzebuje do pokonania Rosji. — W ten sposób pomagaliśmy Wielkiej Brytanii podczas II wojny światowej, przed japońskim atakiem na Pearl Harbour. Tak możemy również wysłać jasny sygnał Władimirowi Putinowi, że nigdy nie wygra – uważa Pompeo.

Autor artykułu dla "WSJ" ocenił także, że trzeba znieść wszelkie ograniczenia na rodzaje broni, które może otrzymywać i wykorzystywać ukraińska armia, ponieważ pokaże to Putinowi, że wojna musi się skończyć.

PAP


Przez dwa i pół roku w tej wojnie było wiele zwrotów: Rosja nacierała, potem Ukraina wyzwoliła terytoria, odbiła Chersoń, przeszła do ofensywy, potem Rosja zaczęła nacierać. Dlaczego żadna ze stron nie może osiągnąć trwałej przewagi?

Właśnie dlatego, że ani Rosja, ani Ukraina nie były gotowe na przeciągającą się wojnę.

Czy pamiętasz, jak zaskoczony był świat, gdy na samym początku wojny stało się jasne, jak słabo wyposażona i nieudolna jest armia rosyjska? W Rosji ci, którzy mieli wiedzą o tym, jak żyją wojskowi i jak traktują ich przełożeni, byli zaskoczeni, że w ogóle oni walczą.

Tak, widzimy, jak rosyjscy dowódcy wojskowi traktują żołnierzy, jak bardzo pozbawieni są oni wszelkich praw. Nie powiedziałbym jednak, że rosyjscy żołnierze walczą źle. Rosji udało się stworzyć dobrą armię.

Powód ich nieudolnej walki na samym początku można wyjaśnić w inny sposób: reformy Anatolija Sierdiukowa (były minister obrony Rosji — red.) miały na celu przygotować armię do prowadzenia zupełnie innej wojny. Główne siły miały za zadanie powstrzymać wielkie mocarstwa za pomocą broni nuklearnej, podczas gdy reszta armii i sił powietrznych została przygotowana do tłumienia małych buntów w byłym Związku Radzieckim. Ukraina znajduje się niejako "pomiędzy" tymi "kategoriami": jest zbyt duża, by poradzić sobie z nią z pomocą rosyjskiej armii bez broni nuklearnej. To jest pierwszy i główny powód.

Po drugie — Rosja źle rozpoczęła wojnę. Putin myślał, że łatwo odniesie sukces. Najwyraźniej, gdyby lepiej znał sytuację, zacząłby agresję w inny sposób, na przykład z potężniejszymi siłami. Ale z drugiej strony — gdyby znał całą sytuację, prawdopodobnie w ogóle nie zaatakowałby Ukrainy.

Po ponad dwóch latach wojny doszło do patowej sytuacji — strony nie mogą się nawzajem pokonać, ale nie są też gotowe do negocjacji i ustępstw. Jak to rozwiązać?

To nie jest tylko pat, to wojna na wyniszczenie. A w takich konfliktach zdarza się, że jedna ze stron w końcu się wyczerpie. Jeśli Donald Trump zostanie wybrany na prezydenta USA i wstrzyma pomoc dla Ukrainy, to ona prędzej może wyczerpać się wojną. Wtedy wojska rosyjskie będą mogły zająć cały Donbas, a może nawet więcej terytorium.

Ale jeśli Zachód nie wstrzyma pomocy dla Ukrainy, to Rosja może stracić swoje rezerwy, zarówno ludzkie, jak i materialne. Pierwsze oznaki tego wyczerpania już widać.

(...)

Z jednej strony Rosji coraz trudniej jest rekrutować ludzi i produkować broń. Z drugiej strony jej gospodarka okazała się silniejsza, niż wszyscy myśleli, przybywa jej też sojuszników — by wspomnieć o Korei Północnej, Iranie czy Chinach. Jak oceniasz potencjał militarny i możliwości dzisiejszej Rosji?

Jeśli nic się nie zmieni i jeśli Ukraina nadal będzie otrzymywać pomoc z Zachodu, Rosja w końcu napotka poważne trudności, przede wszystkim pod względem produkcyjnym, a następnie finansowym. Już teraz zmaga się z problemami gospodarczymi, władze coraz bardziej podnoszą podatki. Moi koledzy analitycy obliczyli, że jest mało prawdopodobne, by przed 2030 r. doszło w Rosji do załamania gospodarczego. Nie sądzą z resztą, by było to w ogóle możliwe. Niemniej do 2030 r. Rosja finansowo może kontynuować wojnę. Po tym roku będzie jej znacznie trudniej.

(...)

Widać jednak, że ono już spada, ludzie są zmęczeni wojną.

Ja tego nie czuję. Problem polega na tym, że produkcja broni na Zachodzie od dłuższego czasu spada, a teraz musi wzrosnąć. Nasz przemysł obronny musi się rozwijać. My w Norwegii już mamy takie plany i nasz kompleks obronny się rozwija, choć w dość wolnym tempie.

Chyba nie tylko w Norwegii. Dlaczego tak jest?

Być może z powodu demokracji. Instytucje demokratyczne działają powoli. To jedna z przewag Rosji i innych autorytarnych reżimów — podejmują radykalne decyzje znacznie szybciej. Po II wojnie światowej bardzo długo żyliśmy bez groźby wojny, przyzwyczailiśmy się do demokratycznych zasad podejmowania decyzji, a one niestety są powolne. Oczywiście są lepsze niż autorytarne, ale wolniejsze.

Powiedziałeś, że Rosja będzie miała wystarczające zasoby do prowadzenia wojny do 2030 r. Czy data ta uwzględnia fakt zwiększenia produkcji broni przez Zachód?

Nie. Nie spodziewamy się, że Rosja upadnie, ale na początku lat 30. prawdopodobnie będzie musiała spłacić pożyczki, które zaciąga teraz, i wtedy stanie się to dla niej trudniejsze.

A jeśli Zachód przyspieszy produkcję broni? Jeśli Ukraina szybciej się uzbroi? Jak wpłynie to na możliwości Rosji?

Będzie jej coraz trudniej, rosyjska machina wojenna szybciej będzie się wyczerpywać.

(...)

Która z broni, które Ukraina otrzymuje teraz lub otrzyma w najbliższej przyszłości, jest w stanie najbardziej zmienić przebieg wojny?

Uzbrojenie dla myśliwców F-16. Istnieje pogląd, że jeśli Ukraina otrzyma od Zachodu silniejszy sprzęt do walki elektronicznej, będzie w stanie dokonać przełomu. Ale na razie to tylko pomysł, nie widzę żadnych konkretów.

Głównym powodem, dla którego ukraińska ofensywa zakończyła się niepowodzeniem i dlaczego rosyjska ofensywa kończy się niepowodzeniem, jest to, że Ukraińcy "widzą" wszystko, co robi Rosja i odwrotnie. Strony "widzą" się nawzajem.

W takiej sytuacji czynnik zaskoczenia jest praktycznie niemożliwy, podobnie jak potajemne koncentracja wojsk. Wydaje mi się, że to jest główny powód patowej sytuacji. Żadna ze stron nie może działać dyskretnie.

Ukrainie pomagają kraje NATO, które mają znacznie większe możliwości wywiadowcze niż Rosja. Dlaczego to nie wystarcza?

Kraje NATO od trzydziestu lat walczą wyłącznie z "rebeliantami", co w znacznym stopniu wpłynęło na ich uzbrojenie, taktykę i doświadczenie wojskowe. Trudno jest się przestawić. Obecnie jednak armie próbują to robić, przestawiają się na "stary" rodzaj wojny — państwa przeciwko państwu. Kiedy to się uda, łatwiej będzie pomóc Ukrainie.

Niektórzy uważają, że NATO boi się dostarczyć Ukrainie dodatkową broń, ponieważ może to być niebezpieczne dla samego sojuszu — Rosja pozna jego technologie wojskowe.

Takie niebezpieczeństwo istnieje od początku — wszystko, co dostarczamy Ukrainie, może przejąć armia rosyjska na polu bitwy. Tę granicę przekroczyliśmy jednak już dawno. Powolność w udzielaniu pomocy Ukrainie wynika częściowo z tych obaw, a częściowo jest wynikiem zachodniej biurokracji. Gdybyśmy pomogli Ukrainie od razu, ryzyko eskalacji byłoby znacznie wyższe. Udzielając pomocy stopniowo, unikamy radykalnych kroków, które mogłyby doprowadzić do niechcianej eskalacji między Rosją a Zachodem.

onet.pl/Nowa Gazieta


PAŹDZIERNIK — LISTOPAD 2021

JAKE SULLIVAN: Przygotowania doprowadziły do tego, że w październiku zrobiliśmy dwie rzeczy — po pierwsze, prezydent wysłał [dyrektora CIA] Billa Burnsa do Moskwy, aby bezpośrednio zaangażował Rosjan, a po drugie, prezydent uczynił ten temat głównym tematem rozmów z kluczowymi sojusznikami na szczycie G20 w Rzymie.

DALEEP SINGH: To było trudne, ponieważ Rosja była częścią G20. Putin się nie pojawił. Pojawił się natomiast [rosyjski minister spraw zagranicznych] Siergiej Ławrow. Na sesji ogólnej pamiętam bardzo wyraźnie, że siedziałem za prezydentem Bidenem, a on zastanawiał się nad tym historycznym momentem. "Jesteśmy w tym punkcie zwrotnym, historia oceni, czy demokracje potrafiły się zjednoczyć i bronić podstawowych zasad, które stanowią podstawę pokoju i bezpieczeństwa". Kiedy to mówił, patrzył prosto na Ławrowa i powiedział, że obrona wolności nie jest bezkosztowa.

ANTONY BLINKEN: Na marginesie G20, we Włoszech, odbyło się spotkanie, na które prezydent Biden zaprosił przywódców Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Podzieliliśmy się z tymi przywódcami szczegółowymi informacjami, jakie posiadamy na temat planów Rosji. To był być może najbardziej znaczący moment wczesnej pobudki.

JAKE SULLIVAN: Wracając z Rzymu, zdałem sobie sprawę, że to kwestia tygodni, a nie miesięcy, czy lat. Musieliśmy się zorganizować jako rząd. Wprowadziłem codzienne spotkania tutaj, w NSC [Radzie Bezpieczeństwa Narodowego], ze znaczną liczbą ludzi z NSC, którzy zajmowali się wszystkim, od wojska, przez sankcje, dyplomację, po wywiad, abyśmy mogli zorganizować odpowiedź całego rządu i całego sojuszu na to, co robi Rosja.

ERIC GREEN: Biuro [Jake'a Sullivana] nie jest ogromne, ale ma stół z ośmioma lub dziesięcioma krzesłami, potem kilka foteli i kanapę. Spotkania odbywają się w gronie od pół tuzina do 15 osób, w zależności od tematu, i są bardzo nieformalne.

JAKE SULLIVAN: Byłem zdeterminowany, by nie żałować, gdyby doszło do najgorszego — byłem zdeterminowany, by upewnić się, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy wymyślić, aby najpierw spróbować temu zapobiec, a jeśli nie uda się tego zrobić, postawić siebie, świat zachodni i Ukrainę w jak najlepszej pozycji, aby sobie z tym poradzić, a Rosję w jak najgorszej pozycji, aby odnieść sukces. To była moja motywacja każdego dnia przez listopad, grudzień, styczeń i luty. To była nasza Gwiazda Północna.

BILL BURNS: Podróż, o którą poprosił mnie prezydent do Moskwy na początku listopada, miała na celu przedstawienie w sposób niezwykle szczegółowy, dlaczego obawiamy się, że Putin przygotowuje się do nowej, dużej inwazji, a następnie bardzo jasne określenie konsekwencji, jakie mogłyby nastąpić, gdyby Putin zdecydował się zrealizować ten plan. Wybierając się w tę podróż, miałem złe przeczucia co do tego, co się wydarzy. Rozmowy, które tam odbyłem, jeszcze to wzmocniły.

MICHAEL CARPENTER, ambasador USA przy Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), Wiedeń: Kiedy spędza się całą swoją dorosłą karierę, zajmując się Rosją, istnieje różnica między wiarygodnością czegoś a szokującym charakterem czegoś, co jest tak epickie w swoich proporcjach, że wie się, iż będzie to kształtować karierę i politykę światową przez wiele lat.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem informacje o zbliżającym się ataku Rosji, wydawały się one prawdopodobne, ale były również głęboko, głęboko szokujące — wiedziałem, że to będzie zmiana historii. Na tym polegał horror tego wszystkiego. Każda wojna Rosji z Ukrainą na dużą skalę będzie tragedią ludzką i humanitarną.

BILL BURNS: [Będąc w Moskwie] rozmawiałem z [Putinem] przez bezpieczny telefon. To była dziwna rozmowa. Był w Soczi. Był to szczyt kolejnej fali covid, w samej Moskwie obowiązywała godzina policyjna, więc się izolował.

Rozmowa była dość prosta. Przedstawiłam mu to, o co prosił mnie prezydent. Jego odpowiedź była w dużej mierze tym, co już wcześniej od niego słyszałem o jego przekonaniach dotyczących Ukrainy, a pod wieloma względami o jego zarozumiałości co do zdolności Rosji do egzekwowania swojej woli w Ukrainie. Jego doradcy również byli dość konsekwentni. Nie wszyscy byli zaznajomieni z jego własnym procesem decyzyjnym, więc przynajmniej jeden lub dwóch z nich było nieco zaskoczonych tym, co im przedstawiłem, ponieważ krąg jego rzeczywistych doradców stał się tak mały.

ERIC GREEN: Rosyjscy rozmówcy nie wydawali się w pełni zorientowani w tym, co się wydarzy.

BILL BURNS: Odniosłem bardzo silne wrażenie, że Putin już prawie podjął decyzję o przystąpieniu do wojny.

JOHN KIRBY, asystent sekretarza obrony ds. publicznych, Pentagon: Ta podróż w znacznym stopniu przekonała nas, że on naprawdę serio myśli o wielkiej inwazji.

EMILY HORNE: Nie jestem kremlinologiem, ale jedna rzecz, która mnie uderzyła w tym procesie — a na pewno uderzyła mnie jesienią 2021 r. — to fakt, że wiele razy Putin i Rosja mówili bardzo wyraźnie, jakie są ich intencje i co chcą zrobić. Zachodowi często trudno było to zrozumieć i usłyszeć. W tym manifeście z lata 2021 r. bardzo jasno przedstawił argumenty za tym, co się ostatecznie wydarzyło.

SEN. LINDSEY GRAHAM (republikański senator z Karoliny Płd.): Dla mnie najważniejsze było to, że po tym, jak w zasadzie oddaliśmy mu Krym po inwazji w 2014 r., Putinowi pozwolono okupować te tereny. Jego cel był zawsze ten sam. Retoryka Putina była bardzo eskalacyjna, stwarzała warunki do obalenia rządu w Kijowie, ponieważ byli tam naziści, podawała argument, że broni Matki Rosji przed marionetkowym agresorem z NATO. Cała ta retoryka skierowana była do krajowej publiczności, by uzasadnić inwazję. Inwazja na Krym utwierdziła go w przekonaniu, że nic nie zrobimy.

DAMA KAREN PIERCE: Powiedział tak wiele, że nie wydawało się możliwe, by mógł się wycofać, co było niezwykłe, ponieważ zazwyczaj Putin pozostawia sobie pole manewru.

AVRIL HAINES: Były rzeczy, które sprawiły, że ta sprawa stała się o wiele bardziej przekonująca — podjęte decyzje budżetowe, inne formy wywiadu, kampania informacyjna, którą prowadzono. Dopiero gdy się to wszystko połączyło, obraz złożył się w całość. Drugim elementem było: "OK, nadal nie rozumiem, dlaczego podjął taką decyzję?".

BILL BURNS: Moje własne wrażenie, oparte na kontaktach z nim przez lata, było takie, że wiele z tego miało związek z jego własną fiksacją na punkcie kontroli nad Ukrainą. Przekonywał sam siebie, że strategicznie zamyka się okno na jego możliwość kontrolowania Ukrainy.

AVRIL HAINES: Widział, że Ukraina nieubłaganie zmierza w kierunku Zachodu i NATO, a oddala się od Rosji.

BILL BURNS: Był przekonany, że bez kontroli nad Ukrainą i jej wyborami, Rosja nie może być wielkim mocarstwem i mieć tej strefy wpływów, którą uważa za niezbędną. I bez tego nie może być wielkim rosyjskim przywódcą.

AVRIL HAINES: Widział, że ukraińska armia staje się znacznie silniejsza.

BILL BURNS: Taktycznie Putin postrzegał zimę 2021 i 2022 r. jako sprzyjający krajobraz — tak powiedział, gdy z nim rozmawiałem.

AVRIL HAINES: Widział, że Angela Merkel odchodzi z polityki, a Emmanuel Macron jest zdekoncentrowany przez wybory.

BILL BURNS: Uważał, że Europejczycy są rozbici.

AVRIL HAINES: Zdawał sobie sprawę, że podczas tej mroźnej zimy ceny energii będą wysokie, co utrudni Europie zjednoczenie się. Czy koalicja będzie w stanie wprowadzić takie sankcje, które wzbudziłyby jego niepokój?

BILL BURNS: Był również dość sceptyczny co do naszej reakcji.

AVRIL HAINES: Widział wszystkie te rzeczy.

BILL BURNS: Mylił się co do wszystkich tych założeń — głęboko się mylił.

AVRIL HAINES: A jeśli patrzyło się na to przez pryzmat kogoś, kto postrzegał oddalanie się Ukrainy od Rosji jako coś, co trzeba za wszelką cenę powstrzymać, można było zacząć dostrzegać, że z czasem nie będzie to łatwe.

BILL BURNS: W drodze powrotnej zadzwoniłem do prezydenta [Wołodymyra] Żeleńskiego na jego prośbę, by opisać tę rozmowę. Słuchał bardzo uważnie. Myślę, że był dość otrzeźwiony moją opowieścią.

TOM SULLIVAN, zastępca szefa sztabu, Departament Stanu USA: Byliśmy na COP w Glasgow [2 listopada 2021 r.] i spotkaliśmy się z prezydentem Zełenskim. Sekretarz stanu musiał go poinformować o naszych danych wywiadowczych, że mamy silne przesłanki, iż Rosja przygotowuje się do inwazji na Ukrainę na dużą skalę.

ANTONI BLINKEN: Przyjął te informacje ze stoickim spokojem.

TOM SULLIVAN: Byli wyraźnie zaskoczeni tym, jak szczera była nasza ocena.

ANTONY BLINKEN: To był dla mnie jeden z najmocniejszych momentów.

LAURA COOPER: Już w listopadzie przygotowywaliśmy się w znacznym stopniu do tego, by bardzo dokładnie monitorować sytuację, rozumieć informacje wywiadowcze, przygotować się do wsparcia Ukrainy i wzmocnienia naszych sojuszników. Sekretarz [obrony Lloyd] Austin wprowadził nas w energiczny rytm bojowy — każdego ranka przekazywaliśmy aktualizacje, na początku do godz. 7:30, a potem do 6:30.

AMB. MICHAEL CARPENTER: Przyjechałem do Wiednia pod koniec listopada 2021 r. i większość moich kolegów mówiła o, w cudzysłowie, "wynikach prac ministerialnych" w OBWE. Pamiętam, że byłem zdumiony, że o tym właśnie mówi większość ludzi w organizacji, ponieważ ja chciałem rozmawiać tylko o ryzyku wybuchu wojny w Europie. To wszystko wydawało się surrealistyczne — nie to, że zmiany klimatyczne nie są dla nas wszystkich bardzo ważne, ale wydawało się, że jesteśmy przecież na skraju tej ogromnej katastrofy geopolitycznej. Nie było dużo ludzi przekonanych o powadze sytuacji.

JAKE SULLIVAN: Pracowałem w Białym Domu, gdy pojawił się Krym i "zielone ludziki". Mieliśmy tę korzyść, że mogliśmy się uczyć z tego doświadczenia — uczyć się z doświadczenia początkowej inwazji na Donbas w 2014 r., studiować rosyjski podręcznik, sięgający aż do wojny z Gruzją. Mamy korzyści z wczesnego ostrzegania przez wywiad, aby upewnić się, że nie zostaniemy złapani na faktach dokonanych i zepchniemy Rosję w przestrzeni informacyjnej na gorsze uczycie.

VICTORIA NULAND, podsekretarz ds. politycznych, Departament Stanu: Ponieważ widziałam, jak w 2014 r.nie zdołaliśmy zapobiec wyborom Putina, byłam pewnie bardziej niż inni przygotowana na to, że tym razem zrobi to ponownie.

AVRIL HAINES: W miarę jak pomagaliśmy politykom zrozumieć, co się dzieje, szef mówił: "OK, Tony, Jake, wy musicie wyjść na zewnątrz i zacząć rozmawiać z naszymi partnerami i sojusznikami. Musimy zobaczyć, czy jest jakaś możliwość, abyśmy mogli kształtować to, co może się wydarzyć".

GEN. MARK MILLEY: Przez całą jesień mamy serię spotkań informacyjnych z naszymi sojusznikami z NATO. DNI Haines, dyrektor Burns i ja sami rozmawiamy z naszymi partnerami, aby móc stworzyć ten kontekst.

AVRIL HAINES: Pamiętam, że przed zaangażowaniem NATO w listopadzie 2021 r. nasi ludzie wracali i mówili: "Są naprawdę sceptyczni", na przykład: "Oni nie sądzą, że Putin dokona inwazji". Prezydent mówił nam: "OK, musimy zacząć dzielić się informacjami wywiadowczymi i musicie pomóc [sojusznikom z NATO] dostrzec, że jest to prawdopodobna możliwość, ponieważ to właśnie pozwoli nam rozpocząć planowanie".

VICTORIA NULAND: Wszyscy na początku byli stosunkowo sceptyczni z wyjątkiem Kanadyjczyków i Brytyjczyków, którzy widzieli te same dane wywiadowcze, które my widzieliśmy, ponieważ są członkami sojuszu Five Eyes.

GEN. SCOTT BERRIER: Five Eyes to najstarsza sieć współpracy wywiadowczej, jaką mamy, mamy bardzo bliskich partnerów z Kanadą, Australią, Wielką Brytanią i Nową Zelandią. Chcieliśmy również dotrzeć do innych tradycyjnych partnerów — Francji, Niemiec, innych członków NATO. Część z tego polegała na przekonaniu ich o posiadanych przez nas danych wywiadowczych i o tym, co myślimy. W innych przypadkach chodziło raczej o współpracę w zakresie posiadanych przez nich informacji wywiadowczych i tego, co sami widzą.

LIZ TRUSS: Dysponowaliśmy bardzo poważnymi, dobrymi danymi wywiadowczymi, ale — z różnych powodów — niekoniecznie mieliśmy wspólny pogląd na to, co się stanie. Nasi sojusznicy mieli inny pogląd.

DAMA KAREN PIERCE: Wiedzieliśmy, że Francuzi i Niemcy mają takie same informacje jak my. Zastanawiał nas ich upór, że Putin nie dokona inwazji. Kiedy zapytałam Niemców, powiedzieli, że chcą zachować otwarty umysł. Scholz to powiedział — oni po prostu się mylili. Mieli nadzieję na najlepsze.

JOHN SULLIVAN, ambasador USA w Rosji, Moskwa: Ludziom trudno było uwierzyć, że w Europie dojdzie do wielkiej wojny lądowej. "Tak, może będzie tak jak w latach 2014-2015 — pojawią się jakieś małe zielone ludziki, a tu będzie małe wtargnięcie itd." Mówiłem: "Nie. To, co oni organizują, to nie jest to, co się działo w latach 2014-2015. To jest operacja wojskowa w stylu II wojny światowej lub inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 r.". Trudno im było to objąć rozumem.

LIZ TRUSS: Chyba nikt z nas nie chciał uwierzyć.

JAKE SULLIVAN: Ja byłem bardzo wyrozumiały, ponieważ inwazja na taką skalę nie pasowała do charakteru Putina, który specjalizował się w bardziej hybrydowych, ograniczonych operacjach wojskowych. To było coś o poważnych konsekwencjach dla bezpieczeństwa Europy i było trudne do natychmiastowego ogarnięcia.

JON FINER: Było to pod wieloma względami bardzo nielogiczne i nieracjonalne posunięcie [Putina] ze względu na wszystkie konsekwencje, które od tamtej pory się ujawniły, oraz na ogromne koszty, jakie ponieśli za, szczerze mówiąc, bardzo niewielki zysk militarny.

AMB. MICHAEL CARPENTER: Czy on naprawdę myślał, że może zająć całą Ukrainę? Jeszcze dziś wydaje się to niewiarygodne, że mógł myśleć, iż uda mu się zająć 44-milionowy kraj, z którym był w stanie wojny od wielu, wielu lat i który nie pałał miłością do Rosji. Ostrzegaliśmy Rosję zarówno publicznie, jak i prywatnie, że jeśli zaatakuje Ukrainę, będzie to ogromny błąd strategiczny, używając właśnie tych słów.

WICEADM. FRANK WHITWORTH: Gdziekolwiek pojechaliśmy, miałem książkę, w której była Wielka Zielona Mapa.

AMANDA SLOAT, dyrektor ds. Europy, Rada Bezpieczeństwa Narodowego, Biały Dom: Ta mapa zyskała status mityczny.

WICEADM. FRANK WHITWORTH: Nigdzie się bez niej nie ruszam; przewodniczący nigdzie by się bez niej nie ruszył. Mapa — mimo że jest dwuwymiarowa — staje się doskonałym źródłem informacji wywiadowczych, rekwizytem, który jest potrzebny analitycznie, by opowiedzieć historię.

JOHN KIRBY: Była to klasyczna wojskowa mapa topograficzna — pokazywała ogólny sens topografii Ukrainy, szczególnie tych obszarów, gdzie wiedzieliśmy, że będą prowadzone operacje, i dawała nam codziennie roboczą wiedzę o tym, gdzie są pozycje wojsk, gdzie znajdują się główne jednostki, jakie to są jednostki, gdzie i jak się poruszają. Była rutynowo aktualizowana, by odzwierciedlić pozycje na polu walki.

AMANDA SLOAT: Mapa była na ogół przynoszona na posiedzenia NSC, rozkładana na stole, a następnie zabierana. W Gabinecie Owalnym używano jej na spotkaniach z prezydentem. Nigdy nie miałam okazji przyjrzeć się jej z bliska, ponieważ była wnoszona i wynoszona, ale to świadczy o tym, jak bardzo ludzie chcieli zrozumieć szczegóły, jak to wszystko się rozegra.

COLIN KAHL, zastępca sekretarza obrony USA, Pentagon: Jesienią toczyły się dyskusje na temat tego, jak duże wsparcie jest potrzebne, ponieważ nie chcieliśmy niechcący przyspieszyć rosyjskiego zegara, zachęcić Putina lub dać mu pretekst do podjęcia decyzji, której nie podjął. Zbytnie wybieganie do przodu mogłoby stworzyć dynamikę albo w ramach sojuszu, albo podczas prób budowania opinii światowej przeciwko Rosjanom, co sprawiłoby, że wyglądalibyśmy na prowokatorów.

AMANDA SLOAT: Doszło do tego, że musieliśmy powiedzieć Europejczykom: "Dobrze, możemy się zgodzić na to, że analitycznie się nie zgadzamy, ale zacznijmy planować tak, jakbyśmy to my mieli rację. Jeśli mamy rację, to jesteśmy w dobrym miejscu, ponieważ mamy wszystkie gotowe plany. Jeżeli wy macie rację, to jest to najlepszy możliwy wynik, ponieważ wtedy nie będzie inwazji — w najlepszym razie będzie to więc tylko strata czasu".

JON FINER: W końcu przekonaliśmy ludzi, bombardując ich informacjami, których nie można było zignorować.

(...)

LISTOPAD — GRUDZIEŃ 2021 R.

JAKE SULLIVAN: W listopadzie Jon Finer i ja rozmawialiśmy o scenie z filmu "Austin Powers". Po drugiej stronie pokoju stoi walec parowy, a w nim facet, który trzyma rękę w górze i krzyczy: "Nie!". Potem robią zbliżenie, a walec porusza się niewiarygodnie wolno i jest naprawdę daleko. Facet po prostu stoi tam, zamrożony, krzycząc, gdy przejeżdża przez pokój.

Powiedziałem, że jestem zdecydowany nie być tym facetem, który tylko czeka, aż walec przetoczy się po Ukrainie. Zamierzamy działać. Na Krymie stworzono fakty dokonane, zanim świat w pełni się obudził. Chcieliśmy się upewnić, że tym razem świat nie śpi.

EMILY HORNE: Patrząc wstecz, środowisko informacyjne od 2014 r. zmieniło się diametralnie. Po pierwsze, istnieje mnóstwo komercyjnych zdjęć satelitarnych, źródeł białego wywiadu, i każdy, kto ma dostęp do tych zdjęć, mógł na własne oczy zobaczyć, co Rosja robi na granicach Ukrainy.

Po drugie, nastąpiła eksplozja dziennikarstwa obywatelskiego, polegająca na wykorzystaniu mediów społecznościowych do pokazywania w czasie rzeczywistym tego, co ludzie widzą, i to zarówno ze źródeł rosyjskich, jak i ukraińskich. Tak było na Twitterze, tak było na TikToku. Ludzie mogli sami zobaczyć, co robią te oddziały, a w niektórych przypadkach, gdzie się znajdują.

Po trzecie, społeczeństwo ma zupełnie inne rozumienie dezinformacji i dezinformacji — te terminy są w słownikach ludzi w taki sposób, w jaki nie były w 2014 r.

JON FINER: Istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, że Rosja użyje dezinformacji — co jest wymyślnym słowem na kłamstwo — by stworzyć jakiś pretekst do inwazji. Podając informacje z dużym wyprzedzeniem w stosunku do nieuniknionych prób stworzenia takiego uzasadnienia, sądziliśmy, że będziemy w stanie zdyskredytować wszelkie próby Rosji przedstawienia tego jako wojny sprawiedliwej.

WICEADM. FRANK WHITWORTH: Zdarzało się, że fałszywe preteksty były wypowiadane przez nieodpowiedzialnych ludzi. Wszyscy nauczyliśmy się, że trzeba to ujawniać.

GEN. PAUL NAKASONE: Od 2018 r. jestem zaangażowany w walkę z rosyjską dezinformacją, niezależnie od tego, czy dotyczyła ona wyborów, czy innych scenariuszy.

EMILY HORNE: Wielu decydentów, którzy byli i nadal są w administracji, żywo pamięta, jak w 2014 r. oglądali te strumienie informacji, a następnie widzieli, jak to, co zostało przepowiedziane, stało się rzeczywistością. Było takie uczucie: "Wiedzieliśmy, że to nadchodzi, ale nie mogliśmy tego powiedzieć, ponieważ było to tajne". Ludzie pamiętają tę frustrację i czują, że nie możemy pozwolić, by to się stało po raz drugi. Wszystkie warunki były idealne do tego, abyśmy spróbowali czegoś nowego i odważnego, ale ryzykownego.

JAKE SULLIVAN: Zwołaliśmy zebranie naszego zespołu, by omówić strategię obniżenia [odtajnienia], a następnie nawiązałem bezpośredni kontakt z najwyższymi rangą osobami we wspólnocie wywiadów na temat tego, jak możemy to zrobić.

BILL BURNS: Prezydent stosunkowo wcześnie podjął decyzję o odtajnieniu niektórych informacji wywiadowczych, co zawsze jest skomplikowanym wyborem. Wraz z moimi kolegami ze środowiska wywiadowczego, jestem przekonany, że był to właściwy wybór. Widziałem zbyt wiele przypadków, w których Putin tworzył fałszywe narracje, których nigdy nie udało nam się publicznie wyjaśnić.

AVRIL HAINES: Pamiętam dość wyraźnie, kiedy [prezydent] polecił mi to zrobić. Mam takie poczucie: "OK, musimy wymyślić, jak to zrobić w taki sposób, by chronić źródła i metody". Stało się to prawdziwym sportem zespołowym. Jak zrobić to w sposób, który pozwoli nam chronić to, co jest nam najdroższe?

JAKE SULLIVAN: Wysyłaliśmy do [wspólnoty wywiadowczej] w formie tajnej rzeczy, które chcieliśmy móc powiedzieć, a oni mówili nam, co można odtajnić, a czego nie. My zaś braliśmy to, co odtajniali, i wypuszczaliśmy na zewnątrz. To zaczęło się na początku grudnia i stało się główną cechą naszego podejścia do początku inwazji i do dziś.

BILL BURNS: Dość systematycznie dzieliliśmy się informacjami wywiadowczymi z Ukraińcami, by pomóc im przygotować się do obrony.

AVRIL HAINES: W rozmowach z szefami służb wywiadowczych państw NATO pojawiał się spory sceptycyzm. Ludzie pytali: "Naprawdę? Czy nie wyolbrzymia pan zagrożenia?".

EMILY HORNE: To było wyjątkowo nietypowe posunięcie, aby dyrektorka Wspólnoty Wywiadów (DNI) osobiście informowała NAC [Radę Północnoatlantycką NATO, najwyższe ciało decyzyjne sojuszu]. Musiała obniżyć rangę sporej ilości informacji wywiadowczych, które, mimo że nadal były objęte klauzulą tajności, mogły być udostępnione 30 partnerom w NAC.

Udało nam się podzielić wieloma informacjami. Dla wielu z nich była to bardzo przekonująca prezentacja. Widząc ten wpływ, myślę, że skłoniło nas to do zastanowienia się: "A co, jeśli można to jeszcze bardziej odtajnić, aby można było się tym podzielić publicznie? I jak możemy wykorzystać naszą wiedzę o tym, jak zmieniło się środowisko informacyjne i zastosować wnioski z 2014 r. i z wiosny 2021 r., by uniemożliwić Rosji przejęcie tej narracji i wykorzystanie jej na swoją korzyść?".

AVRIL HAINES: Nie można dzielić się wszystkim — jest się w sytuacji, w której część tego, co się mówi, to "Zaufaj mi, kiedy mówię, że...". Dlatego musieliśmy być tak ostrożni i dokładni, jak to tylko możliwe. Kiedy pojawiały się rzeczy, które nie miały dla nas sensu — a było ich kilka — zaczynaliśmy się upewniać, że przedstawiamy je również. Oto scenariusz alternatywny, oto jak o tym myślimy. Oto dlaczego nadal uważamy, że to wszystko składa się na coś, co budzi niepokój.

GEN. MARK MILLEY: Przeprowadziliśmy kilka różnych briefingów dla posłów na Kapitolu, a następnie [DNI Haines] i inni spotkali się również z mediami, z odpowiednim upoważnieniem, by ujawnić informacje o rosyjskich przygotowaniach i potencjale rosyjskiej inwazji w przestrzeni medialnej.

EMILY HORNE: Pierwszym przypadkiem, w którym zastosowaliśmy to w praktyce [w stosunku do prasy], było udostępnienie dziennikowi "Washington Post" mapy i pakietu artykułów, które opublikowali 3 grudnia 2021 r.

AMB. JOHN SULLIVAN: Uzyskanie odtajnienia informacji przez wspólnotę wywiadowczą jest [zazwyczaj] jak wyrywanie zębów. Bardzo starannie pilnują oni swoich źródeł i metod, i słusznie obawiają się, że ujawnienie informacji może pogorszyć ich zdolność do zbierania informacji w przyszłości.

GEN. PAUL NAKASONE: Ludzie zawsze pytają: "Hej, czy kiedykolwiek myślał pan, że ujawni Amerykanom swoje najbardziej wrażliwe dane wywiadowcze?". Pomyślałem sobie: "Mała zmiana". Ale tak naprawdę myślę: "Jesteśmy wywiadem narodu, a nie jakieś agencji czy instytucji. Jeżeli jest to korzystne dla naszego bezpieczeństwa narodowego, to dlaczego tego nie zrobić?".

JOHN KIRBY: Myślę, że jest to jedna z najcenniejszych lekcji, jakie wyciągnęliśmy z perspektywy komunikacyjnej — prawdziwa korzyść z obniżenia rangi danych wywiadowczych i upublicznienia ich. Można naprawdę wpłynąć na proces podejmowania decyzji przez potencjalnego przeciwnika. Pokonaliśmy kłamstwo Putina i wiemy, że dzięki temu weszliśmy w jego pętlę decyzyjną.

EMILY HORNE: Pamiętam, że [artykuł w "Washington Post"] ukazał się o godz. 19 w piątek czasu waszyngtońskiego, czyli o godz. 3 w sobotę czasu moskiewskiego, i przyznam się, że przez chwilę cieszyłam się z tego, że nikt w Moskwie nie będzie miał tej nocy dobrego snu. Jestem tylko człowiekiem. Ale pamiętam, jak w kółko odświeżałam przeglądarkę i myślałam: "Albo wszystko pójdzie zgodnie z planem, albo właśnie rozpoczęliśmy wojnę". To był jeden z najbardziej intensywnych momentów w mojej dotychczasowej karierze.

JAKE SULLIVAN: To był ważny ruch. To było nadanie wiarygodności Stanom, które miało istotne konsekwencje geopolityczne.

BILL BURNS: Myślę, że to miało znaczenie, nie tylko dla postawienia Putina na nogi, ale także dla wzmocnienia solidarności i poczucia celu wśród sojuszników z NATO.

onet.pl/Politico

niedziela, 28 lipca 2024



Nikołaj (imię zmienione na prośbę bohatera) jest zawodowym wojskowym. Pozostał mu niecały rok służby przed przejściem na emeryturę, kiedy Putin ogłosił początek "częściowej" mobilizacji. Wszystkie kontrakty automatycznie stały się bezterminowe.

Wiosną 2023 r. Nikołaj wraz z wieloma innymi oficerami został przeniesiony do jednej z dwóch nowych armii pancernych, które tworzyły się w Rosji. Próbował odmówić, pokłócił się z dowódcą jednostki i prawie został aresztowany przez żandarmerię wojskową. Zgodnie z prawem żołnierze mogą zostać przeniesieni na równorzędne stanowisko bez ich zgody, więc Nikołaj musiał się podporządkować i udać się do innego miejsca służby. Tam po raz pierwszy spotkał więźniów wcielonych do armii.

Niemal każdego dnia do jednostki przychodziło 20 ochotników z wyrokami. Z czasem ludzie skazani za morderstwa, gwałty na nieletnich i inne przestępstwa stali się większością w batalionie.

— Konsekwencje są całkowicie niekontrolowane. Po raz pierwszy zobaczyłem, że coś takiego jest możliwe w wojsku i byłem przerażony — mówi Nikołaj. Ochotnicy buntowali się, nie wykonywali rozkazów, nie wychodzili do formacji, pili o każdej porze dnia, bili się między sobą.

— Nigdy nie podniosłem ręki na innego wojskowego, nawet jeśli nie przestrzegał regulaminowych zasad. Są inne sposoby karania: wysłanie do jednostki, pisemna nagana, grzywna. To wszystko działa w przypadku zawodowych żołnierzy, ale człowiek z ulicy, który oprócz tego odsiedział wyrok za morderstwo, ma to gdzieś — mówi oficer w rozmowie z The Insider.

Inni zaczęli przywracać porządek. — Dowódca naszej jednostki przyprowadził do siebie cały pluton szturmowy złożony z Czeczenów i Rosjan — wspomina oficer. — Zrekrutował najbardziej wysportowanych i najlepiej wyszkolonych, niepijących i niepalących, z charakterem. Stworzył z nich "pluton karny". Mieli dowódcę, który otrzymywał rozkazy od pułkownika i rozdzielał je między swoich podwładnych.

Członkowie plutonu karnego nie tracili czasu na rozmowy. — Przychodzili do mojej kompanii bez pytania, zabierając byłych więźniów pod wpływem alkoholu. Jeśli nie byli bardzo pijani, tamci po prostu ich bili i przykuwali kajdankami do kaloryfera. Widziałem czterech pijaków skutych kajdankami i pobitych w zbrojowni. Niektórzy byli skuci przez dwa dni. Nie obchodziło ich, kim jesteś: dowódcą plutonu czy batalionu — nie wydadzą żołnierza i koniec — mówi Nikołaj.

Jeśli kara nie działała, członkowie plutonu wysyłali winnego do dołu. — Najdłuższy znany mi wyrok to trzy dni — dodaje. — Chłopaki wracali stamtąd z siniakami i śladami pobicia. Była jedna taka osoba z mojego plutonu, na pewno pięć osób z batalionu.

(...)

System wykorzystywania przez dowództwo oddziałów ochotniczych został zapożyczony z łagrów. Jeszcze kilka lat temu takie metody w wojsku byłyby uważane za coś, z czym należy się uporać. Kary pozasądowe były praktykowane tylko wśród kadyrowców lub na terytorium tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych, gdzie lokalna "milicja ludowa" działała zgodnie z kanonami zorganizowanych grup przestępczych i często rekrutowała przestępców w swoje szeregi. Jednak zawodowi wojskowi starali się trzymać porządku, do którego byli przyzwyczajeni.

Wszystko zmieniło się po masowej mobilizacji skazańców, którzy nie respektowali wojskowych regulaminów i nie byli przyzwyczajeni do dyscypliny.

W dzisiejszej armii "dobrowolni pomocnicy" otrzymują przywileje i ulgi. Główną nagrodą jest możliwość nieuczestniczenia w atakach na front, co znacznie zwiększa szanse na przeżycie. Nic więc dziwnego, że chętnych do wstąpienia w szeregi takich grup nie brakuje.

Jednym z powodów, dla których łagrowy porządek tak szybko się przyjął, jest ciągła praktyka "mięsnych ataków". Nie ma chętnych, więc dowódcy muszą stosować przemoc.

— W armii rosyjskiej istnieje obecnie podział. Jest główny trzon dowódców, specjalistów i "kompanii dowódcy". Jest też zbędna część personelu — zwykła piechota, która bierze udział w atakach. Pierwsza kategoria musi sprawić, by druga wykonała swoją pracę. W przeciwnym razie dowódcy i ich "służący" będą musieli szturmować sami, czego oczywiście nie chcą robić. Dlatego w najbliższej przyszłości przemoc nie zniknie — wyjaśnia Rusłan Lewiew, założyciel niezależnej organizacji śledczej Conflict Intelligence Team.

onet.pl


Orban oskarżył Polskę o doprowadzenie do zmiany układu sił w Europie przez osłabienie osi Berlin-Paryż na rzecz nowej konfiguracji: Londyn, Warszawa, Kijów, kraje bałtyckie i Skandynawia. W ten sposób osłabiona miała zostać także Grupa Wyszehradzka, która w interpretacji Orbana miała opierać się na uznaniu silnych Niemiec i Rosji i tworzyć trzecią ważną siłę – wybija z przemówienia Orbana portal Ukraińska Prawda. Miała to być według węgierskiego premiera realizacja „dawnego planu Polski”.

Według Orbana rozpoczęła się „zmiana systemu światowego”, a w nadchodzącym czasie dominującą potęgą świata będzie Azja. „Azja ma przewagę demograficzną, kapitałową i technologiczną. Trump pracuje nad znalezieniem amerykańskiej odpowiedzi na tę sytuację” – mówił Orban.

bankier.pl

piątek, 26 lipca 2024



Drugie w kolejności mamy słynne „Porozumienie generalne o współpracy, pomocy wzajemnej i wspólnych działaniach pomiędzy Głównym Zarządem Bezpieczeństwa Państwowego NKWD ZSRR i Głównym Urzędem Bezpieczeństwa Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (Gestapo)”, które zdążyło się już znudzić specjalistom, ale wciąż porusza łatwowierną publiczność. Bardzo lubię ten tekst. Wracam do niego w momentach, o których Puszkin pisał: „Gdy myśli czarne cię ogarną, otwórz szampana lub poczytaj Wesele Figara”. 

Życie teraz nie jest łatwe, „czarne myśli” kołaczą się w głowie zbyt często, a żadna wątroba nie wytrzyma takiego obciążenia. Z kolei nieśmiertelna komedia Beaumarchais’go po prostu blednie w cieniu takich kwiatków: „Strony będą prowadziły walkę z degeneracją ludzkości w imię uzdrowienia białej rasy i stworzenia mechanizmów eugenicznych higieny rasowej. Rodzaje i formy degeneracji, które zostaną poddane sterylizacji i zniszczeniu, strony określiły w dodatkowym protokole nr 1, który stanowi integralną część niniejszego porozumienia”. W dodatkowym protokole nr 1 podano „rodzaje degeneracyjnych cech zwyrodnienia”, z którymi NKWD i gestapo miały wspólnie walczyć, a mianowicie: „rudzi, zezowaci,  kulawi i ułomni od urodzenia, posiadający wady wymowy – seplenienie, grasejowanie, jąkanie (wrodzone) – wiedźmy i czarownicy, szamani i jasnowidze, garbaci, karły, osoby mające duże znamiona oraz dużą liczbę małych znamion, przebarwienia skóry i różny kolor oczu itd.”
    
Owa niezrównana, topornie zmajstrowana fałszywka kończy się tak: „Tekst porozumienia napisano w języku rosyjskim i niemieckim w jednym egzemplarzu, z których każdy posiada jednakową moc”. Podpisali tajemnicze porozumienie „szef Głównego Zarządu Bezpieczeństwa Państwowego NKWD, komisarz bezpieczeństwa państwowego pierwszego stopnia L. Beria i szef IV Departamentu (Gestapo) Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników Rzeszy, brigadenführer SS H. Müller”.

Podano nawet dokładną minutę, o której doszło do tego wydarzenia historycznego: „Sporządzono w Moskwie, 11 listopada 1938 r., o godz. 15 min. 40”.

Te dzikie brednie wytrwale promował w mediach towarzysz W. Karpow, były przewodniczący Związku Pisarzy ZSRR, były deputowany Rady Najwyższej i były członek KC KPZR. Dzięki takiemu podpisowi byle jak sklecona fałszywka, niewarta nawet tego, żeby o niej wspominać, wywołała szeroką dyskusję, była wielokrotnie cytowana itd. Jednak Karpow nie jest autorem tekstu. W 1999 roku opublikował go niejaki G. Nazarow, działacz dobrze znany w wąskich kręgach ideowych bojowników z panoszeniem się europejskich wolnomularzy (czyli „żydomasonów”). „Dokument” ukazał się w czasopiśmie o znamiennym dla publikacji tego typu tytule, „Czudiesa i prikluczenija” („Cuda i przygody”, 1999, nr 10).

Nie wykluczam zresztą, że również Nazarow jedynie przepisał tekst, który wymyślił ktoś inny. Tak czy owak znalazłem to „Porozumienie generalne” z odsyłaczem do pisma „Pamiat'” (1999, nr 1).

(...)

A jednak współpraca NKWD z aparatem terroru faszystowskich Niemiec jest niepodważalnym faktem. Tylko że przedmiotem tej współpracy nie była walka z „rudymi, zezowatymi i ułomnymi”, a dużo bardziej istotne dla Hitlera i Stalina cele.

Po tym jak we wrześniu 1939 roku Wehrmacht i Armia Czerwona okupowały Polskę, dwa dyktatorskie reżimy stanęły w obliczu problemu walki z polskim ruchem oporu. Ta walka wymagała współpracy struktur bezpieczeństwa. Podstawą prawną do niej był tajny protokół dodatkowy Traktatu o przyjaźni i granicach, podpisanego w Moskwie 28 września 1939 roku. Oto pełny tekst tego protokołu:

Moskwa
28 września 1939 r.

Niżej podpisani upełnomocnieni przy zawarciu radziecko-niemieckiego traktatu o granicach i przyjaźni porozumieli się, jak następuje:
 
Obie strony nie dopuszczą na swych terytoriach do żadnej polskiej agitacji, która dotyczy terytorium drugiej strony. Będą tłumić wszelkie zaczątki takiej agitacji na swych terytoriach i będą się informować nawzajem o odpowiednich środkach podjętych do tego celu.

Z upoważnienia
Za Rząd Rzeszy Niemieckiej – J. Ribbentrop
Za Rząd ZSRR – W. Mołotow

Mark Sołonin - Pranie mózgu



Wypada stwierdzić, że polscy oficerowie zostali zamordowani z kilku istotnych powodów, głównie w imię ideologii, ale nie tylko. Ich wrogość do ustroju sowieckiego, patriotyzm, niezdolność do wyrzeczenia się przysięgi, jaką złożyli II Rzeczypospolitej, w dużym stopniu przyczyniły się do podjęcia decyzji o ich eksterminacji. Ale była też bardziej prozaiczna przyczyna: sowiecka machina terroru, czyli w praktyce infrastruktura NKWD, dość często nie była w stanie „zagospodarować” tak wielkiej liczby represjonowanych. Komendant obozu jenieckiego w Ostaszkowie Paweł Borisowiec odnotowywał w swym raporcie bardzo ciężkie warunki bytowe jeńców. Brakowało miejsc sypialnych. Oficerowie zmuszeni byli spać na zmianę, naprędce budowano prowizoryczne, kilkupiętrowe prycze. Pojawiły się trudności nawet z zaopatrzeniem w słomę do materaców i poduszek, brakowało pitnej wody. Także woda do mycia stanowiła w obozach prawdziwy luksus, właściwie nieosiągalny. Zachorowalność wśród jeńców była wysoka. Przewidywano, że już wkrótce, czyli zaraz po zakończeniu wojny z Finlandią, jaka toczyła się na przełomie lat 1939 i 1940, miejsca w obozach będą potrzebne dla dziesiątków, a może setek tysięcy jeńców fińskich. Wśród innych dość trywialnych, ale istotnych przyczyn mordowania Polaków znalazły się wysokie jak na ZSRS koszty przetrzymywania niepracujących więźniów, niebezpieczeństwo rozpowszechnienia wrogich informacji i nastrojów przez Polaków, a także ich nieprzydatność w sowieckich planach komunizacji Polski.

Zawiodła również kampania propagandowa zaadresowana do polskich jeńców. W obozach od piątej rano do północy nadawano sowieckie audycje radiowe. Gdzie tylko się dało rozwieszano plakaty gloryfikujące szczęśliwe życie w Związku Sowieckim. Codziennie pokazywano filmy sowieckie, takie jak Lenin w październiku, Czapajew czy Człowiek z karabinem. Prawie bez przerwy przed polskimi oficerami występowali propagandyści partyjni z referatami o konstytucji sowieckiej, o demokracji socjalistycznej, o stalinowskiej industrializacji itd.

Na Kremlu spodziewano się, że ten zmasowany atak propagandowy przyniesie skutek. Czy można to nazwać naiwnością? Stalinowski system totalitarny osiągnął najwyższy stopień podporządkowania mas, ich zniewolenia i ideologicznego ogłupienia. Indoktrynacja w dużym stopniu opierała się na strachu i na terrorze, w którego siłę Stalin i jego otoczenie bezkrytycznie wierzyli. Pod jego ciosami nawet najbardziej niezłomni bolszewicy-leninowcy przyznawali się do niewiarygodnych czynów, w zasadzie do wszystkiego, co im zarzucano. Polaków więzionych w obozach jenieckich też próbowano poddać podobnej „obróbce”, ale w tym wypadku ta taktyka, poza nielicznymi wyjątkami, zawiodła. Stalin poniekąd z konieczności wrócił zatem do metod z czasów wojny domowej, kiedy po zajęciu Krymu w 1920 roku masowo rozstrzeliwano „białych” oficerów, nienadających się zupełnie do realizacji planów budowy komunistycznego imperium.

(...)

Przekonanie Stalina, że sojusz z III Rzeszą jest trwały i że kwestia polska została załatwiona raz na zawsze (lub na długo) skutkowało również zwalczaniem nastrojów antyniemieckich wśród oficerów polskich. W czasie przesłuchań padały zaś stwierdzenia, które budziły zaniepokojenie kierownictwa NKWD. Była w nich bowiem mowa o tym, że w końcowym okresie wojny polscy dowódcy uważali, że Armia Czerwona weszła na terytorium II Rzeczypospolitej jako sprzymierzeniec, aby pomóc w walce z Hitlerem. Dlatego świadomie prowadzili swoje jednostki na wschód, aby połączyć się z Armią Czerwoną i wspólnie walczyć przeciwko wojskom niemieckim. 

Wiarygodność tego rodzaju argumentacji jest wątpliwa. Ale niektórzy z polskich jeńców naiwnie uważali, że taka postawa może im ułatwić wyjście na wolność. Nie podejrzewali, że w początkowym okresie II wojny światowej głoszenie podobnych poglądów było traktowane w ZSRS jako poważne przestępstwo polityczne. Stalin bardzo dbał o swój wizerunek wiernego i lojalnego sojusznika Hitlera, zresztą w tym czasie w ogóle nie brał pod uwagę możliwości śmiertelnego starcia dwóch najpotężniejszych totalitaryzmów XX wieku. Dlatego wrogość polskich oficerów wobec III Rzeszy była dla władz sowieckich jeszcze jednym argumentem za tym, by się ich pozbyć.

Gwoli sprawiedliwości odnotujmy, że na wczesnym etapie wojny niektórzy wysoko postawieni urzędnicy w aparacie NKWD planowali łagodne rozwiązanie problemu więźniów polskich przetrzymywanych w obozach jenieckich. Stosunkowo miękkie stanowisko resortu było następstwem wielkiej czystki w szeregach sowieckich służb specjalnych, którą przeprowadzono po zakończeniu wielkiego terroru. Rok 1939 upłynął pod znakiem tzw. odwilży beriowskiej, charakteryzującej się złagodzeniem represji wobec społeczeństwa i ich nasileniem wobec jego prześladowców, z reguły wobec poprzedniego kierownictwa i szeregowych pracowników NKWD. Stalin świadomie chciał przerzucić odpowiedzialność za ludobójstwo na swych podwładnych.

W tej sytuacji 20 lutego Zarząd do spraw Jeńców Wojennych NKWD w specjalnym raporcie zaproponował łagodne, a przy tym całkiem logiczne rozwiązanie sprawy polskich jeńców wojennych i więźniów politycznych. Zakładano w nim zwolnienie do domu osób cywilnych, które przypadkowo dostały się do obozów, szeregowych policjantów, powołanych z rezerwy w czasie mobilizacji, szeregowych żołnierzy KOP, oficerów rezerwy, osób o pochodzeniu robotniczym i chłopskim, oficerów w podeszłym wieku, chorych, inwalidów itp. W obozach spośród około 30 tysięcy przetrzymywanych planowano nadal więzić jedynie 400–500 osób jako „wyraźnie kontrrewolucyjny element”, który należało postawić przed trybunałami wojskowymi. Tymczasem Stalin zadecydował inaczej.

Projekt uchwały Biura Politycznego KC WKP(b) w sprawie represji wobec przetrzymywanych w obozach jenieckich Polaków przygotował niedawno powołany na stanowisko szefa NKWD Ławrientij Beria. Był to koniec lutego 1940 roku, a Beria dopiero się przymierzał do roli wszechwładnego szefa instytucji terroru. Ledwie niecały rok wcześniej, w marcu 1939 roku, został wybrany na kandydata na członka Biura Politycznego. Zaproponowana przez niego likwidacja Polaków miała mu pomóc w karierze politycznej, chciał zrobić wrażenie na Stalinie. Zakładano, że eksterminacji poddanych zostanie 25.700 polskich jeńców wojennych z obozów w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku, a także przetrzymywanych w więzieniach na byłych polskich Kresach Wschodnich. Formalnie decyzję o skazaniu ich na śmierć miała podjąć specjalna grupa NKWD, tzw. Osoboje Sowieszczanije, bez wysłuchania aresztowanych, bez przedstawienia im aktu oskarżenia, wyników śledztwa i dowodów winy.

Zaplanowana przez NKWD na polecenie Stalina zbrodnia była na tyle bezprecedensowa nawet w warunkach sowieckiego totalitarnego państwa, że kremlowski dyktator nie zdecydował się powiadomić o niej wszystkich członków swego najbliższego otoczenia. Z dziewięciu członków Biura Politycznego (ze Stalinem włącznie) wiedziało o niej jedynie pięciu najbardziej zaufanych. Podpisy na dokumencie zaś umieścili tylko Woroszyłow, Mołotow i Mikojan. Telefonicznie zamysł wymordowania Polaków poparli Kalinin i Kaganowicz.

Plan Berii dotyczący polskich jeńców i więźniów spotkał się z uznaniem Stalina jako rozwiązanie konieczne, ważny element dalszego wzmocnienia systemu totalitarnego, wreszcie jako niezbędny krok w przygotowaniu kraju do nieuniknionej wojny z imperializmem światowym. Wszystkie działania NKWD w sprawie polskich jeńców wojennych prowadzone były pod kierownictwem i ścisłym nadzorem samego Stalina. On jako pierwszy podpisał dokument nakazujący „specjalne potraktowanie” Polaków, osobiście poinformował niektórych innych członków Biura Politycznego o konieczności podjęcia takich działań. Skrupulatnie śledził też przebieg samej egzekucji.

(...)

W wypadku Polaków sprawa miała wymiar międzynarodowy. Dlatego egzekucje zdecydowano się przeprowadzić w ścisłej tajemnicy. Już od połowy marca przerwano wszelką korespondencję więźniów z rodzinami. Zaprzestano też ich przesłuchiwania. Ograniczono do niezbędnego minimum personel obozowy mający bezpośrednie kontakty z więźniami, jednocześnie wzmocniono posterunki NKWD wokół obozów. Zakazano przyznawania urlopów wszystkim tym, którzy brali bezpośredni udział w rozstrzeliwaniu jeńców. Zrobiono wszystko, co możliwe, aby los prawie 22 tysięcy osób nigdy nie został wyjaśniony. Zniszczono całą korespondencję rozstrzelanych, ich rzeczy osobiste. Na liczne zapytania rodzin standardowo odpowiadano, że dana osoba nie znajduje się w sowieckich obozach jenieckich albo że jej los jest nieznany. Prawda o zbrodni miała umrzeć razem z ofiarami.

(...)

Goebbels zadecydował o wykorzystaniu karty katyńskiej w wojnie propagandowej dopiero na początku 1943 roku. Przebieg walk sowiecko-niemieckich w latach 1941–1943 był dla III Rzeszy na tyle korzystny, że ujawnienie zbrodni popełnionej przez Sowietów wydawało się Niemcom po prostu zbędne. Dopiero Stalingrad i poważny kryzys w działaniach militarnych zmusiły kierownictwo nazistowskie do użycia „broni katyńskiej”. 

Skala i charakter zbrodni katyńskiej przerażają nawet na tle bezprecedensowych masowych zbrodni niemieckich. Jest to wyjątkowy akt, popełniony w imię ideologii i doraźnych celów politycznych. Nie bez podstaw Goebbels i jego współpracownicy liczyli na to, że Katyń zdoła wywrzeć realny wpływ na bieg II wojny światowej. Niewątpliwie rozumiał to również Stalin – człowiek, który do perfekcji opanował sztukę prowokacji politycznej i dla którego moralne było wszystko, co mogło posłużyć umocnieniu ustroju totalitarnego pod jego panowaniem. Dlatego skala i charakter jego akcji zafałszowującej w sprawie katyńskiej przerażają nie mniej niż sama zbrodnia.

(...)

Ujawniając prawdę o Katyniu, Niemcy osiągnęli jeden konkretny cel: zerwanie polsko-sowieckich stosunków dyplomatycznych. Choć jednocześnie trzeba mieć na uwadze, że działania niemieckie tylko przyspieszyły proces ciągłej erozji tych stosunków. Po wyprowadzeniu armii Andersa z terytorium Związku Sowieckiego Stalin coraz bardziej skłaniał się ku temu, by odrzucić koncepcję finlandyzacji Polski, ale też nie od razu zdecydował się na ostateczne zerwanie z polskim Londynem. Z jednej strony był już gotów spisać go na straty i przystąpić bez skrupułów do komunizacji Polski, z drugiej jednak taki gest mógł poważnie zagrozić jedności całej koalicji antyhitlerowskiej. A to z kolei wywarłoby niekorzystny wpływ na przebieg wojny.

(...)

Owa kampania dezinformacyjna na wyjątkowo szeroką skalę ruszyła już 15 kwietnia 1943 roku, kilka dni po tym, jak pojawiły się pierwsze doniesienia niemieckie na temat mordu katyńskiego. Następnego dnia sowiecka agencja informacyjna Sowinformbiuro opublikowała w „Prawdzie” i innych gazetach centralnych specjalne oświadczenie w tej sprawie. Niemieckie wiadomości o Katyniu określano jako „ohydne oszczerstwo”, „potworny wymysł” i „podłe kłamstwo”. W dniach 19 i 28 kwietnia na temat Katynia pisano w obszernych artykułach w „Prawdzie”, 21 kwietnia w „Izwestii”. Jako sprawców zbrodni wskazywano Niemców, w których ręce latem 1941 roku dostali się rzekomo polscy oficerowie. 25 kwietnia w liście do Churchilla Stalin osobiście informował brytyjskiego przywódcę o „zerwaniu stosunków dyplomatycznych z polskim rządem w Londynie”. Dopiero następnego dnia ambasadorowi Polski w Rosji Tadeuszowi Romerowi wręczono stosowną notę rządu sowieckiego.

(...)

Sowiecka kampania propagandowa doczekała się czynnego poparcia ze strony dwóch innych głównych członków koalicji antyhitlerowskiej: Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Zarówno Churchill, jak i Roosevelt, mimo że otrzymali prawdziwe informacje wywiadu o tym, kto rzeczywiście popełnił zbrodnię w Katyniu, naciskali na rząd Sikorskiego, aby ten uznał sprawę katyńską za prowokację hitlerowską służącą złamaniu jedności sojuszników. Churchill i brytyjski minister spraw zagranicznych Anthony Eden w swych wystąpieniach w Izbie Gmin podkreślali, że wierzą Stalinowi, a nie Niemcom, i że sprawę katyńską niemiecka propaganda chce wykorzystać w celu skompromitowania sowieckiego sojusznika.

(...)

Pod naciskiem Churchilla i Roosevelta generał Sikorski zdecydował się zrezygnować z wniosku do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o wyjaśnienie sprawy katyńskiej. Konflikt polsko-sowiecki próbowano załatwić polubownie. Stalin jednak już wyczuł słabość swych zachodnich sojuszników gotowych ofiarować mu Polskę w zamian za jedność koalicji antyhitlerowskiej.

Katyń stał się papierkiem lakmusowym, który jednoznacznie wskazał sowieckiemu dyktatorowi, że Polska została ostatecznie przekazana przez Zachód do jego strefy wpływów, że nikt w Waszyngtonie i Londynie nie zdecyduje się na zerwanie stosunków z ZSRS, aby bronić interesów Polski. Katyń spełnił zatem funkcję swoistego katalizatora rozprawy z Polskim Państwem Podziemnym i powojennej tragedii komunizacji Polski.

Nikolaj Iwanow - Komunizm po polsku

czwartek, 25 lipca 2024



Szybkie postępy Rosjan w rejonie wsi Progres i położonej kilka kilometrów dalej na północ Nowooleksandriwki przekreśliły nadzieję na to, że właśnie w tym regionie Ukraińcy mają przygotowaną drugą linię obrony na kierunku Pokrowskim. Miała ona być oparta głównie o bieg rzeki Wowcza i jej licznych rozlewisk. Jednak w rejonie Progresu i Nowooleksandriwki musiała być oparta o fortyfikacje polowe, których trochę widać z kosmosu. Na tej podstawie sądzono, że może Ukraińcy będą próbować zatrzymać tam Rosjan, po dość szybkim oddaniu im terenu dalej na wschód. (...) Niestety były to płonne nadzieje.

Rosjanie w ostatnich dniach bez wyraźnych problemów i zwalniania przeszli domniemaną linię umocnień. Uderzyli skutecznie w jej prawdopodobnie najsłabszy punkt, gdzie było relatywnie najmniej widocznych ukraińskich okopów. Znamienne jest zwłaszcza wzięcie wsi Progres i dalsze postępy już za nią. Ich tempo jak na tę fazę wojny jest szybkie, bo nawet po około kilometra w linii prostej dziennie. Rosjanie idą cały czas grzbietem niewielkiego wzniesienia i dalej na zachód teren zaczyna się obniżać. Ukraińcy będą musieli się tam teraz bronić. Kolejna widoczna z kosmosu linia umocnień ciągnie się około 4-6 kilometrów dalej na zachód od obecnej linii frontu. Być może Ukraińcy będą zmuszeni szybko się do niej cofnąć i jakoś ustabilizować sytuację, skoro aktualnie jest ona "krytyczna".

(...)

Kierunek Pokrowski nie jest jedynym, gdzie Rosjanie mają zauważalne sukcesy. Ukraińcom nie udało się całkowicie opanować sytuacji w rejonie Torecka. Rosyjskie wojsko rozszerza tam swoje włamania w rejonie miasta Nowy Jork i Zalizne. Oba są oddalone od siebie o około 5 kilometrów, a ukraińskie pozycje na tym obszarze zagrożone atakiem z trzech stron. Postępy na tym odcinku są jednak znacznie wolniejsze niż na kierunku Pokrowskim. Sytuacja jest z kategorii trudnych, ale nie krytycznych.

Postępy Rosjan są też widoczne na południe od Doniecka, w rejonie Wuhłedar - Konstantynówka. Ukraińcy od lata 2022 roku utrzymywali w tym rejonie znaczny występ niejako wbijający się w pozycje Rosjan w kierunku wschodnim. Aktualnie Rosjanie go likwidują, przybliżają się do drogi Wuhłedar - Konstantynówka. Za swoje postępy płacą drogo. Regularnie w sieci pojawiają się ukraińskie nagrania licznych zniszczonych ciężkich pojazdów. Dopiero co w środę 24 lipca jedna z doborowych ukraińskich brygad broniących tego odcinka, 79. desantowo-szturmowa, opublikowała wideo z odpierania bardzo dużego rosyjskiego ataku zmechanizowanego. Takiego, które są rzadko widywane, jeśli chodzi o ilość zaangażowanego ciężkiego sprzętu. Doliczono się 11 czołgów, 45 różnych innych pojazdów opancerzonych, 12 motocykli i około 200 żołnierzy. Rosjanie mieli zostać wcześnie wykryci i zatrzymani przez kombinację artylerii, broni przeciwpancernej, dronów oraz min. Według Ukraińców zniszczeniu uległo 6 czołgów, 7 innych pojazdów opancerzonych, wszystkie motocykle, około 40 Rosjan zginęło, a drugie tyle zostało rannych.

(...)

Od początku lipca Rosjanie dokonali też zauważalnego lokalnego postępu w rejonie wsi Piszczane daleko na północy, w rejonie Swatowe. Posunęli się naprzód o kilka kilometrów, wbijając się wąskim klinem w ukraińskie pozycje i zajmując samą miejscowość. Na tym kierunku zostało im około 8 kilometrów do rzeki Oskił, która jest strategicznym celem dla Rosjan. Nie ma jednak mowy o jakiejś nagłej szeroko zakrojonej ofensywie w tym miejscu. Do tej pory walki miały tu raczej lokalny charakter. 20 lipca pojawiło się nagranie rosyjskich żołnierzy wieszających flagę w centrum Piszczane i poruszających się swobodnie po jej ulicach.

Na innych kierunkach nie nastąpiły żadne znaczące wydarzenia. Na północ od Charkowa sytuacja pozostaje stabilna, Rosjanie nie są w stanie posunąć się naprzód. W rejonie Czasiw-Jar i szerzej Bachmutu mają drobne sukcesy, ale walki mają mniejszą skalę niż w rejonie Doniecka. Na Zaporożu trwają lokalne starcia, choć ze strony ukraińskiej pojawiły się plotki o szykowaniu nowej dużej rosyjskiej ofensywy w tym rejonie. Dowództwo ukraińskiego zgrupowania działającego na tym kierunku twierdzi jednak oficjalnie, że aktualnie nie widzi adekwatnych przygotowań.

Ogólna liczba raportowanych codziennie przez Ukraińców rosyjskich ataków spadła. Na przełomie czerwca i lipca było to regularnie w rejonie 120-150. Od połowy lipca jest to dość często nawet mniej niż 100 dziennie, zazwyczaj w przedziale 100-120. 

gazeta.pl


Podstawowym narzędziem stosowanym przez Stany Zjednoczone w celu zatrzymania chińskiej ekspansji w sektorze półprzewodników są ograniczenia eksportowe nakładane zarówno na podmioty z USA, jak i wszystkie zagraniczne firmy korzystające z amerykańskiej własności intelektualnej. Dotyczą one jednak wyłącznie zaawansowanych chipów – nie obejmują tych starszej generacji. Waszyngton opisuje swoje podejście frazą „małe podwórko z wysokim płotem” (ang. small yard, high fence). Polega ono na nakładaniu rygorystycznych obostrzeń na wybrane zaawansowane technologie o znacznym potencjale militarnym, czemu ma towarzyszyć zachowanie niezakłóconej wymiany gospodarczej w zakresie pozostałych.

„Podwórko” amerykańskich ograniczeń stopniowo się powiększa, a „płot” staje się coraz wyższy. Początkowo, jeszcze za prezydentury Donalda Trumpa, posunięcia Waszyngtonu skupiały się na uderzaniu w poszczególne chińskie firmy z tzw. Entity List, w tym m.in. Huaweia. Ogłoszone przez Biuro Przemysłu i Bezpieczeństwa Departamentu Handlu USA w 2022 r. pierwsze restrykcje eksportowe miały charakter generalny, dotyczyły wyłącznie czterech „wąskich gardeł” – obszarów, w których Pekin jest najsilniej zależny od Waszyngtonu. Chodzi o:
  • eksport zaawansowanych półprzewodników do ChRL,
  • sprzedaż oprogramowania, sprzętu i komponentów niezbędnych do rozwijania przez Chiny rodzimej produkcji tej technologii,
  • blokadę współpracy amerykańskich inżynierów i ekspertów (zarówno obywateli amerykańskich i rezydentów, jak i posiadaczy zielonych kart) z podmiotami chińskimi,
  • zobowiązanie wszystkich producentów nowoczesnych półprzewodników (również spoza Stanów Zjednoczonych) do przestrzegania nowych obostrzeń pod groźbą utraty dostępu do amerykańskich rozwiązań półprzewodnikowych.
W 2023 r. Departament Handlu USA zdecydował się zwiększyć presję na chińskie przedsiębiorstwa wytwarzające półprzewodniki, więc 17 października zaktualizował wspomniane przepisy. Poszerzył wówczas katalog procesorów objętych ograniczeniami oraz zwiększył zasięg geograficzny regulacji o 43 państwa i podmioty posiadające serwery w chmurze z siedzibą w krajach objętych przez USA embargiem na broń, aby utrudnić chińskim firmom nabywanie objętych restrykcjami procesorów za pośrednictwem państw trzecich. Ograniczył też spółkom z ChRL projektującym chipy możliwości wysyłania ich zaawansowanych projektów do międzynarodowych odlewni (np. TSMC)[4].

Na presję USA Pekin odpowiedział dalszym bezprecedensowym i niemal nieograniczonym wsparciem finansowym dla rodzimej branży półprzewodnikowej. Na trzecią już transzę zainicjowanego dekadę temu funduszu inwestycyjnego na rzecz rozwoju procesorów Big Fund władze centralne planują przeznaczyć 27 mld dolarów przy jednoczesnym utrzymywaniu rozbudowanego systemu subsydiów na poziomie lokalnym[5]. Jeszcze przed wejściem w życie ograniczeń eksportowych niezwykle obfite i stabilne źródła kapitału pozwoliły chińskim przedsiębiorstwom na zgromadzenie zapasów nowoczesnych półprzewodników, maszyn produkcyjnych i komponentów, a po częściowej utracie dostępu do zagranicznych technologii – kontynuowanie produkcji (mimo wyższych kosztów i spadku wydajności) oraz stosowanie zróżnicowanych metod omijania amerykańskich sankcji.

Za bezpośrednią przyczynę zaostrzenia przez Stany Zjednoczone ograniczeń eksportowych w 2023 r. należy uznać pięcie się chińskich podmiotów po drabinie technologicznej mimo starań Waszyngtonu. Było ono możliwe m.in. dzięki lukom w przepisach Departamentu Handlu USA, z których firmy z ChRL skrzętnie korzystały. Przykładowo iFlytek i SenseTime – przedsiębiorstwa specjalizujące się w technologii rozpoznawania mowy i twarzy, znajdujące się od 2019 r. na amerykańskiej czarnej liście w związku z wykorzystywaniem tamtejszych produktów przez władze w Pekinie do represjonowania mniejszości ujgurskiej w Sinciangu – po wprowadzeniu restrykcji wciąż miały dostęp do zaawansowanych półprzewodników (m.in. A100 i H100 amerykańskiej Nvidii) i mogły dzięki nim kontynuować prace nad przełomowymi usługami opartymi na AI.

Aby pozyskać procesory objęte sankcjami, chińskie przedsiębiorstwa uciekały się do rozmaitych praktyk. W ChRL powstały liczne wspierane przez państwo klastry komputerowe, które od lat gromadziły chipy (m.in. Nvidii) i wynajmowały dostęp do technologii firmom znajdującym się na amerykańskiej Entity List. Wiele podmiotów korzystało z oferty dostawców usług w chmurze (ograniczeniami eksportowymi nie zostały bezpośrednio dotknięte m.in. Amazon i Microsoft). Tworzono też fasadowe spółki, którym regularnie zmieniano nazwy, co utrudniało śledzenie ostatecznych odbiorców półprzewodników. Ważną rolę odgrywał również przemyt, np. oznaczanie przesyłek z komponentami jako części odpadowe czy mocowanie dodatkowych chipów na płytkach. Tym samym choć kluczowe chińskie przedsiębiorstwa technologiczne formalnie nie były w stanie zakupić nowoczesnych procesorów bezpośrednio z USA, to wciąż miały do nich częściowy dostęp.

(...)

Przedsiębiorstwa z ChRL zachowują dostęp do nowoczesnych półprzewodników również dzięki zapasom zgromadzonym przed wejściem w życie restrykcji. Firmy te były bowiem dobrze przygotowane na zaostrzenie przez Stany Zjednoczone presji technologicznej. Posunięcia Białego Domu z października 2022 r. i 2023 r. nie zaskoczyły Pekinu. Nałożenie w 2018 r. rygorystycznych kontroli eksportowych na chińskiego giganta telekomunikacyjnego ZTE oraz sankcje na Huaweia i Fujian Jinhua, wstrzymanie przez holenderski rząd sprzedaży zagranicznej maszyn do litografii w ekstremalnym ultrafiolecie (extreme ultra violet, EUV) w 2019 r. czy wojna handlowa z USA uświadomiły władzom ChRL, że USA będą dążyły do odcinania jej od różnych gałęzi technologii, a na pierwszy ogień najpewniej pójdzie branża półprzewodników. Wówczas miejscowe spółki technologiczne w ramach przygotowań do tego wyzwania zaczęły zbierać zapasy zaawansowanych procesorów i sprzętu litograficznego. Przykładowo w 2019 r. Huawei wydał ok. 23,5 mld dolarów na zakup chipów, komponentów i materiałów – o 73% więcej niż rok wcześniej, a w 2020 r. chińskie firmy nabyły sprzęt litograficzny m.in. z Japonii, Korei Południowej i Tajwanu za prawie 32 mld dolarów (wzrost o 20% rok do roku). Zakupy te znacznie przekraczały potrzeby rynkowe i miały stanowić poduszkę bezpieczeństwa na wypadek kolejnych ograniczeń ze strony Stanów Zjednoczonych.

Zdolności do wytwarzania maszyn litograficznych do półprzewodników pozostają najsłabszym elementem planów rozwoju sektora procesorów w ChRL. Zapowiadana przez Shanghai Micro Electronics Equipment na 2023 r. premiera maszyny do produkcji chipów starszej generacji (28 nm) wciąż nie została potwierdzona. Mimo dążenia przez Pekin do samowystarczalności technologicznej szacuje się, że w ostatnich latach w ChRL powstało mniej niż 5% systemów litograficznych stosowanych w tamtejszych fabrykach.

Skoordynowane restrykcje eksportowe USA, Holandii i Japonii miały odciąć Chinom dostęp do podmiotów odpowiadających za ok. 80% światowej podaży sprzętu do wytwarzania półprzewodników (obok holenderskiego ASML chodzi tu m.in. o amerykańskie Applied Materials, KLA Co. i Lam Research, holenderski ASM czy japońskie Tokyo Electron, Canon i Nikon). Przedsiębiorstwa z ChRL skorzystały jednak z braku woli politycznej najważniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych – głównie Holandii – do szybkiego i skutecznego wdrożenia ograniczeń. Powolność w tym zakresie skutkowała istotnym ograniczeniem efektywności przepisów.

Holandia już w 2019 r. zakazała sprzedaży do Chin maszyn litograficznych do produkcji najbardziej zaawansowanych procesorów (EUV). W marcu 2023 r. potwierdziła też zamiar dołączenia do amerykańskich sankcji na część sprzętu starszego typu (deep ultra violet, DUV). Odnośna ustawa weszła jednak w życie dopiero we wrześniu. Mimo jej obowiązywania ASML do końca roku otrzymywał licencje eksportowe na sprzedaż do ChRL objętych ograniczeniami maszyn DUV. Podejście to pozwoliło jej zaopatrywać się w holenderski sprzęt w ilościach znacznie przekraczających potrzeby rynkowe. Przykładowo we wrześniu 2023 r. chiński import systemów litograficznych z tego kraju wzrósł o rekordowe 1850% rok do roku. ChRL wyrosła także na drugi co do wielkości rynek eksportowy dla ASML – w 2023 r. przypadało nań 26,3% sprzedaży spółki, a w rekordowym trzecim kwartale – nawet 46%. Firma dysponowała zresztą licencjami na dalszy zbyt niektórych maszyn DUV swoim chińskim klientom, ale cofnięto je na początku 2024 r. W wyniku nacisków Waszyngtonu ASML ma również wstrzymać serwisowanie części sprzętu DUV sprzedanego już podmiotom z ChRL.

Niespotykana presja USA na chiński sektor półprzewodnikowy oraz niewielkie zdolności ChRL do stworzenia własnych technologii i maszyn litograficznych nie zatrzymały postępu tamtejszych firm w wytwarzaniu nowoczesnych chipów. Świadczy o tym premiera smartfona Mate 60 Pro wyposażonego w wyprodukowany przez Semiconductor Manufacturing International Corporation (SMIC) zaawansowany procesor Kirin 9000s. Było to zapewne możliwe dzięki eksperymentowaniu z mniej wydajnymi i droższymi niż EUV technikami. Przykładowo wyprodukowanie półprzewodników w technologii 7 nm przy użyciu maszyny DUV wiąże się z wydajnością na wafel szacowaną na zaledwie 15% oraz trzy–czterokrotnym użyciem maszyny do wytworzenia jednego chipa. Oznacza to podwyższenie kosztów procesu, większą eksploatację sprzętu litograficznego oraz wzrost zużycia energii, co podważa rentowność masowej produkcji. Z jednej strony dostęp do niemal niewyczerpanego i stabilnego źródła kapitału z funduszy państwowych sprawia, że w odróżnieniu od zachodnich konkurentów chińskie przedsiębiorstwa nie zważają na efektywność kosztową. Tym samym mimo braku dostępu do najbardziej zaawansowanych maszyn (EUV i niektórych modeli DUV) mogą kontynuować droższe i mniej wydajne wytwarzanie nowoczesnych półprzewodników. Z drugiej jednak strony już teraz niedostępność komponentów do zagranicznego sprzętu litograficznego oraz niedobór inżynierów skutkują problemami w skalowaniu produkcji firm SMIC i Huawei. Stąd przykładowo w obliczu niedoboru rodzimych akceleratorów AI część głównych podmiotów technologicznych z ChRL, jak Alibaba, Baidu, ByteDance i Tencent, zwiększa zamówienia na chipy Nvidii.

Podczas gdy zdolności Chin w dziedzinie zaawansowanych półprzewodników pozostają przedmiotem gorącej debaty międzynarodowej, wątkiem zasługującym na pilną uwagę jest również dynamicznie rosnący potencjał tego państwa w zakresie produkcji chipów starszej generacji. Mimo ich znaczenia m.in. dla sektorów zbrojeniowego, motoryzacyjnego i medycznego nie zostały one dotychczas objęte ograniczeniami eksportowymi.

Presja ze strony USA zmusiła władze ChRL do skupienia się na procesorach starszej generacji i rozwijania możliwości wytwórczych w tej niszy. Tamtejsze firmy dążą więc do zwiększenia udziału w międzynarodowym rynku mikrokontrolerów, procesorów analogowych czy półprzewodników wykorzystywanych w motoryzacji – czyli starszych, lecz powszechnie stosowanych technologii, w których liczy się zwłaszcza wspomniana efektywność kosztowa, a nie zaawansowanie.

Obecnie w ChRL zlokalizowane jest 27% mocy produkcyjnych dla półprzewodników 20–45 nm oraz ok. 30% dla tych 50–180 nm. Jej potencjał wynika z prężnego rozkwitu odlewni – choć większość procesorów starszej generacji projektuje się poza Chinami, to miejscowe odlewnie (m.in. SMIC i Hua Hong) dysponują ogromnymi możliwościami wytwórczymi. ChRL dąży też do ich dalszego zwiększania w odniesieniu do chipów starszej generacji. W 2024 r. ma tam powstawać o milion procesorów tego rodzaju miesięcznie więcej niż w 2023 r., co oznacza, że państwo to zamierza wytwarzać ich więcej niż reszta świata łącznie. Pekin zapowiada również uruchomienie do 2026 r. 32 nowych fabryk o tej specjalizacji, a budowa 22 z nich już się rozpoczęła. Jeśli wszystkie planowane zakłady zaczną pracować w ciągu najbliższych dwóch lat, to na przestrzeni 3–5 lat ChRL ma szansę osiągnąć pułap ok. 40% globalnej produkcji półprzewodników 20–40 nm i ponad 50% 50–180 nm.

osw.waw.pl