piątek, 31 maja 2024



— Ta operacja według naszej informacji ma kryptonim "Przypływ". To rozwinięcie operacji, która na pierwszym etapie wojny hybrydowej z 2021 r. nosiła kryptonim "Śluza" — powiedział.

Zdaniem białoruskiego opozycjonisty destabilizacja sytuacji na granicy, ucieczka na Białoruś "szpiega Szmydta" oraz "werbowanie przez Białorusinów w Warszawie polskich obywateli w celu likwidacji jednego z liderów rosyjskiej opozycji to skoordynowane działania prowadzone przez służby specjalne Białorusi i Rosji".

— To jest część obowiązków Łukaszenki związanych z wojną, którą Rosja prowadzi z Ukrainą. Łukaszenka ma za zadanie destabilizować granicę i upokorzyć Polskę — powiedział Łatuszka.

Były ambasador Białorusi w Polsce powiedział też, że ze swoich źródeł miał informację o potencjalnych prowokacjach polegających na tym, że kilku oficerów białoruskiego GRU miałoby przedostać się na terytoria Polski i Litwy, by stamtąd zaatakować, nawet strzelając, białoruskich żołnierzy lub pograniczników. — Odpowiada za to szef grodzieńskiego oddziału KGB na Białorusi, który składa sprawozdania osobiście Łukaszence lub swojemu szefowi, generałowi Iwanowi Tertelowi, szefowi KGB Białorusi — powiedział.

Łatuszka podkreślił, że jako działacz białoruskiej opozycji odczuwa brak strategii Zachodu i konkretnych działań wobec Łukaszenki, przez co ten, w jego ocenie, czuje się bezkarny. — Dlatego ważne jest, by postawić zarzuty wszystkim osobom, które odpowiadają za kryzys migracyjny — powiedział i dodał, że należy także wydać nakaz aresztowania Łukaszenki za popełnione dotychczas zbrodnie wojenne.

PAP

czwartek, 30 maja 2024



Onkolog zajmujący się radioterapią David Gius nie szukał szkodliwych skutków diety ketogennej. Zamiast tego on i jego współpracownicy z Centrum Nauki o Zdrowiu Uniwersytetu Teksasu w San Antonio badali wpływ diety na p53, białko o silnym działaniu przeciwnowotworowym.

Układ odpornościowy zwykle zabija starzejące się komórki. Ale kiedy się utrzymują, powodują spustoszenie - Jesús Gil, ekspert ds. starzenia się komórek w Imperial College w Londynie.

Jedną z ról p53 jest organizowanie starzenia się komórek, informowanie zestresowanych, niesfornych komórek, aby przestały się dzielić, zanim spowodują problemy. Układ odpornościowy zwykle zabija starzejące się komórki. Ale kiedy się utrzymują, powodują spustoszenie – mówi Jesús Gil, ekspert ds. starzenia się komórek w Imperial College w Londynie. – Jeśli na przykład komórki macierzyste ulegają starzeniu, mogą osłabić zdolność tkanek do naprawy. Starzejące się komórki wydzielają również cząsteczki, które mogą wywołać stan zapalny i inne szkodliwe skutki.

Gius i jego zespół natknęli się na związek starzenia się, gdy poddali myszy wzbogaconej diecie ketogenicznej, w której około 90% kalorii pochodziło z tłuszczu. Grupa kontrolna gryzoni jadła żywność, w której tłuszcz dostarczał jedynie 17% kalorii. Po tym, jak myszy pozostawały na tej diecie przez 7 lub 21 dni, naukowcy przeanalizowali próbki tkanek z ich serc, nerek, wątroby i mózgu.

Zespół odkrył, że u zwierząt na diecie ketogennej wzrósł poziom białka p53. Naukowcy wykryli także wzrost innych cząsteczek wskazujących na obecność starzejących się komórek.

Naukowcy sprawdzili, czy komórki zniknęły po przejściu myszy na normalną dietę. Odkryli, że po 3-tygodniowej przerwie poziom starzejących się komórek prawie wrócił do normy. 

(...)

– Starzejące się komórki nie zawsze oznaczają, że tkanka jest niezdrowa, zauważa biolog komórkowy Yi Zhu z kliniki Majao. – Pomagają na przykład w gojeniu się ran. Zanim ktokolwiek będzie mógł stwierdzić, że diety ketogeniczne są niebezpieczne, badacze musieliby wykazać, że komórki faktycznie szkodzą myszom – mówi. – Samo wykazanie wzrostu starzenia się nie wystarczy, aby wykazać, że dieta jest szkodliwa – dodaje.

rp.pl

środa, 29 maja 2024



Ostatecznie najdłuższa bitwa I wojny światowej przyniosła nie więcej niż cztery kilometry zdobytego terenu. Jednak w 300-dniowej bitwie o fortyfikacje Verdun poległo około 300 tys. Niemców i Francuzów, a ponad 700 tys. z nich zostało rannych lub zaginęło, przy prawie równych stratach obu armii.

To, dlaczego Verdun, jedna z najsilniejszych francuskich fortec, stała się celem głównej niemieckiej ofensywy ("Unternehmen Gericht"), jest nadal kontrowersyjne. W swoich wspomnieniach niemiecki szef sztabu generalnego Erich von Falkenhayn mówił o "krwawiącej" bitwie, w której chciał zniszczyć francuskie rezerwy poprzez "białe wykrwawienie" i odniósł się do memorandum, w którym twierdzi, że przedstawił swoją strategię cesarzowi Wilhelmowi na Boże Narodzenie 1915 r.

(...)

Sporo historyków interpretuje to obecnie jako kamuflaż mający na celu przypisanie wyższego celu "Operacji Court" z perspektywy czasu, po tym, jak po kilku dniach stało się jasne, że pierwotny cel nie mógł zostać osiągnięty. Była to najwyraźniej próba ponownego poruszenia frontu zachodniego, który tkwił w martwym punkcie od jesieni 1914 r., poprzez ukierunkowane uderzenie w newralgiczny punkt, aby osiągnąć przełom operacyjny i zmusić Francję do negocjacji.

Kiedy ofensywa zatrzymała się po zaledwie kilku dniach, niemieckie dowództwo nie znalazło siły, by odwołać operację, ale zamiast tego rzuciło do walki coraz więcej żołnierzy. Po tym, jak Falkenhayn został zastąpiony pod koniec sierpnia, jego następcy Paul von Hindenburg i Erich Ludendorff przeszli na czysto defensywne podejście, ponieważ główna ofensywa angielsko-francuska nad Sommą i rosyjska ofensywa Brusiłowa w Galicji wyczerpały wszystkie rezerwy. Od tego momentu francuskie dowództwo robiło wszystko, co w jego mocy, aby odzyskać utracony teren. Do połowy grudnia udało się to w dużej mierze osiągnąć, przynajmniej na wschodnim brzegu Mozy.

(...)

Procedura logistyczna tłumaczy odmienne spojrzenie na bitwę pod Verdun we Francji i w Niemczech. Francuskie dowództwo wysyłało na front rotacyjnie części niemal wszystkich francuskich dywizji, by po kilku dniach je zwolnić. Po udanej obronie pod koniec bitwy większość żołnierzy mogła więc poczuć się bohaterami narodu, a przede wszystkim głównodowodzący Philippe Pétain, który urósł do miana "zbawcy Verdun" (co dało mu "prestiż" przewodzenia kolaboracyjnemu rządowi Vichy z III Rzeszą w 1940 r.).

Niemcy natomiast pozostawili na froncie swoją piątą armię i tylko sporadycznie zastępowali poległych świeżymi rekrutami. Doprowadziło to do "wykrwawienia" i "szkieletyzacji" całych jednostek, których ocaleni postrzegali siebie jako "ofiary" pozostawione same sobie przez "ojczyznę". — Ten negatywny mit był już prefiguracją późniejszej legendy dźgnięcia w plecy — mówi historyk i specjalista od II wojny światowej Gerd Krumeich.

onet.pl/Die Welt

wtorek, 28 maja 2024



W Jednej Rosji odbyły się prawybory („primaries”), w których wybierano kandydatów. Ponieważ zarówno sam Putin, jak i jego partia nie przegrywają głosowań w Rosji, wybranie na kandydata oznacza prawie stuprocentową pewność znalezienia się w organie, do którego się kandyduje.

Ale spośród 103 byłych żołnierzy (zarówno zawodowych, jak i ochotników), którzy na wezwanie Putina chcieli zacząć tworzyć „nową elitę”, aktyw putinowskiej partii dopuścił prawdopodobnie tylko jednego – w Tatarstanie. Do obsadzenia w jesiennych wyborach regionalnych będzie 591 mandatów.

Od początku obecnego roku rosyjski lider kilkakrotnie mówił o powstającej „nowej elicie” kraju, złożonej z ludzi „obmytych krwią”, czyli „weteranów Specjalnej Operacji Wojskowej” (jak uporczywie, trzeci rok rosyjska propaganda nazywa wojnę z Ukrainą). Zarówno oni, jak i ich rodziny posiadają już znaczne przywileje materialne, wynoszące ich ponad lokalne społeczności.

W lutym, w orędziu przed Zgromadzeniem Federalnym Putin mówił o ludziach, którzy byli na wojnie (nie tylko o żołnierzach, ale i pracownikach tyłów): „główne kadry solidnej przyszłości naszego kraju”. Jeszcze na początku inwazji wśród rosyjskich urzędników średniego i wyższego szczebla była moda na wyjazdy na wojnę (a dokładniej na jej zaplecze, jako członkowie okupacyjnych władz). Uważano, że będzie to sprzyjało szybkiemu awansowi („wyniesieniu przez windę kariery” – jak mówią w Rosji).

Ale obecnie nikomu to nie pomogło w oczach aktywistów putinowskiej partii w prawyborach. Najgorzej weterani wypadli w Moskwie, próbując zostać kandydatami do rady miejskiej. „W większości wypadków zajęli ostatnie albo przedostatnie miejsca, dostając sto razy mniej głosów niż zwycięzcy” – napisał niezależny portal Wiorstka, który dokonywał żmudnych podliczeń z obszaru całej Rosji.

Kogo wybierała partyjna nomenklatura najlepiej widać na przykładzie jednego z najbardziej znanych medialnie w Rosji weteranów. To Konstantin Ryżak, syn deputowanego parlamentu z formalnie opozycyjnej partii Sprawiedliwa Rosja (zawsze popierającej Putina) Nikołaja Ryżaka. Ojciec ponadto miał dodatkową wartość w oczach imperialnej publiczności - był generałem KGB.

Jednak prawybory wygrał też syn, ale piosenkarza Olega Gazmanowa, Rodion. Ojciec jest hołubiony przez rosyjską propagandę, śpiewa bowiem pod dyktando Kremla. Syn kagebisty dostał 34 głosy na „primaries”, a syn piosenkarza – 5186.

Nawet na okupowanych terenach Ukrainy (np. na Krymie czy w Sewastopolu) dawni separatyści donieccy (nie wszyscy później służyli w rosyjskiej armii przeciw Ukrainie, ale wszyscy mają status weteranów) ponieśli klęskę.

W całej Rosji putinowska partia ich odrzuciła, nie dopuszczając na pierwszy szczebel politycznej kariery jakim są mandaty w regionalnych parlamentach, czy radach dużych miast.

Już wcześniej obserwatorzy dziwili się, że przy okazji majowej rekonstrukcji rządu nawet jednej teki ministerialnej nie dostał weteran. – Putin nie mógł znaleźć spośród nich kogoś choćby na stanowisko ministra sportu? – dziwił się opozycyjny politolog, emigrant i były współpracownik Kremla Abbas Gałliamow.

Jego zdaniem jedynym powodem, dla którego obecnie pojawiła się ta setka kandydatów-weteranów była tylko „dodatkowa agitacja za wstępowaniem do wojska”. (...)

- Jasno widać, że sama w sobie ta publika nie ma żadnej wartości dla systemu sprawowania władzy. A system się zamknął: wszyscy są już na swoich miejscach (i nie wpuszczają nowych - red.). Gdyby Putin naprawdę wierzył w to wszystko, co sam mówił o „nowej elicie”, to przecież - gdy formował nowy gabinet ministrów - wprowadziłby tam jakiegoś weterana – dodał Gałliamow.

rp.pl


Rosyjscy analitycy są oszołomieni. Eksperci wojskowi z grupy "Starszije Eddy" (611 tys. subskrybentów na Telegramie) piszą, że Ukraińcom udało się "uderzyć w naszą rakietową stację wczesnego ostrzegania za pomocą wolno latających lekkich dronów typu samolotowego, nagrać wyniki uderzenia na zdjęciach i filmach wideo oraz opublikować wszystko w internecie".

Jednocześnie podkreślają, że "od roku" wojskowi alarmują, że armia rosyjska potrzebuje środków przeciwdziałania takim samolotom bezzałogowym.

Z kolei członkowie grupy "Rybar" (1,2 mln subskrybentów na Telegramie) są rozsierdzeni. Piszą, że drugi atak był "logiczną konsekwencją braku odpowiedniej reakcji na pierwszy atak". Rosyjska "bezczynność" miała ogromny "wpływ na wydarzenia", ponieważ "zachęciła" ukraińską armię do działań.

Rosjanie ostrzegają: "Jeśli nie będzie reakcji, użycie zachodniej broni rakietowej przez ukraińskie jednostki przeciwko starym rosyjskim terytoriom (tj. rosyjskim terytoriom nuklearnym – red.), w tym obiektom strategicznym, jest tylko kwestią czasu".

onet.pl


Według ustaleń SBU zatrzymany jest obywatelem kraju Azji Południowej, a na początku 2000 roku przybył do Ukrainy. Po zwiększeniu ataku Rosji na Ukrainę mężczyzna organizował nielegalny transport ludzi do krajów europejskich.

"Materiały SBU pomogły w ekstradycji do Polski biznesmena, który swoimi przestępczymi działaniami zaostrzył kryzys na granicy UE i Białorusi" - czytamy w komunikacie ukraińskich służb. Mężczyzna miał organizować masowy przemyt ludzi m.in. z Nepalu, Bangladeszu czy Pakistanu do Unii Europejskiej.

Według ustaleń SBU w zeszłym roku dzięki współpracy polskich i ukraińskich służb udało się zatrzymać część migrantów, którzy trafili do UE. W Chmielnickim zatrzymano z kolei organizatora całego przedsięwzięcia. Podczas przeszukania miejsca jego zamieszkania znaleziono sprzęt komunikacyjny, komputerowy oraz protokoły z dowodami prowadzonej działalności.

W mieszkaniu znaleziono również pieniądze, które prawdopodobnie pochodziły z przestępstwa. "Sprawca został poddany ekstradycji do Rzeczypospolitej Polskiej, gdzie znajdował się na międzynarodowej liście osób poszukiwanych. Tam cudzoziemiec będzie ścigany za przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu europejskiemu" - podała SBU. Operacja została przeprowadzona pod nadzorem Prokuratury Generalnej, wraz z Prokuraturą Okręgową w Kijowie i Chmielnickim.

"'Szlak uchodźców' przebiegał przez terytorium Rosji i Białorusi, a następnie do Rzeczypospolitej Polskiej, omijając ustanowione punkty kontrolne. Do jego obsługi mężczyzna stworzył międzynarodową grupę przestępczą, w skład której wchodziło kilkadziesiąt osób z różnych krajów" - przekazała SBU.

Jak wynika z ustaleń ukraińskich służb, mężczyzna miał wydawać instrukcje, dotyczące tras transportu migrantów oraz ich czasowego pobytu. Do komunikacji używano popularnych komunikatorów. "Przestępcy próbowali 'rozproszyć' do stu nielegalnych imigrantów w różnych krajach europejskich, którzy zostali podzieleni na oddzielne grupy. Każda grupa miała swój własny cel i przywódcę" - podała SBU.

gazeta.pl

poniedziałek, 27 maja 2024



Jeśli chodzi o projekty gazowe, stanowisko Chin w sprawie udziału w nich zostało jasno nakreślone przez jednego z wicepremierów chińskiego rządu, gdy po raz kolejny przekonano go do wyrażenia zgody na ułożenie nowych tras gazociągów przez granicę podczas jego wizyty w Moskwie.

Według uczestników rozmów chiński gość powiedział, że współpraca gazowa powinna być "zintegrowana".

Poproszony o wyjaśnienie znaczenia tego terminu, powiedział, że udział chińskich firm w rosyjskim przemyśle gazowym jest możliwy, jeśli spełnione zostaną trzy warunki:
  • chińskie firmy będą mogły pracować nad poszukiwaniem i produkcją gazu w Rosji,
  • chińskie firmy będą mogły budować gazociągi w Rosji,
  • chińskie firmy będą mogły niezależnie eksportować swoją część wyprodukowanego gazu.
Rosja nie może spełnić żadnego z tych warunków bez zreformowania ram prawnych, które określają status monopolu Gazpromu, co uniemożliwia Chińczykom przejęcie (choćby tylko części) projektów gazowych, w które zaangażowany jest monopolista.

To, na co Chińczycy chętnie się zgodzili, to współpraca z Novatekiem w dwóch projektach dotyczących skroplonego gazu ziemnego: Yamal LNG i Arctic LNG-2. Tam otrzymują prawo własności i mogą niezależnie eksportować i sprzedawać swoją część produkcji na rynku światowym (29,9 proc. w konsorcjum Jamał LNG i 20 proc. w Arctic LNG-2).

Przejęcie aktywów produkcyjnych Gazpromu nie ma sensu dla Chińczyków. Gazprom sam, wykorzystując własne i państwowe fundusze, może produkować gaz, budować gazociągi i transportować ten gaz przez granicę z ChRL.

Jednocześnie zainteresowanie rosyjskiego kierownictwa "otwarciem nowych szlaków eksportowych na wschód" jest tak duże, że cena dostarczanego gazu nie pokrywa ani inwestycji kapitałowych w infrastrukturę, ani nawet kosztów operacyjnych produkcji i transportu.

onet.pl/The Moscow Times


Według danych Krajowej Administracji Energetycznej (NEA) do końca pierwszego kwartału tego roku moc magazynów energii w Chinach sięgnęła 35,3 GW. Oznacza to ponad dwukrotny (2,1) wzrost rok do roku. Podobnie jak w innych wypadkach wzrost napędzają regulacje i rządowe wsparcie.

Przede wszystkim to dotacje do budowy źródeł OZE, których niestabilność silnie wspiera zapotrzebowanie na magazynowanie energii, ale także wymogi regulacyjne. Przykładowo chińska prowincja Qinghai wymaga, by przy budowie źródeł wiatrowych wystawiać także magazyny, mające 10 proc. mocy budowanych wiatraków.

Najszybciej rozwijają się pod tym względem północno-zachodnie regiony Chin. Według NEA w roku 2023 zainstalowano tam 222 GW generacji OZE, zarówno wiatrowej jak i słonecznej. Zbudowało to wielkie zapotrzebowanie na magazynowanie energii i pozwoliło na zbudowanie w tym regionie magazynów o mocy 10,3 GW. Według NEA to 29,2 proc. wszystkich postawionych w kraju mocy magazynowania.

- Wraz z uruchomieniem licznych projektów opartych na odnawialnych źródłach energii o mocy gigawatów w północno-zachodnich Chinach, lokalny system sieciowy musi zintegrować moce odnawialne, zoptymalizować moc wyjściową i rozwiązać problemy z nieciągłościami powodowanymi przez energię wiatrową i słoneczną - powiedział cytowany przez China Daily Deng Simeng, starszy analityk ds. odnawialnych źródeł energii i badań energetyki w globalnej firmie doradczej Rystad Energy.

Przyrost mocy energetyki odnawialnej jest przy tym obecnie wolniejszy niż rozbudowa magazynów. Według NEA w ubiegłym roku moce zainstalowane źródeł OZE wzrosły o 14,5 proc., sięgając 2,99 mld kW. Najszybciej rosną moce energetyki słonecznej, które po wzroście o 55 proc. sięgnęły 660 mln kW. W przypadku energetyki wiatrowej przyrost mocy sięgnął 21,5 proc. Wynosi ona obecnie 460 mln kW.

"Magazynowanie baterii, które wymaga mniejszych urządzeń, elastycznych lokalizacji i krótszych okresów budowy w porównaniu z energią wiatrową, słoneczną i innymi konwencjonalnymi źródłami energii, cieszy się dużym zainteresowaniem ze względu na swoją kluczową rolę i korzyści" - podaje NEA.

W pierwszym kwartale tego roku największe chińskie firmy energetyczne miały, według NEA, zainwestować w rozwój magazynów energii około 136,5 mld juanów (18,84 mld dolarów). Chińskie firmy inwestują przy tym nie tylko w magazynowanie oparte o baterie. China Daily podaje, że na opublikowanej w początku roku rządowej liście projektów pilotażowych znalazło się 56 pozycji, wśród których 17 dotyczyło magazynów opartych o baterie litowo-jonowe, ale było tam na przykład także 11 projektów opartych o sprężone powietrze.

W maju włączono do sieci energetycznej zbudowany kosztem niemal 1,5 mld juanów (210 mln dolarów) zakład magazynujący energię w postaci sprężonego powietrza, który China Daily określa jako największy tego typu magazyn energii na świecie. Ma on moc 300 MW.

Zakład może rozładowywać zmagazynowaną energię przez 6 godzin. Oferując rocznie 600 mln kWh ma on zapewnić energię dla potrzeb 200-300 tysięcy gospodarstw domowych.  

wnp.pl

niedziela, 26 maja 2024



Właśnie od niemieckiego sterowca wzięła się nazwa Hindenburg Research, agencji białego wywiadu, która tak definiuje swoją misję na rynku finansowym: „naświetlać katastrofy, za które winę ponosi człowiek i których można było uniknąć – zanim przyciągną więcej ofiar”. W Polsce zrobiło się o niej głośno 15 marca, kiedy opublikowała raport o LPP, ikonie polskiej giełdy, jednej z ulubionych spółek inwestorów. Zarzuciła jej, że wciąż prowadzi handel w Rosji, mimo że komunikowała wycofanie się z tego rynku tuż po najeździe Putina na Ukrainę.

– Dla niezorientowanych: Hindenburg Research to nie jest jakaś buda z kebabem z analizami, ale jeden z najbardziej znanych funduszy typu „short seller” – napisał wtedy na platformie X Konrad Ryczko, analityk DM BOŚ.

Hindenburg twierdzi, że deklarowana sprzedaż rosyjskiej części biznesu LPP do Chin była pozorna. W dużym skrócie tak widzi prawdę: biznes kupiła spółka z Dubaju założona na dzień przed ogłoszeniem porozumienia w sprawie transakcji, nieznane są nazwiska jej reprezentantów; rosyjskie sklepy są wciąż pod faktyczną kontrolą LPP, pojawiają się te same kolekcje, które dostępne są w Polsce, a kody kreskowe towarów są niby chińskie, lecz faktycznie fałszowane w celu potajemnego śledzenia ubrań przez systemy informatyczne. Hindenburg relacjonuje, że osoby z bliskiego otoczenia Marka Piechockiego przyznawały, że założyciela i prezesa „nie obchodziła jakaś tam tymczasowa wojna”, która krzyżowała mu plany silnej ekspansji w Rosji. Wskazuje też, że jedna z azjatyckich „firm przykrywek” została założona przez kluczowego członka Fundacji Semper Simul, która jest powiązana z Piechockim i jest głównym akcjonariuszem LPP.

Tym samym spora część przychodów LPP miałaby pochodzić „zza linii wroga”, choć spółka kreowała opinię, że tak dobrze idzie krajowy biznes – co inwestorzy doceniali, windując kurs akcji. Na skutek publikacji raportu Hindenburga kapitalizacja giganta odzieżowego, do którego należą marki Reserved, Sinsay, Cropp, House i Mohito, w jeden dzień stopniała z 33 mld zł do 21 mld zł. Inwestorzy stracili 36 proc.

(...)

Dotychczas Hindenburg wydał ponad 60 raportów. Jak wynika z danych Bloomberga, spośród 15 najbardziej medialnych spraw w pierwszym dniu po publikacji w przypadku 13 spółek kurs spadł, najczęściej dwucyfrowo. Jeśli spojrzeć na perspektywę 3-miesięczną, zniżkę odnotowało 9 spółek – zazwyczaj spadki się pogłębiły, sięgając nawet 80–90 proc. Większość z tych kursów już się nie podniosła. To oznacza, że Hindenburg często – choć nie zawsze – mógł mieć rację. Akcje LPP trochę odbiły i miesiąc po wybuchu afery utrzymywały się kilkanaście procent na minusie.

Ale taka agencja nie jest instytucją dobroczynną, która jedynie dostarcza światu „prawdy”. Gdy inni tracą, ona zyskuje. Tuż przed publikacją raportów zajmuje krótkie pozycje na akcjach danej spółki (czyli z nastawieniem na zarabianie na spadkach, stąd nazwa: short-seller). Może w jeden dzień zarobić kilkadziesiąt procent i zamknąć temat. W połowie marca na polskim rynku często można było usłyszeć pytanie: gdzie leży etyczna granica praktyk short-sellerów? Główny zarzut wobec nich to manipulacja rynkiem (raporty pisane są pod tezę, mogą być przesadzone), która dodatkowo negatywnie odbija się na dużej grupie „niewinnych inwestorów”, także tych zgromadzonych w funduszach. Do tego negatywny wpływ na pracowników, którzy w wyniku pogorszenia sytuacji spółki nieoczekiwanie tracą pracę.

– Short-sellerzy są potrzebni. To brutalna, ale skuteczna regulacja. Miarą etyki jest tu rynek, który z określoną siłą reaguje na publikowane informacje. A na- wet jeśli kurs odbija, bo inwestorzy dają kredyt zaufania, to problematyczny obszar jest naświetlony, spółka musi trzymać się na baczności, poprawić błędy. To też przestroga dla innych – mówi Rafał Zaorski, inwestor, najbardziej znany polski spekulant. – W USA to jest popularna i uznawana praktyka, tam tacy inwestorzy są chronieni wolnością konstytucyjną. U nas nadzorca od razu uznaje to za manipulację kursem i działanie na szkodę rynkowi. KNF działa jak PRL: próbuje ludziom przedsiębiorczym powiedzieć, że źle wpływają na rynek. Akurat Hindenburg nie musi się niczego obawiać, bo nie jest zarejestrowany w Polsce – tłumaczy.

(...)

Widać, że wybiera w przemyślany sposób. Przede wszystkim dotyka tematów krzykliwych, szokujących, źle przyswajalnych społecznie – które trafią do mainstreamu, wywołają masowe oburzenie i spotęgują giełdowe spadki.

– Sygnaliści dostarczają ci wstępne info, że w spółce są tajemnice. Jeśli pasuje ci tematyka, zaczynasz od zmapowania inwestorów. Musisz sprawdzić, czy będzie siła sprzedających: na przykład fundusze, które będą podążały za benchmarkiem albo fundusze algorytmiczne. I czy nie ma przypadkiem silnego udziału zamożnego właściciela, który by skupował akcje – opowiada osoba, która ma doświadczenie w takich działaniach. – Potem delegujesz ludzi, którzy najpierw analizują oficjalne dane, a następnie idą w teren. Wyciągają informacje ze źródeł niezależnych i z wewnątrz spółki. Kluczową rolę odgrywa miękki wpływ na ludzi. Często zespół wchodzi do firmy jako kontrahenci lub pracownicy – dodaje nasz rozmówca.

onet.pl/Forbes

sobota, 25 maja 2024



Luty 2022 r. Rosja dokonuje inwazji na Ukrainę. W tym czasie w zakładach Stellantis w Kałudze (PSMA RUS) wciąż jeszcze trwa produkcja samochodów. Z linii montażowych zjeżdżają m.in. dostawcze modele Citroena (m.in. Berlingo, Jumpy, Space Tourer), Opla (Zafira, Vivaro, Combo) i Peugeota (Traveller, Expert, Partner). Nie brakuje także aut osobowych. Z Kaługi wysyłano do salonów Citroeny C4, C5 Aircross czy Peugeoty 408 oraz Mitsubishi. Do czasu. Już w kwietniu 2022 r. władze koncernu Stellantis zamknęły fabrykę i ewakuowały swój zagraniczny personel.  

Do grudnia 2023 r. w kompletnie wyposażonej fabryce (Stellantis pozostawił całą linię produkcyjną oraz niewykorzystane podzespoły do produkcji kilku modeli) nic się nie działo. Rosjanie szukali inwestorów, by wykorzystać zakłady i znaleźć pracę dla ponad 2,7 tys. pracowników. Nietrudno zgadnąć, gdzie znaleźli wsparcie. Pomoc przyszła z Chin. W ciągu ostatnich tygodni 2023 r. uruchomiono pilotażową produkcję 48 egzemplarzy. Wówczas jeszcze trzymano w tajemnicy informacje o marce i modelu. Oczywiście do czasu.

Po kilku miesiącach Rosjanie odkryli karty. Już w marcu pochwalili się, że w zakładach w Kałudze wznowiono produkcję popularnego SUVa. Po uzupełnieniu zapasów części ruszyła linia, na której powstaje Citroen C5 Aircross. Znamienne, że zakłady wznowiły wytwarzanie modelu bez wiedzy i zgody producenta. Reakcje Francji i Holandii były łatwe do przewidzenia. We francuskich mediach wspominano o szoku i bezczelnym fałszowaniu produktów oraz pirackich praktykach Rosjan.

A co na to najbardziej poszkodowany? Władze Stellantis (firma ma siedzibę w Amsterdamie) ograniczyły się do dość skromnego protestu i oświadczenia o utracie kontroli nad fabryką. Zapewne w tym czasie trwały zakulisowe rozmowy (dziennik Liberation informował, iż Stellantis przypomniał Chińczykom, iż nie mają prawa do eksportu części do C5 Aicross) z chińskim partnerem (Dongfeng). To on odpowiada za produkcję C5 Aicross w Chinach. Nie jest bowiem tajemnicą, że odpowiedniego wsparcia w postaci części i komponentów udzielił chiński państwowy koncern Dongfeng Motor. Francuscy dziennikarze alarmowali, że zespawane i pomalowane nadwozia Citroena C5 Aircross transportowano do Rosji koleją. Tę samą drogą wysyłano także pozostałe części.

Francuska bezradność stała się zachętą. Rosjanie wspólnie z Chińczykami poszli o krok dalej. W maju 2024 r. ruszyła sprzedaż nowych Citroenów składanych w Rosji. Prócz C5 Aircross można jednak także zamówić także inne fabrycznie nowe samochody z gamy koncernu Stellantis. Tak oto ofertę poszerzono o wytwarzane w Chinach trzy modele Peugeota (2008, 4008 i 5008) oraz Citroena C5X. Dostępne są nie tylko w dawnych salonach marki, ale także na nowej platformie internetowej, by zamawiać auta w trybie online. Nie każdy jednak może z niej skorzystać. Na początek ruszyła sprzedaż w Moskwie oraz w promieniu 250 km od rosyjskiej stolicy. I tak wystarczy, by wystarczająco dobrze wzbudzić wściekłość w Amsterdamie czy w Paryżu.

moto.pl


Joanna Gąska: Kiedy wybuchnie wojna, jaki korpus i jakie siły przyjdą na pomoc Polsce?

Szef Sztabu Dowództwa Sił Połączonych NATO w Brunssum gen. broni Krzysztof Król: - Chciałbym uspokoić. Żadna wojna na razie nie wybucha. Sojusz Północnoatlantycki i Polskie Siły Zbrojne przygotowują się do tego, żeby być permanentnie w gotowości do odparcia jakiegokolwiek ataku na Polskę. Najważniejsze jest budowanie zdolności i gotowości do obrony. Przez ostatnie dwa lata NATO buduje właściwe plany i przygotowuje się do ich potencjalnej egzekucji.

Nowa strategia NATO to nie tylko obrona, ale też odstraszanie. Co pan przez to rozumie? Jakie działania musi podjąć polska armia, żeby odstraszać?

- Najważniejsza zmiana, która zaszła w 2021 roku, kiedy NATO dowiedziało się, że Rosja ma bardzo agresywne plany, jeśli chodzi o Ukrainę, to przygotowywanie się do wdrożenia starej kultury NATO, czyli odstraszania, budowania zdolności do przesuwania sił na granie Sojuszu i budowanie zdolności do karania ewentualnego agresora. NATO jest też sojuszem nuklearnym. Tu chcę uspokoić. NATO było, jest i będzie sojuszem, który ma właściwie zbalansowaną zdolność, jeśli chodzi o wojska konwencjonalne i zdolności nuklearne.

Ta poetyka o zdolnościach nuklearnych, poetyka strachu i dominacji się powtarza. Od jakiegoś czasu wojska NATO wdrażają teorię odstraszania nuklearnego. Co to znaczy? Czy w tych szkoleniach uczestniczą żołnierze polscy?

- Strategia odstraszania nuklearnego i konwencjonalnego została przyjęta przez wszystkie państwa NATO. Nazywamy to strategią elastycznego odstraszania, czyli pokazywania naszemu potencjalnemu przeciwnikowi naszych zdolności, możliwości i woli użycia wszystkich środków, które mamy w arsenale, żeby bronić każdego członka Sojuszu. Polska jest najlepszym przykładem. NATO już kilka miesięcy przed agresją Rosji na Ukrainę i po agresji, prowadziła szereg operacji w przestrzeni powietrznej i na terytorium Polski, żeby dawać Rosji jasny sygnał: atak na członka NATO rozpocznie kolejną wojnę. NATO się nie wycofa o metr z terytorium członków Sojuszu.

Miecz i tarcza – co to jest w kontekście Polski?

- Wiele mówiłem na temat tarczy i miecza. W kontekście Polski tarcza to wojska konwencjonalne. Ustalenia ze szczytu w Madrycie i w Wilnie w 2023 roku są takie, że NATO zdecydowało o rozbudowie swoich zdolności konwencjonalnych, o budowie wojsk lądowych, które będą dyslokowane na wschodniej flance NATO: krajach bałtyckich, Polsce, Słowacji, Węgrzech, Rumunii i Bułgarii. Do tego budowa zdolności sił powietrznych, marynarki wojennej, budowa zdolności do działania w wymiarze cybernetycznym. To wszystko będzie tworzyć operacje wielodomenowe.

Czy w polityce odstraszania musi być obecna proporcjonalna odpowiedź w kontekście liczebności armii? To konieczne by odstraszać? Nie mamy tak licznej populacji w Polsce, przegrywamy z Rosją. Potencjał militarny jest konieczny by odstraszać?

- Tu bym wrócił do doświadczeń NATO z lat Zimnej Wojny. Wtedy my byliśmy po tej złej stronie. W latach 60., 70. i 80. NATO nie zbudowało identycznych sił, jakie mieli Rosjanie i nigdy nie chciało takich zbudować. NATO zbudowało doktrynę opartą na zdolności i jakości tych sił. Nie to, ile będzie czołgów, ale co one będą potrafiły zrobić, na jakich dystansach razić, z jaką celnością, jaka będzie amunicja. Na przykład samoloty: czy będzie to jednorazówka, jak w Układzie Warszawskim? Tam piloci szkolili się tylko do realizacji jednego rodzaju zadań. Piloci samolotów NATO w tym samym czasie szkolili się do realizacji kilku zadań. To różnica podejścia.

To nowa kultura operacyjna?

- Tak. Nowe podejście. Budujemy jakość, ale też ilość, jaka jest nam potrzebna, by odstraszyć przeciwnika.

Ta kultura operacyjna to nie tylko zbrojenie i szkolenie żołnierzy, ale też wojna kognitywna. Jak pan widzi potencjał Polski? Jaką wojnę kognitywną prowadzi obecnie Rosja z zachodem?

- Nie da się ukryć, że odstraszanie jest zjawiskiem społecznym. Ono z jednej strony polega na tym, że komunikujemy nasze zdolności i wolę walki z przeciwnikiem. Także komunikujemy poprzez pokazywanie, że jesteśmy zdolni broni naszych domów, zapewnić bezpieczeństwo każdej rodzinie, każdemu obywatelowi. Kierujemy również komunikację do nas samych. To jest budowanie spójności społecznej. Jednym z elementów Zimnej Wojny było to, że państwa NATO-wskie zdecydowały, iż będą się nie tylko przygotowywać do wojny, ale też realizować wszystkie zadania poniżej progu wojny. Była to walka z dezinformacją, partiami opłacanymi przez Kreml, budowanie siatki wywiadowczej, siatki wpływów, siatki decydentów rosyjskich. Na stronie internetowej Rand - brytyjskiego ośrodka analiz można znaleźć informację dotyczącą wstępnej oceny tego, jak Ukraina była kompletnie nieprzygotowana na wojnę z Rosją pod względem wojny poniżej progu.

Co to znaczy?

- Rosjanie byli w stanie doprowadzić do sytuacji, w której szpiedzy, rosyjscy oficerowie wywiadu zajmowali bardzo wysokie stanowiska w strukturach. Są nazwiska tych ludzi. Oni werbowali sobie siatkę Ukraińców, którzy nawet nie byli świadomi, że pracują na korzyść Rosji. Tak samo było w trakcie Zimnej Wojny. Rosjanie mają wielkie doświadczenie w prowadzeniu wojny różnymi metodami: wywiad, kontrwywiad, wywiad ekonomiczny, pozyskiwanie informacji o społeczeństwie. Nie tylko przez wojsko, ale przez firmy współpracujące z wojskiem.

radiokrakow.pl

piątek, 24 maja 2024



W totalitaryzującej się Rosji nie istniałoby życie polityczne bez YouTube’a i rosyjskiego komunikatora – Telegrama. Opozycja wobec Putina, jeszcze przed ostatecznym wypchnięciem poza granice kraju, nie miała praktycznie dostępu do tradycyjnych mediów, może poza koncesjonowanym quasi-liberalnym radiem Echo Moskwy. W sytuacji, gdy coraz częściej mówi się o kontroli Telegrama przez kremlowskie służby, YouTube pozostaje właściwie jedyną platformą umożliwiającą efektywną komunikację z obywatelami. W praktyce zmusza to przedstawicieli rosyjskiej opozycji do przekształcania swoich organizacji w firmy specjalizujące się w produkcji medialnej i filmowej.

Prym w tej sferze od lat wiedzie Fundacja Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego (FBK), która politykę robiła wokół śledczo-dokumentalnych filmów takich jak „On wam nie Dimon” o korupcji byłego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa czy słynny „Pałac Putina”, wyemitowany już po zatrzymaniu Nawalnego i dotychczas obejrzany na YouTubie przez 132 milionów użytkowników.

Ich ostatni hit na YouTubie to już nawet nie streamy czy filmy. Tym razem to trzyodcinkowy serial pt. „Zdrajcy” (Predateli). Maria Piewczych, szefowa oddziału śledczego FBK oraz należącego do nich kanału na YouTubie „Popularna polityka”, która jest autorką i narratorką w serialu, określa go skromnie jako nowy gatunek bez nazwy. Według niej to coś pomiędzy dziennikarstwem śledczym, dokumentalistyką i true crime. To gatunkowe odkrycie, publikowane na YouTubie w odcinkach od 16 kwietnia do 1 maja 2024 roku i którego odtworzenia łącznie zbliżają się do 20 milionów, wstrząsnęło Rosjanami mocniej niż wydarzenia na froncie czy dymisja Siergieja Szojgu.

Serial „Zdrajcy” opowiada o latach 90. w Rosji i pokazując ewolucję systemu politycznego, rekonstruuje drogę Putina na szczyty władzy.

(...)

Serialowe śledztwo polityczne rozpoczyna się na początku lat 90., kiedy to Boris Jelcyn, przejeżdżając rządową limuzyną, zauważa pustostan na ulicy Jesiennej i każe go odbudować. Następnie widz dowiaduje się, że w budynku poza rodziną samego Jelcyna zakwaterowani zostają kolejno ludzie z jego najbliższego otoczenia, w tym nikomu nieznany dziennikarz Walentin Jumaszew. Ta z pozoru niewinna sekwencja serialu otwiera rozumowanie skoncentrowane na wczesnych źródłach korupcji nowej władzy, obudowanej niejasnymi powiązaniami, transakcjami, manipulacją medialną i innymi podejrzanymi praktykami. Te wątki nie mogą się obejść bez takich postaci jak Boris Bieriezowski, Michaił Chodorkowski, Roman Abramowicz czy Piotr Awen. Dzięki nim przypominamy sobie kulisy prywatyzacji, która była gigantycznym przekrętem zbliżonych do Jelcyna ludzi. Widzimy też, jak Bieriezowski dzięki spiskom z Kremlem buduje imperium medialne wokół kanału ORT, a potem pomaga Abramowiczowi przejąć kontrolę nad firmą Sibneft, która ma dokapitalizować telewizję. Wszystko to dzieje się pod okiem Jelcyna i motywowane jest przygotowaniem zaplecza do wyborów 1996 roku.

Te wybory to punkt zwrotny w historii Rosji. Jelcyn ma już za sobą masę wpadek, jak ta, kiedy pijany dyryguje orkiestrą wojskową w Berlinie. Jest schorowany i praktycznie niewybieralny. Trwa wojna czeczeńska, a w gospodarce panuje kryzys. Na tym tle rośnie w siłę Giennadij Ziuganow i jego Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej, spadkobierczyni Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. W tym czasie rodzi się kolejny spisek oligarchów z Bieriezowskim na czele, którego celem jest jednak przepchnięcie Jelcyna na wyborach i sprywatyzowanie klejnotów w koronie podupadającej postsowieckiej gospodarki. Powstaje pomysł schematu „pożyczek za akcje” (zalogowyje aukciony) firmowany przez Czubajsa. W ten sposób w 1995 roku sprzedano za marne grosze dziś potężne przedsiębiorstwa, m.in. Lukoil, Jukos, Nornikiel, Surgutnieftiegaz.

W kontekście Jukosu jako złodziejski charakter występuje jeden z głównych dziś opozycjonistów Kremla: Michaił Chodorkowski. Kupił on akcje firmy na ustawionej aukcji, którą zresztą organizował należący do niego bank. Innymi słowy, według serialu „Zdrajcy” Chodorkowski za psi grosz kupił sam u siebie naftowego giganta, który należał do państwa.

W obawie przed powrotem do władzy komunistów Bieriezowski, Chodorkowski i Gusinski dogadują się, żeby za wszelką cenę i we własnym interesie wybrać Jelcyna na prezydenta. Mają do dyspozycji pieniądze i dwa największe kanały telewizyjne ORT i NTV. Zaczyna się więc brutalna kampania. Jelcyn jest pokazywany wszędzie, popierają go kupione gwiazdy estrady z Ałłą Pugaczową na czele, a Ziuganowa atakuje zmasowany czarny PR. Jelcyn wygrywa w drugiej turze, dostaje zawału i może przemawiać tylko 45 sekund. Według Piewczych wybory z 1996 roku są oszukane i „ukradzione”, co stanie się potem normą. Wygrywają oligarchowie, a władzę nieformalnie przejmuje Familia, czyli rodzina i otoczenie Jelcyna.

Tymczasem w Petersburgu wybory przegrywa Anatolij Sobczak, a jego protegowany, niejaki Putin, zostaje bez pracy. Dzięki znajomościom dostaje pracę w Moskwie, gdzie awansuje w prezydenckiej administracji, aż w końcu przypada mu funkcja szefa FSB. Jest 1998 rok, trwa kryzys. Putin okazuje się dobrym załatwiaczem i chroni ludzi zbliżonych do Familii przed działaniami aparatu śledczego. To prawdopodobnie decyduje o tym, że w 1999 roku Jelcyn ogłasza, że to właśnie on będzie kontynuatorem jego dzieła, i wyznacza Putina na premiera. Kampania wyborcza zaczyna się faktycznie od serii ataków terrorystycznych, na tle których zdecydowane frazy premiera o bezwzględnej walce z wrogami nie mogą się nie spodobać przestraszonym ludziom. Putina popiera też Bieriezowski. W ostatnich minutach 1999 roku schorowany Jelcyn ustępuje ze stanowiska i od tego momentu Rosjanie mają do wyboru tylko Putina.

(...)

Oskarżycielski ton „Zdrajców” wywołał reakcję żyjących bohaterów filmu, reprezentujących obóz antagonistów prawdziwej demokracji, która się nie wydarzyła. Tutaj głównym argumentem staje się czas, a dokładniej zły timing. Chodorkowski w specjalnym nagraniu-polemice mówi wprost: po co mówić o korupcji sprzed 25 lat, kiedy za oknem wojna? Jak zrzucimy całą odpowiedzialność za zło na Jelcyna i jego oligarchów, to nie będzie czego zrzucić na ekipę Putina. Argumentuje, żeby nie rozmywać odpowiedzialności i aktualnych celów, czyli zatrzymania wojny. W filmiku Chodorkowskiego pojawiają się w tym momencie kadry bombardowań ukraińskich miast. Ale dalej Chodorkowski daje się wciągnąć w polemikę wokół przedstawionych w serialu wydarzeń. Rozważa, czy przejęcie bloku przez Jelcyna to prawda i tłumaczy jakieś detale o akcjach ORT Bieriezowskiego. Wszystko to może się wydawać śmiechu wartą drobnicą, ale Chodorkowski wcale nie kończy swojego wystąpienia z uśmiechem, co pokazuje, że dyskursywna walka wokół „Zdrajców” nie toczy się jedynie o wyprostowanie prawdy historycznej. Chodorkowski wspomina o prywatyzacji Sibnieftu (nie Jukosu) i stawia zarzut, że Piewczych mówi w tym kontekście z sympatią o Abramowiczu, że go wybiela. W tym momencie sam przypuszcza atak na FBK. Bo skoro nawalniści sympatyzują z takimi oligarchami jak Abramowicz, to znaczy ze skandal z pismem popierającym Michaiła Fridmana niczego ich nie nauczył i nadal liczą na podziały w elitach.

Chodorkowski pije do skandalu, którego bohaterem stał się kolega Piewczych – Leonid Wołkow. Wiosną 2023 roku wyszło bowiem na jaw, że Wołkow jedną ręką nawoływał do sankcji wobec popleczników Putina, a drugą podpisywał kierowane do organów Unii Europejskiej pisma w obronie objętych sankcjami rosyjskich oligarchów. Chodorkowski nie odpuszcza też samej autorce, kiedy mówi: a co wyście zrobili w walce z Putinem? Poszliście pod kule albo siedzieliście w więzieniu? Nie! Żyliście sobie spokojnie za kasę z grantów i pieniądze tatusia. Tajemnicą poliszynela jest bowiem to, że ojciec Marii Piewczych sam w niejasny sposób sprywatyzował kilka pensjonatów na Kubaniu, co pozwoliło Marii na podjęcie studiów na prestiżowej London School of Economics. Chodorkowski ucieka się więc do ataku nie w samą narrację „Zdrajców”, ale we wiarygodność autorów filmu.

Napięcie, jakie wywołuje opublikowany przez Fundację Walki z Korupcją cykl, dobrze obrazuje porównanie, którego użył Chodorkowski. Były oligarcha uważa, że dokumentalny serial, w którym jemu – jako bezpośredniemu uczestnikowi wydarzeń – nie udzielono prawa głosu, przypomina proces, w którym reżim putinowski osądził go na 10 lat kolonii. Chodorkowski swój komentarz do „Zdrajców” kończy polityczną groźbą wysokiego kalibru, oświadczając, że zrobi wszystko, by osoby, które osądzają bez wysłuchania drugiej strony, nigdy nie miały możliwości sądzić w prawdziwych procesach.

Paniczna reakcja Chodorkowskiego na serial wyprodukowany przez środowiska Nawalnego dowodzi, że nie chodzi w nim wcale o przepisanie historii, ale o napisanie przyszłości politycznej Rosji. Jewgienij Cziczwarkin, znany rosyjski biznesmen, który uciekł do Londynu i teraz stamtąd zbiera na ukraińską armię, uważa, że „Zdrajcy” to film, poprzez który autorzy chcieli zaskarbić sobie poparcie ludzi niebogatych, którzy mają prawo się czuć oszukani tym, co ich dotknęło w dobie transformacji lat 90. Innymi słowy, wprost zarzuca autorom tani populizm. Rozpoznanie Cziczwarkina, że jest to film polityczny, jest słuszne, ale co do reszty się myli.

Piewczych i FBK nie grają o oszukanych i skrzywdzonych, lecz o wszystkich, którzy będą w przyszłości wybierać. To gra o kształt całego przyszłego pola politycznego postputinowskiej Rosji. Piewczych się z tym w ogóle nie kryje. Kiedy mówi o Czubajsie, który cichaczem opuścił Rosję po wybuchu pełnosalowej wojny i jeździ po świecie z odczytami, prezentując swoje plany reform, pyta widzów wprost: czy mamy pozwolić, żeby ten człowiek wrócił kiedykolwiek do Rosji i znowu zaczął sobie coś reformować? Jej odpowiedź to zdecydowane „nie”. Piewczych innymi słowy twierdzi, że wszyscy, którzy byli uwikłani w latach 90. w tworzenie systemu, z którego wyrodziła się epoka putinizmu, powinni zostać w Rosji wykluczeni z przyszłej polityki. Być może prawdą jest to, co powiedział Dmitrij Bykow, znany pisarz, również przebywający na emigracji, że tak naprawdę to wszystkie elity chciały wyniesienia kogoś takiego jak Putin do władzy i w tym sensie był on swego rodzaju koniecznością systemową. Teraz FBK zdaje się mówić podobnie: skoro wszystkie elity lat 90. faktycznie stworzyły kakistokratyczny ustrój, który dziś przerodził się w putinowski totalitaryzm, to znaczy, że każdy bohater tamtego czasu niesie na sobie nieusuwalne piętno współodpowiedzialności. Ci, którzy byli wtedy za młodzi lub ich nawet jeszcze nie było na świecie, nie życzą sobie, by współtwórcy putinizmu mieli cokolwiek do powiedziana we Wspaniałej Rosji Przyszłości. „Zdrajcy” to zapowiedź lustracji, prowadzona przez FBK za pomocą dostępnych narzędzi, a więc filmowej produkcji i publiczności YouTube’a.

Ogromne wzburzenie w odpowiedzi na „Zdrajców” nie wynika zatem z nieścisłości historycznych, narracyjnych nadinterpretacji czy złego timingu. To początek politycznej walki o to, kto będzie miał prawo tworzyć politykę w Rosji bez Putina / Rosji po Putinie, a kto zostanie z niej wykreślony. Fundacja Walki z Korupcją i ludzie skupieni wokół Julii Nawalnej, która przejęła prowadzenie rozpoczętej przez zmarłego męża działalności, stawiają się poprzez serial w roli sędziów i są gotowi iść na zwarcie z opozycyjnym establishmentem, umoczonym w putinizmie. Dlatego ludziom takim jak Chodorkowski nie pozostaje nic innego, jak zaciekle ich zwalczać.

new.org.pl


Analiza Władimira Miłowa zaczyna się od rzeczywistych celów Putina. Jest on kleptokratą i dyktatorem, który nie wykazuje chęci sukcesji. Nie jest zainteresowany ograniczeniem korupcji. Chce skierować wpływy na siebie i swoich kolesiów. Od 2004 r. Putin i jego klika w składzie: Giennadij Timczenko, Arkadij i Borys Rotenbergowie oraz Jurij Kowalczuk żyją z pieniędzy Gazpromu.

Mój zmarły przyjaciel Borys Niemcow, a także Władimir Miłow, ocenili, że w ciągu czterech lat 2004-2007 najbliższy krąg Putin zdefraudował łącznie 60 mld dol. (ok. 235 mld zł), głównie poprzez zamówienia publiczne bez przetargów. Ich działania pogrążyły rosyjską giełdę w 2008 r.

Doskonała analiza Sbierbanku z 2018 r. wykazała, że krąg Putina nadal pobierał od Gazpromu ok. 15 mld dol. (ok. 58 mld 750 mln zł) rocznie.

Ale w wyniku inwazji na Ukrainę eksport gazu Gazpromu do Europy spadł z poziomu 153 mld m sześc. w 2021 r. do zaledwie 30 mld m sześc. w 2023 r. W rezultacie Gazprom w 2023 r. odnotował stratę netto w wysokości 6,8 mld dol. (ok. 26 mld 630 mln zł).

Cały schemat kradzieży Putina nagle się skończył. Co teraz ukradnie Putin?

Milow oferuje oczywistą odpowiedź — prezydent zainteresował się zamówieniami na broń. W sobotę 11 maja Putin przyjął u siebie Siergieja Czemiezowa, czyli swojego starego przyjaciela z lat 80. — z czasów służby w KGB w Dreźnie. Człowiek ten mianowany jest szefem wszechwładnej państwowej firmy zbrojeniowej Rostec.

Czemiezow przybył ze swoim adeptem, wieloletnim ministrem Denisem Manturowem, który następnego dnia został awansowany na pierwszego wicepremiera do spraw gospodarki. Należy zauważyć, że premier Michaił Miszustin nie został zaproszony na to ważne spotkanie.

Miłow wyjaśnia, że 70 proc. wydatków Ministerstwa Obrony to zakupy broni, z czego połowa jest kontrolowana przez giganta Rostec. 20 proc. to pensje, co pozostawia maksymalnie 10 proc. na wydatki uznaniowe.

Rosyjskie wydatki wojskowe gwałtownie wzrosły. Oficjalnie wynoszą one 120 mld dol. (ponad 470 mld zł), ale 30 proc. rosyjskich wydatków budżetowych jest utajnionych. Analityk Martin Kragh ocenił, że prawdopodobnie nie stanowią one 7 proc. PKB, ale 10 proc. PKB, czyli ok. 160 mld dol. (ok. 627 mld zł). Nic w Rosji nie jest bardziej tajne niż zakupy broni, co pozwala kręgowi Putina wyciągać duże pieniądze.

Przypuszczalnie Putin pozwoli, aby zamówienia na broń zastąpiły Gazprom w celu jego osobistego wzbogacenia się.

Nie wydaje się, aby Putin był wcześniej zaangażowany w zamówienia na broń, więc jego nowatorska orientacja biznesowa wymagała zmiany warty w ministerstwie obrony, aby powstrzymać niepożądaną kradzież dokonywaną przez byłego ministra obrony Siergieja Szojgu.

(...)

Znałem nowego ministra obrony Rosji Andrieja Biełousowa dość dobrze w latach 90. i na początku XXI w. Należał do kręgu liberalnych ekonomistów skupionych wokół nieżyjącego już profesora Jewgienija Jasina w Wyższej Szkole Ekonomicznej, do którego należała również szefowa rosyjskiego banku centralnego Elwira Nabiullina. Biełousow zawsze był wśród nich najbardziej sowiecki, choć łagodny, ostrożny i uprzejmy. Koncentrował się na neutralnych politycznie prognozach.

Znałem również jego ojca Rema (imię będące zlepkiem słów "rewolucja", "Engels" oraz Marx) Biełousowa, który był konserwatywnym marksistowsko-leninowskim profesorem ekonomii w Akademii Nauk. Andriej był bardzo lojalnym synem.

Biełousow nie jest siłaczem. Jest nie do pomyślenia, aby miękki Biełousow, który nie ma doświadczenia na stanowisku kierowniczym, w wieku 65 lat oczyścił ogromne, skorumpowane ministerstwo obrony Rosji.

Poglądy gospodarcze Biełousowa prawdopodobnie odpowiadają Putinowi, ponieważ preferuje on scentralizowane planowanie państwowe, własność państwową i wysokie podatki, a jednocześnie nie lubi oligarchów. Ale przede wszystkim Biełousow jest lojalny wobec władzy, czyli Putina. (...)

Generał Walerij Gierasimow, długoletni szef Sztabu Generalnego Rosji, prawdopodobnie będzie nadal dowodził wojną w swoim starym, niekompetentnym radzieckim stylu. Jego przeciętność może odpowiadać Putinowi. 

(...)

Najważniejszą kwestią, którą większość obserwatorów przeoczyła, jest to, że Putin decyduje się na więcej nepotyzmu. Putin nie chce żadnego następcy, ale konkurujących ze sobą nepotycznych obozów, które wzajemnie się kontrolują. Premier Michaił Miszustin pozostaje na stanowisku, ale jego uprawnienia zostały ograniczone. Kosztem merytokracji powstało kilka nepotycznych grup.

Dyrektor generalny rosyjskiej państwowej korporacji Rostiech Siergiej Czemiezow oraz Denis Manturow, były minister przymysłu i handlu, zdobyli władzę. Nikołaj Patruszew został zwolniony ze stanowiska sekretarza bezpieczeństwa narodowego, ale jego syn Dmitrij został awansowany na wicepremiera, a dwóch jego ludzi mianowano ministrami.

Potężni bracia Jurij i Michaił Kowalczukowie kontrolują Rosatom, większość telewizji i znaczną część rosyjskiej bankowości. Ich główny polityk, były premier Siergiej Kirienko, pozostaje pierwszym zastępcą szefa administracji prezydenckiej, a jego zespół powiększył się o nowego ministra przemysłu i handlu Antona Alichanowa, a także syna oligarchy Jurija Kowalczuka, Borysa, jako przewodniczącego Izby Obrachunkowej.

Tajny plan Xi Jinpinga dotyczący Zachodu. Ekspertka wywiadu USA: jeśli uda mu się przekonać Putina, może zyskać przewagę nad Europą
Bracia Rotenberg pozyskali ministra transportu Romana Starowoyta. Najciekawszą nową nominacją jest minister energetyki Siergiej Cywilew, który ożenił się z ambitną Anną Putiną, córką kuzyna Putina.

Żaden klan nie otrzymał namaszczenia od Putina, ale wszyscy z kręgu Putina, z wyjątkiem oligarchy Giennadija Timczenki, zyskali większą reprezentację w rządzie.

onet.pl/Kyiv Post

(...) transkrypcja z wypowiedziami obu polityków, Ilhama Alijewa i Ebrahima Raisi, które wygłosili w dniu 19 maja 2024 podczas oficjalnych uroczystości nad rzeką Araks.

Ten pierwszy komplementował wyjątkową zażyłości stosunków z Iranem, opartych o braterstwo i partnerskie porozumienie. Podkreślał znaczenie współpracy dla stabilności i bezpieczeństwa regionu, argumentując że żadne zewnętrzne, odległe o „tysiące kilometrów” państwa nie powinny ingerować w „nasze sprawy”. Argumentował, że Armenia liczyła na pomoc innych, ale się przeliczyła i lepiej żeby nie popełniła drugi raz tego samego błędu.

– Nie damy się poróżnić! – stwierdził.

Skrytykował przy okazji powstałą po pierwszej wojnie karabaskiej Grupę Mińską OBWE, za to, że „doprowadziła do zamrożenia konfliktu”, zamiast jego rozwiązania. To udało się jego zdaniem dopiero Baku, z pomocą środków politycznych i militarnych, ale z poszanowaniem prawa międzynarodowego.

Pozostałą część wystąpienia wypełniły zapewnienia o owocnej i dynamicznej współpracy w zakresie rozbudowy infrastruktury pogranicza, w tym powstaniu autostrady i linii kolejowej, które połączą kraj z Nachiczewanem, a szerzej, wepną cały region do budowanych od wielu lat międzynarodowych korytarzy transportowych. Przy czym przemilczał fakt, że połączenia te powstają głównie po azerskiej stronie granicy.

W mojej interpretacji, Alijew starał się osłodzić Iranowi koncept korytarza Zangezur, opisując go jako element budowy międzynarodowej trasy transportowej, na której można dobrze zarobić. Na przykładzie rozbudowy infrastruktury (elektrowni i tam) wskazywał, że współpraca daje lepsze efekty niż rywalizacja czy wrogość. Brał Iran pod włos, starając się sugerować mieszanie się zewnętrznych mocarstw w sprawy regionu, co miało stanowić ukłon w kierunku antyamerykańskiej retoryki teokratów. Jednocześnie przemycał obliczone na użytek wewnętrzny wątki sprawiedliwej wojny, którą trzeba ostatecznie zakończyć pokojem, jeśli Armenia wykaże się rozsądkiem.

Przemawiający po Alijewie Raisi był równie wylewny, celebrując współpracę i wyraźnie nawołując do jeszcze większego zbliżenia, a jednocześnie nie dawał się zwodzić. Podchwycił temat gospodarczy, wskazując na korzyści płynące z budowy projektów dla prowincji Wschodniego Azerbejdżanu i całego regionu. Wskazał na głęboką wspólnotę historii, kultury, religii oraz bliskie pokrewieństwo obydwu narodów, jednakże jego zdaniem to Iran i Najwyższy Przywódca „zdecydowali się” na pogłębienie relacji z Azerbejdżanem. W podobnie tonie dodał, że rozwój Azerbejdżanu „jest naszym własnym rozwojem”, odnosząc się tym samym do faktu wspomnianej budowy nowych dróg głównie po azerskiej stronie granicy. Zaznaczył przy okazji, że Iran chętnie przystąpi do odbudowy Karabachu, co stanowiło moim zdaniem zakomunikowaną publicznie cenę dalszej kooperacji w tym zakresie. Wyraził także oczekiwanie, że współpraca polityczna przeniesiona zostanie na fora międzynarodowe, np. Szanghajską Organizację Współpracy, a Azerbejdżan wykaże się „solidarnością” w sprawie Palestyny.

Powiedział: – Nie mamy wątpliwości, że mieszkańcy Azerbejdżanu gardzą syjonistycznym reżimem.

Oczywiście, miał na myśli rząd w Jerozolimie, z którym Baku nieustannie współpracuje. Podejrzewa się zresztą, że azerskie terytorium było wykorzystywane do ataków na Iran.

Na koniec przekonywał, że każdy czynnik zagrażający statusowi granicy między oboma państwami może stanowić dla nich potencjalne zagrożenie. Iran nie chciałby się o to martwić, przeciwnie, wolałby aby granice dawały nadzieję na współpracę i rozwój polityczno-gospodarczy.

Trudno mi uciec od wrażenia, że Raisi całkowicie pominął element partnerstwa, ustawiając Azerbejdżan w roli młodszego brata, któremu potrzebna jest tak pomoc, jak i pewna dyscyplina. Można wręcz powiedzieć, że użyta retoryka była paternalistyczna i zaborcza, wyraźnie w kontrze do powszechnie przyjmowanej wśród Azerów koncepcji wspólnoty z Turkami („dwa państwa, jeden naród”). Pod lukrową polewą zachęcającą do zbliżenia, Raisi dał do zrozumienia, że Iran oczekuje konkretów. Wsparcia na arenie międzynarodowej, przy czym nie toleruje współpracy Azerbejdżanu z Izraelem, jak i nie wyrazi zgody na siłowe rozwiązanie statusu korytarza Zangezur.

globalnagra.pl

czwartek, 23 maja 2024


Ściągnięte do obwodu charkowskiego ukraińskie odwody i pododdziały z mniej zagrożonych kierunków frontu pozwoliły na spowolnienie tempa rosyjskiego natarcia do poziomu obserwowanego w ostatnich tygodniach na innych kierunkach. W celu powstrzymania agresora Ukraińcy zaangażowali dodatkowo co najmniej 14 batalionów z 12 różnych brygad, dzięki czemu zwiększyli swoje zgrupowanie do ok. 30 batalionów (12 tys. żołnierzy), co zrównoważyło wprowadzone do walki siły najeźdźcze. Mimo to w ostatnich dniach Rosjanie wyszli na obrzeża leżącej 16–18 km na północ od Charkowa węzłowej miejscowości Łypci oraz wyparli siły ukraińskie z północnej części Wołczańska, o który trwają zacięte walki. Według oficjalnych danych ukraińskich pod kontrolą obrońców pozostaje 60% miasta, zostało ono jednak oskrzydlone od zachodu, co utrudnia zaopatrzenie od strony Charkowa. Łącznie od 10 maja agresor opanował obszar od 170 do 260 km2, zajmując w tym czasie 13 miejscowości (w tym dziewięć w pierwszych trzech dniach działań, a pozostałe w ciągu kolejnego tygodnia), przy szerokości nowego odcinka frontu wynoszącej 70 km i głębokości wdarcia do 10 km. 19 maja władze lokalne obwodu charkowskiego poinformowały, że od otwarcia nowego frontu przez Rosjan ewakuowano ze strefy zagrożonej postępami wroga ponad 10 tys. ludzi.

(...)

Kwestią otwartą pozostaje, czy wprowadzenie do walki nowych ukraińskich jednostek zdoła doprowadzić do powstrzymania rosyjskiego natarcia. Jak przyznają sami Ukraińcy, ich rezerwy zostały praktycznie wyczerpane i do wypełniania luk w obronie kierowane są często jednostki będące w trakcie odtwarzania zdolności bojowej oraz z kierunków, na których obecnie aktywność agresora jest mniejsza. Ukraińcom udało się jednak względnie ustabilizować front i doprowadzić wroga do skupienia wysiłku na dwóch kierunkach uderzenia – na Łypci i Wołczańsk. W dalszym ciągu nie widać oznak przygotowań do rozwinięcia przez Rosjan w obwodzie charkowskim operacji na większą skalę.

Siły rosyjskie zintensyfikowały działania w rejonie Siewierska, skąd m.in. dowództwo ukraińskie miało wycofać część sił w celu ratowania sytuacji w obwodzie charkowskim. Dochodzą sprzeczne informacje o zajęciu przez agresora leżącej na wschód od Siewierska Biłohoriwki – ostatniej w tym rejonie miejscowości w obwodzie ługańskim pozostającej pod kontrolą ukraińską (walki o nią toczą się już od kilkunastu miesięcy). Po kilku tygodniach niepowodzeń jednostki rosyjskie zajęły pozycje we wschodniej części Czasiw Jaru (w tzw. Mikrorejonie Kanał), umacniając się równocześnie na południe od miasta i intensyfikując walki o leżącą na północ od niego Kałyniwkę. Według części źródeł Rosjanie zajęli też centrum Kliszczijiwki na południowy zachód od Bachmutu, o którą zacięte walki toczą się z przerwami od lata 2023 r. Kolejne postępy agresor poczynił również na zachód od Doniecka, zajmując większość wsi Netajłowe (wedle części źródeł pododdziały rosyjskie osiągnęły Zbiornik Karliwski) oraz sąsiadującej z Marjinką Heorhijiwki, a także następne kwartały we wschodniej i południowo-zachodniej części Krasnohoriwki. Nie przyniosły rozstrzygnięcia dalsze walki o Robotyne na południe od Orichiwa w obwodzie zaporoskim, gdzie obecnie to Rosjanie mają problemy z umocnieniem się w ruinach tej miejscowości. Niepowodzeniem agresora zakończyły się też kolejne szturmy w Staromajorśkem i Urożajnem na południe od Wełykiej Nowosiłki.

15 maja ukraińskie Centrum Narodowego Oporu wskazało, że Rosjanie budują na terytoriach okupowanych nowe obiekty przeznaczone do przechowywania zwłok. Najwięcej powstaje ich w obwodzie ługańskim, dokąd przewozi się ciała żołnierzy zabitych w trakcie ofensywy w obwodzie charkowskim. Zarazem okupant miał zrezygnować z transportowania zwłok do obwodu biełgorodzkiego, aby uniknąć negatywnych reakcji społecznych.

Głównym celem rosyjskich uderzeń z powietrza pozostaje Charków, którego ranga jako bezpośredniego zaplecza obrońców znacząco wzrosła po rozpoczęciu działań na północ i północny-wschód od miasta. Atakowane jest ono kilka razy dziennie, głównie kierowanymi bombami lotniczymi, w mniejszym zaś stopniu dronami kamikadze i rakietami, a lokalne władze potwierdzają systematyczne niszczenie infrastruktury magazynowej i transportowej. Z działaniami w rejonie Charkowa należy wiązać ataki na lotnisko w Mirhorodzie w obwodzie połtawskim (15–17 i 20 maja), które służy za główną bazę ukraińskiego lotnictwa na tym odcinku frontu, i tamtejszą infrastrukturę energetyczną (18 maja).

Rosjanie zintensyfikowali ataki na rejon Odessy, skąd obrońcy wyprowadzają większość uderzeń na Krym. Ostrzeliwanie rakietami tamtejszej infrastruktury logistycznej miało miejsce 17, 18 i 19 maja, a w kolejnych dniach agresor atakował miasto i jego okolice dronami kamikadze. O zniszczeniach infrastruktury donoszono także z Dniepru i Mikołajowa (15 maja), obwodu winnickiego (17 maja) i Kropywnyckiego (20 maja). Łącznie od wieczora 14 maja do rana 21 maja agresor miał wykorzystać 46 rakiet, z których obrońcy zestrzelili od trzech do sześciu. Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych deklarowało blisko stuprocentową skuteczność w odpieraniu ataków „szahedów”, których w dniach 17–21 maja (w poprzednich ich użycie nie było zgłaszane) Rosjanie mieli wykorzystać w sumie 128, lecz do celu dotarł tylko jeden. Oficjalnie do większości zniszczeń spowodowanych przez drony kamikadze miało dojść w następstwie upadku odłamków.

Siły ukraińskie przeprowadziły serię zmasowanych ataków rakietowych na Krym, w rezultacie których doszło do zniszczeń rosyjskiej infrastruktury wojskowej. W atakach na lotnisko Belbek 15 maja zniszczone zostały elementy baterii systemu obrony powietrznej S-400, a następnego dnia – samoloty bojowe, w tym dwa myśliwce przechwytujące MiG-31 przenoszące pociski hipersoniczne Kindżał (zniszczony został także Su-27, a uszkodzony MiG-29), oraz skład materiałów pędnych i smarów. 17 maja trafiono podstację energetyczną w rejonie Sewastopola, co czasowo odcięło dostawy prądu do miasta. W ataku 19 maja miało dojść do zniszczenia rosyjskiego okrętu w porcie sewastopolskim. Dowództwo Marynarki Wojennej Ukrainy ogłosiło, że zatopiony został trałowiec „Kowrowiec” (posowiecka jednostka projektu 266-M), z kolei w rosyjskim internecie pojawiła się informacja, że zniszczonym okrętem mogła być korweta rakietowa „Cyklon” (wprowadzona do służby w 2023 r. jednostka projektu 22800 Karakurt, mogąca przenosić pociski Kalibr), do czego z dystansem odnieśli się ukraińscy wojskowi. Dotychczasowych doniesień o zatopieniu któregokolwiek z wymienionych okrętów nie potwierdziły jednak materiały wizualne. W każdym z ataków Ukraińcy mieli wykorzystać od 10 do 12 pocisków ATACMS, z których przeciętnie dwa miały osiągnąć zamierzone cele, a także – bez większego rezultatu – drony kamikadze (w tym nawodne).

Pod względem efektywności i potencjalnego wpływu na działania agresora ataki na lotnisko Belbek należy uznać za najskuteczniejsze od sierpnia 2022 r., kiedy to w uderzeniu na lotnisko Saki Ukraińcy zniszczyli skład amunicji i osiem samolotów bojowych. Po raz pierwszy od rozpoczęcia pełnoskalowej agresji Rosjanie utracili w wyniku ukraińskich działań bojowych szczególnie cenne myśliwce przechwytujące – nosiciele pocisków hipersonicznych (jeden MiG-31 uległ zniszczeniu w październiku 2022 r. w rezultacie wypadku). Do obserwowanej w ostatnich tygodniach poprawy skuteczności ukraińskich ataków na Krym przyczyniło się pozyskanie znacznej liczby pocisków ATACMS (Ukraińcy mieli otrzymać ponad 100 sztuk wersji o zasięgu 305 km oraz większą, niesprecyzowaną liczbę pocisków o zasięgu 165 km), co pozwala na ich masowe użycie. Choć efektywność rosyjskiej obrony powietrznej na Krymie należy uznać za stosunkowo wysoką (rzędu 85% w przypadku ATACMS-ów), to obecnie jest ona niewystarczająca do pełnego odparcia ukraińskich uderzeń.

Ukraińcy kontynuowali ataki na rosyjską infrastrukturę paliwową oraz przygraniczne obwody FR. 17 maja ukraińskie drony trafiły w rafinerię w Tuapse, a 19 maja – w Sławiańsku nad Kubaniem (obie w Kraju Krasnodarskim). Mimo że nie raportowano poważniejszych zniszczeń, w obu zakładach wstrzymano pracę. Uszkodzone miały zostać ponadto podstacja energetyczna w mieście Bałszycha pod Moskwą (15 maja) oraz transformator i zbiornik przeładunkowy materiałów płynnych w porcie w Noworosyjsku (17 maja). Nieprawdziwe okazały się doniesienia o ataku na bazę paliwową w Wyborgu w obwodzie leningradzkim (19 maja), a uderzenie na analogiczny obiekt w obwodzie rostowskim 15 maja zakończyło się niepowodzeniem. 17 maja Ukraińcy mieli wykorzystać rekordową liczbę dronów kamikadze. Według przekazów rosyjskich aż 102 zostały zestrzelone (w tym 51 nad Krymem i 44 nad Krajem Krasnodarskim). Dwa dni później miał mieć natomiast miejsce największy z dotychczasowych ukraińskich ataków na Kraj Krasnodarski z użyciem 57 dronów.

(...)

20 maja rzecznik ukraińskiego resortu obrony wskazał, że ponad 400 tys. mężczyzn w wieku poborowym zaktualizowało swoje dane rejestracyjne za pomocą dostępnej od 18 maja aplikacji mobilnej „Rezerwa+”. Jej operatorzy odnotowali łącznie 620 tys. pobrań. Aplikacja jest aktywna także poza granicami Ukrainy, a centrum obsługi działa przez całą dobę.

20 maja ukraińska policja zakomunikowała, że na podstawie danych otrzymanych z komisji wojskowych poszukiwanych jest 94,5 tys. mężczyzn uchylających się od służby wojskowej. Większość z nich pochodzi z obwodu dniepropetrowskiego – do 20 maja zatrzymano i doprowadzono do komisji ponad 20 tys. mężczyzn. Dane te dotyczą jedynie 10 obwodów, z 10 innych (w tym z Kijowa, Odessy i Lwowa) nie przekazano informacji.

osw.waw.pl

Po otrzymaniu zawiadomienia o poborze niezwłocznie zgłosiłem się do wojskowego biura poborowego. Tam postawiono mi i innym mężczyznom ultimatum: albo podpiszemy kontrakt i trafimy do Ukrainy z godnością, albo zostaniemy natychmiast wysłani na linię frontu, bez żadnego szkolenia czy przygotowania. Ci, którzy się wahali, zostali wysłani prosto do walki. Reszta z nas została przydzielona do jednostek wojskowych, a następnie przetransportowana na poligon w Bamburowie (na Rosyjskim Dalekim Wschodzie).

W ciągu miesiąca przeszliśmy rygorystyczne szkolenie pod okiem instruktorów, z których wielu było weteranami "specjalnej operacji wojskowej" (...). Kiedy nasze "szkolenie" dobiegło końca, zostaliśmy odesłani do jednostki. Pod koniec grudnia 2023 r. dotarliśmy do Ukrainy, niedaleko Wołnowachy (miasto w obwodzie donieckim — red.).

Większość czasu zajmowały nam ćwiczenia wojskowe. Budziliśmy się, wsiadaliśmy do pojazdów i ruszaliśmy w różne miejsca — a to szturmować daną miejscowość, a to przemierzać zalesione obszary czy czuwać w okopach. Podczas jednego z takich ćwiczeń doszło do tragedii — na nasz teren treningowy spadł pocisk i pozbawił życia kilku rekrutów.

Na tym się nie skończyło. Każdego dnia pojawiały się nowe eksplozje — i ofiary. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. W Wołnowachie byliśmy do stycznia, po czym zostaliśmy przeniesieni do Ołeniwki. Niecały dzień później znaleźliśmy się w samym środku kolejnego szturmu, tym razem w pobliżu Nowomychajliwki.

Szybko zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie będziemy mieli żadnych grup zwiadowczych ani ewakuacyjnych — nic. Dali nam tylko kilka transporterów opancerzonych. Uratowało mnie to, że zostałem przydzielony do grupy szturmowej, która odpowiadała również za ewakuację.

Plan zakładał wysłanie każdej grupy do przodu w pojeździe opancerzonym i stopniowe zwiększanie sił w miarę postępów na froncie. Mówiąc prościej, mieliśmy zostać dowiezieni do pewnego punktu, a stamtąd ruszyć dalej pieszo. Podczas natarcia niektórzy zostali ranni, inni zginęli. Ranni nie mogli się ewakuować ani wycofać.

Jeśli tylko byliśmy w stanie utrzymać karabin, byliśmy szturmowcami, więc musieliśmy iść dalej.

Dezercja podczas szturmu była niemożliwa — za nami ustawiony był rząd żołnierzy z karabinami maszynowymi. Gdybyśmy tylko spróbowali uciec, "powitaliby" nas salwą. Mogliśmy więc iść tylko w jednym kierunku: przed siebie.

Pierwsze grupy, które ruszyły naprzód, zostały natychmiast zdziesiątkowane — natknęły się na ostrzał artyleryjski, atak czołgów i piechoty. Nie minęło wiele czasu, a pole bitwy było całe usłane ciałami. Wielu żołnierzy ledwo zdążyło wyjść z pojazdów opancerzonych, a już zostało zabitych. Kolejnym grupom udało się nieco odepchnąć Ukraińców, ale prawie cała kompania została zniszczona.

Pierwszego dnia udało nam się posunąć o trzysta metrów oraz wyciągnąć trzech rannych żołnierzy. To był cud, że nam się udało — spadł śnieg (Rosjanie zdobyli Awdijiwkę w lutym 2024 r. — red.), dzięki czemu mogliśmy ich ciągnąć na sankach. Kładłem na nich jednego, ciągnąłem, wracałem po następnego i powtarzałem proces tyle razy, ile mogłem. Musieliśmy ciągnąć ich przez około dwa kilometry.

Nie było medyków, musieliśmy polegać wyłącznie na sobie. Wydobycie rannych było prawie niemożliwe — ostrzał artyleryjski praktycznie nie ustawał. W pobliżu roiło się od dronów, krążyły jak ptaki. Tymczasem nasza artyleria milczała, oddawała strzał może raz na godzinę. Potem znowu cisza. Grupy szturmowe posuwały się naprzód w pojazdach opancerzonych. Wydaje mi się, że mieliśmy nawet czołg, ale wszystkie te pojazdy zostały szybko zniszczone. Nie dało się sprowadzić posiłków. Siedzieliśmy tam, słuchając krzyków pierwszej grupy i wymiany ognia i rannych błagających o pomoc. Wsparcie jednak nigdy nie nadeszło, po prostu nie było skąd go ściągnąć.

Z grup żołnierzy wysłanych na pierwszy ogień przeżyli nieliczni — ci, którym udało się szybko założyć opaski uciskowe lub których obrażenia nie były aż tak poważne. Żołnierze z poważnymi ranami wykrwawiali się w ciągu 30 sekund. Przez pierwsze 10 sekund utrzymywała ich adrenalina, przez następne 10 próbowali przeżyć, a przez ostatnie — coś zrobić, by się ratować. Po tym zwykle siły ich zawodziły i umierali.

Praktycznie nie było z nami żołnierzy wyższych rangą. Jedyny oficer, który nie bał się dołączyć do szturmu, poszedł w przedostatniej grupie szturmowej, razem ze wszystkimi. Dowódca kompanii nigdy nie pojawił się jednak na pozycjach. Przez cały mój pobyt w Ukrainie widziałem go tylko raz — w nocy odwiedził zastępcę. Ten natomiast całe dwa dni, przez które my szturmowaliśmy ukraińskie pozycje, ukrywał się w bunkrze. Ani razu z niego nie wyszedł.

Żaden oficer nie brał z nami udziału w szturmie.

Pewnego dnia zostaliśmy załadowani do pojazdu opancerzonego i wysłani do walki. Natychmiast powitał nas ostrzał karabinów maszynowych i grad ukraińskich pocisków artyleryjskich. Wszystko to, zanim jeszcze zdążyliśmy dotrzeć do celu.

Wjechaliśmy w zalesiony teren. Wyrzucili nas z wozu opancerzonego i odjechali. Ranni leżeli tam, gdzie zostali ranieni, pozostawieni sami sobie. Ostrzał trwał cztery godziny: brały w nim udział czołgi, artyleria, moździerze, piechota. Do eksplozji dochodziło niemal wszędzie — na każdym kroku leżały porozrywane ciała. A my chodziliśmy po nich, bo nie było innego wyjścia — teren usłany był nimi tak gęsto, że praktycznie nie było widać ziemi. Wśród tych ciał szukaliśmy schronienia przed wybuchami. Leżeliśmy na nich, siedzieliśmy na nich, chodziliśmy po nich.

Artyleria waliła przez cztery godziny, a potem przez kolejne pięć udawaliśmy martwych, aby uniknąć wykrycia przez ukraińskich zwiadowców. W końcu Ukraińcy wstrzymali ostrzał, drony kamikadze i drony używane do zrzutów amunicji przestały nadlatywać. Mimo to pozostaliśmy bez ruchu aż do zapadnięcia zmroku.

Z całej kompanii liczącej około stu ludzi przeżyło tylko siedmiu.

Następnego dnia mieliśmy czekać na posiłki i wznowić szturm, ale poinformowano nas, że żadne posiłki nie nadejdą. Wzmocniliśmy więc naszą pozycję i próbowaliśmy utrzymać obronę, jednocześnie oczyszczając punkt z ciał naszych towarzyszy — po to, aby można było je odesłać do domu, bliskim.

Pracowałem z dwoma chłopakami. W przerwach między ostrzałem artyleryjskim wyciągaliśmy ciała — tyle, ile się dało. Ale było ich tak dużo, że ułożyły się w kilka warstw, jedno na drugim. Połamane, pokryte krwią, z oszpeconymi twarzami i odciętymi kończynami.

W czasie tej "pracy" poczułem mdłości i kilka razy zwymiotowałem. Odór rozkładających się ciał był po prostu nie do zniesienia. To samo działo się w okopach — ludzie padali jak muchy, jeden za drugim. Gdy żołnierze po nich przybiegali, również padali od pocisków.

Nie jedliśmy. Nie piliśmy. Od czasu do czasu mogliśmy ukryć się i zapalić. Poza tym byliśmy w ciągłym ruchu, zbieraliśmy ciała. Te stopniowo stawały się coraz cięższe i trzeba było je od siebie odrywać — zamarzały na mrozie i stawały się sztywne jak drewno. Było tak wiele ciał. Zbieraliśmy je pod ogniem ostrzału artyleryjskiego.

W pewnym momencie rozdzieliliśmy się. Ze mną został strzelec maszynowy — szczęściarz, że wciąż żył, mimo że był w grupach szturmowych, które poszły do walki na pierwszy rzut. Natychmiast został przydzielony do służby osłonowej i nie opuszczał swojej pozycji. Był też zastępca dowódcy, ale nie opuszczał bunkra. Byłem więc jedyną osobą, która mogła kontynuować zbieranie ciał.

Po jednym dniu postanowiłem sprawdzić, czy oprócz naszej siódemki ktoś jeszcze przeżył. Wziąłem towarzysza i razem zapuściliśmy się głębiej w zalesiony teren w kierunku ukraińskich pozycji. Podchodziłem do każdego ciała i krzyczałem: "czy ktoś żyje?".

Wkrótce znalazłem rannego. Miał złamane obie nogi, wdała się gangrena. Zawołałem chłopaków — wyciągnęliśmy rannego. Gdy tylko wyszliśmy na pole, zaczęły padać pociski moździerzowe. Dostałem w lewe udo.

Powiedziałem: "wstańmy i idźmy dalej". Facet obok mnie pomógł ciągnąć sanie. Chwilę potem usłyszeliśmy jednak kolejną eksplozję i ponownie zostałem trafiony. Byłem ranny, czułem, że tracę coraz więcej krwi. Pochyliłem się nad raną, aby przycisnąć ją swoim ciałem i powiedziałem chłopakowi, aby czołgał się dalej beze mnie. Pociągnął za sobą rannego, a ja czołgałem się dalej przez pole.

W lewym kolanie utkwił odłamek kuli — nigdy mi go nie usunięto. Kiedy w końcu doczołgałem się wystarczająco blisko, chłopaki przenieśli mnie na sanie i zawieźli do Wołnowachy, gdzie przeprowadzono mi operację. Błagałem lekarzy, żeby dali mi środki przeciwbólowe — z jakiegoś powodu chcieli zrobić wszystko bez znieczulenia. Twierdzili, że nie będzie bolało. Wtedy przyszła lekarka i kazała podać mi znieczulenie miejscowe. Dzięki temu byłem w stanie znieść ból.

Z Wołnowachy zostałem wysłany do Doniecka, następnie ewakuowany helikopterem do szpitala w Rostowie. Później przetransportowano mnie wraz z innymi rannymi do Władywostoku, ponieważ szpital w Rostowie był przepełniony. Ludzie leżeli na korytarzach. Miałem szczęście, że zostałem umieszczony w pokoju, ponieważ kilka godzin po moim przybyciu zaczęto przenosić rannych do innych szpitali w całej Rosji. Wciąż przybywali nowi pacjenci. Byli wszędzie: na pierwszym, drugim i trzecim piętrze, nawet na izbie przyjęć.

onet.pl/The Insider

W pierwszych dniach rosyjskiego ataku rosyjskie jednostki pancerne stale posuwały się na północ i południe od Czasiw Jaru, podczas gdy rosyjska piechota sondowała najbardziej wrażliwą dzielnicę miasta — jego dzielnicę kanałową, która leży po odsłoniętej stronie kanału biegnącego z północy na południe wzdłuż wschodniej krawędzi Czasiw Jaru.

W tym czasie ukraińska obrona w Czasiw Jaru była słaba — i stawała się coraz słabsza. W połowie kwietnia ministerstwo obrony w Kijowie rozwiązało brygadę ukraińskiej armii broniącą rejonu kanału, 67. brygadę zmechanizowaną, po tym, jak oficjalne dochodzenie potwierdziło zarzuty głębokiej niekompetencji w sztabie dowodzenia brygady.

Pododdziały 56. i 41. brygady zmechanizowanej oraz 5. brygady szturmowej armii ukraińskiej starały się wypełnić lukę w linii obronnej pozostawioną po rozwiązaniu 67. brygady zmechanizowanej. Kijów wysłał też do Czasiw Jaru więcej dronów.

W międzyczasie bezpośrednio nad linią frontu krążyły jednak rosyjskie odrzutowce szturmowe Su-25, wystrzeliwując rakiety w kierunku ukraińskich żołnierzy, którym skończyły się pociski obrony przeciwlotniczej. Rosyjscy spadochroniarze zbliżali się do Czasiw Jaru od północy i południa, grożąc otoczeniem garnizonu miasta.

Trwał wyścig między siłami rosyjskimi próbującymi zdobyć Czasiw Jar a ukraińskimi i sojuszniczymi logistykami pędzącymi z dostarczaną przez Amerykanów amunicją do zagrożonego miasta.

Dobrą wiadomością dla przyjaciół wolnej Ukrainy jest to, że Ukraińcy najwyraźniej wygrali ten wyścig. Garnizon w Czasiw Jarze najwyraźniej ma już pod dostatkiem amunicji — i sieje spustoszenie wśród rosyjskich grup szturmowych.

W piątek batalion około 20 rosyjskich pojazdów opancerzonych wyruszył z Doniecka w kierunku Czasiw Jaru. Jeszcze kilka tygodni temu rosyjska grupa szturmowa mogła pokonać znaczną część trzykilometrowego dystansu z Doniecka do Czasiw Jaru bez poważnych przeszkód ze strony ukraińskich obrońców.

Dysponując niewielką liczbą pocisków przeciwpancernych i artyleryjskich, Ukraińcy polegali na dronach z widokiem z pierwszej osoby, które bombardowały Rosjan. Ale te kilogramowe drony mają zasięg zaledwie trzech kilometrów i zawierają zaledwie pół kilograma materiałów wybuchowych — zbyt mało, by przebić warstwy dodatkowego pancerza, jaki Rosjanie chałupniczymi metodami dodawali do swoich pojazdów.

Do połowy maja Ukraińcy zyskali jednak znacznie lepsze uzbrojenie. Kiedy więc ta grupa szturmowa próbowała w piątek pokonać kilometry otwartych pól, zbierała na siebie trafienia przez całą drogę — z 50- i 25-kilogramowych pocisków oraz z kilogramowych dronów. Nieliczni Rosjanie, którzy dotarli do kanału, nie przetrwali długo.

„Pomimo szybkich sukcesów w pierwszych tygodniach szturmu na Chasiw Jar, w tym dotarcia do kanału i, w niektórych przypadkach, przekroczenia go małymi grupami, Rosjanom ostatecznie nie udało się ustanowić przyczółka po drugiej stronie i posunąć się dalej” — poinformowała w piątek ukraińska grupa analityczna Frontelligence Insight.

Garnizon w Czasiw Jarze nie jest jedynym, który korzysta z napływu amunicji.

onet.pl/Forbes

środa, 22 maja 2024


W listopadzie /2022 - red./ portal The Bell ujawnił jednak, że założycielem Rybara jest 31-letni tłumacz wojskowy, Michaił Zwinczuk. Wcześniej był pracownik służby prasowej rosyjskiego Ministerstwa Obrony. Jego najbliższym współpracownikiem miał być Denis Szczukin, programista z Moskwy.

W tym czasie między prokremlowskimi blogerami wojskowymi a zwierzchnikiem sił zbrojnych generałem Walerijem Gierasimowem doszło do otwartego konfliktu. Gierasimow był wściekły, bo korespondenci krytykowali ruchy armii. Choć współpraca między nimi a Ministerstwem Obrony była regularna, blogerzy pozwolili sobie na niezależność wobec przekazów z armii.

W efekcie Gierasimow zwrócił się do Roskomnadzoru (Federalna Służba ds. Nadzoru w Sferze Łączności, Technologii Informacyjnych i Komunikacji Masowej) z oficjalnym żądaniem sprawdzenia wpisów dziewięciu korespondentów wojskowych. Urzędnicy mieli się im przyjrzeć pod kątem „dyskredytowania” Sił Zbrojnych FR. Gdyby udowodniono im winę, groziłoby im nawet więzienie.

W oświadczeniu Gierasimow wskazał, kogo należy monitorować. Wymieniono: Igora Striełkowa, Siemiona Pegowa (kanał WarGonzo), Jurija Podolaka, Vladlena Tatarskiego, Siergieja Mardana, Igora Dimitriewa, Kristinę Potupczik, oraz autorów kanałów GreyZone i Rybar.

Blogerzy odebrali to jako niezasłużony atak, nie pierwszy zresztą, bo spór nabrzmiewał przynajmniej od września. Jednym ze skutków wszystkich tych zdarzeń było ujawnienie się Zwinczuka. Przyznał, że to on stoi za kanałem Rybar, a nawet udzielił wywiadu prywatnej rosyjskiej telewizji RTVI.

Dość szczegółowo opisał, jak funkcjonuje cały projekt. Jego słowa (nawet gdy zachowamy do nich dystans, Zwinczuk na pewno nie mówi pełnej prawdy o swojej działalności) dają znaczący wgląd w mechanizmy rosyjskiej wojny informacyjnej.

Przede wszystkim stwierdzenie, że Zwinczuk to były tłumacz wojskowy, w żadnej mierze nie oddaje jego przeszłości. To zawodowy oficer. Ukończył Akademię Wojskową Ministerstwa Obrony FR, a potem trafił do służb specjalnych. Był dowódcą grupy wywiadowczej. Potem, jak to opisał, zajmował się „pracą informacyjną i analityczną”. Może to oznaczać, że pracował także dla rosyjskiego wywiadu. Oficjalnie jako tłumacz służył w Syrii. Następnie pracował w służbach prasowych ministerstwa obrony. W 2019 roku miał przejść na emeryturę wojskową. I, jak zapewnia, wtedy właśnie rozpoczął „samodzielną” działalność informacyjna. Jednak „Rybara” założył w 2018 roku, czyli gdy był jeszcze czynnym oficerem.

Zwinczuk przyznał również, że w latach 2020-2021 (a właściwie do rozpoczęcia wojny w Ukrainie, jak pokazują archiwa internetowe) był felietonista portalu RIA FAN, należącego do grupy Jewgienija Prigożina. Zapewnił przy tym, że pracował tam jako niezależny ekspert, który od czasu do czasu wysyłał do redakcji swoje teksty.

(...)

20 grudnia prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin wydał dekret, którym powołał „grupę roboczą do spraw zapewnienia interakcji między władzami publicznymi i organizacjami w kwestiach szkolenia mobilizacyjnego, ochrony socjalnej i prawnej obywateli Federacji Rosyjskiej, biorących udział w specjalnej operacji wojskowej oraz członków ich rodzin". W skład grupy weszli rosyjscy deputowani, wysocy urzędnicy i kilku „dziennikarzy”, zapewne rekrutujących się z grona najbardziej zaufanych. Wśród nich — Michaił Zwinczuk. Tym samym mit jego niezależności prysł bezpowrotnie.

oko.press

Założyciel powiązanego z Kremlem kanału Rybar na Telegramie Michaił Zwinczuk udzielił nietypowo publicznego wywiadu, w którym skrytykował Ministerstwo Obrony Rosji (MON) i spekulował na temat możliwych zmian w MON. 18 maja Zwinczuk udzielił wywiadu rosyjskojęzycznej placówce RTVi  skupiającej się na diasporze, który koncentrował się na zastąpieniu byłego rosyjskiego ministra obrony i obecnego sekretarza Rady Bezpieczeństwa Rosji Siergieja Szojgu oraz korupcji w rosyjskim Ministerstwie Obrony. Zwinczuk skarżył się na biurokratyczne problemy rosyjskiego MON i twierdził, że niedawno mianowany minister obrony Rosji Andriej Biełousow będzie musiał rozpocząć wprowadzanie „pozytywnych zmian” w MON w ciągu trzech miesięcy, zanim ludzie „zaczną zadawać pytania”. Zwinczuk twierdził, że Biełousow prawdopodobnie zastąpi byłego wiceministra obrony Rosji Rusłana Tsalikowa, który podobno złożył Szojgu rezygnację na tydzień przed zastąpieniem Szojgu, ponieważ Calikow był „prawą ręką Szojgu”, a nie Biełousowa. Zwinczuk oświadczył także, że na swoich stanowiskach pozostaną wiceminister obrony Rosji Tatiana Szewcowa oraz wiceminister obrony Rosji i szef Głównego Zarządu Wojskowo-Politycznego MON Rosji Wiktor Goremykin. Rosyjskie źródło informacji, które wcześniej rzetelnie informowało o zmianach w rosyjskim dowództwie wojskowym, stwierdziło 14 maja, że ​​Szewcowa prawdopodobnie jednak zrezygnuje. Zwinczuk oświadczył, że posiada informację, że wiceminister obrony Rosji generał pułkownik Yunus-Bek Jewkurow opuści stanowisko, aby stanąć na czele Korpusu Afrykańskiego MON, a jego miejsce zajmie szef Zarządu Głównego Żandarmerii Wojskowej Rosji Siergiej Kuralenko.

Jeżeli Kreml pozwoli wybranym prominentnym rosyjskim milbloggerom na nasilenie krytyki wobec rosyjskiego MON, może wzrosnąć presja społeczna na rzecz reform, które – jeśli zostaną wdrożone – wesprą rosyjski wysiłek wojenny na Ukrainie. Rosyjskie Ministerstwo Obrony przyznało /.../ w szczególności Zwińczukowi w grudniu 2023 r. za jego wysiłki na rzecz edukacji wojskowo-patriotycznej i pracy wojskowo-politycznej na rzecz rosyjskiej armii, a prezydent Rosji Władimir Putin przyznał Zwińczukowi rosyjski Order Zasługi dla Ojczyzny II klasy w listopadzie 2023 r. ISW w dalszym ciągu ocenia, że ​​przyznanie przez Kreml nagrody Zwinczukowi, którego kanał na Telegramie według stanu na 18 maja miało ponad 1,2 miliona obserwujących, było prawdopodobnie częścią szerszych wysiłków mających na celu przejęcie kontroli i przejęcie często krytycznej przestrzeni informacyjnej rosyjskich milblogerów. Rosyjscy milbloggerzy w dużej mierze ograniczyli swoją osobistą krytykę pod adresem Szojgu i rosyjskiego szefa Sztabu Generalnego, generała armii Walerego Gerasimowa po zbrojnym buncie Grupy Wagnera w czerwcu 2023 roku. Być może Zwinczuk próbuje wykorzystać swój publiczny wywiad do oceny reakcji Kremla na krytyczne głosy po zastąpieniu Szojgu na Biełousowa. Biorąc jednak pod uwagę powiązania Zwińczuka z Kremlem, Kreml mógł zlecić Zwińczukowi publiczną krytykę rosyjskiego MON, dyktując jednocześnie treść i dotkliwość jego wypowiedzi, co może wyznaczać akceptowalną granicę krytyki pod adresem MON. Jakiekolwiek ewentualne zezwolenie Kremla na wzmożoną krytykę rosyjskiego MON ze strony rosyjskich milbloggerów mogłoby doprowadzić do reform biurokratycznych, które poprawią skuteczność rosyjskich wysiłków wojennych na Ukrainie, zwłaszcza w połączeniu z zamiarami Biełousowa i Putina dotyczącymi mobilizacji rosyjskiej gospodarki i bazy przemysłu obronnego (DIB) do wspierania  przedłużającej się wojny na Ukrainie i ewentualne przygotowanie się do przyszłej konfrontacji z NATO.

understandingwar.org

(...) rosyjska dezinformacja jest jak matrioszka – przykrywa prawdę kolejnymi warstwami kłamstw. Według zespołu Antibot4Navalny powiązania między kontami na X, które biorą udział w tej akcji, także przypominają drewnianą lalkę, w której znajdują się kolejne lalki coraz mniejszych rozmiarów. Stąd nadana przez zespół nazwa kampanii – „Matrioszka”.

Pierwsze, co widzimy, to duża lalka – komentarz konta A proszący o sprawdzenie fejka podanego przez konto B – mniejszą lalkę. Następnie okazuje się, że konto B także prosiło o sprawdzenie innego fejka podanego przez jeszcze mniejszą lalkę – konto C. Może się okazać, że konto C także kiedyś prosiło o sprawdzenie jeszcze innego fejka podanego przez konto D itd., itd.

Z przekazanych nam danych Antibot4Navalny wynika, że najdłuższy taki ciąg łączył ze sobą sześć różnych profili. Może pojawić się pytanie – jaki jest cel tak złożonych kombinacji? Przecież równie dobrze jeden zespół kont mógłby tylko podawać fałszywe informacje, a drugi wyłącznie prosić o ich sprawdzenie. 

Według Antibot4Navalny potencjalny powód to ochrona kont przed zawieszeniem za publikowanie samych fałszywych informacji. Niewykluczone jednak, że celem jest zdobywanie obserwatorów zainteresowanych sprawdzaniem fałszywych informacji, a potem karmienie ich fejkami. Możliwe także, że autorzy akcji chcą przekonywać, że skoro te same osoby obalają fałszywe informacje i je podają, to nie wiadomo już, co jest prawdą.

Do prowadzenia kampanii dezinformacyjnych bywają używane fałszywe lub skradzione konta sterowane zarówno przez programy komputerowe (boty), jak i przez prawdziwe osoby (trolle). Przykładowo we wspomnianą akcję „Sobowtór” zaangażowane były boty podszywające się pod znane media. W przypadku „Matrioszki” również można podejrzewać, że mamy do czynienia z siecią fałszywych lub skradzionych profili.

(...)

Narzędzie AI Detector firmy Hive wykazuje, że zdjęcia profilowe niektórych z tych kont są wygenerowane przez sztuczną inteligencję (1, 2, 3). Poza tym niektóre mogą być wykradzione lub kupione – Antibot4Navalny zauważył, że jeden profil, który zaczął podawać fałszywe informacje, był niedługo przedtem wystawiony na sprzedaż.

O tym, że kontami kierują prawdziwe (być może zatrudnione do tego) osoby, a nie – programy, świadczy analiza ich aktywności. Jak ustalił na podstawie ponad 2000 wpisów zespół Antibot4Navalny, przerwy między wpisami jednego konta wynoszą najczęściej 45 sekund, gdy w przypadku prowadzonej przez boty kampanii „Sobowtór” wynosiły one maksymalnie 6 sekund. 

Ponadto zaangażowane w kampanię konta są aktywne często między 9:00 a 17:00, czyli w typowych godzinach pracy.

Nietrudno poznać, że profile zaangażowane w kampanię „Matrioszka” sprzyjają Kremlowi. Wystarczy spojrzeć na przykłady podawanych przez nie fałszywych informacji, które opisał AFP Factuel: ukraiński artysta przeciął wieżę Eiffla, graffiti w Los Angeles i Paryżu wyśmiewa Wołodymyra Zełenskiego, Ukrainiec zrabował katakumby w Paryżu itp. Takie materiały mają psuć wizerunek Ukraińców lub udowadniać niechęć Zachodu do Ukrainy.

(...)

Na przykład fałszywa opowieść o Ukraińcach, którzy próbowali wyłudzić okup od rodziny osoby porwanej przez Hamas, była przedstawiona jako wiadomość niemieckiego radia WDR 1. Z kolei niepotwierdzona w żadnym innym źródle informacja o ukraińskim artyście, który wszczął awanturę podczas wystawy w Berlinie, przypominała materiał dziennika „Berliner Zeitung”.

O rosyjskim pochodzeniu wpisów świadczy jednak nie tylko sprzyjająca Rosji tematyka, lecz przede wszystkim wpadki językowe. Przykładowo wpis promujący fałszywą informację o graffiti przedstawiającym pluskwę zawierał zamiast angielskiego słowa „bedbug” rosyjskie „klop”. 

W innym miejscu nazwisko „Zełenska” przetłumaczono nie jako „Zelenska” tylko „Zelens-Koy” (rosyjski dopełniacz rodzaju żeńskiego). Z kolei angielskie słowo określające ukrytą wiadomość w jakimś materiale, a dosłownie oznaczające jajo wielkanocne, przetłumaczono nie jako „easter egg”, lecz jako „paschalka”, co także jest słowem rosyjskim.

(...)

Być może osoby odpowiedzialne za kampanię „Matrioszka” chcą wykorzystać w praktyce żartobliwe prawo Brandoliniego inaczej zwane „zasadą asymetrii bzdur”. W oryginale podanym przez włoskiego programistę Alberto Brandoliniego brzmi ono: „Ilość energii potrzebna do obalenia bzdury jest o rząd wielkości większa niż ilość energii potrzebnej do jej wyprodukowania”.

Gdy bzdur do wyjaśnienia będzie zbyt wiele, może nam zabraknąć sił i środków. Antibot4Navalny ostrzega, że w każdej chwili liczba zgłoszeń kierowanych do fact-checkerów może zostać zwiększona dziesięciokrotnie. Wystarczą do tego kolejne fałszywe konta i odpowiednia moc obliczeniowa, a to stosunkowo tanie i łatwo dostępne zasoby. 

demagog.org.pl